Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Polityczna cnota szarości - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 14, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak |
"...Do tych co mają tak za tak - nie za nie
Bez światłocienia....."
C. K. NorwidTak się składa, że półtora miesiąca po wyborach, przeprowadzonych według ordynacji mającej wyłaniać stabilną większość sejmową, mamy kolejny rząd mniejszościowy i to naprędce poskładany, a polityczny krajobraz zamiast zmierzać do klarowania - coraz bardziej mętnieje. Jeszcze na dobre nie przebrzmiały komentarze fanfaronów kładących ludowi, jak to dobrze będzie za rządów PO i PiS, a już Polacy podzielili się na tych, których mierzi zarozumiały Rokita i sterowny Tusk lub na tych, których straszą "kaczory" i "krwawy Ludwik". Zapewne dążenie do zrozumienia, czym kierują się ludzie z jednej strony dostrzegający drugorzędne wady jednych, a przymykający oczy na identyczne wady drugich, wydaje się czymś pożądanym, z tym że zapewne okazałoby się tak samo poznawczo wartościowym, jak dociekanie, co miała na myśli Gioconda, uśmiechając się do portretu malowanego przez słynnego mistrza Leonardo. Tym bardziej drażni usilne dociekanie tych samych komentatorów, o co chodzi politykom zwycięskich partii, którzy budują koalicję parlamentarno-rządową za pomocą telewizji i gazetowych artykułów, skoro wiele wskazuje, że wspomniani politycy sami do końca nie wiedzą, w jakiej grze uczestniczą. Pisząc ostatnio krytycznie o PiS-ie, powstaje obawa, by nie robić za "pożytecznego idiotę", pomagającego mimowolnie w zanegowaniu wyniku wyborów, na czym zależy środowiskom tak usilnie do niedawna reklamujących PO i mimo wszystko obawiających się naruszenia politycznego
status quo przez wyborczych zwycięzców.
Niestety, trzeźwy osąd rzeczywistości postwyborczej nie pozostawia złudzeń, że skład obecnego parlamentu jest hołdem złożonym bylejakości, politycznemu kunktatorstwu, a w przypadku dwóch największych partii - bezideowości, która została sprzedana marketingowo, jako idea "Polski solidarnej i socjalnej", która ostatnio wyewoluowała w kierunku idei.... konserwatywno-liberalnej. W tekście Rokity zamieszczonym w "GW" pt. "Sarmaci przeciw reformatorom?" lider PO o syntezie "konserwatywno-liberalnej" wspomniał siedmiokrotnie, używając dokładnie i z naciskiem tego terminu, przy czym jak można było się łatwo domyślić program "konserwatywny" uosabiali politycy PiS, a liberalny - PO. Tymczasem ani bracia Kaczyńscy, ani czołowi politycy tej partii nigdy nie zająknęli się o konserwatyzmie, świadomie wprowadzając ideologicznego Humpty-Dumpty pod marketingową nazwą "Polski solidarnej", sam prezydent-elekt w rozmowie z Jackiem Żakowskim swoje ideowo
credo zarysował następująco: "Nie sądzę, żebym był populistą. Nie jestem nacjonalistą. Nic mnie z nacjonalizmem nie łączy. Jestem patriotą. Jeżeli z jakąś historyczną tradycją polityczną czuje się związany, jest to tradycja obozu państwowego, piłsudczykowskiego. Na pewno nie z obozem endeckim...". Logiczny rozbiór tej wypowiedzi nie pozostawia złudzeń co do intelektualnej i ideowej formacji nowo wybranego prezydenta, prezydent-elekt nawet nie wie na pewno, czy jest populistą, on tylko sądzi, że nim nie jest. Okazuje się ponadto, że patriotyzm wyklucza ideę narodową, co wyraźnie świadczy, że kontynuowany będzie model państwa jako instytucji służącej interesom grupy politycznej, której ideologia stanowi rację stanu i wykładnię patriotyzmu. Zbyt wiele świadczy, że nowa władza budując Polskę solidarną, ma na uwadze model solidarności przymusowej, a solidarność przymusowa w praktyce sprowadzi się niestety do dojenia ludzi z pieniędzy, by budować "państwo umiarkowanie opiekuńcze", w końcu przecież "czas
welfare state przyniósł wiele dobrego".
Oczywiście budowa
welfare state nie byłaby skuteczna, gdyby w rządzie IV RP kluczowych stanowisk gospodarczych nie powierzyć "dzieciom" Balcerowicza lub takim fachowcom od uzdrowienia zdrowia jak prof. Religa, pełniącego do niedawna rolę programowego
guru w sprawach reformy służby zdrowia u "prezydenta Tuska". Jak wszystkim wiadomo, prof. Religa przez ostatnie cztery lata zasiadał w Senacie III RP, wykazując się tam bardzo małą aktywnością, co życzliwi mu ludzie jak i sam profesor tłumaczyli wyjątkowo pogłębionymi pracami nad kształtem reformy systemu ochrony zdrowia. Prace te widocznie zakończyły się sukcesem - tzn. program pewnie wreszcie "się spiął" i pan profesor Religa przez ostatnie miesiące mógł brylować w aureoli specjalisty od reformy zdrowia, aż wreszcie prof. Religa, pobudzony patriotycznie przez prezydenta-elekta, zgodził się zostać ministrem zdrowia i w rozmowie z redaktorką "Rz" ujawnił zręby swojego fundamentalnego, reformatorskiego planu, które przedstawiają się następująco: "Mamy dwa lata. Jeśli w tym okresie sytuacja w służbie zdrowia będzie się poprawiać, pozostaniemy przy koncepcji ubezpieczeniowej. Jeśli nie, wróci pierwotny pomysł na finansowanie służby zdrowia z budżetu". Jak widać, plan naprawy służby zdrowia jest następujący: "przez dwa lata co do zasady funkcjonowania systemu to nie zmieniamy nic, jeśli się poprawi to nadal nic nie będziemy zmieniać, jeśli będzie gorzej to rozwiążemy NFZ-y czy kasy chorych - jak tam się będą aktualnie nazywać - i ich kompetencje przekażemy nowym urzędom podległym ministrowi. Prof. Religa jakby przeczuwając mizerię tego biznesplanu, zdążył się jeszcze usprawiedliwić, że "...o tym, że mam być ministrem zdrowia, wiem od kilku godzin. Potrzebuję czasu, by popracować nad rozwiązaniami i mówić o szczegółach". Trudno powiedzieć, śmiać się czy płakać, wszak miał być program, cztery lata w Senacie podporządkowane pracom nad programem,
guru od programu, bezgraniczne zaufanie "prezydenta Tuska" do programu Religi - a tu minister Religa nadal musi "popracować nad rozwiązaniami".
Ale co tam Religa, skoro sam premier Marcinkiewicz z godną ubolewania szczerością stwierdza, że "problemu ZUS nie rozwiążemy szybko, choć pracujemy nad tym i może jakieś pomysły się znajdą...". No, może się znajdą, faktem jest, że wszyscy bohatersko pracują nad rozwiązaniami, media odkrywają kolejnych fachowców-pracusiów, wynalazców minimum socjalnego i odkrywców "kwoty wolnej od podatku, na dzieci", ekonometryków, którzy latami wytężonych studiów nad liczbą progów podatkowych i granicą "dobrego deficytu" wyznaczali kolejne progi milowe polskiej szkoły ekonomicznej, właśnie na naszych oczach rodzi się kolejne pokolenie "Balcerowicz Boys", które po fiasku koncepcji "Polski solidarnej i socjalnej" wyjedzie doradzać rządom Tatarstanu, Mołdowy, Mongolii i Zimbabwe. Jeśli będą ich tam jeszcze chcieć.
Nowa ministerka od finansów, pani profesor Lubińska, liberałka z Unii Wolności, właśnie niedawno zszokowała "rynki finansowe" oświadczeniem, że dobry deficyt - to deficyt większy niż dobry deficyt według premiera Marcinkiewicza, a zwiększone wydatki zostaną przeznaczone na "naukę i wysokie technologie". Czyli możemy liczyć, że za kilka lat polscy archeolodzy i paleontolożki dokonają kolejnego epokowego odkrycia na trasie budowy następnego wiekopomnego kilkukilometrowego odcinka autostrady łączącej Szczecin z Gorzowem Wielkopolskim, odkrycia, które ostatecznie rozwieje wątpliwości dotyczące stanowiska faraona jako odpowiednika polskiego prezydenta i wezyra stanowiącego odpowiednik premiera?
Ale czy np. w sprawie reformy służby zdrowia i i kandydatury Religi na to stanowisko mogło być inaczej, skoro Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla duetu Kublik - Olejnik wyraźnie stwierdził, że PiS od początku ministerstwo zdrowia ofiarowało PO "...ale oni powiedzieli, że go nie wezmą. My byliśmy gotowi w tej sytuacji wziąć zdrowie, jako to kukułcze jajo...". System ochrony zdrowia jako kukułcze jajo podrzucone partii rządzącej stanowi najlepszą egzemplifikację "polski solidarnej" i poczucia odpowiedzialności za państwo. Ale liderzy partii rządzącej zachowali się bardzo przytomnie i owo kukułcze jajo podrzucili prof. Relidze, biorąc go na haczyk patriotyzmu i odpowiedzialności za państwo. Ciekawe, na jaki haczyk złapał państwowców Religa, przyjmując to jajo, bo patriotyzm patriotyzmem, ale "ktoś tym przecież musi kierować"! Bo, że kieruje tym premier Marcinkiewicz, to wierzy już chyba tylko sam Marcinkiewicz, a przynajmniej takie sprawia wrażenie, jakby nie czytał bajek biskupa Krasickiego: "cudzej jasności małaś uczestniczka: zna każdy, co pochodnia, zna każdy, co świeczka"... Nie takich cudów jesteśmy ostatnio świadkami, nawet w takiej Ameryce, jak tylko tamtejszy prezydent nieco spowolnił działania na rzecz budowy Wielkiego Izraela, to od razu wyszły na jaw różne afery z udziałem jego doradców i nominatów, nawet "spontaniczne" nagranie rozmowy z żołnierzami stacjonującymi w Iraku ujrzało światło dzienne w kilka godzin po nagraniu tego wyreżyserowanego wywiadu. Nagle też w Polsce odżył temat lądowania talibów w Klewkach, przy czym tym razem nie były to już bredzenia psychicznego Gasińskiego, lecz czołowy artykuł "GW", co na nowo definiuje pojęcie bredni. Otóż brednia to jest informacja, którą rządzący i oficerowie nadzorujący media uważają za zarezerwowaną dla siebie, a kiedy te ważne figury dobrowolnie lub pod przymusem sytuacji politycznej zmieniają zdanie - brednia staje się hipotezą lub oficjalną informacją. W taki m.in. sposób niegdysiejsze brednie o podatku liniowym stały się pełnoprawną hipotezą programową najpoważniejszej partii, tak też bredzenia o agenturze i roli służb specjalnych awansowały do najbardziej prawdopodobnej hipotezy wyjaśniającej mechanizmy rządzenia Polską, w kolejce do rehabilitacji już ustawiają się brednie o manipulacjach sondażowych, brednie o urabianiu postaw światopoglądowych, niszczeniu rodziny i jej materialnych podstaw itp. Uszlachetnienie niektórych bredni ekonomicznych zostało na jakiś czas powstrzymane zwycięstwem obozu "solidarnego", w natłoku informacji trudno wszakże rozstrzygnąć czy informacja o nagłym odnalezieniu
w archiwach NIK dokumentów świadczących, iż szlachetny Edward Gierek wybudował na swoje konto z publicznych pieniędzy kilka willi miało dopomóc Adamowi Gierkowi w podjęciu decyzji, którą Polskę wybiera: solidarną czy liberalną. Faktem jest, że wspomniana informacja przeleciała przez serwisy i zgasła szybciej niż się pokazała, a żeby nie było wątpliwości co do szlachetnej natury Gierków - to lider PiS-u osobiście wywindował unioposła Adama Gierka do godności zasłużonego dla IV RP. Takim to sposobem tworzy się nowy obóz wielkiej prawicy, teraz nadchodzi czas na kolejne wiekopomne reformy w stylu słynnych reform administracyjnych rządu Jerzego Buzka.
Krzysztof MazurPublicystyka Krzysztofa Mazura na ASME
Komentarz (0)