Publicystyka Antysocjalistycznego Mazowsza

NIEWINNI SĘDZIOWIE NIE OD BOGA, CZYLI STALINIZM NIEROZLICZONY - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane środa, 7, lutego 2007 przez Krzysztof Pawlak

Przez 17 lat wolnej Polski nie udało się osądzić żadnego sędziego i prokuratora, którzy w czasach stalinowskich skazywali polskich patriotów, choć prawo zakwalifikowało ich czyny jako zbrodnie sądowe. Jeśli w ogóle postawiono im zarzuty, nie ponieśli żadnych konsekwencji karnych. Tylko jeden stalinowski sędzia został skazany, ale wyrok ten został uchylony. Pozostałych sądy albo - mimo twardych dowodów - uniewinniły albo umorzyły ciągnące się latami sprawy z powodu "braku ustawowych znamion przestępstwa" lub ich śmierci (np. płk. Czesława Łapińskiego, oskarżyciela rotmistrza Witolda Pileckiego; pisaliśmy o nim szerzej na łamach ASME). Niektóre procesy zawieszono na czas nieokreślony lub zwrócono akta do uzupełnienia. Jeden z sądów w ogóle odmówił rozpatrzenia sprawy...

W tej sytuacji wielkim sukcesem jest kilka wyroków na stalinowskich śledczych. Ale przecież sędziowie i prokuratorzy należeli do tego samego aparatu terroru. Oni też mordowali, z tą różnicą, że nie znęcając się fizycznie i psychicznie, ale zza biurka. Przecież prokuratorzy oskarżali, a sędziowie wydawali wyroki na podstawie dowodów, wymuszonych biciem przez "śledzi", którzy często byli współautorami aktu oskarżenia. Dlaczego zatem jednych - oprawców z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego można skazać, a drugich - oprawców w togach już nie? Może przedstawione niżej sprawy kilku stalinowców, których - choć z mizernym skutkiem - udało się jednak dopaść wymiarowi sprawiedliwości III RP, pozwolą tę podwójną miarę w ściganiu komunistycznych zbrodniarzy wyjaśnić.

KAT X PAWILONU

Wśród tych nielicznych skazanych znalazł się Tadeusz Szymański, zwany katem X Pawilonu, którego nazwisko budziło na Mokotowie powszechną grozę. Po trwającym - bagatela - trzy lata procesie został skazany na pięć lat więzienia. Więźniowie dobrze go zapamiętali. Hannę Radzyńską oblewał lodowatą wodą i deptał jej po nogach. Stanisława Mazurkiewicza zmuszał do leżenia na betonie, zbierania kawałków rozsypanej słomy z siennika i do oglądania, jak depcze fotografie jego najbliższych. Marianowi Gołębiewskiemu kazał stać godzinami z podniesionymi do góry rękami, zimą wrzucał go do celi bez okna. Stanisława Rybkę bił po całym ciele i znieważał. Tadeusz Welkier był kopany w podbrzusze i bity w tył głowy. Innych zmuszał do wielogodzinnego klęczenia na grochu, kłuł szpilką, uderzał głową o ścianę. As polskiego lotnictwa Stanisław Skalski wspominał: "Bity od pięt do głowy straciłem poczucie czasu. Nagi znalazłem się w odchodach karceru".
W toku śledztwa okazało się również, że Szymański osobiście wykonywał wyroki śmierci. Rozstrzelanym więźniom kazał rozbijać głowy. Dla zabawy i zastraszenia aranżował też pozorne egzekucje (ta sprawa nie znalazła się w akcie oskarżenia; dzisiejsze zarzuty dotyczą jedynie ułamka zbrodniczej działalności - zarówno śledczych, jak i sędziów i prokuratorów). Szymański był również specjalistą od werbowania agentów wśród więźniów i szefem grupy, która przesłuchiwała kobiety.

ZBYT OKRUTNY DLA RÓŻAŃSKIEGO

W 1946 r. 23-letni Szymański w piśmie do UB w Grodzisku Mazowieckim napisał: "Uprzejmie proszę o przyjęcie mnie do bezpieczeństwa, gdyż mam zamiłowanie w tym pracować". Ponieważ bardzo się starał, wkrótce przeniesiono go do Warszawy na Rakowiecką, gdzie został strażnikiem, a w 1950 r. oficerem inspekcyjnym X pawilonu, podległym bezpośrednio Departamentowi Śledczemu MBP, a konkretnie jego szefowi Jackowi Różańskiemu (Józefowi Goldbergowi - to on, w porozumieniu z kierownictwem partii i państwa - faktycznie wydawał wyroki). Na "Dziesiątce" komuniści więzili "najgroźniejszych przestępców", tu - w celach - wielu zostało "osądzonych", a następnie straconych.
Podczas swojego procesu przez warszawskim sądem wojskowym Szymański utrzymywał, że w ogóle nie chodził na Pawilon X. Nie wiedział, kto i dlaczego jest tam przetrzymywany. Śledztw nie prowadził, a jedynie prace administracyjne, wydawał książki do czytania i korespondencję, gdyż był... magazynierem, a świadkowie musieli go pomylić z innym Szymańskim. Tymczasem nawet strażnicy więzienni mówili o swoim przełożonym, że "odznaczał się wyjątkowym sadyzmem wobec uwięzionych".
- Przechwalał się swoim okrucieństwem i tłumaczył mi, że więźniowie to wrogowie, których trzeba zniszczyć - zeznawał jeden ze strażników, Jan Sadowski, na procesie Józefa Goldberga-Różańskiego w 1957 r. Znany z sadyzmu Różański miał kiedyś zwrócić uwagę Szymańskiemu, że jest zbyt okrutny. Na swoim procesie Szymański wyraził radość, że totalitaryzm się skończył (chyba tak źle mu nie było, bo aż do 1989 r. pracował w stołecznej milicji) i mamy demokrację (czy dlatego, że teraz sprawy sądowe ciągną się latami, a winni pozostają bezkarni?). Aby uniknąć odpowiedzialności, powoływał się na papieskie słowa o potrzebie pojednania między Polakami.

SKAZANI Z HUMEREM

Tadeusz Szymański był już wcześniej sądzony za inne przestępstwa. W 1996 r., na najsłynniejszym procesie ubeków w niepodległej Polsce - zwanym od nazwiska głównego oskarżonego - procesem Adama Humera, byłego wicedyrektora Departamentu Śledczego MBP, został skazany na cztery lata (prokurator żądał sześciu). Razem z nim wyroki otrzymało 12 "śledzi": Adam Humer (najwyższa kara - dziewięć lat), Eugeniusz Chimczak, Jan Dąbrowski, Markus Kac, Mieczysław Kobylec, Edmund Kwasek, Roman Laszkiewicz, Leon Midro, Jan Pugacewicz, Tadeusz Tomporski i Wiesław Trutkowski. W lipcu 1998 r., po apelacji złożonej przez obrońców, Sąd Wojewódzki w Warszawie zmniejszył wyroki trzem ubekom - Humerowi, Chimczakowi i Laszkiewiczowi do siedmiu i pół roku więzienia. Zgodnie z kodeksem karnym z 1932 r., obowiązującym w czasie popełnienia przez nich przestępstw, była to największa kara, jaką mogli otrzymać. Szymańskiemu utrzymano wyrok czterech lat.
Skrócenie czasu odsiadki było jedynie formalne - większość skazanych, "z przyczyn zdrowotnych" w ogóle nie trafiła za kraty albo znaleźli się tam na krótko i zostali przedterminowo zwolnieni (Szymański siedział "aż" dwa lata). W więzieniu na Mokotowie byli traktowani na specjalnych zasadach, a starsi "klawisze" zwracali się do nich według dawnej nomenklatury służbowej. Wiek i stan zdrowia oskarżonych jest dziś jedną z głównych okoliczności łagodzących - nagminnie wykorzystywaną zarówno przez podsądnych jak i sądzących.

KAT ZAMOJSZCZYZNY

Na sześć lat więzienia został skazany Mieczysław Wybraniec, "oficer" Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Zamościu, nawet przez swoich kolegów-ubeków nazywany Katem Zamojszczyzny. Akt oskarżenia zarzucił mu bezprawne pozbawienie wolności i torturowanie (w bardzo wyrafinowany sposób) 23 żołnierzy Armii Krajowej, WiN i osób, podejrzanych o związki z nimi, w okresie od sierpnia do listopada 1946 r. w Zamościu.
Andrzej Witkowski, prokurator IPN w Lublinie, domagał się dla byłego śledzia ośmiu lat, argumentując: "W postawie oskarżonego trudno doszukać się choćby cienia skruchy wobec ogromu cierpień fizycznych i psychicznych zadanych pokrzywdzonym i ich rodzinom. Zarzucane mu czyny pozostają czynami osoby fizycznej, ale zarazem funkcjonariusza państwa, które samozwańczo nazywając się odrodzonym i demokratycznym, od samego zarania przez lata wychowywało swoich funkcjonariuszy w duchu nienawiści, pohańbienia ludzkiej godności, praw człowieka, a nawet prawa pozytywnego, które samo stanowiło. Zabezpieczało im przez lata bezkarność za popełnione zbrodnie".
A zatem Wybraniec łamał nawet komunistyczne prawo. Z akt IPN: Mieczysław W. bił aresztowanych "po całym ciele rękoma, drewnianą i drucianą pałką i kopał obutymi nogami. (...) Tortury przeprowadzał z użyciem prądu elektrycznego. Aleksandrowi P. wypalał ponadto paznokcie u rąk, co spowodowało trwałe zniekształcenie palców [Aleksander Panas zmarł w 1978 r., jego choroba była wynikiem "badań" Wybrańca - red.], zaś Stanisława J. bił, uderzając kolbą karabinu po całym ciele".
Wybraniec, przyznając się do pracy w UB, (ale nie do stosowania tortur): "Zdarzyło się, że ręką uderzyłem przesłuchiwanego, kiedy zdenerwowałem się jego krętactwami".

KRWAWY SYN LEGIONISTY

Mieczysław Wybraniec, urodzony we wsi Bzowiec powiatu krasnostawskiego w rodzinie handlowców, syn żołnierza Legionów Piłsudskiego, w czasie wojny wstąpił do Gwardii Ludowej. W zamojskim PUBP był najpierw wartownikiem, a potem - bez żadnego, nawet krótkiego przeszkolenia - "oficerem" śledczym. Strach wzbudzał samym wyglądem (był potężnie zbudowany).
Więźniów przetrzymywał w areszcie nawet przez pół roku (zamiast dozwolonych prawem 48 godzin), nie przedstawiając im nakazu aresztowania ani zarzutów. Przełożony z zamojskiego PUBP o Wybrańcu: "Posiada zdolność wyciągania prawdziwych zeznań z zatwardziałych przestępców". Wszystko byłoby "w porządku", gdyby jeden z więźniów (podejrzany o współpracę z WiN) nie zmarł w trakcie śledztwa. Wybrańca zatrzymano, ale już po trzech miesiącach - bez żadnych reperkusji - wrócił do pracy w bezpiece. W końcu "nic złego nie zrobił", tylko ze wzmożoną siłą "dochodził prawdy" - z takich dociekliwych pracowników łatwo się nie rezygnuje. W międzyczasie koledzy-ubecy "ustalili", że torturowany przez Wybrańca więzień umarł na zawał serca.
Przestępstwa Wybrańca wyszły na jaw, kiedy jeden z AK-owców znalazł jego nazwisko, przeglądając akta sprawy rehabilitacyjnej swojego podkomendnego - Leonarda Kalmusa. Niepełnoletniego chłopca aresztował i brutalnie przesłuchiwał (mimo, iż na procesie Kalmus odwołał swoje zeznania, stwierdzając, że były one wymuszone biciem, został skazany na KS), a następnie rozstrzelał jako "dowódca plutonu egzekucyjnego". Nawet w stalinowskim systemie bezprawia łączenie tych dwóch funkcji - śledczego i kata - było rzadkością. Gwoli ścisłości - Wybraniec dowódcą był sam dla siebie, gdyż po wojnie plutonów egzekucyjnych po prostu nie było.

UBEK SPÓŁDZIELCĄ

Po odejściu z UB w 1949 r. Wybraniec został "spółdzielcą", pracując na kierowniczych stanowiskach w Powszechnej Wielobranżowej Spółdzielni Pracy, Wojewódzkiej Spółdzielni Mleczarskiej i Powszechnej Spółdzielni Spożywców. W międzyczasie skończył studia ekonomiczne na UMCS w Lublinie. Przed przejściem na emeryturę był zastępcą dyrektora w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Handlu Wewnętrznego w Zamościu. Może tam nabawił się choroby, która uniemożliwiała mu potem przychodzenie do sądu?
Mimo kilkukrotnego przekładania procesu i powołania kilku komisji lekarskich, sądowi III RP udało się jednak wydać wyrok. W tym celu musiał wydać nakaz aresztowania Wybrańca. Na proces w przed Sądem Rejonowym w Zamościu był dowożony karetką z Warszawy, gdyż właśnie w stolicy był najbliższy Zakład Karny, posiadający oddział szpitalny (a tego wymagały zalecenia lekarskie).

FAŁSZYWY "WIN-OWIEC"

I jeszcze jeden wyrok na innego okrutnika. Aleksander Omiljanowicz - UB-ek, a do tego pracownik NKWD i sowieckiego wywiadu wojskowego "Smiersz", został skazany na cztery i pół roku więzienia. Prokurator białostockiego IPN zarzucił mu, że w latach 1946 - 1947, "działając jako urzędnik państwowy, kierownik Sekcji PUBP [do walki z bandytyzmem - red.] w Suwałkach, przekroczył swoją władzę wobec 22 zatrzymanych żołnierzy WiN, w ten sposób, iż stosował i tolerował stosowanie przez podwładnych mu funkcjonariuszy przemocy polegającej na zadawaniu zatrzymanym w trakcie przesłuchań uderzeń pięściami i różnymi przedmiotami po całym ciele". Świadkowie, którzy zeznawali na procesie Omiljanowicza pamiętali, jak zakładał im pas na szyję i ściskał go, uderzał głowami o ścianę, łamał paznokcie.
W październiku 1939 r., kiedy w skutek korekty granicy rozbiorowej Sowieci opuścili Suwalszczyznę, a na ich miejsce przyszli Niemcy, Aleksander Omiljanowicz był łącznikiem w... ZWZ (oddział Stanisława Wyrodnika, ps. Burza), ale już wtedy pracował dla NKWD. Po aresztowaniu przez Niemców, do końca wojny siedział w obozach.
Omiljanowicz twierdził, że po wojnie do suwalskiej bezpieki wstąpił na polecenie Tadeusza Świtalskiego, komendanta obwodu WiN. W rzeczywistości było odwrotnie. Tadeusz Kalinowski z suwalskiego UB w "Relacji z osobistej działalności" napisał: "Pod dowództwem Aleksandra O., w ilości 15 osób pozorowaliśmy grupę bandycką z rzekomo innego terenu, której zadaniem było nawiązanie kontaktu z miejscowymi bandami i likwidacja ich". Prowokacja udała się i kilkunastu prawdziwych WiN-owców zostało aresztowanych.
Za przynależność do ZWZ, AK, a przede wszystkim WiN, ten fałszywy "WiN-owiec" znęcał się nad aresztowanymi (przed sądem naiwnie twierdził, że nie wiedział, kto był partyzantem, a kto pospolitym przestępcą, gdyż wszyscy byli dla niego bandytami). Nie oszczędzał nawet swoich kolegów sprzed wojny. Tak było np. z prawdziwym WiN-owcem Fabianem Daniłowiczem, który po "badaniach" Omiljanowicza został skazany na 10 lat więzienia. Inną jego ofiarę - Mariana Piekarskiego podczas pokazowego procesu skazano na karę śmierci i - we wrześniu 1946 r. - stracono.

UBEK LITERATEM

W 1946 r. ci sami WiN-owcy, którzy mieli skierować Omiljanowicza do ubecji, skazali go na karę śmierci. Próby likwidacji ubola nie powiodły się jednak (w 1947 r. podziemie zabiło jego brata za współpracę z NKWD - widać była to rodzinna przypadłość). Omiljanowicz uciekł na inny teren - został szefem UB w Iławie, potem w Ełku. Tu dalej znęcał się nad więźniami, autochtonami z Warmii i Mazur. Nawet jego przełożeni (oczywiście ci z UB, a nie z WiN) uznali, że jest zbyt brutalny i w 1948 r. został skazany na osiem lat.
Gdy stalinizm się skończył, Omiljanowicz został dziennikarzem (m.in. "Głos Koszaliński", "Gazeta Białostocka" i "Niwa") i wziętym literatem, opiewającym bohaterstwo komunistycznej partyzantki (podobną karierę wybrał Norbert Z. Pick, autor książek z serii "Żółtego tygrysa", wcześniej pułkownik bezpieki, który rozpracowywał m.in. Kościół, i żyjący do dziś stalinowski prokurator Zbigniew Domino, który w 2004 r. zdobył nagrodę im. Reymonta, razem z Jerzy Ficowskim i Tomaszem Łubieńskim).
Przed sądem III RP Omiljanowicz - ubek do winy się nie przyznał. Niewiele brakowało, aby zarzuty w ogóle się przedawniły, ale Sąd Rejonowy w Suwałkach uznał argumentację prokuratora, że czyny Omiljanowicza stanowią zbrodnię przeciwko ludzkości. Taka kwalifikacja prawna przestępstw komunizmu, przyjęta w 2001 r. przez Sąd Najwyższy, stanowi dziś podstawę ścigania funkcjonariuszy tamtego systemu. Spośród 22 zarzutów, postawionych przez IPN byłemu śledczemu, udowodniono mu 10. Karę więzienia odbywał od września 2005 r. w Białymstoku i Barczewie. Nic nie pomogła nawet ostatnia deska ratunku - prośba o ułaskawienie do prezydenta Kwaśniewskiego. Krwawy ubek, a potem literat Aleksander Omiljanowicz zmarł w kwietniu 2006 r. (w więzieniu - przyp. ASME).
Sądy III RP skazały jeszcze kilku śledczych MBP, a także Informacji Wojskowej (pisaliśmy o nich szerzej na łamach ASME). Większość oprawców pozostała jednak bezkarna.

ZBYT STRESUJĄCE ROZPRAWY

Wobec stalinowskich sędziów i prokuratorów wymiar sprawiedliwości III RP jest jeszcze bardziej bezradny. 25 maja 1953 r. Edmund Z., jako przewodniczący składu Wojskowego Sądu Rejonowego w Szczecinie, skazał na 12 lat więzienia Henryka Jastrzębskiego, w 1943 r. delegata rządu RP na uchodźstwie na okręg białostocki. Przed prokuratorem IPN były sędzia "częściowo przyznał się do winy", twierdząc, że wyrok wydał pod presją przełożonych, gdyż nie potrafił samodzielnie ocenić winy Jastrzębskiego - skończył jedynie dziewięciomiesięczne przeszkolenie prawnicze, a z zawodu był kolejarzem. W stalinizmie sędzią, tak samo jak "oficerem" śledczym, mógł praktycznie zostać każdy. Wojskowy Sąd Garnizonowy w Szczecinie (w tym mieście Edmund Z. popełnił przestępstwo), gdzie trafił akt oskarżenia, przekazał jednak sprawę do sądu tej samej instancji w Poznaniu (tu Edmund Z. mieszka). Po co narażać kolegę po fachu na niepotrzebne dojazdy?
Byłemu stalinowskiemu sędziemu zarzucono, że orzekał "wbrew zebranym w sprawie dowodom i dopuścił się całkowitej i oczywistej dowolności w ocenie prawnej postępowania oskarżonego". Jastrzębski, który po wojnie zaprzestał podziemnej działalności, ujawnił się i rozpoczął pracę w Rolniczej Centrali Mięsnej we Wrocławiu, miał posiadać "informacje istotne ze względu na obronę Państwa". Wyrok - jak stwierdził prokurator IPN - miał zatem charakter represji politycznej za jego przynależność w czasie wojny do Armii Krajowej.
Henryk Jastrzębski zmarł w 1969 r. Edmund Z. ze Szczecina przeniósł się do Poznania. Dyspozycyjny sędzia został tzw. zwyczajnym obywatelem. Przez kilkadziesiąt lat miał spokój.
Dwie odbyte rozprawy przeciwko Edmundowi Z. trwały - odpowiednio - 20 minut i pół godziny. Powód? Badania lekarskie wykazały, że były sędzia jest "otępiały", ma kłopoty z koncentracją, ciśnieniem i "niepełnym samokrytycyzmem" i nie jest w stanie kontrolować swoich emocji. Wojskowy Sąd Garnizonowy w Poznaniu uznał, że w takim razie rozprawy mogą być dla Z. zbyt stresujące i... zawiesił proces na czas nieokreślony. Nieprzypadkowo sąd ten, mieszczący się w okazałym budynku przy ul. Solnej, zwany jest umarzalnią. Ostatecznie - w lutym 2005 r. - Edmund Z. zmarł.

WINA UDOWODNIONA

28 grudnia 1948 r. rozprawie przed WSR w Szczecinie przewodniczył inny sędzia - Tadeusz N. Na dwa lata i sześć miesięcy pozbawienia wolności skazał Franciszka M. Ten mieszkaniec miejscowości Buk został aresztowany za... śpiewanie antysowieckich piosenek, które sam układał, a potem nucił razem z sąsiadami, np. "Rozkwitały jabłonie i gruszki - wygnali Niemca, a wprowadził się Ruski", "Z tyłu łata, z przodu łata, precz sowieci, to nie wasza chata". Franciszek M. do żadnej konspiracyjnej organizacji nie należał. Po latach opowiadał: "24 września jak zwykle wyszedłem w pole. Nagle zjawił się sołtys z trzema facetami i bez słowa zabrali mnie na UB. Chcieli, abym przyznał się do winy, ale nie mówili, do jakiej. Bili taboretem po całym ciele. Pewnego dnia jeden z ubeków zabrał mnie do piwnicy, gdzie stała szubienica i krzyczał: »mów prawdę, bo będzie cię to czekało«. Podczas konfrontacji moi sąsiedzi z Buka potwierdzili, że w ich obecności śpiewałem antysowieckie piosenki, na co ubek stwierdził: »udowodniono wam, że jesteście wrogiem Polski Ludowej«". Po odbyciu całej kary (m.in. w więzieniu we Wronkach), w 1951 r. rolnik-śpiewak wrócił do Buka.
Akt oskarżenia przeciwko Tadeuszowi N. wpłynął do Wojskowego Sądu Garnizonowego w Szczecinie - tego samego, który nie chciał sądzić Edmunda Z. Tym razem sędziowie... odmówili rozpatrywania sprawy. Stwierdzili, że oskarżony jest wiekowy, w związku z tym musi być chory, a co za tym idzie - nie może przyjeżdżać na rozprawy do Szczecina. Czy znowu zadziałała sędziowska solidarność?

"PRZYGOTOWANIE DO USIŁOWANIA"

Z byłym sędzią prawo nie obeszło się jednak całkiem po macoszemu. Co prawda w Szczecinie pozostaje Tadeuszem N., ale Warszawie został Tadeuszem Nizielskim. Stołeczny Wojskowy Sąd Garnizonowy okazał się bowiem bardziej "bezwzględny" i skazał go (w innej sprawie) na dwa lata więzienia. Był to pierwszy wyrok wydany w III RP na stalinowskiego sędziego.
Ta inna sprawa to zasądzenie w 1950 r. sześciu lat więzienia dla Mariana Darasza, też w szczecińskim WSR. W uzasadnieniu wyroku Nizielski napisał "przygotowanie do usiłowania przemocą obalenia ustroju państwa oraz rozpowszechnianie fałszywych wiadomości, które mogły wyrządzić istotną szkodę interesom państwa". Owo "usiłowanie" polegało na tym, że Darasz podważał polskość Rokossowskiego, a kolegom z pracy mówił, że "w polskich gazetach piszą kłamstwa, jakoby Amerykanie rozpętali wojnę w Korei, jednak powszechnie wiadomo, iż sprowokowali ją koreańscy komuniści". Za dowód w sprawie Nizielski uznał znalezioną u oskarżonego... kartkę z ręcznie przepisaną "przepowiednią Wernyhory".

WSR NARZĘDZIEM REPRESJI

Podczas procesu Nizielskiego oskarżający prokurator dowodził, że Wojskowe Sądy Rejonowe zostały powołane nielegalnie i były narzędziem represji w rękach UB (my dodajmy, że ich spadkobiercą są dzisiejsze sądy wojskowe...). Warszawskich sędziów w mundurach jednak przekonał. Mimo starań obrońcy o uniewinnienie stalinowskiego sędziego ("przecież sądy III RP nie pociągają ich do odpowiedzialności"), stwierdzili, że stosując przepisy "mające stłamsić myślenie inne niż oficjalne, niemające nic wspólnego z prawami człowieka", złamał on życie niewinnemu człowiekowi i uznali go winnym "nadużycia władzy i pozbawienia wolności połączonego ze szczególnym udręczeniem".
Cóż z tego, kiedy wyższa instancja - Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie (mieszczący się w tym samym budynku przy ul. Nowowiejskiej, co Sąd Garnizonowy) umorzył sprawę, twierdząc, że Nizielskiego chroni... immunitet sędziowski.
Tadeusz Nizielski, vel Tadeusz N., przedwojenny prawnik z Poznania, przed WSR w Szczecinie wydał jeszcze wiele wyroków, m.in. kilkuletniego więzienia dla uczniów Liceum Pedagogicznego w Myśliborzu (dowodem ich antypaństwowej działalności miało być m.in. wspólne spędzanie letnich wakacji), którzy trafili następnie do "więzienia reedukacyjnego" w Jaworznie, w którym polscy stalinowcy starali się realizować w praktyce zasady sowieckiego pedagoga Makarenki.
Ze Szczecina Nizielski przeniósł się do Poznania, gdzie został szefem Sądu Wojsk Lotniczych (władzę miał taką, jak płk Józef Goldberg-Różański w Warszawie), a następnie do Warszawy, awansując na sędziego Sądu Najwyższego w Izbie Wojskowej.

ZEMSTA ZA "ŁUPASZKĘ"
(UMARZALNIA NUMER DWA)


Druga poznańska umarzalnia - Okręgowy Sąd Wojskowy, mieszcząca się przy tej samej ul. Solnej, uniewinniła wcześniej emerytowanego płk. Wacława Krzyżanowskiego. IPN oskarżył go (jako pierwszego stalinowskiego prokuratora) o mord sądowy.
Wacław Krzyżanowski służbę wojskową rozpoczął w 1943 r. w Dżambule (Kazachstan). Jako żołnierz dywizji kościuszkowskiej brał udział w bitwie pod Lenino. Zaraz po wojnie ukończył szkołę oficerów bezpieki w Łodzi i rozpoczął pracę w Wojskowej Prokuraturze Rejonowej w Gdańsku, gdzie był "śledziem" do 1950 r. W wojskowym wymiarze sprawiedliwości (czytaj: bezprawia) pracował potem na Śląsku i w Koszalinie, w 1976 r. zwolniony do rezerwy. W PRL-u otrzymał wiele odznaczeń i nagród.
3 sierpnia 1946 r. Krzyżanowski (wówczas w randze chorążego) podżegał skład sędziowski do wymierzenia 17-letniej Danucie Siedzikównie, "Ince" - sanitariuszce antykomunistycznego oddziału mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki" najwyższego wymiaru kary. Teraz sędziowie poznańskiej umarzalni stwierdzili jednak, że nie można jednoznacznie ustalić, jaką rolę Krzyżanowski odegrał w procesie "Inki", a wszystkie wątpliwości powinny być rozstrzygane na korzyść oskarżonego.
45 lat wcześniej wątpliwości nie przemawiały na korzyść Siedzikówny. Prócz udziału w "bandzie Łupaszki" i nielegalnego posiadania broni, oskarżono ją o wydanie poleceń zastrzelenia dwóch funkcjonariuszy UB, czego sąd jednak jej nie udowodnił.
Krzyżanowski twierdził, że został skierowany na proces przypadkowo, zmuszony przez przełożonych, nie miał doświadczenia (Czy szkoła w Łodzi niedostatecznie przygotowywała do bezpieczniackiej służby? Tak tłumaczy się dziś większość stalinowskich funkcjonariuszy), że na sali sądowej był przez 5-10 sekund, a po odczytaniu sentencji omal nie zemdlał, że nie wiedział nawet, o co Siedzikówna była oskarżona!!! Sędziowie III RP dali wiarę tłumaczeniom byłego prokuratora.
"Inka" nie podpisała prośby do Bieruta o łaskę. Zastrzelono ją 28 sierpnia 1946 r. w piwnicy gdańskiego aresztu, razem z Feliksem Selmanowiczem "Zagończykiem", jednym z dowódców majora "Łupaszki". Umierali z okrzykiem "Jeszcze Polska nie zginęła". Ich śmierć była zemstą ubeków za działalność Zygmunta Szendzielarza, który mocno dawał się we znaki nowej władzy, a nie można było go złapać.

PODŻEGAŁ DRUGI RAZ

Na swoim procesie płk Wacław Krzyżanowski twierdził również, że sprawa Siedzikówny była jedyną w jego karierze. Tymczasem tego samego 3 sierpnia 1946 r. w tym samym areszcie karno-śledczym w Gdańsku, tylko dwie godziny wcześniej, oskarżał i żądał kary śmierci dla Hansa Baumana.
Z akt procesu, które przypadkowo odnaleziono, wynika, że Krzyżanowski samodzielnie przeprowadził śledztwo i sformułował akt oskarżenia. Jego podstawą była wycieczka 19-letniego Baumana, mieszkańca Gdańska, pewnego czerwcowego dnia 1945 r. do lasu. Młodzieniec znalazł tam karabin z kilkoma nabojami i upolował nim sarnę, po czym broń zakopał. Zdobycznym mięsem podzielił się z mieszkającymi w jego domu Polakami, którzy następnie donieśli na niego ubecji. Po śledztwie, prowadzonym przez UB w Miastku, Krzyżanowski oskarżył Baumana o nielegalne posiadanie broni (tak jak Danutę Siedzikównę) i próbę wywołania III wojny światowej, przez oderwanie Gdańska od Polski, do której był wrogo nastawiony. Hans Bauman został skazany (w trybie doraźnym - tak jak Siedzikówna) na karę śmierci, mimo że nie znał języka polskiego, a podczas procesu (tak samo zresztą, jak i śledztwa) nie mógł korzystać z pomocy tłumacza. 9 sierpnia 1946 r. wyrok wykonano.
W materiałach IPN czytamy: "...skazany pozbawiony został całkowicie możliwości obrony, a okoliczności sprawy świadczą, iż skazanie Hansa B. stanowiło zbrodnię sądową [tak jak w przypadku Danuty Siedzikówny - red.], popełnioną przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego z powodu przynależności skazanego do określonej grupy narodowościowej, w której to wykorzystano formę procesu karnego do przeprowadzenia czystki etnicznej".
Wolna Polska jeszcze raz postawiła Krzyżanowskiego przed sądem, ale z tego też nic nie wynikło. W uzasadnieniu uniewinniającego wyroku napisano, że stalinowscy prokuratorzy i sędziowie w ogóle nie powinni odpowiadać za formułowane przez siebie akty oskarżenia i wyroki, jeśli trzymali się litery obowiązujących przepisów prawa. Czyli ścigać można tylko tych stalinowców, którzy stalinowskiemu prawu uchybili. Tak skonstruowano ustawę o IPN. Jednak nawet orzekając na podstawie takich niedoskonałych zapisów - Krzyżanowskiego należałoby skazać, gdyż w obu przypadkach ówczesnemu prawu się sprzeniewierzył! Ponadto, w demokratycznych systemach obowiązuje zasada, że jeśli prawo narusza elementarne zasady sprawiedliwości, staje się bezprawiem. Ale po co naszym sędziom taka wiedza?
Nawet Krzyżanowski (oczywiście do winy się nie przyznając), stwierdził, że stalinowski system prawny miał charakter przestępczy. Wystarczyło zatem pójść krok dalej i uznać, że jako funkcjonariusz tamtego przestępczego systemu też jest (w świetle prawa) przestępcą. Jednak dzisiejsze prawo - prawo wolnej Polski takich prostych zasad nie uznaje.

EGZEKUCJE W SĄDZIE I W POLU

Kolejnym oskarżonym o mord sądowy (i to nie jeden, tylko kilka) był inny stalinowski prokurator Wacław Lange. W materiałach IPN czytamy, że w latach 1945 - 1953 "pełniąc funkcję podprokuratora Wojskowych Prokuratur Rejonowych w Białymstoku, Lublinie i w Warszawie, skierował do Wojskowych Sądów Rejonowych w Warszawie, Białymstoku i Lublinie akty oskarżenia, a następnie zażądał wymierzenia niewspółmiernych do czynów kar śmierci w stosunku do 15 osób [żołnierzy AK i ludzi jej pomagających - red.].". Cała 15-tka została stracona. Dodatkowo, wobec czterech skazanych zażądał natychmiastowego wykonania kary, uniemożliwiając im tym samym złożenie - przysługującej z mocy prawa - prośby o ułaskawienie. Zostali zastrzeleni na sali sądowej seriami z pepeszy (wytł. - ASME). Jednego, który jeszcze żył, dobił strzałem z pistoletu "oficer", który wstał zza stołu sędziowskiego. Egzekucję oglądała miejscowa ludność, która została ściągnięta na "rozprawę", aby nabrać respektu dla "ludowej" władzy.
Prokurator Andrzej Witkowski z IPN w Lublinie ustalił, że procesy trwały kilkanaście minut, odbywały się bez akt i spisywania protokołów. Dokumentacja została potem nieudolnie antydatowana. Czy było to zgodne nawet z ówcześnie obowiązującym prawem?
Inne "rozprawy" z udziałem Wacława Langego odbywały się w "terenie", np. na polu, gdzie ustawiano stół i krzesła, "sędziowie" coś tam odczytywali i kazali skazanemu iść przed siebie. Padały strzały. Komuniści nazywali to "wyjazdową sesją sądu", a w praktyce były to doraźne "sądy na kółkach" (w Białostockiem orzekał w nich prokurator Czesław Łapiński). Decyzja o wyeliminowaniu "wroga ludu" zapadała wcześniej, a "sąd" był tylko przykrywką dla zbrodniczych praktyk.

BŁĘDY PROCEDURALNE

Wacław Lange, rocznik 1924, przed wojną kancelista, zgodnie z powojenną praktyką prokuratorem został po krótkim kursie. Po zakończeniu kariery prokuratorskiej roczny kurs prawniczy na UMSC w Lublinie wystarczył, aby zdobył uprawnienia adwokackie. Szanowanym prawnikiem był aż do początku lat 90. Ostatni udokumentowany wyrok śmierci, do wydania którego podżegał, nosi datę 12 stycznia 1954 r.
W sądzie III RP twierdził oczywiście, że musiał wypełniać polecenia przełożonych. Tłumaczył się również, że postępował niezgodnie ze swoim sumieniem i ubolewał nad losem niesłusznie represjonowanych, ale w kraju panowało wówczas ogólne bezprawie - zarówno organy bezpieczeństwa, jak i sądy i prokuratura nie przestrzegały obowiązującego prawa, stosowały je instrumentalnie "w celu pozbycia się niewygodnych osób".
Co prawda za czyny zarzucane Wacławowi Langemu groziła kara dożywocia (sąd zdecydował się nawet aresztować go na trzy miesiące; za kratami spędził jednak tylko kilka dni, gdyż postanowienie to uchylił sąd wyższej instancji), ale sędziowie... nie podjęli się rozpatrzenia sprawy i przekazali ją z powrotem prokuratorowi IPN. Powód? Wyroki wydane ponad 50 lat temu na podstawie oskarżenia Langego do dziś są prawomocne i dopóki nie zostaną uchylone - byłego prokuratora nie można sądzić. Ponadto, oskarżony nie został pouczony, iż miał prawo - mimo prowadzenia postępowania w sądzie wojskowym - domagać się udziału w składzie orzekającym ławników-cywili.
W okresie stalinowskim niewłaściwy skład sądu nie przeszkadzał w wydaniu wyroku. Dziś błędy proceduralne minionej epoki bywają podstawą oskarżenia. Tylko z tego powodu (zamiast dwóch ławników, w procesie brał udział tylko jeden) można było w ogóle postawić przed sądem III RP prokuratora, który w 1948 r. żądał kary śmierci dla Witolda Pileckiego. Sam fakt, że Czesław Łapiński podżegał do mordu sądowego na rotmistrzu, świadomie dążąc do wyeliminowania niewinnego człowieka tylko dlatego, że był przeciwnikiem politycznym, dla systemu prawnego III RP nie ma żadnego znaczenia.

BEZPRAWIE PODSTAWĄ KOMUNIZMU

Konkludując. Powodem stosowania podwójnej miary w ściganiu stalinowców - skazywania śledczych, a z drugiej strony - pobłażliwości dla sędziów i prokuratorów jest - obok solidarności zawodowej ludzi w togach (np. immunitet sędziowski, który do dziś ma bronić Tadeusza Nizielskiego) - przede wszystkim wadliwe prawo. Po pierwsze, daje ono sądom dużą dowolność w orzekaniu na korzyść komunistycznych oprawców. Po drugie - co najważniejsze - nie potrafi ono uznać, że zbrodniarzem nie jest tylko ten, który strzela w tył głowy, nie tylko ten, który bije, kopie i topi w wannie. Pozbawić kogoś życia można również na drodze - wydawałoby się legalnej - procedury sądowej. Za stalinowskie zbrodnie tak samo odpowiedzialna jest np. prokuratorka Helena Wolińska, która - można by powiedzieć - "tylko" wydawała nakazy aresztowania. Ale w efekcie - jako jeden z trybów aparatu terroru - przyczyniła się do stracenia innego bohatera Polski Podziemnej - gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila" i prześladowania innych.
Prawo wolnej Polski musi zatem przyjąć zasadę, że cały powojenny system był zbudowany na bezprawiu. Dopiero zagłębiając się w te mroczne czasy, widzimy, jak ta machina zbrodni działała. Widzimy np., że często granice między bandytą w mundurze "oficera" Bezpieczeństwa z pistoletem i pałką, i tym w mundurze sędziego czy prokuratora wojskowego z długopisem i plikiem akt - zacierały się i ci sami oprawcy występowali w kilku rolach na raz. Wacław Krzyżanowski np. najpierw prowadził śledztwo, a potem oskarżał przed sądem. Niektórzy sędziowie - jak w sprawach z udziałem Wacława Langego - zabijali skazanych na sali sądowej. Niektórzy śledczy - jak Tadeusz Szymański czy Mieczysław Wybraniec - wykonywali wyroki. Kto zatem był bardziej okrutny - czy śledczy, który katował, czy prokurator, który na tej podstawie oskarżał, czy sędzia, który orzekał?
Wszyscy byli katami i tak powinni być traktowani przez sądy Rzeczpospolitej. Póki co klimat polityczny sprzyja rozliczaniu komunistycznych zbrodni, a głosy broniące dawny układ, w stylu: "W SB pracowało wielu porządnych ludzi", są dziś marginesem.

Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku "Niezależna Gazeta Polska"

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Wyszukiwarka ASME


Pole wyszukania:


Wiadomości z kraju

Publicystyka

Wielka Victoria pod Kłuszynem - Antoni Zambrowski - sobota, 24, lipca 2010

Michał Tadeusz Falzmann, 18 lipca - prof. Jerzy Przystawa - środa, 14, lipca 2010

Mazowsze

TV-felietony

Koniec Polski wraz z wyaresztowaniem się nawzajem mężyków stanu - Stanisław Michalkiewicz o nadchodzących "biblijnych znakach" nadchodzącego Nowego Wspaniałego Świata - czwartek, 29, lipca 2010

Piękna "wojna o pokój" na symbole: PO nie będzie "dorzynać watahy", a kult prezydenta Lecha Kaczyńskiego lepszy niż kult świętych Kościoła? - Stanisław Michalkiewicz o dławiących rozum wydarzeniach na polskiej scenie teatru politykierskiego - sobota, 24, lipca 2010

Walczymy z von Fiskusem - Janusz Korwin-Mikke na polach Grunwaldu 15 - 18.07.2010 r. (pilot) - wtorek, 20, lipca 2010

Kłuszyn 1610 - chwała oręża polskiego Rzeczpospolitej Obojga Narodów - niedziela, 11, lipca 2010

Zagranica

Notki wydawnicze / Recenzje

Ciekawostki o lewicy

PZPR ->SLD/SDPl


UP


Samoobrona


AW"S" -> PO - PiS

Wiadomości z UPR

ARCHIWUM

Stare ARCHIWUM


Najlepszy kandydat Niemiec na "prezia" - Donald Tusk

Witryna Kary Śmierci

 

 


Polecane serwisy

 

strona główna | kontakt | © Krzysztof Pawlak 1998 - 2008