Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Do Tiperary ciągle daleko - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 5, marca 2007 przez Krzysztof Pawlak |
Dla wielu publicystów średniego pokolenia uchodzących za zwolenników obecnego rządu, odwołanie Bronisława Wildsteina z funkcji prezesa TVP stało się powodem zwątpienia w polityczny geniusz Jarosława Kaczyńskiego oraz niewiary w sukces zapowiadanej "rewolucji moralnej". Charakterystyczny dla tych deklaracji był artykuł Piotra Semki w sobotnio-niedzielnej "RZ" zatytułowany "Zanikający instynkt premiera". Charakterystyczny dlatego, że publicysta sporządził coś na kształt "listy Semki" zawierającej nazwiska kolejnych fachowców (od Marcinkiewicza i jego "chłopców" aż po Wildsteina i jego chłopców oraz dziewczynki z telewizji), których kolejno izolował lub pozbywał się Kaczyński co ma stanowić dowód na odejście tego ostatniego od haseł PiS-owskiej rewolucji. Okazuje się, że odwołanie Wildsteina nie uzdrowiło - jak celnie ironizował R. A. Ziemkiewicz - jedynie p. Raczyńskiej, ale pozwoliło przejrzeć na oczy niektórym "pampersom" po 40-tce, wierzącym - jak można wnioskować z ich zawiedzionego tonu - w "instynkt premiera".
Czytając komentarze sfrustrowanych panów Jankego, Pospieszalskiego, Lisickiego czy Semki, sięgnąłem po własną analizę możliwych skutków PiS-owskich rządów, ale napisaną i opublikowaną w "NCz" w listopadzie 2003 r., czyli na dwa lata przed stworzeniem rządu Kazimierza Marcinkiewicza. Tekst ten (pt. "POPiS-owa gospodarka") został również "zawieszony" na "Onecie" pod datą 20.11.2003 r. (nadal do poczytania w Kiosku Onet) i co mnie szczególnie zaskoczyło - "wskoczył" ponownie na pierwszą stronę tego portalu dwa lata późnej, wkrótce po stworzeniu rządu Marcinkiewicza. Większość czytelników nawet nie zorientowała się, że jest to tekst sprzed dwóch lat, a ci co zauważyli - to jak można domniemywać jedynie poprzez fakt odwołania się w tekście do wcześniejszej daty. Daję upust tej megalomanii z jednego powodu, a mianowicie aby wskazać, że swoje przewidywania zsumowane w zdaniu: "It’s a long way to Tipperary - tak najkrócej można podsumować nadzieje tej części społeczeństwa, którzy odrzucając deklaracje postkomunistycznych obłudników, wpada niestety w inne koleiny polityczno-ekonomicznego cudotwórstwa" - opierałem nie na galerii nazwisk mających realizować "program" przyszłej prawicowej koalicji, ale na ideologicznych założeniach mających stanowić bazę dla tego programu. Po tonie i treści wpisów internautów reagujących na moje diagnozy dotyczące istoty - wtedy jeszcze nadchodzącej - władzy, można wnioskować, że większość nie miała złudzeń co do charakteru zapowiadanej "rewolucji", no może poza jednym wyjątkiem przedstawiającym się jako "Obywatel Monte Christo", który tekst spuentował osobistą dedykacją o treści: "Wale... który napisałeś ten artykuł - PIS nigdy nie agitował za wejściem do UE. I za to go cenię". Ale pozostawiając na później rozważania, kto wyszedł na "wała", to w omawianym tekście, bardziej wyeksponowałem - obok Kaczyńskiego - tylko jedną postać ówczesnej PiS-owskiej wierchuszki, tj. posła Wiesława Walendziaka, który - a o czym dzisiaj się nie wspomina - był swego czasu głównym ekspertem tej partii ds. gospodarczych. Pełnił zresztą funkcję przewodniczącego sejmowej komisji Skarbu Państwa i to w okresie, gdy pełnię władzy dzierżyło SLD. Jednakże Walendziak w marcu 2004 r. ze względu na prywatne życiowe zawirowania zrezygnował z mandatu posła i "poszedł w biznesy" Ryszarda Krauzego, zaś opuszczone przez Walendziaka miejsce tak w komisji sejmowej, jak i ZCHN-owskiej części PiS-u zajął jego dotychczasowy cień, tj. Kazimierz Marcinkiewicz, późniejszy premier i niedoszły prezydent stolicy.
Jak więc widać - co ma wisieć, nie utonie i jak się okazuje - nie ma ludzi niezastąpionych, natomiast niezależnie od tego ile świeżości mogliby wnieść "chłopcy Marcinkiewcza", pan Gwiazda z małżonką czy Irena Kirszenstein-Szewińska, pewne jest, że z pustego nawet Salomon nie naleje. Zresztą, jaką świeżością może emanować Andrzej Gwiazda - ufryzowany na nieżyjącego już marszałka Małachowskiego i broniący storyczyka krwistego oraz kukułki Fuchsa w dolinie Rospudy, czy pani Szewińska pełniąca funkcję wiceprezesa PKOl od 1988 r., czyli od prezesury Kwaśniewskiego?
Problem właśnie w tym, że w czasie kiedy PiS-owscy narodowcy toczyli zmagania o zmianę konstytucji w zakresie przepisów dotyczących ochrony życia, to p. prezydentowa Kaczyńska, p. Gosiewska czy małżeństwo Gwiazdów całą energię skupiali na obronie augustowskich mokradeł i zamieszkujących je jarząbków oraz błotniaków stawowych. Wszak nieprzypadkowo kardynał Biffi, odprawiając nauki rekolekcyjne dla watykańskich kurialistów i papieża, zauważył, że "solidarność, umiłowanie pokoju i szacunku dla natury to wartości względne. Jeśli staną się absolutnymi, będą zachęta dla bałwochwalstwa". Zapowiadana przez PiS "rewolucja moralna" nie tyle - używając określenia p. Bartyzela - "zdechła", ile raczej nigdy się nie rozpoczęła. Nie rozpoczęła się natomiast, gdyż rządzący zamiast skupić się na usuwaniu tego co C. N. Parkinson nazywał "degrengoliną", skoncentrowali się na odwojowaniu urzędów i to też wybiórczym. Ale cóż począć, gdy nadal "dla polskich kręgów intelektualnych pozór jest znacznie ważniejszy od istoty sprawy", stąd zamiast dyskutować o istocie - nadal będziemy czytać i słuchać bałwochwalcze treny, opiewające, jak to byłoby dobrze, gdyby od żłobu nie odsunięto "chłopców Marcinkiewicza".
Krzysztof MazurPublicystyka Krzysztofa Mazura na ASME