Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Na fundamencie zabobonu - Stanisław Michalkiewicz Wysłane piątek, 10, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak |

"Każdy ma swoją żabę, co przed nim ucieka i swojego zająca, którego się boi" - ironizował Adam Mickiewicz, pocieszając tchórzów, że "cały świat na tchórzu stoi". Tak mogło być w zamierzchłej przeszłości, kiedy to - jak zauważył Boy-Żeleński - "ludzie mniej mieli kultury, lecz byli szczersi", ale teraz żadnych tchórzów, ma się rozumieć, nie ma. Co najwyżej, w pewnych sytuacjach przeważa rozsądek, wspomagany tolerancją albo jeszcze lepiej - polityczna poprawnością. Tak, czy owak, każda epoka ma swoje przesądy i tematy tabu. Na przykład za komuny można było krytykować różne "bolączki" które miały to do siebie, że zdarzały się "tu i ówdzie", w czym stawały się podobne do "niedociągnięć", które były widoczne tylko na świetlanym tle "osiągnięć" i "dociągnięć". Za nic w świecie nie wolno było natomiast podważać ustroju socjalistycznego, który był najlepszy na świecie oraz sojuszy, ze Związkiem Radzieckim na czele. Najtwardszym jądrem ustroju socjalistycznego była przewodnia rola partii, która też nie podlegała dyskusji, podobnie jak kiedyś przekonanie, że Ziemia jest płaska.
Tak się składa, że późniejsze pokolenia mają skłonność do wyśmiewania przesądów i tematów tabu, wyznawanych przez pokolenia wcześniejsze. Na przykład większość ludzi wyśmiewa dziś przekonanie o płaskości Ziemi, ale za to wierzy w "bioprądy", co to transmitują z Kosmosu "pozytywną energię", która z kolei jest niezbędna do osiągnięcia życiowego sukcesu, a dodatkowo korzystnie wpływa na porost włosów. Ministerstwo Zdrowia, tak surowe w ocenie przydatności leków, oficjalnie rezygnuje z dostarczenia dowodów skuteczności specyfików homeopatycznych, których wynalazcy i producenci przekonują nas o "pamięci wody" i innych, podobnych rewelacjach. Widać jak na dłoni, że dzisiejsze zabobony mają skłonność do drapowania się w szalenie naukowe szaty, podobnie zresztą, jak zabobony marksistowskie. Na przykład wielu naukowców doktoryzowało się i habilitowało z "centralizmu demokratycznego", czyli czegoś, czego nigdy nie było, nie ma i nie będzie, ale doktoraty i habilitacje są jak najbardziej prawdziwe, tzn. uznawane również po sławnej transformacji ustrojowej. Jedynie pogardzana Albania zdobyła się na unieważnienie wszystkich tytułów naukowych przydzielonych przez poprzedni reżim. Być może nagromadzenie nonsensu w Albanii było większe niż gdzie indziej, ale nie można wykluczyć, że przyczyna tej odważnej decyzji tkwi w tym, iż w Albanii nie było "lewicy laickiej", która większość wyznawanych w czasach heroicznej młodości przesądów przeniosła w nowe warunki ustrojowe i w odwrócone sojusze.
Charakterystyczne jest, że po tragicznym incydencie w gdańskim gimnazjum ucichły protesty, jakie środowiska postępowe podnosiły przeciwko ministrowi Giertychowi, który w gruncie rzeczy nie proponował niczego rewolucyjnego, a tylko zdobył się na deklarację, że "król jest nagi". Chodzi oczywiście o kompletną klapę bezstresowego systemu wychowawczego, jaki nasi mądrale, naśladując mądrali zachodnich, u nas zaaplikowali. Pozbawiwszy nauczycieli jakichkolwiek środków egzekwowania dyscypliny, przekształcili szkoły w centra swoistej subkultury, w której coraz wyraźniej zaznaczają się wpływy knajackie. Podobnie jak w ekonomii, gdzie pieniądz gorszy wypiera z rynku pieniądz lepszy, knajactwo wypłukało ze szkół jakiekolwiek poczucie elitarności. Przystrojeni w naukowe kostiumy nosiciele postępowych zabobonów sprzeciwiali się mimo to wszelkim próbom powrotu do normalności, wygłaszając bezradne zaklęcia o "zapobieganiu", nie chcąc przyjmować do wiadomości stwierdzonego ponad wszelką wątpliwość faktu, że sławna "resocjalizacja" służy wyłącznie do kreowania posad dla absolwentów tego kierunku, bezrobotnych absolwentek psychologii i innych robót na drutach dla dobrze urodzonych panien. Jak dotąd, z "zapobiegania" złotą żyłę uczynili sobie we Francji młodzi Arabowie i Senegalczycy, wyduszając od francuskiego podatnika za pośrednictwem tamtejszego rządu coraz to cięższe haracze za obietnicę powstrzymania się od podpalania samochodów. Więc kiedy minister Giertych zapowiada utworzenie szkół o zaostrzonym rygorze i likwidację koedukacji już w gimnazjach, mądrale na razie szemrzą, czekając, aż opinia publiczna zapomni o biednej samobójczyni.
Tymczasem grzechem pierworodnym, stanowiącym przyczynę wszystkich patologii w oświacie, jest przymus edukacyjny. Odkąd z pożądanego uprawnienia do kształcenia się uczyniono obowiązek, nie ma sposobu na przywrócenie w szkołach dyscypliny. Cóż bowiem można zrobić uczniowi, który
musi ukończyć gimnazjum, a za ten rezultat odpowiadają nauczyciele? Nie można mu zrobić NIC, chociaż oczywiście próbując opanować sytuację, można stworzyć nawet sieć obozów koncentracyjnych. Gdyby jednak odstąpić od przymusu edukacyjnego, można by matołów albo łobuzów zwyczajnie ze szkół wyrzucać i to bez uruchamiania żadnych programów "wyrównujących szanse". Chodzi bowiem o to, by na szanse każdy musiał sobie zapracować, a nie był proszony o łaskawe z nich skorzystanie. Dopiero gdy edukacja stanie się dobrem trudno dostępnym i poszukiwanym, nauczyciele zostaną otoczeni szacunkiem, a szkoła zyska szansę uwolnienia się od więziennej subkultury i nabrania elitarności. No tak, ale wymagałoby to przełamania najsilniej zakorzenionego zabobonu dzisiejszej epoki, że wszyscy ludzie są "równi". Wprawdzie już na pierwszy rzut oka widać, że to nieprawda, ale zdaje się, dr Goebbels odkrył, że najżywotniejsze są kłamstwa bezczelne.
Stanisław MichalkiewiczPublicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME