listopada 18, 2008 - listopada 28, 2008

Dlaczego w Polsce będzie trudniej budować domy? Projekt Ministerstwa Infrastruktury pogarsza dotychczasowe złe prawo budowlane - konferencja prasowa Centrum im. Adama Smitha Wysłane piątek, 28, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz | UWAGA! Plik o ciężarze 367 MB!







Dlaczego w Polsce będzie trudniej budować domy? Projekt Ministerstwa Infrastruktury pogarsza dotychczasowe złe prawo budowlane - konferencja prasowa Centrum im. Adama Smitha Wysłane piątek, 28, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

Centrum im. Adama Smitha 27.11.2008 r. zaprezentowało raport o tytule "Dlaczego w Polsce będzie trudniej budować domy?", opisujący projekt ustawy przygotowany przez Ministerstwo Infrastruktury, zarządzane obecnie przez ministra Cezarego Grabarczyka z Platformy Obywatelskiej. Stale podkreślające swój werbalny i deklaratywny liberalizm gospodarczy ugrupowanie obecnego premiera Donalda Tuska przygotowało regulację prawną, która wprowadzi jeszcze bardziej niż dotąd rozbudowaną biurokrację, zawiera rozwiązania prowadzące do zwiększenie obszaru korupcji, a także daleko intensywniej rozmywa odpowiedzialność za realizację i bezpieczeństwo projektów budowlanych. Wśród przedsiębiorców i architektów od lat podnoszą się głosy za radykalnym uproszczeniem krajowych rozwiązań. Obecnej administracji rządowej z koalicji PO-PSL, gdy przygotowywała projekt nowelizacji obowiązujących ustaw dotyczących budownictwa w naszym kraju, również miał przyświecać ten cel. Jednak urzędnicza realizacja przerosła najśmielsze obawy, o czym informowali podczas konferencji prasowej eksperci największego ośrodka myśli wolnorynkowej.

Za PAP: " (...) Eksperci Centrum twierdzą, że już sama objętość ustawy powinna budzić wątpliwości. »Projekt jest niestety kontynuacją praktyk tworzenia długich i nadmiernie rozbudowanych praktyk«. »Ustawa uderza tak w zwykłych ludzi, jak i inwestorów budowlanych« - powiedział PAP Maciej Zieliński, ekspert Centrum. Uważa on, że »jednym z negatywnych skutków wprowadzenia ustawy może być wzrost cen mieszkań«. »Ustawa nie rozwiązuje m.in. sprawy uproszczenia sposobu otrzymywania zgody na rozpoczęcie inwestycji budowlanej« - twierdzi ekspert. »Wprawdzie w nowelizacji pozwolenia na budowę zastąpiono rejestracją zamierzonej inwestycji, lecz - wbrew temu, co mówi rząd - nie przynosi to poprawy« - twierdzi Zieliński (...)".

Zapraszamy do zapoznania się z pierwszą części relacji TV ASME z konferencji CAS.

Nagranie tej części trwa ponad 9 minut. W Klubie TV ASME - jest również dostępna pełna wersja o doskonałej jakości.




Za ludobójstwo Polaków na Wołyniu odpowiedzialny jest twórca pojęcia "twórczy terror" Dmytro Doncow - ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski o ludobójstwie Polaków na Wołyniu cz. 2 Wysłane czwartek, 27, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Dlaczego wydałem tę książkę w tym roku? Między innymi dlatego, że od kilku miesięcy biorę udział - współpracując z kilkoma organizacjami kresowymi w upamiętnieniu wydarzeń, które się nazywają - niesłusznie moim zdaniem! - rzezią Wołynia. Dlaczego to jest niesłuszne określenie? Bo to nie dotyczy tylko Wołynia, zamknięcie problemu jest błędne, tak jak byśmy powiedzieli, że cała druga wojna światowa to było Westerplatte i Monte Cassino. Ludobójstwo, a używam świadomie tego słowa, a nie »rzeź« czy »masakra«, czy jak niektórzy mówią: »bolesne wydarzenia« - ludobójstwo było ewenementem na ziemiach polskich, bo oto po raz pierwszy Polacy byli zabijani w sposób barbarzyński tylko dlatego, że byli Polakami" - mówił na spotkaniu Klubu "Gazety Polskiej" w lokalu Stowarzyszenia Wolnego Słowa ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski.

Pierwszy raz w historii tak się stało, że równano z ziemią całe wioski - bo głównie była to ludność wiejska - nie tylko mordowano wszystkich: od małego dziecka po starców, burzono kościoły, a nawet - co jest ciekawe - wyrywano drzewa owocowe, żeby śladu nie było do domach i zagrodach Polaków. Skąd wzięło się te barbarzyństwo? Równo sto lat temu niejaki Dmytro Doncow, nacjonalista ukraiński, absolwent polskich uniwersytetów, opracował takie określenie "twórczy terror". Powiedział, że żeby postała samostijna Ukraina, można mordować nie-Ukraińców, a nawet tych Ukraińców, którzy przeciwstawiają się ludobójstwu - wyjaśniał powody ludobójstwa Polaków na Kresach Wschodnich, dokonanego przez narodowo-socjalistyczne bojówki UPA - Ukraińskiej Powstańczej Armii.

Pierwsza część nagrania

Nagranie trwa ponad 9 minut. W Klubie TV ASME - jest również dostępna pełna wersja o doskonałej jakości.




Związkowcy a jednomandatowe okręgi wyborcze - Mariusz Wis Wysłane środa, 26, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

Czy związkowcy, naciskając personalnie Donalda Tuska, żeby zmienić prawo, wykonują czynność bezmyślną czy uzasadnioną logicznie?

Oczywiście logiczną, gdyż siła polityczna szefa największej partii w Sejmie RP, zdolnej zmieniać prawo (przy pomocy koalicjanta - języczka u wagi), jest w naszej partyjnej demokracji niebotyczna. Przykładowo, jeżeli premier zapowiedział 7 października, że PO odstępuje od zajmowania się swoją sztandarową sprawą, wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych, to powiedział i szlus.

Nikt w partii nie spróbuje nawet dotknąć tego tematu. Widmo braku reelekcji (czytaj: nie umieszczenia na listach wyborczych) krąży po partiach niczym czarodziejska różdżka dyscyplinująca podwładnych żołnierzy partyjnych, bez względu na to, jaka to partia.
Wyobraźmy sobie, że związkowcy w Wielkiej Brytanii zapragną zmienić prawo. Czy wystarczy im zablokować premiera Browna, który jako szef większości rządowej wyda odpowiednie polecenie dyscypliny partyjnej?

Niestety, taka akcja byłoby bezmyślna. Wpływ szefa partii na posła jest tam ograniczony, gdyż poseł brytyjski jest zależny przede wszystkim od wyborców w swoim okręgu jednomandatowym i to im bezpośrednio zawdzięcza wybór i ewentualną reelekcję. Związkowcy, aby miało to sens, musieliby zablokować 330 biur poselskich (tyle liczy większość w parlamencie brytyjskim).

To zupełnie inna jakość demokratyczna. Warto się nad tym, choć przez chwilę zastanowić.

Mariusz Wis - ekspert Fundacji im. J. Madisona

Inne teksty Autora - na www.madison.org.pl

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Granica patriotyzmu Jarosława Kaczyńskiego - Wojciech Błasiak Wysłane środa, 26, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

W obszernym wywiadzie udzielonym "Rzeczpospolitej" "Na prawo od nas tylko ściana" (21.11.08. str. A16 - A17), szef kluczowej partii opozycyjnej, a poprzedni premier rządu Jarosław Kaczyński, przedstawił swoją partię Prawo i Sprawiedliwość i siebie samego jako gwarantów patriotyzmu w polskiej polityce. Misją działalności jego i jego partii ma być integracja narodowa Polaków, co przeciwstawia implicite dezintegracyjnej narodowo polityce rządu Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej. Kontrapunktem podkreślającym wręcz wyłączność patriotyzmu jego ugrupowania, jego samego oraz jego brata, prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego, jest dezawuowanie potencjalnej kandydatury w przyszłych wyborach prezydenckich Polski Rafała Dudkiewicza, obecnego prezydenta Wrocławia, "sprawą hali 100-lecia bitwy pod Lipskiem we Wrocławiu", choć podejrzewam, iż podobnie jak ja niewielu wie o co tu chodzi.

Pan Jarosław Kaczyński jest czołowym polskim politykiem III Rzeczypospolitej od 1989 roku, odgrywając w niej czasem wręcz pierwszorzędną rolę. Ustawiał bowiem wraz z bratem Lechem Kaczyńskim wektory polityczne i gospodarcze tejże Rzeczypospolitej, od sławnego parasola ochronnego nowej "Solidarności" nad planem transformacji ustrojowej George'a Sorosa i Jeffrey'a Saksa (tzw. plan Balcerowicza) poczynając. Ostatnio zaś pośrednio i bezpośrednio kierował przez dwa lata rządem RP, nie przeprowadzając żadnej istotnej ustrojowej zmiany, która zwiększyłaby codzienną skuteczność i efektywność działania polskiego aparatu państwowego, ograniczałaby samowolę i zwiększyłaby służebność tego aparatu od sądów i prokuratur poczynając, a na samorządach i ministerstwach kończąc, czy wreszcie ukróciłaby codzienną korupcję przede wszystkim w stosunku do "znajomych i krewnych królika", w tym partyjniactwo w łupieniu zasobów tego państwa na każdym szczeblu władzy i sprowadzaniu obywateli do roli tubylców w swej własnej ojczyźnie, nie mówiąc o pojedynczych przypadkach ich grabienia, jak w wypadku Romana Kluski, czy mordowania, jak w wypadku rodziny Olewników. I już wręcz jest śmiesznie i tragicznie, gdy w sytuacji degradacji intelektualnej i wychowawczej polskiej edukacji, gdzie przez dwa lata rządów p. J. Kaczyńskiego, jedyne co wymyślono to obowiązkowe mundurki szkolne, stwierdza on, że "oświata powinna być nastawiona na przekazywanie wartości patriotycznych..." Dodajmy więc - systemowo intelektualnie i wychowawczo upośledzanym masom polskich dzieci i młodzieży.

A że język części posłów Platformy jest "obraźliwy, grubiański, po prostu chamski" i rząd Donalda Tuska również podtrzymuje "miękki" charakter polskiego państwa i jego dezintegracyjne skutki społeczne i narodowe, to co to ma wszystko do rzeczy, jaką jest niezdolność PiS oraz p. J. Kaczyńskiego do stworzenia państwa narodowego rozwoju cywilizacyjnego, potwierdzona wręcz miałkością intelektualnych wywodów w samym wywiadzie.

Oprócz wszakże widocznej w samym wywiadzie nędzy intelektualnej patriotyzmu p. J. Kaczyńskiego, czai się tam jeszcze jego ukryta nędza moralna. Otóż p. J. Kaczyński, zarówno będąc premierem, jak i będąc obecnie szefem opozycji, posiadał i posiada w rękach możliwości budowy polskiego państwa nowej generacji. Trzymał poprzednio i trzyma nadal "złoty róg" w postaci możliwości zmiany rdzenia charakteru państwa, decydującego o jakości elit politycznych sprawujących władzę w państwie.

Przyczyny bowiem charakteru polskiego państwa są strukturalne, a nie koniunkturalne i wynikają z faktu zasadniczej fasadowości polskiej demokracji na wszystkich jej szczeblach i jej płytkiego charakteru. Demokratyczne procedury podejmowania najważniejszych decyzji dotyczących polskiego państwa i gospodarki, okazywały się być, choćby tylko w badanych przez sejmowe komisje specjalne, fasadą dla rzeczywistych ośrodków władzy i rzeczywistych nieformalnych oraz nielegalnych sposobów podejmowania kluczowych decyzji. Polski parlament z jego demokratycznymi procedurami okazał się być w sposób znaczący atrapą demokratycznej i parlamentarnej władzy, za którą kryją się nielegalne i niewidzialne ośrodki decyzyjne. Prace tych komisji ujawniły, że za fasadą demokracji ukrywała się faktyczna władza o dominującym charakterze oligarchicznej sieci - polskiej oligarchii finansowo-politycznej. Ta sieć panowania o nieformalnym charakterze sprawowana jest za pośrednictwem podporządkowanych elit politycznych, administracyjnych, menadżerskich i sądowniczych w samym państwie, a także poszczególnych jego segmentów, jak choćby służby specjalne. I podobne sieci rozciągają się na szczeblach niższych, aż pod gminę i powiat. I to one, dzięki zasadniczej fasadowości polskiej demokracji, sprowadzają obywateli do roli tubylców.

Istotą tej fasadowości, a zarazem ustrojowym mechanizmem jej reprodukcji jest, tak skwapliwie a celowo, zapisana w Konstytucji z 1997 roku partyjna ordynacja wyborcza do Sejmu, zwana proporcjonalną. Odbiera ona obywatelom bierne brawo wyborcze, ponieważ uniemożliwia obywatelom samodzielny start w wyborach do Sejmu bez pośrednictwa partii J. Kaczyńskiego, D. Tuska, W. Pawlaka i J. Napieralskiego. Uniemożliwia tym samym wyłonienie autentycznych elit politycznych i skazuje nas wszystkich na domniemany "patriotyzm", "prawicowość", "lewicowość" czy "ludowość" PiS, PO, PSL i LiD, które jakie są, każdy widzi. I formalna łatwość obalenia tej ustrojowej bariery cywilizacyjnego już rozwoju Polski, a jak się niebawem okaże również źródła przyszłej katastrofalnej nieudolności radzenia sobie Polski z globalną recesją gospodarczą, jest w zasięgu ręki. Wystarczyłoby formalnie poprzeć deklarację PO o zmianie ordynacji wyborczej i wprowadzeniu jednomandatowych okręgów wyborczych. A byłoby jej trudno w takiej sytuacji wycofać się, choć nie sądzę by nie próbowała tego wówczas uczynić.

I zarówno p. J. Kaczyński, jak i pozostali liderzy partii politycznych dobrze o takich skutkach obecnej ordynacji wiedzą, a publiczne milczenie od blisko 20 lat na temat najważniejszego elementu każdej demokracji, jakim jest ordynacja wyborcza, jest tylko potwierdzeniem tezy, iż w kulturach manipulacyjnych najważniejsze jest to, o czym się milczy. J. Kaczyński milczy, gdyż wie, że wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych wyrzuciłoby na śmietnik historii całą polską klasę polityczną, łącznie z jego ze wszech miar patriotyczną formacją, a jego samego sprowadziłoby do właściwych wymiarów intelektualnych i moralnych jego patriotyzmu. I tu też przebiega granica jego patriotyzmu.

Wojciech Błasiak
Dąbrowa Górnicza, 21 listopada 2008


Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Coraz mniej nam wolno: nie wolno strzelać w obecności prezydentów, nie wolno dziennikarzom zaglądać do materiałów Instytutu Pamięci Narodowej - Stanisław Michalkiewicz o najnowszych wydarzeniach w polskiej i międzynarodowej polityce Wysłane środa, 26, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Nie po to wybieraliśmy w 2005 roku prezydenta Polski, by swoje polityczne pomysły realizował na Kaukazie - Łukasz Perzyna o ostatnich wydarzeniach na scenach teatru politycznego Wysłane środa, 26, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Nie po to wybieraliśmy w 2005 roku prezydenta Polski, by swoje polityczne pomysły realizował na Kaukazie - Łukasz Perzyna o ostatnich wydarzeniach na scenach teatru politycznego Wysłane środa, 26, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

"W czasie każdej kampanii wyborczej rządzi marketingowa zasada »one day - one mesage«, czyli - jeden dzień - jeden przekaz. Ta zasada została spełniona, można powiedzieć, chociaż kampanii jeszcze nie ma, jeśli chodzi o niedawną wizytę zagraniczną prezydenta Lecha Kaczyńskiego, co więcej: przekaz okazał się niebywale mocny. No bo jaki serwis, jakiejkolwiek agencji, nawet niewyspecjalizowanej w sprawach polskich czy też polsko-rosyjskich, czy kaukaskich, zignoruje i nie umieści wysoko wiadomości o ostrzelaniu kolumny prezydenta suwerennego państwa, należącego w dodatku do NATO? Do momentu weryfikacji prezydentury Lecha Kaczyńskiego upłyną jeszcze dwa lata, a jak się wydaje, głównym problemem, z którym będzie zmagał się Lech Kaczyński przy najbliższej, trzeciej rocznicy inauguracji prezydenckiej, będzie udowodnienie, że coś zrobił przez te trzy lata, a nie - że brał udział w jakiejś debacie, że robi dobrze czy nie. Na razie była to prezydentura bardzo uboga, ograniczona przez dwa lata rządów PiS" - komentuje najnowsze wydarzenia na szczytach teatru politycznego nasz stały współpracownik Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność".

Czego Polacy tak naprawdę oczekują od swego prezydenta? Co sprawiło, że Lechowi Wałęsie mimo nagrody Nobla, statusu robotnika, który zmienił obraz naszej części Europy, rozmawiającego jak równy z równymi z prezydentami Stanów Zjednoczonych, Francji czy nawet z królową brytyjską - zabrakło poparcia Polaków? Co spowodowało, że towarzysz Aleksander Kwaśniewski, pozostający właściwie cieniem swojego politycznego zaplecza - SLD, które przez pokaźny czas tej prezydentury władzę sprawowało, mimo nieprawości tego środowiska - tak długo utrzymywał wysokie poparcie społeczne, którego Lechowi Wałęsie, z jego mitem, legendą - zabrakło? Dzisiaj Lech Kaczyński sprawiający do niedawna wrażenie więźnia Pałacu Namiestnikowskiego, stamtąd recenzujący, i to - niecodziennie, poczynania rządzących, można powiedzieć - wybrał się w daleką podróż. Nie dlatego, że nasz daleki i egzotyczny sojusznik - Gruzja - jest taki, jaki jest, ale dlatego, że zaoferował coś w rodzaju mocnego uderzenia - mówi Łukasz Perzyna.
Warto zastanowić się, czy tego chcą Polacy? Na pewno tego chce doradca prezydenta Michał Kamiński, którego dynamiczny model pokazywania urzędu prezydenckiego w działaniu jako ostoi polityki zagranicznej i to polityki muskularnej, jeśli trzeba stawiającej mocno interesy Polski wobec interesów Rosji, wobec interesów Niemiec - ta wizja spełniła się znakomicie na szosie niedaleko Gori. Ale nie za taką wizję prezydenta w polskich i międzynarodowych merdiach krytykowano, lecz niestety - wyśmiewano za odegranie jedynie pionka na szachownicy międzynarodowych wpływów. W rankingu antyautorytetów Lech Kaczyński zajmuje na razie trzecie miejsce, a ostatnie weto w sprawie odralniania ziemi w miastach wydaje się być błędem - komentuje Łukasz Perzyna.

Nagranie trwa ponad 14 minut. W Klubie TV ASME - jest również dostępna pełna wersja o doskonałej jakości.




Coraz mniej nam wolno: nie wolno strzelać w obecności prezydentów, nie wolno dziennikarzom zaglądać do materiałów Instytutu Pamięci Narodowej - Stanisław Michalkiewicz o najnowszych wydarzeniach w polskiej i międzynarodowej polityce Wysłane środa, 26, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Kiedy byłem w miniony weekend w Londynie, dobiegły mnie tam wieści skrzydlate o tym, że pan prezydent znalazł się pod ogniem. To znaczy - nie bardzo wiadomo, pod czym pan prezydent się znalazł, potem śledziłem już uważnie wszystkie komunikaty wojenne i z nich wynikało, że kiedy pan prezydent Kaczyński w towarzystwie pana prezydenta Saakaszwilego podjechali tam w nocy pod granicę z Osetią Południową, to "w ich obecności rozległy się strzały". Ale nikt nie ucierpiał, o czym zaraz doniesiono. Nie bardzo wiadomo, czy były to strzały na postrach czy też były to strzały na wiwat - jestem nawet przekonany, że tak powinno być: w obecności pana prezydenta, w szczególności, kiedy towarzyszy mu pan prezydent Saakaszwili, wszyscy inni mogą odczuwać takie dominujące uczucie radości, a jak wiadomo - ludy kaukaskie są bardzo impulsywne, w związku z tym jak można w nocy, nad granicą, dysponując bronią palną dać wyraz swojej radości, jak nie strzelając na wiwat?" - zastanawia się, komentując najświeższe wydarzenia z dziedziny wielkiej polityki mocarstwowej Rzeczypospolitej Stanisław Michalkiewicz.

Francuski doradca ministra spraw zagranicznych Eric Chevalier wydał nawet komunikat, że w obecności prezydentów nie powinno w ogóle się strzelać - na wiwat czy na postrach jednako: nie wolno! Tak europejsczycy usiłują regulować kolejną dziedzinę życia i protokołu dyplomatycznego. Coraz mniej nam wolno. W ogóle dzisiejsza data warta jest zapamiętania - otóż Trybunał Konstytucyjny zrobił dalszy krok w dziale przywracania cenzury w Polsce: odbyła się dzisiaj rozprawa przed TK z wniosku RPO nad niezgodnością z konstytucją ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej - mówi Stanisław Michalkiewicz.

Nagranie trwa ponad 7 minut. W Klubie TV ASME - jest również dostępna pełna wersja o doskonałej jakości.




Jan Krusiński - "Stańczyk" (1953 - 2008)
Wysłane wtorek, 25, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

W poniedziałek, 24 listopada 2008, opuścił nas nagle Janek Krusiński, dzielny WoJOWnik, przez długie lata szef Radia Solidarności Walczącej. Tak się złożyło, że dwa lata temu uznałem za swój obowiązek napisanie w Jego sprawie listu do Prezydenta Wrocławia. Dzisiaj, pozwalam sobie, zamiast nekrologu, podać ten list do wiadomości publicznej.




Wrocław, 11 listopada 2006

Dr Rafał Dutkiewicz
Prezydent Miasta Wrocławia
ul. Sukiennice 9
Wrocław

Szanowny Panie Prezydencie,


Zwracam się do Pana z prośbą o pomoc w sprawie p. Janusza Krusińskiego, lat 54, byłego długoletniego pracownika Urzędu Miejskiego Wrocławia, od ubiegłego roku na rencie inwalidzkiej i bezdomnego. Janusz Krusiński żyje, de facto, dzięki przypadkowi, ponieważ w maju ubiegłego roku, doprowadzony do desperacji swoją sytuacją życiową, targnął się na swoje życie. Gdyby nie przypadek, który sprawił, że na zupełnym odludziu natknął się na niego jakiś nieznany poszukiwacz szczęścia, już ponad rok temu Janusza Krusińskiego nie byłoby wśród nas. Udało się go odratować, ale przypłacił to kalectwem, porażeniem centralnego układu nerwowego, niedowładem nóg i innymi problemami.

Janusza Krusińskiego znam bardzo dobrze, ponieważ spędziłem z nim 4 miesiące na wiosnę roku 1982 w jednej celi w więzieniu w Nysie., a potem przez wiele lat od stanu wojennego współpracowaliśmy w podziemiu. Wiem więc o nim bardzo dużo, zarówno o środowisku z jakiego się wywodzi, środowisku łódzkiej biedy i przestępczości, z której ten młody i utalentowany chłopak potrafił się wyrwać, zdobyć kwalifikacje technika-elektronika, dobrą pracę we wrocławskim "Dolamie". Zaangażowanie w ruch "Solidarności" zaprowadziło go do więzienia w Nysie, gdzie się spotkaliśmy. Wspominam o tym incydencie więziennym, ponieważ Janusz Krusiński wyróżniał się w sposób istotny od innych internowanych działaczy "Solidarności"; całymi dniami, razem z drugim młodym zapaleńcem, planowali, konstruowali, obliczali układy radiowe i telewizyjne, konstruowali wirtualne radiostacje. Inni internowani uważali ich za nieszkodliwych maniaków.

Ale Janusz Krusiński maniakiem nie był. Kiedy zwolniono go z internowania, natychmiast włączył się w pracę podziemną i związał się z "Solidarnością Walczącą". Konstruował, instalował i obsługiwał słynne Radio Solidarności Walczącej, z którego wrocławianie do dzisiaj są dumni i które dodawało nam sił i budowało optymizm i wolę walki w tamtych czasach. Wiele razy bywałem wtedy w mieszkaniu Krusińskich i wiem, że była to po prostu całodobowa stacja radiowa, łącznie z biurem konstrukcyjnym i warsztatem naprawczym, miejscem z którego wychodzili ludzie z nadajnikami, potem rozstawianymi na dachach wrocławskich domów.

Podziemie, konspiracja, życie w tamtych czasach to nie były warunki dla normalnego życia, pracy i rozwoju. Za te nienormalne lata cała Polska zapłaciła ogromną cenę, ogromną cenę zapłacili pojedynczy ludzie, w szczególności ci, którzy z takim oddaniem włączyli się w tę walkę, a także, jakże często, ich rodziny. To nie były warunki do kultywowania tradycyjnych wartości rodzinnych, właściwego wypełniania roli ojca czy męża. Rozpadło się wtedy wiele rodzin i składa się to na cenę, jaką Polska i Polacy zapłacili za tę walkę o wolność. Taką cenę zapłaciła też i rodzina Janusza Krusińskiego. Dzisiaj, ludziom nie rozumiejących tamtych czasów, łatwo stawiać zarzuty i ferować pochopne oceny i wyroki.

Janusz Krusiński po wyjściu z więzienia, inaczej niż na przykład ludzie tacy jak ja, nie mógł już wrócić do pracy w "Dolamie", znalazł się na oficjalnym społecznym marginesie, bez środków do życia. Nie przyjął jednak, w odróżnieniu od wielu innych działaczy "Solidarności", oferty wyjazdu z Polski i emigracji, którą podsuwała mu Służba Bezpieczeństwa. Zdecydował się zostać i walczyć. "Oficjalną" pracę zarobkową znalazł dopiero w roku 1991, kiedy zatrudniono go w Urzędzie Miejskim, gdzie miał stworzyć Radio Miejskie.

W roku 2003 ten młody, 50 letni, zdolny i pracowity człowiek, znalazł się bez pracy i bez mieszkania. Przez dwa lata usiłował samodzielnie znaleźć wyjście z rozpaczliwej sytuacji. Nie udało mu się. Zdecydował się na krok samobójczy. Od momentu kiedy go odratowano bezskutecznie kołacze do nas wszystkich z prośbą o pomoc. Bezskutecznie pisze do Władz Miejskich i nachodzi jego urzędników.

Ja dowiedziałem się o tym wszystkim dosłownie kilka dni temu, bo jakoś przez ostatnie lata nie kontaktowaliśmy się ze sobą i nie miałem o jego losach pojęcia. Dzisiaj, kiedy już o tym wszystkim wiem, postanowiłem zwrócić się do Pana.

Wiem, że Janusz Krusiński, pomimo swego obecnego kalectwa, jest nadal wartościowym i sprawnym umysłowo fachowcem-elektronikiem, który z pewnością jest w stanie nadal pracować i służyć swoją pracą innym. Niestety, na rynku pracy nie ma wielu ofert dla 54-letnich rencistów, którzy mają takie trudności z poruszaniem się. Nie ma też żadnych perspektyw na rozwiązanie swojego problemu mieszkaniowego na drodze jakiegoś kredytu bankowego, bo żaden bank nie udzieli mu takiej pomocy.

Wydaje mi się, Panie Prezydencie, że Miasto powinno przyjść z pomocą Januszowi Krusińskiemu, ponieważ nie tylko należy mu się nasza pomoc jak każdemu innemu człowiekowi w potrzebie, ale także dlatego, że należy on do tego szlachetnego grona "wierzycieli miejskich" wobec których wszyscy mamy jakieś zobowiązania.

Ufam, ze znajdzie Pan chwilę czasu, żeby wejrzeć w tę sprawę.

Piszę te słowa w przededniu wyborów samorządowych i jestem pewien, że Pan Prezydent te wybory wygra i tego Mu życzę.

Z wyrazami prawdziwego szacunku,

Jerzy Przystawa

Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

Polska Jagiellonów to było miejsce, gdzie mieszkało wiele narodowości i ludzie wielu wyznań - ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski o swojej książce "Przemilczane ludobójstwo na Kresach" Wysłane wtorek, 25, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz | UWAGA - plik o wadze 618 MB!







Polska Jagiellonów to było miejsce, gdzie mieszkało wiele narodowości i ludzie wielu wyznań - ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski o swojej książce "Przemilczane ludobójstwo na Kresach" cz. 1 Wysłane wtorek, 25, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Problem prawdy historycznej jest niesłychanie złożony. Są takie dziedziny historii, które przez wiele wieków były dyskusyjne i nadal takie będą. Są tacy historycy, którzy wciąż dyskutują o księciu Bolku - czy był czy go nie było. Inni znowu dyskutują, czy była taka papieżyca o imieniu Joanna, czy jej nie było. Temat, który dzisiaj chce państwu zaprezentować jest o tyle trudny, że dotyczy faktów historycznych, których istnienia różne strony zaprzeczają. Podjąłem się pisania tej książki dlatego, że moi rodzice pochodzą z Kresów Wschodnich - ojciec z Korościatyna koło Monasterzysk, powiat Buczacz, ziemia tarnopolska, natomiast rodzina matki wywodzi się z Pokucia i Stanisławowa, jest to rodzina ormiańska. W moich żyłach płynie taż krew - jak to się kiedyś mówiło - rusińska, dzisiaj - ukraińska. Kiedy dorastałem ojciec opowiedział mi o tym, co to było ludobójstwo, chociaż tego słowa nie używał, mówił o masakrze swojej wioski rodzinnej, Korościatyna, kiedy to w nocy z 28 na 29 lutego 1944 roku ich sąsiedzi ukraińscy, razem z rezunami z UPA napadli na tę wieś i wymordowali 170 mieszkańców" - rozpoczął prezentację swojej książki "Przemilczane ludobójstwo na Kresach" ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski.

Później od mojej babci słyszałem bardzo wstrząsające opowieści o wydarzeniach w innym miejscowościach, gdzie żyli moi krewni i zaczęło mnie to bardzo intrygować. Pamiętam, że kiedyś ojciec przyniósł książkę Henryka Cybulskiego "Czerwone noce". To jedna z najlepszych książek mówiąca o obronie Przedbraża, wyszła w PRL-u ale w sposób niesłychanie dokładny pokazywała ludobójstwo na Wołyniu - mówił ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski.
Ksiądz Tadeusz w sobotę na swojej witrynie zamieścił oświadczenie o zwrocie Medalu św. Jerzego, jaki został mu nadany przez redakcję "Tygodnika Powszechnego" - w związku z tekstami ks. Adama Bonieckiego i ks. Andrzeja Lutra, opublikowane we piątkowej (21.11.2008) "Gazecie Wyborczej". W uzasadnieniu tego kroku napisał, że robi tak "dlatego, że moja skromna osoba nie pasuje do innych laureatów owego Medalu, czyli do takich autorytetów moralnych jak Adam Michnik, Tadeusz Mazowiecki, Tadeusz Pieronek czy Józef Życiński. Myślę, że osoby te z tej decyzji naprawdę ucieszą się. Od dziś bowiem mogą być wyłącznie we własnym gronie. Odsyłając ów Medal (fizycznie uczynię to zaraz po powrocie z Nowego Yorku), zasugeruję, aby został on wręczony komuś z takich kolejnych autorytetów moralnych jak np. ks. Michał Czajkowski. Lesław Maleszka, Halina Bortnowska czy wspomniany ks. Andrzej Luter. Wtedy krąg laureatów, wyznających te same wartości, jeszcze bardziej się poszerzy. (...)".

Zapraszamy do zapoznania się z pierwszą częścią nagrania.

Nagranie trwa ponad 9 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna pełna wersja o doskonałej jakości.




Syzyfowie 2008 - prof. Jerzy Przystawa Wysłane poniedziałek, 24, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

Na ten temat:

W połowie lat 70. furorę zrobiła książka brytyjskiego ekonomisty Ernsta Friedricha Schumachera "Małe jest piękne", która w rankingu pisma "The Times Literary Supplement" znalazła się od razu wśród 100 najbardziej doniosłych książek świata, a sam jej tytuł wszedł do zbioru powszechnie używanych zwrotów idiomatycznych. Podtytuł: "Economics As If People Mattered" - niezbyt zgrabnie przetłumaczony na polski jako "Spojrzenie na gospodarkę świata z założeniem, że człowiek coś znaczy" - dobrze oddawał jej zawartość. Schumacher poddał w niej surowej krytyce dotychczasowe formy ilościowo pojmowanego rozwoju, gdzie bożkiem jest zysk, bezgraniczna wiara w postęp i wzrost gospodarczy, przemysłowa i handlowa gigantomania. Skutkiem takiego podejścia jest degradacja środowiska naturalnego, dehumanizacja warunków pracy, rozpowszechnienie się najróżniejszych patologii społecznych - narkomania, alkoholizm, rozpad rodziny, wzrost liczby samobójstw, przestępczość, rozwarstwienie społeczne - powstawanie gigantycznych fortun, przy co raz bardziej rosnącym obszarze biedy i głodu. Schumacher nawoływał do zerwania z gigantomanią, przejścia do gospodarki w małej skali, do filozofii działania, w której istotną rolę odgrywają także pozaekonomiczne aspekty rzeczywistości, do gospodarki rodzinnej, opartej nie tylko o zysk, ale respektującej tradycyjne wartości społeczne.

Idee Schumachera spotkały się z życzliwym przyjęciem, o czym wymownie świadczy nie tylko sukces książki, ale także procesy gospodarcze, jakie można było zauważyć w różnych krajach świata zachodniego. Dla mnie osobiście fascynujące były procesy zachodzące we Włoszech, gdzie pod koniec lat siedemdziesiątych obserwować było można dzielenie i rozpadanie się gigantów przemysłowych i pełne sukcesów funkcjonowanie setek tysięcy małych, rodzinnych, kilku czy kilkunastoosobowych firm, nadających ton życiu gospodarczemu Słonecznej Italii. Pamiętam wielki artykuł, jaki w roku 1980 ukazał się w "Time", zatytułowany "Jak żyją Włochy?" (How Italy Works?), którego autor z podobną fascynacją opisywał kraj wstrząsany nieustannymi kataklizmami - powodziami, trzęsieniami ziemi, wielkimi strajkami kolejarzy i robotników klasy wielkoprzemysłowej, kraj, w którym żaden rząd nie jest w stanie przetrwać dłużej niż kilka miesięcy - a mimo to kraj, w którym ludziom żyje się dobrze, a dochód na głowę jest jeden z najwyższych w Europie.
Kiedy nastała "Solidarność" i wszyscy poszukiwaliśmy drogi wyjścia z komunistycznej pułapki, opowiadałem, na różnych spotkaniach, o tym doświadczeniu włoskim i marzyło mi się, że kiedy nastanie Wolna Polska, to stanie ona szybko na nogi, bo ma już przecież ogromny sektor prywatnego rolnictwa, doświadczenie prywatnego rzemiosła - a więc ma wszystkie warunki, aby od razu wejść na drogę Schumacherowego "małe jest piękne" i dogonić, a może nawet i przegonić Włochy! I taką wizję opublikowałem nawet w jednym z numerów podziemnej "Obecności" pod tytułem "Jakim cudem żyją Włochy?".
Tak się jednak nie stało. Pod światłym przewodem Sorosa, Sachsa, Balcerowicza and Co. - poszliśmy inną drogą. Sprytny zabieg z zamrożeniem kursu dolara wypłukał dewizowe oszczędności Polaków, które mogły być zalążkiem inwestycji rodzinnych. Pod nóż poszły rodzinne gospodarstwa chłopskie, a z rolniczego zagospodarowania od razu wypadło ponad 2 miliony hektarów. Pod nóż poszły nie dobite przez komunę warsztaty rzemieślnicze, drobni handlarze i kupcy. "Małe" nie stało się "piękne", a raczej stało się synonimem niezaradności i braku "dobrych układów". Targowiska, których pełno w miastach włoskich, bezlitośnie wypychano donikąd, żeby nie psuły widoku nowoczesnych centrów handlowych. Na ich miejscu rozkwitły zagraniczne giganty, wszelkiego rodzaju "teska", "oszony", "żeanty", super i hipermarkety. Rybakom wydziela się kwoty połowu ryb, krowom kwoty udoju mleka, cukrowniom ilości cukru, jakie mają prawo wyprodukować. Polskie fabryki i zakłady przemysłowe nie rozpadły się na setki małych, rodzinnych firm, ale zostały zaorane, grunty sprzedane, a ich pracownicy wywaleni na ulicę, dokarmiani ewentualnie kroplówkami "emerytur pomostowych" i zasiłkami dla bezrobotnych. Polscy stoczniowcy, rybacy, rolnicy, kolejarze jeżdżą dziś do Brukseli, aby tam błagać o prawo do pracy i godziwego zarobku. Z tego wszystkiego, co widziałem w Italii w latach siedemdziesiątych, przyszły do nas głównie struktury mafijne i partyjniacki system wyborczy, gwarantujący słabość i niestabilność rządów.
W czwartek, 20 listopada 2008 r., miałem zaszczyt gościć w Warszawie na Kongresie Gospodarki Polskiej, zorganizowanym przez Kongregację Przemysłowo-Handlową, gdzie gwoździem programu było wręczenie Nagrody Syzyfa Roku 2007 oraz licznych "syzyfowych" nagród i wyróżnień. Kapituła bardzo się starała, żeby w nagradzaniu nie zostać posądzoną o jakąś stronniczość polityczną, bo "Syzyfem" został uhonorowany i senator Platformy Obywatelskiej Stanisław Gorczyca, i Janusz Kotowski, prezydent Ostrołęki, członek Prawa i Sprawiedliwości, i bezstronny zawsze dziennik "Rzeczpospolita", a nawet jakiś wiceminister z PSL! Posadzony przez p. Wojciecha Papisa w pierwszym rzędzie, obok premiera Gosiewskiego, miałem nieodparte wrażenie antylogii: "syzyfami" nie są wcale nagradzani i wyróżniani politycy i działacze, ale jak najbardziej wręczający im te nagrody Prezes Kongregacji Przemysłowo-Handlowej, dr inż. Jan Rakowski, który od lat mówi i pisze o patologiach polskiej transformacji. To dr Rakowski, gdy powstawała Kongregacja, mówił w wywiadzie prasowym, że kupcy polscy, którzy zjechali się 6 lat temu do Warszawy, "potwierdzają bezpardonową, a zarazem nieuczciwą walkę zagranicznych podmiotów handlowych z polskim kupiectwem oraz brak wsparcia rodzimego handlu ze strony samorządów i władz centralnych". I dalej: "Kondycja polskiego handlu jest odzwierciedleniem kondycji polskiej gospodarki, a ta jest fatalna. Setki tysięcy osób zajmujących się handlem pracuje na zasadzie zatrudnienia socjalnego, w oczekiwaniu na znalezienie lepszej pracy. Pozostali usiłują przezwyciężyć trudności, stawiane przez polskie prawo. Walczą o byt na rynku. Zagraniczne firmy mając przewagę kapitałową nad polskimi firmami, pozwalają sobie na nieuczciwą walkę o rynek, wypierając z niego polskie podmioty. Poza tym małe i średnie rodzime firmy zostały pozbawione wsparcia finansowego, informacyjnego i szkoleniowo-edukacyjnego ze strony samorządów i rządu. Pomoc organizowana w ramach funduszy europejskich jest prawie niezauważalna".
O tym wszystkim, i o wielu innych sprawach, mówił na czwartkowym Kongresie jego Prezes. W tej iście syzyfowej działalności Kongregacja argumentuje, apeluje, pisze memoriały do polityków. Teraz wystosowała apel do Prezydenta Kaczyńskiego o zawetowanie Ustawy z 17 października 2008 o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, która to ustawa jeszcze bardziej uprzywilejowuje zagraniczne giganty handlowe. Kupcy mają nadzieję, że Prezydent postawi weto, a nadzieję tę wspiera głos ich honorowego gościa, Pana Premiera Gosiewskiego, który wprawdzie w Sejmie głosował ZA przyjęciem Ustawy, ale teraz jest PRZECIW i obiecuje, że do tego samego będzie zachęcał Prezydenta.
W tej iście syzyfowej walce o los polskiej gospodarki i polskiego handlu, kupcy polscy zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, gdzie jest pies pogrzebany: to fałszywy paradygmat "sprawiedliwości i proporcjonalności", który poprzez partyjną ordynację wyborczą do Sejmu spętał nasze życie polityczne, społeczne i gospodarcze, kreując partie polityczne, których cały modus vivendi sprowadza się do pasożytowania na organizmie gospodarczym kraju i wyciąganiu zeń profitów, dla realizacji interesów grupowych, rzadko kiedy mających coś wspólnego z interesem państwa i jego obywateli. Z tą myślą Zarząd Kongregacji Przemysłowo-Handlowej podjął w październiku uchwałę o poparciu dla IV Marszu na Warszawę o Jednomandatowe Okręgi Wyborcze, a jego przedstawiciele wzięli w nim udział.
Zaproszony do wystąpienia przed tak szacownym kupieckim gronem, pozwoliłem sobie przypomnieć i książkę Schumachera i tamto doświadczenie włoskie i pogląd laureata Nagrody Nobla Miltona Friedmana, który jeszcze w latach 60. wskazywał, że system tzw. ordynacji proporcjonalnej prowadzi do braku skuteczności rządzenia, podziałów społecznych i destrukcji jakiegokolwiek consensusu społecznego, bez którego nie może się obejść zdrowa gospodarka.

"Małe jest piękne", także w odniesieniu do systemu wyborczego. Nie wielkie, milionowe okręgi wyborcze, gdzie tylko wielkie media i pieniądze mają szansę rozstrzygania o wynikach wyborów, ale małe, jednomandatowe, w których wyborcy są w stanie poznać, kto jest kim i odróżnić owce od wilków w owczej skórze. Budzi mój optymizm fakt, że prawdę tę dostrzegają nie tylko fizycy, inżynierowie i matematycy, nie tylko studenci i lekarze, nie tylko wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast, ale kupcy i przedsiębiorcy, którzy od dawna mają już wyżej uszu konieczność nieustannego opłacania się pasożytom politycznym.

Jerzy Przystawa

Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Winna... matematyka? - Konrad Turzyński Wysłane niedziela, 23, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

Niedawne sensacyjne doniesienia o krachu, który rozpoczął się od tego, że pewne wielkie instytucje finansowe w USA znalazły się na krawędzi upadłości, skłaniają ku zastanowieniu się jeszcze raz nad przyczynami tego rodzaju zjawisk.

Czy tylko instynkt stadny?


Gdy w ciągu miesiąca lub roku bankrutuje wiele małych i mało komu znanych przedsiębiorstw, piszą o tym gazety, ale co najwyżej lokalne. Gdy to dotyczy kilku gigantów - jest sensacja na pierwsze strony gazet w różnych krajach. Trochę to przypomina dysproporcję w pisaniu o ofiarach wypadków. Jeśli jedno tragiczne zdarzenie powoduje 500 ofiar śmiertelnych, to to jest "news". Gdy w 500 innych zdarzeniach ginie po jednym człowieku, to jest najwyżej materiał na notki drobną czcionką w rubryce "wypadki" i to raczej również w prasie lokalnej. Tak więc powinniśmy wziąć poprawkę na to psychologiczne złudzenie, które rozróżnia między rzadszymi nieszczęściami wielkimi a częstszymi - o niewielkiej skali.
Co właściwie dzieje się, gdy firma upada? Przejmuje ją ktoś inny. Dzieje się to różnymi sposobami. Gdy upada z powodu niezdolności do spłacenia swoich długów, przejmuje ją wierzyciel (albo wierzyciele), nieraz bywa nim bank. Gdy konkurencyjna firma przez podstawionych ludzi skupuje na giełdzie jej akcje, może dojść do tzw. "wrogiego przejęcia". Nazwa firmy zmienia się przy tym lub nie, ale właścicielem (albo głównym współwłaścicielem - posiadaczem tzw. kontrolnego pakietu akcji) staje się inny podmiot gospodarczy. Dość często temu towarzyszy pozbawienie zatrudnienia części dotychczasowych pracowników. Wrażenie wywołane tym również podlega owemu złudzeniu, o którym była mowa wyżej. Gdy 500 małych firm zwalnia po dwóch pracowników, martwi się tysiąc rodzin (albo mniej, jeśli część ze zwolnionych rychło zatrudnia się gdzie indziej). Gdy jednak duża firma przysparza jednorazowo tysiąc bezrobotnych, to komentatorzy prasowi i nieraz także politycy miewają na jakiś czas nowy emocjonujący temat do swoich wypowiedzi.
Nieraz się zdarza, że bankructwo albo stan jemu bliski są poprzedzane (i powodowane) tym, że akcje danej firmy tracą na wartości w obrocie giełdowym. Działa tu jeszcze jedna przypadłość ludzkiej psychiki: instynkt stadny. Gdy widać początek spadku wartości, nawet nieznaczny, może (choć nie musi) to sprawiać taki skutek, że akcjonariusze wolą pozbywać się posiadanych udziałów. Nie tylko ci wielcy, ale także drobni ciułacze, którzy na gazetowych szpaltach zawsze są i pozostają anonimowi. Cóż jednak oznacza sprzedaż akcji? Ktoś sprzedaje komuś innemu, który (jeszcze) nie lęka się posiadać ani nabywać akcji danej spółki albo nawet liczy na to, że teraz kupuje tanio, ale później sprzeda je drożej. Czyli tu również nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Po prostu firma - wolniej albo szybciej - zmienia grono swoich współwłaścicieli.
Dopiero, gdy instynkt stadny przeważa, gdy spadek wartości akcji staje się gwałtowny, niejeden akcjonariusz - wielki i mały - okazuje się kimś, kto w krótkim czasie stracił większość tego, co posiadał, na odwrócenie tendencji nie liczy i popada w rozpacz - aż do samobójstw włącznie: wszyscy mamy w pamięci podręcznikowe albo np. filmowe opisy fali samobójstw podczas tzw. wielkiego kryzysu zapoczątkowanego słynnym "czarnym wtorkiem" (29 października 1929 r.), kiedy to wybuchła panika giełdowa na Wall Street w Nowym Jorku. Od tej pory to uchodzi za wzorzec kryzysu ekonomicznego. Gdy coś złego się dzieje w gospodarce Indonezji albo np. Polski, świat jakoś trwa nadal, gdy jednak - tak teraz czyli jak we wrześniu i październiku 2008 r. - oznaki tego rodzaju kłopotów pojawiają się w Stanach Zjednoczonych, świat "wstrzymuje oddech" z przerażenia. Tak naprawdę wzorcem kryzysu powinien być kryzys nie sprzed 79 lat, lecz inny, o 104 lata wcześniejszy, który dotknął gospodarkę brytyjską. No, ale w 1929 r. była już nie tylko prasa, lecz także telegrafia, tele- i radiofonia, a zaczynała istnieć (właśnie w USA) telewizja i wszystko było bardziej widowiskowe.
Przy tym wszystkim warto mieć na uwadze fakt, że kryzysy ekonomiczne to zjawisko powtarzalne, są po prostu fazami cykli ekonomicznych. Niektóre próby objaśniania ich odwoływały się w XIX w. do rytmów aktywności słonecznej. Może coś w tym jest, fachowcy od gospodarki powinni wiedzieć lepiej ode mnie.

Zachłanność na miarę reakcji łańcuchowej

Pragnę zwrócić uwagę na aspekt chyba rzadko rozpatrywany. Mianowicie, wszystkie firmy - wielkie i małe - zależą od banków. Gdy więc kłopoty dotykają banków (tak jak w najnowszym przykładzie - upadłość Lehman Brothers), może to odcisnąć się na znacznej części gospodarki. Jednak inne jej części mogą doznawać kłopotów spowodowanych nieurodzajem (albo "klęską urodzaju"), jakimś innym kataklizmem przyrodniczym, wojną, wreszcie - przypadłościami "psychologii tłumu" (jak panika giełdowa). Ale oprócz tego istnieje jeszcze jeden czynnik, mogący powodować kłopoty w bankach. Jest nim... matematyka, a dokładniej - pewne pojecie matematyczne, które nazywa się "funkcja wykładnicza". Przeczytałem o tym w stałej rubryce pewnego popularno-naukowego miesięcznika (Michał Szurek, "Znów o inflacji", "Młody Technik" ze stycznia 1995 r., str. 42-43). Autor objaśnił tam, jak to inflacja bywa pretekstem do wyzyskiwania kredytobiorców przez banki, przy czym wchodzą w grę także dezinformacyjne taktyki wmawiania, że obsługa kredytu jest dla kredytobiorcy bardzo korzystna. Taktyka opiera się na tym, że mało kto rozumie zawiłości matematyczne (także matematycy, którzy - wbrew obiegowej opinii - wcale nie liczą sprawniej od innych, gdy chodzi o praktyczne sprawy tego świata!). Chodzi mianowicie o tzw. procent składany. Odsetki narastające z biegiem czasu są doliczane do kapitału początkowego, dzięki czemu łączna ilość pieniędzy, jakie bank otrzymuje od swojego dłużnika, nie wzrasta proporcjonalnie do czasu (odsetki = kwota pożyczona × stopa procentowa × czas), lecz znacznie szybciej. Jeśli stopa procentowa wynosi np. 5% rocznie, to liczbę 105% czyli 1,05 podnosi się do potęgi o wykładniku, wyrażającym czas mierzony w latach, i dopiero wynik tego potęgowania mnoży się przez wielkość pożyczki, co daje łączną sumę wpływającą od dłużnika do banku (kapitał + odsetki).
Gdy czas nie wyraża się liczbą całkowitą, lecz mieszaną ("z przecinkiem"), to obliczenie wartości potęgi wymaga posłużenia się techniką – komputerem, a przynajmniej albo kalkulatorem (i to nie jakimkolwiek!).
Dwadzieścia pięć lat temu (od 3 października do 3 grudnia) pracowałem jako młodszy księgowy w pewnej małej firmie melioracyjnej w Toruniu (dziś już nie istniejącej), która prowadziła m.in. prace eksportowe w Iraku, w miejscowościach al-Ishaqui i ar-Ramādī. Pracownicy otrzymywali część wynagrodzeń w złotówkach (dla ich rodzin w Polsce), a część - w dolarach (na ich bieżące wydatki - w Iraku bowiem, pomimo ówczesnej dyktatury partii BAAS, czyli Arabskiej Partii Odrodzenia Socjalistycznego, socjalizm nie sięgał tak dalece jak w Polsce Ludowej, tam bowiem posługiwano się walutami wymienialnymi). Składniki złotówkowe i dolarowe były też odmiennie oprocentowane: złotówkowe wg "procentu prostego", zaś dolarowe wg "procentu składanego". Z pewnym zdziwieniem spostrzegłem, że moje koleżanki (tam wtedy poza mną pracowały same kobiety) ani nie znały wzoru na obliczanie procentu składanego, nawet nie wiedziały, CZYM i JAK go obliczyć. Mieliśmy na wyposażeniu działu płac kilka kalkulatorów, wśród nich był JEDEN z klawiszem "x↑y", pozwalającym obliczać wartość funkcji potęgowo-wykładniczej, tj. potęgi, gdzie zarówno podstawa, jak też wykładnik są liczbami "z przecinkiem". Pracowałem tam tylko dwa miesiące, ale ten właśnie maleńki wkład w pracę księgowości tam pozostawiłem. Aby było śmieszniej, wzór na "procent składany" poznałem bynajmniej nie w trakcie pięciu lat studiów matematycznych na Uniwersytecie Gdańskim (absolwenci politechnik zwykle liczyli znacznie sprawniej od matematyków, nawet niektóre całki obliczali w pamięci!), lecz... pamiętałem z lektury nieco starszego ode mnie "Kalendarza uczniowskiego", wydanego w Polsce Ludowej na samym początku lat pięćdziesiątych.
Jednak to moje wspomnienie obrazuje, jak powszechna jest niewiedza ułatwiająca bankom wyzyskiwanie swoich klientów: dłużników i wierzycieli (tymi drugimi są właściciele wkładów oszczędnościowych), poprzez zachęcanie ich do korzystania z coraz jakoby bardziej rewelacyjnych tzw. produktów bankowych. Banki bowiem - wszystkie - żyją z różnicy między wyższymi odsetkami, które pobierają od swoich dłużników, a niższymi, które wypłacają swym wierzycielom. Gdy owe odsetki narastają w tempie, które jest właściwe funkcjom wykładniczym, to dokładnie to samo dzieje się z ową różnicą, czyli dochodami banków. Pamiętajmy, że funkcje wykładnicze opisują także np. szybkość takich zjawisk jak np. rozpad promieniotwórczy i reakcja łańcuchowa.

Czerwonoskórzy i Blade Twarze

Michał Szurek przytoczył na koniec swego felietonu opowiastkę i Indianach, którzy w 1624 roku za paciorki warte 24 dolary sprzedali Bladym Twarzom wyspę Manhattan. Biorąc przykładowo pod uwagę stopę procentową w wysokości 5% w stosunku rocznym, autor pokazał, że gdyby złożyli wtedy 24 dolary do banku, to w okresie od 1624 r. do 1995 r. ich kapitał urósłby do wielkości - uwaga! - 1.743.577.261 dolarów i 65 centów. Kilka lat wcześniej (przed rokiem 1995) potomkowie owych Czerwonoskórych wysłali zresztą do Kongresu USA czek na... 24 dolary. Nawet tego nie dostali, nawiasem pisząc.
Na początku lat 90. w polskiej prasie można było przeczytać o ogromnym depozycie w gotówce i kosztownościach, jaki w Bank of England złożyli w XVII wieku Ukraińcy (wtedy mówiono: Rusini) organizujący powstania zbrojne przeciwko Pierwszej Rzeczypospolitej Polskiej (nie pamiętam dokładnie, GDZIE i KIEDY ukazała się ta informacja, ani tego, ILE wynosiła wartość owego depozytu). Informacja prasowa zawierała obawę o to, że gdyby właśnie dokonujące secesji ze Związku Sowieckiego nowe państwo ukraińskie upomniało się o zwrot tej fortuny z uwzględnieniem odsetek, to prawdopodobnie postawiłoby Bank of England w sytuacji zupełnie tragicznej niewypłacalności.
Otóż właśnie! Najważniejsza w felietonie p. Szurka jest pointa: "Zanim jednak zaczniemy wieszać psy na naszych praprzodkach, którym nie chciało się zainwestować grosika, by stworzyć nam dobrobyt, pomyślmy, że to tylko na papierze wygląda tak ładnie. Właśnie z powodu własności funkcji wykładniczej systemy bankowe muszą od czasu do czasu zrobić plajtę, a inflacja jest matematycznie nieuchronna" (wyróżnienie moje - KT). To są słowa, które powinien mieć przed oczyma stale wypisane "złotymi zgłoskami" każdy, kto boleje nad kryzysami finansowymi.

A co po plajcie?

Jesienią 1993 i wiosną 1994 r. przeznaczono 56 bilionów starych złotych na ratowanie Banku Gospodarki Żywnościowej przed upadłością (Tomasz Sakiewicz, "Żarłoczny BGŻ", "Gazeta Polska" z 14 lipca 1994 r.), co po podzieleniu przez ówczesną ludność Polski (38,6 mln) i przy uwzględnieniu ówczesnego przelicznika walutowego (1 USD = 23000 PLZ) wyniosło ok. 63 dolarów amerykańskich na jednego mieszkańca naszego kraju.
W dniu 25 września 2008 r. Partia Demokratyczna i Partia Republikańska miały jakoby wstępnie uzgodnić przyznanie "pakietu pomocy dla sektora bankowego w wysokości 700 miliardów dolarów" (Marek Wałkuski, "USA kryzys brak porozumienia"), co jednak wkrótce potem przepadło w głosowaniu w Kongresie. Ów tzw. plan Paulsona liczył jednak w pierwotnej wersji zaledwie trzy stronice maszynopisu i dlatego był zbyt przejrzysty dla przeciętnego wyborcy, toteż nie dziwota, iż niewielu amerykańskich kongresmanów odważyło się poprzeć taki projekt ustawy. Zgodnie jednak z Chestertonową radą, że najlepszym sposobem ukrycia liścia jest umieszczenie go w lesie, który w razie potrzeby należy dopiero zasadzić, w ciągu kilku pracowitych dni wydłużono projekt 150-krotnie (tak, to nie pomyłka!), aż do 451 stronic. Tu już przejrzystości nie ma i być nie może, przecież mowa nawet nie o 451 artykułach, lecz o 451 stronicach tekstu! Toteż tym razem wystarczająco wielu - dla uzyskania większości w Kongresie - parlamentarzystów zdobyło się na odwagę (wobec swych wyborców) i poparło projekt ustawy, legalizującej plan Paulsona. Bogini "Transparency" ustąpiła pola, zatriumfowała bogini "Democracy". Prezydent Jerzy Bush junior (Republikanin) wyraził zadowolenie. Myślałby kto (przyzwyczajony do polskiej przekory parlamentarnej), że widocznie Republikanie głosowali ZA, ale Demokraci - na przekór jemu czyli - PRZECIW? Nie: jedni i drudzy głosowali rozmaicie, ale większość uzbierało Porozumienie Ponad Podziałem (między Republikanami i Demokratami). Kto by przy takiej okazji się przejmował tym, że Ameryka tak daleko odchodzi od ideałów Monteskiuszowego rozdziału władz i decyzję WYKONAWCZĄ podejmuje w organie władzy PRAWODAWCZEJ? Ale wróćmy do pieniędzy. To nie zmieniło się w ferworze wydłużania ustawy: nadal jest mowa tam o 700 miliardach dolarów. Po podzieleniu przez liczbę ludności USA (ok. 300 mln osób) wynosi to dwa i jedną trzecią tysiąca dolarów na jednego Amerykanina! Czyżby jednak Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, ta (domniemana) ostoja Kapitalizmu, "potrzebowały" socjalizmu jeszcze więcej niż Rzeczpospolita Polska Transformowana? Aż strach pomyśleć! Wcześniej czy później jednak zasłanianie prawdy za pomocą mnożenia słów (także tych zawartych w ustawach, które to mnożenie coraz wydatniej widać także w naszym kraju - i to od niemal 20 lat) przestanie skutkować.
Podobne rzeczy dzieją się bliżej nas: bank Fortis bardzo niedawno otrzymał zapomogę w wysokości 11,2 mld euro od rządów trzech krajów Beneluksu ("Beneluks ratuje Fortis", "Rzeczpospolita" z 29 września 2008 r.). I chyba nie tylko fakt, że stolica Unii Europejskiej jest zarazem siedzibą jednego z tych trzech rządów, daje podstawę do przypuszczeń, iż nikt nie zażąda potem od banku zwrotu tej zapomogi, jak tego zażądała Komisja Europejska od stoczni w Polsce. Działanie w imię wolnego ryku byłoby godne pochwały, gdyby było szczere. Jednak stoczni dotować "nie wolno", lecz rolnictwo "wolno", a przy tym "wolno" dotować korzystniej rolnictwo na zachodzie Unii, aniżeli w krajach niedawno do UE przyjętych. Ta sama stolica (Bruksela, o 1122 km odległa od Warszawy, podobnie jak Moskwa; nie na darmo uniosceptycy skandowali przeciw unioentuzjazmowi ówczesnego prez. Kwaśniewskiego: "wczoraj Moskwa, dziś Bruksela!", co ten skwapliwie podchwycił) jest także miejscem ukazania się pierwszego wydania "Manifestu Komunistycznego" Karola Marxa i Fryderyka Engelsa, zaś w socjalizmie (realnym), jak wiemy dzięki innemu klasykowi, Erykowi Blairowi (ps. Jerzy Orwell), "wszystkie zwierzęta są równe, ale świnie są równiejsze".

Finansowe perpetuum mobile?

Istnieje przysłowie, mające przestrzegać przed iluzjami socjalizmu (że gdy na coś komuś nie starcza, to Państwo może - a zatem powinno - dopłacić), które brzmi: "nie ma czegoś takiego jak darmowy obiad". Owszem, nie ma, bo kiedy ja dostaję obiad za darmo, to znaczy, że zapłacił zań ktoś inny; jeśli tym "kimś innym" jest państwo, to zapłaciliśmy my wszyscy, jego obywatele, w tym w maleńkiej części także ja sam. Albo nawet gorzej: zapłacą wszyscy - ale: nasi (także moi) spadkobiercy. Zupełnie tak samo, jak nie istnieje czarodziejski dzbanek, do którego wystarczy włożyć jednego dukata, aby móc potem go wyjąć, wydać, a następnie sięgnąć do dzbanka i znowu znaleźć tam dukata - i tak dalej, da capo al fine. Niestety, "to tylko na papierze wygląda tak ładnie": a mianowicie w baśniach, gdzie jest mowa o takich dzbankach i o innych miłych naszej wyobraźni rzeczach. Czarodziejskich dzbanków nie ma - zupełnie tak samo, jak nie ma perpetuum mobile, maszyny dającej użyteczną energię, ale nie wymagającej zasilania - energią właśnie.
Dlatego "grosik" złożony przez praprapradziadka "na procent" nie musi dać prapraprawnukowi fortuny, ba, nawet w zasadzie nie może jej dać! A nie może z powodu plajt, które w bankach MUSZĄ co jakiś czas się zdarzać, dopóki będzie istniało złudzenie "cudownego rozmnożenia pieniędzy" za pomocą "procentu składanego". Źródło bankructw bankowych (jaki to pleonazm: "bankructwo bankowe"!) leży w LICHWIE opartej o zachłanność rosnącą tak szybko, jak funkcja wykładnicza. Dopóki nie odstąpimy od stosowania "procentu składanego", ten rodzaj kryzysów będzie powracał z regularnością kalendarza, podobnie jak zaćmienia Słońca i Księżyca.

Konrad Turzyński
Toruń, 7 października 2008 r.


Publicystyka Konrada Turzyńskiego na ASME


System proporcjonalny prowadzi do zaniku zarówno intelektualnego, jak i demokratycznego ducha organizacji partyjnych - rzecznik praw obywatelskich, dr Janusz Kochanowski Wysłane sobota, 22, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







System proporcjonalny prowadzi do zaniku zarówno intelektualnego, jak i demokratycznego ducha organizacji partyjnych - rzecznik praw obywatelskich, dr Janusz Kochanowski Wysłane sobota, 22, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Moja ocena wyborów proporcjonalnych do parlamentu jest zgodna z wypowiedziami szeregu bardzo wybitnych osób, które cenimy i szanujemy, jak profesor Kieżun, pani profesor Staniszkis czy Zbigniew Brzeziński i Jan Nowak-Jeziorański, których ocena obecnej sytuacji politycznej w Polsce czy poprzedniej sytuacji, która do obecnej prowadziła - jest negatywna i wiele z nich wiąże to z wadliwym systemem wyborczym, w szczególności z systemem proporcjonalnym w tym jego rozumieniu, które jest u nas uznane za jedynie obowiązujące. Ten system proporcjonalny prowadzi do wynaturzeń, które wszyscy obserwujemy, a mianowicie: do oligarchizacji życia partyjnego. Do tego, że właściwie rządzi jeden »światły przywódca« z kilkoma ewentualnie najbliższymi osobami, a inni są po to, aby z pełną nieświadomością podnosić ręce, kiedy od nich się tego wymaga" - mówi rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski w wywiadzie, który przeprowadziła ekipa JOW TV.

Obserwując to, co się dzieje w sejmie, widzimy, do jakich rezultatów doprowadził system proporcjonalny w wyborach, w szczególności także, jeśli chodzi o jakość naszych wysokich przedstawicieli - ta jakość się pogarsza dlatego, że są oni wybierani na listy tylko na skutek decyzji liderów partii, nie ze względów na ich indywidualność czy też ze względu na ich walory intelektualne - ale czasami ze względów całkowicie przeciwnych - mówi dr Janusz Kochanowski, rzecznik praw obywatelskich.

Zapraszamy do zapoznania się z pierwszą częścią nagrania JOW TV.

Nagranie trwa ponad 9 minut. W Klubie TV ASME - jest również dostępna pełna wersja o doskonałej jakości.



Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

Co planuje pani Columbo? - Krzysztof Mazur Wysłane czwartek, 20, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

Jak podały media z tzw. głównego nurtu, z czego wnoszę, że musi to być absolutna prawda, prezydent Kaczyński wyraził coś na kształt żalu za to, że "dobrze poznał i polubił Janusza Kaczmarka". Prezydent opinię nt. zażyłości z byłym ministrem wyraził wkrótce po tym, jak Kaczmarek przed komisją śledczą opisywał okoliczności swojego mianowania na szefa MSWiA. Jak się okazuje, pan Kaczmarek odmawiał objęcia tego stanowiska wszystkim po kolei, włącznie z premierem Jarosławem Kaczyńskim, ponieważ nie zgadzała się na to jego żona. Dopiero po rodzinnej kolacji z prezydentem, żona Kaczmarka wyraziła zgodę na awans swojego męża, dzięki czemu doczekaliśmy takich atrakcji jak m.in. afera przeciekowa.

Pan Janusz Kaczmarek jest już człowiekiem dojrzałym, skoro zdążył zaliczyć członkostwo w PZPR-ii, stąd powinien pamiętać serial z porucznikiem Columbo, który to porucznik miał zwyczaj zawsze słuchać się rad swojej małżonki, a przynajmniej tak mówił swoim rozmówcom, bo telewidzowie małżonki sympatycznego porucznika nigdy na ekranie nie widzieli. Inną sprawą, że fajtłapowatego porucznika bardziej od ministra Kaczmarka przypomina prezydent Kaczyński, który też zapewne kogoś musi słuchać i tym kimś niekoniecznie musi być jego "maluszek". Przecież z Januszem Kaczmarkiem też ktoś musiał Lecha Kaczyńskiego kiedyś sobie przedstawić, natomiast opinia pana prezydenta, że dobrze poznał i polubił późniejszego ministra jest co najmniej niepokojąca, skoro prezydent twierdzi, że dobrze poznał kogoś, kto - okazało się - grał tę przyjaźń i to co najmniej na kilku instrumentach.
A jeżeli prezydent tak samo dobrze jak Kaczmarka poznał również swoich doradców lub np. takiego prezydenta Saakszwilego lub Sarkozy'ego, co być może ma miejsce, gdyż jak poucza historia z byłym ministrem MSWiA - pan prezydent zapewne nie posiada daru poznawania się na ludziach? Tymczasem już możemy przeczytać, że prezydent obiecał Sarkozy'emu, że "Polska nie będzie przeszkodą w ratyfikacji Traktatu Lizbońskego". Jest to wypowiedź ze wszech miar niefortunna, gdyż pomijając nawet najważniejszą sprawę ratyfikacji traktatu, wydaje się, że prezydent RP powinien przede wszystkim dotrzymywać słowa danego swojemu narodowi, bo jest prezydentem Polski, a nie obywatela Sarkozy'ego. Nie chcielibyśmy przecież, by za chwilę pan prezydent tłumaczył nam, że dobrze poznał i polubił Sarkozy'ego i stręczony przez niego traktat, a gdy już go podpisał, to ten sam Sarkozy nagle zaczął pozować na Chiraca i kazał siedzieć cicho ("cicho, cicho, bo przyjdzie Zdzicho" i zrobi porządek)?
Nawet prezydent Bush, któremu pod koniec urzędowania zebrało się na wspominki, przyznał, że popełnił parę błędów w sprawie wojny "z terroryzmem" bo nie posłuchał swojej żony Laury, co tylko jeszcze raz dowodzi, jak wielkie nauki płyną z postawy porucznika Columbo, który nie tylko nie bił żony - jak minister Drzewiecki, ale jeszcze zawsze się jej słuchał.
Oczywiście po rewolucji francuskiej rolę pani Columbo w polityce zajęła masoneria, której rad muszą słuchać różni lokalni namiestnicy, inaczej "wola ludu" zniosłaby ich z urzędu prędzej niż zdążyliby o tym pomyśleć. Tak samo jak pani Columbo, także masonerii nikt nie ogląda, przez co całkiem wielu powątpiewa nawet w jej istnienie lub skuteczność. W tym miejscu jeszcze raz warto przypomnieć wywiad Jarosława Kaczyńskiego dla "Dziennika", w którym premier pokpiwał sobie z roli masonów, sprowadzając ich znaczenie do rytualnych fartuszków i innych akcesoriów. A przecież wiadomo, że pierwszy prezydent II RP Gabriel Narutowicz był masonem i sam był zaskoczony swoją kandydaturą na najwyższe stanowisko, zgłoszoną przez PSL Wyzwolenie. Nie chciał tej funkcji i wszyscy mu ją odradzali, ale najwyraźniej musiał przyjąć propozycję i pomimo, że w pierwszej turze sejmowego konklawe zdobył mizerną liczbę głosów, to ostatecznie pokonał w wyścigu wszystkich kandydatów. Masonem miał być także generał Sikorski i duża część ministrów jego gabinetu, masonem był także jego doradca Józef Retinger, który opuścił tylko jeden lot z generałem. Był to zbiegiem okoliczności ten pechowy lot nad Gibraltarem.
Nie ulega też wątpliwości, że masonem był Jan Józef Lipski, a jego uczniowie do dzisiaj mają duży wpływ na polską politykę, a i zapewne dostęp do ucha Kaczyńskiego. Dlatego też polska polityka jest nadal pomieszaniem frankistowskich rojeń wyrażonych w książce Lipskiego pt. "Dwie ojczyzny. Dwa patriotyzmy" z etatystyczną ideologią przedwojennych piłsudczyków. A biorąc pod uwagę, że przecież i prezydenta Sarkozy'ego ktoś wcześniej musiał wyciągnąć za katanę do góry i zatwierdzić na urząd prezydenta Francji, to nie ulega wątpliwości, że jego obecna rola stręczyciela traktatu europejskiego musi mieć swoje źródło w decyzjach masońskiego kominternu. Zresztą współcześni politycy nawet już przestają udawać, że kogoś lub coś reprezentują, polując na kolejne żony lub bawiąc się w "a kuku", które Berlusconi zafundował niedawno pani Merkel. Dobrze, aby prezydent Kaczyński miał to na uwadze, nie przeszkadzając w ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego, bo za chwilę ktoś jemu, a raczej nam - może zrobić prawdziwe "a kuku".

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Janusz Korwin-Mikke: Polska już raz utraciła suwerenność. Królestwo Polskie połączyło się z Litwą, tworząc Rzeczpospolitą Obojga Narodów - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. V) Wysłane czwartek, 20, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Panie pośle, pański parteigenosse, pan Olechowski powiedział na Sali Kongresowej, gdzie było dwa tysiące ludzi, pamiętne słowa: »Jeżeli wejdziemy do Unii Europejskiej, to uzyskamy prawo do współdecydowania o naszych własnych sprawach!«. Dziękuję..." - mówił Janusz Korwin-Mikke do posła Platformy Obywatelskiej Krzysztofa Tyszkiewicza, tłumacząc mu w ten sposób różnicę między samostanowieniem a podległością. "To jest prawda!" - zgodził się wybitny przedstawiciel uniofederastów, a widownia na sali wybuchnęła śmiechem.

Zapraszamy do zapoznania się z piątą i ostatnią częścią relacji TV ASME z tego wydarzenia.

Pierwsza część relacji TVASME z debaty na UW
Druga część relacji TVASME z debaty na UW
Trzecia część relacji TVASME z debaty na UW
Czwarta część relacji TVASME z debaty na UW

Nagranie trwa ponad 8 minut. W Klubie TV ASME - jest również dostępna pełna wersja o doskonałej jakości.

W służbie niepodległości - Antoni Zambrowski Wysłane środa, 19, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

Pamiętam scenę z czasów stanu wojennego po mym uwolnieniu z internowania w więzieniu w Białołęce. Przechodząc przez Krakowskie Przedmieście, zajrzałem do kościoła seminaryjnego pw. św. Józefa, w którym początkowo zbierało się duszpasterstwo internowanych, prowadzone przez ks. dr Jana Sikorskiego. Zobaczyłem tam Wojciecha Ziembińskiego, jak namawiał do czegoś pewnego młodzieńca, który energicznie się przed tym bronił. Gdy sokole oczy pana Wojtka wypatrzyły mnie przy wejściu do kościoła, zawołał do mnie donośnym głosem: "Panie kolego, pan tu pozwoli!". Gdy podszedłem bliżej, głosem nie znoszącym sprzeciwu oznajmił, że mamy przenieść złożony tu wielki wieniec z szarfami o barwach krzyża Virtuti Militari do katedry św. Jana, gdzie bywa więcej wiernych i więcej ludzi go zobaczy. Po Krakowskim Przedmieściu i po placu Zamkowym przechodziły liczne patrole ZOMO, ale panu Wojtkowi to zupełnie nie przeszkadzało. Wzięliśmy więc razem ów wieniec i na przekór patrolom przenieśliśmy go krok za krokiem do katedry. Za nami szła gromada pań śpiewających stale koło krzyża z kwiatów ułożonego obok kościoła akademickiego św. Anny. Zapewne znały pana Wojtka z widzenia i samorzutnie stworzyły mu asystę. Szczęśliwie obeszło się bez spałowania i odprowadzenia na pobliski komisariat MO, gdzie 12 maja 1983 roku zatłuczono na śmierć Grzesia Przemyka. Pamiętam, że po zaniesieniu wieńca spotkaliśmy na placu ks. Stanisława Małkowskiego i pan Wojtek z dumą poinformował go o wykonanym zadaniu.

Taki on był. Zawsze znalazł sposobność do publicznego zademonstrowania uczuć patriotycznych i zupełnie nie liczył się z ryzykiem okazywania ich w warunkach PRL.

Niepokorny wobec władzy

Wojciech Ziembiński urodził się 22 marca 1925 roku w Gniewie na Pomorzu, dzięki czemu przez 14 lat korzystał z życia w niepodległej Rzeczypospolitej, której przez całe życie pozostał wierny. Podczas okupacji niemieckiej podjął współpracę z niepodległościowym podziemiem zbrojnym w organizacjach "Pobudka" oraz "Walka". Ponieważ tego było mu mało, wybrał się przez Niemcy dalej na zachód, by przedostać do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. W lipcu 1942 roku został aresztowany przez hitlerowców i trafił do obozu w Karlsruhe, a następnie na roboty przymusowe w Nadrenii. Wyzwolony przez zachodnich aliantów, w 1945 roku przedostał się do Wielkiej Brytanii i dopiął swego, bo wstąpił do polskiego wojska. Do kraju wrócił w roku 1947. Studiował prawo na uniwersytecie w Toruniu, skąd go relegowano za protest przeciwko zdejmowaniu krzyży w salach wykładowych, a następnie na Uniwersytecie Warszawskim.
Po raz kolejny podpadł po śmierci Józefa Stalina w marcu 1953 roku, ponieważ nie chciał brać udziału w nakazanych przez komunistów obchodach żałobnych. Za tę zbrodnię został usunięty z pracy w Spółdzielni Wydawniczej "Czytelnik". Udało mu się zaczepić w dzienniku "Słowo Powszechne", wydawanym przez kolaborujące z władzami komunistycznymi Stowarzyszenie PAX, ale po uwięzieniu przez komunistów we wrześniu 1953 roku księdza prymasa Stefana Wyszyńskiego odszedł stamtąd oburzony tym, że kierownictwo PAX nie protestuje na łamach gazety przeciwko takiemu bezprawiu.
Gdy w Polsce rozpoczęła się "odwilż" po stalinowskich "mrozach", podejmuje prace w dyskusyjnym Klubie Krzywego Koła na Starym Mieście, grupującym opozycyjne środowiska intelektualistów warszawskich, zaś po przełomie październikowym 1956 roku i powrocie ks. Prymasa S. Wyszyńskiego do stolicy - w powołanym właśnie Klubie Inteligencji Katolickiej. Niestety, popaździernikowa "odwilż" nie trwała zbyt długo i władze komunistyczne zamknęły 1 lutego 1962 roku Klub Krzywego Koła. Wówczas Wojciech Ziembiński zaprosił niepokorną część dyskutantów do swego mieszkania, organizując w ten sposób pierwszy salon polityczny o charakterze opozycyjnym, co więcej - niepodległościowym. Władze komunistyczne odwzajemniły mu się po pewnym czasie, osadzając go w 1965 roku na cztery miesiące w areszcie śledczym, w więzieniu mokotowskim. Jak relacjonował tę sprawę jego ówczesny obrońca mecenas Jan Olszewski, SB usiłowała wrobić go w aferę dewizową, wykorzystując okoliczność, że był on sąsiadem pewnego handlującego potajemnie dolarami starszego pana. Podczas przeszukania mieszkania u klepiącego ustawicznie biedę pana Wojtka znaleziono jednego dolara, co stało się pretekstem do aresztowania go i uwięzienia. Skończyła się cała sprawa wyrokiem skazującym, ale z zawieszeniem kary.
W czasie wydarzeń marcowych 1968 roku Wojciech Ziembiński skorzystał z nadarzającej się okazji i publicznie skrytykował gomułkowską kampanię antysemicką, za co został wyrzucony z pracy w "Interpressie". Usunięty z redakcji "Naszej Ojczyzny", musiał podjąć pracę zarobkową w piśmie sportowym "Lekka Atletyka". Już po obaleniu Gomułki wskutek krwawych rozruchów na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku, w lecie 1971 roku ponownie napytał sobie biedy, ponieważ na obozie harcerskim wykorzystał gawędę przy ognisku dla propagowania zalet granicy wschodniej II Rzeczypospolitej, ustalonej w traktacie ryskim po zwycięskiej wojnie z bolszewikami w 1921 roku. Za podważanie sojuszu ze Związkiem Rad został przez sąd w Piszu skazany na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu (w kręgach opozycyjnych żartowano: wyrok piski o traktat ryski).

Przywracanie pamięci

W latach 70. zainicjował zwyczaj zamawiania mszy świętych w intencji marszałka Józefa Piłsudskiego oraz marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego, dowódców ZWZ i AK gen. Grota-Roweckego i Leopolda Okulickiego, bohaterskich Orląt Lwowskich itp. Wymagało to konspiracyjnego wykonywania ogłoszeń i nocnego ich naklejania w przeddzień nabożeństwa (aby uniknąć zrywania przez służby komunistyczne). Do wykonywania tych czynności umiał pan Wojtek znaleźć odpowiednie grono współpracowników. W swych wspomnieniach podyktowanych red. Ewie Polak-Pałkiewiczowej, b. premier Jan Olszewski przyznaje się do nocnego naklejania ogłoszeń o mszy świętej w intencji dostojników II Rzeczypospolitej oraz przywódców Polski Podziemnej (zabezpieczała go przy tej robocie własna małżonka). Stwierdza on expressis verbis: "W naszym środowisku organizowanie obchodów rocznic było zasługą Ziembińskiego. (...) A jednak od tej prostej, z pozoru wręcz prymitywnej formy, zaczęła się odbudowa tego, co już w latach 70-tych zaowocowało ożywieniem - w masowej skali - świadomości i tradycji patriotyczno-niepodległościowej".
W latach 70. Wojciech Ziembiński stał się niezmiennym uczestnikiem niemal wszystkich inicjatyw opozycyjnych. Gdy władze partyjne z Edwardem Gierkiem na czele podjęły prace nad projektem zmian w konstytucji PRL, grupa opozycyjnych intelektualistów podpisała 5 grudnia 1975 roku tzw. List 59 zawierający krytykę tych poczynań. Jednym z sygnatariuszy był Wojciech Ziembiński. Gdy w czerwcu 1976 roku w odpowiedzi na ogłoszoną przez rząd podwyżkę cen żywności robotnicy w całym kraju przeprowadzili w swych zakładach pracy strajk protestacyjny, zaś w podwarszawskim Ursusie, Radomiu i Płocku doszło do manifestacji, brutalnie spacyfikowanych przez ZOMO, w obronie maltretowanych robotników wystąpiło 14 intelektualistów, zawiązując z inicjatywy Antoniego Macierewicza oraz Piotra Naimskiego Komitet Obrony Robotników. Jednym z członków-założycieli KOR był Wojciech Ziembiński. Ogłosili oni 23 września 1976 roku Apel do społeczeństwa i władz PRL. 26 marca 1977 roku na konferencji prasowej dla dziennikarzy zagranicznych ogłoszono w Warszawie deklarację w sprawie ratyfikacji przez władze PRL międzynarodowych praw człowieka i obywatela. Deklarację podpisał właśnie powołany Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Jednym z sygnatariuszy apelu oraz członków-założycieli Ruchu Obrony był Wojciech Ziembiński. On też podjął się redagowania wraz z Kazimierzem Januszem oraz Leszkiem Moczulskim wydawanego w drugim obiegu poza zasięgiem państwowej cenzury opozycyjnego pisma "Opinia". 10 lutego 1979 roku z jego inicjatywy powołano Komitet Porozumienia na rzecz Samostanowienia Narodu, który wydawał pismo "Rzeczpospolita". Pismo redagował Wojciech Ziembiński.

Ku niepodległości

W dniu Święta Niepodległości 11 listopada tegoż roku działacze Ruchu Obrony Andrzej Czuma, Wojciech Ziembiński, Józef Janowski oraz Bronisław Komorowski poprowadzili masową manifestację patriotyczną przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie, za co zostali skazani pod pretekstem demonstracyjnego okazywania lekceważenia najwyższych wartości i interesów narodowych na kary od jednego do trzech miesięcy aresztu (pan Wojtek odsiedział pełne trzy miesiące, na które skazał go sędzia Andrzej Kryże). Pamiętam radosne powitanie go na wolności pod kościołem księży jezuitów na Starym Mieście.
Po strajkach sierpniowych 1980 roku i utworzeniu NSZZ "Solidarność" zażądał od władz komunistycznych uwolnienia więźniów politycznych. Chodziło głównie o uwolnienie działaczy KPN z Leszkiem Moczulskim na czele. Jako współpracownik Krajowej komisji Porozumiewawczej związku "S" zorganizował 9 maja 1981 roku I zjazd Komitetów Obrony Więźniów Politycznych. Dzięki tej akcji i staraniom Episkopatu Leszek Moczulski został urlopowany z więzienia, ale wobec nacisku władz sowieckich po kilku tygodniach ponownie aresztowany i organa ścigania PRL posadziły go na ławie oskarżonych w procesie kierownictwa KPN.
Wraz z Antonim Macierewiczem Wojciech Ziembiński powołał 27 września 1981 roku Kluby Służby Niepodległości, zaś 11 listopada zorganizował wielką manifestację patriotyczną pod Grobem Nieznanego Żołnierza, wspartą sesją naukową "Ku niepodległości".

Poległym na Wschodzie

Po wprowadzeniu stanu wojennego ścigany był listem gończym. Aresztowany w kwietniu 1982 roku, został zwolniony po siedmiu miesiącach ze względu na bardzo zły stan zdrowia. W podziemiu powołał ugrupowanie niepodległościowe Kongres Solidarności Narodu. W 1984 roku przy kościele św. Karola Boromeusza na Powązkach, gdzie proboszczem był ks. prałat Stefan Niedzielak, ufundował granitowy Krzyż "Poległym na Wschodzie", wmurowany w zewnętrzną ścianę kościoła. Wraz z ks. Niedzielakiem podjął tam budowę Sanktuarium Poległych i Pomordowanych na Wschodzie (Była to kontynuacja ich wspólnej inicjatywy stawiania krzyży i usypania kopca ku czci poległych żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza, podjętej jeszcze w 1978 roku. Krzyże i kopiec zostały jednak usunięte potajemnie przez SB). Za karę 20 stycznia 1989 roku ks. prałat Stefan Niedzielak został zamordowany w swym mieszkaniu na plebanii ciosem karateki przez nieznanego sprawcę z wiadomego urzędu. Wojciech Ziembiński w tym czasie przebywał na leczeniu za granicą, dzięki czemu w Paryżu 16 i 17 czerwca 1988 roku zwołał Kongres Narodów Europy Środkowo-Wschodniej podbitych przez ZSRR.
Wojciech Ziembiński negatywnie potraktował porozumienie okrągłego stołu na wiosnę 1989 roku i kwestionował politykę "grubej kreski" wobec komunistów. W 1990 roku poparł kandydaturę Lecha Wałęsy na prezydenta RP, ale po obaleniu 4 czerwca 1992 roku rządu Jana Olszewskiego, zawiedziony polityką prezydenta, popierał program lustracji i dekomunizacji. Domagał się całkowitego zerwania z porządkiem prawnym PRL i przywrócenia ustawodawstwa II Rzeczypospolitej. Był inicjatorem budowy pomnika Poległych i Pomordowanych na Wschodzie, odsłoniętego uroczyście przy jego udziale 17 września 1995 roku.
Mimo ciężkiej, nieuleczalnej choroby wciąż był pełen inicjatyw społecznych. W ostatnich swych latach mógł oddychać tylko dzięki respiratorowi. Zmarł w Warszawie 13 stycznia 2001 roku. Pozostawił jako testament postulat przywrócenia porządku prawnego II Rzeczypospolitej. 23 września 2006 roku został pośmiertnie odznaczony przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Wielkim Orderu Polonia Restituta.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Janusz Korwin-Mikke: żyjemy w epoce ogromnych bogactw i jak się ktoś przyssie dobrze, to ukradnie dużo: oni chcą nas okraść! - dyskusja nt. zamiany złotego na walutę euro na Uniwersytecie Warszawskim (cz. IV) Wysłane wtorek, 18, listopada 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Jednym z powodów, dla których z podejrzliwością patrzymy na euro, jest, że jest to jedyna waluta świat, która nie ma rubryki »Gwarantuję za nią - prezes banku Jan Kowalski, wiceprezes...«, na tej walucie nie ma podpisu dyrektora banku ani kasjera głównego. My podejrzewamy, że jak ta waluta zostanie wprowadzona powszechnie, to któregoś dnia »się powie«, że »my nie honorujemy tej waluty« i ludzie zostaną z tymi papierkami w rękach. Tych złodziei z Brukseli podejrzewam o najgorsze rzeczy, tego nie ukrywam, ale jeśli ktoś chce wyciągnąć z kieszeni ludzi dwa biliony euro pod hasłem walki z globalnym ociepleniem, to tylko idiota może w to uwierzyć. My im nie wierzymy" - o niechęci większości Polaków do wprowadzenia waluty Związku Socjalistycznych Republik Europejskich (UE) - euro, mówił przedstawiciel UPR Janusz Korwin-Mikke.

Dzisiejszy komunikat IAR przynosi potwierdzenie słów przedstawiciela UPR, jej założyciela i wieloletniego prezesa Janusza Korwin-Mikkego: "Zdecydowana większość Polaków nie chce spieszyć się z przyjęciem europejskiej waluty - wynika z sondażu »Polityki«. Tylko co piąty badany chce płacić euro jak najszybciej, nawet w 2012 roku. 34 procent respondentów w ogóle nie chce wymiany złotego na euro - podaje »Polityka«. Z kolei 37 procent uważa, że nie należy się spieszyć się z wprowadzeniem europejskiej waluty w naszym kraju. Według nich, z tą decyzją należy poczekać nawet kilka lat. Prawie co dziesiąty badany nie ma zdania w tej sprawie. (...)".
Jednym słowem - podobnie jak w przypadku liczby Polaków opowiadających się za przywróceniem kary śmierci do polskiego kodeksu karnego - ponad 70% obywateli Rzeczypospolitej nie życzy sobie kolejnego pomysłu płynącego z centrali ZSRE w Brukseli.

Zapraszamy do zapoznania się z czwartą częścią relacji TV ASME z tego wydarzenia.

Pierwsza część relacji TVASME z debaty na UW
Druga część relacji TVASME z debaty na UW
Trzecia część relacji TVASME z debaty na UW

Nagranie trwa ponad 21 minut, jest dostępne w Sieci do 1 XII 2008 r. W Klubie TV ASME - jest również dostępna pełna wersja o doskonałej jakości.