stycznia 6, 2009 - stycznia 21, 2009

"Polska a waluta euro" - pierwsza debata studentów INP UW i polityków (cz. 6) Wysłane środa, 21, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

Na temat waluty euro:

- Janusz Korwin-Mikke: Polska już raz utraciła suwerenność. Królestwo Polskie połączyło się z Litwą, tworząc Rzeczpospolitą Obojga Narodów - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. V)

- Janusz Korwin-Mikke: żyjemy w epoce ogromnych bogactw i jak się ktoś przyssie dobrze, to ukradnie dużo: oni chcą nas okraść! - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. IV)

- Dlaczego chcecie przeprowadzić referendum w sprawie euro, a nie chcecie referendum w sprawie kary śmierci, ludzie rozumieją, jak działa kara śmierci, ale nie rozumieją, jak działa wpływ euro? - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. III)

- Pańscy ideowi poprzednicy - socjaliści mówili, że bogaty bogaci się szybciej niż biedny, dlaczego wy teraz mówicie, że biedny bogaci się szybciej niż bogaty? - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. II)

- Liczby rozstrzygają! W przyszłym roku tempo rozwoju krajów strefy euro ma być dwa razy niższe niż tempo pozostałych krajów Wspólnoty Europejskiej - to koniec dyskusji! - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. I)

W ramach tzw. debat oksfordzkich Instytut Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego pod kierownictwem prof. Konstantego Wojtaszczyka prowadzi cykl seminariów przygotowujących młodych adeptów życia politycznego "polskiego regionu UE" do uczestnictwa w realnym świecie "polityki stosowanej".

W tym roku pierwsza z takich debat odbyła się 12 stycznia w Pałacu im. Stalina w Warszawie. Gośćmi ze scen prawdziwego teatru politycznego byli: Hanna Gronkiewicz-Waltz (prezydentka Warszawy, PO), poseł Artur Górski (PiS), poseł Michał Szczerba (PO), poseł Tadeusz Iwiński (SLD), poseł (PSL), b. poseł Janusz Maksymiuk (Samoobrona), b. poseł Jan Lityński (PD), p. Witold Perka (Członek NKW PSL), p. Bolesław Witczak (prezes UPR). Temat debaty - "Polska a waluta euro".
Podczas powitania "marszałek sejmu" studenckiego zawahał się chwilę, wymieniając nazwisko obecnego prezesa UPR, p. Bolesława Witczaka, przepraszając za swoją gafę, usprawiedliwiając ją zwyczajowym dla takich momentów stresem. Potem nastąpiło przygotowanie teoretyczne dla dyskusji - przypomnienie ustaw i dekretów nt. waluty euro wprowadzonych przez nieistniejącą do tej pory "strukturę państwową" - Unię Europejską. "Marszałek sejmu" odczytał referat na temat III etapu reformy UE (co starsi uczestnicy tego spektaklu pamiętają kolejne etapy reformy PRL...), dążącego do rozpowszechnienia waluty euro w następnych państwach-regionach UE. Do tej pory tej waluty nie wprowadziły: Wielka Brytania, Dania i Szwecja, gdzie społeczeństwo wypowiedziało się w narodowym referendum przeciw "europejskiemu pieniądzowi".
Potem nastąpiło uroczyste odegranie hymnów: polskiego oraz tzw. UE - państwa, które nie istnieje. Podczas odgrywania "Ody do radości", oddając honory UE, stali WSZYSCY zaproszeni goście, także i ci, którzy przedstawiają się jako euro- i uniosceptycy...
Jako pierwsza została poproszona o zabranie głosu pani prezydent Warszawy - gospodyni miejsca debaty - Hanna Gronkiewicz-Waltz. Skoncentrowała się głównie na omawianiu podręcznika ekonomii swojego autorstwa (co zostało przez TV ASME pominięte w relacji), chwaląc oddanie honorów hymnowi nie istniejącego państwa przez "przyszłych ministrów i urzędników państwowych". Pani prezydent podkreślała czas swojej pracy w Wielkiej Brytanii, wykazując się dogłębną znajomością "wielkiego biznesu" brytyjskiego, który - według jej zapewnień - już dawno życzył sobie wprowadzenia waluty euro na Wyspach. Ze smutkiem przyznała, że inaczej życzy sobie większość społeczeństwa brytyjskiego...
Były poseł nieistniejącej już UW Jan Lityński skupił się - jak zwykle - nad wywiedzeniem powodów różnic między uniosceptykami a eurofederastami z odmętów "filozofii jagiellońskiej" i "filozofii piastowskiej", z których ta pierwsza ma stanowić symbol otwartości polskiego społeczeństwa na "świeże i postępowe" prądy ideowe płynące do nas z Zachodu oraz "obcych", druga - symbol zamknięcia się, izolacjonizmu oraz państwa jednoetnicznego i państwa autarkicznego. Waluta euro jako wyraz przyjęcia "obcych"? Proponujemy ocenić samemu...
Chcemy wtedy euro, kiedy ta waluta przyniesie korzyści dla Polski, spowoduje jej rozwój gospodarczy. Dochodzi kwestia suwerenności Polski, nasza partia (poseł Górski był przedtem w Unii Polityki Realnej...) jest partią o dużym szacunku dla państwowości polskiej. Mamy świadomość, że wielu Polaków jest przywiązanych do idei złotego jako waluty narodowej. Uważamy, że wprowadzenie (!) euro powinno być poprzedzone gruntowną debatą w społeczeństwie, nie tylko w jego elicie. Uważamy jednak, że wejście Polski do Unii Europejskiej niesie za sobą daleko idące konsekwencje. Te konsekwencje powinny w jakiejś perspektywie przynieść kolejny element, jakim jest integracja walutowa - nie bez stwierdzenia niekonsekwencji i czającej się za nią schizofrenii politycznej własnych słów wypowiadał się poseł PiS Artur Górski.
W Słowacji ceny po wprowadzeniu euro poszły do góry o trzydzieści procent. A jak się do tego doda kryzys gazowy - stan nadzwyczajny w słowackiej gospodarce, stan na granicy poważnego kryzysu gospodarczego. My mówimy w ten sposób - najpierw debata i rozwój gospodarki, następnie referendum! Naszą datą - optymalnie biorąc pod uwagę wszystkie czynniki - jest rok 2018! - kapitulował z konkretną datą końca suwerenności Polski poseł PiS Artur Górski.
Trudno jest po wystąpieniu pani profesor dodać cokolwiek ważnego w aspektach gospodarczych - grzecznie kajał się poseł Michał Szczerba z PO w stosunku do pani Hanny Gronkiewicz-Waltz. "Ale po wystąpieniu pana posła Górskiego widzimy (???), gdzie jest ta granica sporu, czym różni się Platforma Obywatelska od Prawa i Sprawiedliwości"... DATĄ??? - przyp. ASME.

Zapraszamy do zapoznania się z szóstą częścią relacji TV ASME z tej imprezy.

Pierwsza część nagrania TV ASME
Druga część nagrania TV ASME
Trzecia część nagrania TV ASME
Czwarta część nagrania TV ASME
Piąta część nagrania TV ASME

Nagranie tej części trwa prawie 10 minut. W Klubie TV ASME - jest również dostępna pełna wersja o doskonałej jakości.




"Polska a waluta euro" - pierwsza debata studentów INP UW i polityków (cz. 5) Wysłane wtorek, 20, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

Na temat waluty euro:

- Janusz Korwin-Mikke: Polska już raz utraciła suwerenność. Królestwo Polskie połączyło się z Litwą, tworząc Rzeczpospolitą Obojga Narodów - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. V)

- Janusz Korwin-Mikke: żyjemy w epoce ogromnych bogactw i jak się ktoś przyssie dobrze, to ukradnie dużo: oni chcą nas okraść! - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. IV)

- Dlaczego chcecie przeprowadzić referendum w sprawie euro, a nie chcecie referendum w sprawie kary śmierci, ludzie rozumieją, jak działa kara śmierci, ale nie rozumieją, jak działa wpływ euro? - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. III)

- Pańscy ideowi poprzednicy - socjaliści mówili, że bogaty bogaci się szybciej niż biedny, dlaczego wy teraz mówicie, że biedny bogaci się szybciej niż bogaty? - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. II)

- Liczby rozstrzygają! W przyszłym roku tempo rozwoju krajów strefy euro ma być dwa razy niższe niż tempo pozostałych krajów Wspólnoty Europejskiej - to koniec dyskusji! - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. I)

W ramach tzw. debat oksfordzkich Instytut Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego pod kierownictwem prof. Konstantego Wojtaszczyka prowadzi cykl seminariów przygotowujących młodych adeptów życia politycznego "polskiego regionu UE" do uczestnictwa w realnym świecie "polityki stosowanej".

W tym roku pierwsza z takich debat odbyła się 12 stycznia w Pałacu im. Stalina w Warszawie. Gośćmi ze scen prawdziwego teatru politycznego byli: Hanna Gronkiewicz-Waltz (prezydentka Warszawy, PO), poseł Artur Górski (PiS), poseł Michał Szczerba (PO), poseł Tadeusz Iwiński (SLD), poseł (PSL), b. poseł Janusz Maksymiuk (Samoobrona), b. poseł Jan Lityński (PD), p. Witold Perka (Członek NKW PSL), p. Bolesław Witczak (prezes UPR). Temat debaty - "Polska a waluta euro".
Podczas powitania "marszałek sejmu" studenckiego zawahał się chwilę, wymieniając nazwisko obecnego prezesa UPR, p. Bolesława Witczaka, przepraszając za swoją gafę, usprawiedliwiając ją zwyczajowym dla takich momentów stresem. Potem nastąpiło przygotowanie teoretyczne dla dyskusji - przypomnienie ustaw i dekretów nt. waluty euro wprowadzonych przez nieistniejącą do tej pory "strukturę państwową" - Unię Europejską. "Marszałek sejmu" odczytał referat na temat III etapu reformy UE (co starsi uczestnicy tego spektaklu pamiętają kolejne etapy reformy PRL...), dążącego do rozpowszechnienia waluty euro w następnych państwach-regionach UE. Do tej pory tej waluty nie wprowadziły: Wielka Brytania, Dania i Szwecja, gdzie społeczeństwo wypowiedziało się w narodowym referendum przeciw "europejskiemu pieniądzowi".
Potem nastąpiło uroczyste odegranie hymnów: polskiego oraz tzw. UE - państwa, które nie istnieje. Podczas odgrywania "Ody do radości", oddając honory UE, stali WSZYSCY zaproszeni goście, także i ci, którzy przedstawiają się jako euro- i uniosceptycy...
Jako pierwsza została poproszona o zabranie głosu pani prezydent Warszawy - gospodyni miejsca debaty - Hanna Gronkiewicz-Waltz. Skoncentrowała się głównie na omawianiu podręcznika ekonomii swojego autorstwa (co zostało przez TV ASME pominięte w relacji), chwaląc oddanie honorów hymnowi nie istniejącego państwa przez "przyszłych ministrów i urzędników państwowych". Pani prezydent podkreślała czas swojej pracy w Wielkiej Brytanii, wykazując się dogłębną znajomością "wielkiego biznesu" brytyjskiego, który - według jej zapewnień - już dawno życzył sobie wprowadzenia waluty euro na Wyspach. Ze smutkiem przyznała, że inaczej życzy sobie większość społeczeństwa brytyjskiego...
Były poseł nieistniejącej już UW Jan Lityński skupił się - jak zwykle - nad wywiedzeniem powodów różnic między uniosceptykami a eurofederastami z odmętów "filozofii jagiellońskiej" i "filozofii piastowskiej", z których ta pierwsza ma stanowić symbol otwartości polskiego społeczeństwa na "świeże i postępowe" prądy ideowe płynące do nas z Zachodu oraz "obcych", druga - symbol zamknięcia się, izolacjonizmu oraz państwa jednoetnicznego i państwa autarkicznego. Waluta euro jako wyraz przyjęcia "obcych"? Proponujemy ocenić samemu...
Chcemy wtedy euro, kiedy ta waluta przyniesie korzyści dla Polski, spowoduje jej rozwój gospodarczy. Dochodzi kwestia suwerenności Polski, nasza partia (poseł Górski był przedtem w Unii Polityki Realnej...) jest partią o dużym szacunku dla państwowości polskiej. Mamy świadomość, że wielu Polaków jest przywiązanych do idei złotego jako waluty narodowej. Uważamy, że wprowadzenie (!) euro powinno być poprzedzone gruntowną debatą w społeczeństwie, nie tylko w jego elicie. Uważamy jednak, że wejście Polski do Unii Europejskiej niesie za sobą daleko idące konsekwencje. Te konsekwencje powinny w jakiejś perspektywie przynieść kolejny element, jakim jest integracja walutowa - nie bez stwierdzenia niekonsekwencji i stojącej za nią schizofrenii politycznej własnych słów wypowiadał się poseł PiS Artur Górski.

Zapraszamy do zapoznania się z piątą częścią relacji TV ASME z tej imprezy.

Piąta część nagrania TV ASME
Szósta część nagrania TV ASME
Siódma część nagrania TV ASME
Ósma część nagrania TV ASME

Nagranie tej części trwa ponad 9 minut. W Klubie TV ASME - jest również dostępna pełna wersja o doskonałej jakości.




"Polska a waluta euro" - pierwsza debata studentów INP UW i polityków (cz. 4) Wysłane wtorek, 20, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

Na temat waluty euro:

- Janusz Korwin-Mikke: Polska już raz utraciła suwerenność. Królestwo Polskie połączyło się z Litwą, tworząc Rzeczpospolitą Obojga Narodów - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. V)

- Janusz Korwin-Mikke: żyjemy w epoce ogromnych bogactw i jak się ktoś przyssie dobrze, to ukradnie dużo: oni chcą nas okraść! - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. IV)

- Dlaczego chcecie przeprowadzić referendum w sprawie euro, a nie chcecie referendum w sprawie kary śmierci, ludzie rozumieją, jak działa kara śmierci, ale nie rozumieją, jak działa wpływ euro? - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. III)

- Pańscy ideowi poprzednicy - socjaliści mówili, że bogaty bogaci się szybciej niż biedny, dlaczego wy teraz mówicie, że biedny bogaci się szybciej niż bogaty? - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. II)

- Liczby rozstrzygają! W przyszłym roku tempo rozwoju krajów strefy euro ma być dwa razy niższe niż tempo pozostałych krajów Wspólnoty Europejskiej - to koniec dyskusji! - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. I)

W ramach tzw. debat oksfordzkich Instytut Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego pod kierownictwem prof. Konstantego Wojtaszczyka prowadzi cykl seminariów przygotowujących młodych adeptów życia politycznego "polskiego regionu UE" do uczestnictwa w realnym świecie "polityki stosowanej".

W tym roku pierwsza z takich debat odbyła się 12 stycznia w Pałacu im. Stalina w Warszawie. Gośćmi ze scen prawdziwego teatru politycznego byli: Hanna Gronkiewicz-Waltz (prezydentka Warszawy, PO), poseł Artur Górski (PiS), poseł Michał Szczerba (PO), poseł Tadeusz Iwiński (SLD), poseł (PSL), b. poseł Janusz Maksymiuk (Samoobrona), b. poseł Jan Lityński (PD), p. Witold Perka (Członek NKW PSL), p. Bolesław Witczak (prezes UPR). Temat debaty - "Polska a waluta euro".
Podczas powitania "marszałek sejmu" studenckiego zawahał się chwilę, wymieniając nazwisko obecnego prezesa UPR, p. Bolesława Witczaka, przepraszając za swoją gafę, usprawiedliwiając ją zwyczajowym dla takich momentów stresem. Potem nastąpiło przygotowanie teoretyczne dla dyskusji - przypomnienie ustaw i dekretów nt. waluty euro wprowadzonych przez nieistniejącą do tej pory "strukturę państwową" - Unię Europejską. "Marszałek sejmu" odczytał referat na temat III etapu reformy UE (co starsi uczestnicy tego spektaklu pamiętają kolejne etapy reformy PRL...), dążącego do rozpowszechnienia waluty euro w następnych państwach-regionach UE. Do tej pory tej waluty nie wprowadziły: Wielka Brytania, Dania i Szwecja, gdzie społeczeństwo wypowiedziało się w narodowym referendum przeciw "europejskiemu pieniądzowi".
Potem nastąpiło uroczyste odegranie hymnów: polskiego oraz tzw. UE - państwa, które nie istnieje. Podczas odgrywania "Ody do radości", oddając honory UE, stali WSZYSCY zaproszeni goście, także i ci, którzy przedstawiają się jako euro- i uniosceptycy...
Jako pierwsza została poproszona o zabranie głosu pani prezydent Warszawy - gospodyni miejsca debaty - Hanna Gronkiewicz-Waltz. Skoncentrowała się głównie na omawianiu podręcznika ekonomii swojego autorstwa (co zostało przez TV ASME pominięte w relacji), chwaląc oddanie honorów hymnowi nie istniejącego państwa przez "przyszłych ministrów i urzędników państwowych". Pani prezydent podkreślała czas swojej pracy w Wielkiej Brytanii, wykazując się dogłębną znajomością "wielkiego biznesu" brytyjskiego, który - według jej zapewnień - już dawno życzył sobie wprowadzenia waluty euro na Wyspach. Ze smutkiem przyznała, że inaczej życzy sobie większość społeczeństwa brytyjskiego...
Były poseł nieistniejącej już UW Jan Lityński skupił się - jak zwykle - nad wywiedzeniem powodów różnic między uniosceptykami a eurofederastami z odmętów "filozofii jagiellońskiej" i "filozofii piastowskiej", z których ta pierwsza ma stanowić symbol otwartości polskiego społeczeństwa na "świeże i postępowe" prądy ideowe płynące do nas z Zachodu oraz "obcych", druga - symbol zamknięcia się, izolacjonizmu oraz państwa jednoetnicznego i państwa autarkicznego. Waluta euro jako wyraz przyjęcia "obcych"? Proponujemy ocenić samemu...

Zapraszamy do zapoznania się z czwartą częścią relacji TV ASME z tej imprezy.

Pierwsza część nagrania TV ASME
Druga część nagrania TV ASME
Trzecia część nagrania TV ASME

Nagranie tej części trwa ponad 9 minut. W Klubie TV ASME - jest również dostępna pełna wersja o doskonałej jakości.




"Polska a waluta euro" - pierwsza debata studentów INP UW i polityków (cz. 3) Wysłane wtorek, 20, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

Na temat waluty euro:

- Janusz Korwin-Mikke: Polska już raz utraciła suwerenność. Królestwo Polskie połączyło się z Litwą, tworząc Rzeczpospolitą Obojga Narodów - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. V)

- Janusz Korwin-Mikke: żyjemy w epoce ogromnych bogactw i jak się ktoś przyssie dobrze, to ukradnie dużo: oni chcą nas okraść! - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. IV)

- Dlaczego chcecie przeprowadzić referendum w sprawie euro, a nie chcecie referendum w sprawie kary śmierci, ludzie rozumieją, jak działa kara śmierci, ale nie rozumieją, jak działa wpływ euro? - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. III)

- Pańscy ideowi poprzednicy - socjaliści mówili, że bogaty bogaci się szybciej niż biedny, dlaczego wy teraz mówicie, że biedny bogaci się szybciej niż bogaty? - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. II)

- Liczby rozstrzygają! W przyszłym roku tempo rozwoju krajów strefy euro ma być dwa razy niższe niż tempo pozostałych krajów Wspólnoty Europejskiej - to koniec dyskusji! - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. I)

W ramach tzw. debat oksfordzkich Instytut Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego pod kierownictwem prof. Konstantego Wojtaszczyka prowadzi cykl seminariów przygotowujących młodych adeptów życia politycznego "polskiego regionu UE" do uczestnictwa w realnym świecie "polityki stosowanej".

W tym roku pierwsza z takich debat odbyła się 12 stycznia w Pałacu im. Stalina w Warszawie. Gośćmi ze scen prawdziwego teatru politycznego byli: Hanna Gronkiewicz-Waltz (prezydentka Warszawy, PO), poseł Artur Górski (PiS), poseł Michał Szczerba (PO), poseł Tadeusz Iwiński (SLD), poseł (PSL), b. poseł Janusz Maksymiuk (Samoobrona), b. poseł Jan Lityński (PD), p. Witold Perka (Członek NKW PSL), p. Bolesław Witczak (prezes UPR). Temat debaty - "Polska a waluta euro".
Podczas powitania "marszałek sejmu" studenckiego zawahał się chwilę, wymieniając nazwisko obecnego prezesa UPR, p. Bolesława Witczaka, przepraszając za swoją gafę, usprawiedliwiając ją zwyczajowym dla takich momentów stresem. Potem nastąpiło przygotowanie teoretyczne dla dyskusji - przypomnienie ustaw i dekretów nt. waluty euro wprowadzonych przez nieistniejącą do tej pory "strukturę państwową" - Unię Europejską. "Marszałek sejmu" odczytał referat na temat III etapu reformy UE (co starsi uczestnicy tego spektaklu pamiętają kolejne etapy reformy PRL...), dążącego do rozpowszechnienia waluty euro w następnych państwach-regionach UE. Do tej pory tej waluty nie wprowadziły: Wielka Brytania, Dania i Szwecja, gdzie społeczeństwo wypowiedziało się w narodowym referendum przeciw "europejskiemu pieniądzowi".
Potem nastąpiło uroczyste odegranie hymnów: polskiego oraz tzw. UE - państwa, które nie istnieje. Podczas odgrywania "Ody do radości", oddając honory UE, stali WSZYSCY zaproszeni goście, także i ci, którzy przedstawiają się jako euro- i uniosceptycy...
Jako pierwsza została poproszona o zabranie głosu pani prezydent Warszawy - gospodyni miejsca debaty - Hanna Gronkiewicz-Waltz. Skoncentrowała się głównie na omawianiu podręcznika ekonomii swojego autorstwa (co zostało przez TV ASME pominięte w relacji), chwaląc oddanie honorów hymnowi nie istniejącego państwa przez "przyszłych ministrów i urzędników państwowych". Pani prezydent podkreślała czas swojej pracy w Wielkiej Brytanii, wykazując się dogłębną znajomością "wielkiego biznesu" brytyjskiego, który - według jej zapewnień - już dawno życzył sobie wprowadzenia waluty euro na Wyspach. Ze smutkiem przyznała, że inaczej życzy sobie większość społeczeństwa brytyjskiego...

Zapraszamy do zapoznania się z trzecią częścią relacji TV ASME z tej imprezy.

Pierwsza część nagrania TV ASME
Druga część nagrania TV ASME

Nagranie tej części trwa prawie 10 minut. W Klubie TV ASME - jest również dostępna pełna wersja o doskonałej jakości.




"Polska a waluta euro" - pierwsza debata studentów INP UW i polityków (cz. 2) Wysłane wtorek, 20, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

Na temat waluty euro:

- Janusz Korwin-Mikke: Polska już raz utraciła suwerenność. Królestwo Polskie połączyło się z Litwą, tworząc Rzeczpospolitą Obojga Narodów - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. V)

- Janusz Korwin-Mikke: żyjemy w epoce ogromnych bogactw i jak się ktoś przyssie dobrze, to ukradnie dużo: oni chcą nas okraść! - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. IV)

- Dlaczego chcecie przeprowadzić referendum w sprawie euro, a nie chcecie referendum w sprawie kary śmierci, ludzie rozumieją, jak działa kara śmierci, ale nie rozumieją, jak działa wpływ euro? - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. III)

- Pańscy ideowi poprzednicy - socjaliści mówili, że bogaty bogaci się szybciej niż biedny, dlaczego wy teraz mówicie, że biedny bogaci się szybciej niż bogaty? - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. II)

- Liczby rozstrzygają! W przyszłym roku tempo rozwoju krajów strefy euro ma być dwa razy niższe niż tempo pozostałych krajów Wspólnoty Europejskiej - to koniec dyskusji! - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. I)

W ramach tzw. debat oksfordzkich Instytut Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego pod kierownictwem prof. Konstantego Wojtaszczyka prowadzi cykl seminariów przygotowujących młodych adeptów życia politycznego "polskiego regionu UE" do uczestnictwa w realnym świecie "polityki stosowanej".

W tym roku pierwsza z takich debat odbyła się 12 stycznia w Pałacu im. Stalina w Warszawie. Gośćmi ze scen prawdziwego teatru politycznego byli: Hanna Gronkiewicz-Waltz (prezydentka Warszawy, PO), poseł Artur Górski (PiS), poseł Michał Szczerba (PO), poseł Tadeusz Iwiński (SLD), poseł (PSL), b. poseł Janusz Maksymiuk (Samoobrona), b. poseł Jan Lityński (PD), p. Witold Perka (Członek NKW PSL), p. Bolesław Witczak (prezes UPR). Temat debaty - "Polska a waluta euro".
Podczas powitania "marszałek sejmu" studenckiego zawahał się chwilę, wymieniając nazwisko obecnego prezesa UPR, p. Bolesława Witczaka, przepraszając za swoją gafę, usprawiedliwiając ją zwyczajowym dla takich momentów stresem. Potem nastąpiło przygotowanie teoretyczne dla dyskusji - przypomnienie ustaw i dekretów nt. waluty euro wprowadzonych przez nieistniejącą do tej pory "strukturę państwową" - Unię Europejską. "Marszałek sejmu" odczytał referat na temat III etapu reformy UE (co starsi uczestnicy tego spektaklu pamiętają kolejne etapy reformy PRL...), dążącego do rozpowszechnienia waluty euro w następnych państwach-regionach UE. Do tej pory tej waluty nie wprowadziły: Wielka Brytania, Dania i Szwecja, gdzie społeczeństwo wypowiedziało się w narodowym referendum przeciw "europejskiemu pieniądzowi".
Potem nastąpiło uroczyste odegranie hymnów: polskiego oraz tzw. UE - państwa, które nie istnieje. Podczas odgrywania "Ody do radości", oddając honory UE, stali WSZYSCY zaproszeni goście, także i ci, którzy przedstawiają się jako euro- i uniosceptycy...

Zapraszamy do zapoznania się z drugą częścią relacji TV ASME z tej imprezy.

Pierwsza część nagrania TV ASME

Nagranie tej części trwa prawie 9 minut. W Klubie TV ASME - jest również dostępna pełna wersja o doskonałej jakości.




"Polska a waluta euro" - pierwsza debata studentów INP UW i polityków (cz. 1) Wysłane wtorek, 20, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

Na temat waluty euro:

- Janusz Korwin-Mikke: Polska już raz utraciła suwerenność. Królestwo Polskie połączyło się z Litwą, tworząc Rzeczpospolitą Obojga Narodów - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. V)

- Janusz Korwin-Mikke: żyjemy w epoce ogromnych bogactw i jak się ktoś przyssie dobrze, to ukradnie dużo: oni chcą nas okraść! - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. IV)

- Dlaczego chcecie przeprowadzić referendum w sprawie euro, a nie chcecie referendum w sprawie kary śmierci, ludzie rozumieją, jak działa kara śmierci, ale nie rozumieją, jak działa wpływ euro? - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. III)

- Pańscy ideowi poprzednicy - socjaliści mówili, że bogaty bogaci się szybciej niż biedny, dlaczego wy teraz mówicie, że biedny bogaci się szybciej niż bogaty? - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. II)

- Liczby rozstrzygają! W przyszłym roku tempo rozwoju krajów strefy euro ma być dwa razy niższe niż tempo pozostałych krajów Wspólnoty Europejskiej - to koniec dyskusji! - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. I)

W ramach tzw. debat oksfordzkich Instytut Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego pod kierownictwem prof. Konstantego Wojtaszczyka prowadzi cykl seminariów przygotowujących młodych adeptów życia politycznego "polskiego regionu UE" do uczestnictwa w realnym świecie "polityki stosowanej".

W tym roku pierwsza z takich debat odbyła się 12 stycznia w Pałacu im. Stalina w Warszawie. Gośćmi ze scen prawdziwego teatru politycznego byli: Hanna Gronkiewicz-Waltz (prezydentka Warszawy, PO), poseł Artur Górski (PiS), poseł Michał Szczerba (PO), poseł Tadeusz Iwiński (SLD), poseł (PSL), b. poseł Janusz Maksymiuk (Samoobrona), b. poseł Jan Lityński (PD), p. Witold Perka (Członek NKW PSL), p. Bolesław Witczak (prezes UPR). Temat debaty - "Polska a waluta euro".
Podczas powitania "marszałek sejmu" studenckiego zawahał się chwilę, wymieniając nazwisko obecnego prezesa UPR, p. Bolesława Witczaka, przepraszając za swoją gafę, usprawiedliwiając ją zwyczajowym dla takich momentów stresem. W tej części nastąpiło przygotowanie teoretyczne dla dyskusji - przypomnienie ustaw i dekretów nt. waluty euro wprowadzonych przez nieistniejącą do tej pory "strukturę państwową" - Unię Europejską.

Zapraszamy do zapoznania się z pierwszą częścią relacji TV ASME z tej imprezy.

Nagranie tej części trwa ponad 8 minut. W Klubie TV ASME - jest również dostępna pełna wersja o doskonałej jakości.




Przeciw niewoli, wciskającej się w duszę - prof. Jerzy Przystawa Wysłane niedziela, 18, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

Na ten temat:

Przedstawiciele Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej uczynili mi zaszczyt, zapraszając do powiedzenia kilku słów pod tablicą upamiętniającą udział studentów wrocławskich w Powstaniu Styczniowym i do wspólnego spaceru, w styczniowym słońcu, ulicami Wrocławia, od kościoła Karmelitów Bosych na Ołbinie pod Gmach Główny Uniwersytetu Wrocławskiego. Piękny spacer, w towarzystwie przyjaznych twarzy, barw narodowych i patriotycznych serc.

I kiedy tak szliśmy, poprzedzani kawalkadą wspaniałych, czarnych rumaków, myślałem sobie: jestem absolutnie pewny, że gdyby teraz, dał Wam ktoś hasło, gdyby zagrała ta prawdziwa trąbka, to tak jak Wasi poprzednicy z roku 1863, wsiedlibyście na koń, chwycili szable w dłoń i bez wahania pognali za tą trąbką bić i ciąć! Nie wiadomo tylko, czy konie te miałyby brukselskie certyfikaty - bo takie mają dzisiaj tylko konie Straży Miejskiej - i, najważniejsze - czy wiedzielibyśmy, gdzie jest wróg i kogo bić?
Przez dziesiątki lat wmawiano nam, że walka o wolną i suwerenną Polskę jest bez sensu, bo jest bez jakichkolwiek szans. Tłumaczono nam, że na przeszkodzie stoją miliony sowieckich sołdatów, nieprzebrane tysiące rakiet, dział samobieżnych i czołgów, że nie ma o czym marzyć! I stało się tak, że w Sierpniu 1980 Polska powstała, nie zważając na te rakiety i czołgi i podjęliśmy walkę, o której bezsensowności i bezcelowości przekonywali nas wszyscy nasi przyjaciele, na Wschodzie i na Zachodzie! Na co wy się porywacie, co wam wpadło do tych zakutych, nadwiślańskich łbów?! I toczyliśmy tę walkę, tym wszystkim czym mogliśmy, toczyliśmy ją w naziemiu i podziemiu, nieustępliwie, wbrew wszystkim i wszystkiemu, przez osiem długich lat.
I oto po ośmiu latach stał się cud: bez jednego wystrzału zniknęły z Polski tysiące sołdatów, odeszły na Wschód miliony rakiet, dział samobieżnych i czołgów. Ogłoszono wielkie zwycięstwo, ogłoszono niebywały triumf Polaków nad odwiecznym wrogiem i ogłoszono, że to wszystko nasza zasługa, że to prawdziwy powód do satysfakcji i narodowej dumy! Za kilka dni obchodzić będziemy dwudziestolecie tego nowego cudu na polskiej ziemi, będą huczne imprezy, telewizje i radia będą przepełnione programami przekonywującymi nas o naszej wspaniałości! Występować będą bohaterowie - twórcy tego cudu, wieszane będą medale i nagrody.
Chwila refleksji każe nam się z nieufnością przyjrzeć tej triumfalnej tromtadracji, temu epokowemu wyczynowi Polaków: przecież Sowieci opuścili i Bułgarię, i Rumunię, i Czechy, i Słowację, i Estonię, i Litwę, i Łotwę, a nawet Białoruś i Ukrainę, a przede wszystkim Niemcy! A przecież nigdzie tam nie było żadnej "Solidarności", nie było żadnego wyraźnego oporu, poza pojedynczymi dysydentami? To może to "zwycięstwo" nie jest wynikiem naszej pracy i walki, tylko właśnie ICH nic nie robienia i bierności?!
Coś tu jest nie tak i co raz więcej naszych Rodaków zdaje sobie z tego sprawę i zapytuje: czy w wyniku tego "zwycięstwa" staliśmy się bardziej gospodarzami we własnym domu niż to miało miejsce przed rokiem 1989? Czy w Polsce Wałęsy, Frasyniuka, Bujaka czy Gila - którzy podpisywali porozumienia w Magdalence i przy "okrągłym stole" - czujemy się bardziej obywatelami niż w Polsce Gomułki, Gierka czy Jaruzelskiego? Wałęsa, Frasyniuk, Bujak, Gil - owszem, mają się niczego sobie - ale gdzie jest "Stocznia Gdańska", którą miał reprezentować Wałęsa, gdzie jest "Pafawag", który delegował Frasyniuka, gdzie jest "Ursus" Bujaka czy "Huta Lenina" Gila??

Dla powstańców 1863 roku, podobnie jak dla solidarnościowców roku 1980 - sprawy były jasne i przejrzyste, wróg był jawny, oczywisty, wiadomo było, kogo bić i z kim walczyć. Dzisiaj sytuacja jest zupełnie inna. Zniknęły sowieckie czołgi i mundury, a wróg Polski i polskości gdzieś się ukrył, przykrył jakąś czapką-niewidką, znikł z naszego pola widzenia. Dzisiaj nie straszy nas sowieckimi "sztykami" ani rakietami międzykontynentalnymi, nie zamyka nas w obozach i łagrach. Dzisiaj stosuje techniki i metody zniewolenia bardziej wyrafinowane, bardziej subtelne. Dzisiaj stosuje wymyślne techniki cyfrowe, manipulację medialną, działającą na naszą świadomość i podświadomość. Dzisiaj to wszystko jest bardziej skomplikowane.

21 stycznia 1919 roku, Marszałek Józef Piłsudski, z okazji Rocznicy Powstania Styczniowego, wydał rozkaz do żołnierzy:
"…Pięćdziesiąt lat temu ojcowie nasi rozpoczęli walkę o niepodległość Ojczyzny. Szli nie w lśniących mundurach, lecz łachmanach i boso, nie w przepychu techniki, lecz z strzelbami myśliwskimi i kosami na armaty i karabiny. Prowadzili wojnę rok cały pozostając, jako żołnierze, niedoścignionym ideałem zapału, ofiarności i trwania w nierównej walce, w warunkach fizycznych jak najcięższych.
Przegrali wojnę i po ich klęsce niewola wciskać się poczęła do dusz polskich czyniąc z Polaków nie niewolników z musu, lecz nieledwie z własnej chęci, szukających poprawy losu przez protekcję u swych panów rozbiorców i w ogóle obcych. Jako żołnierze i obrońcy Ojczyzny, zostali w Polsce usunięci przez swych współczesnych gdzieś w kąt daleki, jako rzecz, o której zapomnieć należy. (...)".
Mam wrażenie, że Marszałek Piłsudski mówi o nas. Że po tym zwycięstwie-nie-zwycięstwie "niewola wciska się w dusze polskie, czyniąc z nas nie niewolników z musu, lecz nieledwie z własnej chęci, szukających poprawy losu przez protekcję u swych panów rozbiorów i rozbiorów ogóle obcych". Tak jak dwa wieki temu mówią nam: czego chcecie? Cieszcie się! Musicie być zadowoleni z tego co macie, nie próbujcie się buntować, bo to nic nie da, bo siły przeciwko wam są zbyt potężne! A poza tym: gdzie macie tego wroga? Wokół sami przyjaciele i sami życzliwi, chcą tylko waszego dobra!

Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, który mam zaszczyt tutaj reprezentować przedstawia społeczeństwu polskiemu, jasną, prostą, konkretną propozycję - konkretną drogę wyjścia z tej historycznej pułapki: wybory do Sejmu w małych, jednomandatowych okręgach wyborczych. Jeśli chcemy być w swoim kraju takimi obywatelami jak Anglicy, Kanadyjczycy czy Amerykanie u siebie, musimy się połączyć w walce o tę podstawową reformę Rzeczypospolitej. Do takiej walki i do takiego połączenia się zapraszam i zachęcam. "Niechaj Polska zna, jakich synów ma"!

Wrocław, 18 stycznia 2009

Jerzy Przystawa

Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Wieści z Niemiec - dalsze zwiększanie powszechnej kontroli państwa
W stronę państwa policyjnego? - Tomasz Mysłek
Wysłane piątek, 16, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

19 grudnia izba wyższa parlamentu RFN zaakceptowała bardzo kontrowersyjną ustawę - znacznie zwiększającą uprawnienia policji (tak zwaną BKA-Gesetz, od skrótu Bundeskriminalamt). Dokonała tego przewagą zaledwie jednego głosu. W imię rzekomo większego "zagrożenia terrorystycznego", od 1 stycznia 2009 r. niemiecka policja uzyska nowe możliwości niemal nieograniczonej kontroli komunikacji telefonicznej i komputerowej wszystkich podejrzanych - o cokolwiek - cudzoziemców i obywateli.

Liczne tegoroczne wielotysięczne demonstracje i protesty wielu organizacji społecznych oraz zawodowych, skierowane przeciw ustawie, nie dały więc ostatecznie pozytywnego rezultatu. Jednak jeszcze w przeddzień głosowania w Bundesracie, izbie 16 krajów związkowych, jego wynik nie był przesądzony. Parę dni przed głosowaniem, przeciw BKA-Gesetz zbuntowały się bowiem niektóre landy rządzone przez SPD, a także niektóre współrządzone przez partie Zielonych, lewicy bądź liberałów z FDP. I nagle okazało się, że braknie większości do poparcia planów rządu CDU/CSU i SPD co do znacznego zwiększenia uprawnień policji. Po dość nerwowych negocjacjach, przedstawicielom rządu i koalicji udało się w końcu przekonać reprezentantów kilku landów - na forum specjalnej, pojednawczej komisji parlamentu. Złagodzono kilka restrykcyjnych przepisów ustawy. I Bundesrat przyjął ją stosunkiem głosów 35 za do 34 przeciw. Ale Zieloni i liberałowie zapowiedzieli natychmiast złożenie stosownych skarg w Trybunale Konstytucyjnym w Karlsruhe. Wedle opinii niektórych niemieckich specjalistów prawnych, jest spora szansa na odrzucenie przez Trybunał tej ustawy, przynajmniej w obecnej postaci. Przypominają oni, że strażnicy konstytucji RFN już raz unieważnili (w ostatnich latach) podobnie kontrowersyjne, nowe prawo, które zezwalało siłom powietrznym na zestrzeliwanie samolotów porwanych przez terrorystów.
Prawie trzyletnia batalia w sprawie znacznego zwiększenia inwigilacyjnych i śledczych uprawnień policji RFN, zainicjowana na początku roku 2006 przez federalnego ministra spraw wewnętrznych Wolfganga Schäuble (CDU), nie jest więc jeszcze ostatecznie zakończona.

Za i przeciw

Ta ustawa o federalnej policji państwowej wprawdzie przewiduje, wskutek długotrwałego nacisku jej przeciwników, że wszelka kontrola internetu, e-maili i prywatnych komputerów czy telefonów ma się odbywać wyłącznie i każdorazowo za zgodą lokalnego sądu. Odpowiedni sędziowie mają też dokonywać prawnej oceny pozyskanych przez policję danych. Lecz krytycy ustawy podkreślają, że jednak przewiduje ona, aby w wypadkach nagłych i nie cierpiących zwłoki odpowiednie i szybkie zezwolenie wydawał szef policji lub jego zastępca. Zwolennicy ustawy podkreślają z kolei, że ustawa porządkuje i klaruje skomplikowane uprawnienia całej policji RFN, a także kompetencje wszystkich landów w tej dziedzinie. Posłowie do parlamentów, duchowni wszelkich wyznań (zapewne też muzułmańscy) i obrońcy oskarżonych w sprawach karnych mają być generalnie chronieni przed inwigilacją. Ale już dziennikarze, lekarze i inni prawnicy mają być chronieni tylko warunkowo i w ograniczonej mierze.
O wielkiej kontrowersyjności ustawy świadczy między innymi fakt, że złożenie skargi na nią w Trybunale Konstytucyjnym zapowiedział również jeden z poprzedników min. Schäuble na stanowisku szefa federalnego MSW - Gerhart Baum z FDP. Przeciw inwigilacyjnym planom rządu zgodnie protestują też niemal wszyscy najwięksi wydawcy i naczelni redaktorzy prywatnych gazet i mediów elektronicznych. Wskazują na liczne i nieuchronne zagrożenia wolności prasy i słowa. A przede wszystkim swobody działania dziennikarzy w pozyskiwaniu informacji i bezpieczeństwa ich informatorów. Przeciw tej policyjnej ustawie podobno protestuje nawet kilka związków zawodowych policjantów ("Frankfurter Allgemeine Zeitung").

Policjanci - włamywacze?

Dopóki Trybunał Konstytucyjny nie zablokuje (być może) BKA-Gesetz, od stycznia funkcjonariusze policji będą mogli, bez wiedzy właścicieli komputerów, przeglądać wszelkie informacje zawarte na ich dyskach czy podawane w rozmowach telefonicznych. Wystarczy jedynie podejrzenie o udziale w jakimś spisku "terrorystów" lub czymś podobnym i formalna zgoda sędziego lub szefa policji. Nowa ustawa znacznie ogranicza też prawo do tajemnicy zawodowej dziennikarzy, adwokatów i lekarzy. Np. policja będzie miała prawo żądać od dziennikarzy udostępnienia każdego materiału, jeżeli uzna, iż jest on ważny dla prowadzonego śledztwa. Policja uzyska także możliwość znacznie łatwiejszego niż do tej pory przeszukiwania mieszkań, instalowania w nich czy w biurach kamer i zakładania wszelkich podsłuchów. A także włamywania się po cichu do mieszkań podejrzanych celem instalowania w ich komputerach specjalnego oprogramowania umożliwiającego stałą kontrolę komunikacji.
Liczni w Niemczech obrońcy praw obywateli i konstytucyjnych wolności alarmują więc, że Republika Federalna przemienia się już wyraźnie w państwo policyjne. I trudno się z nimi nie zgodzić. Podobnie jak z obrońcami wolności i poszanowania prywatności w Wielkiej Brytanii, Szwecji czy USA - protestującymi od co najmniej kilkunastu miesięcy, podobnie jak w Niemczech, przed coraz większymi inwigilacyjnymi zakusami, uprawnieniami i praktykami tajnych i jawnych służb ich państw.

Minus 3 procent PKB?

"Kryzys" chyba czyni postępy i w Niemczech. W ciągu zaledwie paru dni grudnia znacznie zmieniły się bowiem prognozy rozwoju, a raczej spadku niemieckiej gospodarki. Jeszcze na początku tego miesiąca niemal wszystkie prognozy PKB Niemiec na rok 2009 oscylowały wokół zera, względnie 0,5 - maksimum 0,8 procenta spadku. A 10 grudnia dwa ośrodki badawcze: Nadreńsko-Westfalski Instytut Badania Gospodarki (RWI) i Niemiecki Instytut Badań Gospodarki (DIW) opublikowały niezależne od siebie prognozy, które zgodnie przewidywały spadek niemieckiego PKB aż o 2,0 proc., największy w 60-letniej historii RFN. Ale jeszcze bardziej czarna okazała się prognoza federalnego ministerstwa gospodarki z 16 grudnia. Przewiduje ona spadek niemieckiego produktu w roku 2009 aż o 3 proc. "lub więcej".
W związku z tym kanclerz Merkel zapowiedziała uchwalenie w styczniu dodatkowego, drugiego z kolei pakietu przedsięwzięć państwa na rzecz rozbudowy infrastruktury, gwarancji kredytowych i ulg podatkowych dla przedsiębiorstw. Ten drugi "program na rzecz ożywienia koniunktury" ma osiągnąć łączną wartość, według doniesień prasowych, aż około 40 miliardów euro (pierwszy, uchwalony w listopadzie, miał sięgać wartości 12 miliardów euro). Większą część tego drugiego programu mają stanowić inwestycje państwa w budowę i remonty dróg, szkół i obiektów sportowych. Rząd rozważa także wprowadzenie kilku ulg i niższych stawek w podatku dochodowym, ale tylko dla niektórych kategorii przedsiębiorstw w paru branżach. Wcześniej, na początku stycznia, ma dojść do kolejnych konsultacji czołowych przedstawicieli rządu z szefami największych przedsiębiorstw i organizacji gospodarczych ("FAZ").
Politycy bawarskiej CSU, a także FDP, oczekują przy tym znaczącego obniżenia przynajmniej niektórych podatków dochodowych i innych obciążeń fiskalnych - dla niemal wszystkich firm i konsumentów. Jednak z racji zasadniczego sprzeciwu i odmiennych koncepcji SPD ("większe wpływy do budżetu" nade wszystko), realizacja tych życzeń liberałów i co bardziej rozsądnych chadeków w wyborczym roku 2009 wydaje się mocno wątpliwa.

Wsparcie dla energii odnawialnej

Warto dodać, że rząd RFN planuje też ogromne wsparcie inwestorów i projektów pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych. Mają oni dostać od państwa znacznie większe gwarancje kredytowe i ułatwienia w otrzymywaniu kredytów długoterminowych niż dotąd - i to aż do kwoty 50 mln euro. Projekty związane z pozyskiwaniem energii z elektrowni wiatrowych, biomasy, źródeł geotermalnych i innych mają być kredytowane przez Grupę Bankową KfW. Na te kredyty KfW ma otrzymywać od rządu aż od 6 do 8 miliardów euro rocznie - i to przez okres co najmniej 22 lat (!). A ministerstwo ochrony środowiska przedłużyło okres spłat tych kredytów z dotychczasowych ośmiu do 15 lat. Minister S. Gabriel (SPD) zapewnia, że ma to być "energetyczna przyszłość Niemiec i Europy". Wedle planów rządu RFN, w roku 2020 energia ze źródeł odnawialnych ma stanowić już 30 proc., a w r. 2030 aż 50 procent ogółu wytwarzanej w Niemczech energii.
Wydaje się, że jeżeli te projekty zostaną zrealizowane, to za te dwadzieścia parę lat zapewnią one Niemcom znacznie większą niż dziś energetyczną i polityczną niezależność od innych mocarstw, przede wszystkim od Francji i Rosji.

Tomasz Mysłek


Może i pan Palikot jest trochę świniowaty - ale: dobrze chciał, a Stany Zjednoczone upodabniają się do Związku Sowieckiego - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach na krajowych i zagranicznych scenach teatru politycznego Wysłane piątek, 16, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Może i pan Palikot jest trochę świniowaty - ale: dobrze chciał, a Stany Zjednoczone upodabniają się do Związku Sowieckiego - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach na krajowych i zagranicznych scenach teatru politycznego Wysłane piątek, 16, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

"Mamy już połowę stycznia, a więc kraj wyszedł już na dobre z nirwany, w jakiej co roku pogrąża się w okresie bożonarodzeniowo-noworocznym. Tym razem przebudzenie nastąpiło za sprawą posła Janusza Palikota, który dopuścił się »straszliwej obrazy« pani posłanki Grażyny Gęsickiej, zarzucając jej sprostytuowanie się, a miało ono polegać na tym, że pani posłanka zaniżyła kwotę, jaką otrzymuje Polska z Unii Europejskiej, do której wpłaca roczną składkę mniej więcej na poziomie 11 miliardów złotych. Rzeczywiście - odsetek podany przez panią Gęsicką był szokująco niski, co mogłoby poderwać zaufanie do Platformy Obywatelskiej, stąd takie nerwy posła Palikota. Pani Gęsicka się obraziła, ale potem sprostowała, bo okazało się, że posłużyła się danymi takimi niezbyt aktualnymi, no i w mediach rozgorzał straszliwy spór: czy też poseł Palikot zachował się jeszcze w granicach przyzwoitości, czy też granicę tę przekroczył. Spór był o tyle istotny, że zaangażowali się weń też »ludzie przyzwoici«, czyli redaktorzy »Gazety Wyborczej« - jak wiadomo: czysty typ nordycki i bez mydła jest czysty, a niektórzy ludzie z kręgu »ludzi przyzwoitych« zgorszyli się postępkiem posła Palikota, ale odpór przyszedł dzisiaj - pan Waldemar Kuczyński, pani Ewa Milewicz i inni »ludzie przyzwoici« orzekli, że »może i pan Palikot jest trochę świniowaty - ale: DOBRZE CHCIAŁ!«, a poza tym - prawdopodobnie też - »czysty typ nordycki i bez mydła jest czysty«..." - Stanisław Michalkiewicz, wyśmienity publicysta pism prawicowych i stały współpracownik naszej witryny ASME, komentuje najnowsze wydarzenia ze sceny teatru politycznego "polskiego regionu UE".

Przede wszystkim - nie wolno zapominać, że poseł Palikot należy do tzw. Komisji Trójtronnej (Trilaterale, pisaliśmy o niej już przed rokiem 2000 - przyp. ASME), do której ex definitione należą "ludzie przyzwoici"! Na tym tle już nikt nie zauważa, że nawet skorygowany przez panią Gęsicką poziom zwrotu składki płaconej przez Polskę do UE - jest i tak na poziomie niskim... Ta dyskusja o "przyzwoitości" odbywa się na tle ostatnich oskarżeń o agenturalność, które dotknęły baaardzo wysokie osobistości nie tylko Kościoła katolickiego, ale i Cerkwi Prawosławnej. Ma to i złe strony, ale ma też i strony dobre, których jeszcze nie doceniamy: otóż dobrą stroną tego, że zarówno wysokie osobistości Kościoła katolickiego, Cerkwi Prawosławnej, jak i kościoła ewangelicko-reformowanego (...jeszcze nie mamy pewności, jeśli chodzi o rabinów...) były agentami jest to, że to dobrze rokuje z punktu widzenia... ekumenizmu! Otóż jeśli wszyscy ci agenci dostaną od swoich oficerów prowadzących rozkaz, że mają doprowadzić do jedności chrześcijan - to nawet z żydami się pojednamy! I to jeszcze może w przeddzień "tradycyjnego" Dnia Judaizmu, który jak pamiętamy - przypada w dzień "wyzwolenia Warszawy przez bolszewików" 17 stycznia - zauważa wesoło spostrzegawczy publicysta.
Jeszcze do Dnia Judaizmu nie doszło, a już "wybitny historyk" Jan Grosfeld rozpoczął nauczanie Polaków "plucia pod wiatr". Powiedział mianowicie, że "sytuacja chrześcijaństwa (w stosunku do judaizmu) jest taka, jak karła siedzącego na ramionach olbrzyma". Tutaj widzimy, że "ekumenizm" ma bardzo duże szanse, wiec czekamy na jego spektakularne objawy. Niestety, Platforma Obywatelska chce mimowolnie położyć kres temu świetnie zapowiadającemu się procesowi, dlatego że chce zlikwidować pion lustracyjny Instytutu Pamięci Narodowej - jeśli do tego dojdzie to proces ekumenizmu zostanie gwałtownie zahamowany.
Tymczasem wyjaśniała się jedna z największych tajemnic poliszynela - czy ogon wywija psem, czy też odwrotnie - pies wywija ogonem: "z obfitości serca usta mówią" - oto premier Izraela, pan Olmert objawił światu jaki to z niego potężny polityk, że zadzwonił był do samego prezydenta Stanów Zjednoczonych Busha i wydał mu rozkaz, że ma powstrzymać Kondolizę przed poparciem rezolucji ONZ wzywającej Izrael do wycofania wojsk ze Strefy Gazy. Wczoraj rzecznik Białego Domu energicznie te pogłoski zdementował, a my - pamiętając formułę księcia Gorczakowa - wiemy, że TYM RAZEM premier Olmert powiedział prawdę. Potwierdza to wypowiedzianą pół żartem, ale - na pół prawdę, że Waszyngton jest terytorium okupowanym przez Izrael. 20 stycznia kończy swą podwójną kadencję prezydent Bush, któremu jedynie co się udało, to podważenia prestiżu USA w oczach całego świata, Sany Zjednoczone przestały za jego kadencji być liderem Wolnego Świata, a jedyne co USA umieją - to zdewastować dowolne państwo świata, ale z wolnością dla obywateli tego państwa, jak i dla obywateli USA - nie musi mieć to nic wspólnego. Stany Zjednoczone zaczynają się upodabniać do swego byłego antagonisty - Związku Sowieckiego... - konstatuje Stanisław Michalkiewicz.

Nagranie trwa ponad 13 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna pełna wersja o doskonałej jakości.






Żądło 1989 - prof. Jerzy Przystawa Wysłane czwartek, 15, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

Na ten temat:

Dwudziesta rocznica Porozumień Okrągłego Stołu (OS) wywołuje spory i kontrowersje, których rozpiętość waha się pomiędzy uznaniem OS za "najważniejsze wydarzenie w tysiącletniej historii Polski" - przedmiotu dumy i zadowolenia Polaków, którym przyszło żyć w tak cudownych czasach - do określenia tych Porozumień mianem "nowej Targowicy", co dla wielu polskich patriotów na zawsze pozostanie symbolem hańby i zdrady narodowej. Warto w tym miejscu przypomnieć, że i Konfederacja Targowicka ani nie była, ani nie została osądzona jednoznacznie, o czym świadczy nie tylko fakt przystąpienia do niej samego Króla, ale chociażby tak szanowanej postaci polskiego "Panteonu Narodowego", jak ks. Hugona Kołłątaja. Dzisiaj jednak o Targowicy wiemy prawie wszystko, natomiast OS otwiera przed nami cały gąszcz zagadek, na które wciąż nie znajdujemy odpowiedzi.

Pomimo upływu 20 lat nadal pozostaje tajemnicą, w jaki sposób dobierano uczestników historycznych rozmów "okrągłego stołu", od których jakoby liczyć należy przywrócenie Polakom niepodległości i suwerenności? Pytanie to, naturalnie, dotyczy głównie tzw. strony opozycyjnej, bo jak tam "strona rządowa" kompletowała swoich delegatów, takiego zaciekawienia nie budzi. Ciekawe jest jednak, kto i jak kompletował "przedstawicieli opozycji", bo, jak się okazuje, dobór ten rozstrzygnąć miał o tym, jak płynąć będzie nawa państwowa przez co najmniej kolejne dwa dziesięciolecia!
Leży przede mną książka, spisywana na gorąco, w przerwach między burzliwymi obradami: "Okrągły stół - kto jest kim: Solidarność - opozycja", wydana przez Wydawnictwo MYŚL w roku 1989. Książka zawiera biogramy 228 uczestników debat, ułożone alfabetycznie od Jacka Ambroziaka (już za chwilę posła i szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów) po Andrzeja Zolla (niebawem wiceprezesa Państwowej Komisji Wyborczej, Prezesa Trybunału Konstytucyjnego i Rzecznika Praw Obywatelskich). Biogramy te zawierają imponującą prezentację ich dorobku obywatelskiego i nie pozostawiają wątpliwości, że wszyscy tam wymienieni to bohaterowie podziemnych i społecznikowskich zmagań z komuną, a zatem, z tego punktu widzenia, słusznie zostali wybrani na reprezentantów społeczeństwa. To prawda, ale prawdą jest także i to, że poza "okrągłym stołem" pozostały jeszcze liczniejsze grupy ludzi wcale nie mniej zasłużonych i patriotycznych, których jednak do "stołu" nie zaproszono? Kto i jak o tym decydował? Czasem, słuchając wypowiedzi, niektórych przynajmniej uczestników OS, można by odnieść wrażenie, że żadnej selekcji nie było, a każdy Polak-patriota, który tylko się zgłosił, dostawał od razu przepustkę na obrady! Coś na kształt "gorączki złota": kto poszedł i znalazł, to jego, a kto nie znalazł, ten frajer i tylko do samego siebie i ślepego losu może mieć pretensje.
Moje pytanie jest o tyle zasadne, że społeczeństwo polskie - w odróżnieniu np. od Ukraińców, Czechów czy Rumunów - nie było społeczeństwem "bezgłowym", lecz posiadało swoją własną elitę polityczną i obywatelską, która nie tylko rodziła się spontanicznie, - jak w przypadku poszukiwaczy złota - ale została wybrana i to w wyborach powszechnie wówczas uznanych za demokratyczne i odpowiadające woli szerokich rzesz obywatelskich! Mam tu na myśli, oczywiście, I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ "Solidarność", który dokonał wyboru Komisji Krajowej Związku, jej Prezydium i Głównej Komisji Rewizyjnej. 107 członków liczyła KK, w tym 18 członków Prezydium, plus 21 członków Głównej Komisji Rewizyjnej. Razem 128 wybranych członków najwyższych władz "Solidarności". Wszyscy ci ludzie uzyskali najpierw mandat zaufania w wyborach delegatów na Zjazd Krajowy, a więc nie na jakichś ulicznych wiecach czy zebranych ad hoc przypadkowych gremiach, lecz wśród załóg swoich zakładów pracy, a potem wyboru dokonał ponad tysiąc osobowy Zjazd. Patrząc naiwnie, wydawałoby się, że Lech Wałęsa nie powinien mieć żadnego problemu z doborem towarzyszy do stołu negocjacyjnego: wystarczyłoby, gdyby zwołał członków KK i razem z nimi ustalił, jak ma wyglądać delegacja "Solidarności"? Nie wierzę, żeby w tamtych czasach, były jakieś kłopoty ze zwołaniem KK, chociażby do Częstochowy, a generał Kiszczak z pewnością nie byłby w stanie w tym przeszkodzić! (Po cóż, zresztą, miałby przeszkadzać, skoro był prawdziwym "gołąbkiem pokoju", dążącym do zgody i porozumienia narodowego?)
Z jakiegoś powodu do tego nie doszło. Na ścianach więziennych cel pisaliśmy w stanie wojennym: "Związek jest, Statut ma i nie ma o czym dyskutować". Podpisane: "Lech Wałęsa". Hasło to wyznaczało kierunek naszej walki i mobilizowało do oporu. Lech Wałęsa jednak nigdy nie zgodził się na spotkanie z Komisją Krajową, przeciwnie, sam dezawuował mandaty związkowe, oświadczając publicznie: "Nikt nie ma mandatu, jedna trzecia zdradziła, jedna trzecia wyjechała - ja sam nie mam mandatu"! Ta generalizacja nie była usprawiedliwiona: wypadki stanu wojennego i historia podziemnego oporu wykazały, że większość związkowych przywódców zachowała się przyzwoicie i nie zawiodła zaufania. Ale gdyby nawet przyjąć za trafną ocenę Wałęsy, to jedna trzecia z 128 to 43, a tymczasem w Pałacu Namiestnikowskim znalazło się zaledwie 11: czterech członków Prezydium KK (Lech Wałęsa, Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk i Jacek Merkel); sześciu dalszych członków KK (Janusz Onyszkiewicz, Henryk Wujec, Bogdan Lis, Antoni Tokarczuk, Stefan Jurczak i Adam Stawikowski) oraz jeden członek GKR - doc. Adam Strzembosz. Jakby nie liczyć - do rozmów przy OS nie zaproszono nawet jednego na dziesięciu z członków władz krajowych, innymi słowy: od udziału w OS odsunięto ponad 90% wybranych przywódców związkowych! Byłe to więc, w istocie, czystka, w ścisłym znaczeniu tego słowa! Ta czystka została zaraz potwierdzona w procesie rejestracyjnym nowego Związku "Solidarność", jaki się odbył zaraz po zakończeniu obrad, a potem w kontraktowych wyborach do Sejmu roku 1989.

Ludzie, którzy poświęcili swój czas i wysiłek, aby uczestniczyć w obradach OS, zostali za swój trud sowicie wynagrodzeni. Ponad stu (102) z zasiadających przy OS po stronie "opozycyjnej" zostali wkrótce posłami, senatorami, ministrami, ambasadorami, sekretarzami i podsekretarzami stanu, wojewodami, a dwóch zawędrowało nawet na fotel Prezydenta Państwa. Ponad trzydziestu z tej grupy osób miało w przyszłości łączyć po kilka takich stanowisk jednocześnie, pomijając już najróżniejsze dodatkowe beneficja. Taki np. Artur Balazs, nie tylko miał przyjemność być posłem przez cztery kadencje, senatorem i ministrem w trzech rządach, to jeszcze stał się znanym na Pomorzu posiadaczem ziemskim. Skromna ekonomistka z GUS nie tylko została posłanką kolejnych kadencji, ale i podsekretarką stanu w kolejnych rządach i w różnych ministerstwach, prezesując, dodatkowo, radom banków, fundacji etc., etc.

Kolejnych 67 uczestników OS objęło najróżniejsze prestiżowe i intratne posady, takie, przykładowo, jak sędziów Trybunału Konstytucyjnego i Trybunału Stanu, prezesów i członków potężnych rad nadzorczych, banków, spółek giełdowych, prezesów radia i telewizji itp. Mam tu na myśli kariery takie, jak np. p. Jacka Woźniakowskiego, który z wydawcy "Znaku" przeszedł na fotel prezydenta Krakowa, Edmunda. Tołwińskiego, który z adiunkta Uniwersytetu Gdańskiego zamienił się w prezesa Banku Gdańskiego, Andrzeja Topińskiego, skromnego adiunkta w PAN, awansowanego na wiceprezesa NBP, prezesa PKO BP i prezesa Związku Banków Polskich, czy chociażby Jana Dworaka, skromnego polonistę, pisującego do niszowych pism, a późniejszego Prezesa TVP. Albo jeszcze skromniejszą anglistkę Helenę Łuczywo, która wkrótce stała się jedną z najbogatszych i najbardziej wpływowych kobiet w Polsce!
Jak więc widzimy, co najmniej 75% zasiadających przy OS "opozycjonistów" weszło w skład najściślejszej elity politycznej odrodzonego Państwa Polskiego, co oznacza, że OS okazał się być niezwykle skuteczną "kuźnią kadr" politycznych. Usprawiedliwia to moje pytanie: kim byli selekcjonerzy tych kadr i jakie metody wykrywania talentów politycznych zostały zastosowane?
Obrady OS ciągnęły się przez dwa miesiące, a prawie 500 uczestników wyprodukowało w tym czasie tony papieru, tysiące oświadczeń i deklaracji, raportów i projektów. Makulatura ta, praktycznie w całości, okazała się bezwartościowa. Tylko trzy kwestie o zasadniczym znaczeniu zostały tam rozstrzygnięte: (1) kto ma być pierwszym prezydentem RP; (2) jak ma wyglądać "demokratycznie wybrany" Sejm i (3) jak ma wyglądać odnowiona "Solidarność". Niecałe 10% członków władz krajowych Związku dopuszczonych do uczestnictwa w obradach OS, stanowiło prefigurację nowej "Solidarności". Zarejestrowany w kwietniu 1989 r., nowy Związek był już tylko bladym cieniem swego poprzednika. Sam Lech Wałęsa chwalił się w wywiadzie udzielonym włoskiemu dziennikowi "Il Messaggero": "To ja podzieliłem »Solidarność«! I zawsze będę tworzył podziały, bo silny Związek byłby przeszkodą na drodze reform".

Przez 20 lat przeszliśmy długą drogę "wałęsowskich" reform. Bez wątpienia Polska dzisiaj wygląda inaczej niż 20 lat temu. Ulice naszych miast zatłoczone są autami, co drugi gmach to bank, a tak bardzo ongiś poszukiwany dolar amerykański nie wystarcza dzisiaj na filiżankę kawy. Upadły "Stocznia Gdańska", "Pafawag", "Ursus", "Huta Lenina" - zakłady, z których wyszli Wałęsa, Frasyniuk, Bujak, Gil - główni solidarnościowi negocjatorzy w Magdalence. Ich byli pracownicy, zamiast do Warszawy, jeżdżą dziś do Brukseli, aby tam protestować i domagać się prawa do pracy i godziwego zarobku.
Czy dzięki tym reformom staliśmy się społeczeństwem bardziej obywatelskim, krajem, w którym obywatel jest traktowany jak podmiot, na którego usługach stoją media publiczne, a jego niezbywalnych prawa chroni państwo, sądy i prokuratury? Czy mamy dzisiaj więcej do powiedzenia w swoim państwie niż w państwie Gierka, Rakowskiego, Gomułki?
Co raz więcej Polaków dochodzi do przekonania, że przy OS komuniści wykonali NUMER, jaki okazał się być żądłem, bardziej perfidnym i dokuczliwym niż to, jakie podziwialiśmy w filmie George’a Hilla, choć może tak bardzo nas nie śmieszy. "Ukąszenie" "okrągłego stołu", zamiast nas pobudzić i zaktywizować, sparaliżowało naszą wolę budowy społeczeństwa prawdziwie obywatelskiego, oddało nasz państwo w ręce pieczeniarzy i kompradorów.

Jak z tego wyjść? Jak sprawić, żeby decyzje o Polsce podejmowali ci, o których Konstytucja pisze, że są suwerenami, a nie zapadały gdzieś, nie wiadomo gdzie?
W sobotę, 17 stycznia, na konferencji "Polska pierwszej prędkości" w Krakowie ma mieć główny referat wybitny "stolarz", były poseł wielu kadencji, były szef URM, Jan Maria Rokita. Tytuł jego referatu: "Jakiej ordynacji wyborczej Polacy potrzebują?". Domyślamy się, że będzie mówił o potrzebie wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych. To bardzo dobrze i bardzo pięknie. Szkoda tylko, że ten temat nie pojawił się dwadzieścia lat temu, że straciliśmy tyle czasu. Miejmy nadzieję, że jeszcze uda się to odrobić.

Jerzy Przystawa

Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Diabeł z Berezy - Tadeusz M. Płużański Wysłane sobota, 10, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

Propaganda komunistyczna uczyniła z Kostka-Biernackiego krwawego komendanta twierdzy brzeskiej, a przede wszystkim oprawcę obozu w Berezie Kartuskiej. Te mity funkcjonują do dziś, podobnie jak Bereza "wzorowana na hitlerowskich obozach koncentracyjnych". W powojennej Polsce - podstępem aresztowany przez UB, trzymany przez wiele lat w więzieniu jako zdrajca Narodu Polskiego, w 1953 r. skazany na karę śmierci za faszyzowanie kraju.

"Normalny człowiek zawsze tęskni za mordem, choćby w najgorszym razie za mordem owadów. Jest to najstarsza i najszacowniejsza tęsknota ludzka" - pisał Wacław Kostek-Biernacki w 1931 r. w powieści "Diabeł zwycięzca". Jeżeli Kostek ulegał tej "ludzkiej tęsknocie", to przede wszystkim z wierności Marszałkowi.
- Piłsudski był dla Koska świętością - wspominała Janina Otto, jego kuzynka.
Jeżeli był ślepym wykonawcą nie zawsze praworządnych rozkazów swojego ukochanego dowódcy, to również sprawnym administratorem i utalentowanym pisarzem. Jeżeli potrafił być bezwzględny, to także w kwestii wierności ideałom. Dobrego imienia towarzysza z PPS, Komendanta, a potem Marszałka bronił nawet w ubeckich kazamatach.

Towarzysz z Parasola

Wacław Biernacki ma 11 lat, kiedy po raz pierwszy trafia do więzienia za rozpowszechnianie ulotek Polskiej Partii Socjalistycznej. Jest rok 1895. Siedem lat później po uczniowskiej demonstracji w Lublinie przeciwko carowi otrzymuje wilczy bilet szkolny: musi opuścić Kongresówkę. Przedostaje się do Lwowa, tu zdaje maturę i przez dwa lata (1903 - 1905) studiuje medycynę.
W 1905 r. poznaje Józefa Piłsudskiego. Towarzysz "Ziuk" osobiście przyjmuje Biernackiego w szeregi PPS. "O ile ujęty byłem bardzo osobą Komendanta, o tyle mocno ochłodziły mnie jego słowa: »Wy pewnie myślicie, że teraz idzie się ze strzelbą do lasu, ale tak nie jest. Teraz idzie się na ulicę« (...) Jestem pewien, że gdyby nie dziwny osobisty wpływ, jaki »towarzysz Ziuk« wywierał na otoczenie, nie zgodziłbym się na pracę tak różną od ówczesnych pojęć moich o walce zbrojnej o niepodległość. Po parogodzinnej rozmowie »towarzysz Ziuk« wybrał dla mnie pseudonim partyjny - Konstanty, w skrócie Kostek. I od tej chwili jestem »Kostkiem«" - wspominał Biernacki w 1932 r.
Oczarowany Piłsudskim, Kostek wkrótce otrzymuje pierwszą funkcję partyjną: wydział bojowy Centralnego Komitetu Robotniczego PPS w Warszawie mianuje go okręgowcem na Płock i Włocławek. Kostek ma 21 lat.
Za działalność w PPS kilka razy trafia za kraty. W 1907 r. osadzony na zamku w Lublinie, organizuje ucieczkę 20 więźniów. Przekopem, który dwa miesiące drążą, przedostają się do lochów, stamtąd kanałami pod Starym Miastem wydostają się na wolność.
Biernacki wraca do Warszawy. Jest znów wśród bojowników PPS. Bierze udział w głośnej likwidacji zdrajców, którzy wydali carskiej Ochranie czołowych pepeesowców. Rosyjska policja rozsyła za Kostkiem listy gończe. Ucieka przed nią do Afryki, zgodnie z zaleceniami Piłsudskiego. Legia Cudzoziemska przyjmowała każdego, a PPS chciała mieć kadrę wojskową. Biernacki prawie przez rok służy w 1 pułku Legii niedaleko Oranu.
W 1910 r. uczęszcza na wyższy kurs oficerów sztabowych we Lwowie. Egzaminatorem jest Józef Piłsudski. Wśród 65 absolwentów są ludzie też bezwzględnie oddani Komendantowi: Marian Kukiel, Edward Śmigły-Rydz, Kazimierz Sosnkowski i najwierniejszy z wiernych - Kostek-Biernacki. Na zakończenie kursu wszyscy otrzymali wyróżniającą odznakę "Parasola".
Juliusz Kaden-Bandrowski w powieści "Generał Barcz", opisującej czasy już po odzyskaniu niepodległości, tak charakteryzował bohatera-piłsudczyka: "I tak noc w noc ze służby Ojczyźnie wracał Barcz późno, wyczerpany. (…) Barcz nie wiedział kiedy śpi, je, ani ile już minęło dni. Stracił najzupełniej poczucie swego osobistego życia".

"A gówno dla ojczyzny wozić,
to nie łaska?"


W marcu 1914 r. departament policji w Petersburgu uprzedził o przyjeździe z Paryża "wybitnych działaczy PPS". Na pierwszym miejscu wymienił nazwisko Piłsudskiego, na trzecim Kostka-Biernackiego.
W sierpniu 1914 r. Piłsudski wyznacza Biernackiemu odpowiedzialne zadanie: mianuje go szefem żandarmerii polowej I Brygady Legionów.
Żandarmeria była tylną strażą Legionów. Wydawała wyroki na podejrzanych o zdradę, szpiegostwo lub prowokację. Kostek "kiedyś opowiadał mi, jak Komendant polecił mu zlikwidować jakiegoś szpiega, który dostał się w ręce pierwszej brygady. Kostek poprosił go o zwolnienie z tego polecenia, gdyż nie odpowiadało to jego powołaniu żołnierskiemu. Piłsudski odpowiedział: »A gówno dla ojczyzny wozić, to nie łaska?«" - pisze w pamiętnikach Michał Browiński, poseł na Sejm II RP, który zetknął się z Kostkiem podczas wojny w Rumunii.
Biernacki dowodził żandarmerią ledwie trzy miesiące, a zdążyło przylgnąć do niego miano Kostka-Wieszatiela. Tak nazywali go koledzy legionowi, parafrazując przydomek wileńskiego gubernatora Murawiewa. Przez następne dwa lata wojny (do końca 1916 r.) pozostawał w sztabie Legionów, tuż przy Komendancie.
W lipcu 1917 r. Kostek jest internowany w obozie dla oficerów legionowych, którzy wymówili posłuszeństwo Austrii, w Beniaminowie nad Narwią. Tak chciał Marszałek: "Szliście na pole bitew umierać za ojczyznę, teraz idźcie za nią do więzienia". W obozie Kostek wydaje gazetkę satyryczną pod tytułem "Sprzymierzeniec". Pisze i wystawia popularną wśród oficerów "Szopkę beniaminowską", prześmiewa w niej życie obozowe i CK Austrię. Po odzyskaniu niepodległości wydaje ją z dedykacją "Ukochanemu Komendantowi".
- Talenty literackie Kostka objawiły się również w domu, wystawiał rodzinne szopki - zapamiętała Janina Otto.
W dwudziestoleciu opublikował kilka powieści osnutych na wątkach autobiograficznych. - Pisał piękną polszczyzną, co nieczęsto zdarzało się wojskowym - twierdził Ludwik Bogdan Grzeniewski, krytyk literacki.
U progu niepodległości Biernacki walczy z Ukraińcami o Lwów. Od stycznia 1919 r. jest w Siedlcach jako dowódca batalionu zapasowego przy 22 pp i komendant garnizonu, któremu podlegały sądy doraźne dla ścigania nadużyć skarbowych.
Awansuje. Wkrótce jest zastępcą dowódcy 43 pp w Hoszczy nad Horyniem. Marian Romeyko, pułkownik Sztabu Generalnego w II RP, zapamiętał pobyt Kostka w Dubnie: "W przeddzień imienin Piłsudskiego, 18 marca 1921 roku, Kostek zarządził »procesję« pułku po mieście. Na nosidłach, jak na Boże Ciało, niesiono portret Piłsudskiego, a za nim kroczyli oficerowie i szeregowi".

Rozpędzić parlament

Niektórzy historycy twierdzą, że w listopadzie 1923 r. Kostek za namową Marszałka jedzie z poufną misją do Krakowa. Ma wykorzystać antyrządową manifestację PPS dla zdobycia władzy dla Piłsudskiego. Doszło do starć - z jednej strony tłum robotników, z drugiej kompania piechoty pod dowództwem Kostka-Biernackiego. Z Warszawy, z MSW, nadchodzi rozkaz otwarcia ognia do manifestantów. Kostek odmawia wykonania go.
Witos pisze we wspomnieniach, że socjalista Mieczysław Mastek "twierdził z całą stanowczością, że zamiarem Kostka-Biernackiego było objęcie rządów w Krakowie i urządzenie stamtąd marszu na Warszawę".
Biernacki zostaje zawieszony w wojsku, staje przed sądem w tzw. procesie krakowskim (kwiecień 1925). Z braku dowodów zostaje uniewinniony. Wraca do wojska i wkrótce jest już podpułkownikiem.
Nie bierze udziału w zamachu majowym - służy wówczas w 78 pp w Bronowicach. Mogłoby się nawet wydawać, że Piłsudski zapomniał o wiernym żołnierzu spod "Parasola". Ale tak nie jest - w 1929 r. wyznacza Kostkowi nowe zadanie: rozpędzenie parlamentu. Kostek dowodzi jedną z uzbrojonych grup, które mają zakłócić obrady Sejmu. Marszałek Sejmu, przywódca socjalistów Ignacy Daszyński odmawia otwarcia sesji "pod bagnetami, karabinami i szablami". Sejm powołuje specjalną komisję do zbadania incydentu. Kostek znowu ma być sądzony za działania, za którymi stoi Piłsudski. Prac komisji nigdy nie doprowadzono do końca.

"Wygłupia się, żeby nas nastraszyć"

Kostek pomaga Marszałkowi w rozprawie z opozycją sejmową. Piłsudski mianuje go w 1930 r. komendantem twierdzy w Brześciu nad Bugiem. Sam zielonym ołówkiem zaznacza na liście przedstawionej przez ministra spraw wewnętrznych Felicjana Sławoj-Składkowskiego nazwiska opornych posłów, których należy osadzić w Brześciu. Kostek otrzymuje polecenie: "mają poczuć, iż są w więzieniu, że nie mogą czuć się w Brześciu jak bohaterowie".
Historyk Władysław Pobóg-Malinowski: "Piłsudski, dźwigający samotnie olbrzymi ciężar przyszłości państwa, w imieniu tej przyszłości dusił przejawy anachronicznego już warcholstwa". Inny wpływowy piłsudczyk, Wacław Jędrzejewicz, twierdził, że aresztowania posłów były dowodem odpowiedzialności Marszałka, który uzdrowił w ten sposób parlamentaryzm.
Brzeskie więzienie do lekkich nie należało, obowiązywał w nim surowy wojskowy regulamin. "Kostek-Biernacki miał nie tylko decydujący wpływ na dobór współpracowników, ale »program« zajęć i udręczeń, jakim byli poddawani więźniowie, był w znacznym, jeżeli nie w wyłącznym stopniu jego dziełem" - opowiadał chrześcijańsko-demokratyczny poseł Karol Popiel w komunistycznym sądzie na procesie Kostka.
Nie natknąłem się jednak na żądną wzmiankę, by Biernacki osobiście znęcał się nad uwięzionymi. Wincenty Witos pisze, że go w Brześciu "nie bito, nie przeklinano, nie lżono, nie pchano do ciemnicy i nie zadawano żadnych specjalnych tortur". Kostek "rewizje odbywał zawsze w nocy, gdy już więźniowie zasnęli. Komiczne było świecenie przez niego latarką pod łóżko, na okno, próbowanie krat, oświecanie kubła". Witos przytacza również zasłyszaną wypowiedź Kostka o sobie. Miał powiedzieć o byłym premierze: "Wzięliśmy chama za mordę i jest spokój". Działacz PPS Adam Pragier tak charakteryzował Biernackiego: "Jako nasz gospodarz w więzieniu brzeskim jest jednym z rzadkich w Polsce przykładów właściwego człowieka na właściwym miejscu. Przy czym wcale nie jest głupi. Kostek po prostu wygłupia się, żeby nas nastraszyć".
Piłsudczycy chętnie obciążali winą za Brześć wyłącznie Kostka, choć sam Piłsudski, przemawiając na posiedzeniu Rady Ministrów we wrześniu 1930 r. przyznał: "Co do mnie, to też przygotowałem część tej pracy, bo chcę, by byli karani". I gromił: "Ta bezkarność tego bydła przeklętego psuje całe państwo. Zastrzelę ich jak psów, gdy sądy nie osądzą". Kostka zaczęto nawet bojkotować towarzysko. Podobno na jednej z herbatek w Belwederze w 1931 r. Piłsudski witał gości ustawiwszy obok siebie Kostka i pilnował, by wszyscy goście przywitali się z nim. Ujął się za Kostkiem również Walery Sławek, prawa ręka Piłsudskiego: "Zbadałem sprawę i stwierdzam, że sadyzmu i znęcania nie było. Próbujecie oczernić oficerów, którzy chwalebniejszą niż wy mają przeszłość" - mówił w Sejmie.

W chłopskim przebraniu

W sierpniu 1931 r. premier Aleksander Prystor - na polecenie Piłsudskiego - powierzył Biernackiemu stanowisko wojewody nowogródzkiego. Po roku Kostek jest znowu w Brześciu, tym razem jako wojewoda poleski. Pozostaje nim do wybuchu wojny w 1939 r.
"Jako wojewoda nowogródzki, potem poleski był nie tylko sprężysty, ale i sprawiedliwy dla ludności w tym sensie, że pilnował, aby urzędnicy nie krzywdzili ludności na własną rękę" - przyznaje, podkreślić trzeba na ogół krytyczny wobec Kostka konserwatywny publicysta Stanisław Cat-Mackiewicz.
Wojewoda Biernacki lubi incognito odwiedzać starostwa, zaglądać na targi, wizytować gospodarstwa. Zapisał: "Przebierałem się po chłopsku i rozmawiałem szczerze z chłopami. Gdy przyjeżdżałem do wsi jako wojewoda, ustosunkowywano się do mnie wrogo lub uniżenie. Moją największą troską było zbliżenie ludności do Polski". Nie wyzbył się jednak policyjnych przyzwyczajeń: lubił niespodziewanie przeprowadzać inspekcje i kontrole urzędów. Tępił złodziei, aferzystów i komunistów. Było to zawsze zgodne z politycznymi koncepcjami Piłsudskiego.

KL Bereza

W 1934 r. otworzono słynny obóz odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Stanisław Cat-Mackiewicz zachowanie Kostka w Berezie nazywa sadystycznym: "W oddanym mu pod opiekę obozie koncentracyjnym z lubością wymyślał tortury, z prawdziwie degeneracką lubością nazywając je pieszczotliwymi nazwami: »gimnastyką«, »regulaminem«". Mackiewicz nie jest obiektywny - sam spędził w obozie trzy tygodnie i już ten fakt sprawiał, że za sanacją przepadać nie mógł. Tym razem ten wybitny publicysta wpisał się jednak (wydaje się, że nieświadomie) w załganą propagandę komunistyczną. To ona uczyniła z Kostka-Biernackiego oprawcą obozu w Berezie Kartuskiej. Ten mit funkcjonuje do dziś, podobnie jak Bereza "wzorowana na hitlerowskich obozach koncentracyjnych".
- Bereza jest czarną plamą w historii II RP, ale porównanie z obozami niemieckimi czy sowieckimi nie ma sensu - ucina spekulacje historyk Paweł Wieczorkiewicz. - W Berezie z kilkuset komunistów umarło zaledwie kilku, w sowieckich łagrach z kilku tysięcy polskich komunistów przeżyło kilkudziesięciu. Każdy system ma podobne więzienia, Francja - Diabelską Wyspę, Anglia - Dartmoor. Żadnego ludobójstwa w Berezie nie było, była - często twarda - resocjalizacja.
Ponadto, Kostek nigdy nie był komendantem obozu, jak często - całkowicie fałszywie - się go tytułuje. Jego "opieka" nad tym miejscem odosobnienia była jedynie tytularna - Bereza po prostu znajdowała się na terenie administrowanego przez niego województwa poleskiego. Nie był nawet inicjatorem umieszczenia w niej przeciwników politycznych, nie on napisał regulamin obozu. Leon Kozłowski, ówczesny premier, to pomysłodawca Berezy. Piłsudski poparł inicjatywę. Wedle zapisu Wacława Jędrzejewicza, Marszałek miał powiedzieć: "Ja nic nie mam przeciw tej waszej czerezwyczajce, ja się na tę waszą czerezwyczajkę na rok zgodziłem".
Zamknięci w Berezie - głównie komuniści, Ukraińcy i przedstawiciele innych mniejszości narodowych, twierdzili, że wizyty Kostka powodowały zaostrzenie rygoru obozowego. Inspekcje wojewody to akurat prawda, ale w rzeczywistości w ich trakcie ograniczał się do sprawdzania, czy przestrzegany jest regulamin, czy panuje porządek w celach, kuchniach i sanitariatach. Kilka razy faktycznie opiniował wnioski o skierowanie do obozu, ale decydować nie mógł, gdyż Bereza Kartuska podlegała bezpośrednio ministrowi spraw wewnętrznych.

Aresztowali Goldbergowie

W pierwszym dniu wojny 1939 r. Kostek objął stanowisko komisarza cywilnego w randze ministra przy Naczelnym Wodzu. Po latach Cat-Mackiewicz znów zabrzmiał PRL-owskim kłamstwem: "Rydz wyraził swój stosunek do społeczeństwa przez nominację Kostka-Biernackiego, kata z Brześcia i Berezy".
18 września 1939 r. Biernacki razem z rządem przejechał granicę pod Kutami. W Rumunii przebywał w kilku ośrodkach internowania. Michał Browiński, też osadzony w obozie w Caracal, z jednej strony chwalił towarzysza niedoli: "Znawca i miłośnik średniowiecza, znawca starego języka polskiego. Czytał nam fragmenty niewykończonej jeszcze powieści o Bolesławie Śmiałym, zupełnie interesujące". Z drugiej krytykował: "Osobiście bardo niesympatyczny. Miał w sobie jakiś starczy egoizm. Nigdy się z nikim niczym nie dzielił, niczym nikogo nie ugościł. Ulubioną jego potrawą była kiełbasa pokrajana w plasterki i zalana octem". Na koniec ogólnie stwierdzał: "Poza tym chętny do pogawędki. Nie czuło się w nim drapieżnego kiedyś człowieka".
Od końca 1943 r. Kostek był w Rumunii na wolnej stopie, miał szwajcarski paszport dyplomatyczny. Próbował dostać się do polskiego wojska na Zachodzie, ale w Londynie nie chciały go antypiłsudczykowskie władze. Podobny los spotkał też wielu innych sanatorów.
W kwietniu 1943 r. poległ w Warszawie podczas likwidacji volksdeutscha na ulicy Stalowej jedyny syn Kostka - Lesław Ryszard Biernacki, ps. Romanowski. Należał do oddziału dywersyjnego prawicowej Konfederacji Narodu.
W marcu 1945 r. w nie wyjaśnionych okolicznościach Kostek-Biernacki został aresztowany w Rumunii. Nie wiadomo, w jaki sposób znalazł się w więzieniu w Warszawie. "W kwietniu 1945 r. około dwudziestu Polaków miało być przewiezionych na Mokotów. Kostek-Biernacki stawiał opór czynny. Zabrano go przemocą" - zanotował Browiński.
- Słyszałam, że maczał w tym ręce Jerzy Borejsza. Ubrany w mundur NKWD przywiózł Kostka do Polski pociągiem na Dworzec Główny i przekazał swojemu bratu Goldbergowi, czyli Różańskiemu - opowiada Krystyna Banasik, która pracowała z żoną Biernackiego, Anną w Związku Literatów Polskich.
Istnieje też inna wersja: przyleciał po niego samolot z polskimi znakami, przywitano go gorąco. W drodze przekonał się, że lecą nie na Zachód, jak sądził, lecz do Polski - mówił Kazimierz Augustowski, który na Rakowieckiej siedział w jednej celi z Kostkiem.
Jedno jest pewne: 11 listopada 1945 r. zaczyna figurować w dokumentach aresztu karno-śledczego Warszawa I.

"Klasyczny reprezentant
faszystowskiego reżimu"


Reżimowy "Express Wieczorny" z 22 lipca 1946 r. woła na czołówce: "Kat Brześcia za kratami Mokotowa". 21 września 1946 r. ukazuje się informacja: "Kostek za dwa tygodnie stanie przed sądem". Z pisma skierowanego do Leona Chajna (podsekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości, wcześniej członek KPP, Związku Patriotów Polskich, oficer polityczny armii Berlinga, mason, ojciec Józefa Chajna, wicedyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego): "Kostek-Biernacki postawiony będzie pod pręgierzem nie tylko jako indywidualna jednostka, ale (...) będzie sądzony system rządzenia, którego był wyrazicielem, jako klasyczny reprezentant faszystowskiego reżimu". Pokazowy proces przygotowywany jest na grudzień. Kostek ma odpowiadać z dekretu z 22 stycznia 1946 r. za zdradę Narodu Polskiego.
Z akt śledczych: "Współorganizator i faktyczny przełożony obozu w Berezie Kartuskiej opracował osobiście jego regulamin, nadzorował go i wpływał bezpośrednio na służbę obozu w kierunku jeszcze większego zaostrzenia reżimu obozowego. Oskarżony w czasie swoich inspekcji niejednokrotnie sam brał udział w znęcaniu się nad więźniami".
Oskarżenie Kostka było tak skonstruowane, żeby wykazać, że przez całe życie, niemal od kołyski, był elementem wrogim i szkodliwym. I tak, tępi śledczy, nadzorowani przez znanego ze służalczości wobec "ludowej" władzy - Władysława Dymanta, wicedyrektora Departamentu Specjalnego Prokuratury Generalnej (ten sam, który zarządził sądzenie gen. Augusta Emila Fieldorfa przy drzwiach zamkniętych) - wymienili: "agenturalną" działalność w PPS - na usługach wywiadu austriackiego, okrucieństwo piłsudczykowskiego żandarma, przynależność do "elitarnej kliki legionowej" i "mafii Parasol", komendanturę Brześcia, no i przede wszystkim wspomnianą już Berezę. Jako świadków powołano m.in. dawnych kolegów z Legionów - gen. Leona Berbeckiego i ppor. Mariana Robaka-Raczyńskiego oraz przedwojennych posłów - Karola Popiela i Władysława Kiernika.
Do pokazowego procesu, w którym nowa "demokratyczna" władza chciała pokazać zbrodniczość przedwojennej sanacji, jednak nie doszło. Akt oskarżenia upadł właśnie ze względu na Berezę - komunie nie udało się znaleźć wystarczających dowodów i świadków przestępstw Kostka w tym najgorszym z możliwych obozów.
Na nowy proces musiał czekać następnych siedem lat. Jako "faszyście" zapewniono mu nie byle jakie towarzystwo - siedział w jednej celi z Erichem Kochem, komisarzem Rzeszy dla Ukrainy, skazanym w Polsce na karę śmierci za zbrodnie wojenne.
- Psychicznie trzymał się dobrze - wspominał Kazimierz Augustowski. - Był towarzyski, czasami nawet dowcipkował. Opowiadał nam o Legionach, Algierii, swoim przywiązaniu do Marszałka. Nigdy nie pozwolił powiedzieć o nim złego słowa. Kiedyś Różański miał obchód, jako starszy celi krzyknąłem: "Panie pułkowniku, pan major Różański przyszedł". Kostek, udając, że nie słyszy, nie ruszył się z miejsca.
10 kwietnia 1953 r. Wacław Kostek-Biernacki stanął przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie. Podczas tajnej rozprawy, której przewodniczył "zasłużony" sędzia Henryk Kempisty, skazano go na karę śmierci "za tłumienie ruchu rewolucyjnego, faszyzowanie kraju, szkalowanie i zohydzanie Związku Radzieckiego". Biernacki do winy się nie przyznał: "akt oskarżenia jest wielką nieprawdą", a stawiane zarzuty to "fantazja autora aktu oskarżenia", "w protokołach oficera śledczego są włożone mi w usta nonsensy, bo wtedy cierpiałem na bezsenność i podpisując byłem na wpół świadomy".
Z uzasadnienia wyroku: "Od września 1931 roku do 31 sierpnia 1939 roku w związku z wykonywaniem urzędu wojewody nowogródzkiego i poleskiego, realizując politykę sanacyjnego rządu faszystowskiego dławienia rewolucyjnego ruchu mas pracujących miast i wsi oraz wynaradawiania ludności ukraińskiej i białoruskiej, działał na szkodę Narodu Polskiego".

"Warunkowo zwolniony"

W sierpniu 1953 r. Sąd Najwyższy "łaskawie" zamienił mu karę na 10 lat więzienia, z zaliczeniem aresztu śledczego. Biernacki był już wówczas bardzo chory, miał miażdżycę, chorobę wieńcową, rozedmę płuc, padaczkę. Komisja lekarska w styczniu 1955 r. stwierdziła: "Ogólny stan zdrowia ulega stałemu pogorszeniu, nie rokuje zupełnie poprawy oraz zagraża życiu".
Kazimierz Augustowski, towarzysz Kostka z celi: - Raz na kwartał na widzenia przychodziła żona. Kontakt jednak mieli utrudniony - on był prawie głuchy, ona niedowidząca.
"Mój mąż od dawna nie może poruszać się o własnych siłach. Na ostatnim widzeniu odniosłam wrażenie, że mąż jest umierający i że przy swoich 71 latach nie przetrzyma tych kilku miesięcy, które mu zostały do odcierpienia" - pisała Anna Biernacka do Rady Państwa w lipcu 1955 r. Sama żyła w nędzy, wielokrotnie była wyrzucana z pracy. Zmarła w Warszawie w grudniu 1972 r.
W końcu "ludowa" władza ulitowała się nad "faszystą". W listopadzie 1955 r. Wacław Kostek-Biernacki został "warunkowo zwolniony" z więzienia. Z Rakowieckiej do małego pokoiku na ul. Mokotowskiej, gdzie mieszkała jego żona, przewieziono go karetką pogotowia. Potem "erka" przyjeżdżała do "apartamentów" Biernackich często, nawet dwa razy dziennie.
Komuniści doskonale wiedzieli, co robią - że mogą wypuścić wroga, przedstawiciela znienawidzonego reżimu piłsudczykowskiego, bo jest już całkowicie nieszkodliwy. "Diabeł z Berezy" zmarł 25 maja 1957 r. Został pochowany na starym cmentarzu w Grójcu, w grobie rodzinnym.
"I obok naturalnego wstrętu do śmierci, uczuwam jasną radość, że odchodzę i że nigdy już nie będzie mnie dręczyć nieznośny widok cierpień żyjących istot" - napisał Wacław Kostek-Biernacki w jednej ze swoich powieści "Diabeł zwycięzca".

Tadeusz M. Płużański

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Co gorszy salonowe zombi? - Krzysztof Mazur Wysłane piątek, 9, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

Wprawdzie skończył się rok 2008, a zaczął kolejny, co spora część ludzkości uczciła wybuchami tysięcy ton fajerwerków i podskakiwaniem w rytm podawany przez gwiazdy tzw. show biznesu, ale większość najważniejszych życiowych procesów nadal przebiega według zasady kontinuum czy to fizycznego, czy psychicznego, czy wreszcie - społecznego. Rozpoczęta pod koniec ubiegłego roku, wojna w Palestynie trwa nadal, zima nie przeszła w lato, negocjacje gazowe jak trwały, tak trwają, a i państwo Lisowie w telewizji publicznej mają się nie gorzej niż rok temu.

Znawcy mówią, że Lisowie mają się nawet lepiej, o czym ma świadczyć żądanie redaktora Tomasza Lisa w sprawie zmiany ramówki programowej. Podobno wyświetlane w tym samym czasie antenowym filmy o agencie 007 zabierają redaktorowi dużo telewidzów, co raczej dobrze świadczy o guście telewidzów, a niezbyt dobrze o atrakcyjności programu redaktora Lisa. Osobiście gdybym miał alternatywę w postaci oglądnięcia po raz dziesiąty "Tylko dla twoich oczu" lub po raz któryś oczu Lisa, Cymańskiego czy Niesiołowskiego, to bez wątpienia wybrałbym oczy Carole Bouguet. W ramach ostatecznego dorzynania watahy nowe kierownictwo telewizji powinno w czasie nadawania audycji redaktora Lisa zawiesić jakiekolwiek programy, pokazując obraz kontrolny lub co najwyżej nadawać powtórki orędzi pana prezydenta do narodu, co wychodzi na jedno. Z pewnością byłby to czytelny sygnał dla panów Solorza i Waltera, którzy również dostosowaliby się do tej ramówki, przez co za jakiś czas redaktorzy Lis, Morozowski, Sekielski i Gawryluk mogliby stworzyć nową, wspólną audycję ponad podziałami pod roboczym tytułem np. "Teraz k...my". Taka myśl zaświtała mi, gdy w konkurencyjnej stacji zobaczyłem reportaż z przejęcia władzy w TVP przez panów Farfała i Rudomino, a dziennikarz tej przecież konkurencyjnej stacji zamiast pod pozorami obiektywności skrywać radość z zamieszania u konkurencji, wyrażał obawy o przyszłość stacji publicznej.
Nie pobił on jednakże rekordu obłudy, który niewątpliwie należy do posła Ryszarda Kalisza, w latach 70. działacza Socjalistycznego Związku Studentów Polskich i członka PZPR, a od początku lat 90. do dzisiaj - działacza i posła partii powstałej na majątku i w oparciu o kadry PZPR, który to Kalisz publicznie orzekł, że ktoś o takiej przeszłości i poglądach, jak Piotr Farfał, nie powinien kierować telewizją publiczną. Nie twierdzę, że pan Farfał ma kompetencje do kierowania TVP ani jakąkolwiek inną instytucją, ale od kiedy tacy karierowicze, oportuniści i komuchy, jak Kalisz mają prawo robić za arbitrów światopoglądowej elegancji? Oczywiście pytanie jest czysto retoryczne, gdyż na przykładzie ostatniego wywiadu generała Kiszczaka widzimy, w jakim naprawdę punkcie jesteśmy po prawie dwudziestu latach transformacji ustrojowej. Kierując się nową telewizyjną ramówką, następne wystąpienie Kiszczaka lub innego człowieka honoru powinien poprzedzać film "Szpieg, który mnie kochał", zaś kolejne relacje z procesu autorów stanu wojennego obowiązkowo należałoby poprzedzać emisją "Licencji na zabijanie". Czas również najwyższy, aby scenarzyści "Ojca Mateusza" kazali głównemu bohaterowi ostatecznie rozstrzygnąć, czy "Cappino" był KI zniuansowanym, czy bardziej przyziemnym?! W końcu- jak sugeruje Kurt Vonnegut w powieści "Matka noc" - często sami nie wiemy, czy udajemy kogoś, kim nie jesteśmy, czy jesteśmy tymi, kogo udajemy.
Nie wiadomo dokładnie, kogo chce udawać redaktor Cezary Michalski z "Dziennika", ale wiadomo przynajmniej, że według jego gustów politycznych panowie Farfał i Rudomino to kandydaci na bohaterów jakiegoś sequela, prequela, interquela lub remake'a "Nocy żywych trupów". Jak tylko sąd przyznał rację nowym zarządcom TVP, ów oficer frontu ideologicznego natychmiast popełnił tekst pt. "Żywe trupy na Woronicza", informując zbolałym głosem, że "biała siła reprezentowana przez pana Farfała i siła zgniłozielona... po orzeczeniu KRS legalnie rządzą Woronicza". Ciekawe, że redaktor Michalski podobnych plastycznych skojarzeń używa wyłącznie w odniesieniu do "przystawek", a przecież radzi bylibyśmy wiedzieć, z jakimi kolorami należy kojarzyć np. PO czy PiS, jaką siłę (białą, żółtą czy czarną) reprezentuje np. Niesiołowski, bo z tego co wiemy, to jedynie to, że pan Biedroń jest okazem siły tęczowej.
Ale nie chodzi nawet o publiczną telewizję, Lisów, przystawki etc., gdyż przywołane wcześniej spostrzeżenie Kurta Vonneguta z pewnością odnosi się także do polityków, z których wielu po latach uprawiania wyborczej propagandy nabiera takich przekonań, jakie wcześniej głosili, a zaczynali je głosić, gdyż tak nakazywała mądrość etapu. I mamy oto taką sytuację, że przez sekowaną Białoruś, rządzoną przez znienawidzony reżim Łukaszenki, gaz płynie w sposób niezakłócony, prosto z serca jeszcze bardziej znienawidzonego Gazpromu, podczas gdy kurki zakręcili nam "przyjaciele banderowcy". Oczywiście w sytuacji, kiedy jak czarno na białym śniegu widać, że winnym zamieszania jest Ukraina - wszyscy specjaliści jak jeden mąż i żona nabierają dyplomatycznych manier, udając, że winnych nie można wskazać jednoznacznie. Wszyscy oprócz tzw. małego kaczora, który nie zważając na nic, jak mantrę powtarza, że "z Rosją trzeba ostro", w odróżnieniu zapewne od Sarkozy'ego czy Barroso, z którymi stosunki trzeba niuansować. Bo współczesna propaganda ma to do siebie, że jak winny jest swój lub robiący za swego - to winnego nie można wskazać jednoznacznie i potrzeba tabunu komisji i ekspertów, którzy wydadzą w tej sprawie tuzin albo nawet kopę sprzecznych raportów, zaś gdy najmniejszy faux pas popełni jakiś przeciwnik angsocu - to przejawy oburzenia graniczą prawie z histerią.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Towarzysz Jaskiernia oczyszczony z zarzutu "kłamcy lustracyjnego", samorządowcy z poparcia SLD, PO i PSL - współpracownikami PRL-owskiej Służby Bezpieczeństwa? Wysłane środa, 7, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

Dzisiejszy dzień przyniósł wysyp materiałów o domniemanych współpracownikach SS PRL. Były minister sprawiedliwości w rządzie tow. Józefa Oleksego w czasie rządów koalicji SLD-PSL, tow. Jaskiernia (nagrodzony swego czasu "Tęczowym Laurem" przez środowiska homoseksualne) został ostatecznie uniewinniony (przy zastrzeżeniu ze strony jednego z sędziów) przez Sąd Najwyższy RP. Informację podał serwis Onet: "- Wyrok jest ostateczny i zamyka całą sprawę - mówił prok. Piotr Stawowy z pionu lustracyjnego IPN (który od 2007 r. przejął funkcje RIP). W SN wnosił on o utrzymanie prawomocnego wyroku z 2007 r., stwierdzającego, że Jaskiernia zataił swe związki z wywiadem PRL z lat 70. Wyrok trzyosobowego składu SN nie zapadł jednogłośnie. Przewodniczący składu sędzia Jarosław Matras ujawnił, że był przeciwny orzeczeniu o prawdziwości oświadczenia Jaskierni".

Z okazji uzupełnienia katalogu IPN dotyczącego osób sprawujących funkcje publiczne pojawiły się w nim nazwiska samorządowców Platformy Obywatelskiej (Leszek Wojtasiak), Polskiego Stronnictwa Ludowego (Wojciech Jankowiak), obecnie bezpartyjnego, w przeszłości - przedstawiciela Sojuszu Lewicy Demokratycznej, prezydenta Konina Kazimierza Pałasza, a także prezydenta Piły Zbigniewa Kosmatki. Informacje podał serwis witryny Onet:
"Dwóch wicemarszałków województwa wielkopolskiego z PO i PSL znalazło się na liście agentów bezpieki - informuje Radio ZET. Nazwiska Leszka Wojtasiaka i Wojciecha Jankowiaka znalazły się wczoraj w katalogu tajnych współpracowników SB. Wojtasiak miał zostać zarejestrowany jako TW »Rubin«, a Jankowiak - jako »Jan« - informuje Radio ZET. Wicemarszałkowie województwa wielkopolskiego zaprzeczają, jakoby kiedykolwiek współpracowali ze służbami bezpieczeństwa PRL. (...) Według IPN, Jankowiak został w 1988 roku dobrowolnie zarejestrowany jako TW »Jan«. W 1989 roku miał zostać wyrejestrowany »z uwagi na wyczerpanie możliwości operacyjnych«. (...) Według danych Instytutu, Wojtasiak został zarejestrowany jako TW »Rubin« w 1982 roku, podczas odbywania Zasadniczej Służby Wojskowej. W 1984 roku miał być wyrejestrowany z ewidencji operacyjnej z powodu przejścia do rezerwy".

"Prezydent Konina (Wielkopolska) Kazimierz Pałasz oświadczył, że nigdy nie współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa PRL i nie podpisywał jakichkolwiek dokumentów o takiej współpracy. Przesłane oświadczenie prezydenta Konina ma związek z wtorkowym uzupełnieniem w internecie katalogów IPN m.in. o 105 prezydentów miast, 80 członków zarządów województw oraz 323 burmistrzów. Wśród nich jest wymieniony Pałasz". (Onet)

"Marszałek Województwa Zachodniopomorskiego z PO na liście agentów bezpieki, dowiaduje się Radio ZET. Nazwisko Władysława Husejko znalazło się wczoraj w katalogu tajnych współpracowników SB Instytutu Pamięci Narodowej. W notatce można przeczytać, że Husejko zastał w kwietniu 1989 roku zarejestrowany jako kandydat na TW a następnie w czerwcu tego roku został TW o pseudonimie »Tomek«. (...) Dotyczące go materiały zostały zniszczone na początku 1990 roku". (Onet)

"Prezydent Piły Zbigniew Kosmatka uważa, że informacja o jego pracy w Służbie Bezpieczeństwa nie jest dla nikogo zaskoczeniem. Jak podkreślił, nigdy nie ukrywał tego faktu. (...) Z akt IPN wynika, że prezydent Piły był funkcjonariuszem Służby Bezpieczeństwa w Pile od 1970 do 1976 roku. - To nie jest odkrycie Ameryki przez IPN, dlatego że ja nigdy tego nie ukrywałem. Pracowałem m.in. w wydziale paszportów, zostałem zwolniony dyscyplinarnie w 1976 roku. Taką informację zawarłem również w swoim zeznaniu lustracyjnym - powiedział Kosmatka". (Onet)

Uzupełnienie katalogu IPN osób sprawujących funkcje publiczne znajduje się TUTAJ.


Biznes jest OK - prof. Michał Wojciechowski Wysłane środa, 7, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

Czy ekonomia jest sprzeczna z etyką? Często spotykamy opinię, że biznes to dziedzina moralnie podejrzana. Uważa się, że chodzi w nim głównie o bogacenie się, o pogoń za zyskiem. Przytacza się przykłady korupcji i chciwości. Takie przypadki się zdarzają, ale łacińska zasada prawna głosi, że "nadużycie nie świadczy przeciw użyciu". Przedsiębiorczość wcale nie musi budzić podejrzeń, a tym bardziej gospodarka w ogóle.

I gospodarka, i moralność

Te dwie dziedziny traktuje się zwykle jako odrębne, przy czym zasady moralne służyłyby jako ograniczenie dla gospodarki. W rezultacie liczni biznesmeni skłonni są uważać etykę za kłopotliwy hamulec. Chcieliby ją ograniczyć do tego, co absolutnie konieczne albo zredukować do działalności charytatywnej. Gospodarkę uważają za niezależną od moralności.
Przeciwne stanowisko zajmują ci moraliści, którzy nie znając ekonomii, usiłują narzucić gospodarce reguły całkiem nieżyciowe. Bywają też one moralnie niesłuszne, gdy pod szyldem sprawiedliwości społecznej (albo, co gorsza, Ewangelii) próbuje się odebrać przedsiębiorcom i pracującym uczciwie uzyskane dochody. Odmianą tego stanowiska jest sposób myślenia urzędników, popularny również wśród otumanionych propagandą obywateli, że biznesmen nieuczciwy to taki, który nie przestrzega przepisów - choć często są one szkodliwe i niesprawiedliwe. Gospodarka nie rejestrowana, zwana szarą strefą, to na ogół ucieczka przed uciskiem i wyzyskiem ze strony państwa.
Podejdźmy do tej sprawy inaczej, nie oddzielając sztucznie ekonomii od etyki. Co to jest właściwie gospodarowanie? Polega ono na tworzeniu dóbr materialnych i innych, potrzebnych ludziom do przeżycia i godnego bytowania. Ten cel jest dobry, a tym samym gospodarka jest ze swej istoty dobra.
Trzeba więc przeciwstawić się potocznej opinii, że produkcja i praca to zjawiska moralnie obojętne, skupione na życiu czysto materialnym. Mało kto wychodząc do pracy, myśli, że będzie robił rzeczy dobre i pożyteczne dla bliźnich, choć przecież przeważnie tak jest! Jeszcze rzadziej myśli się o przedsiębiorstwie jako instytucji nastawionej na dobro bliźnich.
Dlaczego pracę i przedsiębiorczość należy tak ocenić? W normalnej gospodarce rozmaite dobra kupuje się dobrowolnie. Jeśli czegoś potrzebujemy, skłonni jesteśmy odpowiednio zapłacić. Tym samym producent towarów i usług, który chce je sprzedawać, musi proponować bliźnim rzeczy użyteczne i nie za drogie, służąc im w pewien sposób.
Następna dobra z natury cecha przedsiębiorstwa to zapewnienie zajęcia i utrzymania tak właścicielowi, jak pracownikom. Dzięki tej formie organizacji pracy ludzie mogą godnie żyć, stosownie do swojego wysiłku i uzdolnień. Dla wielu właścicieli firm jest to ważny cel, choć pracownicy często nie zdają sobie z tego sprawy. Zyski i inwestycje, które na razie nie przynoszą doraźnej korzyści, sprawiają, że również w przyszłości firma będzie pełniła powyższe funkcje.
Odpowiednie wynagrodzenie za pracę jest podstawowym wymogiem sprawiedliwości. Jeśli należy się ono robotnikowi, lekarzowi czy księdzu, to również przedsiębiorcom i inwestorom. Ten ostatni punkt wymaga wyjaśnienia. Czy jest słuszne czerpanie korzyści z inwestowania pieniędzy? Tak, gdyż pieniądze są owocem pracy wykonanej poprzednio - przykład to banki, które inwestują oszczędności swoich klientów.
Może ktoś uznać, że w takim razie ludzie robią to wszystko dla swojej korzyści. Owszem, ale troska o utrzymanie siebie i rodziny nie jest przejawem egoizmu, lecz rozsądnej, prawidłowej miłości samego siebie i bliźniego. Słowo "bliźni" pochodzi od "bliski". Nasze podstawowe obowiązki to dobre pokierowanie własnym życiem i zapewnienie bytu najbliższym, a następnie troska o otoczenie: także o tych, którym nasza praca przynosi pożytek oraz tych, z których pracy korzystamy.
Zdrowe więzi społeczne istnieją wtedy, gdy praca wielu ludzi sumuje się dla wspólnego dobra, czyli gdy istnieje korzystna dla wszystkich, dobrowolna wymiana i współpraca. Społeczeństwa składają się głównie z ludzi pożytecznych dla innych, a nie z nierobów i pasożytów. To samo dotyczy przedsiębiorstw.

Na jakich warunkach?

Co zrobić, by kraje funkcjonowały według tych zasad? Zależy to najpierw od dobrych praw i ich przestrzegania. Dla energii tkwiącej w gospodarowaniu są one jak wały dla rzeki. Nie pozwalają za pomocą złych środków dążyć do dobrego celu, jakim jest wzrost dóbr. Dobre prawo to sfera obowiązków państwa.
Ludzie dla owocnej pracy potrzebują bezpieczeństwa. Państwo musi więc zwalczać przestępczość i bronić przed wrogiem. W gospodarce, czyli w sferze dóbr materialnych, szczególnie ważne są ochrona przed kradzieżą, oszustwami i naruszaniem umów. W Polsce jest z tym kiepsko...
Inaczej mówiąc, centralną dla gospodarki zasadą moralną i prawną jest przykazanie "nie kradnij!". Ta zasada moralna jest zarazem warunkiem rozwoju gospodarczego, gdyż ludzie pracują dlatego, że mogą spożytkować owoce swej pracy. Gdy ktoś je im zabiera, zniechęcają się, nie pracują, nie inwestują.
Choć mało kto skłonny jest odrzucać to przykazanie wprost, zasada poszanowania własności prywatnej budzi różne zastrzeżenia. Widząc fortuny powstałe nieuczciwie, ludzie obruszają się na ochronę własności. Tymczasem powstały one właśnie dlatego, że władza tolerowała różne formy kradzieży! Majątku złodzieja nie nazywa się własnością, gdyż dzierży go on bezprawnie.
Inny błąd, to utożsamianie własności z wielką własnością. Tymczasem główna część majątku i dochodu narodowego składa się z własności zwykłych ludzi: pól, domów, małych firm, comiesięcznych dochodów. Ta własność jest stale umniejszana przez chciwą władzę i różnych naciągaczy.
Dość często motywem niechęci do bogatszych, pracowitszych i zaradniejszych jest pospolita zazdrość. To ona popycha do głosowania na lewicę, której program sprowadza się do obietnicy, że po wygraniu wyborów zabiorą tamtym, a dadzą nieporadnym, nieumiejętnym i leniwym. Zazdrość powoduje niechęć do energicznych przedsiębiorców, choć zwykli obywatele powinni być im wdzięczni i ułatwiać życie. Przecież ciągną się za nim jak za lokomotywą. Bez nich bowiem nie wymyślą, nie zainwestują, nie zaryzykują, nie zorganizują, a w konsekwencji nie zarobią.
Przedsiębiorca nie może więc być dojną krową dla urzędów skarbowych. Jest bowiem rzeczą niemoralną i głupią, gdy krępuje się i oskubuje pożytecznych członków społeczności. Stosuje się tu bajka Ezopowa o zarżnięciu kury znoszącej złote jajka.
Do natury własności należy swoboda dysponowania majątkiem. Warunkiem uczciwej i efektywnej gospodarki jest więc wolność gospodarcza. Jest to zasada moralna, gdyż wolność w tej sferze należy według nauki Kościoła do wolności osoby ludzkiej. Zarazem jest to zasada korzystna w praktyce, gdyż w warunkach wolności majątek jest lepiej wykorzystywany.

Państwo dzieli i zabiera

Do gospodarki należą pewne przedsięwzięcia, które moralnego celu jednak nie mają, choćby były prawnie dozwolone. Przykładem może być produkcja i promocja alkoholu i papierosów. Nie jest też uczciwe sprzedawanie wyrobów po zawyżonej cenie, czemu służy rozdęta reklama, w tym ta adresowana do dzieci.
Takie zjawiska występują w każdej gospodarce, ale nie decydują o niej. Większe znaczenie mają deformacje związane z działalnością władzy państwowej. W ustroju obecnym, który należałoby nazwać biurokratycznym, ograbia nas ona przez zbyt wysokie podatki oraz krępuje przez wagony przepisów, rodzimych i europejskich. Skutkiem tego jest bezrobocie, którego nie da się przecież usunąć bez stworzenia należytych warunków przedsiębiorstwom, jak również kryzysy i zmniejszony wzrost gospodarczy. No i oczywiście drożyzna: na przykład większość ceny benzyny to podatki.
Tworzy to pożywkę dla korupcji, gdyż najwięcej zarobić można na styku państwowego z prywatnym. Sprzyja też monopolom i zawyżaniu cen, gdyż państwo przez system zezwoleń i koncesji hamuje konkurencję; dlatego w Polsce tak droga jest telekomunikacja. Sektor państwowy, ładnie zwany publicznym, jest mało efektywny, czego przykładem mogą być publiczne szkoły i szpitale. Nie można w nich zapłacić i wymagać: jakość pozostaje niska, a koszty rosną.

A jałmużna?

W gruncie rzeczy przedsiębiorstwo jest więc czymś dobrym dla bliźnich poprzez swoją normalną, uczciwą działalność, nawet jeśli właściciel nie przeznacza niczego na cele charytatywne. Powinien to oczywiście czynić - jeśli go stać. Jednakże firmy, duszone przez podatki i przepisy, często nie przynoszą odpowiedniego dochodu. W tej samej sytuacji jest każdy opodatkowany obywatel. Z tej przyczyny za mało dajemy na cele charytatywne i na ewangelizację.
Jednakże płacąc podatki, obywatele już oddają sporo na biedniejszych, utrzymują bowiem cały państwowy system świadczeń społecznych. To nie państwo "daje" zasiłek, szpital czy szkołę. Dają wszyscy, którzy się trudzą i płacą podatki. Władza tylko przymusowo zabiera, a potem dzieli rękami urzędników (co dużo kosztuje).
Starożytny pisarz chrześcijański, św. Klemens z Aleksandrii, zauważył, że nie można dawać, jeśli brak tego, co ma. Trudno się dziwić, że Polacy, oddawszy w ręce państwa większość dochodów, mało pomagają osobiście. Jest to jednak potrzebne. Najpilniejsze sprawy, za mało uwzględniane przez władze, to obrona dzieci nienarodzonych, pomoc rodzinom, ludzie umierający. Tylko oddolnie można zwalczać chory system polityczny i gospodarczy. Te dziedziny bez naszych darów się nie obędą.

Michał Wojciechowski

Artykuł z tygodnika "Idziemy" 2008 nr 47, publikacja internetowa za zgodą Autora.

Michał Wojciechowski jest świeckim profesorem teologii w Olsztynie, biblistą. W 2008 r. opublikował książki "Moralna wyższość wolnej gospodarki" (Prohibita) i "Biblia o państwie" (WAM).

Publicystyka prof. Michała Wojciechowskiego na ASME


Poczytaj Mamie o SLD:
My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem!
...bo kto to kiedy widział, by skazali tak zasłużoną, wybitną przedstawicielkę poselskiego socjaldemokratyzmu, jaką była i jest towarzyszka posłanka Ostrowska?
Wysłane środa, 7, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

Jak podał swego czasu serwis informacyjny witryny Onet: "Zamiejscowy wydział Prokuratury Krajowej w Krakowie skierował do sądu kolejny akt oskarżenia w ramach tzw. śledztwa paliwowego. Wśród 13 oskarżonych znajduje się była posłanka SLD Małgorzata O.
12 oskarżonych odpowie przed sądem za działanie w zorganizowanej grupie przestępczej. Małgorzata O., nie objęta zarzutem działania w grupie przestępczej, będzie odpowiadać za korupcję, tj. przyjęcie 105 tys. zł od barona paliwowego Piotra K., skazanego już za udział w nielegalnym obrocie paliwami i oszustwa podatkowe - poinformowano w krakowskiej prokuraturze.
Jak podkreśla prokuratura, wątek korupcji z udziałem Małgorzaty O. jest jednym z pobocznych wątków sprawy. Według prokuratury, Piotr K. w zamian za pieniądze miał oczekiwać od posłanki pomocy w zakupie nieruchomości na terenie Malborka, którą chciał użytkować m.in. do nielegalnej produkcji paliw.
Małgorzata O. w toku śledztwa nie przyznała się do zarzutów. Zdaniem prokuratury, istnieją jednak niezbite dowody na to, że przyjęła co najmniej 105 tys. zł korzyści majątkowej. Prokuratura początkowo zarzucała byłej posłance przyjęcie 155 tys. zł łapówki, ograniczyła jednak zarzuty w oskarżeniu uznając, że istniejące - według niej - "niezbite dowody" na przyjęcie przez byłą posłankę 105 tys. zł są wystarczające do uznania jej winy.
(...) Krakowska Prokuratura Apelacyjna już w lutym 2007 r. występowała do Sejmu z wnioskiem o uchylenie immunitetu ówczesnej posłance. Chciała także zgody na zatrzymanie i aresztowanie jej. W marcu Sejm nie wyraził na to zgody.
Jak informowała wówczas prokuratura, chciała ona zarzucić posłance przyjęcie łapówki w wysokości 155 tys. złotych od Piotra K. Według prokuratury, Piotr K. tę "korzyść majątkową przekazał w części osobiście, w części zaś za pośrednictwem innej osoby". W zamian miał oczekiwać pomocy (polegającej m.in. na lobbingu i przekazywaniu informacji) w zakupie nieruchomości na terenie Malborka, którą chciał użytkować m.in. do nielegalnej produkcji paliw. Małgorzatę O. miały obciążać zeznania Piotra K. i innych podejrzanych w tym m.in. byłego komendanta policji w Malborku Piotra M. Według prokuratury, komendant miał uczestniczyć w spotkaniu posłanki z K.".

Kto - znający nawet tylko w miernym stopniu - realia "kapitalizmu socjaldemokratycznego" w wykonaniu towarzyszy i towarzyszek biznesmenów oraz bizneswomanek z Sojuszu Lewicy Delikatesowej (nasz copyright!) uwierzy w prawdziwość śmiesznego oskarżenia znanej i lubianej w kręgach barowych hotelu poselskiego towarzyszki posłanki Małgorzaty Ostrowskiej? Kto uwierzy, że pozostająca w wysoce familiarnych stosunkach z awangardą dziennikarstwa "polskiego regionu UE", czyli stacją TVN ("Pijana w sztok tańczyła, śpiewała i zapraszała przedstawicieli mediów na drinka", umiejąca się bawić szampańsko była posłanka "ezelde" - połaszczyłaby się na tak żenująco niską jak na wysublimowane apetyty byłych namiestniczych władców PRL i obecnych władców PRL-bis? Już samo zestawienie tej sumy "na waciki" z taką znamienitą osobistością powinno wzbudzać w kręgach śledczych krakowskiej prokuratury uczucie zażenowania i chęci zamknięcia tej zapewne niegodziwie sprokurowanej przez politycznych przeciwników sprawy z powodu niegodziwości całej sytuacji, w jakiej znalazła się wybitna przedstawicielka socjaldemokratyzmu realnie stosowanego!
Tak, drogie dziatki - wspominając chlubne dla przeszłości wielu zasłużonych w dziele utrwalania "władzy ludowej" w Polsce postaci towarzyszy Lenia, Stalina i Umiłowanego Przywódcy, tow. Prezydenta RP Bieruta - trzeba patrzeć z dialektycznym zrozumieniem na fałszywe i kłamliwe oskarżenia najlepszych cór i synów Ojczyzny Ludowego Proletariatu i Wszechświatowej Administracji, jaką jest teraz potężna Unia Europejska!

Powrót do spisu "Poczytaj o SLD"


Konflikt ukraińsko-rosyjski wesprze budowę Gazociągu Północnego, a wojna w Ghazie - przybliży Izrael do "ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej" - Stanisław Michalkiewicz o znaku G(h)azu dla Nowego, Wspaniałego, Europejskiego Roku 2009 Wysłane środa, 7, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Konflikt ukraińsko-rosyjski wesprze budowę Gazociągu Północnego, a wojna w Ghazie - przybliży Izrael do "ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej" - Stanisław Michalkiewicz o znaku G(h)azu dla Nowego, Wspaniałego, Europejskiego Roku 2009 Wysłane środa, 7, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

"Proszę Państwa - rok 2009 rozpoczyna się pod znakiem Gazu. Albo mamy wojnę w Ghazie, albo - wojnę o Gaz. Nie wiadomo, co będzie gorsze... to znaczy wojna w Gazie - trudno to nazwać wojną: to jest raczej »humanitarna operacja pokojowa« w wykonaniu miłującego pokój Izraela. Tak wytrawni ludzie jak dyplomaci jeszcze nie wiedzą jak do tego podejść, mają dysonanse poznawcze, widać to było w »prezydencji czeskiej« - ocena sytuacji zmieniała się z godziny na godzinę: najpierw uznano to za akcję defensywną, potem okazały się wątpliwości, czy jest to akcja defensywna, czy nie - polska dyplomacja też zachowuje »powściągliwą wstrzemięźliwość«, bo każdy się boi utraty pozycji »autorytetu moralnego«! W szczególności - pan minister Sikorski, przed którym otwierają się perspektywy zdobycia posady sekretarza generalnego NATO, a więc - wskoczenia jednym susem do czołówki polityki światowej, Przede wszystkim - musimy sobie przewartościować pewne do tej pory uświadomione stereotypy" - Stanisław Michalkiewicz, stały współpracownik naszej witryny ASME, analizuje wydarzenia z minionych dni na scenach teatru polityki międzynarodowej oraz "polskiego regionu UE".

Młodzi ludzie wykrzykują sobie na różnych demonstracjach że "Ludzka rasa - jedna rasa!" - oczywiście nie jest to prawda, gdyż jak widzimy - ludzkość dzieli się na dwie, takie zasadnicze grupy, niesymetryczne, bo jedna jest taka całkiem mała, druga jest całkiem wielka: te grupy to narody bardziej lub mniej - wartościowe. Narody "bardziej wartościowe" wytwarzają tak zwane "historyczne konieczności", którym narody "mniej wartościowe" muszą się poddać bez dyskusji w interesie "pokoju światowego". I to jest nauka, jaką wyciągamy z "pokojowej operacji" w Ghazie, gdzie jak wiadomo - nie nastąpi zawieszenie broni, dopóki nie zostanie dokonane "ostateczne rozwiązanie" - mówi Stanisław Michalkiewicz.
To co łączy jedną "pokojową operację" z drugą - pokojową wojną o gaz - to jest... bezradność polskiej dyplomacji, która jeszcze nie wie, jak sie zachowa "strategiczny partner": czy też skarci w tym konflikcie Rosję, czy też skarci - Ukrainę - spostrzega w swoim felietonie prawicowy publicysta.

Nagranie trwa ponad 8 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna pełna wersja o doskonałej jakości.




Jaka polityka prorodzinna? - prof. Michał Wojciechowski Wysłane wtorek, 6, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

Polityka prorodzinna kojarzy się najczęściej z pomocą państwa dla rodzin biednych. Czy na tym ma się opierać budowanie silnej rodziny i rozwój demograficzny? Można mieć tu zastrzeżenia. Chociaż wsparcie może się okazać potrzebne, lepszą rzeczą byłoby stworzenie takich warunków, by rodziny mogły się utrzymywać i rozwijać o własnych siłach. Tylko wtedy odnowa rodziny będzie miała charakter trwały. Następnie, system zasiłków socjalnych zachęca do powiększania rodzin biedniejszych, gdy te zwyczajne, średnio sytuowane, pozostają poza zasięgiem działań prorodzinnych.

Rodzina czy budżet państwa?

Za przyczynę kryzysu rodziny uważa się zwykle zjawiska takie jak porzucanie zasad moralnych czy emancypacja kobiet. Wydaje się jednak, że bardziej znaczące są przyczyny ekonomiczne i prawne, a więc właśnie te związane z polityką. Jest rzeczą uderzającą, że osłabienie więzi rodzinnych i niechęć do posiadania dzieci w cywilizacji europejskiej zbiega się w czasie z polityką państw, powiększających swoje budżety kosztem budżetów domowych i przejmujących część funkcji rodziny.
Jak działają na rodzinę podatki? Obecnie w Polsce około połowy wypracowanych przez nas pieniędzy idzie do kas państwowych. Ludzie pracujący za pensję, a w takiej sytuacji jest gros rodziców, są opodatkowani bardziej, na poziomie dwóch trzecich przychodu (płacimy nie sam podatek dochodowy, lecz i VAT, cła, akcyzę za paliwo i energię ukrytą w każdym towarze, składki emerytalne i zdrowotne oraz mrowie opłat).
W tej sytuacji oboje rodzice muszą pracować zawodowo, ludzi po prostu nie stać na to, by matka była kilka lat z dziećmi. Następnie, trudno w godziwych warunkach wychować więcej dzieci. Kończy się na jednym czy dwojgu. Przy niskich podatkach byłby wybór: albo wydajemy na siebie, oszczędzamy i inwestujemy, albo żyjąc skromniej wychowamy czwórkę i więcej dzieci, które będą naszą radością teraz i oparciem w przyszłości. Tak rozumowali ludzie sto lat temu i na ogół wybierali dzieci. Ziemie polskie w tym czasie rozwijały się dobrze: i demograficznie, i gospodarczo.
Potem przyszedł wzrost podatków i składki emerytalne. Emerytury państwowe uchodzą zwykle za dobrodziejstwo, ale czy słusznie? Rodzice, gdy zapłacili państwu zwiększone podatki i składki, dostrzegli, że nie stać ich na więcej dzieci. Zrezygnowali więc z czwartego (tak przeciętnie). W następnych pokoleniach młodych i pracujących było mniej w proporcji do liczby emerytów, więc obciążenia wzrosły i rodzice zrezygnowali z trzeciego dziecka. Dziś rezygnują z drugiego.
Ale liczą na dobrą emeryturę w przeszłości, bo przecież oszczędzają w różnych "filarach". Tymczasem systemy emerytalne trzeszczą, ponieważ w każdym systemie utrzymanie starych opiera się na pracy młodszych. Tak samo by nota bene było, gdyby nie było żadnych składek emerytalnych, lecz prywatne oszczędzanie. Od pracy przyszłych pokoleń zależy bowiem wartość pieniądza. Jeśli więc młoda Polka będzie miała, jak teraz, jedno dziecko, a czasami dwoje (średnia 1,27 w 2006 roku), dzisiejsi młodzi starość spędzą w nędzy, a na ulicach zobaczą głównie cudzoziemskich imigrantów.
Głównym sposobem skłonienia polskich rodzin do posiadania dzieci jest więc obniżka podatków i zniesienie przymusu ZUS. Nie od razu to poskutkuje, bo dźwigamy już koszty utrzymania mnóstwa emerytów, rencistów i innych świadczeniobiorców. Z ludzi w wieku produkcyjnym pracuje w Polsce zawodowo tylko około połowa! Przedwczesne emerytury, wprowadzone dla zamaskowania ogromnego bezrobocia, oderwały na stałe od pożytecznej pracy miliony ludzi, każąc pozostałym pracować na ich utrzymanie.
Pani urzędniczka z jednym dzieckiem nieźle zarabia, dosłuży się więc sporej emerytury. Matka czwórki dzieci nie, bo za mało pracowała zawodowo. Natomiast jej dzieci będą musiały sfinansować emeryturę pani urzędniczki... Inaczej mówiąc, trudno o zdrową rodzinę, gdy ojciec oprócz żony i dzieci utrzymuje za pośrednictwem państwa dwóch emerytów, urzędniczkę i bezrobotnego. Do sięgnięcia po wódkę i do dezercji popycha go nieraz sytuacja materialna.
Jak z tego wynika, tak zwane państwo opiekuńcze, wydające dużo na emerytury, pomoc społeczną, służbę zdrowia itd. staje się w nieunikniony sposób państwem antyrodzinnym. Przejmuje bowiem i środki materialne rodzin, i część ich zadań. Rodzina sama nie gospodaruje i nie decyduje, lecz najpierw oddaje państwu, a potem wyciąga doń rękę.

Co trzeba zmienić

Dobro rodziny wymaga więc jej ekonomicznej i prawnej autonomii. Obniżka podatków i zniesienie przymusów składkowych oznacza więcej w portfelu. Takie działania w połączeniu z większą wolnością gospodarczą oznaczają szybszy rozwój gospodarczy i wzrost zatrudnienia. Łatwiej wtedy o dobrą pracę. Założenie rodziny i posiadanie dzieci jest dziś hamowane przez niepewność w tej dziedzinie.
Obniżka obciążeń wymaga obcięcia wydatków państwowych poprzez redukcję administracji, prywatyzację, zmiany strukturalne w nieefektywnych służbach publicznych. Doraźnie, póki nie nastąpi większa obniżka podatków dla wszystkich, należy zacząć od powiększenia ulg dla rodzin. Obecna jest dość niewielka. Ponadto, jeśli Wielka Brytania ma zerowy VAT na artykuły dziecięce, może mieć go i Polska (chyba że nasz rząd zgodzi się, jak w sprawie stoczni, na wyznaczaną nam w UE rolę petenta i państwa drugiej kategorii).
Dla stabilności rodziny i posiadania dzieci kluczowe znaczenie ma mieszkanie. W Polsce powojennej liczba urodzin rosła i malała w tym samym tempie, co liczba nowych mieszkań. Tak zwany boom mieszkaniowy w ostatnich latach nie był jednak wcale taki wielki, dotycząc osób zamożniejszych. Dlatego niezbędna jest radykalna zmiana prawa budowlanego, które hamuje rozwój budownictwa. Trzeba przywrócić odpowiednie ulgi podatkowe. Zmiany wymaga praktyka samorządów, które ograniczają dostępność terenów budowlanych.

Rodzina czy urzędnik?

Pewna uniwersytecka specjalistka od polityki rodzinnej powiedziała mi kiedyś z naiwnym zdziwieniem, że w Szwecji, mimo bardzo rozwiniętego systemu świadczeń dla rodzin, dzieci jest mało i ludzie mają je późno. Otóż Szwecja ma najwyższe w Europie podatki, czego pomoc dla rodzin nie kompensuje. Następnie, w Szwecji za danie dziecku klapsa można pójść do więzienia, a dziecko władza zabierze do adopcji (na przykład do pary homoseksualnej, bo takie państwo promuje). Jak w Rosji sowieckiej, dzieci są uczone denuncjowania rodziców.
Przykład ten pokazuje, co się dzieje, gdy państwo kontroluje życie prywatne i rodzinne. Obecne projekty karania w Polsce za przemoc w rodzinie nie poprawią sytuacji dzieci w rodzinach patologicznych, gdyż służby państwowe zajmą się gnębieniem normalnych rodziców, którzy dadzą nieznośnemu chłopcu klapsa itp. Wprawdzie projektodawcy zapewniają nas, że nie o to chodzi, ale trzeba to uznać za kłamstwo. Tak samo bowiem mówili twórcy odpowiednich ustaw w Szwecji i gdzie indziej.
Pod szczytnym hasłami troski o dzieci władza chce kontrolować rodziny i zmuszać rodziców, by chowali dzieci bezstresowo. To znaczy mają one wyrosnąć na ludzi nieodpowiedzialnych i rozgrymaszonych, a przede wszystkim nie kojarzących złych czynów z przykrymi konsekwencjami. Czy warto mieć takie dzieci?
Narzędziem ograniczania praw wychowawczych rodziców jest w tej chwili szkoła. Sposób kształcenia szczegółowo reguluje państwo. Przykładem jest zamiar brania dzieci do szkoły rok wcześniej - choć sześciolatki nie są do tego społecznie i emocjonalnie gotowe, choć rodzice są zwykle przeciwni, choć szkolnictwo nie zapewni dobrej opieki. W programie szkolnym wiele jest propagandy (np. pod szyldem wiedzy o społeczeństwie eksponuje się rolę aparatu państwa).
Dla posiadania dzieci zachętą byłaby więc możliwość wyboru sposobu ich kształcenia i wychowania. Wiadomo, jak to zrobić w praktyce. Potrzebne są trzy rzeczy: większa swoboda w ramach programów szkolnych, system czeku szkolnego i przekazanie lokali państwowych różnym szkołom: społecznym, kościelnym, prywatnym, samorządowym. Wtedy rodzice będą mieli wybór, gdyż wskażą szkołę, do której ma chodzić ich dziecko i która dostanie za to pieniądze. Byłaby to wielka szansa dla szkolnictwa katolickiego, bo takie będzie odpowiadać większości rodziców.
Można sądzić, że mając większe możliwości, rodziny będą się rzadziej rozpadać. Trzeba też żądać od władzy państwowej, by utrudniała rozwodzenie się i lepiej egzekwowała należności od rodziców nieodpowiedzialnych. Zauważmy wreszcie, że państwo demoralizuje ludzi, którzy w kościele zawarli małżeństwo, deklarując "nie opuszczę aż do śmierci". Oferuje im bowiem rozwód na zasadach cywilnych. Powinna więc istnieć możliwość zawarcia małżeństwa z wykluczeniem rozwodu, o ile dane małżeństwo zawarto ważnie (a kto chce, mógłby wybrać formułę dotychczasową).
Tymczasem państwa europejskie atakują rodzinę wprost, gdyż ułatwiają rozwody i przyzwalają na aborcję, czyli na dzieciobójstwo, a czasem i na dobijanie staruszków, zwane mądrze eutanazją. Redukcja kosztów utrzymania dzieci i emerytów realizowana jest w sposób zbrodniczy. Trzeba podkreślić, że nie jest to przypadek. Tak państwo opiekuńcze, jak rozwody i aborcja to hasła lewicy, a ta zawsze była wroga rodzinie, jako "ostoi konserwatyzmu". Lewica wie, że rodzina jest zawadą dla jej propagandy i dla wszechwładzy biurokracji państwowej.
Jako społeczeństwo stoimy więc przed wyborem: albo silna i autonomiczna rodzina, albo rozbudowane państwo biurokratyczne. Państwo nastawione na zajmowanie się wszystkim będzie rodzinę osłabiać, choćby dawało zasiłki i choćby na jego czele stali politycy chrześcijańscy.

Michał Wojciechowski

Artykuł z tygodnika "Idziemy" 2008 nr 52, str. 36-37, publikacja internetowa za zgodą Autora.

Michał Wojciechowski jest świeckim profesorem teologii w Olsztynie, biblistą. W 2008 r. opublikował książki "Moralna wyższość wolnej gospodarki" (Prohibita) i "Biblia o państwie" (WAM).

Publicystyka prof. Michała Wojciechowskiego na ASME


Poczytaj Mamie o Samoobronie:
Chciwość nie popłaca, drogie dziatki! Radny województwa kujawsko-pomorskiego nie samoobronił się przed nieuczciwością w interesach
Wysłane wtorek, 6, stycznia 2009 przez Krzysztof Pawlak

Jak podaje serwis witryny Onet z dn. 30.12.2008 r.: "Radny kujawsko-pomorskiego sejmiku Grzegorz B. (Samoobrona) został prawomocnie skazany przez Sąd Okręgowy we Włocławku na 4 miesiące pozbawienia wolności w zawieszeniu i 400 zł grzywny za kupowanie głosów wyborców za wódkę. Sąd drugiej instancji utrzymał w mocy wyrok włocławskiego sądu rejonowego z lipca tego roku. Grzegorz B. z mocy prawa utracił mandat radnego".

Pana radnego wojewódzkiego, kujawsko-pomorskiego Grzegorza Biernackiego z klubu "Samoobrony", lewackiej organizacji i ulubionego koalicjanta lewicowych ugrupowań SLD i PiS, z całą pewnością znają jego koledzy - strażacy z Zakładów Azotowych „Anwil”, gdzie samoobronny radny bronił na stanowisku dowódcy zastępu powierzonego mu kosztownego sprzętu i instalacji przed zaprószeniem ognia, a ich samych - przed rozgorzeniem grzywek na widok flaszek. Niestety - nie obronił swoich wyborców przed zagrożeniem chorobą alkoholową, a nawet wydatnie wspomógł w jej postępach u nieszczęśników, którzy niezwykle nisko wycenili swój głos - na równowartość dziesięciu złotych. Siebie zaś nie obronił przed skutkami nierzetelności w interesach: braku dotrzymywania umów. Chciwość i interesowność polskich chłopów była już wielokrotnie opisywana w wielu dziełach naszej literatury - ale w tym przypadku została ukarana i napiętnowana w majestacie prawa, bo były radny Grzegorz B. oszukał swoich wykonawców, nie mając zamiaru zapłacić czterem mężczyznom i ich pomocnikom żądanych 25 tysięcy złotych za dostarczone dwa i pół tysiąca głosów. Wykonawcy i ich pomagierzy nie byli zachłanni: jeden kupiony głos wyborcy wycenili na 9 zł za pół litra (taniej) wódki i 1 zł za jego dostarczenie. Były już radny, którego "poparło" 4316 wyborców, nie oparł się podszeptom złego i oskarżył zleceniobiorców o próbę wyłudzenia. Ci unieśli się "honorem" i skierowali obywatelski donos do prokuratury.
Widzicie, dzieci: chciwość nie popłaca!

Wróć do spisu "Poczytaj o Samoobronie"