Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Ustrój polskiej solidarności - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 4, października 2006 przez Krzysztof Pawlak |
PiS był od początku partią etatystyczną, dającą temu wyraz w realizowanym w ciągu ostatniego roku programie gospodarczym jak i przyjętym budżecie na 2007 r. Wprawdzie niewielka część posłów tego ugrupowania po cichu sympatyzuje z niektórymi ideami wolnorynkowymi, lecz sympatia ta kończy się zwykle w momencie przekroczenia progu sejmowej sali lub studia telewizyjnego. Etatyzm jest bardzo groźnym systemem społeczno-ekonomicznym, gdyż prawa przynależne wolnemu człowiekowi ceduje na instytucje państwowe. Cóż z tego, że koalicja Prawa i Sprawiedliwości władzę "układu" zastąpi władzą nowych instytucji, skoro rozbite układy korupcyjne i mafijne będą zawsze odradzać się, dopóki nie zostaną zlikwidowane mechanizmy zachęcające do takiej korupcji. Idea państwa minimum nie zasadza się na zamiarze rabowania i wyzyskiwania biednych, ale na doświadczeniu historycznym uczącym, że większość ludzi mających predyspozycje do rządzenia nie przystaje do wzoru rzymskiego Cyncynata, co to wezwany do rządzenia, rządzi tyle, ile musi, marząc jedynie o powrocie do uprawy swojego kawałki roli. Jest tak, gdyż jak pouczał biblijny mędrzec: "Bóg uczynił ludzi prawymi, lecz oni szukają rozlicznych wybiegów".Oczywiście tym co chroni nas najskuteczniej przed etatyzmem, to upowszechnienie własności i związana z tym wolność ekonomiczna. Prezydent Kaczyński na ostatnim zjeździe Solidarności stwierdził, że "Polska - w której tylko silni i bogaci mają coś do powiedzenia - nie powstanie" pomimo, że "...istnieje jeszcze inna koncepcja, budowy Polski dla silnych i bogatych (...), w której tylko ci, którzy dysponują własnością, szczególnie na dużą skalę, mają coś do powiedzenia". Oczywiście znając już nieco wyznawane przez prezydenta poglądy, można domyślać się, że u podstawy takiej wypowiedzi leży przekonanie o postkomunistycznym i "układowym" rodowodzie większości polskich fortun, ale nawet gdyby przyjąć taka hipotezę za prawdziwą, to należałoby zapytać, co należałoby uznać za "równoważenie interesów społecznych" mające stanowić zasadniczy element ustrojowy określany jako "polską solidarność"?
Niedawnym przykładem owego ustroju "polskiej solidarności" była krytyka ministra Giertycha za posyłanie swojej córki do szkoły niepublicznej, przy czym krytycy jakby nie zauważyli, że uczenie dziecka w szkole prywatnej wcale nie uszczupla budżetu oświaty, a minister decydując się na taki wybór, swoimi budżetowymi zarobkami przynajmniej dodatkowo wspiera tych nauczycieli, którzy przeszli do szkolnictwa niepublicznego lub w tym systemie dorabiają sobie do nauczycielskiej pensji. Oczywiście przynajmniej ci rodzice, którzy są budżetowymi płatnikami brutto, a uczą swoje pociechy w szkołach niepublicznych, płacą za usługi oświatowe dwukrotnie, podobnie jak pacjenci płacący składki, a leczący się w prywatnych gabinetach, dojeżdżający prywatnym samochodem, a dokładający się do dotacji komunikacji publicznej czy płacący sowite rachunki za węgiel lub energię, a przy okazji sponsorując kluby sportowe (
vide np. spółka BOT Górnictwo Energetyka SA obficie sponsorująca kluby sportowe lub KGHM wykładający grubą forsę na wybory "missek"), nawet gdyby "sport" kojarzył im się jedynie z używką "popularną" za czasów PRL-u.
Oczywiście dziennikarze pokazujący przypadek wyborów oświatowo-wychowawczych minister edukacji próbowali wskazać, że jest coś nieetycznego w fakcie, że minister nie posyła swojej latorośli do systemu, którym sam kieruje, przy czym ci sami dziennikarze namiętnie tropią afery polegające na zatrudnianiu lub fundowaniu różnych posad w spółkach zależnych od państwa przez kierowników resortów gospodarczych. Widać z tego, że w społecznej podświadomości funkcjonuje utarty już pogląd, że posyłając swoje dzieci do państwowej szkoły, można tylko stracić - w przeciwieństwie do wysyłania krewnych na posady w państwowych spółkach lub agencjach.
Jest to zresztą chyba przeświadczenie uzasadnione doświadczeniem i sytuacja powyższa raczej prędko nie ulegnie zmianie, chociażby właśnie ze względu na wizję ustroju gospodarczego realizowaną przez rząd i popieraną przez prezydenta. Jak można dyskutować o faktycznej prywatyzacji takich dziedzin jak lecznictwo, edukacja, transport czy nawet usługi biurokratyczne - skoro trudno zgodzić się nawet na oczywiste wybory wolnego obywatela? O tym, jakie jest podejście do państwowej własności czy publicznych pieniędzy - pokazały zresztą rozmowy ministra Lipińskiego, robiącego dotychczas za PiS-owkiego Katona, z posłanką Beger.
Nie może być także inaczej, skoro minister Gilowska, uznawana za największą liberałkę w obecnym rządzie, budżet państwa na 2007 r. określiła jako "pionierski i nowatorski". Pionierskość i nowatorstwo przygotowanego budżetu zasadza się głównie na zapisaniu do jego dochodów i wydatków - transferów z budżetu Unii Europejskiej, co najlepiej świadczy o rozdźwięku pomiędzy rzeczywistą potrzebą jakościowej zmiany a zmianami dokonywanymi przez rząd. Ta rozbieżność tworzy swoistą lukę pomiędzy popytem na zmiany a podażą tychże zmian, wypełnianą sloganami z zasobu
public relations. Potrzeba pokazania jakiegoś sukcesu tworzy inflację pojęć, w ramach której za nowatorstwo uznawane jest nawet połączenie funduszy służących na dopłaty rolnicze - z wypłatami KRUS! W tej sytuacji rzeczywiście całkiem realne jest stworzenie państwa, w którym "ci co dysponują własnością", nie będą mieli dużo do powiedzenia z tego chociażby względu, że tych bogatych i dysponujących własnością, którzy do swojej zamożności dochodziliby poza sferą obecnych polityczno-biznesowych konotacji, po prostu nie będzie.
Krzysztof MazurPublicystyka Krzysztofa Mazura na ASME