września 19, 2008 - października 6, 2008

MARSZ JOW NA WARSZAWĘ - 11 października 2008 Wysłane poniedziałek, 6, października 2008 przez Krzysztof Pawlak

W Polsce trwa nieustające narzekanie na stan kasty politycznej - że jest właśnie już nie klasą, a - kastą, nie dopuszczającą nowej krwi do środowiska, pełną negatywnych cech związanych z kastowością: degeneracją osobniczą, zaniżającym się poziomem etycznym i intelektualnym, nieustannie obserwowanym kolesiostwem, często - nepotyzmem, zaprzedaniem się grupom zawodowym czy środowiskowym, a więc - lobbystom, brakiem dbałości o sprawy państwowe, wręcz panoszącym się jurgieltnictwem, znanym z czasów saskich I Rzeczypospolitej. Jakie są proponowane sposoby naprawy tego stanu rzeczy?

Nie można w merdiach napotkać od lat śladów poważnej dyskusji "o uzdrowieniu Rzeczypospolitej". Wręcz przeciwnie: czynione są pozorowane dyskusje, w których dyżurni publicyści stawiają zasłony dymne w postaci pomysłów na utworzenie kolejnego ugrupowania politycznego, w którego gremiach najwyższych są widziani... ci sami politycy, na których w tym samych artykułach padają najbardziej jękliwe narzekania. Wszystko ma się obracać w tym samym tyglu, ten sam piasek ma posłużyć do budowy kolejnych zamków. Nieśmiało gdzieś przypominane sposoby naprawy fundamentów życia politycznego są od razu zbywane wzgardliwym pseudoargumentem "niedasie". "Konstytucja, panie!". "To u nas nie będzie działać!" itp. Warto zauważyć, że tak samo działo, dzieje się i dziać się bezie - w nauce, gdzie cenieni laureaci, wyniesieni z powodów wcześniejszych odkryć na wyżyny Parnasu, często kwestionują naiwne pytania przyszłych wynalazców czy odkrywców - czy aby na pewno wszystko już tak dobrze funkcjonuje, że nic nowego dla ludzkości nie pozostało do zbadania lub ustanowienia nowych reguł lub wzorów?

Tymczasem w Polsce nie trzeba niczego nowego odkrywać. Wręcz przeciwnie: wystarczy powrócić do istniejących w życiu politycznym Rzeczypospolitej wzorów; kiedyś posłowie na sejm byli posłami ziemskimi, wybierani w elekcji większościowej. Ten wzorzec został także dobrze rozpoznany i zastosowany w organizacji życia politycznego wielu narodów, które dawno znacznie nas wyprzedziły w zaawansowaniu cywilizacyjnym, na tzw. Zachodzie, choć też wiele społeczeństw Wschodu używa elekcji większościowej, jednomandatowej do wyboru swych przedstawicieli do ciał ustawodawczych. Postulat wprowadzenia systemu JOW od kilkunastu lat podnosi stowarzyszenie Obywatelski Ruch na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, które 11 października br. przeprowadza kolejną edycję "Marszu JOW na Warszawę"; do wzięcia w nim udziału wzywa wszystkich Polaków, którym nadzieja na niemal kontrrewolucyjną zmianę życia politycznego i powodzenie naszej ojczyzny nie została jeszcze odebrana. Warto przy tej okazji pokazać leniwym żurnalistom z "warszawki", że ich ignorancja albo celowe zaniechanie pozostanie hańbą jedynie ich samych, bo w naszym kraju są wciąż pomijane milczeniem środowiska autentycznie troszczące się przyszłość państwa i społeczeństwa.

Marsz rozpocznie się na placu Zamkowym, o godzinie 11.00, w jego ramach została przewidziana jeżdżąca platforma, gdzie będą prezentowane nagrania audiowizualne JOW TV, które do tej pory udało się przeprowadzić z częścią blisko 300 PT patronów Honorowych Ruchu JOW - wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, którzy poznali już dobrodziejstwa ordynacji większościowej, gdyż od dwóch kadencji są wybierani bezpośrednio przez mieszkańców swoich gmin, a nie przez gremia partyjne, w których głos decydujący mają liderzy ugrupowań politycznych. Marszowi będzie towarzyszyć ciekawy gadżet - sterowiec z identyfikatorem Ruchu JOW, który został pozyskany dosłownie w ostatnich dniach przed marszem - dzięki ofiarności sponsorów Ruchu JOW.

Komu więc zależy na radykalnej zmianie w polskim życiu politycznym, zapisaniu się w historii Polski jako uczestnik początków kontrrewolucji politycznej - w dodatku w atrakcyjnych "okolicznościach przyrody" - niech stawi się w Warszawie 11 X 2008 r.!

Redakcja ASME

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Chodźcie z nami! - prof. Jerzy Przystawa [MARSZ JOW NA WARSZAWĘ - 11 PAŹDZIERNIKA 2008, GODZ. 11.00] Wysłane poniedziałek, 6, października 2008 przez Krzysztof Pawlak

Na ten temat:

Przed laty, przy okazji odbywającej się na terenie Sejmu konferencji, oprowadzałem po korytarzach sejmowych lorda Normana Lamonta, posłującego do brytyjskiej Izby Gmin od ponad ćwierć wieku i ministra finansów w rządzie Johna Majora. Była to sobota rano, na chwilę przed otwarciem obrad. Nagle na korytarzu pojawiła się grupa pań i panów w nadzwyczaj dobrych humorach. "Kim są ci ludzie?" - zapytał Lord. Odpowiedziałem, że to posłowie Rzeczypospolitej. "A co oni tu dzisiaj robią?" - dziwił się nadal Anglik. I wyjaśnił mi, że w Parlamencie Brytyjskim taka sytuacja jest nie do pomyślenia: tam każdy poseł, po zakończeniu piątkowego posiedzenia Izby, wsiada w co może i wyjeżdża do swojego okręgu wyborczego; i spędza weekend nie na łapaniu ryb nad jeziorem czy spacerach w górach, tylko na spotkaniach ze swoimi wyborcami. Poseł, który by tego zaniedbał, długo by w Parlamencie nie zabawił. Bardzo ciekawie pisze o tych sprawach inny lord, Jeffrey Archer, także posłujący przez ćwierć wieku, w świetnej książce "Pierwszy między równymi". Mam powody wierzyć tym lordom, bo jeszcze na początku lat 90. gościłem innego lorda o podobnym stażu, który mi opowiadał o swoim okręgu wyborczym, w którym - jak twierdził - znał nieledwie każdą rodzinę, zapraszany do domów swoich wyborców na wesela, chrzciny, pogrzeby i inne uroczystości. Aby zostać posłem do Parlamentu Brytyjskiego, trzeba zdobyć najwięcej głosów w swoim okręgu wyborczym, dlatego kandydat musi z wyborcami przebywać jak najczęściej, musi być im znany i musi to być znajomość z dobrej strony.

Każdy z nas wie, jak inaczej wygląda ta sprawa w przypadku parlamentarzystów polskich. Na stronie internetowej Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych (www.jow.pl) (JOW) znajdują się wywiady telewizyjne z kilkudziesięcioma prezydentami miast, burmistrzami i wójtami. Prawie wszyscy oni mówią o tym, że w ich gminach posła spotkać można tylko przy okazji kampanii wyborczej, a wiec tuż przed kolejnymi wyborami. W Polsce bowiem, żeby zostać posłem, a nawet posłować przez całe dziesięciolecia, wcale nie potrzeba cieszyć się poparciem wyborców i znajomość z nimi potrzebna jest najwyżej do chrzanu tarcia. Przyjrzyjmy się bowiem kilku posłom, którzy zasiadają w Sejmie przez wszystkie kadencje, łącznie z tą, która była jeszcze "za komuny" i zobaczmy jakiego poparcia udzielają im wyborcy w ich okręgach:

Waldemar Pawlak (z Płocka), 24.638 głosów, tzn. 7,8% (3,7% uprawnionych)
Franciszek Stefaniuk (z Chełma), 13.271 głosów; tj.3,7% (1,7% uprawnionych)
Jerzy Szmajdziński (z Legnicy), 42.724 głosy; tj. 10,3% (5,2% uprawnionych)
Janusz Zemke (z Bydgoszczy), 42.347 głosów; tj. 9,8% (5,2% uprawnionych)
Stanisław Zych (z Zielonej Góry), 18.631 głosów , czyli 4,6% (2,3% uprawnionych)
Stanisław Żelichowski (z Elbląga),6.437 głosów, tj. 2,71% (1,3% uprawnionych)

Jest oczywistym, że żaden z nich, z takim poparciem, nie miałby czego szukać w brytyjskim systemie wyborczym. Nie cieszą się oni uznaniem wyborców w ich okręgach wyborczych, pomimo tego, że ich twarze występują codziennie we wszystkich możliwych programach telewizyjnych, zajmują posady rządowe, komentują wszystkie wydarzenia. Tego wszystkiego za mało, żeby zarobić na zaufanie wyborców, ale - jak widać - nie jest ono nikomu z nich do niczego potrzebne. Nie mają więc powodu, żeby - jak parlamentarzyści brytyjscy - gnać na weekendy do Elbląga, Zielonej Góry czy Legnicy, mogą się spokojnie relaksować w znakomitych lokalach Warszawy, na koncertach i galach. Kiedy w telewizji oglądam jakieś galowe przedstawienie, to kamery zawsze z dumą pokazują nam naszych wybitnych parlamentarzystów, jak bawią się dobrym towarzystwie, śmieją od ucha do ucha - gwiazdy parlamentu nagradzają oklaskami gwiazdorów sceny. Tylko nam, szeregowym wyborcom, nie jest tak specjalnie do śmiechu.

Dlaczego w Polsce mamy całkiem inny system wyborczy niż Wielka Brytania (USA, Kanada, i wiele innych krajów), chociaż tak kochamy Amerykę, Anglię, Kanady i wszystko stamtąd "bierzemy w ciemno"? Dlaczego dżinsy, kokakolę, ajpody i najbardziej nawet idiotyczne filmy i seriale, a nie system wyborczy, który jest najważniejszym rozstrzygnięciem ustrojowym?

Odpowiedzi udzielić by nam mogli uczestnicy negocjacji w willi gen. Kiszczaka w Magdalence, którzy rozstrzygnęli te sprawy - nie pytając nas o zdanie. Gdyby bowiem zapytali, to wiadomo, że wybór musiałby być inny. Dowodzą tego wszelkie badania opinii publicznej, które systematycznie pokazują, że najwięcej Polaków chce wyborów w jednomandatowych okręgach wyborczych, że odsetek ten z roku na rok wzrasta, podczas gdy liczba godzących się na system list partyjnych, z roku na rok - maleje. Dowodzi tego fakt, że trzy lata temu Platforma Obywatelska zebrała ponad 750 tysięcy podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie wprowadzenia JOW. Dwa lata wcześniej "Rzeczpospolita" opublikowała tzw. apel intelektualistów, którzy domagali się JOW w wyborach do Sejmu, a apel ten natychmiast poparła masa ludzi z najróżniejszych środowisk (ilu dokładnie, nie wiemy, bo tej wiadomości publicznie nie udzielono, ale wiemy, że bardzo dużo).

Klasa polityczna udaje, że tego wszystkiego nie widzi i nie słyszy, wniosek obywatelski o referendum poszedł do kosza bez dyskusji; wniosek konferencji wójtów, burmistrzów i prezydentów miast do Rzecznika Praw Obywatelskich o interwencję w tej sprawie - Rzecznik zignorował.

W sobotę, 11 października 2008 r., zapraszamy wszystkich, komu ta sprawa leży na sercu, na plac Zamkowy w Warszawie (szczegóły na http://www.jow.pl), aby wspólnie upomnieć się o nasze niezbywalne prawa obywatelskie, które są systematycznie łamane: o prawo do swobodnego kandydowania do Sejmu; o poszanowanie konstytucyjnej zasady równości obywateli; o prawo do tego, żeby w Sejmie reprezentowali nas ludzie, których znamy i którzy zasługują na nasze zaufanie. I których będziemy mieli możność z tego Sejmu odwołać, kiedy to zaufanie zawiodą. O jednomandatowe okręgu wyborcze.

Jerzy Przystawa

Publicystykaprof. Jerzego Przystawy na ASME.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Upiór "antsyemityzmu" powraca: niemieckie "nie" dla pomocy bankrutującym bankierom Wysłane niedziela, 5, października 2008 przez Krzysztof Pawlak

Nowożytny antysemityzm, a właściwie - antyjudaizm, bo Semitami są przecież i Arabowie - został wynaleziony, jak i wiele innych cennych nowatorsko pomysłów na nowoczesne urządzenie świata typu socjalizm państwowy (kanclerz Bismarck i jego kamraci), komunizm (ale tylko ta jego odmiana, wprowadzana u wrogów Niemiec na skutek działań służby cesarsko-kanclerskiego sztabu generalnego) - przez niemieckojęzyczne ludy z Rzesz: właściwej (dzisiaj - Niemcy federalne) i Wschodniej, dziś zwanej w Polsce Austrią, od jej starowysokoniemieckiej nazwy - Österreich.

Antysemityzm nowożytnego typu pojawił się jako przejaw gniewu i rozgoryczenia po stracie łatwo zarabianych pieniędzy przez liczne rzesze niemieckiej klasy średniej w wyniku wiktorii kanclerza Bismarcka nad Napoleonem III. Społeczeństwa w większości tworzone są przez tzw. klasę średnią (finansowo i mentalnie), a niemiecka klasa średnia po dopływie łatwych pieniędzy z francuskiej kontrybucji po przegranej wojnie - po prostu zwariowała, albo może - nie dorosła do swej roli, bo nie miała doświadczenia w operowaniu tak łatwo pojawiającymi się i znikającymi pieniędzmi.
Bańka mydlana pękła z cichym pyknięciem w 1873 roku. Nadmuchane banki, spółki ubezpieczeniowe, towarzystwa akcyjne bankrutowały jedne po drugim, zostawiając dziurę w kieszeniach akcjonariuszów. Jedynymi, którzy nie stracili na krachu grynderskich spółek ubezpieczeniowych i banków zakładanych w Grundingjahre byli... Żydzi. Bo też właściwie tylko oni wtedy znali się (i najlepiej do dziś znają się) na pieniądzu i obrocie nim. Pamięć o "złodziejskiej grandzie Żydów" przetrwała wśród potomków wiedeńskich mieszczan, insbruckich górali, monachijskich przedsiębiorców i berlińsko-pruskich urzędników - na wiele dziesiątek lat.

Innego typu, choć równie kolorowa i gorąca bańka pękła w obecnym roku, deszcz parzących kropelek spadł najpierw na najbardziej "cywilizowane" państwo, czyli USA; jego urzędnicy natychmiast pospieszyli z pomocą nie ze swojej kieszeni w formie tzw. Planu Paulsona, czyli - pomysłu na jeszcze większe złupienie podatników i przekazania uzyskanych w ten sposób 700 miliardów dolarów bankrutującym grandziarzom ze sfer bankierskich. W merdiach wschodniego i zachodniego wybrzeży Stanów, czyli miejsc skupisk banków, trwała intensywna kampania propagandowa, polegająca na zalewie artykułów wieszczących hiobową przyszłość całej ludzkości i złowrogie dla niej skutki upadku "systemu bankowego", podając jedynie ogólnikowe, w większości nie poparte wyraźnymi analizami, zapewnienia o prawdopodobieństwie fatalnego rozwoju przypadków w wyniku braku pomocy "państwowej" oraz starannie czarnobrzmiące tytuły.
Zaraza w dobie globalnej wioski przeniosła się natychmiast do Europy, gdzie 4 października zebrali się przywódcy najpoważniejszych państw tzw. Starej Unii (kanclerzyca Merkel, prezydent Sarkozy, premier Brown i premier Berlusconi) oraz przewodniczący tzw. Eurogrupy (państw strefy euro) Jean-Claude Juncker i szef Europejskiego Banku Centralnego Jean-Claude Trichet.
Proponującym podobny do "planu Paulsona" plan ratunkowy (utworzenie europejskiego funduszu gwarancyjnego w wysokości 300 mld euro) dla będących w równie opłakanej pozycji jak amerykańskie, banków europejskich, był "korzennego pochodzenia" sam prezydent Sarkozy. Jednak szef EBC Jean-Claude Trichet oraz kanclerzyca Merkel sprzeciwili się takiemu rozwiązaniu. Minister gospodarki Niemiec Michael Glos oświadczył w przeddzień zjazdu kierowników "krajowych regionów UE", że pieniądze podatników nie mogą rekompensować utraconego zaufania klientów do instytucji finansowych. Warto się nad tymi sławami zastanowić i wyciągnąć wnioski. Czy niemiecki minister nie jest aby antysemitą?

Niemiecka ostrożność czy odpłata?

W merdiach światowego zasięgu widać usiłowania obrócenia gniewu ludu przeciw "złym »meneczerom«", którzy mimo krachu zarządzanych przez siebie instytucji pobierają na odchodnym wielkie uposażenia, świadomie przecież przyznane im przez członków rad zarządczych, pełnych wcześniej rozanielenia i entuzjazmu widokiem papierowych wydruków i rycin kolosalnych zysków i dywidend. Najoczywiściej w świecie członkowie rad, którzy mieli być przecież strażnikami i kontrolerami "mułów pociągowych", czyli menedżerów, chcieliby przerzucić odpowiedzialność za swoje (najpewniej) skorumpowanie albo niedołęstwo.
Z drugiej strony - obieralne ciała ustawodawcze i wykonawcze rodzaju Kongresu amerykańskiego, który przy okazji głosowań nad udzieleniem "pomocy" bankrutom bankierskim został przyrównany do posiedzenia rady nadzorczej banku Braci Salomon, czy osoba "korzennego" prezydenta Francuzów - śpieszący z nie swoimi pieniędzmi dla zahamowania upadku kilku instytucji, które zostały założone przez ludzi z najlepszym doświadczeniem w dziedzinie obrotu pieniędzmi - jak te okoliczności zostaną za jakiś czas zinterpretowane i przetworzone na wnioski przez usłużne merdia? Jednym z pierwszych kroków cwaniaków z giełdy paryskiej w XIX wieku było przekupienie prasy, by ta wychwalała pod niebiosa możliwość (jedynie!) niebotycznych zysków na drugim kontynencie, gdzie miano rozpocząć kopanie kanału w mało znanym wówczas środkowoamerykańskim kraiku - zarządzający dzisiejszymi merdiami każą podnosić alarmistyczne tony, bez głębszych uzasadnień, na wypadek spodziewanej niechęci skarbników pieniędzy zrabowanych podatnikom do wzięcia udziału w "pomocy" grandziarzom bankierskim.
Owszem, można pamiętać, że Niemcy nie dały się wciągnąć - jak zrobili to Francuzi - w aferę panamską, która kosztowała Francję 2 mld franków w złocie i po której jeszcze bardziej stały się osławione nazwiska barona Jacquesa de Reinach, Levy-Cremieuxa i Corneliusa Herza; to pruskie Niemcy wygrały wojnę z Napoleonem III i później w wyniku tego zwycięstwa miały ból głowy z powodu nieroztropnych inwestycji swej klasy średniej w spółkach założonych przez pobratymców Levy-Cremieuxa i Corneliusa Herza. Jednak to Niemcy przegrały i I, i II wojnę światową mimo pierwotnej bezprzykładnie wzorowej współpracy hitlerowców z "system bankowym", a później wysilonej pracy nad "rozwiązaniem problemu żydowskiego".
Choć po ogólnie dostępnym w Sieci składzie osobowym takiego pierwszego z brzegu upadającego w Niemczech banku Hypo Real Estate (HRE) ciężko dowieść właściwego, według ustaw norymberskich, pochodzenia, niemniej można pokładać wiarę, że jak będzie potrzeba - niemieccy specjaliści znowu znajdą wystarczające dowody, że kadra menedżerska w akurat tych, co upadły, bankach - to nie był nikt inny niż... Doświadczenia mają na pokolenia. Metody również.
Właściwie to dość zastanawiające, że zsocjalizowana do szpiku kości Unia Europejska w porównaniu do uchodzących do niedawna za znacznie bardziej liberalne gospodarczo Stany Zjednoczone - jednak to jej przedstawiciele, a nie Amerykanów, mówią "nie!" próbom ingerencji państwowej w sektorze bankowym - usiłuje nie angażować pieniędzy podatników do wyciągania gorących kasztanów z ogniska. Najwyraźniej wcześniejsze oceny, zapatrzonych w czas miniony USA, obserwatorów życia polityczno-gospodarczego, były już od dawna na wyrost i oddawały jedynie wyraz ich chciejstwa, nie zaś wyniki porządnej analizy.
A potrzeby chłopca do bicia nikt nigdy nie zniweluje i zawsze będzie jakiś znaleziony w nagłym przypadku. W tej najnowszej historii niemieckiej odmowy pomocy "systemowi bankowemu" - aż można zachłysnąć się ciężarem zarzutu o antysemityzm. Ciekawe, czy taki w ogóle nastąpi?

Krzysztof Pawlak
redaktor naczelny ASME


Proszę wszystkich, którym dobro tego kraju, przyszłości ich dzieci i własnego majątku leży na sercu: jednomandatowe okręgi wyborcze to wielka szansa dla naszej samorządności, ale też i dla państwa! - burmistrz Ożarowa Mazowieckiego Kazimierz Stachurski Wysłane piątek, 3, października 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Jednomandatowe okręgi wyborcze w parlamentarnym systemie polskim to wielka, wielosetletnia tradycja. To wybór bezpośredni posła konkretnej ziemi, a w przypadku tradycji polskiej - powiatu. To wybór posła przez ludzi zamieszkujących dany teren, ludzi znających się, ludzi, którzy życzą sobie, aby polityka państwa dotycząca ich życia, ich terenów była konkretna i aby za tę politykę w parlamencie tego państwa odpowiadał przez nich bezpośrednio wybrany przedstawiciel ich ziemi. Tak było w Rzeczypospolitej Polskiej wtedy, gdy stanowiła ona o sobie przez najlepiej wybranych przedstawicieli. Jestem burmistrzem gminy i miasta Ożarów Mazowiecki szósty rok. Podjąłem się tego zadania jako człowiek już pięćdziesięcioletni tylko dlatego, że zrozumiałem, że w bezpośrednich wyborach burmistrza, wójta mam szansę zrealizować program nie swój własny, tylko program moich sąsiadów - dziewiętnastu i pół tysiąca mieszkańców Ziemi Ożarowskiej" - nawiązując do tradycji wyborczej z czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów, o swoim poparciu dla pomysłu powrotu do idei jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do polskiego parlamentu mówi burmistrz Kazimierz Stachurski z podwarszawskiego Ożarowa Mazowieckiego.

Zawsze będę bronił tego systemu i - chociaż może jest to górnolotne i nieuprawnione - chciałby posłom i senatorom do polskiego parlamentu przedstawić ten przykład burmistrzów, wójtów i prezydentów miast, który powinien - w ich przypadku - być naśladowany. Proszę nie bać się systemu jednomandatowych wyborów! Te wszystkie "przeciw", które są podnoszone, zwłaszcza przez niektóre partie - są nieuprawnione i jestem przekonany, że nie wytrzymają krytyki i próby czasu - mówi Kazimierz Stachurski, burmistrz Ożarowa.

Nagranie trwa prawie 4 minuty, jest dostępne w Sieci do 16 X 2008 r.








Przy dobrych kwalifikacjach kandydatów na posłów i senatorów społeczeństwo samo dokona właściwego wyboru, a rolą partii będzie pozyskiwanie najbardziej cennych ludzi w swoje szeregi - burmistrz Krotoszyna Julian Jokś Wysłane czwartek, 2, października 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Jednomandatowe okręgi wyborcze są w moim odczuciu - powieleniem i receptą tego, co stało się w samorządach gminnych przy wyborze bezpośrednim wójtów, burmistrzów i prezydentów. Sądzę, że taki wybór naszych przedstawicieli do parlamentu pozwoliłby na uzyskanie większego mandatu społecznego, jaki te osoby by posiadały, uciekają od "koligacji" partyjnych. Sądzę, że zastosowanie tego typu rozwiązania dałoby odpowiedź na pytanie czy łączność parlamentarzysty z jego bezpośrednimi wyborcami jest lepsza czy jest gorsza, niż w obecnym systemie wyborczym" - burmistrz wielkopolskiego Krotoszyna, p. Julian Jokś, jeden z blisko 300 Patronów Honorowych Ruchu Obywatelskiego JOW, wyjaśnia różnice miedzy partyjnym systemem wyborczym a systemem JOW.

Program partii i tak byłby realizowany, bo zakładam, że przy typowaniu osób na kandydatów na posła, kandydaci wywodziliby się i tak z jakiejś partii czy mieliby określoną opcję polityczną i byłoby miejsce na realizację wyborczego programu partyjnego, ale ten bezpośredni wybór o wiele więcej mobilizowałby posła do większej łączności ze społeczeństwem i myślę, że przyczyniłoby się do tworzenia znacznie lepszego prawa - uważa burmistrz Krotoszyna.

Nagranie trwa prawie 4 minuty, jest dostępne w Sieci do 15 X 2008 r.






Mówiąc o rozszerzaniu demokracji, o mandacie społecznym - powinniśmy iść zdecydowanie we wszystkich kierunkach: wybory starostów, marszałków, posłów i senatorów w sposób bezpośredni - prezydent Bielsko-Białej Jacek Krywult Wysłane czwartek, 2, października 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Mówiąc o jednomandatowych okręgach wyborczych, trzeba opierać się na dwóch elementach co najmniej: jak funkcjonuje obecny system wyborczy, jakie są jego wady i zalety - wszyscy widzimy ułomność tego systemu. Są jakieś pozytywy, ale na pewno jest więcej ułomności. Z drugiej strony trzeba patrzeć na doświadczenia innych krajów, gdzie demokracja trochę dłużej funkcjonuje niż u nas. I tutaj są jednoznaczne wnioski: poseł, senator mają inne, lepsze umocowanie niż dotychczas" - prezydent Bielska-Białej, p. Jacek Krywult opowiada się za system JOW w wyborach parlamentarnych.

Taka na przykład metoda d'Hondta powoduje, że człowiek dostaje minimalną liczbę głosów, ale jego znamienici koledzy po prostu wciągają - trzeba powiedzieć to bez ogródek - go do parlamentu. Wtedy trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie - jaki jest takiego wybrańca mandat społeczny? - pyta retorycznie prezydent Bielska-Białej.

Nagranie trwa ponad 2 minuty, jest dostępne w Sieci do 15 X 2008 r.






Widzę podstawową zaletę JOW: konieczność stałej współpracy posła z wyborcą, który będzie kontrolował, czy jego reprezentant dba o najpierw państwo, potem o drogę przed domem - prezydent Poznania Ryszard Grobelny Wysłane środa, 1, października 2008 przez Krzysztof Pawlak

"JOW, czyli jednomandatowe okręgi wyborcze to pewna koncepcja zmiany systemu wyborczego w Polsce - takiego, żeby wybierany był konkretny człowiek, a nie, by wybory były związane z listą wyborczą, siłą rzeczy - partiami, ugrupowaniami politycznymi, które poszczególne osoby dopiero typują. Tak naprawdę więc byłoby to większym związaniem wyborcy i jego przedstawiciela w różnych systemach władzy: radach powiatowych czy być może - nawet w sejmie" - o podstawowej zalecie systemu JOW mówi prezydent Poznania, p. Ryszard Grobelny.

Wszyscy mamy teraz już spore wątpliwości, jak realizuje nasze, mieszkańców Polskie, oczekiwania klasa polityczna, jesteśmy do tego bardzo krytycznie nastawieni i to na wszystkich szczeblach władzy - ja przecież też jestem przedstawicielem tej - wybranej - władzy politycznej, ale zdaję sobie sprawę, jak krytyczni są mieszkańcy w stosunku do polityków. Jest tak, że klasa polityczna jest coraz słabsza: jak patrzę na perspektywę dwudziestu lat w samorządzie, to widzę, że dobrzy politycy zniechęcają się do polityki i z niej odchodzą, zresztą często dlatego, że właśnie są dobrzy - a więc mogą realizować się w innych działaniach, a w polityce pozostają ci, którzy nic więcej robić nie potrafią, a to nie jest dobre rozwiązanie. Potrzebujemy dobrych polityków, zawodowców w tej dziedzinie - uważa prezydent Poznania.
Może się tak zdarzyć, że na przykład w radzie miejskiej przytrafi się kilkadziesiąt indywidualności i nie będzie można zebrać większości i nic uchwalić - ale praktyka europejska, przykłady z zagranicy, gdzie system JOW jest stosowany, wskazują, że ten system tak nie działa, że wprost przeciwnie - doprowadza do jeszcze większej polaryzacji, do zjednoczenia sił politycznych, bo by wyznaczyć dobrego kandydata, który przejdzie w wyborach - trzeba się dogadać w ramach obozu politycznego - mówi Ryszard Grobelny, zdecydowany zwolennik jednomandatowych okręgów wyborczych.

Nagranie trwa ponad 5 minut, jest dostępne w Sieci do 14 X 2008 r.






Po tylu latach demokracji ludzie wiedzą, kto jest drań i cwaniak, a kto - porządny, dajmy mieszkańcom Polski szansę! - burmistrz Grodziska Mazowieckiego Grzegorz Benedykciński Wysłane wtorek, 30, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Jestem pełen uznania dla ludzi, którzy mimo dużej niechęci polityków w Polsce do okręgów jednomandatowych, cały czas walczą o to, by te okręgi wprowadzić i sam po prawie osiemnastu latach działalności w samorządzie widzę, że bez zmian w ordynacji wyborczej nie możemy chyba liczyć na te autostrady" - burmistrz Grodziska Mazowieckiego, p. Grzegorz Benedykciński, od lat popiera ideę JOW w wyborach do polskiego parlamentu.

Jeżdżę autostradami po wielu innych krajach, znacznie czasem mniejszych niż Polska, z dużo większym komfortem, na przykład - w Słowenii, a Polska - kraj dużo większy, znacznie bogatszy, gdzie tak łatwo można by zrealizować takie inwestycje - ale nie, nie można. I myślę, że przyczyną jest - system wyborczy. System wyborczy, który musi demoralizować, tak jak Karta Nauczyciela - musi powodować, że w ludziach zabija się inicjatywę. Bo właściwie nasi wybrańcy nie zależą od tych, którzy ich wybierają. Zależą od liderów partyjnych, którzy decydują niemal o ich życiu - mówi burmistrz Grodziska Mazowieckiego.

Nagranie trwa ponad 1 minutę, jest dostępne w Sieci do 13 X 2008 r.






Przedstawiciel mieszkańców wybrany w ordynacji jednomandatowych okręgów wyborczych wymyka się kierownictwu partii politycznej, ale realizuje wolę swoich lokalnych wyborców - prezydent Konina Kazimierz Pałasz Wysłane wtorek, 30, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Ruch jednomandatowych okręgów wyborczych zyskał moją akceptację, bo uważam - tak jak bezpośrednie wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast - również społeczeństwo powinno mieć możliwość wyboru zarówno posłów jak i senatorów, także i radnych. Wtedy tylko ten wybrany radny, poseł czy senator jest najbliżej swojej lokalnej społeczności, zna ich potrzeby, odpowiada przed nimi i może realizować to wszystko, czego od niego oczekują" - prezydent Konina, p. Kazimierz Pałasz, zdecydowanie opowiada się z systemem JOW w wyborach parlamentarnych.

Mam świadomość, że są i przeciwnicy systemu JOW, głównie wśród liderów partyjnych, ale uważam, że jeżeli kandydat pochodzi z danych środowisk i ma określone poglądy, to właśnie role się wtedy odwrócą: to kierownictwo partii będzie bardziej zabiegało o tego wybranego przedstawiciela, niż ten wybrany przedstawiciel - o względy w kierownictwie - trafnie ocenia zwiększenie jakości kandydatów do parlamentu prezydent Konina Kazimierz Pałasz.

Nagranie trwa ponad 1 minutę, jest dostępne w Sieci do 13 X 2008 r.






W systemie JOW posłowie czuliby się odpowiedzialni przed swoją społecznością, a nie przed liderami partii - prezydent Puław Janusz Grobel Wysłane wtorek, 30, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Ruch społeczny jednomandatowych okręgów wyborczych jest bardzo cenną inicjatywą, którą należałoby wprowadzić na tych terenach, gdzie mają miejsce wybory proporcjonalne, z tego względu, że praktyka pokazuje, że bezpośrednie wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast dają określone efekty w pracy na rzecz lokalnej społeczności, a sądzę, że radny wybrany w ordynacji JOW będzie bliżej swoich wyborców, będzie bardziej rozpoznawalny i będą rzeczywiście wybierani najlepsi, którzy uzyskają największą liczbę głosów. Sądzę - jeśli chodzi o wybory parlamentarne, to JOW sprawdziłyby się w przypadku wyboru posłów i senatorów" - prezydent Puław, p. Janusz Grobel, Patron Honorowy Ruchu na rzecz JOW, optuje za rozszerzeniem stosowania tego typu ordynacji wyborczej na szczebel ogólnopaństwowy.

Niejednokrotnie sumienia i ambicje posłów są deptane przez struktury partii politycznej i cały czas muszą podlegać dyrektywom partyjnym - zwraca uwagę prezydent Puław.

Nagranie trwa ponad 1 minutę, jest dostępne w Sieci do 13 X 2008 r.






Perypetie z naszym hymnem - Antoni Zambrowski Wysłane poniedziałek, 29, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

Na wiosnę 1956 roku mieszkałem jako student ostatniego roku wydziału ekonomii Uniwersytetu Moskiewskiego w nowym wysokościowcu na Wzgórzach Leninowskich. Pewnego dnia w stołówce zagadnął mnie doktorant z Czech, pytając, czy u nas w Polsce obok hymnu państwowego grają hymn sowiecki. Odpowiedziałem, że gdy mamy mecz międzypaństwowy z Sowietami, to obok hymnu polskiego orkiestra gra hymn ZSRR. Czechowi chodziło jednak o coś innego. U nich w Czechosłowacji za każdym razem, gdy grano "Kde domov muj", grano również "Sojuz nieruszymyj". Władze partyjne w Pradze w ten sposób uprzytamniały Czechom i Słowakom, że są częścią większej wspólnoty międzypaństwowej ze Związkiem Sowieckim na czele.

Zmiany symboli narodowych w KDL


Czechosłowacja miała szczęśliwie po II wojnie światowej status sojusznika Związku Sowieckiego dzięki korpusowi czechosłowackiemu pod dowództwem gen. Ludvika Svobody walczącego w kilku bitwach u boku Armii Czerwonej na froncie wschodnim. Gorzej pod tym względem były notowane inne KDL (kraje demokracji ludowej): Bułgaria, Rumunia i Węgry, które w czasie II wojny światowej były sojusznikami państw Osi. Po tzw. wyzwoleniu, już w dobie stalinizacji, po 1948 roku przeżyły one zmianę symboli narodowych uznanych za reakcyjne i faszystowskie. Na Węgrzech Matjas Rakosi przerobił w duchu socjalizmu tradycyjny herb państwowy i w listopadzie 1956 roku podczas rewolucji narodowej powstańcy w Budapeszcie walczyli pod sztandarami z wyciętą w środku dziurą. Zmieniono też mundury z tradycyjnych, na wzorowane na rosyjskie.
Gdy w połowie lat 60. pracowałem jako starszy asystent na wydziale ekonomii Uniwersytetu Warszawskiego, podczas letnich wakacji dorabiałem sobie jako pilot wycieczek zagranicznych w Biurze Zagranicznej Turystyki Młodzieży "Juventur". Pilotowałem m.in. wycieczkę aktywu młodzieżowego z Bułgarii i dla zgrywy śpiewaliśmy (z mojej inicjatywy) ich tradycyjny hymn, zastąpiony w dobie przemian socjalistycznych przez inny - bardziej postępowy. Słowa starego hymnu nawiązywały do cierpień narodu bułgarskiego pod jarzmem tureckim: "Szumi Marica okrowawlena" (czyli po polsku: szumi rzeka Marica, zbroczona krwią). Za każdym razem gdy trzeba było przyspieszyć marsz naszej grupy podczas zwiedzania obiektów turystycznych, mówiłem do nich, cytując refren ich starego hymnu: "Marsz, marsz, generale nasz!".

W Polsce inaczej

Myśmy cudem uniknęli podobnego losu. Wiele razy słyszałem, że w Polsce Ludowej za czasów tow. "Tomasza", czyli Bolesława Bieruta, rozważano sprawę zmiany hymnu narodowego na bardziej postępowy, odpowiadający właściwemu etapowi przemian. Fama głosi, że zaproponowano nawet napisanie odpowiedniego wariantu tekstu hymnu państwowego różnym poetom, m.in. Władysławowi Broniewskiemu oraz Konstantemu Ildefonsowi Gałczyńskiemu. Ci sami znawcy przedmiotu opowiadają, że dzięki temu powstała bardzo ładna pieśń "Ukochany kraj, umiłowany kraj", śpiewana do melodii Sygietyńskiego przez zespół "Mazowsze". Za dokładność tej informacji nie ręczę, gdyż pieśń ta mogła powstać bez żadnego związku z konkursem na hymn PRL. Natomiast nasz kolega redakcyjny Bohdan Urbankowski, który przyjaźnił się za życia z W. Broniewskim, opowiada, że ten otwarcie powiedział, co myśli o pomysłach zastąpienia Mazurka Dąbrowskiego i odmówił partyjnym notablom pisania tekstu nowego hymnu. Władysław Broniewski był za młodu legionistą, później w II Rzeczypospolitej komunizował, ale pobyt w sowieckim więzieniu wyleczył go z wielu złudzeń. Wyszedł z Rosji wraz z Armią Andersa i wrócił do kraju, bo Polska jest tylko jedna. Mógł dla swych dawnych towarzyszy układać poematy o Karolu Świerczewskim i Józefie Stalinie, ale wzdrygał się przed konkurowaniem z Józefem Wybickim. Chwała mu za to.

Pomysły sowieckiego generała

Ponieważ sprawa jest mało znana, a ja mam do opowiedzenia kilka faktów zaczerpniętych z pewnego źródła, postanowiłem podzielić się nimi z czytelnikami ASME. W swoim czasie zapytałem swego ojca - wybitnego działacza komunistycznego - jak to było z projektem zmiany polskiego hymnu. Ojciec potwierdził fakt i dorzucił wiele szczegółów sprawy. Otóż pomysłodawcą był sowiecki generał narodowości polskiej, przekazany z Armii Sowieckiej do Ludowego Wojska Polskiego po mianowaniu marszałka Konstantego Rokossowskiego ministrem obrony narodowego i dokooptowaniu go do Biura Politycznego KC PZPR. Dodajmy do sposobności, że marszałek obojga narodów miał wtedy nieco podrasowany dla celów propagandowych życiorys. Kreowano zeń warszawiaka, co było półprawdą. W rzeczywistości Konstanty Rokossowski urodził się nie w Warszawie, lecz w rosyjskim mieście Wielkie Łuki i był synem polskiego kolejarza Ksawerego Rokossowskiego oraz rosyjskiej nauczycielki. Po śmierci ojca wdowa przyjechała wraz z dziećmi do Warszawy do rodziny męża i tu osiadła na stałe. W czasie I Wojny Światowej młody Kostek Rokossowski zaciągnął się do rosyjskiej kawalerii, później zrobił karierę w Armii Czerwonej. Trzeba przyznać, że zawsze podawał w swych dokumentach narodowość polską, za co podpadł w czasie antypolskiej czystki w latach 30. Przeszedł ciężkie tortury, ale nie przyznał się do winy, co go uchroniło zapewne od kary śmierci. Tuż przed wojną z Hitlerem został zwolniony z łagru i przywrócony do służby. Odegrał wielką rolę w sowieckiej wojnie ojczyźnianej, wyróżniając się w walkach pod Stalingradem, pod Kurskiem oraz prowadząc ofensywę przez Białoruś i Polskę. W nagrodę Stalin powierzył mu dowodzenie uroczystą defiladą zwycięstwa na placu Czerwonym, którą w imieniu stojącego na mauzoleum generalissimusa odbierał marszałek Żukow. Obydwaj jako wytrawni kawalerzyści wystąpili na defiladzie konno na białych rumakach. Po wojnie marszałek Rokossowski dowodził sowiecką grupą wojsk stacjonującą w Polsce i przebywał w Legnicy. Stamtąd przybył do Warszawy na nowe stanowisko w bratniej Polsce Ludowej. Wówczas do LWP napłynęły tysiące sowieckich oficerów i generałów, na ogół narodowości polskiej, ale wychowanych z dala od polskiego społeczeństwa. Nazywano ich z przekąsem p.o. (pełniący obowiązki) Polaka - w skrócie p.o.P.
Jednym z nich był sowiecki generał - pomysłodawca zmiany polskiego hymnu. Pełnił on funkcję komendanta Wojskowej Akademii Politycznej, bądź jego zastępcy - dziś zawodzi mnie już pamięć. Choć ojciec wymienił jego nazwisko, nie jestem w stanie go odtworzyć (Gdy w 1978 roku powołano w drugim obiegu pismo "Zapis", złożyłem Wiktorowi Woroszylskiemu tekst mej relacji ze wspomnień zmarłego w owym czasie ojca o Stalinie i Bierucie pod tytułem "Chozjain" i "Gospodarz", ale mój tekst został odrzucony w myśl stałych praktyk mych przyjaciół dziś redagujących "Gazetę Wyborczą". Wtedy lepiej pamiętałem różne szczegóły). Owemu sowieckiemu generałowi chodziło nie tylko o hymn, ale również o herb, czyli orła pozbawionego w PRL korony, a nawet o krój mundurów nawiązujący jego zdaniem do złych i reakcyjnych tradycji. Czy była to inicjatywa samego sowieckiego generała, czy był on tubą jakichś czynników sowieckich - nie umiem powiedzieć. Nie wykluczone, że po doświadczeniach ze zmianą sowieckiego hymnu z Międzynarodówki na "Sojuz nieruszymyj" i podobnych zmianach w kilku bratnich krajów obozu zapragnął on popisać się rewolucyjną pryncypialnością i uwolnić Polaków od atrybutów reakcyjnej przeszłości.
Sprawa była zapewne omawiana na najwyższych szczeblach partyjnych, stąd zetknął się z nią mój ojciec - członek Biura Politycznego KC PZPR. Ponieważ tow. "Tomasz", nazywany w Partii "Gospodarzem", nie umiał poradzić sobie z tym zawiłym problemem, udał się po wytyczne do instancji najwyższej, czyli do Stalina (Jego nazywano na Kremlu od wielu lat "Chozjain", co po rosyjsku oznacza właśnie gospodarza. Stąd wzorowany na sowieckich obyczajach przydomek polskiego Numeru 1).
Bolesław Bierut miał na Kremlu szczególny status, gdyż w czasach kiedy na czele KC PPR stał jeszcze tow. "Wiesław", czyli Władysław Gomułka - na narady do Stalina wysyłano właśnie prezydenta Bieruta. W pierwszych latach niemieckiej okupacji, czyli w latach 1941-43 Bierut przebywał w Mińsku Białoruskim, pracował na ważnym stanowisku w niemieckim urzędzie i musiał jednocześnie grać jakąś bardzo ważną rolę w sowieckiej konspiracji. Kiedy na wniosek jego partyjnej żony Małgorzaty Fornalskiej, zrzuconej na spadochronie dla założenia PPR, Międzynarodówka Komunistyczna zdecydowała przesunięcie Bolesława Bieruta z Mińska do Warszawy, aż do granic Generalnego Gubernatorstwa konwojował go oddział sowieckiej partyzantki (świadkiem tego był mój dobry znajomy Bohdan Pilarski - były poseł na Sejm RP, którego owi partyzanci omal nie rozstrzelali podczas postoju w domu państwa Pilarskich na Kresach).
Stalin wyczuł pragnienia Bieruta, który się wzdragał przed zmianą tradycyjnego hymnu i godła, i powiedział: "A po co macie je zmieniać? Mnie się wasze mundury oraz herb i hymn podobają". I to wystarczyło do ucięcia dyskusji. Jedynie rogatywka została zamieniona na czapkę okrągłą aż do czasów jej przywrócenia przez gen. Jaruzelskiego.
Dziś w Niepodległej Polsce wielu ludziom w głowie się nie mieści, że nasze mundury, herb i hymn zawdzięczają swoje przetrwanie kaprysowi Stalina, a nie suwerennej decyzji Polaków.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


System partyjny jest w naszych warunkach mało reprezentatywny, bo same partie są mało liczne, niektóre wręcz kanapowe, trzeba wrócić do genezy naszych przemian, do społeczeństwa obywatelskiego - burmistrz Szamotuł Jacek Grabowski Wysłane poniedziałek, 29, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Jednomandatowe okręgi wyborcze w wyborach do parlamentu... Myślę, że per analogia - do wyborów bezpośrednich wójtów, burmistrzów i prezydentów można uznać, że ten bezpośredni wybór przez wyborców zakończy się dużym sukcesem, bo - wyborem ludzi, którzy najlepiej spełniają oczekiwania wyborców. Chciałby jednak wrócić do samego początku, do przemian w Polsce z roku 1989, do ruchu komitetów obywatelskich i społeczeństwa obywatelskiego, o którym się ciągle mówi i którego się ciągle domagamy. Otóż w moim, i nie tylko, bo słyszę głosy innych polityków i osób zaangażowanych w ruchy społeczne - przekonaniu uważam, że partie polityczne - które nie są liczebnie bardzo znaczące - zawładnęły w Polsce kwestią wyborów i o rozstrzyganiu najważniejszych spraw politycznych, społecznych i gospodarczych" - p. Jacek Grabowski, burmistrz Szamotuł, jeden z patronów Honorowych Ruchu Obywatelskiego JOW, zwraca uwagę na istotny aspekt Ruchu, którego korzenie rzeczywiście tkwią w potencjale opozycji politycznej z lat 80. ub. wieku.

Natomiast został wygaszony - przez partie polityczne - ruch obywatelski, którego działacze chcieli promować osoby znaczące na danym terenie, o pewnym autorytecie. I myślę, że można by i trzeba go reaktywować poprzez wprowadzenie systemu jednomandatowych okręgów wyborczych - uważa burmistrz wielkopolskich Szamotuł.
Myślę, że zobowiązania partyjne przy jakimś głosowaniu, reżimy partyjne wtedy stosowane, one - w jakiejś mierze -
krępują swobodę wypowiedzi i wolność myślenia wybranego pod rządami obecnej ordynacji posła - mówi p. Jacek Grabowski.

Nagranie trwa prawie 4 minuty, jest dostępne w Sieci do 12 X 2008 r.






JOW są instrumentem powodującym, że do parlamentu będą trafiać osoby bardzo realnie przygotowane i będą podejmowały się spraw państwowych, a nie lokalnych - burmistrz Murowanej Gośliny Tomasz Łęcki Wysłane poniedziałek, 29, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Dlaczego jednomandatowe okręgi wyborcze? Najważniejszy argument jest jeden i bardzo prosty: bo to jest najbardziej czytelne dla ludzi, dla mieszkańców. Wybierają konkretną osobę, w konkretnym celu i nie tracą jej potem z pola widzenia" - uzasadnia swoje poparcie dla tego typu ordynacji burmistrz wielkopolskiej Murowanej Gośliny, p. Tomasz Łęcki.

Czy jednomandatowe okręgi wyborcze mogą być zagrożeniem dla partii politycznych? Myślę, że mogą być dodatkową mobilizacją, ponieważ partie polityczne przestaną ograniczać się przede wszystkim do konstruowania list wyborczych, często z konieczności obecnej ordynacji wyborczej - bardzo rozbudowanych i dla większości kandydatów - bez szans dostania się do gremiów obieralnych, a będą miały czas, by swój potencjał zastosować dla budowania zaplecza intelektualnego, przygotowywania kandydatów do pełnienia funkcji publicznych, budowania programów - czyli tego, co w moim przekonaniu teraz partie polityczne wykonują w bardzo kiepski sposób - mówi burmistrz Tomasz Łęcki.

Nagranie trwa prawie 2 minuty, jest dostępne w Sieci do 12 X 2008 r.






Jednomandatowe okręgi wyborcze zdają egzamin nie tylko w gminach do 20 tysięcy mieszkańców w Polsce, ale również w modelach parlamentarnych za granicą - burmistrz Milanówka Jerzy Wysocki Wysłane poniedziałek, 29, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Jednomandatowe okręgi wyborcze to najlepsza metoda wyboru posłów do naszego parlamentu. Chciałbym do tego przekonać wszystkich polityków największych partii, aby nie mieli wątpliwości, ponieważ ordynacja większościowa zdaje egzamin - w wyborach samorządowych, w gminach do 20 tysięcy mieszkańców" - oświadcza burmistrz Milanówka, p. Jerzy Wysocki.

Jestem przedstawicielem Milanówka, gminy liczącej 15 tysięcy mieszkańców, i mogę zapewnić wszystkich wątpiących, że mandat w ten sposób uzyskany jest mandatem silnym, pewnym i każdy, kto jest wybierany - jest identyfikowalny. To jest najważniejsze! - mówi burmistrz Milanówka.

Nagranie trwa prawie 1 minutę, jest dostępne w Sieci do 11 X 2008 r.






Liderzy partyjni doskonale zdają sobie sprawę, że jednomandatowe okręgi wyborcze to najlepszy wybór dla naszej demokracji, dlaczego nie chcą tego wprowadzić - nie wiem - prezydent Wałbrzycha Piotr Kruczkowski Wysłane niedziela, 28, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Jednomandatowe okręgi wyborcze są, moim zdaniem, najlepszym kierunkiem zmian polskiej demokracji. Od ośmiu lat byłem radnym od sześciu lat jestem prezydentem miasta i zdecydowanie mogę porównać te oba okresy - jako prezydent miasta wybrany w wyborach bezpośrednich mam zdecydowanie większą samodzielność, zdecydowanie większą skuteczność działania i zdecydowanie lepiej reprezentuję swoich wyborców" - mówi prezydent Wałbrzycha, p. Piotr Kruczkowski.

Mieszkańcy miasta, którzy codziennie widują mnie na ulicach, codziennie mnie oceniają, rozliczają mnie z mojej pracy dla nich, są w stanie docenić taki system wyborów. Jeżeli tak będziemy wybierać naszych parlamentarzystów, na co dzień będziemy rozliczać ich z ich pracy" - przekonuje prezydent Wałbrzycha.
Musimy mówić głośno o JOW do liderów partii politycznych w Polsce, by przekonać ich do wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych w życie! - uważa Piotr Kruczkowski, dwukrotnie już wybrany na funkcję prezydenta miasta Wałbrzycha w większościowych wyborach.

Nagranie trwa prawie 2 minuty, jest dostępne w Sieci do 11 X 2008 r.






Stalinowscy oprawcy bez kary - Tadeusz M. Płużański Wysłane niedziela, 28, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

Wojskowy Sąd Garnizonowy w Warszawie uniewinnił dwóch stalinowców: byłego zastępcę Józefa Goldberga-Różańskiego - wiceszefa Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Wiktora Leszkowicza i byłego prokuratora Józefa Chomętowskiego. Byli oskarżeni przez IPN o nieuzasadnione przedłużanie aresztu i bezprawne pozbawienie wolności Józefa Stemlera - wiceministra informacji Delegatury Rządu na Kraj. Wobec trzeciego oskarżonego - byłego sędziego Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie Jerzego Godlewskiego - sąd umorzył sprawę.

W lutym 1951 r. Stemler został zatrzymany przez UB na trzy miesiące, jednak formalna decyzja o aresztowaniu została podjęta dopiero po pięciu dniach, a nie - jak wymagało tego prawo - po 48 godzinach. Takie bezprawne decyzje o przedłużeniu aresztu Stemlerowi zapadały jeszcze wielokrotnie. Podczas trwającego przez pięć lat - od 1951 do 1955 r. śledztwa podejmowało je kilkanaście osób, m.in. prokurator Helena Wolińska i sędzia Stefan Michnik. Ci jednak są nieuchwytni dla polskiego wymiaru sprawiedliwości.

SZPIEG BISKUPA
KACZMARKA


Józef Stemler ps. Doliński, Jan Dąbski (urodzony w 1888 r.) w II RP był działaczem oświatowym, organizował m.in. walkę z analfabetyzmem, popularyzował czytelnictwo. W 1926 r. został członkiem Wielkiej Rady Obozu Wielkiej Polski. W czasie II wojny światowej był więźniem KL Auschwitz. Od listopada 1944 r. pełnił funkcję zastępcy dyrektora Departamentu Informacji i Prasy Delegatury Rządu na Kraj.
W marcu 1945 r. Stemler był sekretarzem delegacji, która przybyła do Pruszkowa na zaproponowane przez Sowietów rozmowy polityczne. Zaproszenie gen. NKWD Iwana Sierowa okazało się pułapką, w wyniku której - wraz z innymi przywódcami Polski Podziemnej - został wywieziony do Moskwy. Po trzech miesiącach spędzonych na Łubiance, podczas procesu 16-tu, Józef Stemler został uniewinniony.
Stemler wrócił do kraju. Został szefem przedstawicielstwa Kongresu Polonii Amerykańskiej w Warszawie. Po kilku latach polscy komuniści wszczęli przeciwko niemu śledztwo dotyczące "bezprawnego posiadania i rozpowszechniania informacji stanowiących tajemnicę wojskową i państwową". Zarzucono mu udział w amerykańskiej siatce szpiegowskiej, związanej z biskupem kieleckim Czesławem Kaczmarkiem. 9 lutego 1955 r. został skazany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na karę sześciu lat więzienia, obniżoną na mocy amnestii do lat trzech.

ZBRODNICZY IMMUNITET

Dla trzech oskarżonych prokurator IPN żądał kar od 2,5 do 3,5 roku więzienia za bezprawne działania wobec Józefa Stemlera i łączniczki AK Józefy Główczewskiej. Wiktorowi Leszkowiczowi i Józefowi Chomętowskiemu zarzucono, że przychylili się do wniosków o przedłużenie aresztu, mimo że prokuratura złożyła je po terminie, i nie podjęli decyzji o zwolnieniu aresztowanego, co - jak głosi akt oskarżenia - "skutkowało bezprawnym pozbawieniem wolności pokrzywdzonego z powodu jego wcześniejszej działalności w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego".
Zdaniem IPN, decyzje stalinowców wynikały z "walki politycznej z przeciwnikami nowego ustroju": "By dowieść rzekomej winy, organa bezpieczeństwa rękoma prokuratorów i sędziów fałszowały dowody i śledztwa". Prokurator Marek Klimczak zwrócił również uwagę, że Józef Stemler był obwiniany o "faszyzację życia publicznego" w Polsce w latach... 20.
Sąd odrzucił argumentację oskarżenia, twierdząc, że oskarżeni nie prześladowali Stemlera ze względu na jego działalność niepodległościową (w takim razie dlaczego?; innego powodu nie podano). Uznał, że nie popełnili żadnego przestępstwa, ani zbrodni komunistycznej. Świadczyć miał o tym m.in. fakt, że podczas rozprawy sądowej Stemler miał adwokata. Dodatkowo, Leszkowicza uznano za niewinnego, gdyż tylko podpisywał dokumenty przedstawione przez podlegających mu oficerów śledczych.
Wobec trzeciego z oskarżonych - Jerzego Godlewskiego, który nie uchylił wadliwej decyzji o areszcie wobec Stemlera - sąd umorzył sprawę, wskazując, że pociągnięcie sędziego do odpowiedzialności karnej jest możliwe tylko w przypadku uchylenia immunitetu, a uzyskanie uchylenia spoczywa na oskarżycielu: "Gdyby immunitet przysługiwał czasowo, niezawisłość sędziowska byłaby iluzoryczna" - argumentował sąd, powołując się na konstytucję i orzecznictwo. Ale czy ta zasada ma chronić również oprawców w togach? Gdyby tak było, nie można by skazać żadnego funkcjonariusza stalinowskiego wymiaru "sprawiedliwości".

WZGLĘDY MERYTORYCZNE

Oskarżonym, którym groziło do 10 lat więzienia, nie przyznali się do winy. Były sędzia Godlewski protestował przeciwko przypisywaniu wyłącznie jemu winy za decyzje trzyosobowego składu sędziowskiego: "Mogłem głosować nie tak, jak większość składu. Nie ma możliwości uchylenia tajemnicy narady". Twierdził, że "nie ma żadnej więzi" między stawianymi mu zarzutami a jego zachowaniem jako sędziego.
Były prokurator Chomętowski zaprzeczał, by o areszt dla Stemlera wnioskował z pobudek politycznych: "Nie wiedziałem, że Józef Stemler był działaczem Państwa Podziemnego, ja wtedy w ogóle nie wiedziałem, że coś takiego istnieje".
Przyznał, że brał udział w posiedzeniu sądu, który podjął decyzję o przedłużeniu aresztowania dla Stemlera, ale zaprzeczył, jakoby składał taki wniosek, bo nie leżało to w jego kompetencjach. W innym zeznaniu sam sobie przeczył: "W całej tej sprawie kierowałem się tylko względami merytorycznymi - dlatego 6 lipca 1954 r. na posiedzeniu sądu opowiadałem się za przedłużeniem aresztu, a po 6 miesiącach odstąpiłem od dalszego żądania aresztowania, co spowodowało, że Józef Stemler wyszedł na wolność. Dziś stawia mi się zarzut zbrodni za czyny, które spowodowały, że sprawa Stemlera nie skończyła się gorzej niż mogła się skończyć". Innym razem stwierdził z kolei: "Nawet gdybym wnosił wtedy o uchylenie aresztu, to i tak byłoby to nieskuteczne działanie, bo Stemler był oskarżony o zbrodnię przeciwko państwu". Chomętowski przekonywał, że nie popełnił żadnego przestępstwa w związku ze sprawą Stellera, m.in. dlatego, że nie miał wpływu na to, że właśnie on został przydzielony do sprawy.
Kim jest Józef Chomętowski, ten niewinny, niekompetentny człowiek? W wieku 19 lat - w 1949 r. - został prokuratorem wojskowym. W MSW służył od 1955 r., najpierw jako pracownik Biura Śledczego, a od 1965 r. jego dyrektor. W maju 1971 r. został dyrektorem gabinetu ówczesnego ministra Spraw Wewnętrznych Franciszka Szlachcica, uzyskując awans na generała brygady. Od 1985 r. kierował Departamentem Kadr MSW, w listopadzie 1989 r. przeszedł na emeryturę.

TO NIE BYŁA ŻADNA WŁADZA

Przed sądem Wiktor Leszkowicz na swoje usprawiedliwienie podawał, że nie miał prawa nikogo zwalniać z aresztu. Taką decyzję mógł podjąć jego przełożony - dyrektor Departamentu Śledczego MBP Józef Różański albo wiceminister bezpieki Roman Romkowski (Natan Kikiel), który nadzorował śledztwa.
Leszkowicz potwierdził jednak, że zatwierdzał wnioski do sądu i prokuratury o przedłużenie aresztowania Stemlera. Przyznał też, że czasem robił to kilka dni po terminie, ale... za pilnowanie terminów odpowiadał kto inny: "Ja podpisywałem przygotowane dokumenty, nie sprawdzałem, jakie są tam daty i czy one się zgadzają, miałem zaufanie do naczelnika wydziału. (...) To utwierdzało mnie w przekonaniu, że wnioski były zasadne".
Sędzia pytał, czy przy zatwierdzaniu wniosków zapoznawał się ze sprawą, czy czytał akta. Leszkowicz: "Nie mogłem czytać całych akt". Sędzia: "To znaczy, że na podstawie lakonicznego zdania: »Ponieważ sprawa wymaga dalszego prowadzenia, wnioskuję o zastosowanie dalszego aresztu« decydował pan, żeby ktoś siedział kolejne trzy miesiące?". Leszkowicz: "Tamtych zdarzeń dokładnie nie pamiętam".
"Czy można było w tamtych warunkach trzymać kogoś bez sankcji prokuratorskiej? Czy było tak, że kodeks - kodeksem, a praktyka - praktyką?" - dopytywał sędzia. "Różnie bywało, mogło być święto i dlatego jakiś wniosek mógł się opóźnić" - odpowiadał pokrętnie Leszkowicz.
Sędzia pytał dalej, czy zastanawiał się wtedy, że za bezmyślne zatwierdzanie wniosków może ponieść odpowiedzialność: "Czy czuliście się wtedy tak pewni władzy, że nie zastanawialiście się nad tym". Leszkowicz: "To nie była żadna władza. Za dużo było spraw, by o każdej wiedzieć". (...) Wtedy nie można było - jak dziś - powiedzieć, że nie chcę tego robić, bo się nie znam i zabrać swoje manatki. Mnie obowiązywał rozkaz i zgodnie z nim wykonywałem to lub tamto". Podkreślał, że dwa razy prosił szefa bezpieki, by pozwolił mu wrócić do jednostki wojskowej, lecz odpowiedź była odmowna.

"ABY LUDZIE NIE SIEDZIELI BEZ SANKCJI"

Wiktor Leszkowicz do bezpieki wstąpił we wrześniu 1944 r., w wieku 26 lat. Funkcję wicedyrektora Departamentu Śledczego MBP pełnił od 15 listopada 1951 r. do 8 kwietnia 1954 r. Członek PPR i PZPR, absolwent kursu NKWD w Kujbyszewie, podpułkownik LWP.
W sądzie twierdził: "Czyniłem wszystko, aby ludzie nie siedzieli bez sankcji".
Leszkowicz już raz był sądzony. W 2004 r. został nawet skazany na rok więzienia bez zawieszenia. Wyrok jednak odroczono bezterminowo ze względu na jego zły stan zdrowia. O mały włos nie doprowadziło to do zablokowania obecnego procesu, gdyż w świetle prawa nie można być dwa razy sądzonym za te same czyny. Okazało się jednak, że poprzedni proces dotyczył innych przestępstw Leszkowicza z lat 50. Obrońca uzasadniał, że skoro wówczas oskarżony nie trafił za kraty, teraz nie może stać się inaczej.
Prokurator IPN replikował: "Wydaje się, że do wiadomości oskarżonego w ogóle nie dociera fakt, że był karany. Myśli, że jak nie poszedł do więzienia, to wszystko jest w porządku, bo według niego nie był skazany. Oczywiście jest inaczej - wina w tamtej sprawie została potwierdzona przez sądy". Te i inne argumenty na nic się zdały. Sąd III RP puścił stalinowców wolno.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Dyskurs eurofederastyczny Wysłane wtorek, 23, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

Trwa ponoć "dyskurs" między pochodzącymi z RP eurofederastami - co ma tłoczone być na monecie pochodzącej z "polskiego regionu UE" jako awers. Dla uważnego obserwatora życia robaczkowego politykierstwa i biuralistyki unijnej - nie ma większego wyboru: jest taki logiczny ciąg - Unia, pederaści, lewaccy trockiści, pedofile i... TW "Bolek".

Pytanie tylko - co ma być bardziej powszechne (czyli wytłoczone na mniejszym nominale): związki z bandyckimi strukturami tzw. służb specjalnych, czy - wynaturzenia fizjologiczne?

Ot, cała Unia Europejska...

Krzysztof Pawlak
redaktor naczelny ASME


Mamy podstawy i uzasadnienie, żeby domagać się bezpośrednich wyborów i idących za tym uprawnień, marszałków, starostów, prezydentów miast, burmistrzów, wójtów oraz radnych wszystkich szczebli wojewódzkich - prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki Wysłane poniedziałek, 22, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Wyborca ma prawo oczekiwać, by ta władza, która się ustabilizuje po wyborach, była tą władzą, która się przed nim rozliczy - przed następnymi wyborami. Wiemy dobrze wszyscy, że nie zawsze daje się zrealizować sto procent deklarowanych celów. Ale też jest nie dopuszczalna sytuacja, w której cele wyborcze stają się pewnego rodzaju dowcipem. Kiedy mówiąc »obietnice wyborcze«, mamy na myśli - wyborcze kłamstwa. To jest nie do przyjęcia. Obietnica wyborcza jest kontraktem z wyborcami. I system wyborów powinien zapewniać taką sytuację, byśmy wiedzieli, kto jest stronami tego kontraktu. Żeby było to tak: że wyborcy dokładnie wiedzą, kto się wobec nich zobowiązywał i wobec tego - kto ma przyjąć na siebie odpowiedzialność za to, co się udało i za to, co się nie udało, a także za to - od czego odstąpił, bo musiał, albo odstąpił - bo tak uznał za lepsze. Rachunek musi mieć wyraźnego adresata. W obecnym systemie wyborczym - tak jak tu jesteśmy na sali - wiemy dokładnie, że takiej gwarancji nie ma" - mówił podczas konferencji "Jednomandatowe Okręgi Wyborcze" Chrześcijańskiego Ruchu Samorządowego prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki.

Jest duży postęp - jeśli chodzi o wybór wójtów, burmistrzów i p[rezydentów (miast - przyp. ASME). Pozostają - jeśli chodzi o władzę wykonawczą w samorządach - dwa ważne stanowiska: starosta powiatowy i jeszcze ważniejsze od niego - stanowisko marszałka. Te funkcje muszą być objęte wyborami bezpośrednimi, na takich samych zasadach, na jakich organizuje się wybory prezydentów, burmistrzów i wójtów. Bezpośrednie, i z dogrywką. Jest także wysoce celowe, y na poziomie samorządów okręgi wyborcze były jednomandatowe. Również do rad miejskich. Również do rady wojewódzkiej. Wtedy wyborca będzie wiedział, kogo wybiera i kto ponosi odpowiedzialność za wypełnianie mandatu wyborczego. Nie wiem, czy ten system jest do zastosowania w wyborach do władz państwowych, są na ten temat różne zdania, nie jestem dzisiaj przygotowany do rozstrzygnięcia tego tematu, bo istnieją także historyczne ostrzeżenia, ale także istnieją - współczesne - pozytywne przykłady. Historyczne ostrzeżenia biorą się z I Rzeczypospolitej, pozytywne przykłady biorą się z Wielkiej Brytanii dzisiejszych czasów - mówił w zeszłym roku prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki.

Nagranie trwa ponad 6 minut, jest dostępne w Sieci do 6 X 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania (16 minut) o doskonałej jakości.






Akademio, Akademio, rusz wreszcie głową! - prof. Jerzy Przystawa Wysłane piątek, 19, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

Na ten temat:

Półtora roku temu, w związku z poruszeniem lustracyjnym, napisałem tekst "Dokąd zmierzasz Akademio?", który pozwoliłem sobie zakończyć następującymi słowami: "Jeśli autorytet uczonych środowisk ma być uratowany, to uczeni, ich rady i senaty muszą wychylić się nieco ze swojej »wieży z kości słoniowej«, porzucić postawę eskapizmu i ignorowania najbardziej żywotnych problemów państwa i narodu. Uniwersytety i akademie nie mogą nadal być jedynie bankiem - magazynem, z którego rządzący, według własnego uznania, dobierają sobie usłużnych potakiwaczy i »ekspertów« gotowych zawsze znaleźć uzasadnienie ich najbardziej nawet absurdalnych pomysłów. Uniwersytety nie po to istnieją, aby produkować ludzi z dyplomem. Społeczeństwo ma prawo spodziewać się po nas czegoś więcej".

Patrząc z perspektywy minionych miesięcy, zachowanie się dostojnych gremiów akademickich pokazuje, że mój apel padł na głuche uszy. Kiedy Trybunał Konstytucyjny zakwestionował konstytucyjność procedury lustracyjnej, wróciliśmy do status quo ante, licząc zapewne po cichu, że wszystko, tak czy owak, rozejdzie się po kościach, a życie akademickie będzie płynęło ustalonym nurtem, jakby nigdy nic.
I z tego miłego nastroju wytrąca nas teraz sprawa profesora Aleksandra Wolszczana, którego, przez ostatnie lata, udało się wykreować na postać nieomal dorównującą samemu Mikołajowi Kopernikowi. I oto nagle się okazuje, że to nie tylko nie drugi Kopernik, ale w ogóle nadęty balon, z którego teraz, z sykiem i wizgiem, uchodzi niezbyt pachnący gaz, atakujący zarówno nasze uszy, jak i powonienie.
Sprawa Wolszczana pokazuje, że kwestia lustracji jest w Polsce postawiona na głowie. Dla każdego przytomnego człowieka, jest rzeczą jasną, że państwo polskie jest przeżarte obcą agenturą niczym zarobaczywiony maślak. Aby to wiedzieć, nie potrzebne są teczki i dywizje kontrwywiadowcze. Związek Sowiecki wycofał z Polski swoje wojska, ale nie słyszeliśmy o ujawnieniu choćby jednego, pozostawionego tutaj, sowieckiego agenta! A przecież nie może być wątpliwości, że w Polsce, tak jak wszędzie, a może nawet przede wszystkim w Polsce, istniała rozbudowana, niejawna i nielegalna, sowiecka agentura. Gdzie się ta agentura podziała? Gdzie się podziała niejawna i nielegalna agentura STASI? Czy po upadku Muru Berlińskiego rząd niemiecki wycofał z Polski agentów, których przez dekady hodowała tutaj STASI? Gdzie oni są? Czy ujawniono choćby jednego?
Pytania takie można mnożyć. Nie tylko przecież Sowieci i Niemcy budowali tutaj zarówno aktywną, jak i uśpioną agenturę. Państwo, aby mogło żyć niepodległym życiem, musi się z tej agentury oczyścić, bo ta agentura działa i służy obcym interesom, a więc szkodzi Polsce.
I to jest pytanie, odpowiedź na które może mnie interesować: czy profesor Aleksander Wolszczan służy dziś jakimś obcym interesom i działa na szkodę Polski, czy też przeciwnie - jest wartościowym obywatelem, który swoją pracą buduje siłę polskiego narodu i państwa? Naturalnie, fakt, że Wolszczan, trzydzieści lat temu, wysługiwał się bolszewickim strukturom, czyni prawdopodobnym, że i dzisiaj musi on spłacać jakieś długi czy zobowiązania! To jest jednak zadanie dla kontrwywiadowczych służb państwa, które to służby powinny tę rzecz wyjaśnić. Moim zdaniem, fakt, że zachowały się teczki Wolszczana z jego współpracy z esbecją czyni tę hipotezę raczej nieprawdopodobną, ponieważ jestem przekonany, że te służby skrupulatnie usunęły, w pierwszej kolejności, teczki swoich najbardziej wartościowych agentów. Jeśli teczki Wolszczana się dochowały, to oznacza to dla mnie, że te służby uznały go za agenta bezwartościowego albo wręcz teczki te zostały celowo podrzucone, dla innych, socjotechnicznych i politycznych celów.
Tak, jak całe państwo, tak i nauka polska potrzebuje lustracji. Jest to jednak lustracja zupełnie innego rodzaju, niż ta, jaką mogą nam zaoferować prokuratorzy IPN czy innych służb śledczych. Jest to lustracja, jaka mogłaby nas uwolnić od pseudonauki, od łżenauki, od nauczycieli, którzy swoje stopnie i tytuły naukowe zrobili na kłamstwie, na zatruwaniu umysłów naszej młodzieży tym pseudonaukowym chłamem, który z prawdą naukową nie miał nic wspólnego. W tej lustracji nie specjalnie pomogą nam archiwa IPN i zapisy teczkowe: ślady szkodliwej działalności tych pseudouczonych są JAWNE, są dostępne w bibliotekach publicznych, publicznych archiwach uniwersyteckich. Oczywiście, taka lustracja jest o niebo trudniejsza i może nawet w ogóle już nie wykonalna.
Podnosiłem to już wiele razy i nadal będę powtarzał: jak długo "teczki" pozostaną argumentem, którego w każdej chwili można będzie użyć, tak długo Polska będzie chodzić na rosyjskiej smyczy, na smyczy, której koniec znajduje się w archiwach Łubianki i Kremla! Są zresztą smycze, których końce znajdują się i gdzie indziej. Jeśli prawdą jest, co nam opowiadają wysocy funkcjonariusze IPN, że archiwa zostały w 80% przetrzebione, to wszystkie te "Kremle" mogą tymi "teczkami" posługiwać się do woli i do skończenia świata!

Racją stanu Polaków jest przecięcie tej smyczy, likwidacja tego sowieckiego pocięgla.

Sposób tej likwidacji jest i jest dostępny: to usunięcie konstytucyjnego, ustrojowego wrzodu rakowego, jakim jest głosowanie na listy partyjne w wyborach do Sejmu! Ja wiem, że przeciętnemu profesorowi wyższej uczelni, który nigdy nie miał głowy do tego, żeby o tej sprawie przez chwilę pomyśleć, wydaje się to niezrozumiałe, a może nawet śmieszne. Ale nie ma z czego się śmiać, chyba że z własnej, profesorskiej ignorancji!
Uczelnie, środowiska akademickie, jeśli nie chcą być co chwila wstrząsane kolejnymi Miodkami, Wolszczanami itd., itp., muszą ruszyć głową, zrozumieć, że trzeba usunąć ten rozsadnik raka społecznego, jakim jest partyjna ordynacja, która konserwuje stare układy, chroni agenturę i blokuje rozwój społeczeństwa, nauki i Polski całej. Na uczelniach musi się wreszcie rozpocząć uczciwa, solidna, rzetelna, otwarta dyskusja o pilnej naprawie Rzeczypospolitej!

Jerzy Przystawa

Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


JOW to naprawdę szansa, dzisiaj nie ma lepszego rozwiązania dla Polski - burmistrz Czerwionki-Leszczyn Wiesław Janiszewski Wysłane piątek, 19, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Jednomandatowe okręgi wyborcze to szansa dla rzeczywistej reformy ustroju państwa, to szansa dla demokracji, urzeczywistnienie szans dla tych, którzy w środowiskach lokalnych już robią dużo, a mogliby zrobić dużo więcej. Ordynacja proporcjonalna pokazuje, że głosujemy na czy wybieramy tych, których wskazuje lider, a nie do końca tego, kogo wskazuje wyborca. To więcej złego aniżeli dobrego. Powoduje to zjawisko dostawania się do parlamentu osób przypadkowych, co wpływa między innymi na jakość naszej klasy politycznej" - mówi burmistrz śląskiej Czerwionki-Leszczyn Wiesław Janiszewski.

Musimy sprowadzić rolę państwa do raczej funkcji obronnej, natomiast postawić wreszcie na człowieka. Na - między innymi - na samorządność, a polega ona na kreowaniu lokalnych liderów. Dopiero na wykreowanych lokalnych przywódcach będziemy tworzyć dobrze działające urzędy państwowe - uważa burmistrz Czerwionki-Leszczyn.

Nagranie trwa prawie 3 minuty, jest dostępne w Sieci do 2 X 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania o doskonałej jakości.