Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
W czasie wojny Niemcy preparowali czaszki Polaków i sprzedawali do Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu Wyrok: zgilotynować! - Tadeusz M. Płużański Wysłane czwartek, 28, września 2006 przez Krzysztof Pawlak |
W czasie II wojny światowej niemieccy naziści - tak jak później komuniści - dokonywali mordów sądowych na polskich patriotach. Wyroki wydawali z podobną bezwzględnością i świadomością bezprawności swoich działań. Tragicznym przykładem jest historia kapitana Antoniego Kasztelana. Ten bohaterski obrońca Helu we wrześniu 1939 r. najpierw został skatowany w śledztwie przez gestapo, a następnie skazany na śmierć pod gilotyną. Kapitan Kasztelan to nie jedyny Polak zgilotynowany przez niemiecką machinę zbrodni.Ostatnie lata życia Antoniego Kasztelana udało się odtworzyć dzięki prof. Witoldowi Kuleszy, szefowi pionu śledczego IPN, przy współpracy z ośrodkami w Niemczech i Austrii. Kilka lat temu, na życzenie Marynarki Wojennej, kierowana przez prof. Kuleszę Główna Komisja Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu (poprzedniczka IPN) odnalazła akt kapitulacji Helu (prof. Kulesza przekazał go następnie muzeum na okręcie "Błyskawica"). W załączonym do niego raporcie znalazło się stwierdzenie, że dowódca obrony Helu, kontradmirał Józef Unrug, dał słowo honoru, że jego oficerowie nie będą uciekali, zanim nie trafią do niemieckiej niewoli. Jednym z tych, którzy dotrzymali słowa, był kpt. Kasztelan.
Zgładzony za szpiegówUrodził się w 1896 r. w wielkopolskiej wsi Gryżyny. W młodości działał w harcerstwie i kolportował polskie książki. W czasie I wojny światowej powołany do wojska pruskiego, został ciężko ranny w bitwie pod Verdun. Po kilku dniach od zdemobilizowania walczył już w Powstaniu Wielkopolskim (odznaczony Krzyżem Zasługi). Potem uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r.
W wolnej Polsce Antoni Kasztelan został zawodowym żołnierzem. W 1931 r. przydzielono go do powstałego właśnie, pierwszego polskiego oddziału obrony Wybrzeża - Batalionu Morskiego w Wejherowie. W połowie 1934 r. został przeniesiony do Dowództwa Floty w Gdyni i zatrudniony w sztabie Samodzielnego Referatu Informacyjnego (kontrwywiad). Wkrótce, awansowany do stopnia kapitana, objął kierownictwo referatu. Wyróżnił się rozpracowaniem kilku niemieckich grup szpiegowskich na terenie Wybrzeża. Oto powód, dlaczego Niemcy postanowili go zgładzić.
Nikogo nie wydałPo podpisaniu aktu kapitulacji Helu (1 października 1939 r.) Antoni Kasztelan, jako jeniec honorowy admirała Huberta Schmundta, trafił do obozu jenieckiego. W maju 1940 r. niespodziewanie przewieziono go do stalagu na Biskupiej Górce w Gdańsku, a trzy miesiące później zwolniono i... oddano w ręce gestapo.
Do rodziny pisał: "Byłem w gestapo w Gdańsku bity gumową pałką, godzinami, bez przerwy, przez okres 2 miesięcy, aż do utraty przytomności. Ciało, twarz, oczy zupełnie granatowe i czarne od bicia".
Mimo nieludzkiego śledztwa Antoni Kasztelan nie ujawnił żadnych informacji o polskim wywiadzie, nie podał żadnego nazwiska. O łaskę nie prosił. W piśmie do Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych (Oberkomando der Wehrmacht) w Berlinie kategorycznie protestował przeciwko bezprawnemu zwolnieniu go do z niewoli, aresztowaniu i traktowaniu jako zwykłego więźnia, zaznaczając, że poszedł do niewoli na szczególnych warunkach. Pisał również o bestialskich metodach śledztwa oraz bezprawnej degradacji i żądał przywrócenia mu wszelkich uprawnień jenieckich, wynikających z konwencji genewskich. Protest pozostał bez odpowiedzi.
Niezrealizowany testamentPo odnalezieniu aktu kapitulacji Helu, do prof. Kuleszy zadzwonił syn kapitana Kasztelana, Zygmunt. Prosił o wyjaśnienie losów swojego ojca. Wiedział tylko tyle, że Antoni Kasztelan został skazany na czterokrotną karę śmierci przez niemiecki sąd specjalny w Gdańsku (13 stycznia 1942 r.) i prawie rok później (14 grudnia 1942 r.) zgilotynowany w więzieniu w Królewcu. W chwili śmierci miał 46 lat.
Maria Kasztelan starała się wcześniej o ułaskawienie męża. Miał być wymieniony na niemieckiego oficera, znajdującego się w brytyjskiej niewoli. Wszelkie interwencje, nawet u papieża Piusa XII, nie przyniosły efektu. Niemcy byli zdecydowani zlikwidować Kasztelana. Z dokumentów wynika, że o jego losie zadecydowano na szczytach hitlerowskiego państwa.
Gdy Maria Kasztelan dowiedziała się, że jej mąż został stracony, robiła wszystko, aby odszukać jego grób. W ostatnim liście do rodziny (14 grudnia 1942 r.) kapitan Kasztelan pisał: "...Ostatnia godzina dla mnie wybiła, dziś będę stracony o godz. 15-tej. Boże mój. Byłem na to zawsze przygotowany, toteż nie jest to dla mnie wielką niespodzianką. Pójdę na śmierć odważnie, choć niewinnie, »dulce est pro patria Mori«. Tak ginę za swoją pracę, za Ojczyznę. Jeżeli najdroższa moja i Wy kochane moje dzieci będziecie mogli później moje zwłoki stąd zabrać, to miałbym do Was tę jedyną prośbę - chcę spoczywać między swymi. Na grób mój przyjdźcie potem odwiedzić mnie, to lekko mi będzie i sadźcie białe i czerwone kwiaty - jako symbol mej niewinności i miłości ku Wam. Och Boże. Już Was nie zobaczę nigdy i Wy mnie też, ale miłość ku Wam zabiorę ze sobą do grobu...".
Antoni Kasztelan miał świadomość, że za chwilę będzie stracony, może wiedział nawet, że zostanie zgilotynowany. Nie przypuszczał jednak, co Niemcy zrobią z jego ciałem, że miłości do rodziny nie zabierze do grobu.
Rodzina przechowuje ten ostatni list jak relikwię. Dopiero niedawno dowiedziała się, że testamentu kapitana nie będzie mogła zrealizować, gdyż jego grobu nie uda się odnaleźć...
Jeszcze w latach 40. szef ZBoWiD-u Kazimierz Rusinek, który razem z Kasztelanem był więziony w obozie w Stutthofie (od lutego do grudnia 1941 r.) i pisał o nim: - "człowiek dużej prawości, dobry obywatel i dobry kolega, oddawał duże usługi konspiracji", powiedział Marii Kasztelan, że nie może pomóc w poszukiwaniach miejsca spoczynku jej męża. Stwierdził, że postępowanie byłoby trudne, czasochłonne i wymagałoby znacznych sum pieniędzy (?!). Pisma do Czerwonego Krzyża też nie dały rezultatu.
Miejsce w historiiProf. Witold Kulesza bezskutecznie szukał dokumentów kapitana Kasztelana w archiwum militarnym we Freiburgu, tym samym, w którym przechowywano akt kapitulacji Helu. Dokumenty, w Archiwum Federalnym w Berlinie, odnalazł dopiero dr Dieter Schenk (honorowy profesor Uniwersytetu Łódzkiego i autor książki o bohaterskich pocztowcach z Gdańska) i przekazał je Komisji. Treść tych akt (opatrzonych przez hitlerowców klauzulą "ściśle tajne") była tak przerażająca, że profesor długo wahał się, czy powiedzieć o nich synowi kapitana. Zwyciężył jednak ciążący na nim obowiązek ujawniania prawdy historycznej.
Z odnalezionych akt wynika, że na Antonim Kasztelanie Niemcy dokonali mordu sądowego. Na wątpliwe podstawy wyroku zwracał uwagę nawet jeden z sędziów-katów. Stracenie kapitana miało nastąpić w Poznaniu. Niemcy ułatwili sobie jednak sprawę - Antoni Kasztelan został zgilotynowany nie w Poznaniu, gdzie trzeba było go przewozić, ale tam, gdzie był ostatnio więziony, a więc w Królewcu. Na tym nie koniec. W rozporządzeniu o wykonaniu kary śmierci czytamy: "Przy przekazywaniu zwłok proszę wziąć pod uwagę Instytut Anatomii Uniwersytetu w Königsbergu". Szczątki kapitana Kasztelana posłużyły jako źródło preparatów.
Podczas jednej ze swoich wizyt w Gdańsku prof. Kulesza spotkał się z Zygmuntem Kasztelanem. Powiedział mu, że jego ojciec ma miejsce w historii, jako bohater narodowy, ale nie ma miejsca spoczynku. Symboliczna mogiła kapitana Antoniego Kasztelana znajduje się na cmentarzu w Wejherowie.
Czaszki "podludzi"Gdyby kpt. Antoni Kasztelan został zgilotynowany w Poznaniu, jego czaszka mogła trafić do Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu, razem z czaszkami 15 innych Polaków, przekazanych tam przez Uniwersytet Rzeszy w Kraju Warty. 27 czerwca 1942 r., w księdze inwentarzowej zbiorów wiedeńskiego muzeum, w opisie czaszek znalazły się takie dane jak: płeć, wiek i wzrost osób, od których pochodziły. Większość miała około 40 lat, "najmłodsza" czaszka pochodziła od 23-letniego mężczyzny.
Muzeum wyeksponowało polskie czaszki jako przykłady czaszek "podludzi". Zwiedzający mogli je oglądać w Gabinecie Ras, razem z czaszkami Żydów. Obok pokazano czaszki Niemców, które - jako jedyne - miały być prawidłowe.
Kierownikiem Zakład Anatomii Uniwersytetu Rzeszy w Kraju Warty był prof. Hermann Voss, z wykształcenia patolog, sława światowej medycyny. Jeszcze niedawno jego podręcznik anatomii, przetłumaczony na język polski i starannie przygotowany przez jedno z czołowych wydawnictw, był obowiązkową lekturą dla polskich studentów. Korzystali z niego również słuchacze Collegium Academicum Uniwersytetu w Poznaniu. Tego samego, na którym profesor Voss 60 lat wcześniej preparował polskie czaszki nie dla celów naukowych, ale dla pieniędzy.
Kilka tysięcy nazwiskRachunek za czaszki wystawił inny znany naukowiec Gustaw von Hirschheydt, specjalista od preparowania ludzkich zwłok. Na rachunku jest data - 10 marca 1942 r., podana liczba polskich czaszek - 15, i suma - 375 marek (jedna czaszka kosztowała 25 marek). Tyle zarobił Hermann Voss, po wojnie ceniony profesor NRD-owskiego Uniwersytetu w Jenie, który zmarł w 1987 r. w Hamburgu. Spreparowane przez siebie czaszki Polaków-"podludzi" Voss wysyłał nie tylko do Wiednia, ale także do Wrocławia, Lipska, Gdańska i Królewca (tam trafiły szczątki kpt. Kasztelana).
Polacy, których czaszki znalazły się w Gabinecie Ras wiedeńskiego muzeum, byli gilotynowani w Poznaniu od października 1941 do końca marca 1942. W podziemiach więzienia przy ul. Młyńskiej gilotyna pojawiła się już w 1939 r., razem z wkroczeniem do miasta Niemców. Ostrze spadało między godziną 5. a 7. rano. Jedyną winą ofiar było to, że prowadzili "wrogą działalność przeciwko Rzeszy Niemieckiej".
Poznański IPN ma pełne wykazy zgilotynowanych - w sumie kilka tysięcy nazwisk. Tylko w czerwcu 1940 r. stracono w ten sposób 19 Polaków. Średnia miesięczna była wyższa - ok. 30 osób.
Z Wiednia do PolskiSprawa 15 polskich czaszek wyszła na jaw pod koniec 1998 r. Muzeum Historii Naturalnej poinformowało o ich istnieniu ambasadę polską w Wiedniu, ta z kolei MSZ. Ostatecznie związane z nimi dokumenty trafiły do poznańskiej Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu. Tu rozpoczęła się prawdziwie detektywistyczna praca. W śledztwie pomogły zeznania Polaków, złożone zaraz po wojnie w związku ze sprawą Artura Greisera. Ten namiestnik okręgu Rzeszy w Kraju Warty i szef tamtejszego NSDAP został wydany Polakom i osadzony w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie, a potem na Młyńskiej w Poznaniu. Po 12-dniowym procesie skazano go na karę śmierci. Greiser zawisł na stokach poznańskiej cytadeli.
Wśród zeznających znalazł się laborant Michał Woroch i dwaj jego współpracownicy: Andrzej Szymański i Piotr Miklejewski. W poznańskim zakładzie anatomii pracowali jeszcze przed wojną. Niemcy wykorzystali ich jako personel pomocniczy, m.in. do obsługi krematorium i księgowania zwłok. Osobną dokumentację prowadzono dla Polaków i Niemców, osobną dla Żydów. Zgony odnotowywano dodatkowo w urzędowej kartotece, ale o jej istnieniu nikt z personelu nie wiedział. W rubryce określającej przyczynę śmierci wpis jest zawsze ten sam - ścięcie, a data śmierci pokrywa się z datą dostarczenia zwłok. Jest również przybliżony wiek ofiary i narodowość. Nazwiska i imiona pojawiają się sporadycznie, większość to bezimienne zwłoki. Właśnie z tych zwłok pochodziły czaszki preparowane przez profesora Vossa. W księgach nie ma jednak żadnej informacji, że przewieziono je następnie do Wiednia. Fakt handlowania ludzkimi szczątkami dla pseudonaukowych celów został ukryty. Nie na tyle dobrze jednak, aby tragiczna historia nie wyszła na jaw. Po 60 latach czaszki zgilotynowanych przyjechały z Wiednia do Polski.
TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKITekst pierwotnie ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska".Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.