Publicystyka Antysocjalistycznego Mazowsza

W hołdzie bohaterskiemu rotmistrzowi w 60. rocznicę stalinowskiego mordu
Pilecki zamiast "Che" Guevary - Tadeusz M. Płużański
Wysłane niedziela, 25, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak

Komunistyczni siepacze zamordowali go równo 60 lat temu - 25 maja 1948 r. strzałem w tył głowy w więzieniu mokotowskim w Warszawie. "Ludowa" Polska nie doceniła bohaterstwa człowieka, który jako jedyny poszedł dobrowolnie do obozu śmierci w Auschwitz. Po powrocie do kraju, jako emisariusz II Korpusu gen. Władysława Andersa, w maju 1947 r. został aresztowany przez UB. Po trwającym niemal rok brutalnym śledztwie, podczas pokazowego procesu dostał karę śmierci. Niebywałe czyny Witolda Pileckiego zapewniły mu uznanie na Zachodzie - wliczono go w poczet najodważniejszych ludzi świata. Niestety, w wolnej Polsce większym wzorem do naśladowania (dla niektórych - ASME) jest np. południowoamerykański rewolucjonista Ernesto "Che" Guevara. A może jednak lepiej promować naszych bohaterów?

Jak Witold Pilecki trafił do Auschwitz? Po kampanii wrześniowej, w której dowodził plutonem kawalerii, wstąpił do jednej z pierwszych podziemnych organizacji - Tajnej Armii Polskiej (później weszła w skład Związku Walki Zbrojnej). Kiedy na początku 1940 r. TAP dotknęły aresztowania i część członków przewieziono do Auschwitz (pierwszy transport Polaków - więźniów politycznych przybył tam 14 czerwca 1940 r.), na jednej z narad ustalono, że ktoś z kierownictwa organizacji dostanie się do obozu, aby poznać panujące w nim warunki i możliwości uwolnienia więźniów. Wtedy (i jeszcze długo potem) nikt nie zdawał sobie sprawy, co to za miejsce: że to nie jeden z wielu obozów pracy, ale wielka fabryka zagłady. Wyprzedzając trochę fakty, podkreślić należy, że kiedy w październiku 1940 r. generał Stefan "Grot" Rowecki, przez zwolnionego więźnia otrzymał pierwszy raport Witolda z Auschwitz i wysłał go do Londynu, zarówno w Anglii jak i Ameryce informacje te uznano za przesadzone.

ROZKAZ WYKONAŁEM

"Około 10 wieczór (godzina 22.00) pociąg się zatrzymał w jakimś miejscu (...) Słychać było krzyki, wrzask, otwieranie wagonów, ujadanie psów. To miejsce we wspomnieniach moich nazwałbym momentem, w którym kończyłem ze wszystkim, co było dotychczas na ziemi i zacząłem coś, co było chyba gdzieś poza nią. (...) Zbliżaliśmy się do bramy, umieszczonej w ogrodzeniu drutów, na której widniał napis "Arbeit macht frei". Później dopiero nauczyliśmy się go dobrze rozumieć" - napisał rotmistrz już po ucieczce z Auschwitz.
Wracając do chronologii. Na wspomnianej naradzie komendant TAP mjr Jan Włodarkiewicz wytypował Pileckiego i przedstawił jego nazwisko Roweckiemu. O rotmistrzu pomyślano nieprzypadkowo. Urodzony 13 maja 1901 r. w Ołońcu (Karelia), dokąd władze rosyjskie przesiedliły rodzinę w ramach represji za udział w powstaniu styczniowym, miał piękną kartę w służbie Ojczyźnie. Członek POW, obrońca Wilna przed Sowietami w 1920 r., ułan II Rzeczypospolitej, żołnierz wojny obronnej. Teraz czekała go kolejna próba.
Chociaż inicjatywa pójścia do Auschwitz nie wyszła od samego Pileckiego, odważnie podjął się zadania. Po zdobyciu dokumentów na nazwisko Tomasza Serafińskiego - oficera WP, który miał zginąć we wrześniu 1939 r., Pilecki czekał dogodnej chwili, aby dać się złapać. Udało się 19 września 1940 r. Jego kuzynka Eleonora Ostrowska, u której wówczas przebywał, wspominała: "Otworzyłam i w drzwiach stanął niemiecki żołnierz - zapytał, kto tu mieszka. Nie zdążyłam odpowiedzieć, gdyż w tej chwili z pokoju wyszedł Witold. (...) Ubrał się i żegnając się ze mną, szepnął: »Zamelduj, gdzie trzeba, że rozkaz wykonałem«".
Po zatrzymaniu Pilecki zachowywał się tak, by przypadkiem nie został zwolniony. Demonstrował swoją inteligenckość, jak i to, że jest byłym oficerem WP, który nie poddał się zarządzonemu przez okupanta obowiązkowi rejestracji. To gwarantowało przewiezienie do jednego z obozów koncentracyjnych. "Szczęśliwie" znalazł się w transporcie, który 21 września 1940 r. trafił do Auschwitz. Prawdziwego Tomasza Serafińskiego, zastępcę dowódcy placówki AK w Nowym Wiśniczu, Pilecki poznał w trakcie swojej ucieczki z obozu.

WYZWOLIĆ OBÓZ

W tej niemieckiej fabryce śmierci - przez 2,5 roku - był numerem 4859. Już od pierwszych dni - z myślą o wyzwoleniu obozu - zaczął organizować siatkę konspiracyjną, pod nazwą Związku Organizacji Wojskowych, której nadał formę sprzysiężenia tajnych piątek. "Każda z »piątek« sądząc, że jest jedynym szczytem Organizacji, rozwijała się samodzielnie, rozgałęziając się tak daleko, jak ją suma energii i zdolności jej członków naprzód wypychały" - czytamy w raporcie Pileckiego. Dodatkowe zabezpieczenie stanowiła grupa, która likwidowała najgroźniejszych konfidentów i funkcyjnych. Wyroki śmierci, po osiągnięciu całkowitej pewności o winie oprawców, wykonywano na ogół w szpitalu. Wkrótce organizacja miała swoich ludzi również w innych, decydujących o życiu i śmierci miejscach obozu, m.in. w biurze pracy. Na szeroką skalę niesiono pomoc współwięźniom.
Niedługo po przybyciu do Auschwitz Pilecki zachorował na grypę. W grypsie do dr. Władysława Deringa, członka TAP, a potem ZOW napisał: "Jeśli mnie natychmiast stąd nie zabierzesz - to stracę resztę sił na walce z wszami. W obecnym stanie zbliżam się w przyspieszonym tempie do komina krematoryjnego".
Przez cały pobyt w Oświęcimiu - w szpitalu, gdzie walczył potem z tyfusem, w kompanii karnej, w stolarni, przyświecała mu jedna myśl - wyzwolić obóz, co miało nastąpić przez połączone siły konspiracji obozowej i dzięki pomocy z zewnątrz. W końcu 1942 r. pion wojskowy organizacji liczył co najmniej kilkuset zaprzysiężonych konspiratorów. Pilecki zorganizował nawet tajny magazyn broni, wykradanej ze zbrojowni SS.
Na początku 1943 r. Pilecki był już tak znany w obozowym podziemiu, że w każdej chwili groziła mu dekonspiracja. Zadanie, z jakim przyszedł do Auschwitz, wykonał - zorganizował tajną organizację, nawiązał łączność ze światem zewnętrznym, jego raporty szły na Zachód. Po 947 dniach udręki, podczas obozowej Wielkanocy 1943 r., dzięki misternie przygotowanemu planowi i szczęściu, które go nie opuszczało, udało mu się uciec.

BEZ WZGLĘDU NA KONSEKWENCJE

Na wolności od razu powrócił do działalności konspiracyjnej. Jeszcze w trakcie brawurowej ucieczki prosił okoliczne placówki AK i centralę w Warszawie o zgodę na podjęcie akcji wyzwolenia obozu. Jego plan uznano jednak za nierealny.
Kiedy rozkaz organizacji "NIE" zabronił mu wzięcia udziału w Powstaniu Warszawskim, walczył początkowo jako szeregowiec, później dowodził oddziałem w Zgrupowaniu Chrobry II. Podczas walk zginął jego przyjaciel i współuciekinier z Oświęcimia, por. Jan Redzej. 13 sierpnia z powstańczej reduty przy placu Starynkiewicza Pilecki wycofał się jako ostatni. Dowódca sąsiedniej kompanii por. Zbigniew Bryn zapamiętał, że wyróżniał się "zawsze uwidaczniającym się uczuciem opiekuńczym. (...) I z tego właśnie powodu, obok różnicy lat, jaka nas dzieliła, w gronie najbliższych nazywaliśmy go »Tata«".
Po osadzeniu w oflagach Lamsdorf (Łambinowice) i Murnau nie zapomniał, że zgodnie z żołnierską przysięgą jego obowiązkiem jest powrót do Polski. Zgodę na misję emisariusza wyraził gen. Władysław Anders. W okupowanym przez Sowietów kraju po raz drugi nie wykonał rozkazu - miał ponownie zameldować się w II Korpusie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Nawet, gdy bezpieka była na jego tropie (założona przez Pileckiego grupa wpadła wskutek prowokacji kapusia; UB, aresztując - dzień po dniu - jej członków, wszystko o nich wiedział), nie skorzystał z możliwości wyjazdu na Zachód. Do końca pozostał na posterunku, co określił słowami: "Ja zostanę, wszyscy nie mogą stąd wyjechać, ktoś musi tu trwać bez względu na konsekwencje".

MORD SĄDOWY

Podczas pokazowego, starannie nagłaśnianego przez reżimową prasę procesu 15 marca 1948 r., wobec czterech członków grupy Pileckiego, prokurator mjr (potem pułkownik) Czesław Łapiński żądał kary śmierci (główne zarzuty: 1. szpiegostwo na rzecz "obcego wywiadu", którym miał być II Korpus Andersa, 2. próby zamachów na czołowe osobistości bezpieki; dobrowolnego więźnia Auschwitz nie zawahano się nawet oskarżyć o współpracę w czasie wojny z Niemcami).
Kilka lat temu w Warszawie toczył się proces Łapińskiego, oskarżonego przez Instytut Pamięci Narodowej o podżeganie do mordu sądowego na Witoldzie Pileckim i jego współpracownikach. Prokurator IPN zarzucił mu, że domagając się najwyższego wymiaru kary, posiadając duże doświadczenie w eliminowaniu przeciwników politycznych (wcześniej wydawał wyroki śmierci w Wydziale do Spraw Doraźnych białostockiego Sądu Okręgowego, a jako szef Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Łodzi skazywał żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego kpt. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca") miał pełną świadomość, że oskarżeni mogą zostać straceni. Przyczynił się tym samym do zamordowania rotmistrza.
Współtowarzysze Pileckiego mieli więcej szczęścia. Mojego ojca - Tadeusza Płużańskiego, kuriera Witolda do armii Andersa (podczas wojny wieloletniego więźnia KL Stutthof) Bierut ułaskawił na dożywocie "ze względu na młody wiek", a łączniczkę Marię Szelągowską "ze względu na płeć". Pozostałych pięciu "szpiegów" dostało niższe wyroki.

DZIECI SZPIEGA

Do skazania Łapińskiego - po 1956 r. adwokata - nie doszło, gdyż oskarżony w 2004 r. zmarł, ale jego proces ujawnił szereg nowych wątków sprawy. Jako świadkowie oskarżenia zeznawali m.in. członkowie rodzin ofiar.
- W szkole na ścianach wisiały szczekaczki. Kiedy przedstawiano relację z procesu, nauczycielka spytała mnie w obecności całej klasy: "Czy ty jesteś córką tego szpiega?". Potwierdziłam. Byłam dumna z ojca, bo wiedziałam, że bardzo nas kocha i że jest wielkim patriotą - wspomina Zofia Optułowicz, córka rotmistrza.
- Mama nie brała udziału we wszystkich rozprawach, nie była w stanie - pamięta Andrzej Pilecki, syn rotmistrza. - Mówiła mi, że widziała pozrywane paznokcie ojca. Któregoś dnia wróciła z Warszawy roztrzęsiona i powiedziała, że ojca skazali.
Po zamordowaniu rotmistrza rodzina też nie miała łatwego życia. Żona - Maria - nauczycielka nie mogła znaleźć pracy w zawodzie. Dzieci nie chcieli przyjąć na studia.

ŚMIERCI SIĘ NIE BOJĘ

Winnych śmierci Witolda Pileckiego jest więcej. Wyrok wydał Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie w składzie: ppłk Jan Hryckowian (przewodniczący składu, a zarazem szef sądu; przedwojenny absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim; w czasie wojny AK-owiec odznaczony Krzyżem Walecznych; skazał na śmierć co najmniej 16 żołnierzy niepodległościowego podziemia), kpt. Józef Badecki (przed wojną skończył prawo na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie; co najmniej 29 wyroków śmierci) i kpt. Stefan Nowacki (ławnik, wzięty do sprawy z warszawskiej jednostki wojskowej).
Sąd, który skazał Pileckiego na KS, był całkowicie podporządkowany bezpiece. Nawet mecenaska Alicja Pintarowa przyznawała, że wykonuje tylko instrukcje MBP i jedynym ratunkiem dla oskarżonych jest pójście na współpracę. Na to jednak nikt z grupy rotmistrza nie zgodził się. W 2002 r. Pintarowa zeznała prokuratorowi IPN: - Proces był robiony pod Pileckiego, aby go skazać.
"Śmierci się nie boję" - powiedział rotmistrz po ogłoszeniu wyroku.

Z WYROKU RÓŻAŃSKIEGO

Śledztwo nadzorował osobiście (co świadczy o szczególnym znaczeniu, jaki komuniści przykładali do sprawy) szef Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, płk Jacek Różański (Józef Goldberg), który faktycznie wydawał wyroki. Pomagał mu zastępca - naczelnik Wydziału II, ppłk Adam Humer (23 stycznia 1948 r. zatwierdził akt oskarżenia) i dyr. Departamentu III (ds. walki z bandytyzmem, czyli niepodległościowym podziemiem), płk Józef Czaplicki, ze względu na swoją nienawiść do AK-owców nazywany "Akowerem". Na ich biurka, a także wiceministra bezpieki, gen. Romana Romkowskiego (Natana Kikiela) trafiały raporty o "postępach" w śledztwie.
Różański ignorował fakty przemawiające "na korzyść" rotmistrza, np. raporty z jego pracy w Auschwitz, a nadawał specjalne znaczenie sfingowanym dokumentom, głównie "raportowi Brzeszczota", (to on miał przewidywać likwidację "mózgów MBP" - właśnie Różańskiego, Czaplickiego i szefowej Departamentu V Julii Brystygier). W rzeczywistości celem grupy było zbieranie informacji o działalności nowego okupanta i "rozładowanie" zbrojnego podziemia, aby przestawiło się na działalność polityczną. Zamachy nie wchodziły w grę - Pilecki nie miał na to środków (znaleziona w jego skrytce broń nigdy po Powstaniu Warszawskim nie została użyta), a gdyby nawet... W liście z więzienia na Mokotowie do Różańskiego napisał: "po przeżyciach w Oświęcimiu nie umiałbym nikogo zamordować".
Pileckiego i jego współpracowników przesłuchiwało (co było w zwyczaju bezpieki) kilku śledczych. Wymieńmy ich nazwiska: Stefan Alaborski, Jerzy Kroszel, Tadeusz Słowianek, Jerzy Kaskiewicz, Marian Krawczyński, Zbigniew Kiszel, Eugeniusz Chimczak (w 1996 r. skazany na osiem lat w procesie Humera). Trzech ostatnich żyje do dziś, w centrum Warszawy, nie nękani przez Temidę.

POD SCZEGÓLNYM NADZOREM

Myliłby się jednak ten, który twierdziłby, że za śmierć rotmistrza odpowiadało "tylko" MBP i mordercy w togach - sędziowie i prokuratorzy. Wyrok zapadł na szczytach komunistycznej partii i państwa.
Śledczy Krawczyński, którego podpis widnieje na wielu, kluczowych dla śledztwa dokumentach, zeznawał jako świadek na procesie prokuratora Łapińskiego: - Aktu oskarżenia nawet nie przeczytałem. Nie było po co, bo wytyczne przyszły z KC.
Nad "właściwym" przebiegiem śledztwa czuwał jeszcze Naczelny Prokurator Wojskowy, płk Stanisław Zarako-Zarakowski (Rosjanin, słynny kat Polaków) i jego zastępca do spraw szczególnych (co potwierdza wyjątkowy charakter sprawy), ppłk Henryk (Hersz) Podlaski.
4 listopada 1947 r. Witold Pilecki potwierdził przed prokuratorem NPW, mjr Zenonem Rychlikiem, że złożone w śledztwie zeznania były dobrowolne. Obok stał Krawczyński - powiedzenie prawdy o przymusie fizycznym i psychicznym mogło skończyć się wznowieniem śledztwa. Rotmistrz odwołał zeznania dopiero podczas procesu: "protokoły podpisywałem, przeważnie nie czytając ich, bo byłem wówczas bardzo zmęczony". Na sali sądowej siedzieli sprawcy tego "zmęczenia".
3 maja 1948 r. Najwyższy Sąd Wojskowy w składzie: płk Kazimierz Drohomirecki, ppłk Roman Kryże, por. Jerzy Kwiatkowki i mjr Leo Hochberg wyrok na Pileckiego utrzymał w mocy. Z ramienia NPW dopilnował tego mjr Rubin Szwajg, w stalinowskiej prokuraturze odpowiedzialny za sprawy szczególne. Wobec Pileckiego Bierut nie skorzystał z prawa łaski.

OSTATNI AKT

Egzekucję nadzorował zastępca naczelnika więzienia mokotowskiego Alojzego Grabickiego Ryszard Mońko. Na procesie Łapińskiego zeznawał: - 25 maja 1948 r., między godz. 21 i 21.30 do mojego gabinetu zgłosiło się czterech panów. Byli z bezpieki. Na polecenie prokuratora [Stanisława Cypryszewskiego - TMP] rozkazałem doprowadzenie Pileckiego na miejsce straceń. To był mały, oddzielnie stojący budynek za X pawilonem, którym rządził MBP, a oficerowie służby więziennej nie mieli tam wstępu. Pilecki nie był prowadzony, szedł o własnych siłach.
Co innego widział więzień Mokotowa, ksiądz Józef Stępień: - Ubecy prowadzili go pod ręce, a on powłóczył nogami.
Mońko opowiadał dalej: "Weszli do środka, ja zostałem na zewnątrz. Słyszałem jeden strzał. Więźniów politycznych rozstrzeliwano, pospolitych wieszano [były wyjątki, komuniści powiesili np. gen. Augusta Emila Fieldorfa, aby dodatkowo go upokorzyć - TMP]. Pluton egzekucyjny to był jeden funkcjonariusz UB [etatowy morderca, starszy sierżant Piotr Śmietański wykonujący wyroki wzorem sowieckim - strzałem w tył głowy, sądząc z podpisów na protokołach wykonania KS ledwo piśmienny; potem wyjechał do Izraela - TMP].
- Gdzie pogrzebano Pileckiego? - pytał sąd Mońkę.
- Nie brałem w tym udziału. Od dyżurnych wartowników słyszałem, że ciała zabitych wywoziła gdzieś sanitarka więzienna.
Sanitarka pojechała prawdopodobnie na warszawski Służewiec. Tam potajemnym grzebaniem zamordowanych zajmował się - w latach 1945 - 1956 - nieżyjący już dziś funkcjonariusz więzienny Władysław Turczyński. Symboliczna mogiła Witolda Pileckiego znajduje się na cmentarzu w rodzinnej Ostrowi Mazowieckiej.

CYRANKIEWICZ NIE POMÓGŁ

Dlaczego Witold Pilecki musiał zginąć? Przecież nie wszyscy polscy patrioci zostali po wojnie straceni. W 1948 r., w przerwie rozprawy sądowej, zdołał szepnąć do kuzynki Ostrowskiej: "Ja już żyć nie mogę, mnie wykończono. Bo Oświęcim to była igraszka".
- Kiedy po rozprawie mama poszła do prokuratora Łapińskiego z prośbą o pomoc, odpowiedział: "Pani mąż to wrzód na ciele Polski Ludowej, który trzeba wyciąć" - opowiada Zofia Optułowicz.
Może powodem była odmowa współpracy z UB? W aktach czytamy notatkę, którą sporządził Komar - "agent celny" (kapuś, który wyciągał informacje od współwięźniów w celi): "Pileckiemu proponowano rolę Rzepeckiego [płk Jan Rzepecki, prezes I Zarządu Głównego WiN z więzienia namawiał AK-owców do ujawniania się, czego efektem były aresztowania - TMP], ale on stwierdził, że nie będzie się kajał, przyznawał do niepopełnionej winy".
A może kluczem do tragedii rotmistrza jest Józef Cyrankiewicz, który premierem - na długie lata - został trzy miesiące przed aresztowaniem Pileckiego? Przez cały PRL obowiązywała wersja, że to właśnie on był organizatorem podziemia w Auschwitz. Jeszcze w latach 90. w obozowym muzeum widniało jego zdjęcie, jako członka Kampfgruppe Auschwitz (niektórzy badacze twierdzą, że organizacja współpracowała z Gestapo). O znacznie większym Związku Organizacji Wojskowych Pileckiego nie było ani słowa. Jeszcze w styczniu 2005 r., podczas obchodów 60. rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz, prezydent Aleksander Kwaśniewski, mówiąc o więźniach-bohaterach wymienił Cyrankiewicza, "zapominając" o rotmistrzu Pileckim i ojcu Maksymilianie Kolbe.
Spór: czy Cyrankiewicz przyłożył rękę do śmierci Pileckiego, trwa do dziś. Jedno można powiedzieć na pewno - nie pomógł. A interweniowała u niego rodzina rotmistrza, byli więźniowie Auschwitz.

CHROŃMY PAMIĘĆ

Czy Pilecki to święty polskiego patriotyzmu (określenie mojego śp. ojca)? Ale dlaczego w więzieniu próbował prowadzić swoistą grę z Różańskim, przekonywać go do swoich racji? Mógł co prawda myśleć: to jeden z głównych prześladowców ludzi walczących o wolną Polskę, uosobienie sowieckiego zła, ale przecież też jest człowiekiem, a w dodatku nosi polski mundur, który powinien do czegoś zobowiązywać... Po drugie, co ważniejsze, "szczere" rozmowy z szefem Departamentu Śledczego nie pogorszyły w żaden sposób sytuacji współoskarżonych. W wierszu "Dla Pana Pułkownika Różańskiego" (Mokotów, 14 maja 1947 r.) napisał: "Dlatego więc piszę niniejszą petycję, by sumą kar wszystkich - mnie tylko karano, bo choćby mi przyszło postradać me życie - tak wolę - niż żyć wciąż, a w sercu mieć ranę".
Pilecki, maltretowany w ubeckich kazamatach - co omal nie doprowadziło go do samobójstwa - nikogo nie wydał. Do końca życia pozostał wierny ideałom: Bóg, Honor, Ojczyzna, idąc - z podniesioną głową - drogą XV-wiecznego ascety Tomasza a Kempis. Za te ideały oddał życie.
Po długich latach PRL-u można już pielęgnować pamięć o Witoldzie Pileckim - żołnierzu niepodległości, dobrowolnym więźniu Auschwitz, walczącym z dwoma okupantami Polski. W 1990 r. Sąd Najwyższy zrehabilitował rotmistrza i pozostałych skazanych w 1948 r. Dwa lata temu Andrzej Pilecki odebrał w imieniu ojca pośmiertny Order Orła Białego, przyznany przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. 7 maja br. Senat RP podjął "uchwałę w sprawie przywrócenia pamięci zbiorowej Polaków bohaterskiej postaci rotmistrza Witolda Pileckiego".

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Wyszukiwarka ASME


Pole wyszukania:


Wiadomości z kraju

Publicystyka

Wielka Victoria pod Kłuszynem - Antoni Zambrowski - sobota, 24, lipca 2010

Michał Tadeusz Falzmann, 18 lipca - prof. Jerzy Przystawa - środa, 14, lipca 2010

Mazowsze

TV-felietony

Koniec Polski wraz z wyaresztowaniem się nawzajem mężyków stanu - Stanisław Michalkiewicz o nadchodzących "biblijnych znakach" nadchodzącego Nowego Wspaniałego Świata - czwartek, 29, lipca 2010

Piękna "wojna o pokój" na symbole: PO nie będzie "dorzynać watahy", a kult prezydenta Lecha Kaczyńskiego lepszy niż kult świętych Kościoła? - Stanisław Michalkiewicz o dławiących rozum wydarzeniach na polskiej scenie teatru politykierskiego - sobota, 24, lipca 2010

Walczymy z von Fiskusem - Janusz Korwin-Mikke na polach Grunwaldu 15 - 18.07.2010 r. (pilot) - wtorek, 20, lipca 2010

Kłuszyn 1610 - chwała oręża polskiego Rzeczpospolitej Obojga Narodów - niedziela, 11, lipca 2010

Zagranica

Notki wydawnicze / Recenzje

Ciekawostki o lewicy

PZPR ->SLD/SDPl


UP


Samoobrona


AW"S" -> PO - PiS

Wiadomości z UPR

ARCHIWUM

Stare ARCHIWUM


Najlepszy kandydat Niemiec na "prezia" - Donald Tusk

Witryna Kary Śmierci

 

 


Polecane serwisy

 

strona główna | kontakt | © Krzysztof Pawlak 1998 - 2008