"MUSZKIETERZY"
- początki II Oddziału Armii Krajowej
Sprawa
morderstwa Włodzimierza Szyca "Biegacza"
3.6
Wątpliwości
Nachodziły
nas wątpliwości natury hierarchicznej. Jeśli, jak mówił, "Inżynier" organizował
wywiad z polecenia gen. Sikorskiego, to dlaczego trudności, na które natrafiał
we współpracy z innymi organizacjami - a przede wszystkim ze Związkiem
Walki Zbrojnej, który miał przecież pewien chryzmat Naczelnego Dowództwa
Polskiego w Londynie i który posiadał własną organizację wywiadowczą,
choć w tym okresie na pewno mniej efektywną od "Muszkieterów" - były nie
tylko duże, ale wcale się nie zmniejszały. Argumenty "Inżyniera", że "Muszkieterowie"
zostali utworzeni, żeby kontrolować również działalność ZWZ, musiały odpaść
w świetle faktów. Współpraca "Kapitanatu" z Oddziałem II ZWZ co prawda
istniała, ale - jak wiedzieliśmy od biorącego w tych rozmowach "brata
Antoniego" - wcale nie polegała na jakiejkolwiek nadrzędności "Muszkieterów".
Przeciwnie, istotą tej współpracy był raczej stosunek kupna-sprzedaży,
przy czym chcącymi sprzedać (swoje raporty lub ich części) byli "Muszkieterowie",
a chcącymi kupić - chętnie, choć bez specjalnego entuzjazmu, i to stawiając
dodatkowe warunki - II Oddział ZWZ. A przecież "Inżynierowi" bardzo zależało
na kwotach otrzymywanych od ZWZ, bo "Muszkieterowie" byli stale w trudnościach
finansowych. Formalnie zapewniona była dotacja z Biura Politycznego, ale
- jak znów wynikało z relacji "Brata Antoniego" - dotację tę musiał Witkowski
w pewnym sensie wydzierać. Właściwie nie była to nawet dotacja, tylko
odpłatność za usługi. Z tym wszystkim "Kapitan" zupełnie się zresztą nie
krył i kłopotami swoimi dzielił się nie tylko z "Kapitanatem". Znali je
nawet jego współpracownicy techniczni. W celu uniezależnienia się finansowo
spróbowali w pewnym okresie, chyba już w początkach 1941 r. wydrukować
we własnym zakresie banknoty "młynarki" 50-złotowe (10). Sprawa ta jednak
nie wypaliła ze względów technicznych - jakość falsyfikatów pozwalała
odróżnić je dość łatwo od oryginalnych banknotów. Ponieważ pieniądze z
Budapesztu dla Biura Politycznego przynoszone były dość nieregularnie,
a ZWZ nie kwapił się ze swoimi wpłatami, w momentach kryzysowych, do których
zaliczał chyba również braki finansowe swoje i swojej rodziny, Witkowski
ratował się pożyczkami. Między innymi i ja byłem jednym z tych, którzy
na mieście pożyczali dla niego, a raczej, jak mówił, na potrzeby organizacji.
Nie były to nigdy sumy duże - kilka, kilkanaście tysięcy złotych, ale
i o te trzeba było z Witkowskim walczyć, aby je zwrócił.
Trudności
finansowe rozumieliśmy dobrze - miał je każdy z nas indywidualnie w dostatecznym
stopniu. Niezwracanie pożyczek nie mieściło się jednak w naszych kategoriach
myślenia. ta cecha Witkowskiego - spora przecież niesolidność - bardzo
obniżała w naszych oczach jego autorytet.
Drugim
faktem, który ten autorytet podważył szczególnie u mnie, było przekazane
mi przez niego polecenie zaprojektowania i zbudowania wyrzutni dla ulotek
o treści patriotycznej. Założył, że wyrzutnia ta miotać powinna paczkę
ulotek na wysokość 500 metrów, przy czym ciężar paczki, wraz z opakowaniem
zapobiegającym jej rozpadowi zaraz po wystrzeleniu, miał wynosić 2-3 kg.
"Kapitan" zastrzegł sobie przy tym, że sam wystrzał następować ma bez
jakiegokolwiek huku i dlatego sugerował użycie, dla nadania ładunkowi
odpowiedniego impulsu, nie materiałów wybuchowych (tu huk musiałby być
dość znaczny), ale pary.
Ostatecznie
byłem inżynierem i miałem pewne wyczucie zagadnień technicznych, toteż
na pierwszy rzut oka zorientowałem się w nierealności przedsięwzięcia,
nie mówiąc już o niemożliwości uzyskania przez nas potrzebnego wysokiego
ciśnienia pary. Każde gwałtowne rozprężanie się ośrodka gazowego musiało
przecież wywołać huk, którego uniknięcie było jednym z podstawowych warunków
stawianych przez Witkowskiego. Starałem się mu to wytłumaczyć, ale uparł
się i kazał zadanie wykonywać. Siedziałem przez całą noc, przywołałem
z niepamięci całą moją byłą i dość przecież ograniczoną wiedzę z zakresu
termodynamiki, dynamiki gazów, rozchodzenia się dźwięku itp. (ciekawy
problem dla psychologów i innych znawców działalności ludzkiego mózgu:
jak to się dzieje, że rzeczy dawno zapomniane i znane tylko z uczelni
- w pracy jako inżynier miałem do czynienia przede wszystkim ze statyką,
dynamiką, wytrzymałością materiałów, mechaniką - w momencie krytycznym,
kiedy jest się w sytuacji przymusowej, można jednak w potrzebnym zakresie
przypomnieć). W rezultacie nieprzespanej nocy potrzebne dla Witkowskiego
obliczenia przeprowadziłem.
Wyniki
przedstawiłem mu nazajutrz w jego mieszkaniu przy ul. Bartosiewicza 5
(życzył sobie otrzymać sprawozdanie z samego rana), wykazując całkowitą
nierealność takiego przedsięwzięcia. Pokazałem mu obliczenia - wynik przepracowanej
nocy i ciężkiej, wielogodzinnej mordęgi z niewydolnością pamięci. nawet
na nie nie spojrzał. Był jedynie dość niezadowolony, ale odniosłem wrażenie,
że ta sprawa właściwie przestała go interesować, że teraz miał w głowie
już zupełnie coś innego.
Ta historia
dość mnie do Witkowskiego zraziła; co z niego za inżynier, a przede wszystkim,
co za wynalazca (jak utrzymywał, opowiadając o swoich patentach uzyskanych
w Szwajcarii), jeśli nie ma zupełnie wyczucia technicznego. A poza tym,
co za szef, który tak lekkomyślnie szasta siłami swojego współpracownika,
obarczonego przecież przez niego samego w tym samym okresie zadaniami
kontrwywiadu - nieporównywalnie w naszej sytuacji ważniejszymi.
Następnym
problemem, który sumując się z poprzednimi, mocno już podkopał nasze zaufanie
do "Inżyniera" i wywołał w naszej organizacji wiele poważnych fermentów,
była tzw. sprawa Świętochowskiego.
Wybierając
się do Francji przez Węgry, jako "bazę" dla swej łączności Świętochowski
wyznaczył pracownika byłego Konsulatu RP w Budapeszcie - Fietowicza. Dlaczego
nie prowadził go żaden z naszych kurierów, chodzących przecież do Budapeszcie
właśnie tymi drogami, tego nigdy się nie dowiedziałem. Idącemu więc o
własnych siłach starszemu panu szczęście nie dopisało. Został aresztowany
przed granicą, jeszcze po stronie polskiej i osadzony w więzieniu na Podhalu.
Szczęściem, Niemcy nie orientowali się, kogo chwycili - papiery na inne
nazwisko miał w porządku - i starszy pan siedział dość spokojnie, choć
oczywiście w nie najlepszych warunkach.
W Warszawie
powstał alarm. Biuro Polityczne zwróciło się natychmiast do "Muszkieterów"
o pomoc, której miało prawo oczekiwać. Witkowski obiecał sprawę zbadać
i po pewnym czasie otrzymałem polecenie zorganizowania odbicia Świętochowskiego
z więzienia. Zadaniem tym obarczyłem "Longa", zamierzając dać mu do pomocy
"Ernesta' i jego ludzi.
Ostatecznie
"Long" wybrał się na rekonesans z Adamem Steinbarthem, człowiekiem starszym
(rocznik 1894-1896, 170 cm wzrostu, spore wąsy), mającym sporą rutynę
w sprawach wywiadowczych. Zwrócił on m.in. uwagę "Longowi" na niebezpieczeństwo,
szczególnie w tak trudnym terenie (dość blisko granicy, miasto stosunkowo
małe, obcy rzuca się w oczy), wskazywania interesującego ich obiektu.
Na miejscu,
na podstawie skierowania otrzymanego w Warszawie, nawiązali kontakt z
członkiem tamtejszej organizacji terenowej Zaprawą-Ostromęckim "Jerzym",
który miał już kontakty w więzieniu i prowadził korespondencję grypsową
ze Świętochowskim. Jeszcze przed wyjazdem "Longa" "Jerzy" przygotował
plan ucieczki lub wykupienia Świętochowskiego z więzienia. Miał w tym
celu umówionego zaprzyjaźnionego strażnika.
Przedstawiony
przez "Jerzego" plan akcji oceniliśmy jako całkowicie realny, praktycznie
nie wymagający zmian. Brał pod uwagę - wariantowo - możliwość wykupienia
lub dobrze zorganizowanej ucieczki i prawie nie wymagał użycia siły. Uwzględniając
jednak wszelkie ewentualności, opracowana była również możliwość uwolnienia
Świętochowskiego siłą - obsada więzienia była nieliczna. Dobrze przemyślany
był także plan ewakuacji dla tych wariantów.
Sprawę
przedstawiłem "Kapitanowi", prosząc o wyrażenie zgody na akcję i proponowany
termin. Jednocześnie do "kapitana" poszedł znający go dobrze z organizacji
Adam Steinbarth, który zarzucił Witkowskiemu lekkomyślność i nieostrożne
narażanie ludzi - członków "Muszkieterów". W jego ocenie ucieczkę zorganizować
powinien i miał już ją opracowaną :Jerzy: (tamtejszy oddział ZWZ). Wciąganie
w tę sprawę "Muszkieterów" uznał za niewłaściwe. W rezultacie tej wymiany
zdań wycofał się całkowicie ze współpracy z "Kapitanem", zabrał rodzinę
(żonę i dwóch synów) i wyjechał do Sterdyni. I tu rzecz zaszła zupełnie
nieoczekiwana. Witkowski zmienił front i orzekł, że Świętochowski jest
człowiekiem i niemłodym, i schorowanym (elementy te były uwzględnione
w naszym planie uwolnienia), i że on dogadał się z "Szarym", który Świętochowskiego
wypuści legalnie za spore, co prawda, pieniądze potrzebne do przekupienia
decydenta.
"Szary"
- jak mówił Witkowski - był to "jego człowiek" w warszawskim gestapo,
Alzatczyk Müller. Zgodnie z informacjami sieci "37" w Wydziale IV warszawskiej
SiPo, a więc tzw. gestapo, na jednym z wyższych stanowisk był rzeczywiście
oficer o nazwisku Müller. Moje ówczesne wiadomości o warszawskiej SiPo
były jeszcze bardzo skromne i w pochodzenie Müllera ani jego powiązania,
jak też możliwości, nie miałem żadnego powodu wątpić. Zresztą szef decydował.
Zgodnie
z poleceniem "Kapitana" przygotowania zaniechaliśmy i z naszej strony
sprawę zamknęliśmy. Pozostała jedynie nitka informacyjna od "naszego strażnika",
którą od czasu do czasu otrzymywaliśmy wiadomości o pogarszającym się
stanie zdrowia starszego pana. Moje pytania, kiedy nastąpi zwolnienie
Świętochowskiego, "Kapitan" kwitował wyjaśnieniami, że "Szary" musiał
właśnie służbowo wyjechać, że nastąpiły pewne, niegroźne zresztą, komplikacje
itd. Ostatecznie nie moją sprawą było kontrolowanie szefa. Miałem dość
własnych zadań.
Czas
mijał i nic się nie działo, aż pewnego dnia przyszła wiadomość, że Świętochowski
został wywieziony do obozu, gdzie warunków życia nie wytrzymał i zmarł.
Oprócz straty dla polskiego życia politycznego było to bardzo poważne
podważenie autorytetu "Kapitana" wśród współpracowników, szczególnie z
sieci "37". Zaważyło ono również na jego stosunkach z Biurem Politycznym.
Nikt z nas nie posądzał Witkowskiego o świadomą złą wole: jaki rzeczywiście
miałby interes w śmierci Świętochowskiego? Ale sprawy tej do dziś nie
rozumiem. Jego współpraca z "Szarym" wydała mi się natomiast wątpliwa.
Ostatecznie - nawet abstrahując od "sprawy Świętochowskiego" - jaki pracownik
wywiadu, a Witkowski był nie tylko pracownikiem, ale i szefem organizacji
wywiadowczej, nie wykorzystałby takiego kontaktu do gromadzenia informacji
o organizacji i ludziach SiPo, jeśli nawet nie o jej działaniach?
Inny
problem, o wiele zresztą mniejszym ciężarze gatunkowym, ale pozostawiającym
przykry osad, wykwitł na tle trudności finansowych Witkowskiego.
Do przyjścia
"Biegacza" (naszego łącznika z Bazą w Budapeszcie) brakowało jeszcze kilku
dni, a "Muszkieterowie", zgodnie z relacją "Kapitana", potrzebowali pieniędzy
na akcje i Witkowski zwrócił się z prośbą o ich pożyczenie. jednym z przyjaciół
"Wuja" był skarbnik jednego z banków warszawskich - Lewandowski, znany
w światku żeglarskim jako "Bulina". Zrobił on coś, na co jego etyka w
zasadzie w żadnym przypadku nie pozwalała, ale cel - działalność niepodległościowa
- przełamał widocznie jego skrupuły. Pieniądze zostały pożyczone z kasy
banku do bezwzględnego zwrotu w poniedziałek rano (była sobota). Każdy
orientuje się, co znaczy dla kasjera banku niemożność wyliczenia się z
pieniędzy, toteż Witkowski zobowiązał się do ich bezwzględnego zwrotu
w terminie. Słowa jednak nie dotrzymał i tylko dzięki temu, że "Wujo"
sprzedał akurat porcję papy, udało się "Bulinę" uratować. Dla dalszych
pożyczek droga ta jednak raz na zawsze została zamknięta.
Sytuacja
z pożyczaniem pieniędzy za moim pośrednictwem powtórzyła się raz jeszcze.
I znów Witkowski pożyczonych pieniędzy na czas nie zwrócił, ale było to
znacznie później i ostatecznie tę, zresztą niewielką kwotę potracił "dzięcioł"
z dotacji dla "Muszkieterów".
Wszystkie
te historie nie tylko nadwątliły nasze zaufanie do "Kapitana", ale nasiliły
również dążenia do podporządkowania się "wojsku", za które uważaliśmy
Związek Walki Zbrojnej, kierowany przez "Grota". W czasie wojny chcieliśmy
być w wojsku, a nie w pewnym sensie w prywatnej, choćby nawet o celu najwłaściwszym
i najlepiej prowadzonej.
Dla mnie,
i nie tylko dla mnie, współpraca z Witkowskim stawał się coraz trudniejsza.
W "Muszkieterach" nasilał się ruch dążący do "przejścia do wojska". Wszystkimi
siłami wywieraliśmy na "Kapitana" nacisk o podporządkowanie nas ZWZ. Ruch
ten objął nawet "górę", to jest "brata Antoniego", bezpośredniego zastępcę
"Kapitana", "13" - skarbnika organizacji, oczywiście cały wywiad wojskowy
"129", łączność "99" (byli to przeważnie wojskowi za służby czynnej),
analizatorów informacji przemysłowych "23" itd. Rzecz jasna do tej grupy
należałem również i ja z moimi współpracownikami, tak z kierunku wywiadu
komunikacyjnego, jak i kontrwywiadu. Było nas więc bardzo dużo, ale jednak
nie całość organizacji" za pozostaniem w postaci wywiadu niezależnego
od ZWZ opowiadała się grupa bezpośrednich współpracowników Witkowskiego,
wierzących w niego bez zastrzeżeń.
Szalę
przeważył zespół wydarzeń, których chronologii ustalić dziś już nie potrafię.Zachodzące
jednak miedzy nimi związki łączą je w pewien logiczny ciąg.
W pewnym
okresie, była to wiosna 1941 r., sieć informacyjna "37" przyniosła wiadomość
o przybyciu do Warszawy poszukującego właściwego kontaktu wysłannika
wywiadu angielskiego Intelligence Service. Informacja została zaewidencjonowana
bez specjalnego zainteresowania, jednakże - czując się, jako wywiad polski,
gospodarzem w naszym domu - poleciłem dalsze jej rozpracowanie, jeśli
nie będzie ono wymagało dużego nakładu sił. Chociaż był to przedstawiciel
aliantów, i to w tym czasie jedynych liczących się w walce z Niemcami,
chcieliśmy jednak wiedzieć, co u nas robi. Ku mojemu zdziwieniu dowiedziałem
się wkrótce, że wysłannik ten prowadzi m.in. rozmowy z niejakim inż. Witkowskim,
a więc moim szefem. Tu trzeba pamiętać o naszym ówczesnym nastawieniu:
uważaliśmy, że praca wywiadu, nasza praca, stanowi jeden z poważniejszych
wkładów Polski w wojnę przeciw Niemcom i wkład ten daje naszemu Rządowi
na emigracji poważny materiał przetargowy we współpracy z innymi aliantami.
Chodziło więc o to, żeby wyniki tej pracy trafiały bezpośrednio do Polskiego
Naczelnego Dowództwa w Londynie. po co więc zjawił się tu "specjalny wysłannik
IS"? Z zapytaniem tym zwróciłem się do "Brata Antoniego", całkowicie podzielającego
moje nastawienie co do wartości naszej pracy, i wkrótce... zostałem zaproszony
na spotkanie u "Kapitana"... właśnie z tym agentem. Okazała się nim Krystyna
Skarbek, śliczna, zgrabna, bardzo inteligenta i absolutnie urocza dziewczyna.
Przeszła przez Słowację z księdzem jezuitą idącym do jezuitów polskich,
zresztą też Polakiem, którego "Brat Antoni" nazywał "Bidulą". Jak się
później okazało, wyszła z Budapesztu razem z "Biegaczem" i jego żoną,
ale od Koszyc szli już osobno.
"Mucha"
- taki był pseudonim Krystyny - pracowała od początku dla IS w różnych
krajach, m.in. na Bliskim Wschodzie. Do Witkowskiego trafiła, gdyż
podobno znali się jeszcze z jego pobytu w Szwajcarii. Rozmowa podczas
naszeo spotkania była ogólnopolityczna. "Mucha" opowiadała o swoich spostrzeżeniach
i doświadczeniach w Turcji. Witkowski mówił ogólnie o warunkach i stosunkach
w Polsce, o siłach niemieckich tu zaangażowanych. Oczywiście rozmawialiśmy
też o wojnie i jej ewentualnym rozwoju. Przyglądając się ślicznej dziewczynie
przez cały czas zastanawiałem się, po co ja, przeciwnik bezpośredniej
współpracy na szczeblu przekazywania raportów jakiemukolwiek wywiadowi
obcemu, zostałem na to spotkanie zaproszony. Czy chodziło Witkowskiemu
o pochwalenie się znajomościami, czy też o uśpienie moich niepokojów?
Że to jest sprawa "towarzyska" i że nic się za nią nie kryje? "Mucha"
zresztą opuściła wkrótce Warszawę i Polskę - doniosła mi o tym sieć "37".
W tym okresie żadnego raportu nie przygotowaliśmy, nie było zestawień
zbiorczych mogących interesować obcy wywiad na tym szczeblu. A poza tym
przecież to "Brat Antoni" miał pieczę nad ostatecznym zestawianiem raportów,
ich mikrofilmowaniem przez "Foto-Plat" i pakowaniem mikrofilmów w skrytki
zabierane przez kurierów do Bazy w Budapeszcie.
Dziwić
może to moje całe zastanawianie się, zwłaszcza że jego obiektem był mój
bezpośredni przełożony, a zarazem szef "Muszkieterów". Ale sądząc po opisanych
wyżej incydentach, wydawało mi się, że można było się po Witkowskim spodziewać
różnych wyskoków.
W moim
podejściu sporą rolę grało także już półtoraroczne doświadczenie kontrwywiadowcze,
którego konsekwencją była m.in. rosnąca nieufność do ludzi. Niejednokrotnie
łapałem się na tym, że nawet w najbardziej zwykłej, codziennej rozmowie
zaczynałem się zastanawiać nie nad tym, co partner powiedział, ale dlaczego
tak powiedział.
Pamięć
odwiedzin "Muchy" zbladła. Zatarły ją zdarzenia i prace codziennego kołowrotka.
Zbliżał się następny termin zestawienia materiałów do comiesięcznego raportu
wywiadowczego dla Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego. Jak zwykle było
z tym wiele roboty, uzgodnień, ile, w przybliżeniu, klatek filmu każdy
z działów ma prawo zająć dla swoich spraw (całość była w pewnym stopniu
limitowana objętością rolek filmu, które trzeba było przecież odpowiednio
zapakować) itp.
Raport
został zestawiony, doprowadzony do właściwie zminiaturyzowanej postaci,
zapakowany przez "Brata Antoniego" i w obecności Witkowskiego przekazany
"Biegaczowi". W ostatniej chwili Witkowski, który osobiście dysponował
naszymi kurierami, zawiadomił jednak "Brata Antoniego", że Biegacz z jakiś
powodów wyjdzie w drogę dopiero następnego dnia i że on skrytkę z raportem
odbierze i do tego czasu przechowa.
Nazajutrz,
przed wręczeniem "Biegaczowi" skrytki, "Brat Antoni" stwierdził naruszenie
znaczków, które zawsze robił na rolce dla stwierdzenia, czy nie była ona
rozwijania. Witkowski jakoś sprawę wytłumaczył i "Biegacz" przygotował
się do drogi. Wracając, miał jak zwykle przynieść z Bazy w Budapeszcie
pas z zaszytymi w nim dolarami.
Prawie
od początku okupacji, jako bądź co bądź pilot wojskowy, współpracowałem
z grupą lotników skupiających się wokół płk. pilota Juliusza Gilewicza,
jednego z byłych kierowników "Lotu" oraz kontrolera ruchu tego przedsiębiorstwa
Kazimierza Chorzewskiego. Biuro będącego w likwidacji przedsiębiorstwa
lotniczego "Lot", które reprezentowali, mieściło się na V piętrze w domu
"Romy" przy ul. Nowogrodzkiej. W praktyce współpraca nasza polegała na
tym, że oni gromadzili młody personel latający i techniczny lotnictwa
(oficerów, podchorążych, podoficerów itd.), a ja - za wiedzą i zgodą "Kapitana"
- chłopców tych dołączałem do idących na Węgry naszych kurierów, którzy
w miarę możności pomagali im w przedostawaniu się do Budapesztu. I tym
razem "Kapitan" wyraził zgodę i dwóch młodych chłopców poszło z "Biegaczem".
W Warszawie
"Biegacz" zjawiał się z powrotem przeważnie po około trzech tygodniach
od momentu wyjścia z raportem. Jak zawsze i tym razem w powrotnej drodze
przynieść miał pas z zaszytymi w nim dolarami. "Biegacz" był rzeczywiście
fantastycznym chłopcem. Wysoki - ponad 180 cm wzrostu - wysportowany,
proporcjonalnie, ale bardzo mocno zbudowany, wyjątkowo silny i wytrzymały,
pokonywał trudności trasy, przed którymi wielu stanęłoby bezradnie, ze
wspaniałą łatwością. Trasę tę miał oczywiście dobrze opracowaną w wariantach
- chodził nią przecież tyle razy - kursował między Warszawą a Budapesztem
tam i z powrotem z dużą regularnością. Miał na niej swoje własne punkty
oparcia. Znał lokalizacje wszystkich posterunków granicznych. Orientował
się, skąd mogło mu ewentualnie zagrozić niebezpieczeństwo.
Oczywiście
"wypadki chodzą po ludziach", ale nie mieściło się nam w głowach, aby
"Biegacza" mogło spotkać coś złego. A jednak w czasie którejś wędrówki
i jemu powinęła się noga. Wracając z Węgier chyba jeszcze w 1940 r., wszedł
w Zakopanem do willi "Dafne", do mieszkania dentystki dr Skąpskiej przy
ul. Krupówki (jego "melina") i wpadł w "kocioł". Właścicielka mieszkania
wraz córką były już aresztowane. "Biegacza" z rękami skutymi z przodu
zabrano do "Palace". Tam w czasie przesłuchania Niemcowi, który uderzył
go w twarz, wyrwał rewolwer i postrzelił, kopnął w głowę gestapowca siedzącego
za biurkiem, skutymi rękoma uderzył piszącego na maszynie, wybił sobą
okno i wyskoczył na zewnątrz. Ze skutymi rękami uciekł do Murzasichla
i tam kowal Łukaszczyk rozkuł kajdanki, które wrzucono do studni (w latach
sześćdziesiątych kajdanki wyciągnięto na prośbę matki "Biegacza" Julii
Szycowej. Ma je jego syn - Włodzimierz Szyc). Wrócił do Warszawy, przynosząc
nienaruszony ładunek poczty i pieniędzy. Po takim wyczynie wierzyliśmy
bez zastrzeżeń, że nie ma takiej opresji, z której "Biegacz" nie potrafiłby
się wydostać. Po całej historii był jeszcze na tyle bezczelny, że - zmieniwszy
trochę wygląd (przefarbował włosy na czarne) - niejednokrotnie poruszał
się swobodnie po Zakopanem.
Aż tu
grom z jasnego nieba. Najpierw Witkowski zawiadomił, że z ostatniej
wyprawy (tej po wyjściu z Polski "Muchy") "Biegacz" się spóźnił. Następnie
Witkowski złożył oficjalny meldunek Tadeuszowi Szpotańskiemu, przewodniczącemu
Biura Politycznego, że "Biegacz" pieniędzy z Budapesztu nie przyniósł.
A chodziło tym razem, jak mówił Witkowski, o kwotę sporą, nawet jak na
zasilania organizacji niepodległościowych - około 40.00 dolarów. Sprawdzenie
radiowe potwierdziło, że "Biegacz" pas z pieniędzmi zabrał. Wkrótce Witkowski
podał dodatkowo, że sprawdzenie naszego raportu w Budapeszcie wykazało,
że był on otwierany i fotografowany (technika pakowania przewidywała zabezpieczenie
mikrofilmu - opowiadał mi o tym "Brat Antoni" - tak, aby niewtajemniczony,
otwierając raport w sposób niewłaściwy, automatycznie powodował jego wyświetlenie.
Sprawy te znałem zresztą jedynie z opowieści nadzorującego pakowanie "Brata
Antoniego").
Po pewnym
czasie okazało się, że rzeczywiście kopia raportu znalazła się bezpośrednio
w rękach Anglików. Wówczas Witkowski złożył na ręce przewodniczącego Biura
Politycznego oficjalne oskarżenie "Biegacza" o sprzeniewierzenie przyniesionych
z Budapesztu pieniędzy oraz o sprzedanie raportu "Muszkieterów" obcemu
wywiadowi. Jak się sprawa odbyła, nie wiem, nikt z nas nie miał kontaktu
z "Biegaczem". W jej wyniku Witkowski uzyskał jednak na "Biegacza"
wyrok śmierci.
W tym
okresie inny kurier, którego nie znałem, miał zabrać do Budapesztu następny
raport wywiadowczy. Jak zawsze, zaproponowałem "Kapitanowi" zabranie przez
tego kuriera następnych młodych lotników. W odpowiedzi "Kapitan" zupełnie
nieoczekiwanie zawiadomił mnie o wyroku na "Biegacza" i postawił warunek,
że chłopcy ci, przed pójściem na Węgry, będą z nim współpracować przy
wykonaniu tego wyroku. Sprawa była dla mnie takim zaskoczeniem, że poszedłem
zasięgnąć języka u "Brata Antoniego". Sprawę wyroku na "Biegacza" potwierdził
on bez żadnych wątpliwości.
Warunek
"Kapitana" przekazałem więc lotnikom. Zgodzili się. Dalszy ciąg tej historii
znam tylko z ich opowieści.
Pojechali
samochodem Witkowskiego (czy też ukradzionego na tę akcję). Na życzenie
siedzącego obok "Kapitana" wóz prowadził "Biegacz". Dwaj lotnicy zajęli
miejsca na siedzeniu tylnym. Pojechali gdzieś w okolice Podkowy Leśnej
(Nadarzyn?), w teren zalesiony. Nie wiadomo, jak Witkowski uzasadnił tę
wyprawę wobec "Biegacza", ale zachowywał się on zupełnie normalnie, a
nie jak człowiek mający nieczyste sumienie i mogący z tego tytułu spodziewać
się jakichś kłopotów.
Przed
wyjazdem "Kapitan" ustalił z lotnikami, że na dany przez niego znak "Biegacza"
zastrzeli siedzący bezpośrednio za nim. Gdy jednak nadszedł przewidziany
moment (zatrzymali się w młodniaku na wąskiej dróżce), chłopak nie mógł
zdecydować się na strzał w tył głowy. Wówczas Witkowski wyjął swój pistolet
(chyba 9 mm) i zastrzelił wyraźnie nie spodziewającego się niczego "Biegacza".
Obu chłopcom zrobiło się niedobrze na widok roztrzaskanej głowy. Pomogli
jednak Witkowskiemu zakopać ciało.
Wobec
nich "Kapitan" słowa dotrzymał i wysłał ich na Węgry razem z odchodzącym
kurierem. Wiadomo nam było, że do Budapesztu doszli. Dalszych ich losów
niestety nie znam.
3.7
Rozpad "Muszkieterów"
Wtedy
jeszcze "Kapitan" był naszym szefem, ale sprawa ta rzuciła cień na nasz
stosunek do niego. Nie można było jej jakoś zapomnieć.
Po
kilku miesiącach dowiedziałem się od "Brata Antoniego", że są pewne poszlaki,
że "Biegacz" nie sprzeniewierzył przyniesionych pieniędzy, lecz oddał
je "Kapitanowi". Byłem w tej sprawie wezwany do "Dzięcioła", który
- w obecności szefa kontrwywiadu Bernarda Zakrzewskiego "Oskara" i samego
Witkowskiego - polecił mi przedstawić moje jej naświetlenie oraz ewentualne
inne moje zarzuty pod adresem Wtkowskiego. Nie była to rozmowa przyjemna,
mam w ogóle awersję do wszelkich tzw. rozróbek. Uważałem jednak, że powiedzieć
muszę wszystko. Podczas gdy mówiłem, Witkowski ani razu się nie odezwał.
Nie powiedział również nic na zapytanie "Dzięcioła", czy chce skomentować
moją wypowiedź lub żądać ode mnie dodatkowych wyjaśnień. Przez cały czas
siedział z głową opartą na rękach i stawał się coraz bardziej czerwony.
W okresie
rozpadania się "Muszkieterów" "Inżynier" wykorzystał dotychczasowe nasze
informacje i w listopadzie 1941 r. nawiązał ze Smysłowskim współpracę.
Zamiarem jego było, wykorzystując możliwości Smysłowskiego jako oficera
Abwehry, zorganizowanie przerzutu przez front wschodni do gen. Andersa,
tworzącego Armię Polską na terenach ZSRR, trzech oficerów ze swego najbliższego
otoczenia (na czele z rtm. Czesławem Szadkowskim). Za ich pośrednictwem
"Inżynier" zamierzał uzyskać aprobatę gen. Andersa dla swojej działalności,
niezależnej od ZWZ.
Poczytaj mi Mamo, o prawie i sprawiedliwości: koniec PiS-owskich rządów w MSWiA i Policji - wyrok jednego roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata za kumoterstwo - piątek, 19, grudnia 2008
Przywrócić ustawę Wilczka! - Centrum Adama Smitha - uroczysta konferencja w sprawie 20. rocznicy powstania opozycyjnej Akcji Gospodarczej i wprowadzenia najlepszej jak dotąd ustawy gospodarczej - tzw. ustawy Wilczka (cz. 6) - środa, 31, grudnia 2008
Przywrócić ustawę Wilczka! - Centrum Adama Smitha - uroczysta konferencja w sprawie 20. rocznicy powstania opozycyjnej Akcji Gospodarczej i wprowadzenia najlepszej jak dotąd ustawy gospodarczej - tzw. ustawy Wilczka (cz. 5) - wtorek, 30, grudnia 2008
Przywrócić ustawę Wilczka! - Centrum Adama Smitha - uroczysta konferencja w sprawie 20. rocznicy powstania opozycyjnej Akcji Gospodarczej i wprowadzenia najlepszej jak dotąd ustawy gospodarczej - tzw. ustawy Wilczka (cz. 4) - wtorek, 30, grudnia 2008
Przywrócić ustawę Wilczka! - Centrum Adama Smitha - uroczysta konferencja w sprawie 20. rocznicy powstania opozycyjnej Akcji Gospodarczej i wprowadzenia najlepszej jak dotąd ustawy gospodarczej - tzw. ustawy Wilczka (cz. 3) - wtorek, 30, grudnia 2008
Przywrócić ustawę Wilczka! - Centrum Adama Smitha - uroczysta konferencja w sprawie 20. rocznicy powstania opozycyjnej Akcji Gospodarczej i wprowadzenia najlepszej jak dotąd ustawy gospodarczej - tzw. ustawy Wilczka (cz. 2) - wtorek, 30, grudnia 2008
Przywrócić ustawę Wilczka! - Centrum Adama Smitha - uroczysta konferencja w sprawie 20. rocznicy powstania opozycyjnej Akcji Gospodarczej i wprowadzenia najlepszej jak dotąd ustawy gospodarczej - tzw. ustawy Wilczka - wtorek, 30, grudnia 2008
Choinka na Skwerze im. Stefana Kisielewskiego - happening Fundacji im. Stefana Kisielewskiego cz. 2 - poniedziałek, 22, grudnia 2008
Choinka na Skwerze im. Stefana Kisielewskiego - happening Fundacji im. Stefana Kisielewskiego cz. 1 - poniedziałek, 22, grudnia 2008
"Jeśli mój syn nie pójdzie do więzienia za niepodległą Polskę, to uznam, że poniosłem klęskę pedagogiczną" - dyskusja nad stanem wojennym, współorganizowana przez Stowarzyszenie Wolnego Słowa i Fundację Obywatelska Odpowiedzialność (cz. 9, ost.) - niedziela, 21, grudnia 2008
Przy skali zastosowanego przez komunistów terroru polskie społeczeństwo i tak dało dużo z siebie w stanie wojny jaruzelsko-polskiej - dyskusja nad stanem wojennym, współorganizowana przez Stowarzyszenie Wolnego Słowa i Fundację Obywatelska Odpowiedzialność (cz. 8) - niedziela, 21, grudnia 2008
W każdym narodzie świadomych ludzi jest kilka procent, nie można obrażać się na swoje społeczeństwo, że czuło się zmęczone - dyskusja nad stanem wojennym, współorganizowana przez Stowarzyszenie Wolnego Słowa i Fundację Obywatelska Odpowiedzialność (cz. 7) - sobota, 20, grudnia 2008
"Solidarność" podziemna nie mogłaby istnieć, podobnie jak to było podczas okupacji niemieckiej, bez nieoficjalnej, choć też bardzo praktycznej, pomocy Kościoła katolickiego - dyskusja nad stanem wojennym, współorganizowana przez Stowarzyszenie Wolnego Słowa i Fundację Obywatelska Odpowiedzialność (cz. 6) - sobota, 20, grudnia 2008
Wałęsa i jego grupa zdradzili, bo nie aresztowali komunistów-terrorystów, uwiarygodnili ich swoimi rządami razem z Tadeuszem Mazowieckim - dyskusja nad stanem wojennym, współorganizowana przez Stowarzyszenie Wolnego Słowa i Fundację Obywatelska Odpowiedzialność (cz. 5) - sobota, 20, grudnia 2008
Kiedy inni pogrążyli się w marazmie lat osiemdziesiątych, ja chciałem działać, dlatego wstąpiłem do Solidarności Walczącej - dyskusja nad stanem wojennym, współorganizowana przez Stowarzyszenie Wolnego Słowa i Fundację Obywatelska Odpowiedzialność (cz. 4) - sobota, 20, grudnia 2008
"Karnawał wolności", jak nazywaliśmy czas istnienia pierwszej "Solidarności", był okresem przygotowywania się do obrony przed atakiem komunistycznej władzy - dyskusja nad stanem wojennym, współorganizowana przez Stowarzyszenie Wolnego Słowa i Fundację Obywatelska Odpowiedzialność (cz. 3) - sobota, 20, grudnia 2008
Przy pozorach "straszliwego sporu" pomiędzy premierem a prezydentem - interes został zrobiony, a związkowcy dopiero w czerwcu się o tym zorientują - Stanisław Michalkiewicz o najnowszych problemach życia polityczno-teatralnego - czwartek, 18, grudnia 2008
Zasadniczą formą oporu społecznego w stanie wojennym stała się działalność wydawnicza, która przełamywała monopol informacyjny komunistów - dyskusja nad stanem wojennym, współorganizowana przez Stowarzyszenie Wolnego Słowa i Fundację Obywatelska Odpowiedzialność (cz. 2) - czwartek, 18, grudnia 2008
Solidarność tworzyła siłę, która od samego jej początku nie była do zaakceptowania dla ówczesnych władz PRL - dyskusja nad stanem wojennym, współorganizowana przez Stowarzyszenie Wolnego Słowa i Fundację Obywatelska Odpowiedzialność (cz. 1) - środa, 17, grudnia 2008