Bełkot
kaczodupr-a...
To był chyba
taki sen. Noc i w nocy lśniła masońska budowla... Zebrała się
resztka towarzystwa politycznego, choć w tamtym czasie w większości
byli to już tylko nuworysze z licealnych klas i pierwszych lat
żakowskich. Pierwszy głos zabrał Pierwszy Prezes. Mówił jak zawsze
porywająco, dalekosiężnie i... standardowo... Dostał standardowe,
fertyczne oklaski.
Głos po Nim
zabrał znany z funkcji w swej grupie rówieśniczej liczykrupy niejaki
B. Szedł chwiejnie. Ale w końcu wszedł na mównicę, rozejrzał się
i wypalił przygotowywane od dawna zagajenie: "Dajcie mi 6 lat,
a obalę socjalizm!" - po czym umilkł, znowu się rozejrzał i zamarł
w oczekiwaniu reakcji. Sala też zamarła i wszyscy z napięciem
zaczęli wpatrywać się w nastolatka za mównicą, a oczy co starszych
zebranych zaczęły wyrażać zwątpienie oraz pomieszanie.
B. przestał
po chwili oczekiwać upragnionych oklasków i przystąpił do dukania
referatu. Sypnęły się liczby, wskaźniki, tabelki (ulubiony sposób
przekazu B.), procenty, promille ułamki, mediany oraz przywoływane
nazwiska mające uwiarygodnić wysiłek liczykrupy - fruwały w coraz
bardziej gęstej atmosferze sali. Ludzie oraz studenci i uczniowie
powoli bledli.
B. stękał i
mówił...
...mówił i
pocił się...
...zacinał
się, ale po chwili znowu - jednak mówił...
...popuszczał
szwami oraz wszystkimi porami wy-wody, ale twardo dalej usiłował
porwać salę wykresami oralnymi...
...i dukał
tak coraz dłużej i dłużej, i dłużej...
...twardo sylabizował
tekst sczytywany z płaszczyzny mównicy...
Najpierw powoli,
jak żółw ociężale - dały się słyszeć ciche klaśnięcia uwalnianych
siedzeń krzeseł, potem już całkiem głośno rozlegały się strzały
drewnianych oparć. Zaczęto też upuszczać metalowe przedmioty na
dobrze rezonującą podłogę. Nic nie pomagało. Nastolatek o czerwonej
z wysiłku fizjonomii uparcie rozwijał pogmatwane myśli ekonomizdyczne.
Tak był zresztą na plakatach reklamujących imprezę przedstawiany:
ekonomizda. Nie było na nich wzmianki, że jest utrzymywany przez
Mamusię i Tatusia - oraz podatników w urzędzie dzielnicowym, gdzie
pobierał dietę (nie wykazując zbytniego zainteresowania sprawami
dzielnicy) za "bycie radnym PiS". Nie było informacji, że można
od niego kupić już używany samochód - ba, nie wiadomo, czy w ogóle
miał prawo jazdy? Inny jego kumpel, na plakatach tamten nastolatek
był przedstawiany jako "prawnik-konzdyducjonalista" - w poprzednim
roku, po zdaniu egzaminów żakowskich świętował wydanie mu (oprócz
dowodu) tego wymarzonego przez chłopców dokumentu.
B. dalej męczył
kryteria pomagające mu odróżnić socjalizm i biurokrację od kapitalistycznego
raju. Publiczność już ledwo dyszała.
Był swego czasu
w krakowskim kabarecie "Piwnica Pod Baranami" uzdolniony satyryk
Wiesław Dymny, ten umiał sparodiować wielogodzinne wystąpienia
towarzysza "Wiesława" z partyjnych mityngów - choćby w monologu
"Majewski" - gdzie "Gomóła" jak natchniony, choć prosty ekonom,
zarzucał swych kamratów kilogramami wskaźników, znaczników, danych
mających świadczyć o potędze jego pomysłu ekonomii...
Wiesława Dymnego
II już nie będzie, a i współczesny prototyp jest raczej farsą
niż ciekawym zjawiskiem.
Za stołem prezydialnym
uwijał się kelner..., no, może raczej miernej jakości konferansjer
- także o nastoletnim stażu życiowym, do którego pozostali bohaterzy
widowiska nie wiedzieć czemu zwracali się per "prezes"
- może chodziło o nobilitację kel... konferansjera - choć starał
się jak umiał, to jednak widać było, że nie jest to człowiek z
rodzaju tych, co wymyślą proch i sprzedadzą uczciwie swój używany
samochód...
Minęła godzina.
Liczykrupa
- kumpel kel... konferansjera skończył. Trzaskały już całkiem
gęsto krzesła... Zroszeni potem widzowie szybko bili w dłonie...
Liczykrupa
zbierał myśli. Wiedział, że o czymś zapomniał... JUŻ! Przypomniał
sobie, że zapomniał zaapelować do uczniaków i licealistów o wpłaty
na konto partii - bo już drugi miesiąc szedł, jak wyłączono niemiłościwie
i zupełnie wrednie - wbrew partyjnej propagandzie o powiększających
się wpłatach członkowskich - telefony w Centrali... A tu za tę
imprezę też trzeba było zapłacić!
Może kolega
konferansjer będzie pamiętał?
(Jeden widz
poradził sobie z prelegentem w inny sposób):