listopada 22, 2007 - grudnia 17, 2007

Skrzywdzone miasteczko - Antoni Zambrowski Wysłane poniedziałek, 17, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Miasteczko Jedwabne było ośrodkiem antysowieckiego i antykomunistycznego oporu. Dorobiono mu jednak antysemicką gębę.

Gdyby zapytać kogokolwiek o to, co wie o położonym na Podlasiu miasteczku Jedwabne, odpowie, że tam 10 lipca 1941 roku polska i katolicka połowa ludności wymordowała w okrutny sposób drugą - żydowską połowę. Wiemy o tym z głośnej książki pochodzącego z Polski, amerykańskiego prof. Jana Tomasza Grossa. Później wyszło na jaw, iż wszystko wyglądało inaczej, że nie wszystkich miejscowych Żydów, lecz mniej więcej trzystuosobową grupę starozakonnych mieszkańców zamordowali po wypędzeniu dotychczasowych sowieckich okupantów niemieccy żandarmi przy pomocy grupy miejscowych wyrzutków. Jak wskazywał znany historyk, śp. prof. Tadeusz Strzembosz w licznych wypowiedziach dotyczących tej sprawy, historia opowiedziana przez prof. Jana Tomasza Grossa była co najmniej nieprawdopodobna, gdyż półtora tysięczna grupa nieuzbrojonych mężczyzn nie da rady wymordować równej sobie liczebnie grupy ludzi. Wszak ci stawiliby napastnikom skuteczny opór. Później o autorze książki "Sąsiedzi" ukuto powiedzenie "łże jak Gross" i rzecz by ucichła do kolejnej antypolskiej sensacji jego pióra.

Prezydent Kwaśniewski po raz kolejny kompromituje Polskę

Na nieszczęście dla mieszkańców Jedwabnego do sprawy wtrącił się ówczesny prezydent RP Aleksander Kwaśniewski. Ponieważ rządy w Polsce sprawował z ramienia Akcji Wyborczej "Solidarność" premier prof. Jerzy Buzek, opozycyjny SLD postanowił wykonać anty-AW"S"-owską dywersję. Postkomunistów nie powstrzymało nawet ostrzeżenie prof. Zbigniewa Brzezińskiego, że w Stanach Zjednoczonych szykuje się na tej kanwie cała antypolska kampania medialna. Korzystając z kontroli nad elektronicznymi środkami przekazu, postkomuniści - wbrew uchwale Sejmu i Episkopatu poświęcającej rok 2001 pamięci Prymasa Tysiąclecia księdza Stefana kardynała Wyszyńskiego - uczynili ów rok w czas piętnowania Polski i Polaków za mord w Jedwabnem. Opowiadał mi wtedy wspomniany wyżej prof. Tomasz Strzembosz, że młoda dziennikarka z popularnego radia błagała go o kilka słów do mikrofonu na ten temat i przyznała się, iż w jej rozgłośni panowała wtedy żelazna zasada: ani dnia bez głośnej wypowiedzi w sprawie wydarzeń w Jedwabnem. Kulminacja nastąpiła w rocznicę mordu jedwabieńskich Żydów, gdy prezydent Aleksander Kwaśniewski zorganizował uroczyste obchody tej rocznicy z udziałem gości z zagranicy. Tak prezydent RP dla antyrządowej dywersji postawił przed międzynarodowym pręgierzem Polskę - czyli kraj, w którym Polskie Państwo Podziemne zorganizowało jako jedyne w Europie okupowanej przez Niemcy hitlerowskie specjalną komórkę dla ratowania przed zagładą Żydów. Ludzie, oburzeni ostatnią antypolską wypowiedzią postkomunistycznego eksprezydenta w niemieckim wydaniu amerykańskiego wydawnictwa "Vanity Fair", powinni sobie uprzytomnić, że to nie jedyny taki przejaw zdrady, lecz kolejny krok w konsekwentnej polityce budowania swej pozycji osobistej kosztem Polski.
Pisałem wtedy w prawicowych gazetach, że mord w Jedwabnem był małym epizodem podczas letniej kampanii hitlerowskiego Wehrmachtu na sowieckim froncie wschodnim. Takich epizodów w owym czasie były tysiące na olbrzymim terenie od Morza Bałtyckiego po Czarne. Żydowska krew lała się wtedy z rąk Niemców i ich miejscowych kolaborantów w tysiącach miejscowości na skalę nieraz nieporównywalną do wydarzeń w Jedwabnem. Historycy przed prof. Janem Tomaszem Grossem opisywali znane i głośne przypadki masowych mordów Żydów, jak wielki antyżydowski pogrom, poprzedzony powstaniem zbrojnym przeciwko cofającym się Sowietom w dawnej litewskiej stolicy Kownie czy też zorganizowane przez ukraińskich nacjonalistów w zdobytym przez Niemców Lwowie antyżydowskie "dni Petlury", które pochłonęły ponad sześć tysięcy śmiertelnych ofiar. Wojska królewskie Rumunii pod wodzą marszałka Iony Antonescu wkraczając do okupowanej poprzednio przez Stalina Besarabii, zalały ją krwią miejscowych Żydów, oskarżanych o zdradę narodową. To, że prof. Jan Tomasz Gross w swym opisie mordu w Jedwabnem pominął tak głośne przypadki mordowania Żydów w sąsiednich krajach świadczy bądź o jego ignorancji, bądź o antypolskim zacietrzewieniu. Przywódcy państwowi Rosji, Ukrainy, Białorusi, Litwy i Rumunii powinni byli stanąć wraz z Aleksandrem Kwaśniewskim przy pomniku ku czci jedwabieńskich Żydów, aby wraz z nim złożyć hołd pomordowanym przez Niemców i ich kolaborantów milionom Żydów sowieckich i rumuńskich. Oczywiście żaden z tych przywódców krajów ościennych nie poczuwał się do takich działań i prezydent Kwaśniewski wystąpił w Jedwabnem sam. Jedyne co pozostało biednym mieszkańcom Jedwabnego, to zbojkotować SLD-owską imprezę, w której obok prezydenta wystąpił jego wewnątrzpartyjny rywal Leszek Miller, paradujący po Jedwabnem w żydowskiej jarmułce na głowie. Nawiasem mówiąc, już wtedy tow. Leszek darł koty z tow. Olkiem i zwolennicy Leszka mówili już o nowym wydaniu partyjnego konfliktu pomiędzy "Chamami" i "Żydami", ale to nie przeszkadzało Leszkowi Millerowi tanim kosztem odstawiać filosemitę.

Prof. Tomasz Strzembosz głosił chwałę Jedwabnego

Wbrew zamierzeniom organizatorów tej antypolskiej akcji medialnej, cała sprawa spaliła na panewce, gdyż atak arabskich terrorystów na Nowy Jork i Waszyngton odwrócił uwagę świata od małej, podlaskiej mieściny. Jedynie ludność Jedwabnego pozostała pochlapana błotem tej kampanii. I ten stan trwa.
Tymczasem według ustaleń prof. Tomasza Strzembosza jako historyka polskiego ruchu oporu, małe miasteczko Jedwabne zasługuje na inne potraktowanie, gdyż jego mieszkańcy odznaczyli się licznym udziałem w antysowieckim, antyniemieckim, a później - antykomunistycznym ruchu partyzanckim. W rzeczywistości jest to miasteczko godne odznaczenia za swą patriotyczną postawę. Pamięć o pomordowanych jedwabieńskich Żydach wcale tego nie wyklucza. Wszak wiedza o ukraińskich nacjonalistach mordujących we Lwowie swych żydowskich sąsiadów nie wyklucza naszej pamięci o dzielnych żołnierzach AK przeprowadzających w tym samym mieście pomyślne powstanie zbrojne w ramach planu "Burza" przeciwko cofającym się w lecie 1944 roku Niemcom (w podzięce za pomoc wyświadczoną jednostkom Armii Sowieckiej zostali oni wyłapani po wkroczeniu do miasta Rosjan przez "Smiersz" oraz NKWD i wysłani "na białe niedźwiedzie"). Kto inny zasłużył na hańbę, a kto inny na chwałę.
Lwów ma bogatą historię i pamiętamy o nim jako o mieście z przydomkiem "Semper fidelis". Ludzie pochodzący z niego, a przesiedleni na Ziemie Odzyskane, nadal są dumni ze swego miejsca urodzenia. Małe Jedwabne nie ma tak bogatego dorobku, ale jego dokonania w czasie II wojny światowej i w pierwszych latach antykomunistycznego oporu zasługują na wdzięczną pamięć Polaków. Warto by było dać jego mieszkańcom satysfakcję i postawić na miejskim rynku ładny pomnik ku czci miejscowych bojowników o niepodległość naszego kraju. Żeby ludzie z Jedwabnego mogli powiedzieć z dumą o sobie, że są z bohaterskiego miasteczka.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


V-Day na Rynku Wrocławia - Jerzy Przystawa Wysłane piątek, 14, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

W noc wigilijną 13 grudnia 2007, w białych koszulkach z napisem "Jednomandatowe Okręgi Wyborcze", z białymi flagami z charakterystycznym liternictwem "JOW", w rozłożonym na wielkie litery hasłem "jednomandatowe.pl" - na Rynek Wrocławski wyszli studenci wrocławskich uczelni. Wszyscy za młodzi, żeby pamiętać wydarzenia Tamtej Nocy, która dla nich jest tylko odległą historią, może, czasem do znudzenia, przypominaną przez kombatantów w różnych patriotycznych wspominkach. Historię na tyle jednak bliską, żeby to nowe pokolenie, zaczęło uświadamiać sobie, że sprawa, przeciwko której 13 Grudnia na ulice polskich miast wyszły czołgi i transportery opancerzone, nie została załatwiona. I że nie załatwią jej kombatanci tamtych walk, ani, tym bardziej, tamtych walk kibice i obserwatorzy. Muszą ją załatwić ci, którzy dzisiaj studiują na uczelniach Wrocławia, Krakowa, Warszawy. I że nikt ich w tym nie wyręczy. Albo - albo.

A jakaż to sprawa nie załatwiona czeka na nowe pokolenie Polaków?

Ta sama o której pisał wielki Polak ze Lwowa:
"By wnuk, zrodzon w wolności,
wiedział, co to znaczy
Być wolnym. Być u siebie.
Być Polakiem w Polsce".

Być podmiotem polityki, nie popychlem tych i owych, być obywatelem, którego prawa obywatelskie nie sprowadzają się tylko do prawa pójścia do urny w dniu głosowania. Ich nie interesuje Polska, która jest tylko wygodnym żerowiskiem dla wygłodzonych poszukiwaczy kariery i zarobku. Dlatego skandują "Polska silna, Polska zdrowa - to ordynacja jednomandatowa!", "Zdrowo! Zdrowo! Jednomandatowo!"

Tamto Wielkie Wydarzenie zbiega się bowiem w kalendarzu z historyczną uroczystością podpisywania dzisiaj, w dalekiej Lizbonie, Traktatu Reformującego. Traktat ten stanowi znaczący krok w procesie ograniczania, by nie powiedzieć likwidacji, państwowej suwerenności Polski. Dla bardzo wielu Polaków jest to decyzja, z którą trudno się pogodzić. Wiedzą o tym sprawujący władzę, dlatego nie życzą sobie obywatelskich referendów, nie mają odwagi zapytania, co o tym sądzi większość obywateli. Nie tylko Polski, ale i innych krajów europejskich. Początek XXI wieku to znaczące odejście od myśli i tradycji demokratycznych, jakie rozwijano na kontynencie europejskim od czasów I Rzeczypospolitej, tradycji, które potem zawędrowały za Ocean, aby tam budować demokrację amerykańską czy kanadyjską. Od dzisiaj Głowa Państwa Polskiego nie będzie już zasiadać z głowami innych państw, jak "Równy między Równymi", od dzisiaj taka możliwość należy już do przeszłości. Widzieliśmy, jak z uśmiechem podpisywał Traktat obecny Prezydent RP. Może, gdyby widzieli ten podpis Józef Piłsudski, Gabriel Narutowicz, Stanisław Wojciechowski, Ignacy Mościcki, a w ślad za nimi ich Następcy na Obczyźnie, przewracaliby się w grobie.
Stała się data 13 Grudnia datą podwójnie symboliczną i już całkowicie niejednoznaczną. Wielu Polaków, młodych i starych, udało się więc w różne miejsca, aby zaznaczyć swoją niezgodę na to, co pod tą datą się wydarzyło. Demonstracja NZS na wrocławskim Rynku poszła jednak w innym kierunku. Studenci Wrocławia mówią nam tak: "Polacy w Europie mogą coś znaczyć wtedy tylko, gdy znaczyć coś będą Polacy w Polsce!". Kiedy Polacy w Polsce będą korzystali z pełni praw obywatelskich, wtedy ich głos w Europie może być brany pod uwagę. Uporządkujmy najpierw sprawy krajowe! Przywołują więc myśl Wielkiego Księcia Polskich Poetów:

"- Jeśli ma Polska pójść nie drogą mléczną
W cało-ludzkości gromnym huraganie,
Jeżeli ma być nie demokratyczną,
To niech pod carem na wieki zostanie!

Jeśli mi Polska ma być anarchiczną,
Lub socjalizmu rozwinąć pytanie,
To już ja wolę tę panslawistyczną,
Co pod Moskalem na wieki zostanie!".

W niedzielę 9 grudnia, przed kamerami TV, pewien warszawski profesor socjologii podzielił się z widzami informacją o tym, że wszystkie parlamentarne partie polityczne w Polsce nie liczą więcej niż 60-70 tysięcy członków. I oto ta garstka partyjniaków rozdziela między siebie, z wyborów na wybory, wszystkie posady parlamentarne, rządowe, administracyjne, zarządzanie całym majątkiem Państwa, decyduje praktycznie o wszystkim! I wmawiają nam na okrągło, że tak jest dobrze, że tak właśnie być powinno, że na tym polega demokracja! Biorą, bez pytania, nasze pieniądze, dzielą je między sobą, wpisują swoich na partyjne listy, każą nam iść głosować i jeszcze mówią nam, że to są właśnie wolne i demokratyczne wybory!
Studenci Wrocławia mówią tej manipulacji: NIE! Wołają "Chodźcie z nami!" do swoich kolegów z Krakowa, Warszawy czy Płocka... Domagajmy się przywrócenia nam konstytucyjnego biernego prawa wyborczego, chcemy głosować na "naszych kandydatów", nie na króliki wyciągane z partyjnego kapelusza. Może wtedy Polska wreszcie będzie polską!
Partyjniacy wiedzą, o co chodzi. Uzmysłowiły im to doskonale wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, które okazały się prawdziwą rzezią partyjniactwa: zaledwie 18 procent - mniej niż 1 na 5 partyjnych kandydatów uzyskało mandat w wyborach, w których obywatele - nie zrzeszeni w partie - mogli wystawić swoich kandydatów!

Dlatego studenci wrocławscy wołają do swoich rówieśników w Polsce, do ich młodszych kolegów, do swoich kolegów starszych, do rodziców i dziadków: chodźcie z nami! Zróbmy im, śladem naszych rówieśników we Włoszech:
V- Day! Vafanculo Day!

Jerzy Przystawa



  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    WARSZAWA: Wielce frapujące działania i kontrdziałania związane z wigilią podpisania przez IIEE Prezydenta RP i Pierwszego Ministra RP tzw. Traktatu Reformującego UE - Krzysztof Pawlak Wysłane czwartek, 13, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Dzień 12 grudnia 2007 r. przyniósł kilka mało znaczących w skali wielkiej sceny aktorskiej polityki, choć frapujących skądinąd wydarzeń. Pozwalają one na chwilę zadumy nad sprawności socjotechniczną "środowisk pro-unijnych" w naszym kraju.

    Po pierwsze - nastąpił kolejny z serii blamaży mało znaczącego w skali krajowej, choć obecnie prominentnego polityczka (jedynie) w kręgu warszawskiej struktury Platformy ratunkowej dla Obywateli, obecnego burgekingrmajstra dzielnicy Śródmieście stołecznego miasta - Wojtusia Bartelskiego, który zasłynął niegdyś w niesławnej pamięci tzw. kolidUPR-ze ze swych kilku wyjątkowo nudnych i usypiających wystąpień (do wglądu: rejestracja TV ASME z tej okazji sprzed lat na naszej witrynie), co było jednym z powodów kompletnej degrengolady tego środowiska karierowiczów szukających za pomocą wykorzystania dorobku jedynej partii konserwatywno-liberalnej okazji do rozpoczęcia kariery w różnych miejscach administracji państwowej i samorządowej. Potwierdzeniem znanych "umiejętności inaczej" tego typowego przedstawiciela "polskich niedołężnych japiszonów" była akcja otwarcia tzw. Hyde Parku w okolicach pałacu im. Stalina, gdzie został w wyniku niedołęstwa własnego i swoich podopiecznych biurokratów nie mniej, ni więcej - został zatrzymany przez policję za "zakłócanie porządku publicznego" w wyniku niezalegalizowania "demonstracji publicznej". Młodziutki burgerkingmajster dzielnicy Śródmieścia po prostu zapomniał poinformować warszawską policję o utworzeniu miejsca, gdzie mają się odbywać publiczne wystąpienia obywateli RP, nie wymagające zgłoszenia do administracji jakiegokolwiek szczebla. Ten passus po raz kolejny świadczy o jakości młodego pokolenia "działaczy politycznych" w głównych ugrupowaniach "polskiego regionu UE".
    Po drugie - niestety przy tej samej okazji "zaliczyła" swój blamaż tzw. sekcja młodzieżowa Unii Polityki Realnej, która była obecna na ww. otwarciu tzw. Hyde Parku, występując tam - mimo zastrzeżeń władz Okręgu Mazowieckiego UPR - z tezami o szkodliwości podpisywania tzw. Traktatu Reformującego, co spowodowało spodziewane przez Zarząd OM UPR działanie wyjątkowo nam niechętnych mediów, oczywiście wyczekujących tylko okazji do kolejnej kompromitacji środowiska konserwatywnych liberałów. Takiej okazji dostarczyła właśnie "młodzieżówka UPR", która została sportretowana z tej okazji JEDYNIE przez wrogie nam medialnie środowisko "Gazety Wyborczej" (pozostałe media gremialnie zlekceważyły ów doniosły akt wystąpienia tzw. sekcji młodzieżowej UPR), które w artykule wydania "on-line" z dnia 12.12.2007 i z papierowego wydania gazety z dnia 13 grudnia 2007 zamieszczając opis zdarzenia - oczywiście okrasiło je zdjęciem znanego mało stabilnego psychicznie uczestnika wielu wystąpień "anty-UE", głównie organizowanych przez - podlegającego z przyczyn oczywistych i zawodowych wieloletniej mojej bezpośredniej obserwacji życia robaczkowego "warszawki" - agenturalne środowisko tzw. Stowarzyszenia "NIE dla UE", którego działalność od dawna polega głównie na kompromitacji argumentacji antyunijnej. Proszę zauważyć: w związku z tym JEDYNYM wspomnieniem po tym wydarzeniu pozostanie w annałach polskiej "żurnalizdyki" zdjęcie trzymającego jak zawsze wykonany własnym sumptem tablicę z kawałka kartonu z rysunkiem skrótu "UE" z równaniem do dziecięco naiwnego wizerunku trupiej czaszki. Co najlepsze (najgorsze?) - ktoś podpisujący się "Gazeta Stołeczna (Wyborcza)" na Witrynie Głównej UPR uznał za wartościowe rozpowszechnić te wyjątkowo kompromitujące skojarzenie, ułożone przez "żurnalizdów" gazety "robionej przez półinteligentów dla ćwierćinteligentów", poprzez poświęcenie mu specjalnej adnotacji w serwisie informacyjnym WG UPR. Czyli skuteczność socjotechniczna wrogów konserwatywnych liberałów została wsparta zachłannością na "newsy" wyjątkowo "zdolnego inaczej" redaktora tego serwisu.
    Pozostając przy serwisie Witryny Głównej UPR w jej wydaniu Strony Głównej, do której dostęp redaktorski od czasów minionej kampanii mają tylko władze najwyższe Unii Polityki Realnej (już prezesi Okręgów - nie!), warto zanotować kolejną wpadkę z zamieszczeniem wyjątkowo mało udanego z powodu nagromadzenia słów uważanych za "ekspresywne", wykorzystywanych głównie przez grafomanów i osobników napędzanych żółcią wątrobową, a nie rozumem - autorstwa skądinąd zacnego, bo od wielu lat jednego z głównych liderów Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, kol. Janusza Sanockiego, którego wiele artykułów, lecz o niebo lepszej jakości (!), zamieszczał nasz serwis ASME. Tekst, którego tytuł "U steru mamy d**ka" już dyskwalifikuje sam przez się, został zapożyczony (oczywiście domniemywam, że z poszanowaniem praw autorskich, bo jakże by inaczej, prawda!) z witryny stanowiącej od kilku lat pole działalności dość niechętnej Unii Polityki Realnej i we własnym mniemaniu - konkurencyjnej - grupki frustratów wyrzuconych takoż w różnych okresach z UPR, jak będących "sierotami" po czasach rządów AW"S" i różnych kanapowych ugrupowań "prawicawych", jednakże spojonych jednym ogniwem: podkreślających STALE swój krytyczny stosunek do działań UPR. Cytowanie i dawanie odnośnika do takiego miejsca w Sieci jest już nie tylko ciężką nieudolnością polityczną - jest po prostu BŁĘDĘM.
    Warto zapamiętać wyjątkowo "ciekawe" fragmenty tego tekstu: "Już rozłożył nóżki na wschodzie [Donald Tusk - przyp. ASME] w sprawie OECD i bałtyckiej rury, teraz nadstawił się na zachodzie (...)", "Albo u steru mamy aroganta, który nas lekceważy jawnie [Jarosław Kaczyński - przyp. ASME], albo dupka [Donald Tusk - przyp. ASME], którego obietnice są nic nie warte. (...)".
    Po drugie i pół: niestety DO KWADRATU - na tej osobliwej imprezie pojawił się nasz, znany ze swych niekonwencjonalnych wielu wystąpień, jeden z założycieli UPR - Janusz Korwin-Mikke, którego konterfekt został ze skwapliwością oczywiście TEŻ zamieszczony przy zdjęciu "oszołoma z trupią czaszką - przeciwnika UE". Ale to już mnie od lat - nie wzrusza. Przywykłem do wystąpień Patrona UPR, jako i przywykli do nich sympatycy UPR.
    Po trzecie - w ostatnich godzinach dnia 12 grudnia 2007 r. serwis informacyjny Witryny Głównej UPR przyniósł kolejną "rewelację" związaną z wigilią podpisania przez czołowych administracyjnych reprezentantów RP tzw. Traktatu Reformującego, który jak wiemy z dawien dawna - ma stanowić kolejny "milowy krok" w dziele likwidacji państwa polskiego. Otóż ktoś podpisujący się "UPR Centrala" zamieścił ni mniej, ni więcej, tylko wyjątkowej ekspresji "państwowotfurczy" wiersz autorstwa Franciszka Dionizego Kniaźnina, który zapewne w zamierzeniu redaktora "UPR Centrala" miał skłonić do zadumy i refleksji chyba na modłę młodopolskiej (tak, wiem, że inny okres literacki...) egzaltyki nad stanem zagrożenia naszej Ojczyzny. Trzeba jednak wyjątkowej indolencji, by taki manewr uznać za trafiony na pierwszoplanowym miejscu samoprezentacji poważnej partii politycznej, która powinna raczej przedstawiać racjonalną i wyważoną argumentację przeciwną działaniom politycznym z jej punktu widzenia niekorzystnym. Jednak ów redaktor widocznie doznał chwilowej "pomroczności jasnej", być może - to wyjątkowo przyjazne tłumaczenie, proszę zwrócić uwagę (!) - z winy późnych i zapewne zakropionych znanym od wielu pokoleń obywateli Rzeczypospolitej "wspomagaczem romantyzmu"... Krótko pisząc: partyjna Witryna Główna UPR zaczęła stanowić wygodne miejsce dla twórczości poetycznej, co zapewne ma stosowną akceptację stosownych władz najwyższych Unii Polityki Realnej, że tak białym wierszem spod Częstochowy okraszę się...
    Pozwalam sobie na mały cytat z tego wiekopomnego "dzieła", zaprezentowanego na "łamach" Witryny Głównej UPR - ku chwale i przestrodze tzw. potomności:
    "(...) OJCZYZNO! na cóż nam przeszyte mieczem
    Piersi otwierasz? my nie twoje dzieci.
    Straciwszy czułość, tam kajdany wleczem,
    Gdzie pędzi przemoc, lub mamona świeci.
    Oto na sam brzęk i krótki blask złota,
    Troskliwym uchem czatuje niecnota.

    Skądkolwiek chytra zabłyśnie intryga,
    Leci tam nędza i co urwać pragnie.
    Chełpi się zdrada, że ją gwałt podźwiga;
    Klaszcze mu podłość i kark jarzmu nagnie.
    Jakże się z twojej wydźwigniesz ruiny,
    MATKO! takimi otoczona syny?".

    Najzupełniej kłóci się taka autoprezentacja jednego z redaktorów WG UPR z zalecanym przez obecnego Prezesa UPR, kol. Wojciecha Popielę, umiarkowaniem w używaniu ekspresyjnych form propagandy antytraktatowej i unikaniu górnolotnych, lecz i łatwo zbijalnych fraz zawierających odwołania do "zdrady narodowej", "tonów żałobno-pogrzebowych"...

    Wracając do działań Okręgu Mazowieckiego UPR w tym dniu - mieliśmy w planach zorganizowanie pierwszej z cyklu DWÓCH pikiet przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie, polegających na zapaleniu zniczy przed siedzibą Prezydenta RP przypominających o zakończeniu suwerenności państwa polskiego w wyniku zapowiedzianego na dzień - jakże pamiętnej dla obywateli RP daty (!) - 13 grudnia, daty, która dla Strażnika suwerenności jakim jest przecież Majestat Prezydenta RP, powinna stanowić memento przestrzegające przed podejmowaniem takiego kroku. Z niepojętych jak dotąd przyczyn - O TEJ SAMEJ GODZINIE, W TYM SAMYM MIEJSCU, pojawili się przedstawiciele znanego skądinąd właśnie od lat tzw. Stowarzyszenia "NIE dla UE", którzy, w liczbie siedmiu (!) osób, ciągnąc ze sobą na wózku okrytą flagą narodową trumnę - ustawili się przed Pałacem Prezydenckim i po chwili zaczęli wykrzykiwać swoje zwyczajowe, choć z przyczyn oczywistych nie do przyjęcia dla normalnego odbiorcy, hasła w rodzaju "Precz z Targowicą!", "Żydzi - sprawcami nieszczęść Polski!", "Matko Boska patrz na nas, cierpiących za Polskę!", trzymając ręcznie i mało schludnie wyglądający transparent z napisem "Rada Mędrców w UE. Mędrcy do Syjonu!"... i tak dalej... Ponieważ natychmiast podjęliśmy decyzję o zaniechaniu urządzenia naszej pikiety w tym dniu - nie mogło dojść do utożsamienia działań przedstawicieli Unii Polityki Realnej z tak odrażającym towarzystwem, które - oczywiście przypadkiem (!) - w tych samych okolicznościach chciało zademonstrować swój "sprzeciw" wobec ratyfikacji aktu zrzeczenia się suwerenności przez administratorów "polskiego regionu UE".

    Żyję na tym świecie jakiś czas - dlatego wyceniam szarżę dowódcy takiego działania na najwyżej kapitana, jak uczy mnie doświadczenie z lat "zadym" Niezależnego Zrzeszenia Studentów...

    Proszę Państwa - póki mogę - zapraszam na już dzisiejsze, "musztarda po obiedzie" co prawda, spotkanie przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie, na legalnej pikiecie Okręgu Mazowieckiego UPR polegającej na odczytaniu "Apelu UPR do Prezydenta RP" i zapaleniu zniczy stanowiących memento dla odchodzącej suwerenności Rzeczypospolitej Polskiej. Rozpoczęcie o godz. 19.00, lepiej przyjść o 18.30! Ogłaszamy na niej zbiórkę podpisów za zwołaniem referendum w sprawie ratyfikacji tzw. Traktatu reformującego UE!

    Krzysztof Pawlak
    redaktor naczelny ASME
    sygnatariusz UPR
    wiceprezes Okręgu Mazowieckiego UPR


    W perspektywie kolejnych wyborów prezydenckich można prognozować, że wygra je ten, kto wykaże się większą siłą spokoju - Łukasz Perzyna o przygotowaniach trup aktorskich do kolejnego aktu dramatu Wysłane wtorek, 11, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |









    W perspektywie kolejnych wyborów prezydenckich można prognozować, że wygra je ten, kto wykaże się większą siłą spokoju - Łukasz Perzyna o przygotowaniach trup aktorskich do kolejnego aktu dramatu Wysłane poniedziałek, 10, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Zaczęła się seria »spotkań na szczycie«. Rozmawiali teraz premier Tusk z prezydentem Kaczyńskim - o polityce zagranicznej, na następny tydzień zapowiedziano jeszcze jedno spotkanie, bo trzeba się »konsultować« przy okazji aktu podpisania Traktatu Reformującego. Co charakterystyczne - w samym »przezwyciężeniu różnic« dotyczących polityki międzynarodowej dowiedzieliśmy się najmniej - tam, gdzie była różnica, tam pozostała: zarówno wcześniej w wypowiedziach Lecha Kaczyńskiego pojawiała się tendencja, by jak najdłużej pozostawiać wojska polskie w Iraku, a jednocześnie element obrazy na Donalda Tuska - że bez porozumienia z Nim, z Prezydentem RP, chce wycofać wojska jak najwcześniej, już w przyszłym roku. Po co w takim razie ta rozmowa się odbyła? Polską polityką, jak i francuską, zaczyna rządzić termin »kohabitacja«" - Łukasz Perzyna, komentator polityczny "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje wydarzenia z zeszłego i obecnego tygodnia - na scenach teatru politycznego "polskiego regionu UE".

    Choć premier Francji i Prezydent Republiki wywodzili się z różnych obozów politycznych w latach 80. ub. wieku - uznali, że trzeba było umiejętnie dozować, by rządzić sceną polityczną. Trzeba było rozwinąć taką wstęgę Moebiusa, by nadać wrażenie, że z jednej strony jest spór, z drugiej - porozumienie. Wszystko po to, by uniemożliwić innych siłom politycznym, np. Frontowi Narodowemu Le Pena czy odłamowi konserwatywnemu Franciszka Bayrou dojście do głosu jako "trzecia siła" sceny politycznej. Główne partie zdominowały "konflikt" u siebie we Francji tak, że do dziś się wymieniają na deskach teatru politycznego - nie mając odpowiedniej konkurencji. "Czy w Polsce będzie podobnie? Wszystko wskazuje na to, że nie" - zastanawia się Łukasz Perzyna.
    Sprawa "afery faksowej" pomiędzy Pałacem Prezydenckim a URM-em jest dowodem na pozorność konfliktów pomiędzy PO i PiS. Jednak dziś większą nerwowość zdradza obóz Braci Kaczyńskich. W zbliżającej się kampanii prezydenckiej nie będzie odgrywał roli wiodącej atut "premiera w dwóch osobach". Wystartuje w nich jedynie JEDEN bliźniak. Jeśli zostanie rozegrana gra wyborcza pomiędzy obecnymi koalicjantami PO i PSL - gdzie wiodącą role będą odgrywać premier Tusk i wicepremier Waldemar Pawlak - będzie to stanowić realne zagrożenia dla Jarosława Kaczyńskiego. Będzie musiał działać tak, by nie zaszkodzić Mniejszemu Bratu. Będzie potrzebne zebranie nie tylko 5 milionów - jak to było w ostatniej kampanii - ale milionów KILKUNASTU, co oznacza, że musi być to kandydat umiarkowany, a nie pseudo-ekstremistyczny, jaką rolę grał do tej pory Brat Większy. Jest faktem, że Lech Kaczyński do tej roli nadaje się daleko le_pp_iej niż JarKacz. Kongres PiS miał dać wizerunek przemiany tej w formacji w "twardy, zjednoczony i jednoznaczny" obóz niegdysiejszych i przyszłych zwycięzców... - uważa Łukasz Perzyna.

    Nagranie trwa prawie 14 minut, jest dostępne w Sieci do 24 XII 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Edmund Kwasek - krwawy oprawca z Kielc i Mokotowa oraz Miedzeszyna - Tadeusz M. Płużański Wysłane poniedziałek, 10, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Z dokumentów wynika, że 30 października 1948 r. śledczy kapitan (później major) Edmund Kwasek wydał postanowienie o wszczęciu śledztwa przeciwko Bolesławowi Kontrymowi "Żmudzinowi", oficerowi Policji Państwowej II RP, majorowi WP, żołnierzowi AK, cichociemnemu. Celem śledztwa było "przyznanie się" zatrzymanego do rzekomych przestępstw popełnionych w latach 1923 - 1944. Bezpieka chciała przede wszystkim, aby wydał polskich wywiadowców działających w Komunistycznej Partii Polski do 1939 r.

    Jeśli chodzi o okres niemieckiej okupacji, "Żmudzin" miał obciążyć szereg osób, wobec których UB prowadziło wówczas śledztwo. Śledczy Kwasek prowadził przesłuchania przez prawie rok - do 8 września 1949 r. Torturował Kontryma w więzieniu na Rakowieckiej, na warszawskim Mokotowie i w tajnym więzieniu MBP w Miedzeszynie. Jest podpisany pod 23 protokołowanymi przesłuchaniami.
    Edmund Kwasek wchodził w skład Grupy Specjalnej MBP, oddelegowanej przez wiceministra bezpieczeństwa, gen. Romana Romkowskiego oraz szefa Departamentu Śledczego MBP Józefa Różańskiego właśnie do więzienia w Miedzeszynie, określanego przez bezpiekę kryptonimem "Spacer". Przesłuchiwał tam m.in. komunistów, oskarżonych w jednej z najgłośniejszych spraw stalinizmu - o "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne". Jednego z nich, Włodzimierza Lechowicza, zmuszał do wykonywania setek przysiadów, aby - jak to sam nazywał - "pompować rozum z tyłka do głowy".
    Kwasek przede wszystkim jednak urzędował na Mokotowie. Więźniowie tej katowni bezpieki zaliczali go do najgorszych oprawców. Jeden z nich, zrehabilitowany w 1957 r., wspominał: "W godzinach wieczornych zostałem wezwany do Światły [Józef Światło, wicedyrektor Departamentu X MBP - TMP], który w obecności Kwaska powiedział, że jeśli nie przyznam się do współpracy z Niemcami, to aresztowana zostanie moja żona, wobec której zastosowane będą te same metody i będzie tak długo bita, aż ujawni szczegóły mojej współpracy. Dziecko natomiast zostanie zabrane i ślad po nim zaginie. Wobec takiej groźby, począłem podawać zmyślone fakty... W czasie jednego z następnych przesłuchań Kwasek, kopiąc mnie leżącego na podłodze, kopnął tak silnie w okolice serca, że miałem naruszony mięsień serca i odczuwałem dotkliwe bóle przez trzy lata. Ponadto Kwasek i oddziałowi stosowali jeszcze inne formy udręczeń, jak ciągłe przysiady, klęczenie z rękami do góry, trzymanie krzesła przez wiele godzin przy wyciągniętych rękach w pozycji przysiadu, polewanie zimną wodą w karcu (...). Tego rodzaju metody doprowadziły mnie do kompletnego załamania fizycznego i psychicznego". I dalej: "Mając jeszcze w pewnym stopniu zachowane poczucie rzeczywistości i opory psychiczne, nie chciałem przyznać się do stawianego mi zarzutu współpracy z Niemcami, jak też nie chciałem obciążać współpracą innych osób, gdyż w rzeczywistości z Niemcami nie współpracowałem. Różański odparł na to, w obecności Kwaska i Światły, że jeśli nie potwierdzę tych faktów, zostanę zabity i tak pogrzebany, że śladu po mnie nie będzie. Mimo, że od tego dnia byłem ciągle i bez przerwy bity, przy czym zaczęto bić mnie kablem w pięty i stopy, zadając mi w ten sposób potworne cierpienia przez kilka następnych dni, nie chciałem przyznać się do stawianych mi zarzutów, godząc się nawet na pozbawienie mnie życia, by w ten sposób ujść dalszym torturom. (...) W czasie przesłuchań, jak też w czasie przerwy pomiędzy jednym przesłuchaniem a drugim, byłem ciągle bity przez Kwaska i oddziałowych kablem, kijem, nahajką plecioną ze skóry, nazywaną przez »konstytucją«. W czasie jednego z przesłuchań Kwasek w czasie pastwienia się nade mną wybił mi pięścią 10 zębów w górnej szczęce i 6 zębów w szczęce dolnej".
    Zanim trafił do warszawskiej centrali MBP Edmund Kwasek - były uczeń Gimnazjum im. Chreptowicza w Ostrowcu Świętokrzyskim, a w czasie wojny partyzant AL - pod koniec stycznia 1945 r. trafił do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kielcach. Miał wówczas 22 lata. Swoją krwawą karierę zaczynał jako "oficer" tamtejszego Wydziału Śledczego, aby już na początku 1946 r. zostać naczelnikiem tego Wydziału. Tę "zaszczytną" funkcję pełnił przez następne trzy lata. Więźniów kieleckiego więzienia śledczego WUBP przy ul. Focha (obecnie Paderewskiego) przetrzymywano w małych, zawszonych celach i przesłuchiwano, stosując niewybredne metody, po kilka godzin dziennie. Przykład dawał Kwasek. Nie tylko katował osadzonych, ale występował też w roli ich "sędziego". Tak było 11 lipca 1945 r., kiedy Okręgowy Sąd Wojskowy w Łodzi na sesji w Kielcach skazał żołnierza niepodległościowego podziemia Konrada Zygmunta Suwalskiego na karę śmierci. Edmund Kwasek był na tym procesie ławnikiem. To jemu również powierzono prowadzenie śledztwa w sprawie pogromu kieleckiego. W przygotowaniu tej ubeckiej prowokacji brał udział Adam Humer, późniejszy wicedyrektor Departamentu Śledczego MBP.
    Naczelnikiem Wydziału Śledczego WUBP w Kielcach Kwasek przestał być w 1948 r., aby przez rok pełnić to samo stanowisko w Gdańsku. Przez następne lata, w Departamencie X MBP stał m.in. na czele Wydziału II, który zajmował się penetracją obcych wywiadów w partii. Szef Departamentu, Józef Różański wydał o nim opinię: "Mjr Kwasek. Zdolny oficer śledczy. Może trochę zarozumiały, z tendencją efekciarstwa".
    Stefan Skwarek (wartownik w UB na Kielecczyźnie, potem "naukowiec" Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR) w książce "Na wysuniętych posterunkach" (Książka i Wiedza, 1977 r.) poświęcił mu notę biograficzną: "Płk Edmund Kwasek, członek PPR i AL, uczestnik wielu akcji zbrojnych przeciwko siłom okupanta i polskiej reakcji. Po wyzwoleniu w styczniu 1945 r. jako naczelnik Wydziału Śledczego WUBP w Kielcach uczestniczył w wielu akcjach i walkach z bandami. W latach pięćdziesiątych przeszedł do pracy w cywilu".
    W 1996 r. Edmund Kwasek został skazany w tzw. procesie Humera (od nazwiska głównego oskarżonego), razem z 12 innymi śledczymi MBP na karę kilkuletniego więzienia. Z więzienia na Rakowieckiej - tego samego, w którym katował pół wieku wcześniej polskich patriotów, a wśród nich Bolesława Kontryma "Żmudzina" - wyszedł jednak szybko "ze względu na zły stan zdrowia". Zmarł w 2002 r. w Warszawie.

    Tadeusz M. Płużański

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Dokładnie 4/5 tego, co obiecywała Platforma Obywatelska przed wyborami, idzie w przeciwnym kierunku - Janusz Korwin-Mikke o scenariuszach następnych tygodni zaprojektowanych dla tzw. polskiej sceny politycznej UE Wysłane niedziela, 9, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |






    Dokładnie 4/5 tego, co obiecywała Platforma Obywatelska przed wyborami, idzie w przeciwnym kierunku - Janusz Korwin-Mikke o scenariuszach następnych tygodni zaprojektowanych dla tzw. polskiej sceny politycznej UE Wysłane niedziela, 9, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Najciekawszym elementem współczesnej rozgrywki politycznej jest coś, na co mało zwracają uwagę komentatorzy polityczni - czyli rozgrywki w PiS. Otóż nie wiem, czy państwo zauważyli, że PiS nie może zablokować weta pana prezydenta, ale może zablokować zmianę konstytucji, czyli przyjęcie Traktatu Konstytucyjnego, obecnie ukrywającego się pod nazwą Traktatu Reformującego. W związku z czym, z PiS można wyrwać 12 posłów i wtedy na przykład można uchwalić, że przyjmuje się Kartę Praw Podstawowych - tak się składa, że panowie posłowie: Kazimierz Ujazdowski, Ludwik Dorn i Paweł Zalewski są typowymi »wykształciuchami« - więc gdyby za nimi poszli inni »ynteligenccy« posłowie PiS w liczbie dziewięciu - to wtedy PiS straciłby swój jedyny silny element i musiałby zawrzeć ponowny sojusz z LiD-em. Pamiętacie Państwo, jak PiS zaczął rozmowy z LiD-em przed wyborami w Brukseli o taktyce w parlamencie lokalnym w Polsce - np. o zawetowaniu bonu oświatowego? Teraz mówi się o tzw. Protokole Brytyjskim - to nie jest to samo, co karta Praw Podstawowych - czegoś, co Polska NIE MA PRAWA PODPISAĆ!" - jedne z założycieli Unii Polityki Realnej Janusz Korwin-Mikke, komentuje ciekawe wydarzenia na tzw scenie politycznej "polskiego regionu UE".

    Protokół Brytyjski jest to zastrzeżenie, że ZMIANY obecnych przepisów nie mogą nastąpić w wyniku interpretacji - poza wiedzą parlamentu brytyjskiego... np. drogą decyzji urzędów Unii Europejskiej. To jest bardzo ważna sprawa, by tego dopilnować. I tak będziemy w nowym państwie, pod nazwą Unia Europejska, ale wtedy - wraz z Protokołem Brytyjskim - będziemy mieli sporą autonomię. Beż niego będziemy po prostu zwykłą prowincją UE.
    Drugą sprawą, o której mówi JKM, jest propozycja pana posła Bogdana Zdrojewskiego z tzw. liberalnej Platformy Obywatelskiej - w obecnym czasie na stanowisku ministerialnym dotyczącym tzw. kultury narodowej - o płaceniu na rzecz tzw. artystów 1 procenta z KAŻEJ INWESTYCJI w Polsce - co to ma mieć wspólnego z liberalizmem? - pyta się JKM. Jeśli to ma być coś z nim wspólnego - to oświadcza JKM, że jest "Maniusiem Kitajcem"... Może nie od razu umrzemy z powodów tych rządów - ale szkoda naszego życia na takich "lyberałów"...

    Nagranie trwa prawie 10 minut, jest dostępne w Sieci do 21 XII 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Gomułka wyparł się tej zbrodni - Antoni Zambrowski Wysłane poniedziałek, 3, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Wspomnienia Bohdana Urbankowskiego o wydarzeniach marcowych 1968 roku na Uniwersytecie Warszawskim mają ten wyjątkowy walor, że są to relacje autentycznego i czynnego uczestnika. Moje relacje nie mają tego waloru, gdyż do owych wydarzeń zostałem przyciągnięty za włosy przez partyjno-esbecki sztab, który kierował tłumieniem studenckich protestów przeciwko zdjęciu dramatu narodowego Adama Mickiewicza ze sceny Teatru Narodowego. Na ich zlecenie zostałem przez partyjne oraz PAX-owskie środki przekazu "mianowany" jednym z przywódców "Ruchu 8 marca" obok Jacka Kuronia, Karola Modzelewskiego oraz Adama Michnika. Chodziło o uwikłanie mego ojca Romana Zambrowskiego w tę historię jako rzekomego przywódcy antysocjalistycznej opozycji. Stąd ten opisywany przez B. Urbankowskiego pisk jakiegoś ubola "Chcemy Zambrowskiego!", w sytuacji gdy sam Zambrowski niczego tu nie chciał.

    Natomiast mogę być świadkiem w sprawie ZOMO-wskiej zbrodni, której Gomułka bezczelnie się wyparł (Być może był wprowadzony w błąd przez swych sekretarzy, którzy często nim manipulowali, dobierając mu odpowiednie dla swych celów zestawy informacyjne. Takie manipulacje byłyby niemożliwe w warunkach wolnych środków przekazu). Chodzi o pogłoskę o śmierci studentki pobitej na dziedzińcu UW przez nazbyt krewkich milicjantów. W dniu 8 marca, czyli komunistycznego dnia kobiet, wiele dziewcząt padło ofiarą brutalnej agresji ZOMO. Stało się to nawet jednym z punktów słynnej interpelacji katolickiego klubu poselskiego "Znak" do premiera Józefa Cyrankiewicza.
    W sprawie zgonu studentki mogę podać to, o czym wiem na pewno. 11 marca 1968 roku rozmawiałem z moją bratową Anną z Wazowskich Zambrowską, która jest lekarką, i zapytałem, co w kręgach lekarskich się mówi o tej sprawie. Odpowiedziała mi, że "Ruda", czyli Zosia Olszewska miała dyżur w szpitalu na Solcu. W mojej obecności zadzwoniła do niej i przekazała mi jej odpowiedź: "Dwa zejścia śmiertelne. Rozmowa nie na telefon". Później się okazało, że Zosia miała dyżur nie na Solcu, lecz w Szpitalu Praskim (pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego), ale to wyjaśniło się znacznie później.
    Nie mogłem dopytać się o szczegóły tej sprawy w bezpośredniej rozmowie z Zosią, gdyż następnego dnia rano zostałem zatrzymany przez SB i osadzony w więzieniu mokotowskim (przy ul. Rakowieckiej 37). W czasie mego śledztwa moja bratowa została przesłuchana na okoliczność pogłosek o śmierci studentki przez oficera śledczego, majora Zbigniewa Cieślikowskiego i w aktach mojej sprawy pozostał zapewne protokół tego przesłuchania. Po wyjściu z więzienia w Barczewie zdążyłem jeszcze spotkać się z Zosią Olszewską-Górską tuż przed jej wyjazdem do Danii na tzw. żydowskich papierach (Żydzi i Polacy żydowskiego pochodzenia otrzymali wtedy od Gomułki przywilej opuszczania PRL pod pretekstem wyjazdu do Izraela. Wielu korzystało z tej sposobności, by wyjechać na Zachód). Popełniłem błąd, gdyż zamiast wypytać Zosię o owe dwa zgony w szpitalu na jej dyżurze, usiłowałem jej wyperswadować wyjazd z Polski. Po latach, gdy PRL przeszła do historii, Zosia zapytana o szczegóły tej sprawy odpowiedziała, iż szok związany z opuszczeniem ojczyzny był tak głęboki, że wymazał z jej pamięci wiele spraw, które wtedy przeżyła.
    W czasie debaty marcowej na Uniwersytecie Warszawskim w 1981 roku (w czasie solidarnościowego karnawału) zabierałem głos w dyskusji po referatach o protestach studentów polskich i przypomniałem sprawę owych dwóch zgonów w szpitalu jako pośredni dowód, że jednak były ofiary śmiertelne. Dziś uważam, że Jacek Kuroń oraz Adam Michnik zaniedbali sprawę wyjaśnienia tej zagadki. Znacznie rzetelniej postąpili redaktorzy tygodnika "Po prostu", zamkniętego przez władze partyjne w październiku 1957 roku, co spowodowało protesty studentów oraz rozruchy w Warszawie. Po wznowieniu w roku 1989 działalności tygodnika, który niestety nie utrzymał się na rynku, natychmiast wdrożyli dochodzenie dziennikarskie w sprawie śmierci chłopca zastrzelonego przez ZOMO-wca pod Politechniką w czasie owych protestów. Mimo upływu lat odnaleźli rodzinę owego chłopca i opisali jego sylwetkę. Natomiast Jacek Kuroń zbyt chętnie przystał na argumenty partyjnej propagandy i uznał, że to była tylko plotka, być może rozsiewana przez SB w celach prowokacyjnych. Nie zadał sobie trudu ani w czasach działalności KSS KOR, ani solidarnościowego karnawału 1980-81, ani gdy był ministrem w III RP, by poszukać ofiary ZOMO-wskiego bestialstwa i dać satysfakcję ich rodzinom.
    SB oczywiście nie była skora do nagłaśniania przypadków swego okrucieństwa. Podobnie było podczas rozruchów grudniowych 1970 roku na Wybrzeżu, kiedy liczne ofiary zbrodni chowano potajemnie w workach ze sztucznego tworzywa. Do nas więc należało wyjaśnienie sprawy ofiar śmiertelnych komunistycznego bezprawia. Niestety, w skutek karygodnego zaniedbania jedynym nagrobkiem ofiar śmiertelnych Marca '68 pozostaje piękny wiersz Bohdana Urbankowskiego.

    Antoni Zambrowski

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    "Mamy piękne przyodziewy / wyszywamy burki / wszyscyśmy europejskie syny / i europejskie córki!" - Stanisław Michalkiewicz o nowej, zapewne pięknej i świeckiej tradycji Święta 13 Grudnia Wysłane poniedziałek, 3, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    "Mamy piękne przyodziewy / wyszywamy burki / wszyscyśmy europejskie syny / i europejskie córki!" - Stanisław Michalkiewicz o nowej, zapewne pięknej i świeckiej tradycji Święta 13 Grudnia Wysłane poniedziałek, 3, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Sytuacja jest poważna - mamy »straszliwą wojnę na górze«: minister Sikorski nie skorzystał z zaproszenia pana prezydenta na spotkanie, o które zresztą wcześniej prosił. Ekskluzował się jakimś posiedzeniem nieformalnym rządu, podobno nawet ta jego nieobecność była konsultowana z premierem Tuskiem. Obawiam się o przyszłość pana ministra! Niezależnie od dwóch kaftanów bezpieczeństwa, jakie zostały mu zainstalowane w ministerstwie: jeden to »mafia Drogiego Bronisława« w MSZ-ecie, drugi to »pełnomocnik ds. sytuacji nadzwyczajnych« w osobie stojącego nad grobem pana Bartoszewskiego, najwyraźniej pan premier używa pana ministra do drażnienia pana prezydenta. To oczywiście ministra Sikorskiego bardzo szybko moralnie zużyje i wtedy »drogi Bronisław« niewątpliwie zaproponuje na ministra Spraw Zagranicznych jakiegoś swojego faworyta - z całą pewnością z szeregów »starych fachowców«. Kraj dostanie wtedy na przeczyszczenie" - Stanisław Michalkiewcz, znakomity publicysta prawicowy i stały współpracownik naszej witryny, komentuje najnowsze pląsy na scenie teatru politycznego "polskiego regionu UE".

    Do ZUS-u, gdzie PO wyrzuciła z niego decydentnych ludzi z nominacji PiS, też wracają "starzy fachowcy". Stanisław Michalkiewicz zastanawia się, czy będą to aż tak dobrze zapoznani fachowcy, który pamiętają jeszcze Adama Humera i "kapitana MO" Piotrowskiego i jego kamrata Adama Pietruszkę, "gienierała MO", który co prawda musiałby zrezygnować wtedy z wysokiej, resortowej emerytury, cały czas mu wypłacanej.
    "Straszliwa wojna" na górze trwa, choć oczywiście przypomina burzę w szklance wody. A tymczasem zbliża się pamiętna data 13 grudnia, kiedy to narodzi się "nowa świecka tradycja" wynikająca z uroczystości zrzeczenia się suwerenności państwowej, co dokona się w Lizbonie, do której wybierają się razem, wespół-zespół mając akurat w tym temacie identyczne poglądy - premier Donald Tusk i Prezydent RP Lech Kaczyński. Stanisław Michalkiewicz apeluje do Jego Ekscelencji o zadbanie o jakąś oprawę tej nowej świeckiej tradycji ze strony Kościoła Postępu: np. można by urządzić z okazji daty 13 grudnia peregrynację obrazu Matki Boskiej Marksistowskiej Od Neutralności Światopoglądowej. Byłoby to połączenie pięknego z pożytecznym, bo osadziło by tę uroczystość w fundamentach naszej tożsamości narodowej. Można by też skomponować nowe utwory poetyckie, nawiązujące oczywiście tym razem do wartości "europejskich" - podobne do tych, które wypisywał Jerzy Borejsza na łamach "Czerwonego Sztandaru" swego czasu, z okazji "włączenia" Polski do Wielkiej Rodziny Narodów Wielkiego Związku Sowieckiego:
    "Mamy śliczne przodziewy
    Wyszywamy burki
    Wszyscyśmy syny Stalina
    I Stalina córki!"...

    Nagranie trwa prawie 7 minut, jest dostępne w Sieci do 17 XII 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Jeśli nie będziemy mieli pierwszoplanowych polityków w obozie rządzącym i w opozycji, to 70% Polaków może rychło zmienić swoje preferencje polityczne - Łukasz Perzyna o marnej kondycji polskiej sceny politycznej Wysłane poniedziałek, 3, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |





    Jeśli nie będziemy mieli pierwszoplanowych polityków w obozie rządzącym i w opozycji, to 70% Polaków może rychło zmienić swoje preferencje polityczne - Łukasz Perzyna o marnej kondycji polskiej sceny politycznej Wysłane poniedziałek, 3, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "W wyborach parlamentarnych dwa lata temu w sumie 50% Polaków poparło dwie główne siły zapowiadające zawiązanie koalicji PO-PiS. Na PO padło 24%, na PiS - 27%, ta różnica okazała się stanowiąca dla tego, kto miał formować rząd, no i koalicja nie powstała. Nie tylko niedawne wyborcy, sprzed miesiąca, przyniosły zmianę porządku, kolejności, mówiąc językiem torów wyścigowych, ale i znaczącą zmianę proporcji: PO ze swoimi 41% głosów poparcia to rekord w demokratycznych wyborach, z drugiej strony PiS ze swoimi 32% to również wynik 5 milionów głosów, lepszy niż w poprzednich wyborach, choć dla nich były to jednak wybory przegrane. Jednym słowem, sumując: prawie ¾ Polaków poparło Platformę lub PiS. Potwierdzają to ostatnie sondaże" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje wydarzenia polityczne z minionego tygodnia.

    50% Polaków wciąż wskazuje na PO jako swoją reprezentację, ledwie 20% - PiS. Można więc powiedzieć, że 70% Polaków stawia na tych, którzy mają kłopoty - bo mają je zarówno PO, jak i PiS. Optymistyczne, 3-godzinne wystąpienie nowego premiera Tuska zawierało w sobie formułę, że tym razem władza nie będzie się żywić konfliktami, lecz będzie je łagodzić. Tymczasem mamy już pierwsze konflikty na linii nowa władza - związki zawodowe: pielęgniarki, górnicy, lekarze... Po tych grupach zawodowych pewnie przyjdą do stolicy protestować nauczyciele... A co robi opozycja? Zapowiadała, że "będzie iść zwartym, szerokim frontem i uniknie gorszących podziałów w swoim obozie". A jednak Jarosław Kaczyński z uporem godnym lepszej sprawy zajmuje się lansowaniem Antoniego Macierewicza i zwalczaniem wewnętrznej frakcji, na czele której stoją Ludwik Dorn, Michał Ujazdowski czy Paweł Zalewski - polityków, na których wcale nie w decyzjach pierwszego wyboru głosował elektorat PiS-owski - czyli sprawami drugorzędnymi...

    Nagranie trwa ponad 6 minut, jest dostępne w Sieci do 17 XII 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Prokurenci liberalizmu - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 3, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Rzeczpospolita" opublikowała wywiad z Andrzejem Olechowskim, w którym niegdysiejszy "trzeci tenor" zdementował, jakoby miał propozycje zostać mężem opatrznościowym strategicznych przedsiębiorstw, ale i trudno się dziwić takiej rezerwie, skoro z treści wywiadu wynika, że jest on już nie tyle szarą eminencją PO, co prokurentem Pana Boga na Polskę.

    Otóż zaczęło się od tego, że pani redaktor Eliza Olczyk zapytała pana Olechowskiego, czy Donald Tusk jest liberałem? Olechowski wyraźnie rozdrażniony odparł, że "nie chce psychologizować", a to dlatego, że ma "serdecznie dosyć ostatnich dwóch lat, kiedy zajmowaliśmy się psychologią osób rządzących", dodając zarazem, że dla niego "istotne jest to, co premier robi, a nie to, co myśli". Oczywiście można spierać się, czy tylko przez ostatnie dwa lata "psychologizowaliśmy", ale co do reszty -to wydaje się, że zaprezentowane podejście byłoby całkiem rozsądne, gdyby nie pewne "ale". A takie mianowicie, że kilka zdań później, na pytanie o sens wprowadzenia podatku liniowego, Andrzej Olechowski stwierdza, że "gdyby Pan Bóg wprowadzał podatek, to byłby on liniowy".
    Wynika z tego, że Olechowski nie wie ani nie chce domyślać się, co myśli Donald Tusk, ale doskonale wie, jakie poglądy podatkowe ma Pan Bóg. Cóż, swego czasu niejaki George Sörös w wywiadzie dla "Polityki" oznajmił, że czasami wydaje mu się, że jest Bogiem, więc może poglądy Pana Boga na temat podatku liniowego są Olechowskiemu znane za wstawiennictwem Sörösa? Niestety, bardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza, że oto malowani liberałowie znowu, jak na początku lat 90., przystępują do kompromitowania idei wolnorynkowych. A jest tak dlatego, że z punktu widzenia wolnego rynku dajmy na to system progresywny ze stawkami np. 5, 6 i 7 procent jest korzystniejszy niż system proporcjonalny ze stawką 15 procent. System bez ulg i odliczeń, ale z niskimi stawkami jest lepszy od systemu z ulgami i odliczeniami, ale z wyższym opodatkowaniem - nawet liniowym etc. Oczywiście wynurzenia i złote myśli z zakresu teologii podatkowej w wykonaniu Olechowskiego można sobie darować i potraktować jako kolejny intelektualny wybryk tego najwybitniejszego symbolu polskiej klasy próżniaczej, ale niestety są i inne dowody na reanimację ideologii "liberalizmu KLD-owskiego". Otóż w tym samym numerze "Rz" opublikowano obszerne wynurzenia Janusza Lewandowskiego pod wiele mówiącym tytułem "liberalizm nienazwany". Kolejny czołowy przedstawiciel środowiska dawnego KLD zastanawia się nad szansami obecnego rządu w dziele wprowadzania liberalnych reform gospodarczych. Właściwie przez większą część tekstu można zastanawiać się, o co właściwie jego autorowi - powtarzającemu wytarte, definicyjne formułki - chodzi, ale jak się wydaje, odpowiedź znajdujemy w podsumowaniu tekstu. Lewandowski pisze, że "bez szans jest nie tylko liberalizm integralny w wersji zachodnioeuropejskiej, ale także wszelkie liberalne doktrynerstwo. Nadaje się jedynie do felietonów á la Korwin-Mikke. Liberalizm praktyczny musi być pragmatyczny. Tylko wtedy zyskuje polityczne znaczenie...". Oczywiście Lewandowski nie definiuje, co należałoby rozumieć jako liberalizm pragmatyczny, gdyż woli "odkrywać" "pobożnych socjalistów" w szeregach prawicy "namaszczonej przez księdza Rydzyka", ale przecież nie od dziś wiadomo, że najbardziej pragmatyczny był liberalizm socjalistyczny, który teraz będzie funkcjonował pod nazwą partnerstwa publiczno-prywatnego, co zresztą zostało zapowiedziane w rządowym exposé.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Zwodnicze referendum rumuńskie - Nazar Bojko i Jerzy Przystawa Wysłane poniedziałek, 26, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Pierwszy raz widziałem polityków wzywających obywateli do bojkotu udziału w głosowaniu. Do tej pory zawsze tłumaczyli nam, że "udział w głosowaniu powszechnym jest świętym obowiązkiem obywatela" - tak Trãian Bãsescu podsumował, ok. godziny 22. czasu rumuńskiego, 25 listopada 2007, wyniki zakończonego przed chwilą głosowania w referendum narodowym, w którym Rumuni odpowiadali na pytanie: "Czy jesteś za tym, żeby w najbliższych wyborach parlamentarnych każdego posła i senatora wybierano w okręgu jednomandatowym, w dwóch turach". Pytanie postawione prosto i jasno, odpowiedź też była prosta: "Da" lub "Nu" - tak lub nie. I 89,1% głosujących odpowiedziało na pytanie swego prezydenta "DA". Jedynie 10,2% było przeciw. Według danych, jakie do tej pory napłynęły do Biroul Electoral Central - Centralnego Biura Wyborczego - do referendum stanęło ok. 34% uprawnionych do głosowania, co oznacza, że "DA" powiedziało 30% całej populacji wyborców, a więc ok. 5,5 miliona. Gdyby do referendum poszło o 20% więcej i wszyscy oni głosowali "Nu", to referendum byłoby wygrane. Jednakże nie poszli - referendum jest nieważne, co będzie teraz z ordynacją wyborczą - tego nikt nie wie. Klasa polityczna triumfuje: wymanewrowali swego prezydenta, zmanipulowali opinię publiczną, zbojkotowali referendum, zatrzymali Rumunów w domach. Miotła, którą prezentowany jest tu i tam Bãsescu, na wymiecie klasy próżniaczej. "Hai la curaţenie!" - "Chodźmy posprzątać!" - woła Prezydent z nielicznych bilbordów. Tym razem jeszcze nie posprząta.
    Jeszcze nie wiemy, co zrobi. Może, jak zapowiadał miesiąc temu, powtórzy referendum. Może wynegocjuje odpowiednią zmianę ze swoimi przeciwnikami. 30% Rumunów opowiedziało się za nim. To bardzo dużo. Gdybyśmy chcieli porównać to do warunków polskich, to zwycięstwo PO w ostatnich wyborach, przy frekwencji ok. 54% i poparciu 35% daje mniej niż 20% wszystkich wyborców. Prezydent, w swoim wystąpieniu, zwraca uwagę na tę osobliwość konstytucyjną: kiedy partie polityczne odwoływały go z urzędu, na wiosnę tego roku, wtedy kworum nie było wymagane - teraz, kiedy chodzi o ważną ustawę dla społeczeństwa, konieczne jest 50%. Drugim jego atutem jest i fakt, że partia, która go poparła, Partitul Democrat - Partia Demokratyczna, w wyborach do Parlamentu Europejskiego uzyskała największe poparcie, 29,1%. O 7% więcej od następnej, Partitul Social Democrat (odpowiednik naszego SLD). Jego atuty są więc niebanalne, nie jest bez szans, może coś "wynegocjuje"?
    Ale pewnie nie wynegocjuje. Jego przeciwnicy wykazali przebiegłość i spryt. I wykorzystali wszystkie środki, jakie posiada rząd i administracja rządowa, cała rozwinięta struktura politycznego i administracyjnego zaplecza klasy rządzącej. Mamy status akredytowanych obserwatorów, chodzimy po Bukareszcie, razem z naszym rumuńskim cicerone - Cornelem Calomfirescu - odwiedzamy lokale wyborcze, rozmawiamy z członkami komisji, rozmawiamy z ludźmi na ulicy. I z tymi, którzy podążają do lokali wyborczych i z tymi, którzy nie chcą o niczym wiedzieć i słyszeć.
    Przede wszystkim uderza nas brak jakiejkolwiek kampanii referendalnej na ulicach , informujących o referendum, żadnych apeli, posterów. Kilka bilbordów ze zdjęciem Bãsescu i hasłem "Hai la curaţenie! Da pentru uninominal" - "Chodźmy posprzątać! Tak za okręgami jednomandatowymi". Szukamy lokali wyborczych. Oznakowanie miejsc do głosowania przedziwne. Fotografujemy tabliczki niedbale wetknięte za drut na korpusie jakiejś latarni, fotografujemy przekręcone do góry nogami znaki. Głosowanie referendalne odbywa się w innych lokalach niż głosowanie w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Prezydent domagał się, żeby te same komisje obsługiwały oba głosowania. Wytłumaczono mu, że to jest niemożliwe, że PRAWO tego zabrania. Muszą być różne komisje. Nie tylko na szczeblu lokalnym, ale i na szczeblu centralnym. W siedzibie Centralnej Komisji Wyborczej informacje dla prasy podawane są osobno, o różnych godzinach, nie wolno zapytać o jedno i drugie. Są różne "centralne komisje". Wszystko osobno. Nota bene, z Polski obecny jest tylko korespondent "Opcji na Prawo" (JP), z Ukrainy - lwowskiej gazety lokalnej (NB). Inaczej z innych krajów: jest i Reuters, i AFP, są Niemcy, są Austriacy, są Hiszpanie, Węgrzy, są agencje chińskie (Xinhua), są Rosjanie, Czesi. Nie ma obserwatorów OBWE, która to organizacja nie wykazała zainteresowania wydarzeniami w Rumunii.
    Komisje do PE ulokowane są w widocznych miejscach, w obszernych, łatwo dostępnych pomieszczeniach. Komisje referendalne w jakichś klitkach, w których niejednokrotnie z trudem się mieszczą i trzeba ich szukać. W jednym z gmachów musieliśmy przejść kilkaset metrów krętymi korytarzami, aby dojść do siedziby komisji. Ich członkowie dzielą się z nami uwagami: frekwencja referendalna jest wyraźnie niższa od parlamentarnej. Po północy udziela nam wywiadu przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej, sędzia Niculae Mãnigutju. Na pytanie, dlaczego były różne komisje wyborcze, inna dla głosowania w sprawie referendum, a inna dla wyborów do PE, odpowiada, że jest urzędnikiem państwowym, to jest sprawa polityczna i musi się uchylić od odpowiedzi. Na pytanie, dlaczego komisje Bãsescu"parlamentarne" były wyraźnie uprzywilejowane, tłumaczy nam, że komisje do spraw wyborów do PE były wyłonione wcześniej, a referendum ogłoszone później, więc był poważny problem ze znalezieniem odpowiednich lokalizacji. Trudno się z nim nie zgodzić. Ale fakt pozostaje faktem: wygląda na to, że zrobiono wszystko, aby zniechęcić wyborców do głosowania w sprawie referendum.
    Rozmawiamy z trójką młodych ludzi na ulicy. Wszyscy mówią po angielsku. Jeden odpowiada, że właściwie, to nie ma czasu. Drugi, że nie wie naprawdę, o co w tym wszystkim chodzi, nie bardzo rozumie ideę referendum. Najbystrzejsza z trójki jest młoda dama: wyjaśnia nam, że o nic nie chodzi. Zarówno rząd, jak i prezydent chcą tego samego: jednomandatowych okręgów wyborczych. Rząd zapowiedział, że sam wprowadzi JOW. Ale prezydent się uparł, że najpierw zapyta obywateli. Jaki jest sens głosować, skoro i jedni i drudzy chcą tego samego?
    Konfuzja. O co w tym wszystkim chodzi? Z tym spotykamy się w wielu wypowiedziach. Rząd chce JOW i prezydent chce JOW: czy nie jest po prostu pieniaczem, który dla zaspokojenia własnej ambicji chce, na przekór rządowi, pytać ludzi o to, co jest oczywiste?
    Młody człowiek, którego pytamy o drogę: "Ja i polityka, to rzeczy całkowicie rozdzielne. Nie obchodzi mnie". Młoda para na przejściu: "Tak, wiem, że jest referendum, ale dzisiaj jestem bardzo zajęty. Nie mam czasu". Bukinista pod Uniwersytetem: "Nie obchodzi mnie to. Dlaczego? A czy muszę wyjaśniać?". Ale inny bukinista, znacznie starszy, patrzy na sprawy zupełnie inaczej. "Oczywiście, Bãsescu ma rację, reforma jest konieczna. Ale naród jest ciemny. Frekwencja nie przekroczy 30%. Nie uda się". Lotnik-emeryt, na ulicy, wyjaśnia nam sens reformy, tłumaczy nam dlaczego jest konieczna, boleje, że młodzi tego nie rozumieją. Emerytka: oczywiście, idzie poprzeć Bãsescu. Nie wie, co się stało z młodymi. Oni tego nie rozumieją.
    Zatrzymujemy grupę młodych ludzi. Rozmawia z nami student dziennikarstwa. Oczywiście, reforma jest konieczna. Bãsescu wygra, bo popiera go prowincja, popiera go wieś. Oni nie wiedzą, o co chodzi, pójdą głosować za Bãsescu. On popiera całym sercem. Z jego kolegami jest różnie.
    Rozmawiamy z damą, która jest przedstawicielką Partii Konserwatywnej przy Centralnej Komisji Wyborczej. Nie zna programu swojej partii, nie bardzo może odpowiedzieć na nasze pytania. Twierdzi, że jej partia jest "za", chociaż z innych informacji wiemy, że jest akurat odwrotnie. Nie wie, na czym polega różnica pomiędzy projektem rządowym a projektem Bãsescu.
    Konfuzja. O co w tym wszystkim chodzi? Rząd chce JOW i Bãsescu chce JOW, po co mamy iść głosować, po co to referendum?
    Klasa polityczna, partie polityczne. Stanęły na wysokości zadania: skoro Bãsescu chce nas pokonać przy pomocy JOW, weźmy byka za rogi i ogłośmy JOW! To nie ważne, że nasze JOW nie przypominają JOW Bãsescu, kto potrafi się w tym rozeznać? Najkrócej mówiąc, Bãsescu chce JOW na wzór francuski: wybory w okręgach jednomandatowych, w dwóch turach. Rząd chce JOW na wzór niemiecki: połowa mandatów rozdzielana przez partie polityczne poza kontrolą wyborców. Niebo a Ziemia. Ale nazwali to "Uninominale", dokładnie tak, jak Bãsescu. Ponieważ w ich rękach są środki przekazu, gazety i miejsca publiczne, oni są górą.
    Traian Bãsescu to prawdziwy nauczyciel. W swoich wystąpieniach klarownie, przystępnie, logicznie i pięknie uczy, na czym polegają zalety JOW. Mówi o odpowiedzialności parlamentarzystów przed wyborcami, wyjaśnia, dlaczego ten system daje wyborcom kontrolę nad ich przedstawicielami. Pokazuje, czym się różni państwo upartyjnione od państwa obywatelskiego. Jego prezentacje można wziąć wprost i pokazywać dzieciom w szkołach.

    "Nec Hercules contra plures". Klasa polityczna nie jest ani fantomem, ani iluzją. To realna siła. Rząd, administracja państwowa, partie polityczne i ich zaplecze. Jakie możliwości mają obywatele, nawet ze swoim prezydentem na czele?

    Bukareszt, 26 listopada 2007

    Nazar Bojko, Jerzy Przystawa

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


    Relacja prof. Andrzeja Czachora z II Pikiety Solidarności z Rumunią przed Referendum o JOW oraz list skierowany do prezydium sejmu Wysłane poniedziałek, 26, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

    II Pikieta Solidarności z Rumunią przed Referendum o JOW - 25.11.2007

    W samo południe 22 listopada 2007 przed Ambasadą Rumunii zebrało się ponad 30 osób pełnych energii i skłonnych do ekspresji.

    Wyposażenie nr 1: nowy transparent bojowy z napisem: "Referendum o Jednomandatowe Okręgi Wyborcze w Rumunii 25 listopada 2007, kiedy w Polsce?" i inne. Burmistrz Marian Dzięcioł przywiózł flagę biało-czerwoną aż z Łochowa. Pani Antonina Komorowska wróciła tym razem na czas z samego Paryża, przywożąc polonijny desant pełen inicjatywy. Radny Mariusz Wis przedstawił prominentnego uczestnika - posła Szczerbę. Pan poseł stwierdził, że wprowadzenie ordynacji JOW uważa za swoje osobiste zadanie życiowe. Podziękowaliśmy, że był z nami choć chwilę. Wielkim wzięciem wśród uczestników cieszyły się sławne nalepki profesora Dakowskiego: "Chcemy w 100% JOW w wyborach do Sejmu" - wkrótce nie miał już ani jednej. (...) Konsekwencję przejawiali "zawsze wierni" Marek Frankiewicz i Kazimierz Łochowski. Grupa pań - uczestniczek pikiety prezentowała się okazale. Mam nadzieję, że coś z nastroju uwidocznią fotografie, które obficie pstrykano.
    Czekając na pojawienie się pana ambasadora, w przerwach między kolejnymi seansami skandowania, podpisywaliśmy list do Prezydium Sejmu; widzę na kopii 27 podpisów. Uprzejmi policjanci sami dostarczyli nam informację, że mają nas potem konwojować pod Sejm. O co wystąpił wcześniej koordynator Remigiusz Zarzycki, obecny w ciepłym szaliku i wełnianej gustownej czapeczce - grypa nie radość. Pojawili się dziennikarze, ale tylko z aparatami foto - nie widziałem telewizyjnych kamer. Haseł było w bród, repertuar podobny jak tydzień wcześniej, ale siła głosu wzrosła w trójnasób.
    Wabiliśmy ambasadora, skandując rytmicznie: "Referendum - brawo Rumuni", "Referendum - kiedy w Polsce?" oraz w warszawskim stylu: "Traian Basecsu - Pan masz łeb!". O 12.30 pojawił się ambasador Gabriel C. Bartas w towarzystwie wicekonsula. Powitany oklaskami, powiedział nam słowa nader ważkie, że kontaktuje się z nami w oparciu o formalną instrukcję swoich władz, uzyskaną kilka minut wcześniej, że nas wita i cieszy się z naszego poparcia dla inicjatywy prezydenta Basescu, że już w najbliższy wtorek zaprosi i zapozna osoby organizujące tę manifestację z wynikami rumuńskiego referendum.
    Z tym błogosławieństwem ruszyliśmy ulicą Szopena w stronę Sejmu. Na rogach ulic ponawialiśmy akcję skandowania dla przechodniów i samochodów, akcentując potężnie refren "JOW, JOW, JOW!". Stojąc pod Sejmem, wznosząc okrzyki, liczyliśmy co najmniej na pojawienie się posła Szczerby, z którym się na to umawialiśmy. Spotykamy tam grupę ślicznych licealistek z Chełma, które udało się zainteresować ideą JOW przynajmniej w takim stopniu, że z zapałem chwytały nasze emblematy i mamy wspólną fotografię. Próba dotarcia całością pikiety na sejmowe dziedzińce, choć opatrzona obfitą argumentacja prawniczą przedstawiciela Polonii, spotkała się z grzeczną odmową straży marszałkowskiej. Spotkanie z którymś z marszałków w celu przekazania naszego listu również okazało się niemożliwe - poinformowano nas, że teraz ma miejsce posiedzenie Prezydium Sejmu.
    W towarzystwie dowódcy straży, p. Tadeusza Porębskiego udajemy się w dwie osoby do odp. Biura Podawczego Sejmu, gdzie przekazujemy nasz wspólny list do Prezydium Sejmu. Około 13.30 zwijamy transparenty, ściskamy sobie dłonie (w tym momencie wystarczyło już tylko około 10 uścisków) i rozchodzimy się. Dzień był nadal słoneczny i piękny... Być może - za tydzień Pikieta Gratulacyjna.

    Zebrał A. Czachor




    Warszawa, 22 listopada 2007
    Prezydium Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej
    ul. Wiejska 4/6
    00-902 Warszawa


    Ordynacja wyborcza jest najważniejszym narzędziem demokracji i zasługuje na dogłębną debatę narodową w Polsce. Dotychczasowe sprawdziany wskazują, że w Polsce ok. 75% obywateli jest za tym, aby do Sejmu wybierać ludzi, nie partie.
    Za trzy dni, 25 listopada 2007, obywatele Rumunii przeprowadzą historyczny zabieg takiego usprawnienia demokracji w swoim kraju: w ogólnonarodowym referendum wyrażą swoją opinię o wprowadzeniu systemu Jednomandatowych Okręgów Wyborczych - votul uninominal - jako metody wyłaniania swych reprezentantów do pełnienia władzy państwowej. Gorąco ich popieramy.
    Ruch Obywatelski JOW od dawna zabiega o wprowadzenie w Polsce ordynacji wyborczej typu JOW do Sejmu. Niestety, jak do tej pory, jeśli nawet niektóre partie polityczne artykułowały pewne obietnice zmiany obecnej tzw. proporcjonalnej ordynacji, to tylko na użytek propagandy przedwyborczej.
    Nasz Ruch ma za sobą ponad 10 lat działalności edukacyjnej i studiów nad mechanizmami wyborczymi, liczne manifestacje i konferencje, bogaty zestaw publikacji i materiałów studyjnych; mamy też zespół ekspertów w tej dziedzinie. Oczekujemy od obecnego Sejmu i Senatu bezzwłocznego zorganizowania ogólnonarodowego referendum, w którym nasi obywatele zadecydują o kształcie ordynacji wyborczej. Oferujemy włączenie doświadczeń i propozycji Ruchu JOW do tych prac Parlamentu.

    Kontakt:
    Grupa Warszawska Ruchu Obywatelskiego JOW i inni uczestnicy:
    Remigiusz Zarzycki
    koordynator G. Warsz. JOW
    03-741 Warszawa
    ul. Białostocka 22
    tel. 022 741 24 45
    r.zarzycki@fokuspr.pl

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Wóz przed koniem - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 26, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Od kilku dni media ekscytują się, który z polskich dygnitarzy pojedzie, a który nie pojedzie lobbować za przyznaniem dla Wrocławia prawa do zorganizowania wystawy Expo 2012. Powtarza się ten sam scenariusz, który można było zaobserwować przy okazji najpierw organizacji Miss World w Warszawie, która to impreza miała przynieść stolicy sławę i pieniądze, następnie wybuchła trwająca nadal i nabierająca temperatury gorączka przygotowań do Euro 2012, a teraz znowu sprawa Expo 2012. Jak zwykle uczeni doradcy i lobbyści piszą, ile to miliardów złotych wpadnie z tego tytułu do budżetu państwa, ile powstanie nowych miejsc pracy oraz ilu turystów zwiedzi Wrocław i naszą ojczyznę. Dlatego też redaktorzy "poważnych" gazet zaraz po zaprzysiężeniu rządu Tuska pisali, że pierwszą rzeczą, jaką nowy szef rządu powinien zrobić, to chwycić za słuchawkę i zadzwonić - no właśnie do kogo? - w celu lobbowania za kandydatura Wrocławia. W końcu Tusk podobno zadzwonił do gabinetów trzech premierów, ale krajów głosujących nad miejscem organizacji wystawy jest podobno 140, więc jeszcze trochę głosów może brakować. Nawet marszałek Borusewicz pod kilkudniowym ostrzale wycofał się z wcześniejszego stanowiska i postanowił jednak do Paryża pojechać, dołączając tym samym do byłego prezydenta Wałęsy, który już tam od soboty organizuje uroczyste kolacje. Ale czy poczęstowanie jakiegoś afrykańskiego prezydenta lub azjatyckiego premiera jajeczkiem z kawiorem wystarczy do skłonienia go do pożądanego sposobu głosowania, zwłaszcza że i inne konkurencyjne delegacje również nie próżnują na polu garmażeryjnym? Tu chyba daje się jednak większe łapówki, gdyż trudno mieć w dzisiejszym świecie złudzenia, jak wygląda przekonywanie do głosowania w tego typu spędach różnych światowych prezydentów, premierów i kacyków pomniejszego płazu.
    Jest pewne, że gdyby ukraińscy oligarchowie nie sypnęli groszem w odpowiednią stronę, to organizacja Euro 2012 byłaby dzisiaj przywilejem innej spółki państw. Mieliśmy tę przewagę, że Ukraina jeszcze nie wdrożyła standardów europejskich w takim zakresie, że trochę pieniędzy funkcjonuje tam jeszcze poza różnymi rejestrami i niektórzy tamtejsi sponsorzy mogą je wydawać bardziej swobodnie, nie narażając się od razu na zarzuty o korupcję. Co nie znaczy oczywiście, że organizacja tych mistrzostw będzie dla nas darem losu, gdyż zapewne impreza ta będzie więcej kosztować podatników niż korzyści, jakie im przyniesie. Przedstawiane argumenty, jakoby dzięki temu wybudujemy szybciej drogi i inną infrastrukturę, są dość kiepskiej jakości, gdyż wychodzą z założenia, że w Polsce to co konieczne - buduje się dopiero kiedy jakaś międzynarodowa zwierzchność postawi nam terminowe ultimatum.
    To samo jest z targami Expo, gdyż być może Wrocław i okolice potrzebują tych wielogwiazdkowych hoteli, restauracji, sal kongresowych etc., a jeżeli tak, to należałoby je budować w dostosowaniu do codziennych potrzeb aglomeracji, a nie z myślą o trzymiesięcznej kulminacji gości odwiedzających targi w 2012 r. Swoją drogą, za te czternaście milionów wydanych dotychczas na urabianie delegacji mających głosować w Paryżu za kandydaturą Wrocławia można było już co nieco wybudować, a tak może okazać się, że owa kampania będzie tak samo potrzebna i skuteczna, jak słynne reklamy zachęcające Polaków do powrotu z Irlandii.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    "Hepi birzdej tu juuuu" - łabędzi śpiew dla premiera Donalda Tuska? - Łukasz Perzyna o zawirowaniach powyborczych w środowiskach dwóch głównych ośrodków politycznych "polskiego regionu UE" Wysłane piątek, 23, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz|







    "Hepi birzdej tu juuuu" - łabędzi śpiew dla premiera Donalda Tuska? - Łukasz Perzyna o zawirowaniach powyborczych w środowiskach dwóch głównych ośrodków politycznych "polskiego regionu UE" Wysłane piątek, 23, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

    "Iwabradyna. Komu coś mówi nazwa tego tajemniczego specyfiku? Komu coś mówi nazwa firmy farmaceutycznej Servier? To przecież czarna magia, fantasmagoria, ale w polskim życiu politycznym mamy kolejną aferę, tym istotniejszą, że ma ona miejsce w dotychczasowym obozie tropicieli afer. Sprawę Bolesława Piechy, jego kłamstwa, że nie spotkał się w knajpie z przedstawicielem firmy farmaceutycznej, można ujmować w kilku aspektach. Fatum, jakie ciąży nad lekarzami, zasłużonymi dyrektorami szpitali, którzy jak tylko biorą się za politykę, jak tylko zostają ministrami - przestają być lokalnymi autorytetami zaskarbiającymi sobie wdzięczność pacjentów, a stają się cynicznymi kapitalistami. Pamiętamy, że kiedy SLD sięgnął po dyrektora warszawskiego szpitala na Banacha, Mariusza Łapińskiego - miał on wyśmienitą opinię. Kiedy kończył swoja pracę ministerialną - miał opinię jak najgorszą wśród funkcjonariuszy rządu tow. Leszka Millera. Z Bolesławem Piechą ma rzecz się podobnie" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje najnowsze wydarzenia ze scen polskiego teatru politycznego.

    Rzecz nie polega w psychologii polityki. Chodzi o to, kto dyktuje tematy dyskursu publicznego i kto na tym korzysta. Stoimy w obliczu expose premiera Donalda Tuska. Jednak to tematy "PiS-owskie" rządzą dyskursem publicznym. Walka z korupcją: nadal nie zakończona sprawa byłej posłanki Beaty Sawickiej. Kwestia Bolesława Piechy, którego pozbył się od razu klub PiS. Sprawa Tomasza Lipca, byłego ministra sportu - na tradycyjnych tych tematach o korupcji zyskuje jednak PiS, choć jak na razie wynik "pojedynku" jest 2 : 1 na korzyść PO. Sprawa likwidacji postkomunistycznych służb specjalnych - Donald Tusk uśmiecha się nawet pewnie szczerze, gdy mówi o spotkaniu z nowym przewodniczącym komisji likwidacyjnej WSI, mecenasem Olszewskim.
    Odkąd w kampanii wyborczej okazało się, że LiD jest koalicją tylko wirtualną, chybionym pomysłem politycznym na wybory - środowisko "Gazety Wyborczej" przerzuciło się ze swymi sympatiami na Platformę Obywatelską. Jednak skład nowego rządu nie wróży tak wyśmienicie na przyszłość, jak by tego chcieli PR-owcy PO przedstawić w mediach mainstreamowych - zauważa Łukasz Perzyna. O pomyślności rządu Tuska nie zadecyduje cisza medialna, jaka dla niego korzystnie dotąd panuje: będzie na pewną trudną kwestia przyjęcia "globtroterów" do klubu PO, których chce się pozbyć Jarosław Kaczyński z własnej formacji jeszcze przed zwołaniem konwentu PiS, by ją jeszcze bardziej wzmocnić.
    Poseł Krzysztof Tchórzewski w imieniu PiS zapowiedział, że daje nowemu przewodniczącemu Rady Ministrów 100 dni spokoju, lecz lepiej myśleć o 100 dniach - do wyborów prezydenckich. To prezydent Kennedy miał swoje 1000 dni, o czym wiemy z Jego biografii - choć Donald Tusk z pewnością nie jest odpowiednikiem Johna Kennedy'ego, cokolwiek by nie robili jego przyboczni spin-doktorzy, by obecnego premiera upodobnić do prezydenta USA, nawet za cenę ciężkiego dyszkantu szansonistki Dody, śpiewającej okazjonalnie "Hepi birzdej, myster prezident, hepi birzdej tu juuuuuu"...

    Nagranie trwa prawie 14 minut, jest dostępne w Sieci do 7 XII 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    U schyłku niepodległości Rzeczypospolitej mamy dwuwładzę - Stanisław Michalkiewicz o ostatnich wydarzeniach na scenie teatru politycznego Wysłane czwartek, 22, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |