Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Kto pod kim dołki kopie... - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 8, sierpnia 2007 przez Krzysztof Pawlak |
W 2000 r., kiedy dogorywała AW"S", a na jej resztkach tworzyły się dwie największe obecnie partie, tj. PiS i PO, posłowie tamtego - jak się zwykło uważać - prawicowego sejmu uchwalili zmianę ustawy o partiach politycznych, która to zmiana wprowadzała subwencję budżetową dla tych partii politycznych i koalicji, które w wyborach przekroczyły określone progi wyborcze. Był to już drugi - po wprowadzeniu w 1993 r. do ordynacji wyborczej tzw. progów kwalifikowanych - krok w kierunku tzw. porządkowania rodzimej sceny politycznej, które to porządkowanie polegało na eliminowaniu konkurencji politycznej i utrwalaniu sytuacji, w której szanse reelekcji posiadaliby na zmianę przedstawiciele zaledwie kilku ugrupowań. Chociaż jak pokazały ostatnie dwa lata rządów PiS, marzeniem braci Kaczyńskich był dualistyczny podział sceny politycznej, przy czym najlepiej, aby z jednej strony stał duży PiS, zasilony elektoratem skonsumowanej Samoobrony i LPR, a także przetrzebionej PO, a z drugiej jakiś wariant kwaśniewszczyzny, chociażby pod postacią LiD-u i postępowej społecznie części PO.
To, że subwencja budżetowa miała i ma nadal charakter ekskluzywistyczny, doskonale wiedzą wszyscy politycy, a otwarcie przyznał to ostatnio publicznie wicepremier Giertych, potwierdzając, że cofnięcie subwencji niweczy wyborcze szanse danej partii w wyborach. Już to powszechne przekonanie jest wystarczającym powodem dla uznania przepisów wprowadzających subwencję budżetową za niezgodnych co najmniej z kilkoma przepisami konstytucji RP, w tym na pewno z art. 96.2, stanowiącym, że wybory do sejmu są m.in. równe i proporcjonalne, a przecież w odwodzie pozostaje jeszcze
wunderwaffe TK, czyli art. 2. z odwołaniem się do "demokratycznego państwa prawnego", którego interpretacja jest - jak się okazało przy okazji ustawy lustracyjnej - bardzo pojemna. Także art. 32.2 głosi, że "nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny", a czym jest opodatkowywanie jednych w celu subwencjonowania partii, na których opodatkowani w życiu nie oddaliby swojego głosu - jak nie "dyskryminacją w życiu politycznym"? Znana jest nawet przyczyna tej dyskryminacji, którą jest przekonanie części polityków, że niektóre partie i poglądy nie mają prawa do istnienia na politycznym targowisku.
Rozbudowałem nieco ten wątek, gdyż politykami, którzy najsilniej optowali za utrzymaniem subwencji budżetowych, byli właśnie politycy skupieni w PiS-ie, przy czym najczęściej powtarzanym argumentem było twierdzenie, że finansowanie z budżetu uchroni naszą politykę przed korupcją i zjawiskiem klientelizmu politycznego. Akcja chłopców Mariusza Kamińskiego w Ministerstwie Rolnictwa pokazuje, że korupcja ma się dobrze, taśmy Beger pokazują, że pojawiła się nawet tzw. korupcja polityczna, a ostatnie spoty PiS, wyświetlane w ramach "kampanii przeciw obłudzie", twierdzą, że istnieją nawet partie inkasujące dziesiątki miliony złotych i nie robiące dla kraju niczego konstruktywnego. Najbardziej zresztą przejął się tym Andrzej Lepper, który chcąc wyrwać Donalda Tuska i jego kolegów z oparów niekonstruktywności, publicznie zaproponował im postawienie konstruktywnego wotum nieufności. Oczywiście premierowi Kaczyńskiemu i jego spin-doktorom chodziło pewnie o nieco inny konstruktywizm, chociażby o taki, jaki prezentuje Samoobrona pozostająca konsekwentnie w nieistniejącej koalicji. Swoją drogą, trudno zrozumieć na czym politycy PiS-u i LiS-u opierają przekonanie, że wśród narodu większy aplauz uzyska ta partia, która zostanie oficjalnie wyślizgana z koalicji kosztem tej partii, która owego wyślizgania dokonałaby? Przy takiej niechęci wszystkich do zerwania nieistniejącej koalicji może się okazać, że nieistnienie koalicji będzie trwało aż do jesieni 2009 r.
A wracając do głównego wątku, to od dłuższego czasu żywiłem przekonanie, że w Polsce jeżeli coś zmienia się we właściwym kierunku to nie dlatego, że rządowa większość tego szczerze chciała, ale dlatego, że zewnętrzne okoliczności ową większość do tego przymuszały. Odrzucenie przez Sąd Najwyższy odwołania PiS-u od decyzji PKW ostatecznie wyrwałoby rządzącą partię z finansowego seraju, co zapewne pozwoliłoby dostrzec niektórym politykom zalety całkowitego skasowania zasilania partii politycznych środkami budżetowymi. Problem w tym, czy politycy PO widząc taką sromotę partii Kaczyńskich, potrafiliby powstrzymać się przed pokusą całkowitego upokorzenia przeciwnika, ale wtedy musieliby głosować przeciwko likwidacji subwencji i przeciwko wcześniejszym wyborom, a to nieco zakłóciłoby odbiór tej partii wśród tzw. inteligencji, czyli osób prenumerujących "GW" i "Politykę". Jak na mój kołtuński rozum - bardziej prawdopodobna jest raczej transakcja wiązana, w której zgoda na "naprawienie" skutków nieroztropności skarbnika Czartoryskiego (jak widać, nieufność zakonu PeCetowców wobec PiS-owskiej frakcji arystokratycznej okazała się uzasadniona) będzie się wiązała ze zgodą na zmianę ordynacji wyborczej, bo w końcu jakimiś sposobami ustalony wcześniej parlamentarny oligopol należy jednak utrzymywać.
Krzysztof MazurPublicystyka Krzysztofa Mazura na ASME