lipca 4, 2008 - sierpnia 5, 2008

Bestie (9) - Tadeusz M. Płużański Wysłane wtorek, 5, sierpnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

Dwóch ukończyło przyspieszone kursy prawnicze, po których trafili do sądownictwa wojskowego. Inny, będąc oficerem śledczym, występował na sali sądowej w roli prokuratora, żądając kary śmierci. Wszyscy, pracując we Wrocławiu, dopuścili się zbrodni sądowych. To tylko fragment wrocławskiej golgoty, której doświadczali "wrogowie ludu" w stalinowskiej Polsce.

Jednym ze straconych (15 września 1949 r.) był 32-letni Czesław Plichta, żołnierz II Korpusu gen. Andersa, który po wojnie wrócił do Polski. W 1949 r. ze stojącego na bocznicy, od dawna nieczynnego parowozu wykręcił kilka części i sprzedał je na złom. Został za to skazany na śmierć w trybie doraźnym. Jego sędzią (a właściwie występującym w tej roli asesorem sądowym, co już w rażący sposób uchybiało nawet ówczesnemu, stalinowskiemu prawu) był kpt. Jerzy Klimczyk. Ten "sędzia" obciążył Plichtę za "wielokrotność [?! - TMP] dokonywanych aktów sabotażu w komunikacji, od której zależy tempo odbudowy kraju oraz wykonanie planu trzyletniego". W praktyce chodziło o pozbycie się politycznego przeciwnika.

PODPALENIE STOGU
I UPRZEMYSŁOWIENIE


Urodzony w 1926 r. Klimczyk do wybuchu wojny ukończył siedem klas szkoły powszechnej. W czasie niemieckiej okupacji pracował w Hucie Będzin. Politycznie i społecznie awansował po 1945 r. Najpierw znalazł się we władzach ZMP w Będzinie, a następnie w LWP. W 1949 r. (w wieku 23 lat), po ukończeniu Oficerskiej Szkoły Prawniczej w Jeleniej Górze (czyli owych przyspieszonych kursów prawniczych, które produkowały sędziów "nowego typu"), od razu został skierowany do umacniania władzy ludowej w sądownictwie. Trafił do Wojskowego Sądu Rejonowego we Wrocławiu, gdzie był asesorem, p.o. sędziego, a w końcu sędzią.
Jerzy Klimczyk orzekł m.in. karę śmierci wobec Ignacego Marczaka, za "podpalenie stogu w akcie sabotażu z zamiarem spalenia roszarni lnu i konopi oraz składów surowca". W 1952 r. skończył prawo na Uniwersytecie Wrocławskim, a po 1955 r. przeniesiono go do sądu Śląskiego Okręgu Wojskowego.
W książce wrocławskiego historyka IPN Krzysztofa Szwagrzyka "Winni? Niewinni?" czytamy: "Każdy członek grupy partyjnej działającej przy WSR we Wrocławiu zobowiązany był także do udziału w szkoleniu politycznym". I tak np. 17 maja 1952 r. por. Sadowski miał prelekcję na temat: "Armia USA - narzędzie grabieżczej polityki imperialistów amerykańskich" (2 godz.), a por. Klimczyk: "Socjalistyczne uprzemysłowienie naszego kraju w oparciu o doświadczenie i pomoc ZSRR" (3 godz.). Za zasługi dla komunistów został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

NIELICZNYM UDAŁO SIĘ PRZEŻYĆ

Kary śmierci wobec Czesława Plichty żądał por. Stanisław Michta (choć nie był wówczas prokuratorem, ale oficerem śledczym wrocławskiej prokuratury wojskowej; to kolejne rażące naruszenie stalinowskiego prawa). We Wrocławiu pracował od listopada 1947 do maja 1951 r., by później przenieść się do Prokuratury Wojskowej w Krośnie Odrzańskim.
Wspomniany Krzysztof Szwagrzyk przytacza protokół pokontrolny z lustracji więzienia nr 2 przy ul. Świebodzkiej we Wrocławiu, przeprowadzonej 13 sierpnia 1948 r., w której brał udział por. Michta: "1822 więźniów, w tym 1564 mężczyzn i 258 kobiet umieszczonych w 275 celach. Na oddziale męskim [w celach] obliczonych na 2-3 więźniów, a w praktyce umieszczono po 6-10 więźniów. Na jedno łóżko przypada po 3 więźniów. Lepsza sytuacja przedstawia się na oddziale kobiecym, gdzie jedno łóżko przypada na 1-2 kobiety. Jedzą w pozycji stojącej lub siedzą na łóżkach... Jeśli chodzi o środki lecznicze to ograniczają się do kilku rodzajów proszków, maści, plastrów i jodyny...". Z tych więźniów tylko nielicznym udało się przeżyć, nie tylko ze względu na panujące warunki, ale koszmar śledztwa i wiele wyroków śmierci. Czy por. Stanisław Michta nie zdawał sobie z tego wszystkiego sprawy?
Prócz Czesława Plichty oskarżał przynajmniej osiem innych osób (wszyscy zostali straceni między listopadem 1948 r. a kwietniem 1950 r.): Jerzego Siweckiego, lat 38, Kazimierza Pawłowskiego, lat 26, Jana Fiuta, lat 25, Antoniego Tomiałojcia, lat 26, Stefana Lange, lat 24, Mariana Sikorskiego, lat 24, Jana Czechowskiego, lat 21, Cypriana Dawidowicza, lat 19. Szczególnie zwraca uwagę młody wiek zamordowanych antykomunistów.
Kto jeszcze brał udział w sprawie Czesława Plichty? Akt oskarżenia przygotował mjr Jan Orliński (właściwie Jan Unterweiser). Jego zdaniem, Plichta - jako złodziej parowozowych części - był szpiegiem sił reakcji, której zadaniem było "niszczenie i szkodzenie na każdym odcinku wytężonej pracy mas pracujących przy budowie zrębów socjalizmu". Do Wojskowej Prokuratury Rejonowej we Wrocławiu Unterweiser (vel Orliński) trafił w październiku 1947 r. i został wiceprokuratorem. Prócz Czesława Plichty ma na koncie wiele innych wyroków śmierci. W 1950 r. awansował do Naczelnej Prokuratury Wojskowej w Warszawie.
Rozprawie przewodniczył mjr Roman Różański (nie mylić z dyrektorem Departamentu Śledczego MBP Jackiem Różańskim - Józefem Goldbergiem!). Od marca 1949 r. Różański był sędzią i zastępcą szefa wrocławskiego WSR, potem przeniesiony do Zielonej Góry i Warszawy. Według ustaleń historyków, skazał na śmierć co najmniej dziewięciu "wrogów ludu" (wszystkie wyroki wykonano).

"ŁOWIENIE USPOKAJA"

Kpt. Jerzy Klimczyk musiał spotkać we Wrocławiu por. Jerzego Milczanowskiego. Rok młodszy od Klimczyka (urodzony w 1927 r. we Lwowie), w 1947 r. ukończył Gimnazjum Ogólnokształcące we Wrocławiu. Tak jak Klimczyk - absolwent Oficerskiej Szkoły Prawniczej w Jeleniej Górze - został asesorem Wojskowego Sądu Rejonowego we Wrocławiu, by trafić później do sądu Śląskiego Okręgu Wojskowego. Do 1985 r. Milczanowski pracował również w sądownictwie wojskowym w Szczecinie i w Zielonej Górze, a także w Sądzie Marynarki Wojennej. Po tej długiej karierze wojskowej został adwokatem w Ostrowie Wielkopolskim.
Według ustaleń Krzysztofa Szwagrzyka, Jerzy Milczanowski przewodniczył (bagatela!) 197 stalinowskim procesom. Aby postawić mu akt oskarżenia, IPN-owi wystarczyło udokumentowanie jego przestępstw w trzech przypadkach. Do sprawy odniosła się "Gazeta Wyborcza". Jej historyk Piotr Lipiński napisał: "Jerzy M. ma 74 lata. Często chodzi na ryby - łowienie uspokaja. Jerzy M. nie boi się wtedy aresztowania [przez prokuratora wolnej Polski - TMP]. Jest pierwszym sędzią, którego oskarżono [ci źli, mściwi ludzie z IPN - TMP] o popełnienie przestępstw podczas rozpraw sądowych w okresie stalinowskim. Chce rozmawiać, bo dziś czuje się ofiarą". "Wyborcza" po raz kolejny z kata zrobiła ofiarę, w duchu relatywizowania win, "lepszego zrozumienia tamtych skomplikowanych czasów i trudnych ludzkich wyborów". Cel był jasny: zamazanie różnic między dobrem i złem oraz wybielenie okresu stalinowskiego.

Z INFORMACJI DO WSW

Dzięki powołaniu Instytutu Pamięci Narodowej można było wznowić śledztwa przeciwko wrocławskim funkcjonariuszom aparatu represji. Jednak tylko nielicznych - jak byłego, okrutnego śledczego UB Józefa Nowickiego - udało się skazać.
Kiedy na początku 1999 r. we Wrocławiu otwarto wystawę "Winni? Niewinni?" (jej pokłosiem była książka Szwagrzyka o tym samym tytule), prezentującej skompromitowanych funkcjonariuszy komunistycznego aparatu terroru, publicznie zaprotestował Edward Gomulski, stalinowski prokurator (którego portret - jako mordercy sądowego - też zawisł we wrocławskim Arsenale). Efekt był taki, że Okręgowa Rada Adwokacka we Wrocławiu skreśliła go ze swojej listy. "Nie był to osąd historii ani ocena PRL. Podstawą naszej decyzji było zachowanie Edwarda G. jako prawnika" - komentował Wojciech Krzysztoporski, dziekan tamtejszej rady.
Od prześladowania wrocławskich patriotów swoją karierę zaczynał późniejszy generał Edmund Buła. W Informacji Wojskowej służył od 1945 r., dochodząc do stanowiska szefa Informacji Wojsk Lotniczych. W latach 1955-56 szkolił się w ZSRR. Od 1957 do 1990 r. pracował w Wojskowej Służbie Wewnętrznej - jako ostatni szef tej "służby" u progu wolnej Polski polecił zniszczyć akta WSW, a ich fotokopie zostały przekazane radzieckiemu wywiadowi GRU. W połowie lat 90. Buła dostał za to symboliczny wyrok kilku lat więzienia w zawieszeniu.
Jednym z podwładnych Buły we Wrocławiu był Edmund Czekała. W organach Informacji pracował w latach 1946-57 (szef wydziału śledczego Zarządu Informacji Wrocławskiego, a potem Warszawskiego Okręgu Wojskowego, następnie szef wydziału śledczego Zarządu Informacji Wojsk Lotniczych). Po 1957 r., podobnie jak Buła, przeszedł do WSW.

KIERUNEK OJCZYZNA

W raporcie zastępcy prokuratora generalnego PRL Mariana Mazura z 1957 r., będącym próbą rozliczenia "błędów i wypaczeń" stalinizmu, czytamy, że Edmund Czekała prowadził śledztwa przeciw oficerom oskarżonym o tzw. spisek w wojsku, wobec których "stosowano w śledztwie konwejer, groźby pozbawienia życia, karcer. Na podstawie wyników śledztwa [po trwających bez przerwy, przez wiele tygodni przesłuchaniach przyznawali się do absurdalnych zarzutów prowadzenia działalności szpiegowskiej w Wojsku Polskim na rzecz "imperialistów" - TMP] zostali oni wszyscy skazani [sąd, zgodnie z ówczesnymi praktykami, był tylko formalnością - TMP]: płk Rode i płk Michałowski na kary śmierci (wyroki wykonano), ppłk Adamkiewicz i ppłk Wiloch na kary długoterminowego więzienia. Obecnie zostali całkowicie zrehabilitowani".
Przechodząc do konkretnych zbrodni. W latach 1949 - 1950 ppłk Edmund Czekała, razem z oficerami śledczymi – mjr. Mieczysławem Wojdą i kpt. Anatolem Borelem "bestialsko maltretował aresztowanego pchor. Witczaka, który na skutek maltretowania i stwarzanych mu celowo warunków w areszcie, jak np. nalewanie do karceru wody i przetrzymywanie go w tym karcerze, niedopuszczenie do lekarza mimo silnej gorączki - zapadł na gruźlicę i zmarł. (...) Obecnie, po zbadaniu sprawy Witczaka, stwierdzono brak dowodów, by był on winien zarzuconego mu przestępstwa".
Edmund Czekała należał do nielicznej grupy ludowych "oficerów" śledczych, którzy ukończyli gimnazjum i liceum. Do powojennej Polski wrócił ze Zgrupowaniem Piechoty Polskiej przy 1. Armii Francuskiej, walczył w Wogezach, Alpach i na terenie Niemiec, odznaczony Krzyżem Walecznych. W 1975 r. w Wydawnictwie Obrony Narodowej Czekała wydał książkę: "Kierunek Ojczyzna. Wspomnienia o 315 Polskim Batalionie Partyzanckim im. Tadeusza Kościuszki we Francji".
Anatol Borel - absolwent szkoły NKWD - przed przeniesieniem do Wrocławia pracował w Lublinie. Komisja Mazura: "B. skazany Urbanowicz (...) po zatrzymaniu go latem 1948 r. na terenie OZI w Lublinie przez pięć kolejnych dni i nocy był bez przerwy przesłuchiwany przez kilku oficerów Informacji, m.in. kpt. Borela i por. Packa. W trakcie tego przesłuchania zmuszony był stać w pozycji na baczność, świecono mu lampami w oczy, a kiedy padał ze zmęczenia, oblewano go wodą. (...) Wg zeznań b. skazanego Krupy kpt. Borel wraz z innymi oficerami na terenie GZI w Lublinie stosował względem niego nieustanny konwejer przez cztery doby z rzędu, zmuszając go w ten sposób do przyznania się do czynów niedopełnionych".
Mieczysław Wojda - były szef wydziału w Głównym Zarządzie Informacji - "wraz z kpt. Borelem w lecie 1949 r. bili Domasiewicza rękami po twarzy, kazali mu się rozebrać, po czym bili go żelaznym prętem i deską po całym ciele. Ponadto kazali mu kłaść ręce na skraj biurka i bili go linijką po palcach". Niezależnie od tego Wojda osadził Domasiewicza na 10 dni do karceru.

BEZKARNI

Przełożonym "oficerów" był szef Wydziału Specjalnego GZI, płk Mateusz Frydman, który - zdaniem komisji Mazura - za stosowanie w latach 1947-51 "przestępczych metod śledztwa" powinien stanąć przed sądem: "Obecnie szereg osób skazanych, przeciwko którym śledztwo prowadzili oficerowie organów informacji pod nadzorem ppłk Frydmana, skarży się, że ppłk Frydman stosował względem nich szczególnie ostry przymus fizyczny i psychiczny. W wyniku tegoż przymusu składali oni żądane od nich fałszywe zeznania, na podstawie których zostali skazani na długoterminowe więzienia".
Oto przykłady: "b. aresztowany Klimaszewski Hieronim. Frydman obiecywał mu, że jeśli będzie składał żądane od niego zeznania, to niebawem »wyjdzie na wolność i włos mu z głowy nie spadnie«. Przed rozprawą [w sądzie - TMP] Frydman uprzedził go, że jeśli będzie zeznawał inaczej jak w śledztwie, to zostanie skazany na karę śmierci i nie będzie mógł korzystać z żadnej łaski;
kpt., b. aresztowany Tracz Władysław. Frydman 8 maja 1948 r. wspólnie z pięcioma oficerami pobił go nieludzko pałkami gumowymi. Przed rozprawą Frydman dawał mu do zrozumienia, że w wypadku odwołania zeznań będzie znów torturowany;
por., b. aresztowany Mieczkowski Tadeusz. Frydman bił go pałką gumową po całym ciele i straszył, że może zostać zastrzelony i nikt się o tym nie dowie;
b. aresztowany kpr. Roszycki Edward. Frydman w obecności płk Fejgina [Anatol Fejgin, zastępca szefa GZI, później dyrektor X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego - TMP] polecał mu wykonywać niezliczone ilości przysiadów, kazał mu się rozebrać i polecił oficerom śledczym bić go pałką gumową po całym ciele. Gdy był osadzony w karcu, gdzie musiał załatwiać swe potrzeby fizjologiczne, na polecenie Frydmana wynosił z celi karca kał rękami;
kpt., b. aresztowany Sitek Edmund. (...) Frydman przy pomocy dwóch oficerów umocował mu głowę w oparciu krzesła, skuł kajdanami ręce pod siedzeniem krzesła, po czym bito go gumowymi pałkami do utraty przytomności. Gdy zemdlał, ocucono go wodą i dalej bito. W trakcie tego bicia Frydman żądał od niego podpisania protokołu przesłuchania;
por., b. aresztowany Długołęski Stefan. Frydman groził mu, że jeśli odwoła zeznania na rozprawie, to wznowi przeciwko niemu śledztwo z torturami i wykończy go;
Płk Frydman, składając w toku tych spraw zeznania, nie zaprzecza stosowaniu względem aresztowanych przymusu w formie bicia. Twierdził jednak, że bicie to miało miejsce w mniejszych rozmiarach, niż podają skazani, oraz że stosowali je na polecenie płk. Kuhla i Fejgina;
płk, b. aresztowany Kryska Jan. Frydman, kierujący w jego sprawie śledztwem, wielokrotnie osobiście bił go pałką gumową, zezwalał oficerom śledczym na torturowanie go w różny sposób, wielokrotnie osadził go w karcu zalanym wodą, groził zastrzeleniem, groził aresztowaniem żony i osadzeniem jej w karcu; raz złapał go za gardło i bił jego głową o ścianę, deptał go nogami. Gdy zachorował, zabronił felczerowi leczyć go. Śledztwo prowadzono przeważnie nocą, a w dzień nie zezwalano spać;
ppłk, b. aresztowany Krzysik Kazimierz. Frydman obiecywał mu, że jeśli będzie zeznawał, to otrzyma niski wyrok albo w ogóle zostanie zwolniony z więzienia, że Informacja stoi ponad prawem, może zamknąć nawet Żymierskiego, sąd jest tylko »przedstawieniem teatralnym«, a wyroki wydaje Informacja. Groził, że jeśli odwoła zeznania, to zginie w areszcie;
Cisek Adam w prośbie o rehabilitację podaje, że Frydman w nieludzki sposób torturował go w czasie śledztwa. W szczególności z prośby tej wynika, że Frydman wielokrotnie bił Ciska pięściami, kijem, gumą, kopał go, osadzał w karcu z wodą, lżył wulgarnymi wyzwiskami, straszył, że aresztuje jego matkę - staruszkę".
Naczelna Prokuratura Wojskowa w 1958 r. umorzyła jednak sprawę płk Mateusza Frydmana... na mocy amnestii. Mimo dowodów "przestępczych metod śledztwa" żadna kara nie spotkała też ppłk. Edmunda Czekały, kpt. Anatola Borela, mjr. Mieczysława Wojdy i wielu innych morderców.
Generał Edmund Buła, mimo, że zajmował kierownicze stanowisko w Informacji Wojskowej (a może właśnie dlatego), nie figuruje w raporcie Mazura. Nigdy nie poniósł odpowiedzialności za zbrodnie okresu stalinowskiego.

NIELEGALNE POSIADANIE
TRZECH SIEKIER


Wojciech Raj złożył do IPN wniosek o wszczęcie śledztwa w sprawie fizycznego i psychicznego znęcania się w latach 1946-47 nad jego ojcem Stanisławem Rajem - członkiem Polskiego Stronnictwa Ludowego przez funkcjonariusza wrocławskiego WUBP Władysława Ciastonia.
Kim był Stanisław Raj? Urodził się w 1913 r. we wsi Węglowice (woj. łódzkie), jako syn Szczepana i Marianny. Po wojnie działał w PSL w Łódzkiem. Kiedy zaczął się nim interesować UB, wyjechał razem z rodziną na Dolny Śląsk. Po tym, jak powiatowa organizacja PSL wystawiła jego kandydaturę do Sejmu, ostatecznie wpadł w ręce UB. Przewieziono go do Wrocławia, na ul. Dąbrowskiego. Z akt IPN wynika, że zatrzymanie nastąpiło 12 grudnia 1946 r. W więzieniu dowiedział się, że bezpieka organizowała na niego obławy, które miały doprowadzić do jego likwidacji.
Ze wspomnień Stanisława Raja: "Umieszczono mnie w celi 5x2 m, nieogrzewanej, z oszronionymi ścianami. (...) Przesłuchiwali mnie czasem jeden, czasem czterech, pytali się o błahe, nieistotne rzeczy. W pokoju przesłuchań było ciepło, więc natychmiast zasypiałem. Budzono mnie i znów zadawano pytania, tak bez końca. Moje odpowiedzi były bzdurne, bo i pytania były idiotyczne. Ten, co miał nade mną opiekę, był w stopniu porucznika i jak mi później powiedzieli inni współwięźniowie, miał na nazwisko Ciastoń. Grubo później nazwisko to zobaczyłem w gazetach. Ich pytania dotyczyły, gdzie mam schowaną broń, przeważnie odpowiadałem, że mam w domu trzy siekiery. Wtedy padało sakramentalne: »Mówcie, bo my wszystko wiemy«. Odpowiadałem im, że skoro wszystko wiedzą, to ja tu jestem niepotrzebny. Tak trwało przez dwa i pół miesiąca".
W aktach śledztwa (w posiadaniu IPN), w rubryce: "uzasadnione zarzuty, podejrzenia", czytamy: "posiad. nieleg. broń i należy do nieleg. organizacji".
Podczas wizji lokalnej w jego gospodarstwie, wskutek interwencji świadków, ubekom nie udało się podrzucić mu broni.

ZMIAŻDŻONE PALCE,
WYBITE ZĘBY


Stanisław Raj wspominał dalej: "Po Świętach w więzieniu zrobił się wielki ruch, zaczęto zwozić coraz więcej aresztowanych, gdyż zbliżały się wybory. W mojej celi znalazło się kilku takich, których znałem. Od nich dowiedziałem się, że zostałem bandytą, który Niemcom wydawał Polaków i mam być rozstrzelany, bo UB ma na mnie niezbite dowody".
Z akt IPN: "do winy nie przyznaje się".
Stanisław Raj: "W następny wieczór następne przesłuchanie. »Mikołajczyk to złodziej, bandyta i współpracował z Niemcami - przekonywał mnie przesłuchujący, i ty w niego wierzysz«. Moja odpowiedź: »Skoro złodziej i bandyta i kolaborant, to dlaczego zrobiliście go wicepremierem«. Nie było odpowiedzi, za to było »a na ciebie też mamy dowody«. Pokażcie - odpowiedziałem. W tym momencie przesłuchujący nerwowo nie wytrzymał. Z całej siły skoczył mi obcasem na prawą stopę, miażdżąc mi palce u nogi. Gdy upadłem na podłogę, kopnął mnie w twarz, w wyniku czego straciłem siedem zębów".
W celi dowiedział się o ucieczce Mikołajczyka na Zachód. Krótko potem znów został wywołany z celi. Zamiast "rutynowego" znęcania usłyszał, że jest wolny. Stanisław Raj tak zapamiętał ten moment: "Zaprowadzono mnie do gabinetu przesłuchań, gdzie bardzo uprzejmy funkcjonariusz zaczął mi wyjaśniać, że zostałem zamknięty przez pomyłkę. Było to już pod wieczór. Wściekły, rozgoryczony zrobiłem mu potężną awanturę, co spowodowało przetrzymanie mnie do rana". Taka była reakcja więźnia, który jeszcze niedawno słyszał, że zostanie rozstrzelany.

NOTORYCZNY WYZYSKIWACZ

Po wyjściu z więzienia Stanisław Raj nadal pozostawał pod ścisłą kontrolą "Spółdzielni Ucho". Jednym z dowodów stałej inwigilacji był artykuł, który ukazał się 5 października 1948 r. w "Trybunie Dolnośląskiej", pt. "Wielkopańskie fortuny dolnośląskich bogaczy-ogrodników". Warto zacytować większy fragment: "Kiedy niesławnej pamięci p. Mikołajczyk zaczął oglądać się w końcu 1946 r. za kandydatem do Sejmu z ziemi dolnośląskiej, natrafił od razu na właściwego człowieka. Że jednak chłopi tutejsi nie chcieli głosować na tego notorycznego wyzyskiwacza, więc kariera polityczna p. Raja szybko się skończyła [oczywiście ani słowa o tym, że ową »karierę« przerwało aresztowanie, pobyt w więzieniu i tortury Ciastonia - TMP]. Ale nie skończyła się jego władza ekonomiczna. Nie skończyła się, bo p. Raj nadal zgarniał miliony. Otóż miał on w roku bieżącym dochodów tylko z samej uprawy cebuli, którą osiał 8 ha i którą eksportował za granicę - ok. 3,5 milionów złotych, nie mówiąc już o dochodach z pozostałego obszaru [z artykułu wynika, że w sumie miał ok. 45 ha - TMP], które znawcy miejscowi szacują globalnie na 8 milionów złotych rocznie. P. Raj jest notorycznym wyzyskiwaczem. Normalnie zatrudnia u siebie 13 parobczan, którym płaci za prace od świtu do nocy po 2 tys. złotych miesięcznie (...) a w sezonie zatrudnia jeszcze ze 20. (...) Tyle o p. Raju, niedoszłym »reprezentancie narodu« z powołania mikołajczykowskiego i prawdziwym magnacie-wyzyskiwaczu na Dolnym Śląsku".
Stanisławowi Rajowi zabrano gospodarstwo. Nadal jednak - przynajmniej do początku lat 60. - był śledzony i prześladowany przez SB. Zmarł w 1996 r. w Łodzi.

KLIENT JAKO ZWYRODNIALEC

Kilkanaście lat temu, podczas procesu przed stołecznym Sądem Okręgowym w sprawie zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki, w którym Władysław Ciastoń ("gen." dywizji MO, wiceminister spraw wewnętrznych PRL, szef Służby Bezpieczeństwa w latach 1981-86) oskarżony był o podżeganie, przygotowanie i kierowanie zbrodnią razem z Zenonem Płatkiem (b. dyrektorem departamentu IV MSW, zajmującym się inwigilacją księży), pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych Edward Wende wnosił o zbadanie jeszcze jednej sprawy. Chciał, aby sąd zwrócił się do Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu we Wrocławiu z pytaniem, czy nie toczy się tam inne śledztwo przeciwko Ciastoniowi. Chodziło właśnie o wyjaśnienie jego roli w powojennych prześladowaniach działaczy PSL. Wende powoływał się na słowa... Stanisława Raja, opublikowane w 1992 r. "Gazecie Dolnośląskiej", a oparte na zeznaniach, które złożył przed wrocławską OKBZPNP.
Przeciwko wnioskowi zaprotestowała obrona, twierdząc, że są to oskarżenia i pomówienia "mające służyć podgrzewaniu atmosfery i przedstawianiu naszego klienta jako zwyrodnialca", a ponadto domagała się sprawdzenia, czy takie śledztwo w ogóle jest prowadzone, "bo słowu dziennikarskiemu nie należy wierzyć". Z kolei Ciastoń utrzymywał, że nigdy nikogo nie uderzył, nikomu nie urągał, a Stanisława Raja nie zna. Jego obrońcy zapowiadali nawet, że sprawa zakończy się procesem o ochronę dóbr osobistych Ciastonia.
W toku procesu o zabójstwo ks. Popiełuszki Wende zamierzał dowieść, że Władysław Ciastoń, jako starszy oficer śledczy Miejskiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego we Wrocławiu znęcał się nad aresztowanymi ludowcami. Nic z tego jednak nie wyszło, gdyż w 1994 r. cały proces zakończył się uniewinnieniem Ciastonia i Płatka. Po odwołaniu się oskarżycieli do drugiej instancji, sprawę wznowiono, ale już bez udziału Płatka, który... zachorował.

A CO Z KAŻĄCĄ RĘKĄ?

Proces Ciastonia był kontynuowany w... 2002 r. Wówczas sąd postanowił włączyć do przewodu drugi zarzut oskarżenia - czyli znęcanie się w 1947 r. we Wrocławiu nad więźniem politycznym Stanisławem Rajem. Przez tych kilka lat udało się bowiem "ustalić", że wrocławska komisja jednak prowadziła śledztwo w sprawie zabójstw, torturowania i bezprawnych aresztowań członków PSL w latach 1944-56.
Koniec procesu był jednak łatwy do przewidzenia. Powołany do sprawy biegły sądowy orzekł, że badając Raja w 1992 r., nic nie wskazywało na to, żeby kiedyś miał wybite zęby oraz trwale uszkodzoną stopę.
Po kolejnych dwóch latach, w grudniu 2004 r. Władysław Ciastoń został uniewinniony od wszystkich zarzutów.
"Skazano miecz, ale nie każącą rękę" - tak Leopold Przemyk, ojciec zamordowanego w 1983 r. Grzegorza Przemyka skomentował zapadły w maju br. wyrok warszawskiego sądu skazujący (nieprawomocnie) oprawcę jego syna - zomowca Ireneusza K. - na cztery lata więzienia. Przemyk miał na myśli Władysława Ciastonia i Zenona Płatka.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Jednomandatowe okręgi wyborcze mają na celu oddanie władzy wybierania posła w ręce obywatela - burmistrz Garwolina Tadeusz Mikulski Wysłane poniedziałek, 4, sierpnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Bardzo często słyszymy o takim skrócie - JOW. Są to jednomandatowe okręgi wyborcze. Mają na celu, żeby z jednego okręgu wyborczego był wybierany jeden poseł. Żeby nie było głosowania na partie polityczne, ale by było głosowanie na osoby. Myślę, że ten system bardzo by identyfikował ludzi z poszczególnymi osobami i to byłby sukces zaufania społecznego. Najlepszym tego dowodem jest to, że wójt, burmistrz jest wybierany w wyborach bezpośrednich i mieszkańcy są dla niego grupą, która może go oceniać i od niego wymagać. Natomiast kiedy głosuje się na partie - nigdy nie wiadomo, kto zostanie posłem" - burmistrz Garwolina Tadeusz Mikulski opisuje system Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.

Ustawa samorządowa, która doprowadziła do bezpośredniego wyboru wójta i burmistrza, jasno kreśliła, kto za co odpowiada. Burmistrz jest organem wykonawczym, a Rada jest organem uchwałodawczym. Burmistrz odpowiada przed całą lokalną społecznością za swoje działania. Jest to niewątpliwie większa odpowiedzialność przed całym społeczeństwem - mówi burmistrz Garwolina Tadeusz Mikulski.
System partyjny istnieje, istniał i będzie pewnie istnieć zawsze, natomiast do parlamentu mieliby szansę wejść najbardziej wartościowi ludzie, osoby z autorytetem, o czym bardzo często mówi profesor Przystawa, jeden z liderów Ruchu na rzecz JOW - przypomina "lokalny polityk", jak sam się określa burmistrz Tadeusz Mikulski.

Nagranie trwa ponad 5 minut, jest dostępne w Sieci do 18 VIII 2008 r.






Wybory do parlamentu w systemie JOW wprowadziłyby więcej racjonalnego myślenia, mniej byłoby kłótni i waśni, tak jak to się sprawdziło w samorządach - wójt Prażmowa Sylwester Puchała Wysłane niedziela, 3, sierpnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Jednomandatowe okręgi wyborcze jest to forma wyborów bezpośrednich, polegająca na tym, że kandydatów do samorządu czy sejmu wybiera samo społeczeństwo, nie z żadnej listy partyjnej. Ta forma sprawdziła się w moim przypadku - jestem odpowiedzialny przed całym naszym lokalnym społeczeństwem, nie zaś tylko przed grupą radnych, uwikłanych politycznie" - mówi wójt gminy i miasta Prażmowa na Mazowszu Południowym.

Tworzenie przez wybranych w JOW przedstawicielach jest oceniane pozytywnie, gdyż nie jest uwikłane w powiązania polityczne grup radnych, którzy tracą w ten sposób racjonalność myślenia. Interes publiczny w takim (partyjnym wydaniu - przyp. ASME) wydaniu ogranicza się do politycznych uwarunkowań grupowych, a nie całości społeczeństwa lokalnego - zauważa wójt Sylwester Puchała.

Nagranie trwa prawie 4 minuty, jest dostępne w Sieci do 17 VIII 2008 r.






W systemie ordynacji jednomandatowych okręgów wyborczych ludzie wiedzą, że mają głosować na kandydatów zaufanych i z autorytetem - wójt Czerwonki Henryk Kozłowski Wysłane sobota, 2, sierpnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

"JOW jest to większościowa ordynacja wyborcza, gdzie każdy obywatel ma wpływ na wybór swojego kandydata. Obowiązująca teraz w Polsce ordynacja proporcjonalna pozbawia obywateli ich biernego prawa wyborczego - wyboru swojego kandydata. Istnieje w naszym kraju większościowa ordynacja wyborcza - w gminach do 20.000 mieszkańców, w takiej gminie jak moja, gdzie wójt i radni są wybierani w wyborach bezpośrednich. Uważam, że jest to bardzo dobry system: ludzie sami weryfikują swoich kandydatów i wiedzą, na kogo głosują, dlatego w wyborach w mojej gminie i w okolicznych frekwencja dochodziła do 80%!" - Henryk Kozłowski, wójt gminy Czerwonka na Północnym Mazowszu opisuje zalety systemu JOW.

"Obecnie obowiązująca ordynacja do wyborów parlamentarnych preferuje wybór kandydatów na posłów z list partyjnych. Aby kandydat mógł się dostać na listy partyjne, musi mieć... łaski u szefa partii" - przypomina wójt Henryk Kozłowski, który już dwukrotnie został wybrany do tej godności w systemie jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW). "Przeciwnicy systemu JOW mówią, że do sejmu będą się dostawać tylko najbogatsi. To nie jest tak - w tej chwili z kasy państwa prawie 95 miliardów złotych idzie na finansowanie partii. I o to właśnie była ta ostatnia kłótnia w sejmie. W systemie brytyjskim JOW wystarczy wpłata 500 funtów i kiedy kandydat przekroczy 3% poparcia (nawet jeśli nie dostanie się do parlamentu) - owa zaliczka jest mu zwracana. Nawet istnienie Państwowej Komisji Wyborczej w systemie JOW nie będzie potrzebne - głosy zliczają sami kandydaci i członkowie komitetów w gminach, to są olbrzymie oszczędności!" - zauważa wójt gminy Czerwonka.

Nagranie trwa ponad 10 minut, jest dostępne w Sieci do 16 VIII 2008 r.






Pucybut czy cinkciarz? - prof. Jerzy Przystawa Wysłane piątek, 1, sierpnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

W wigilię Powstania Warszawskiego, spacerując po warszawskiej Starówce, z przyjemnością zauważyłem wyrafinowanego Pucybuta, stojącego na rogu placu Zamkowego, z pudłem past i szczotek. Nie zauważyłem, żeby ktoś usiłował skorzystać z jego usług - pewnie z obawy, żeby Pucybut nie pobrudził sobie ślicznej białej koszuli ze sztywnym kołnierzykiem albo innej jakiejś części stylowej garderoby, których to części nie jestem w stanie nawet nazwać. Pomimo tego, wydaje mi się, że jego przesłanie jest jasne i zrozumiałe dla kłębiącej się wokół i zajadającej lody młodzieży: oto jest droga do tych upragnionych milionów! Tędy podążali amerykańscy Rotszyldowie i Rockefelerzy: bierzcie się do roboty, a świat leży przed wami otworem!

Dwa tygodnie temu minęła 17. rocznica śmierci Michała Tadeusza Falzmanna, o którym pokolenie dzisiejszych studentów szkół wyższych nigdy nie słyszało, którego zdjęcia nigdy nie widziało i nie ma bladego pojęcia, z jakiego powodu nazwisko jego miałoby być warte zapamiętania. Ktoś może słyszał hasło "FOZZ", toczył się bowiem skandaliczny proces karny, wokół którego toczyły się jakieś spory, wytaczano jakieś personalne zarzuty. Nazwisko Falzmanna, podobnie jak i jego szefa, profesora Waleriana Pańki, którego 17. rocznicę śmierci będziemy obchodzić (to dobre słowo: obchodzić z daleka!) za trzy miesiące - w trakcie tego procesu taktownie pomijano, a uwagę publiczności skupiano na niezapomnianej sędzi Barbarze Piwnik i jej zmienniku, Andrzeju Kryże. O co naprawdę w tym procesie chodziło? Tego nikomu nie pojąć: wiadomo, że o jakieś przekręty, o jakieś miliony, być może tylko "stare", a może nawet "nowe" - ale kogo to dzisiaj może interesować? Codziennie gazety donoszą o kolejnych przekrętach, tu miliony, tam tylko setki tysięcy, gdzieniegdzie w ogóle jakaś śmieszna "niegospodarność" albo "nienależna korzyść majątkowa" - kto by dziś sobie tym wszystkim głowę zawracał? Wiadomo: gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, gdzie kręcą się miliony i miliardy, tam muszą być "przekręty", taka jest natura rzeczy. Kapitalizm to nie "Caritas", panują tu twarde, męskie prawa rynku, wygrywają tylko ci, którzy są sprytni i pomysłowi, którzy czują "Ducha Czasu", dla innych nie ma litości! Dla niesprytnych, niepomysłowych, dla słabych i starych - cóż, dla nich, jak się dorobimy, stworzymy jakieś ochronki, jakieś zakłady opiekuńcze. Chwilowo jeszcze muszą trochę poczekać.
Nazwisko Michała Falzmanna musi być zapomniane, ponieważ odziera "historyczną transformację ustrojową" i "Nową Polskę" z blasku chwały moralnego zwycięstwa nad Imperium Zła i pognębienia komunizmu. Falzmann ujawnia, że kamieniem węgielnym polskiego kapitalizmu lat 90. nie była ciężka i mrówcza praca przyszłych polskich Rotszyldów, nie mobilizacja moralna nieugiętych dywizji "Solidarności", nie bohaterstwo podziemnego oporu i naziemnej mądrości wielkich przywódców, ale wyrafinowane, dokonywane na wielką skalę... cinkciarstwo.
Dzisiejsza młodzież nie wie, co oznacza słowo "cinkciarz" i nie może go sobie wyobrazić. Jest to określenie osobnika, jakich, za późnego PRL pełno było pod bankami, "peweksami" i innymi miejscami obracającymi przedmiotami zbytku, którzy szli cichutko za każdym napotkanym cudzoziemcem szepcąc "czeńdżmanej, czeńdżmanej", a za krajowcami "dolary, dolary..." Byli to ludzie absolutnie nie rzucający się w oczy, szarzy, bezimienni, niczym nie przyciągający uwagi przechodniów. Ale to właśnie oni byli cichymi bohaterami tamtych czasów, czyniącymi nasze życie odrobinę bardziej znośnym, bardziej komfortowym. Za 10 funtów profesor uniwersytetu mógł odtworzyć całą swoją miesięczną pensję, za niecałego dolara kupowało się butelkę eksportowej wódki. Dziś za dolara nie kupi się nawet filiżanki herbaty. Całkiem niedawno gościłem w warszawskim hotelu "Grand", gdzie mnie umieszczono, bo przyjechałem na ważne posiedzenie ważnej naukowej komisji. Wstąpiłem wieczorem do baru naprzeciwko i poprosiłem o herbatę. Coś w moim widoku poruszyło kasjerkę, nie przywykłą do oglądania podobnych gości w pobliżu ważnego Hotelu Grand, bo patrząc na mnie ze współczuciem, powiedziała: "Herbata droga, proszę pana, może pan weźmie kompot".
Jak dzisiaj wiemy (a wówczas się tego tylko domyślaliśmy) byli to, prawie bez wyjątku, cisi, szarzy, "pracownicy służb", którzy "na robocie", nieco sobie na boku dorabiali. "Cisi" mieli koncesję, gdyby się tam pojawił jakiś cinkciarz-amator niekoncesjowany, to szybko go przepędzano. Była to bowiem działalność jak najbardziej sprzeczna z prawem. Było to przestępstwo powszechnie akceptowane i tolerowane, bo każdy, kto tylko mógł, z tego korzystał. Dla nas, zwykłych zjadaczy chleba, był to element cichej walki z systemem, a to, że pośrednikami w tej walce byli funkcjonariusze tego systemu, nikomu specjalnie nie przeszkadzało. Wykorzystywaliśmy wszyscy różnice kursów wymiany w banku i na czarnym rynku.
Kiedy nadeszły złote czasy transformacji, ktoś - na razie nie wiemy jeszcze dokładnie KTO? - podpowiedział naszym kagebistom, że lepszy interes niż na różnicy kursów wymiany można zrobić na różnicy oprocentowania walut w Polsce i za granicą! Nazywa się to "carry trade", który wykorzystuje tzw. spread. Robi się to po całym świecie, jest tylko ryzyko związane z niepewnością co do stabilności kursów wymiany i oprocentowań. "Risk?" - skazali nasi kagebiści - "a kakoj risk?!". Czyż to nie my decydujemy o tym, jaki jest kurs wymiany i jakie są stopy procentowe?! "U nas nikakowo riska byt' nie możet".
I odblokowali system, niczym mechanizm blokujący w maszynie losującej totolotka! I lawina finansowa ruszyła!
Postacią symboliczną tego odblokowania jest szary cinkciarz i ubek, natychmiastowy miliarder i senator, Aleksander Gawronik, który jednej nocy otworzył na wszystkich przejściach granicznych, legalne już, kantory wymiany walut. Za jego śladem poszli inni i przy każdym banku i na każdym targu wykwitły, jak Polska długa i szeroka te dobroczynne "transformatory pieniędzy".
Ale na wyższym szczeblu, niedostępnym dla szeregowych kagebistów, na szczeblu, by tak rzec "oficerskim", obejmującym wysokich urzędników, dyrektorów departamentów, ministrów, prezesów banków, dyrektorów i prezesów central handlu zagranicznego - tam to nowe cinkciarstwo przyjęło formę bardziej wyrafinowaną i dla zwykłego śmiertelnika niezauważalną. Tam nie chodzono do kantorów, tam posługiwano się dalekopisem, teleksem, cichymi transferami bankowymi. Jedynym ewentualnie zauważalnym elementem tych procesów były co najwyżej wyrastające z dnia na dzień fortuny, przejawiające się luksusowymi rezydencjami, jachtami i tym wszystkim, które jego jest.
Kiedy się czyta biogramy "imperatorów III RP" zamieszczone w książce Gabryela i Zieleniewskiego "Piąta władza, czyli kto naprawdę rządzi Polską?", wydaną już 10 lat temu, to zadziwia uderzające podobieństwo ich karier: wszyscy oni, za czasów PRL, "robili w dolarach", "eksport - import", staże zagraniczne w różnych "biurach handlowych", o związkach ze "służbami", naturalnie, się nie pisze, bo autorzy chcieli uniknąć procesów, takich jakie jeden z ich "imperatorów" wytoczył autorom książki "Via bank i FOZZ".

No, cóż, fortuna variabilis, nasz imperator gdzieś przepadł bez śladu i nie mogą go odnaleźć rozsyłane po świecie listy gończe, Może jeszcze kiedyś wypłynie, gdzieś na Wschodnim Wybrzeżu albo w Chinach, albo na Zabajkalu. Naszym artystom i specom od piaru trzeba podpowiedzieć, że na symbol mitu założycielskiego III RP nie nadaje się pyszny, kolorowy, umazany pastą do butów, pucybut! To raczej szary, cichy, niepozorny cinkciarz, szepcący nam do ucha na ulicy "czeńdżmanej, czeńdżmanej".

Jerzy Przystawa

Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Kryzys w branży szarlatanów - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 30, lipca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Pomimo wielu niewątpliwych różnic kulturowych, krajobrazowych, a także ekonomicznych, jedno w Polsce jest wszędzie podobne - jest to stan tzw. infrastruktury drogowej. Co więcej, obserwując postępy prac na tym odcinku naszej modernizacji, można wysnuć niezbyt wesołe wnioski co do perspektywy zmiany obecnego stanu rzeczy. Przemierzając niedawno naszą ojczyznę, z nudów obliczyłem, że na kilkunastokilometrowym odcinku drogi wojewódzkiej ruchem wahadłowym kierowało dziesięciu robotników, których jedynym zajęciem było podnoszenie czerwonego lub zielonego lizaka i szeptanie zdawkowych formułek do radyjka zawieszonego nas szyi, przy czym samym remontowaniem drogi zajętych było siedmiu fachowców uzbrojonych w kilka maszyn. Oczywiście trudno obwiniać o taki stan rzeczy wykonawców, gdyż jest to problem wynikający z zaniedbań polityki gospodarczej ostatnich kilkunastu lat.

W czerwcu br. minęło właśnie 19 lat od osławionych wyborów z czerwca 1989 r., niedługo tyle samo upłynie od rozpoczęcia równie osławionej reformy Balcerowicza i rozpoczęcia okresu tzw. transformacji ustrojowej, której zakończenie niedawno ogłoszono. Czy życie jednego pokolenia to w czasach turbokapitalizmu zbyt krótki okres na pokonanie pewnych podstawowych problemów infrastrukturalnych? W sporach o dokonania III RP właśnie stan infrastruktury świadczy, jak dominująca w tym okresie doktryna społeczno-ekonomiczna skutecznie zahamowała dokonania możliwe do wykonania jeszcze w latach 90. Czcząc dzisiaj pamięć po Bronisławie Geremku lub słuchając kolejnych pouczeń Balcerowicza, nie można zapominać, że to takim czołowym postaciom minionych kilkunastu lat zawdzięczamy obecny marazm. Od roku 1990 w tzw. wiek produkcyjny weszło w Polsce ponad 2 mln nowych ludzi, przy czym oficjalnie zlikwidowano blisko 5 mln miejsc pracy, przez co tylko ok. 54 proc. wszystkich zdolnych do jej podjęcia oficjalnie pracuje. Oczywiście spora część też pracuje, ale z konkretnych powodów nie ma motywacji chwalić się tym faktem, co już samo w sobie wskazuje na ustrojowe patologie. Podobny wskaźnik zatrudnienia miała Irlandia na początku lat 90., podczas gdy obecnie wynosi on ok. 67 proc., co pokazuje, że jednak ten miernik coś tam rzeczywiście pokazuje.
Ale przecież na początku wspomnianego okresu transformacji na szczytach władzy trudno było spotkać opinie mówiące o potrzebie szybkiej modernizacji kraju i awansie technologicznym, raczej dyskutowano o nowych programach socjalnych oraz aktywnych i pasywnych metodach walki z bezrobociem, które faktycznie stanowiły przykrywkę dla istnienia coraz bardziej rozrastającej się biurokracji, "walczącej" z bezrobociem. Znam to z autopsji, gdyż na początku 1991 r. zaraz po zakończeniu studiów przez 2,5 miesiąca byłem zatrudniony przez ówczesny rejonowy urząd pracy, który zatrudniał ok. 30 osób, podczas gdy w urzędzie wojewódzkim udawało pracę zaledwie kilkunastu biurokratów. Obecnie, pomimo że znalezienie robotnika graniczy z cudem, ten samym urząd, przemianowany na powiatowy, zatrudnia grubo ponad setkę osób oraz tworzy gminne centra pracy oraz inne centra aktywizacji bezrobotnych, a wojewódzki urząd pracy przekształcił się w biurokratycznego molocha z trzema dyrektorami, kilkunastoma wydziałami i oddziałami zamiejscowymi. W latach 1990 - 2008 corocznie z budżetu centralnego wydawano od 0,6 do 1,5 proc. PKB na tzw. walkę z bezrobociem, w tym połowę stanowiły zasiłki dla bezrobotnych, co oznacza, że w cenach bieżących wydano na ten cel minimum 150 mld zł. Nawet przy obecnej drożyźnie za takie pieniądze możliwym byłoby wybudowanie wszystkich niezbędnych autostrad i modernizację pozostałych dróg, a pewnie coś jeszcze zostałoby na inne potrzeby. Jakimś cudem jednakże pierwszym celem planu Balcerowicza było chłodzenie gospodarki, w ramach którego jedna po drugiej plajtowały firmy budowlane, zaś państwowi edukatorzy pod pretekstem podnoszenia poziomu wykształcenia likwidowali szkoły zawodowe, w założeniu przygotowujące do konkretnego zawodu.
Przez ostatnie kilkanaście miesięcy te realne problemy zostały przykryte przez światową koniunkturę na surowce i półprodukty, zaś napięcia na krajowym rynku pracy zostały rozładowane przez masową emigrację zarobkową na otwierające się rynki pracy Europy Zachodniej. Ale każdy cykl koniunkturalny ma to do siebie, że obok okresów prosperity występują też nieco chudsze lata, w których minione zaniedbania objawiają się ze zdwojoną siłą. Rok temu Ministerstwo Finansów ogłosiło, że w okresie od stycznia do czerwca 2007 r. wykonanie wszystkich dochodów budżetowych wyniosło 50,4 proc. rocznego planu, przy czym wpływy z podatków pośrednich stanowiące miernik bieżącej koniunktury wyniosły 51,5 proc. tego planu. W roku bieżącym, w pierwszym półroczu do budżetu wpłynęło 45,3 proc. kwoty zaplanowanej na cały rok, a wpływy z podatków pośrednich stanowiły 47,4 kwoty zaplanowanej. Także w ubiegłym roku środki z UE stanowiły ponad 37 proc. planu, podczas gdy w roku bieżącym z kasy Unii wpłynęło jedynie 24 proc. zaplanowanych pieniędzy (raptem 2,7 mld euro). Takie osłabienie koniunktury jest widoczne w całym drugim kwartale, co stawia pod znakiem zapytania obecnie prowadzoną politykę kontynuacji w nadziei na dalsze pomyślne zbiegi okoliczności w światowej koniunkturze. Jeszcze przez jakiś czas będzie można obarczać winą prezesa NBP i udawać zaangażowanie w poselskich debatach o drożyźnie, ale trudno oczekiwać, by takie "przekazy dnia" dopełniły oczekiwanych i nadal niespełnionych gospodarczych cudów. Jeden pomysł zasługuje jednakże w tym kontekście na szczególną uwagę. Otóż w sytuacji stałego i niezmiernie zaskakującego analityków umacniania się złotówki warto jeszcze raz zastanowić się nad emisją pieniądza z podobizną Lecha Wałęsy i to nie tylko na okolicznościowych monetach dla kolekcjonerów, ale na wszystkich monetach i banknotach w obiegu. Na awersie Lech, a na rewersie Bolek lub odwrotnie, bo trudno orzec, która figura była/jest bardziej znacząca. Obserwując postępującą z każdym rokiem dewaluację politycznego znaczenia byłego prezydenta, można zasadnie oczekiwać, że po takiej reformie walutowej już wkrótce za euro płacilibyśmy po pięć, a może nawet więcej złotych, przez co za benzynę moglibyśmy zapłacić dwa razy tyle co obecnie i tym samym uratowalibyśmy wpływy z podatków pośrednich. Jest to na pewno możliwe - wszak cudotwórców ekonomicznych nadal u nas nie brakuje.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Jednomandatowe Okręgi Wyborcze umożliwią wybór kompetentnych posłów do parlamentu, niezależnie od tego, z jakiej opcji politycznej pochodzą - wójt Stanisławowa Wojciech Witczak Wysłane środa, 30, lipca 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Jednomandatowe Okręgi Wyborcze mają zmienić rzecz zasadniczą, to znaczy: sposób funkcjonowania parlamentu oraz - mam nadzieję - jakość parlamentarzystów, a przede wszystkim: mają zwiększyć wpływ obywatela na to, kto w tym parlamencie będzie. W tej chwili w nim mamy w zasadzie osoby namaszczone przez partie. Przecież nieprawdopodobnym paradoksem było to, że w parlamencie zaistniał poseł, który zebrał 400-500 głosów! U nas taką liczbą wybiera się sołtysa, a już wójt musi mieć grube setki czy tysiące głosy, by być wybranym" - mówi wójt Stanisławowa na Mazowszu Wschodnim Wojciech Witczak.

Nie ma lepszej kontroli społecznej od tej, którą sprawuje wyborca nad osobą PRZEZ SIEBIE wybraną, a nie wyznaczoną przez gremia partyjne - uważa wójt Stanisławowa, jeden z Patronów Honorowych Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.

Nagranie trwa prawie 9 minut, jest dostępne w Sieci do 13 VIII 2008 r.






Pierwsi będą pierwszymi - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 29, lipca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Co jakiś czas dowiadujemy się o kolejnych nowinkach w kościołach protestanckich. Nie jest też żadnym zaskoczeniem, że i szwedzcy pastorowie postanowili raz na zawsze rozprawić się z piekłem i szatanem, a jak wiadomo, najskuteczniejszym do tego sposobem nie jest kropidło i egzorcyzmy, ale ustawa i dekret. Stąd też ichniejsi uczeni w piśmie postulują, że doktryna powinna zrezygnować z tak nieprzystającego do współczesności obrazu diabła, gdyż takiego oczywiście nie ma, są natomiast ludzkie obawy i niepokoje.

Nie bardzo wiadomo, jak na takie dictum zareaguje poseł Palikot, który przecież całkiem niedawno odkrył diabła wcielonego w osobie ojca Rydzyka, ale pewnie i wśród naszego kleru znalazłby niejednego teologa, który umiałby pogodzić takie filozoficzne sprzeczności. Obecne czasy w ogóle sprzyjają godzeniu dotychczas wydawałoby się niemożliwych do połączenia materii. Co innego dawniej, gdyż podobno prymas Stefan Wyszyński od czasu śmierci Bieruta przez całe życie odmawiał za jego duszę modlitwy, ale mało kto o tym wiedział, gdyż Prymasowi Tysiąclecia nie wpadł do głowy pomysł, aby odprawiać na tę okoliczność uroczyste nabożeństwa. Może dzięki temu i Pan Bóg już przebaczył Bierutowi jego przewiny, a i wierni nie muszą doznawać rozterek, czy wieszać na ścianie obrazki z jego podobizną?
Tymczasem w dniu pochówku tragicznie zmarłego Bronisława Geremka uroczyste nabożeństwo w katedrze św. Jana w Warszawie odprawiło aż dwóch arcybiskupów, a w nabożeństwie uczestniczył m.in. Aleksander Kwaśniewski, który za PRL-u był ateistą, a w III RP agnostykiem. Jak wynika z medialnych doniesień, na nabożeństwo przybyło także sporo innych osób, których katolicka ortodoksja jest mało prawdopodobna, jak np. Włodzimierz Cimoszewicz, Adam Michnik czy Władysław Frasyniuk. Wielu z nich przyszło zapewne dla symbolicznego uczczenia Geremka niż z wiary w Pana Boga, co tylko obrazuje, jak dalece pewne zachowana odbiegają od ich rzeczywistego sensu. Oczywiście w intencji zmarłego także ateisty czy nawet wroga Kościoła można, a nawet należałoby odmawiać modlitwy, ale wydaje się, że uroczyste nabożeństwa koncelebrowane przez kościelne Ekscelencje powinny być zarezerwowane dla zmarłych szczególnie zasłużonych dla Kościoła i wiary. Inaczej prosty lud, któremu i tak coraz mniej chce się już stosować do pouczeń katechizmu, może wyciągnąć skądinąd logiczny wniosek, że dla Kościoła katolickiego nie ma już znaczenia czy człowiek wierzy w jego naukę, czy w np. nauki szwedzkich pastorów, którzy lada dzień przegłosują kolejne nowinki doktrynalne.
A o tym, że Bronisław Geremek nie był katolikiem, można natomiast dowiedzieć się z wywiadu, którego wkrótce po śmierci unioposła udzielił jego brat Jerry Lewart żyjący od lat 50. na stałe w Nowym Jorku.
Nie jest też tak jak w przesłodzonych epitafiach na cześć Geremka wypowiadali się przedstawiciele naszych elit, gdyż był on osobą o dość schematycznych poglądach, których istotę można zgłębić przy lekturze kilku numerów "Gazety Wyborczej". W jednym z wywiadów tłumaczył m.in. Jarosławowi Kurskiemu, że relacje polsko-izraelskie są zagrożone, gdyż "cień na nie rzuca działalność Radia Maryja", tłumacząc dalej, że "działalność marginalnych publicystów, to jest zupełnie co innego, gdy te słowa już tradycyjnie pojawiają się w pismach, które mało kto czyta. Natomiast Radio Maryja to jest wielkie medium...". Porządek z Radiem Maryja zostałby zrobiony "gdyby wszystkie organy ścigania ściągnęły czarne skarpetki ze swoich głów i zamiast gonić za niewinnymi ludźmi robiły to, co trzeba". Wynika z tego, że nieprawomyślne tezy można głosić pod warunkiem, że mało kto je czyta, a gdyby jednak jakieś medium głoszące takie teorie zaczęło zdobywać większe audytorium, to wtedy należy z nim zrobić porządek. W jaki sposób? W sposób bardzo prosty, poprzez przerzucenie funkcjonariuszy zaangażowanych w tropienie Sawickiej, doktora G., "Fryzjera" etc. i zaangażowanie ich do wyłapywania zbrodniczych treści nagranych na "taśmach Rydzyka".
Niestety, wyznawców doktryny Bronisława Geremka jest w naszym kraju bez liku, a w związku z tym, że nawet biskupi wyrażają szacunek dla podobnych nauk, to kto wie czy niedługo honorowym kanonikiem nie zostanie np. Aleksander Kwaśniewski, w końcu skoro raz któryś żonaty Nikolas Sarkozy może być honorowym kanonikiem Bazyliki św. Jana na Lateranie, to dlaczego nie nasz "prezio", który jechał nawet papamobile?

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Ordynacja JOW pomogła w działaniu samorządów: przedstawiciel wyborców ma silniejsze umocowanie - wójt Jakubowa Stanisław Piotrowski Wysłane poniedziałek, 28, lipca 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Jednomandatowy okręg wyborczy jest rozwiązaniem najbardziej korzystnym dla naszej gminy, a i myślę, że dla innych gmin naszego powiatu. Obecna ordynacja wyborcza na szczeblu samorządu udowodniła, że bezpośrednie wybory wójtów przyniosły wiele dobrych rozwiązań, uprościły pewne procedury, jest mniej konfliktów na szczeblu rada - wójt, działania samorządu są bardziej sprawne. Wybory bezpośrednie sprawdziły się jako najlepsze rozwiązanie w demokracji, więc jestem przekonany, że na szczeblu najwyższym wyborów do parlamentu - będzie to najlepsze rozwiązanie" - wójt Jakubowa na Mazowszu Wschodnim Stanisław Piotrowski popiera postulat wprowadzenia ordynacji JOW w wyborach do Sejmu RP.

Nagranie trwa prawie 3 minuty, jest dostępne w Sieci do 11 VIII 2008 r.






Ich trzeba wszystkich wyrzucić. Trzeba zrobić polityków, którzy będą bezpośrednio odpowiadali przed ludźmi, a nie przed swoimi prezesami - burmistrz Łochowa Marian Dzięcioł Wysłane poniedziałek, 28, lipca 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Osiemnaście lat polskiej transformacji. Myślę, że w 1989 roku mieliśmy pewien wybór. Oprócz tego podstawowego - socjalizm czy kapitalizm, również ten podstawowy - jak chcemy Państwo urządzić? Jak je zorganizować? Czyli - jak dokonać wyborów elit politycznych... Czyli - ordynacja wyborcza... Ówczesne elity zadecydowały, że będzie lepsza ordynacja proporcjonalna. I minęło osiemnaście lat... Pomimo, że kraj idzie do przodu, to w życiu politycznym bałagan jest już trudny do zniesienia" - burmistrz miasta Łochów na Mazowszu Wschodnim Marian Dzięcioł opowiada się za ordynacją większościową w wyborach parlamentarnych do Sejmu RP.

Nagranie trwa ponad 7 minut, jest dostępne w Sieci do 11 VIII 2008 r.






Wokół Falzmanna - Wojciech Błasiak i Jerzy Przystawa Wysłane czwartek, 24, lipca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Pod moim tekstem "Falzmann, 18 lipca 1991",umieszczonym w Salonie24 (www.jerzyprzystawa.salon24.pl) podobnie jak przed rokiem, pojawiły się komentarze tego samego "Anatola", podważające wiarygodność wniosków z kontroli FOZZ, jaką przeprowadzał Michał Falzmann. Po raz kolejny komentarz do opinii "Anatola" nadesłał mi dr Wojciech Błasiak.

Dr Wojciech Błasiak, poseł II Kadencji z listy KPN z Wrocławia. Z zawodu jest ekonomistą i socjologiem. Do momentu uzyskania mandatu parlamentarnego był adiunktem w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Śląskiego. W czasie swojego posłowania potraktował poważnie wyniki dochodzeń Falzmanna, a w szczególności zainteresował się Bankiem Handlowym i ujawnił raport NIK z kontroli tego banku. Jako jeden z nielicznych posłów nawiązał współpracę z Ruchem Obywatelskim na rzecz JOW. Był jedynym członkiem Zgromadzenia Narodowego, który podczas debaty nad zatwierdzaniem nowej konstytucji wypowiedział się zdecydowanie przeciwko tzw. wyborom proporcjonalnym do Sejmu. Obie Najwyższej Izby, zgodnym chórem, zakrzyczały i wytupały wystąpienie posła Wojciecha Błasiaka. Jego działania poselskie nie znalazły uznania w oczach liderów AW"S" i nie wszedł do Sejmu kolejnej kadencji. Co ciekawsze, Uniwersytet Śląski również szybko pozbył się niepokornego posła, uniemożliwiając mu zrobienie habilitacji. Od tej pory skazany jest na poszukiwanie pracy, bo polskie uczelnie wyższe nie wykazują zapotrzebowania na ekonomistów i socjologów, którzy zbyt krytycznie oceniają dobrodziejstwa transformacji ustrojowej.

Jerzy Przystawa




Aktywna dezinformacja czyli "Anatol" - Wojciech Błasiak

Przez 17 lat udawało się dość skutecznie układowi sił, który stał za rabunkiem finansów publicznych na przełomie lat 80. i 90. i całą tzw. transformacją ustrojową, otoczyć sprawę FOZZ, a także okoliczności śmierci M. T. Falzmanna i W. Pańki, szczelną zasłoną informacyjną milczenia. Te "strefy ciszy" są przy tym stale odtwarzane mimo upływu lat. Nie ośmielają się ich zakłócić ani znakomici polscy dziennikarze śledczy, ani znani z bezkompromisowości politycy polscy, ani tez znani z dociekliwości i przenikliwości naukowcy w dziedzinie ekonomii, politologii, socjologii, o historii już nie wspominając. Panowanie informacyjne jest więc nadal w rękach beneficjantów FOZZ, śmierci Falzmanna i Pańki i całej tzw. transformacji ustrojowej.

Ponieważ jednak żyjemy w świecie internetu, a i polska demokracja nie jest szczelnie fasadowa, ludziom takim jak Jerzy Przystawa, wyrastającym jeszcze z tradycji II RP, udaje się dzięki kilkunastu latom systematycznej i mozolnej pracy informacyjnej przebijać z kluczowymi informacjami na tematy objęte "strefami ciszy". I wówczas do akcji wkraczają "Anatolowie". Ich działalność polega na bezpośrednim niszczeniu tych kluczowych informacji. Niszczenie prawdy polega na podważaniu ich sensowności i wiarygodności, tak aby ci którzy mają ochotę je powtórzyć, nie mieli do końca pewności i aby zasiać u nich ziarno wątpliwości. "Anatolowie" są tu oczywiście wysyłani do specjalnych zadań przez producentów i stróżów "stref ciszy".
"Anatolowie" wkroczyli do akcji ponad rok temu, gdy uczestniczyłem wraz z J. Przystawą w konferencji poświęconej rocznicy śmierci W. Pańki na Uniwersytecie Śląskim. Przyjechali specjalnie z Warszawy (doktor, doradca prezesa NIK i profesor, członkini kolegium NIK) i zostali też zmobilizowani na miejscu (doktor, działacz "Solidarności" prowadzący sesję) z jednym tylko zadaniem: dezawuować tezy o możliwości zamordowania Falzmanna i Pańki oraz jeśli się da - utrudnić, a nawet uniemożliwić nam obu wygłoszenie referatów. To drugie prawie się udało, bo z pierwszym nie wyszło w starciu z informacjami źródłowymi. Dodajmy też, że ich większa czy mniejsza skuteczność jest możliwa tylko w pewnych warunkach, a mianowicie atmosfery strachu cywilnego aż po obrzydliwe tchórzostwo instytucjonalnego otoczenia. W tym przypadku - prezesa NIK i rektora Uniwersytetu Śląskiego. Obaj zresztą nie zechcieli nawet odpowiedzieć na listy protestacyjne, jakie przesłaliśmy im w sprawie tego skandalu.

"Anatol" wkroczył też po raz drugi do akcji w odpowiedzi na tekst J. Przystawy napisany w rocznicę śmierci T. Falzmanna. I to tym razem już z pełną bezczelnością - jego poprzednia argumentacja nie została ponoć podważona, więc jest przyjęta. I z powodu bezczelności tej po raz drugi zabieram głos, choć wiem, że "Anatol" robi to w ramach działalności zlecanej, a ja w ramach czasu wolnego.

Sens wypowiedzi "Anatola" sprowadza się do tezy o fizycznej niemożności rabunku miliardów dolarów z powodu braku takowych w Polsce z początkiem lat 90. A więc wszystkie ustalenia Falzmanna w tym momencie są bezprzedmiotowe. Jest to przemyślany zabieg odwołujący ukrycie się do potocznego myślenia o pieniądzu jako brzęczącej monecie, a nie choćby o pieniądzu jako zapisie na koncie. I choć M. Falzmann dowodził wyprowadzania miliardów dolarów poprzez operacje na zadłużeniu zagranicznym, a nie kradzież dolarów w workach z kasy NBP czy z kont dewizowych NBP, to "Anatol" udaje że w istocie jest to samo, a i tak sprowadza się to wszystko do brzęczącej monety dolarowej, której jako żywo było w 1990 roku w Polsce brak. Co prawda, jak to bywa przy akcjach - "Anatoli" gubi się troszeczkę, bo raz ma być w Polsce w 1990 roku tylko 1 mld dolarów FOZZ, gdyż 1 mld dolarów funduszu stabilizacyjnego jest na zagranicznych kontach, a potem gdy J. Przystawa przypomina mu, że samych wkładów dewizowych ludności było z 6 mld dolarów, ale i tak nie ma to dla niego specjalnego znaczenia, gdyż dolarów brzęczących czy stygnących na dewizowych kontach było w za mało. Co prawda można by było zapytać: a dzięki czemu trwał wielomiliardowy dewizowo eksport i import z Polski do Polski, i kto go, i czym obsługuje? - ale to i tak naprawdę nie miałoby znaczenia.

Po zniszczeniu sedna wnioskowania w sprawie rabunku finansów publicznych "Anatol" w ramach swej aktywnej dezinformacji ubiera się w strój akademicki, precyzyjnie podając bezwartościowe liczby, a gdzie trzeba - kłamiąc w żywe oczy, jak choćby w sprawie braku dodatniego oprocentowania kredytów po 1 stycznia 1990 roku, gdy to cała "pętla zadłużeniowa", jaką plan Sörösa-Sachsa, zwany "planem Balcerowicza", zacisnął na szyi polskich przedsiębiorstw państwowych, wziął się z wprowadzenia dodatniego oprocentowania kredytów zaciągniętych przez 1 stycznia 1990 roku.

Przypomnijmy więc może tylko tyle, że w samym tylko 1990 roku zadłużenie zagraniczne państwa polskiego wzrosło o 7 mld 854 mln dolarów. Ile z tego dzięki rabunkowi za pośrednictwem "oscylatora Balcerowicza"? To mogłaby ustalić dopiero komisja specjalna. Przypomnijmy bowiem, że wśród wielu form rabunku to właśnie ów "oscylator", czyli różnica między oprocentowaniem lokat złotówkowych w warunkach hiperinflacji i wysokiej inflacji i dodatnim oprocentowaniu wkładów oraz stabilnym oprocentowaniem lokat dewizowych w sytuacji sztywnego, a następnie po blisko półtora roku kroczącego kursu dolara w relacji do złotówki - była kluczowa przede wszystkim w 1990 roku.

Ta forma zalegalizowanego rabunku była - jak mogę sądzić na podstawie informacji od moich warszawskich i podwarszawskich znajomych - przynajmniej wśród szerokiego establishmentu Warszawy powszechna, a arogancko ujawniona przez Bagsika z Gąsiorowskim (o establishmencie finansowym Wschodniego Wybrzeża USA, skąd pochodził zresztą jeden z autorów całego planu George Sörös, nie wspominając). Dziś warszawski establishment nabrał wody w usta i można się dowiedzieć co najwyżej, iż pieniądze z FOZZ były wykorzystane do powstania obu prywatnych stacji telewizyjnych. A dlaczego akurat z FOZZ, o to już nikt nie pyta, pomijając już fakt, iż nawet pożyczki z FOZZ dla podmiotów krajowych były nielegalne.

Pozwolę też sobie przytoczyć najbardziej wiarygodne i mocne argumenty o finansach publicznych i zadłużeniu zagranicznym lat 1989 - 1991 w postaci fragmentów jednego z raportów NIK z 1992 roku dla ministra finansów Jerzego Osiatyńskiego (HZ-41002-1/92):
"Najwyższa Izba Kontroli przeprowadziła w okresie od lutego do czerwca br. kontrolę realizacji ustawowych zadań Ministra Finansów w latach 1989 - 1991 w zakresie: zobowiązań i należności zagranicznych Skarbu Państwa, bilansu płatniczego państwa, zobowiązań krajowych Skarbu Państwa, nadzoru i kontroli Ministra Finansów oraz działalnością FOZZ oraz polityki kursu złotego. (..)

1.1.(…) W 1990 r. zagraniczny dług państwowy wzrósł w porównaniu z rokiem poprzednim o 7.854 mln USD. (…) Na koniec 1990 r. zadłużenie zagraniczne Polski wyniosło 48.475 mln USD (…)

1.2. (…) Księga zadłużenia zagranicznego założona dopiero 20 maja 1991 r. (a przed tą datą zarówno Ministerstwo Finansów jak i FOZZ nie prowadziły takiej księgi), nie spełnia roli ewidencji długu państwowego, gdyż dane z niej zawarte są zbyt ogólnikowe. Zapisy dokonane w tej księdze nie mają bezpośredniego odniesienia do dokumentów źródłowych pozwalających ustalić poszczególnych kredytodawców, dat i kwot zaciągniętych kredytów oraz ich rzeczywistego przeznaczenia. Nie wskazuje się też finalnego kredytobiorcy.
Z zapisów księgi nie można ustalić opóźnień w spłacie rat kapitałowych i odsetek. Preliminarze płatności zadłużenia zagranicznego sporządza jedynie Bank Handlowy. Zmusza to Ministerstwo Finansów do czerpania informacji tylko z Banku Handlowego przy obsłudze bilansu płatniczego państwa i sporządzania różnych analiz.

1.3. Umowy dwustronne Polski z państwami Klubu Paryskiego nie podpisywał Rząd RP lub z jego upoważnienia Minister Finansów lub inny członek Rządu, a różni nieupoważnieni urzędnicy Ministerstwa Finansów, a także inne osoby spoza Ministerstwa. Sprawa podpisywania umów międzypaństwowych ze skutkiem dla budżetu państwa zastrzeżona jest konstytucyjnie dla generalnych kompetencji Rządu RP, a fakt podpisania ich przez nieupoważnione do tego osoby powoduje z mocy prawa ich nieważność. (…)

1.4. Z uwagi na brak dokumentów źródłowych Ministerstwo Finansów (Dep. Zagraniczny) nie sporządziło - na żądanie kontroli NIK zestawienia obejmującego pozycje składające się na zadłużenie zagraniczne państwa oraz przebieg realizacji spłat kapitału i odsetek wobec poszczególnych wierzycieli.

Ministerstwo nie posiadało także zestawienia przebiegu obsługi zadłużenia zagranicznego w latach 1989 - 1991 w układzie bardziej ogólnym, tj. wg poszczególnych grup wierzycieli oraz nie podano kontrolującemu przyczyn niepełnej obsługi zadłużenia zagranicznego państwa w ostatnich latach i wynikających z tego ujemnych skutków (wzrostu zadłużenia) dla budżetu państwa w przyszłości. (…)

6.2. Ustawą z 15 lutego 1989 r. o FOZZ zlikwidowany został fundusz celowy o tej samej nazwie, działający na podstawie ustawy z 1985 r. o FOZZ. (…) Ministerstwo Finansów (Dep. Zagraniczny) w toku kontroli NIK nie było w stanie określić wysokości salda tzw. »starego FOZZ« przejętego przez tzw. »nowy FOZZ«.

6.3. Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego nie prowadził księgi zobowiązań i należności Państwa z tyt. Zagranicznych kredytów i gwarancji państwowych - mimo że na mocy art. 12 ustawy o FOZZ był do tego zobowiązany. (…)

6.4. (…) do tej pory nie została rozszyfrowana kwota 1624,3 mld zł dot. operacji własnych FOZZ ujęta w zestawieniu Pt. »Rozdysponowanie dotacji budżetowej w 1990 r. dla FOZZ«.
(…)

6.5. Ministerstwo Finansów (a także FOZZ) nie prowadziło ewidencji efektów wykupu przez FOZZ polskich długów. (…)

7.2. Ministerstwo Finansów nie sporządzało ani nie uczestniczyło w opracowywaniu rachunków symulacyjnych skutków zmiany kursu złotego do koszyka walut, jak również nie egzekwowało takich analiz z NBP. Z przeglądu materiałów dotyczących zmiany kursu złotego do koszyka walut w latach 1989 - 1991 wynika, że udział Ministra Finansów ograniczał się do podpisywania decyzji o zmianie kursu złotego zaproponowanych przez Prezesa NBP. Minister Finansów nie występował też z inicjatywa zmiany kursu ani nie wyrażał swego stanowiska przed podpisaniem ww. decyzji".

Ten obraz polskiego państwa i stanu jego finansów jest całkowicie odmienny od tego, jaki przedstawiały i przedstawiają nam mass media, politycy i naukowcy. Obraz budowania "demokratycznego państwa prawa", wybitnego męża stanu Tadeusza Mazowieckiego i równie wybitnego premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego oraz naukowego męża opatrznościowego naszych finansów i gospodarki ministra finansów - Leszka Balcerowicza. A przecież cały okres ostatnich już niebawem 20 lat jest kompletnie zakłamany. I nic się specjalnie nie zmienia - regułą są stare i nowe "strefy ciszy" i kolejni "Anatolowie".
I nic się istotnego nie zmieni, dopóki cała polska klasa polityczna wyrastająca z lat 90. nie zostanie, mówiąc językiem Lenina i Reagana, wyrzucona na śmietnik historii. Tylko to przerwie skutecznie związanie polskiego państwa siecią oligarchicznych układów. I nie ma co liczyć na żaden PiS czy przebudzenie PO. I Jarosław Kaczyński, i Donald Dusk doskonale wiedzą, że zmiana ordynacji wyborczej zmiecie ich formacje, a ich samych postawi na scenie wreszcie we właściwych do wielkości ich intelektu i etyki proporcjach. To przecież oni głównie produkowali i produkują z użyciem podległych im aparatów informacyjnych "ciszę" wokół JOW. Można ich bowiem podejrzewać o wszystko, tylko nie o naiwność. Przy tej okazji chce zaapelować do tych zwolenników JOW, którzy są sympatykami PiS - porzućcie wszelką nadzieję. Co takiego trzymało na niewidzialnej smyczy młodego i odważnego Ministra Sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę, że nie odważył się, mimo pretekstu w postaci publicznego apelu, wznowić śledztwa w sprawie okoliczności śmierci W. Pańki? A co takiego trzymało go na smyczy, że nie przywrócił do śledztwa w sprawie śmierci ks. Jerzego Popiełuszki jedynego prokuratora, który chyba już wie, a nawet ma dowody - kto zlecił porwanie, a nawet morderstwo - czyli Andrzeja Witkowskiego?

Jedynym sposobem wyrzucenia tej nieudolnej, skorumpowanej, a czasem mam wrażenie, że i moralnie lumpiarskiej klasy politycznej, nie są nowe wybory - tylko nowe wybory przy wprowadzeniu JOW. Niestety, przy fasadowości polskiej demokracji i głębokiej cenzurze merytorycznej głównych mediów nie ma prostej drogi do dokonania takiej zmiany. Nie ma również postaci w obszarze pozaparlamentarnym, które wykorzystując swoją pozycję czy pieniądze, mogłyby ominąć lub przełamać fasadowość i cenzurę.

Ale mimo wszystko, po kilkunastu latach działalności takich ludzi jak Jerzy Przystawa okazuje się, że producenci ciszy i fasadowości stale musza się mieć na baczności i wypuszczać swoich "Anatoli". Taka działalność stale stawia ich w niebezpieczeństwie. Dlatego sądzę, że choć przełomu politycznego w Polsce nie można zaplanować, to trzeba stale i niezmiennie produkować prawdę. Gdzie się da i jak się da. Bo tylko wtedy, przy pęknięciu, załamaniu czy tylko słabości istniejących struktur politycznych, procesy mogą nagle zmienić kierunek. Inaczej się rozleją lub zostaną pospiesznie ponownie przez producentów ciszy i fasadowości skanalizowane.

Do zobaczenia przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie 11 października 2008 roku.

Wojciech Błasiak

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

Antyukraińska histeria na łamach "Naszego Dziennika" - Antoni Zambrowski Wysłane środa, 23, lipca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Środowy (z 9 lipca br.) "Nasz Dziennik" alarmuje na pierwszej stronie: "Związek Ukraińców w Polsce wydaje pismo pt. »Nasze Słowo«, w którym obraża polskich polityków, Polaków nazywa mordercami, a Armię Krajową - bandytami. Zdecydowanie antypolskie nastawienie tej organizacji nie jest jednak przeszkodą do korzystania z państwowych funduszy".

Najboleśniejszy dla autora artykułu red. Jacka Dytkowskiego jest zamiar zorganizowania przez prezesa Z. U. w P. Piotra Tymę w Operze Leśnej w Sopocie XIX Festiwalu Kultury Ukraińskiej w dniach 12 i 13 lipca. Patronat honorowy (o zgrozo!) nad tą imprezą objęli prezydent RP Lech Kaczyński oraz prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko. Jego zdaniem oraz zdaniem cytowanych przez niego działaczy polskich organizacji kresowych, data imprezy organizowanej po raz 19-ty w Sopocie koliduje z organizowanymi w tym roku w Olsztynie obchodami 65. rocznicy rzezi wołyńskiej Polaków przez ukraińskich nacjonalistów spod znaku UPA-UNO. Wynikałoby z tego, że żałobne w obchody w Olsztynie mogły by być zakłócone przez śpiewy i tańce ludowe w Operze Leśnej w Sopocie.
Przeczytałem uważnie artykuł red. J. Dytkowskiego oraz udzielony mu przez p. Kazimierza Boguckiego wywiad i wciąż nie rozumiem, o co im chodzi. Kazimierz Bogucki, który jest wiceprezesem olsztyńskiego oddziału Towarzystwa Miłośników Wołynia i Polesia, alarmuje, że Związek Ukraińców w Polsce wchodzi w skład Światowego Kongresu Ukraińców mieszczącego się w Kanadzie. Podejrzewa on, iż polscy Ukraińcy są zwykłymi wykonawcami woli Ukraińców kanadyjskich. I wyciąga wniosek: "Stąd te wszystkie te straszliwe artykuły w »Naszym Słowie«, które w ogóle nie oszczędzają Polaków, ubliżają im, nazywają mordercami, draniami, łobuzami itd. Dzieje się tak w każdym niemalże numerze". Zdziwiony tymi oskarżeniami, nie popartymi żadnymi przykładami, sprawdziłem daty cytatów przytoczonych przez red. J. Dytkowskiego w jego artykule. Otóż pochodzą one wszystkie sprzed czterech lat, z roku 2004. Czyżby nie było świeższych dowodów? Ponadto przytoczone artykuły dotyczą nie wszystkich Polaków, lecz jedynie sprawców mordu na Ukraińcach w Pawlokomie w 1944 roku. Inny przytoczony artykuł (z końca 2004 roku) zawierał krytyczną ocenę komunistycznej akcji "Wisła", czyli wysiedlenia przez władze PRL-owskie na polecenie Stalina całej ludności ukraińskiej oraz zaliczonych do niej Łemków w trybie administracyjnym z Bieszczad na Ziemie Odzyskane. Przypomnijmy, że akcja "Wisła" została potępiona przez Senat RP jako zbrodnia stalinowska, zaś mord na Ukraińcach w Pawlokomie potępiony wspólnie przez prezydentów Lecha Kaczyńskiego i Wiktora Juszczenkę. W ten sposób antypolskie stanowisko możemy w myśl tej logiki zarzucić prezydentowi RP Lechowi Kaczyńskiemu i taki jest w gruncie rzeczy wydźwięk alarmów "Naszego Dziennika".
Chciałbym więc przypomnieć panom K. Boguckiemu i J. Dytkowskiemu, że w wolnej Polsce wszyscy obywatele cieszą się (w odróżnieniu od PRL) wolnością słowa, zatem dziennikarze "Naszego Słowa" oraz prezes Petro Tyma mogą krytykować posłów na Sejm w tym samym stopniu, co i inni polscy dziennikarze. W przeciwnym razie ten sam zarzut można by było adresować pod adresem "Naszego Dziennika", który też nie szczędzi słów krytyki polskim politykom. Dziennikarze pracujący w Polsce mają prawo pisać rzeczy wywołujący oburzenie pewnej części czytelników. Z kolei prawem dziennikarzy "Naszego Dziennika" jest polemizowanie z ich stanowiskiem. Natomiast złe wystawia sobie świadectwo p. Kazimierz Bogucki, gdy w imieniu kresowian pisze do premiera Donalda Tuska pismo z żądaniem poskromienia Związku Ukraińców w Polsce, tym bardziej, że jak sam przyznaje - ukraiński tygodnik "Nasze Słowo" ma mały nakład i mało kto go kupuje. Jeszcze gorsze wystawia sobie świadectwo cytowany przez red. Jacka Dytkowskiego Tomir Sołtan - przewodniczący Prezydium Rady Naczelnej Organizacji Kresowych. Broni on otwarcie komunistycznej akcji "Wisła". Można by odwrócić oskarżenie i powiedzieć z równym stopniem zasadności, iż niektórzy działacze rodem z PRL pod płaszczykiem działalności organizacji kresowych szukają sposobności, by w interesie Moskwy zakłócać stosunki pomiędzy Polską a Ukrainą.
Wymiana inwektyw sprawy niestety nie rozwiąże. Działacze organizacji kresowych są wyrazicielami bolesnej pamięci tysięcy Polaków, których krewnych w sposób okrutny zamordowali siepacze z UPA. Ta pamięć wymaga szacunku. Powinni oni jednak zdawać sobie sprawę, że działacze Związku Ukraińców w Polsce również wyrażają pewne racje. Nauczeni gorzką dolą Ukraińców w PRL, boją się oni ubocznych skutków takich obchodów rocznicowych w postaci narastania antyukraińskich resentymentów wśród polskich sąsiadów. Na te obawy jest tylko jedna recepta, podpowiedziana nam przez liturgię katolicką: "przekażcie sobie znak pokoju".

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Cesarstwo Niemieckie i Cesarstwo Rosyjskie wracają do gry - Stanisław Michalkiewicz o pomyśle, powstawaniu, konsekwencjach rozwoju Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, czyli Unii Europejskiej (cz. IV) Wysłane niedziela, 20, lipca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Prezentujemy Państwu czwartą część zapisu wykładu Stanisława Michalkiewicza, publicysty wielu pism prawicowych i stałego współpracownika naszej witryny ASME - Antysocjalistycznego Mazowsza, wygłoszonego w Pruszkowie w dn. 03.06.2008 r.

"Zapis Artykułu 3A Traktatu Lizbońskiego podważa zasadę, że Unia Europejska będzie miała tylko takie kompetencje, jakie przekażą jej państwa członkowskie. Diabeł tkwi w szczegółach - zapis mówi, że państwa członkowskie muszą »powstrzymać się przed działaniem, które może zagrozić urzeczywistnieniu celów Unii Europejskiej«. Najlepiej wyjaśnić to na przykładzie. Polska w tej chwili powstrzymuje się przed uznaniem tzw. małżeństw jednopłciowych, ale jednym z celów UE jest »zakaz dyskryminacji« i »przeciwstawienie się wykluczeniu społecznemu«. Jeśli więc Polska się nie zgodzi na nie - to zamiast naszej zgody będzie wydany wyrok Trybunału w Luksemburgu w tej kwestii i będzie po sprawie" - mówi prawicowy publicysta.
Ważne jest też zwrócenie uwagi na prawo do wystąpienia z UE. Niby jest ono zagwarantowane, ale znowu posłużmy się przykładem - choć z innego kontynentu: Stany Zjednoczone AP są też państwem federacyjnym, w konstytucji USA też jest zapis o »prawie wychoda«, ale kiedy stany południowe chciały wystąpić z USA, to prezydent Lincoln potajemnie zorganizował bojówki, które najpierw chciały obalić rządy na Południu, a potem dokonał zbrojnego najazdu na stany południowe. W UE jest sformułowana »zasada solidarności«, która przypomina starą »zasadę Breżniewa«, zastosowaną w Czechosłowacji w 1968 roku. A więc - kiedy jakieś państwo« europejskie będzie chciało wystąpić z UE, to inne państwa członkowskie »będą mogły udzielić pomocy w akcie zabezpieczenia zagrożonej demokracji« w tym kraju. Osobną sprawą jest to, że władze lokalne będą musiały najpierw napisać podanie o wystąpienie z UE. Wtedy rozpoczną się »negocjacje«, które będą mogły zostać zakończone pozytywnie lub nie. Jeśli zostaną zakończone - dokument zostanie przekazany do Rady Europejskiej i Parlamentu Europejskiego do zatwierdzenie. I znowu mamy dwie możliwości: albo zostanie zatwierdzone, albo nie. Jeśli znowu uda się uzyskać pozytywne rozstrzygnięcie, to pozostaje znowu okres dwóch lat, w których UE może »udzielić bratniej pomocy«, bo przecież taki akt najpewniej będzie potraktowany jako »zagrożenie demokracji« w danym kraju..." - Stanisław Michalkiewicz, stały współpracownik naszej witryny ASME, analizuje szczegóły Traktatu Lizbońskiego, które najwyraźniej mają na celu likwidację suwerenności Rzeczypospolitej i zatwierdzenie politycznej oraz ideologicznej hegemonii biurokracji unijnej.

Pierwsza część nagrania TV ASME.
Druga część nagrania TV ASME.
Trzecia część nagrania TV ASME.

Nagranie tej części trwa ponad 20 minut, jest dostępne w Sieci do 3 VIII 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania (prawie 2 godziny!!!) o doskonałej jakości.




Falzmann, 18 lipca 1991 - Jerzy Przystawa Wysłane sobota, 19, lipca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Michał Tadeusz Falzmann musiał odejść, ponieważ nieopatrznie odsłonił korzenie drzewa, z którego bujnie wyrastały gałęzie polskiego kapitalizmu.

Pod koniec Cudownego Roku 1989, jako inspektor warszawskiej Izby Skarbowej, skierowany na kontrolę do największej polskiej centrali handlu zagranicznego, jaką był kierowany przez Dariusza Przywieczerskiego "Universal", odkrył przedziwne machinacje kredytowe z udziałem "Universalu" i FOZZ. Na czele FOZZ stał przypadkiem Grzegorz Żemek, przestępczy wspólnik Przywieczerskiego (zob. Ref.1)

O swoich odkryciach Falzmann poinformował swoich zwierzchników. Na interwencję wiceministra finansów został za to ukarany zwolnieniem z pracy. Wiceminister, główny negocjator polskiego długu państwowego i przewodniczący Rady Nadzorczej FOZZ i członek Rady Nadzorczej Banku Handlowego, był jeszcze "w cywilu", dodatkowo, pułkownikiem WSI - nie trudno więc pojąć, że jedno jego słowo miało w takich sprawach magiczną moc.

Michał Falzmann, pomimo tego, że z wykształcenia był ekonomistą, był naiwnym młodym człowiekiem, któremu się wydawało, że w Wolnej Polsce, jeśli do zwycięskich bohaterów walki z komuną dotrą informacje o tym, co się kryje za akronimem "FOZZ", to natychmiast podejmą odpowiednie działania, aby przeciwstawić się rabunkowi kraju, jaki się systematycznie dokonuje za zamkniętymi drzwiami gabinetów bankowych i ministerialnych. Dlatego, kiedy wyrzucono go z pracy i nie mógł dalej wykorzystywać drogi służbowej, ze swoimi odkryciami podzielił się na łamach "drugoobiegowego" "Głosu Wolnego Robotnika".

Lech Wałęsa, który właśnie zostawał Prezydentem, najwyraźniej nie był jeszcze zorientowany, że z tym "fozem" wszystko jest O.K. Nie wiedział więc, że chodzi tu po prostu o przyspieszoną produkcję rodzimych, polskich milionerów (czy tam miliarderów - bo wtedy to, co dzisiaj się liczy na miliony, to wówczas były grube miliardy), a doniesiono mu, że jest taki Falzmann, który "kuma" o co chodzi z tym FOZZ. Polecił więc (poprzez Anatola Lawinę), żeby tego Falzmanna zatrudniono w NIK i zlecono mu skontrolowanie FOZZ. I tak się, na zgubę Falzmanna, stało.

Główny Specjalista Kontroli Państwowej w NIK, Michał Tadeusz Falzmann, był jak rasowy pies policyjny, który raz chwyciwszy trop, idzie jak burza. Jak NIK - NIKiem, takiego tam jeszcze nie widziano! Psa policyjnego zatrzyma rozkaz jego pana, a kto był panem Falzmanna?! Na dodatek, zamiast się ubezpieczyć w PZU, jak typowy polski katolicki bigot, codziennie przystępował do Komunii Świętej, bo miał kościół po drodze z domu do NIK-u! (I tu mu się nawet udało, bo Pan Bóg, jak się wydaje, zaopiekował się później piątką Jego dzieci i aż miło na nie popatrzeć!) (zob. Falzmann)

Tego napędu i tej pasji starczyło Mu zaledwie na trzy miesiące, po których pochowaliśmy Go na Powązkach. Jednakże, pomimo szykan i wszelkich możliwych przeszkód, zostawił po sobie dokumentację tej "botanicznej osobliwości", jaką jest wspomniane na początku "Drzewo". Z ustaleń Falzmanna wynikało, że:

1.W księgowości państwa panuje trudny do wyobrażenia chaos i bałagan, gdzie nierzadko wydatki księgowane są jako dochody.
2.Ten chaos i bałagan nie jest przypadkowy, ale tworzony celowo i z całą świadomością.
3.Nielegalny, z punktu widzenia prawa międzynarodowego, wykup polskich długów na tzw. wtórnym rynku, jest jedynie maskownicą, pod którą ukrywają się wygodnie operacje jak najbardziej przestępcze z punktu widzenia polskiego prawa karnego.
4.Jądro tego przestępczego mechanizmu stanowi procedura znana w świecie pod nazwą "carry trade", polegająca na złamaniu prawa parytetu stóp procentowych. W warunkach polskich operacje tego rodzaju pozwalały na powiększenie wejściowego kapitału spekulacyjnego ("pierwszego miliona) wielokrotnie, nawet setki razy w niedługim okresie czasu. (zob. Ref. 2 i 3)
5.Mechanizm ten działa pod ochroną i za świadomością najwyższych urzędników Ministerstwa Finansów, szefów banków i central handlu zagranicznego.
6.Z mechanizmu tego korzystają stare i nowe "siły polityczne", od lewa do prawa.
7.Straty, jakie z tego powodu ponosi Polska, sięgają wielu miliardów dolarów.

Dzisiaj, 17 lat od śmierci Michała Falzmanna, wiemy, że wnioski te zostały już wielokrotnie sprawdzone i potwierdzone. Niestety, pomimo tego opinia publiczna w Polsce nadal czeka na prawdziwy Raport Państwowy o tych sprawach, a Michał Falzmann na uczczenie i uhonorowanie Jego ofiary.

Niestety, znowu niestety, wszystko wskazuje na to, że ani takiego Raportu, ani uhonorowania Michała Falzmanna, nie doczekamy się przed wprowadzeniem w Polsce jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu RP. (Ref. 4)


Referencje:

1.M. Dakowski i J. Przystawa, "Via bank i FOZZ. O rabunku finansów Polski", Antyk, Warszawa 1992
2.J. Przystawa & M. Wolf, "Violation of interest-rate party: a Polish example", Physica A, 285 (2000), 220 - 226
3.J. Przystawa & M. Wolf, "The Bagsik Oscillator without complex numbers", Physica A, 312 (2002) 591 - 596
4.J. Przystawa, "Konieczność nieuświadomiona", Wektory, Wrocław, 2006

Jerzy Przystawa

Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Dlaczego Kongres Polonii Amerykańskiej nie lobbuje za tarczą antyrakietową w Polsce? - Jacek Marczyński z Waszyngtonu Wysłane piątek, 18, lipca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Przedwczoraj 16 lipca 2008 roku odbyło się cykliczne zebranie oddziału waszyngtońskiego Kongresu Polonii Amerykańskiej. Pomimo moich usilnych prób nie udało mi się przeforsować projektu uchwały na temat umieszczenia amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce oraz doprowadzić do przeciwdziałania uchwale Komisja Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów Kongresu USA w sprawie odszkodowań za mienie zagrabione przez władze komunistyczne i III Rzeszy.

Ze względu na wagę sprawy pragnę opisać w skrócie przebieg zebrania. Prowadziła je Pani Susan Lotarski, która jest prezydentką waszyngtońskiego oddziału KPA. Na początku zebrania wspomniała wstępnie o problemie tarczy antyrakietowej oraz odszkodowań za mienie. Przez następne 90 minut rozpatrywano mało istotne sprawy takie jak np. organizacje obiadu na Dzień Dziękczynienia, ogólne cele działalności Kongresu sformułowane na piśmie, ale bez konkretów organizacje koncertu muzycznego itp. Dopiero pod sam koniec zebrania, gdy większość osób była już zmęczona, miałem możliwość zabrania głosu na temat tarczy oraz problemu odszkodowań.

Pan Tadeusz Mirecki, wiceprezydent oddziału, zrelacjonował działalność biura chicagowskiego w sprawie rezolucji na temat tarczy. Sprowadzała się ona do tego, że zarząd główny KPA nie potrafił przez trzy tygodnie podjąć żadnej konkretnej decyzji w tej sprawie. W związku z tym zasugerowałem, by nasz oddział zaproponował jakiś tekst rezolucji, ale pani Susan Lotarski stwierdziła, że nie ma spisanego tekstu rezolucji, gdyż nie wiadomo, co należy uchwalić. Zgłosiłem więc ustnie projekt takiej rezolucji, ale Pani Lotarska nie chciała jej spisać i zarządziła przerwanie dyskusji na ten temat. Dodatkowo zwróciłem też uwagę że warszawskie MSZ ma zamiar zorganizować polskie lobby w Waszyngtonie i kontaktuje się z organizacją młodej Polonii waszyngtońskiej, niedawno powołanej, równocześnie omijając Kongres Polonii Amerykańskiej w metropolii waszyngtońskiej. Moja uwaga została całkowicie zignorowana przez panią Lotarską.

Jest to pożałowania godne zachowanie, że pani Prezydent Lotarska lekceważy sobie tak istotne kwestie stosunków polsko-amerykańskich, szczególnie że szefuje ona oddziałem waszyngtońskim, a nie prowincjonalnym miasteczkiem.
Ze względu na ignorancję problemu umieszczenie amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce przez Kongres Polonii Amerykańskiej zmuszony jestem do działania na własną rękę. Apeluję więc do indywidualnych członków KPA oraz osób niezrzeszonych o poparcie mojej inicjatywy w tej sprawie.

Umieszczenie amerykańskiej tarczy antyrakietowej leży w żywotnym interesie Polski. Poniżej wymienię niektóre korzyści z budowy amerykańskiej bazy wojskowej w Polsce.
- Podnosi ona rangę Polski w oczach administracji amerykańskiej. Jest to szczególnie istotne ze względu na nagonkę propagandową w amerykańskich monopolitycznych mediach w Waszyngtonie. Wymusza ona pozytywne artykuły na temat Polski ze względu na obecność tam amerykańskich żołnierzy.
- Znacząco podnosi ona rangę Polski wśród innych państw członków Unii Europejskiej.
- Perspektywicznie pozwala ona na dostęp do najnowocześniejszej technologii informatycznej.
- Przeciwdziała ona niemieckim roszczeniom terytorialnym wobec Polski, gdyż ma ona być umieszczona w okolicach Słupska, który należał do Niemiec przed II wojną światową.
- Stanowi wspaniały straszak dla rosyjskiego potencjału militarnego.
- Likwiduje militarno-polityczną dominację Rosji w Polsce.

Ze względu na to, że rząd premiera Donalda Tuska prowadzi wybitnie proniemiecką i prorosyjską politykę poprzez stawianie wygórowanych żądań militarnych od strony amerykańskiej, uważam, że Polonia Amerykańska również powinna publicznie poprzeć inicjatywę umieszczenia tarczy w Polsce. Polska posiada bardzo słabą pozycję lobbystyczną w Waszyngtonie ze względu na słabe wpływy KPA w Waszyngtonie. Nie sądzę, by premier Tusk o tym nie wiedział i dlatego wszelkie żądania modernizacji polskiej armii albo przekazanie uzbrojenia dla Polski w celu obrony bazy amerykańskiej przez polską armię są nierealistyczne w obecnych warunkach polityczno-lobbistycznych w Waszyngtonie. Propozycja czasowego stacjonowania baterii rakiet "Patriot", które w przyszłości mogą być przekazane Polsce, jest jedyną realną ofertą ze strony amerykańskiej. Wszelkie inne propozycje zostałyby odrzucone przez Kongres Stanów Zjednoczonych.
Kongres ten jest w większości opanowany przez antypolskie grupy lobbystyczne. Dlatego też konsekwencją odrzucenia oferty umieszczenia tarczy rakietowej w Polsce przez rząd premiera Tuska jest uchwała komisji spraw zagranicznych Kongresu USA wzywającą Polskę do wypłaty odszkodowań w wysokości co najmniej 100 mld dolarów, co jest ogromną kwotą dla polskiego budżetu. Umieszczenie tarczy w Polsce byłoby kartą przetargową w negocjacjach pomiędzy Polską a Stanami Zjednoczonymi w sprawie odszkodowań, ponieważ notowania Polski wzrosłyby znacząco w Waszyngtonie.

Pan premier Donald Tusk wyraźnie chce się podlizać Pani Kanclerz Niemiec Angeli Merkel, stawiając nierealistyczne, militarne żądania wobec strony amerykańskiej. Pani Kanclerz nie życzy sobie żadnych amerykańskich instalacji wojskowych w Polsce, a w szczególności na byłych niemieckich terenach sprzed drugiej wojny światowej. W długofalowych planach kanclerki Niemiec jest gospodarcze, a następnie polityczne uzależnienie Polski od Niemiec. Tarcza rakietowa w sposób znaczący utrudnia te długofalowe plany.
Szkoda, że Pani Susan Lotarska - Prezydentka waszyngtońskiego oddziału Kongresu Polonii Amerykańskiej działa na szkodę Polski i Stanów Zjednoczonych, a równocześnie popiera proniemieckiego premiera Polski Donalda Tuska.
W związku z wyżej wymienionych powodów zwracam się do władz Polski o osiągniecie szybkiego porozumienia się w sprawie instalacji tarczy w Polsce, gdyż w przeciwnym przypadku zostanie ona umieszczona na Litwie, co nie jest - jak sugerował Minister Obrony Narodowej Bogdan Klich - myślący w rosyjskim stylu, blefem amerykańskiej dyplomacji.

Uprzejmie proszę Polonię amerykańską o poparcie mojej inicjatywy.

Jacek Marczynski

18 lipca 2008
Vienna, Virginia, USA


Bestie (8) - Tadeusz M. Płużański Wysłane środa, 16, lipca 2008 przez Krzysztof Pawlak

W demokratycznym państwie prawa druga instancja sądowa służy do weryfikacji wcześniej wydanych wyroków. Może uznać, że zostały one wydane z naruszeniem prawa, dopatrując się w nich błędów proceduralnych. W stalinizmie było inaczej - wyrok zapadły w pierwszej instancji - wojskowym sądzie rejonowym, trafiał następnie do Najwyższego Sądu Wojskowego, który zatwierdzał go rutynowo, z automatu (co wcale nie oznacza, że sędziowie działali nieświadomie i bezrefleksyjnie). Skład NSW był zazwyczaj ten sam. Stanowili go (w kolejności alfabetycznej): Kazimierz Drohomirecki, Leo (Lew) Hochberg i Roman Kryże. O tych mordercach zza biurka niewiele się dziś pisze i mówi, właśnie dlatego, że "tylko przyklepywali" wyroki zapadłe wcześniej. Należy jednak pamiętać, że ich orzecznictwo było jednym z ważnych ogniw w długim łańcuchu stalinowskiego systemu bezprawia - od "oficera" śledczego do "prezydenta" Bieruta. Według wciąż niepełnych danych, każdy z tej trójki wydał co najmniej 30 wyroków śmierci na polskich patriotów.

Zmarły niedawno - jeden z najkrwawszych stalinowskich sędziów wojskowych - Mieczysław Widaj (ponad 100 kar śmierci) na słuszność wydawanych przez siebie wyroków lubił przywoływać fakt, że nie miał do nich zastrzeżeń Najwyższy Sąd Wojskowy. W 1956 r. mówił: "dla mnie zawsze druga instancja była gwarancją, że jeżeli ja się pomylę, to zostanie to naprawione, że ja nie jestem sędzią ostatecznym".
Na brak "ostateczności" swojego wyrokowania chętnie powoływali się też inni. I tak inny stalinista-prokurator Czesław Łapiński (zmarł w 2002 r. w trakcie swojego procesu - oskarżany przez IPN o podżeganie do mordu sądowego na czterech członkach "szpiegowskiej grupy" rotmistrza Witolda Pileckiego) do końca życia twierdził, że wysokość żądanych przez niego kar miała działać jedynie odstraszająco, bo przecież wyroki nie były ostateczne. Nie miał co prawda zbytniego zaufania do Sądu Najwyższego, gdzie - jego zdaniem - siedzieli "zatwierdzacze", ale usprawiedliwiał się jeszcze jedną instancją. Kilka lat temu, w "szczerej" rozmowie ze mną, twierdził: "Pracując w sekcji ułaskawień Departamentu Służby Sprawiedliwości MON, znałem stosunek Bieruta do kwestii ułaskawień. Jeśli oskarżeni przyznawali się do winy, pozytywnie rozpatrywał ich wnioski. A Pilecki i jego współpracownicy niczego nie ukrywali... Bierut miał piękny charakter pisma. W tym przypadku morderczo uchylił się od tego, co powinien zrobić".
Rotmistrz Pilecki został stracony.

SKAZYWAŁ NARODOWCÓW
I PIŁSUDCZYKÓW


"I w tej chwili w obliczu śmierci, której żąda dla mnie pan prokurator, jako wierzący katolik, podtrzymuje z całą mocą tę przysięgę, którą złożyłem już raz na tej sali... najświętszą dla mnie przysięgę na rany i mękę Chrystusa, i - dodam w tej chwili - na zbawienie mojej duszy, że nie byłem nigdy na służbie niemieckiej ani amerykańskiej, ani żadnej innej". Autora tych słów - Adama Doboszyńskiego - komuniści stracili 29 sierpnia 1949 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie.
Kim był Adam Doboszyński? Urodzony w 1904 r. w Krakowie, syn adwokata i posła do parlamentu austriackiego, jeden z głównych ideologów ruchu narodowego (Obozu Wielkiej Polski, Stronnictwa Narodowego), pisarz, publicysta. Po kampanii wrześniowej przedostał się do polskiego wojska na Zachodzie. Za zasługi wojenne trzykrotnie odznaczany Krzyżem Walecznych i francuskim Croix de Guerre. Za krytykę polityki premiera Władysława Sikorskiego, któremu zarzucał ugodowość wobec Rosji, został osadzony w obozie odosobnienia na wyspie Bute w Szkocji (tu więziono również innych przeciwników politycznych). Doboszyński liczył, że uda mu się połączyć środowiska prawicowe w pracy dla okupowanej przez Sowietów Polski. Aby propagować te idee, wrócił do kraju. 3 lipca 1947 r. został aresztowany. Śledztwo prowadził płk Józef Goldberg-Różański, szef Departamentu Śledczego MBP i por. Roman Laszkiewicz - jeden z najokrutniejszych śledczych bezpieki, przez więźniów nazywany "białym katem Mokotowa".
Przed Wojskowym Sądem Rejonowym (WSR) w Warszawie oskarżał płk Stanisław Zarako-Zarakowski, bronił z urzędu słynny z występowania w procesach politycznych stalinizmu Mieczysław (Mojżesz) Maślanko, a wyrok śmierci (11 lipca 1949 r.) wydał Franciszek Szeliński, przedwojenny absolwent prawa na Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie. Inny ober-ubek, wicedyrektor Departamentu X MBP, zbiegły następnie na Zachód Józef Fleischfarb-Światło w wypowiedziach dla Radia Wolna Europa mówił potem, że po procesie sędziowie i prokurator otrzymali "pięciokilowe paczki żywnościowe za celujące wykonanie zadania".
Do dziś nie wiadomo, gdzie Doboszyński został pogrzebany. Według relacji jednego z przekupionych przez rodzinę żołnierzy LWP, zwłoki jego oraz kilku innych rozstrzelanych AK-owców wyrzucono na bagna, na których stoi dziś stołeczny Stadion Dziesięciolecia.
Z ramienia Najwyższego Sądu Wojskowego wyrok zatwierdził: płk Kazimierz Drohomirecki, ppłk Roman Kryże i mjr Leo Hochberg. Ci sami trzej "sędziowie" utrzymali w mocy wyrok śmierci wydany przez Szelińskiego 27 grudnia 1947 r. na innego działacza narodowego - Włodzimierza Marszewskiego.
Marszewski (ur. 1891), żołnierz Armii Polskiej gen. Józefa Hallera, w czasie wojny związany z Narodową Organizacją Wojskową, a po jej zakończeniu z Narodowym Zjednoczeniem Wojskowym. Po aresztowaniu 7 stycznia 1947 r. i torturach śledztwa, w grudniu tego roku komuniści urządzili mu pokazowy proces - też przed stołecznym WSR. Tezy oskarżenia, zatwierdzone przez płk Goldberga-Różańskiego, przed sądem prezentował znów prokurator Zarakowski.
Wobec Marszewskiego Bierut (jak w przypadku Doboszyńskiego) nie skorzystał z prawa łaski i 10 marca 1948 r. został zamordowany strzałem w tył głowy w więzieniu mokotowskim w Warszawie, przez dowódcę jednoosobowego plutonu egzekucyjnego, st. sierż. Piotra Śmietańskiego. Zwłoki Marszewskiego pogrzebano potajemnie na Służewcu.
Podczas tego samego procesu sędzia Szeliński skazał na KS płk. Wacława Lipińskiego (ur. 1896), historyka, działacza piłsudczykowskiego (należał do Polskich Drużyn Strzeleckich, Legionów Polskich i Polskiej Organizacji Wojskowej, żołnierz wojny polsko-bolszewickiej). W czasie okupacji - po powrocie do Polski w 1942 r. z Węgier - współtworzył Konwent Organizacji Niepodległościowych. Konspiracyjną pracę dla Polski kontynuował po wojnie. Bezpieka przyszła po niego w styczniu 1947 r. Wyrok pierwszej instancji - znów zatwierdzony przez Drohomireckiego, Kryżego i Hochberga - zmienił, na dożywocie, dopiero Bierut. Była to jednak wątpliwa "łaskawość". Według oficjalnej wersji Lipiński popełnił samobójstwo w więzieniu we Wronkach (4 kwietnia 1949 r.), ale najpewniej został skatowany przez służbę więzienną i powieszony w celi.

WYDANY PRZEZ AGENTÓW

Innym niepodległościowcem, związanym z ruchem narodowym był ks. Rudolf Marszałek (ur. 1911 r.), harcerz, członek Sodalicji Mariańskiej. We wrześniu 1939 r. obrońca Warszawy, potem więzień wielu hitlerowskich katowni, po zwolnieniu związał się z Narodowymi Siłami Zbrojnymi na Podbeskidziu, którymi dowodził Henryk Flame "Bartek".
Aresztowany 12 grudnia 1946 r., po rozpracowaniu przez dwóch agentów UB - Henryka Wendrowskiego "Lawinę" (w czasie niemieckiej okupacji oficer Okręgu Białystok AK, był również agentem NKWD) i "Łamigłowę" (szef Okręgu Śląskiego NSZ). Po brutalnym śledztwie w katowickim UB, a potem na warszawskim Mokotowie akt oskarżenia zatwierdził wicedyrektor Departamentu Śledczego MBP Adam Humer. Księdza Rudolfa Marszałka oskarżono o szereg "zbrodni", m.in. sprawowanie funkcji kapelana w szeregach NSZ, ujawnianie tajemnic państwowych, działalność wywiadowczą. Podczas rozprawy przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie (14-17 stycznia 1948 r.) został skazany na karę śmierci. Rozprawie przewodniczył Roman Abramowicz, oskarżał podprokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej Mieczysław Dytry. Najwyższy Sąd Wojskowy zajął się sprawą 20 lutego 1948 r. Tym razem, u boku Drohomireckiego zabrakło Kryżego i Hochberga. W ich zastępstwie o śmierci księdza Rudolfa Marszałka przesądzili: Beniamin Karpiński i Bohdan Zwinklewicz. 10 marca 1948 r. Rudolf Marszałek stanął przed plutonem egzekucyjnym, czyli wspomnianym już oprawcą Piotrem Śmietańskim.
Warto zatrzymać się jeszcze przy osobie kapusia - Henryka Wendrowskiego. Agent, którego działalność doprowadziła do okrutnej śmierci ok. 200 żołnierzy kpt. "Bartka", dosłużył się stanowiska wicedyrektora Departamentu III MBP i stopnia pułkownika. Wykorzystywany do innych prowokacji, po zwolnieniu z bezpieki w 1968 r. został ambasadorem PRL w Danii. Zmarł w Warszawie w 1997 r. jako zasłużony, dobrze opłacany z naszych podatków emeryt.

W SOPOTACH...

Kazimierz Drohomirecki urodził się w 1895 r. we Lwowie, jako syn Michała i Sydonii z domu Piaseckiej. Późniejszy morderca w todze zaczynał jako... nauczyciel gry na skrzypcach w Kołomyi, by po zakończeniu I wojny światowej zostać kierownikiem kołomyjskiej orkiestry kinowej. Po ukończeniu prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie (1928 r.), do wybuchu wojny pracował w sądach w Stanisławowie i Tłumaczu. Wywieziony w 1939 r. w głąb ZSRR, w 1943 r. zgłosił się na ochotnika do LWP, od razu został oficerem śledczym i sędzią Sądu Polowego. Potem piął się po szczeblach kariery w Najwyższym Sądzie Wojskowym, by ostatecznie zostać wiceprezesem i zastępcą tego sądu ds. szczególnych.
Drohomirecki, Kryże i Hochberg spotkali się ponownie 3 maja 1948 r. Podtrzymali trzy kary śmierci, orzeczone 15 marca 1948 r. przez warszawski WSR wobec Witolda Pileckiego, Tadeusza Płużańskiego i Marii Szelągowskiej. W uzasadnieniu czytamy: "Wymierzone kary są współmierne i [sąd] całkowicie podziela wnikliwe i szczegółowe motywy Sądu I Instancji, jakie miał na względzie przy ich określaniu". Wobec Pileckiego Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Pozostałej dwójce skazanych zmienił kary na dożywotnie więzienie.
Kilka miesięcy później trójka naszych antybohaterów utrzymała karę śmierci na kpt. Tadeusza Pleśniaka. W pierwszej instancji wyrok wydał 7 września 1948 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Rzeszowie, pod przewodnictwem szefa tego sądu, mjr. Wacława Pietronia (15 wyroków śmierci na żołnierzy niepodległościowego podziemia; potem adwokat w Opolu). Oba składy sędziowskie potwierdziły zarzut oskarżenia: "udział w nielegalnym związku pod nazwą Armia Krajowa, a następnie »Wolność i Niezawisłość« ("WiN"), usiłującym zmienić przemocą ustrój Państwa Polskiego". Tadeusz Pleśniak to zastępca dowódcy II rejonu Obwodu AK Jarosław, organizator tajnego nauczania, członek organizacji "Nie" ("Niepodległość") i Delegatury Sił Zbrojnych, w Okręgu "WiN" Rzeszów odpowiedzialny za propagandę i wywiad. 17 stycznia 1949 r. o godz. 20.30 - po odmowie "łaski" przez Bieruta - rozstrzelano go na terenie Zamku Lubomirskich w Rzeszowie. Miał 37 lat.
30 sierpnia 1946 r. Najwyższy Sąd Wojskowy zatwierdził wyrok śmierci wydany na Stefana Ignaszaka. Z tej okazji znów zebrali się: Kazimierz Drohomirecki i Roman Kryże. W miejsce Leo Hochberga dokooptowano ppłk. Mariana Bartonia. Stefan Ignaszak - żołnierz kampanii wrześniowej, w marcu 1943 r. zrzucony do Polski jako cichociemny, jako oficer wywiadu KG AK rozpracowywał m.in. tajną niemiecką broń V-1 i V-2), walczył w Powstaniu Warszawskim. Od marca 1945 r. w Delegaturze Sił Zbrojnych i komórce wywiadowczej "Lombard". Aresztowany 7 listopada 1945 r. 12 sierpnia 1946 r. skazany na KS przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie za "szpiegostwo". Karę śmierci na 10, a następnie 5 lat więzienia zmienił dopiero Bierut. W wolnej Polsce Stefan Ignaszak został prezesem poznańskiego Okręgu Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej.
19 maja 1949 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku (pokazowy proces odbywał się w budynku Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego) skazał na KS Eugeniusza Rytelewskiego. Miesiąc później, 22 czerwca 1949 r. pułkownicy: Roman Kryże i Kazimierz Drohomirecki orzekali z innym pułkownikiem - Henrykiem Zapolskim. Jak zwykle zgodzili się z kłamliwymi tezami prokuratora (pisownia oryginalna): "W okresie czasu od maja do 14 lipca 1946 roku w Sopotach (...) działając świadomie w celu udzielenia pomocy członkowi nielegalnej organizacji bandy »Łupaszki« (...) przez upozorowanie ucieczki Augustowskiemu Zygmuntowi ps. »Kulesza« (...) umożliwił mu wyjście z aresztu wewnętrznego PUBP w Sopotach, przyjmując w zamian korzyść majątkową kwotę 80 000 zł. (...)". Najwyższy Sąd Wojskowy tym razem okazał się "łaskawy" - zmienił pierwotny wyrok na 15 lat więzienia. Eugeniusz Rytelewski wyszedł na wolność w kwietniu 1955 r.
W grudniu 1950 r. Kazimierz Drohomirecki został przeniesiony w stan spoczynku. Zmarł w maju 1953 r. w Pruszkowie - spoczywa na warszawskich Powązkach Wojskowych, obok "prezydenta" Bieruta i innych komunistycznych dygnitarzy-zbrodniarzy, ale także żołnierzy AK, WiN i NSZ, których prześladował.

"ZNAKOMITY HEBRAISTA"

W maju br. prezydent Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski żołnierza AK i ostatniego kierownika WiN w okręgu rzeszowskim, kpt. Władysława Kobę. Zamordowany został 31 stycznia 1949 r. w więzieniu na zamku w Rzeszowie strzałem w tył głowy. W 1992 r. został zrehabilitowany przez sąd, który stwierdził, że jego działalność może uchodzić za wzór patriotycznej postawy w walce o demokratyczny ustrój państwa.
Mordu sądowego w pierwszej instancji dokonali: znany nam już Wacław Pietroń, a prócz niego Tomasz Skup i Stanisław Pintera, z udziałem prokuratora Filipa Barskiego. W drugiej instancji wyrok potwierdził NSW w swoim podstawowym składzie: Kazimierz Drohomirecki, Roman Kryże, Leo Hochberg.
W akcie narodzin Leo Hochberga czytamy: "W obecności Szoela Gohberga (Gochberga) - inspektora towarzystwa ubezpieczeniowego [ojciec Leo był wydawcą prasy żydowskiej i założycielem tygodnika "Frajtag" (później "Unzer Leben") - TMP] i Gabiela Ołata (Oleła), miejscowego podrabina, urodził się (3) 15 lutego 1899 r. w Łodzi o godz. 11 w nocy z żony Rejzli z domu Wajntraub, 21 lat. Przy obrzezaniu nadano dziecku imię Lew".
Inny dokument zaświadcza o małżeństwie Hochberga: "w 1919 r. 26 sierpnia Lew Gohlberg, z ojca Saula, kawaler, lat 20, zawarł związek małżeński z panną Idas Michiel Galperin, z ojca Dawida, ślub odbył się 10 sierpnia (starego stylu) Odessa 19 listopada 1920 roku".
Leo Hochberg zmarł w 1978 r. W Biuletynie Żydowskiego Instytutu Historycznego (kwiecień-czerwiec 1978 r., nr 2 (106)) w rubryce "In memoriam" czytamy o Hochbergu, że "jako znawca problematyki i historii żydowskiej oraz znakomity hebraista" wniósł "poważny wkład do prac Instytutu". Potem jest skrócony życiorys zmarłego: po ukończeniu gimnazjum w Odessie (1917 r.) i prawa na Uniwersytecie Warszawskim (1926 r.) był radcą prawnym w Banku Dyskontowym w Warszawie.
W dalszej części życiorysu napisano, że "w okresie II wojny światowej [już od 1939 r. - TMP] przebywał w Związku Radzieckim, pracując na różnych stanowiskach w bankowości i w przemyśle poligraficznym. Pełnił także funkcję przewodniczącego Związku Patriotów Polskich w ZSRR na okręg Baszkirskiej Republiki Autonomicznej. W 1944 r. wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego, pełniąc służbę w sądownictwie wojskowym [m.in. sędzia, a następnie zastępca szefa Wojskowego Sądu Garnizonowego w rodzinnej Łodzi - TMP]". Tyle Biuletyn ŻIH.
W "ludowej" Polsce kariera Hochberga rozwinęła się - w latach 1947 - 1955 był sędzią i sekretarzem Zgromadzenia Sędziów Najwyższego Sądu Wojskowego, a w latach 1955 - 1957 (po zwolnieniu z wojska) sędzią Sądu Najwyższego.

GMACH STALINIZMU

Według interpretacji ówczesnego prawa, znanej jako "Lex Hochberg" - można było zostać skazanym na wiele lat pozbawienia wolności nawet za opowiadanie, w gronie znajomych, dowcipów politycznych. To też było traktowane jako próba obalenia przemocą ustroju państwa polskiego.
Jeden ze stalinowskich sędziów stwierdził, że NSW "w latach minionych był główną i zasadniczą transmisją stalinizmu do wszystkich sądów wojskowych [co często oznaczało brutalne ingerencje w orzecznictwo sądów I instancji - TMP]. (...) Tow. Aspis [płk Feliks Aspis, przedwojenny absolwent prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego; po wojnie wysoki funkcjonariusz Naczelnej Prokuratury Wojskowej i Najwyższego Sądu Wojskowego, sądził m.in. oficerów II RP i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, oskarżonych o tzw. spisek w wojsku, czyli szpiegostwo na rzecz "imperialistów" - TMP] i Hochberg wytrwale i z gorliwością wznosili ten teoretyczny gmach stalinizmu na terenie NSW. Z tego gmachu teoretycznego stalinizmu wydobywał się gryzący czad, który zatruwał sądy w terenie i dusze sędziów". Zmarły kilka lat temu wybitny historyk Jerzy Poksiński w książce "TUN" napisał, że Hochberg "upowszechniał w sądzie »nowinki prawne« rodem z ZSRR, w tym przede wszystkim treści prac Andrieja Wyszyńskiego [prokurator generalny ZSRR, twórca teorii, że przyznanie się oskarżonego może stanowić decydujący dowód winy - TMP]".
Komisja Mariana Mazura, powołana w 1956 r. do zbadania "przejawów łamania socjalistycznej praworządności w organach sądownictwa wojskowego", uznała, że Hochberg dopuścił się wielu "nieprawidłowości". Chciała obniżyć mu stopień wojskowy z podpułkownika do kapitana i zakazać pracy w wymiarze "sprawiedliwości". Mimo dyskwalifikującej opinii Leo Hochberg pracował dalej. W latach 1957-68 był naczelnikiem wydziału w Ministerstwie Sprawiedliwości. Tyle fakty.
W dalszej części apologetycznego wspomnienia, opublikowanego przez ŻIH, czytamy o "pracy społecznej" Hochberga: od 1947 r. był członkiem PPR, potem PZPR, a także Zarządu Głównego Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. "Posiadał liczne odznaczenia wojskowe i państwowe, w tym Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski". I na koniec: "Odszedł od nas wybitny erudyta, mądry doradca, uczynny i oddany współpracownik Żydowskiego Instytutu Historycznego w Polsce, człowiek wielkiego serca i dobroci". Ani słowa o tym, że był stalinowskim pułkownikiem, a tym bardziej o jego udziale w mordach sądowych.
Na stronie ŻIH, pod datą: październik 2007 r., w rubryce: "Obiekt miesiąca", znajdujemy wpis: "Ceramiczna lampka oliwna (z gliny wypalanej) ma kształt muszli (konchy) i pochodzi z Ziemi Świętej. Według załączonego certyfikatu autentyczności, wystawionego w 1975 przez antykwariat Momjian w Jerozolimie, (Muristan Rd. 190) pochodzi z IX wieku p.n.e. Do zbiorów ŻIH trafiła w 1978 dzięki szczodrobliwości pani Hochberg, wdowy po Leo Hochbergu".

NAJCIĘŻSZE ZBRODNIE

"Kryżuje" ludzi - mówił o nim mecenas Władysław Siła-Nowicki, inspektor WiN na Lubelszczyźnie. Inni dodawali: ma swój prywatny cmentarz na Służewcu. Roman Kryże był sędzią Najwyższego Sądu Wojskowego przez, bagatela, 10 lat - od sierpnia 1945 r. do sierpnia 1955 r.
Urodzony w 1907 r. we Lwowie, syn Tomasza i Aleksandry z domu Juźwiak. Wydział prawa na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu skończył w 1930 r. Do września 1939 r. pracował w sądach w Grudziądzu. Po wojnie obronnej, w której brał udział jako podporucznik 65. pułku piechoty, był jeńcem wielu niemieckich obozów. Po zwolnieniu wcielony do LWP, walczył m.in. o przełamanie Wału Pomorskiego. Ochotniczo zgłosił się do komunistycznego sądownictwa wojskowego. Wtedy zaczęła się jego kariera w NSW.
W książce "TUN" historyk, prof. Jerzy Poksiński cytował fragmenty oświadczenia Kryżego z 31 stycznia 1957 r., dotyczącego jego pracy w resorcie i sfingowanych procesów oficerów, oskarżonych o wspomniany już "spisek w wojsku": "Sprawy 19 oficerów skazanych na karę śmierci nie budziły wątpliwości (...). Jeśli chodzi o wymiar kary, to uważam, że przy nie nasuwających się wątpliwościach co do winy, gdy zostało stwierdzone, że oficerowie sztabowi, zajmujący wysokie stanowiska w wojsku, uprawiali działalność kontrrewolucyjną i szpiegowską, a więc dopuścili się najcięższej zbrodni, jakiej może się dopuścić żołnierz - wymiar kary był słuszny. (...) Przy tak surowej ocenie działalności szpiegowskiej zarówno przez organa wymiaru sprawiedliwości, jak przez czołowych przedstawicieli Partii i Rządu nie mogło być żadnych wątpliwości, że jedyną słuszną karą za działalność szpiegowską prowadzoną przez oficerów sztabowych jest najwyższa kara przewidziana w ustawie za tego rodzaju czyn".
Sam Kryże w sprawach wymyślonego spisku w wojsku akurat nie orzekał. Jego oświadczenie jest jednak znamienne, gdyż pokazuje, co sędzia NSW sądził o "dowodach" winy w ówczesnych czasach i na jakiej podstawie sam wyrokował.
W sierpniu 1955 r. Roman Kryże zakończył swoją pracę w Najwyższym Sądzie Wojskowym i został przeniesiony do rezerwy. Płynnie przeszedł do cywilnego Sądu Najwyższego, gdzie czekały na niego nowe zadania.

AFERA MIĘSNA
I HISTORYK "GAZETY WYBORCZEJ"


Połowa lat 60., kilka lat po szczęśliwym końcu stalinizmu w Polsce. Kiedy 2 lutego 1965 r. - po trwającym od półtora miesiąca procesie - wypożyczony z Sądu Najwyższego Roman Krzyże wydaje wyrok w tzw. aferze mięsnej, wielu pamięta jeszcze jego krwawy plon w okresie "błędów i wypaczeń". Teraz głównego oskarżonego, Stanisława Wawrzeckiego, dyrektora w Miejskim Handlu Mięsem też nie mógł (nie chciał) oszczędzić i zgodnie ze swoją praktyką postanowił "ukryżować". Powód? Można powtórzyć jego własne słowa: skoro tak chcieli "przedstawiciele Partii i Rządu", a Wawrzecki "dopuścił się najcięższej zbrodni, jakiej mógł się dopuścić"... handlowiec.
Wszyscy podsądni (prócz Wawrzeckiego czterech dyrektorów handlu mięsem, czterech kierowników sklepów i właściciel prywatnej masarni) mieli być odpowiedzialni za braki w zaopatrzeniu w mięso na rynku (kradzież, podmienianie towaru, fałszowanie faktur), a prawdziwy winny - komunistyczna władza, która ten stan rzeczy spowodowała i na te bezprawne praktyki przyzwalała - chciała pokazać, że zdecydowanie z tym walczy. Pokazowy proces toczył się w trybie doraźnym, w oparciu o dekret PKWN z 1945 r. W wolnej Polsce, w 2004 r., Sąd Najwyższy uznał, że wykorzystanie tych przepisów było bezprawiem i - na skutek kasacji wniesionej przez rzecznika praw obywatelskich - uchylił wyrok.
Historyk "Gazety Wyborczej" (to zupełnie inna kategoria niż dwie pozostałe: historyk i "nierzetelny" historyk IPN), tak pisał o tej sprawie (10 czerwca 1999 r., artykuł "Mięso, a w środku rzeźnik"): "Kiedy do orzekania w aferze mięsnej wyznaczono skład sędziowski, adwokaci oględnie zaprotestowali: »Obrońcy mają głęboki szacunek oraz zaufanie do wyznaczonych sędziów i przypisują wyłącznie trudnościom technicznym fakt, że w składzie Sądu nie zasiadł ani jeden z sędziów IV wydziału karnego, właściwego normalnie do rozpoznania tej sprawy«. Do składu skierowano sędziów wojewódzkich: Faustyna Wołka i Kazimierza Gerczaka. Dziś już nie żyje żaden z sędziów. Nie żyją też oskarżający prokuratorzy - Eugeniusz Wojnar i Alfred Policha". Tyle artykuł historyka "GW".
Tymczasem w kwietniu br. prokuratorzy IPN, którzy po latach wrócili do sprawy "afery mięsnej" badając, czy była to zbrodnia komunistyczna, przesłuchali... 84-letniego Eugeniusza Wojnara. Prokuratorzy IPN zidentyfikowali go, oglądając Polską Kronikę Filmową.
Eugeniusz Wojnar, który w procesie w 1965 r. - jako wiceprokurator stołecznej prokuratury wojewódzkiej - wnioskował o trzy kary śmierci za przywłaszczenie mienia publicznego, cztery lata temu wydał książkę "Nie przeminęło z czasem" (Warszawa, Arcana, 2004). W jednym z opisów książki czytamy: "Zbiór wspomnień z dzieciństwa spędzonego w syberyjskiej tajdze i na stepach Kazachstanu podczas sześcioletniego zesłania. To niezwykle barwna, pełna dramatyzmu i nie pozbawiona humoru opowieść, zaskakująca ilością szczegółów". Z kart wspomnień można się również dowiedzieć, że po nieudanej próbie dostania się do Armii gen. Andersa Wojnarowie osiedlili się najpierw w Kazachstanie, a po dwóch latach wyjechali na Ukrainę. Do Polski repatriowali się w 1946 r. Eugeniusz został instruktorem propagandy w Komitecie Powiatowym PPR w Nowym Targu. Po latach pisał, że "w ciągu 1946 roku w powiecie tym nie ostał się ani jeden posterunek MO z wyjątkiem Zakopanego i Szczawnicy. Pozostałe były wielokrotnie rozbrajane, akta i urządzenia niszczone, broń i umundurowanie zabierane, a co aktywniejsi funkcjonariusze bici lub zabijani. Można stwierdzić, że »Ogień« [Józef Kuraś, ówczesny, antykomunistyczny "król" Podhala; określany gdzie indziej przez Wojnara mianem bandyty, a jego oddziały "bandami" - TMP] wówczas panował w terenie, stanowił siłę, miał swoje oddziały w każdym niemal zakątku".
Rok po zakończeniu procesu "afery mięsnej" Eugeniusz Wojnar odszedł z prokuratury i rozpoczął pracę w Ministerstwie Sprawiedliwości. W zarządzie więziennictwa resortu pracował do emerytury. Teraz temu byłemu prokuratorowi, pochowanemu za życia przez historyka "Gazety Wyborczej" grozi do trzech lat więzienia. We wspomnieniach Wojnara nie ma oczywiście słowa o karach śmierci, jakich domagał się w "aferze mięsnej".

ZMIENIĆ WYROK

85-letni Edwin Taglewski mieszka dziś pod Kolonią. Na jego wniosek polskie Ministerstwo Sprawiedliwości rozpatruje skargę kasacyjną do wyroku, jaki zapadł na niego w PRL w 1975 r. Taglewski był wówczas plantatorem, który wszedł w spór ze spółdzielnią produkcyjną. Po aresztowaniu w styczniu 1974 r. Sąd Wojewódzki w Toruniu skazał go na dziewięć lat więzienia. W uzasadnieniu wyroku sędzia pisał: "Gdyby stanowisko sądu nie zostało podzielone przez instancję rewizyjną, dokumenty mogą okazać się wystarczające do ewentualnej zmiany wyroku". To tak, jakby sędzia liczył, że ten krzywdzący wyrok nie utrzyma się w II instancji.
Apelację rozpatrywał Sąd Najwyższy... utrzymując wyrok w mocy. Składowi sędziowskiemu przewodniczył Roman Kryże. Co ciekawe, kiedy Taglewski siedział w więzieniu, sąd cywilny przyznał mu w sporze ze spółdzielnią rację i symboliczne odszkodowanie. Edwin Taglewski wyszedł z więzienia w 1980 r. jako schorowany bankrut. W 1986 r. dostał paszport w jedną stronę.
Roman Kryże w Sądzie Najwyższym przepracował 22 lata. Po ostatecznym odejściu z sądownictwa w 1977 r., zmarł w 1983 r. w Warszawie.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Polityczne chuligaństwo mera Moskwy - Antoni Zambrowski Wysłane piątek, 11, lipca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Przybyć do obcego kraju z wizytą dyplomatyczną i naurągać gospodarzom - to nowe słowo w rosyjskiej dyplomacji.

Mer, czyli prezydent miasta, Moskwy Jurij Łużkow popisał się ostatnio politycznym chuligaństwem na ukraińskim Krymie. Nie pobił jak niegdyś Władimir Żyrinowski moskiewskiej dziennikarki, ale jego występy słowne w mieście Sewastopolu aż się proszą o takie określenie. Prezydent Łużkow jest rosyjskim nacjonalistą i do dziś nie może się pogodzić z niepodległością Ukrainy, a najbardziej z utratą przy tej sposobności Krymu i jego największego portu Sewastopola. Zamiast unikać wobec tego wizyt na Ukrainie, raz po raz przyjeżdża na Krym i tam wygłasza płomienne przemówienia, agitując za powrotem Krymu do Rosji. Jest to taki rodzaj dyplomacji "po rosyjsku".

Ukraina jest zbyt duża, by jej aspiracje niepodległościowe można było potraktować w taki sposób, w jaki potraktowano analogiczne dążenia Czeczenii. Wobec tego swe frustracje pan Łużkow rozładowuje poprzez słowne chuligaństwo. Czy wyobrażacie państwo francuskiego polityka wygłaszającego w Algerii przemówienie o tym, że Algeria powinna pozostać na zawsze francuską?! Rosyjskim politykom nie tylko takie pomysły przychodzą do głowy, ale i bez żadnych zahamowań natychmiast je wprowadzają w życie.
Ukraina powinna ogłosić mera Moskwy personą non grata na całym swym terytorium i potraktować go w sposób, w jaki przed kilkoma miesiącami moskiewskie służby graniczne potraktowały rosyjską dziennikarkę i zarazem obywatelkę mołdawską Natalię Morar. Tę śliczną dziewczynę - za artykuły demaskujące sprzeczne z prawem rosyjskim praktyki kremlowskich służb podczas wyborów do Dumy Państwowej - nie wpuszczono do Moskwy, gdzie jest zameldowana i po kilkugodzinnym przetrzymaniu na dołku policyjnym na lotnisku moskiewskim wysłano pierwszym samolotem do rodzinnego Kiszyniowa. Jurija Łużkowa też należałoby odesłać z adresem zwrotnym do Moskwy. Zamiast tego władze bezpieczeństwa Ukrainy wręczyły mu pismo ostrzegające przed wygłaszaniem przemówień godzących w integralność państwa ukraińskiego. Oczywiście pan Łużkow urzędowego pisma się nie przeląkł i wygłosił ku zachwytowi moskiewskich środków przekazu ogniste przemówienie, oświadczając, że pluje na ukraińskie zakazy i że będzie głosił wszem i wobec, iż Sewastopol powinien powrócić do Rosji. Takie są jej prawa historyczne do tego miasta. Warto tu przypomnieć, że prawa Rosji do Białegostoku i nawet do Warszawy jako centrum administracyjnego Priwislińskiego Kraju są nader podobne.

Rosyjskie, bo podbite przez Rosję

Krym przez wieki był państwem tatarskim i został zdobyty zbrojnie przez wojsko rosyjskie na rozkaz cesarzowej Katarzyny II, czczonej do dziś w Rosji, ale w Polsce określanej tradycyjnie jako osoba "z piekła rodem". Krym podbił i do Rosji przyłączył rosyjski wódz Aleksander Suworow - ten sam, co w Polsce zasłynął jako pogromca polskich powstań narodowych - konfederacji barskiej oraz powstania kościuszkowskiego. Po krwawej rzezi Pragi w październiku 1794 roku straszono nim w Polsce dzieci. Gdy Stalin wcielił zsowietyzowaną Ukrainę w grudniu 1922 roku do Związku Sowieckiego, półwysep Krym otrzymał autonomię jako republika tatarska. Dla podniesienia rangi tej autonomii podporządkowano Krym Moskwie, czyli stolicy Federacji Rosyjskiej oraz ZSRR. Podczas II wojny światowej Stalin wysiedlił Tatarów (podobnie jak wiele innych narodów, szczególnie z Północnego Kaukazu) do Kazachstanu, zarzucając im kolaborację z niemieckim okupantem. Narodowi, który zrodził gen. Andrieja Własowa oraz jego ROA (Rosyjską Armię Wyzwoleńczą) nawet Stalin nie ośmielił się stawiać zarzutów, co więcej - na sławnej popijawie na Kremlu wzniósł toast za bohaterski naród rosyjski.
Jego następca Nikita Chruszczow potępił dwukrotnie - na XX oraz XXII zjeździe KPZR zbrodnie Stalina, zrehabilitował represjonowane przez Stalina narody, ale nie Tatarów. Podczas uroczystych obchodów 300-lecia Perejasłaskiej Rady (czyli podporządkowania przez hetmana Bohdana Chmielnickiego Ukrainy moskiewskiemu carowi Aleksemu) Nikita Chruszczow podarował Ukrainie Krym, przekazując władze nad półwyspem z rąk Moskwy w ręce Kijowa. Chruszczowowi w najczarniejszych snach nie śniła się niepodległa Ukraina ani rozpad Związku Rad, wiec traktował to jako roszadę urzędniczą wewnątrz nadzorowanego przez Kreml terytorium. Gdy w Białowieży podpisano przekształcenie Związku Rad w Wspólnotę Niepodległych Państw, granice administracyjne pomiędzy tymi państwami nabrały mocy urzędowej. Tak Rosja utraciła Krym de facto i de iure, z czym do dziś nie może się pogodzić prezydent Moskwy Jurij Łużkow i reprezentowana przez niego elita moskiewska. Co więcej, Rosję oczekuje kolejny cios, gdyż za dziewięć lat kończy się umowa o stacjonowaniu w Sewastopolu floty rosyjskiej i dzisiejsze niepodległościowe władze Ukrainy nie zamierzają tej umowy przedłużać. Flotę rosyjska czeka więc przeprowadzka do miasta Noworosyjska na czarnomorskim wybrzeżu Północnego Kaukazu. Stąd naciski na Kijów, by nie zadawał kolejnych bolesnych ciosów rosyjskim uczuciom imperialnym.

Argumenty wyssane z palca

Prezydent Łużkow podczas swej wizyty 10 maja w Sewastopolu z okazji 225. rocznicy powstania rosyjskiej floty czarnomorskiej wysunął nowy argument w sporze z Kijowem. Otóż jego zdaniem Chruszczow przekazał Krym Ukrainie (tego nie da się wymazać z historii), ale bez Sewastopola. Sewastopol był bowiem jako baza floty miastem podporządkowanym Moskwie. Jest to oczywiste łgarstwo obliczone na nacjonalistyczny poklask w Moskwie. Mam w mym księgozbiorze sowiecki słownik encyklopedyczny, w którym Sewastopol wymieniony jest jako jeden z krymskich portów bez żadnych odniesień do jego rzekomych specjalnych uprawnień wobec Kijowa.
Moskiewscy politycy wciąż ingerują w sprawy wewnętrzne Ukrainy, strojąc się w obrońców rosyjskiej mniejszości na jej terenie. To samo czynią zresztą wobec Łotwy i Estonii. Rzecz jednak w tym, że domagając się rosyjskiej oświaty dla Rosjan poza granicami Federacji Rosyjskiej, nie dbają o oświatę narodową dla mniejszości etnicznych w Rosji. Ci sami Ukraińcy są tradycyjnie pozbawieni w Rosji praw do oświaty w swym języku i są skazywani na wynarodowienie. Ukraińskiej oświaty nie ma nawet na Kubaniu, gdzie przebywają potomkowie kozaków siczowych, zesłanych tam przez "z piekła rodem Katarzynę". Takie są tradycyjne zasady braterstwa między narodami w rosyjskim wykonaniu. Rosyjski Kali domaga się rosyjskiej oświaty dla mniejszości rosyjskiej poza granicami Federacji Rosyjskiej, ale nie poczuwa się w najmniejszym stopniu do traktowania swych mniejszości narodowych w zgodzie ze swymi postulatami. Podobnie jest w ogóle w polityce zagranicznej. Narodowe autonomie w ramach Republiki Gruzji, czyli Abchazja oraz Południowa Osetia, są chronione przed naciskami Tbilisi przez rosyjskie wojskowe oddziały rozjemcze, ale postulat wprowadzenia międzynarodowych wojsk rozjemczych na terenie Czeczenii Moskwa odrzuca jako zamach na integralność terytorialną Rosji.
Dalszy ciąg sporu władz ukraińskich z Jurijem Łużkowem dowodzi swoistej logiki panującej w obydwu ośrodkach władzy państwowej w Moskwie. Gdy władze w Kijowie ostatecznie zabroniły 12 maja Łużkowowi ponownego wjazdu na Ukrainę, władze rosyjskie odpowiedziały takim samym zakazem dla dygnitarzy ukraińskich, o czym wiem z moskiewskiej TV. Różnica polega jednak na tym, że Łużkow popisał się istotnie politycznym chuligaństwem na szkodę Ukrainy, natomiast żaden ukraiński dostojnik nie ośmielił się agitować kozaków kubańskich za przyjęciem obywatelstwa ukraińskiego lub przyłączeniem Kubania do ukraińskiej macierzy.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Stefan Kisielewski - człowiek, polityk, ojciec rodziny i patron ruchu konserwatywno-liberalnego - dyskusja Janusza Korwin-Mikkego z Jerzym Kisielewskim, synem jednego z ojców-założycieli UPR (cz. V) Wysłane czwartek, 10, lipca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Stefan Kisielewski - człowiek, polityk, ojciec rodziny i patron ruchu konserwatywno-liberalnego - dyskusja Janusza Korwin-Mikkego z Jerzym Kisielewskim, synem jednego z ojców-założycieli UPR (cz. V)

Prezentujemy Państwu piątą część zapisu dyskusji, jaka odbyła się w siedzibie Centrali Unii Polityki Realnej w dniu 28.05.2008 z udziałem syna śp. Stefana Kisielewskiego - Jerzego oraz jednego z założycieli UPR i jej pierwszego Prezesa - Janusza Korwin-Mikkego.

PP. Jerzy Kisielewski i Janusz Korwin-Mikke wspominali dokonania Stefana Kisielewskiego na polu walki rozsądku z dogmatyzmem i totalitaryzmem komunistycznym w czasach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej - tworu niesuwerennego państwowości quasi-polskiej, utworzonego przez polskich kolaborantów sowieckich okupantów Polski - w dziedzinach zarówno politycznej, jak i gospodarczej, o czym niestety niewiele osób już pamięta. Stefan Kisielewski był gorącym orędownikiem zachowania potencjału prywatnej produkcji w bardzo ściśle ograniczonych formach działalności rzemieślniczej, która jak umiała, "ratowała rynek" towarów deficytowych, pod którą to kategorię w tamtych czasach wyjątkowo szczelnych przepisów reglamentujących dostęp prywatnym producentom do surowców i materiałów produkcyjnych, właściwie wszystko można było podciągnąć - od gumki do części osobistych ubrań (majtki) do źródeł wody "mineralnej", na bazie której produkowano osławioną "oranżadę", której smak do dzisiaj pozostaje niezapomnianym westchnieniem sentymentu wielu pokoleń obecnych czterdziesto- i więcej -latków...
Pan Jerzy Kisielewski, syn dwukrotnego posła koła "Znak" na "Sejm PRL", zwany niemym, Stefana Kisielewskiego, w nagraniu TV ASME opowiada o wyjątkowo skomplikowanym życiu i rodzinnym, i społecznym swojego śp. Ojca - podlegającemu wyjątkowo okrutnemu naciskowi reżimu PRL-owskiego, który jednak dzięki swym niezapomnianym i wyjątkowym cechom charakteru oraz umiejętności obchodzenia absurdów życia w pacyfikowanym przez komunazistów społeczeństwie umiał zachować pogodę życia i rozsądek w wyborach między dotrzymaniem wpojonych przez poprzednie pokolenia Polaków zasad dochowania wierności pojęciom Wolności, Własności i Sprawiedliwości a ugięciem się przed nawałą koniunkturalizmu i zaprzedania się molochowi socjalizmu w wydaniu najpierw niemieckim, a potem sowieckim.

Pierwsza część nagrania TV ASME.
Druga część nagrania TV ASME.
Trzecia część nagrania TV ASME.
Czwarta część nagrania TV ASME.

Nagranie trwa ponad 20 minut, jest dostępne w Sieci do 25 VII 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania (prawie 2 godziny!!!) o doskonałej jakości.




LECHiCI - prof. Jerzy Przystawa Wysłane poniedziałek, 7, lipca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Według Clemenceau, kto za młodu nie był socjalistą, ten na starość będzie łajdakiem. Czy jednak każdy, kto za młodu był świnią, ten na starość koniecznie musi zostać świętym? Bo takie wrażenie można by odnieść, wczytując się i wsłuchując w cały ten klangor wokół historycznych dokonań Lecha Wałęsy i plejady innych wybitnych postaci, którym nagle ujawniono ich niezbyt świetlaną przeszłość. Zbierają się przezacne grona wybitnych i zasłużonych osób i gromkim głosem wołają, żeby świętości nie szargać, bo cóż ten nieszczęsny naród w końca ma, poza skromną grupką narodowych świętych? Tu i ówdzie pojawia się nawet motyw Świętego Pawła Apostoła i Szawła z Tarsu jako antycznej prefiguracji TW "Bolka" i Lecha Wałęsy.

Od zarania dziejów wiadomo, że Panteon Wszystkich Świętych zapełniają wielcy grzesznicy, a więc ludzie, którzy nie tylko grzeszyli, jak zwykli śmiertelni, ale dopuszczali się grzechów wielkich, nawet zbrodni, co jednak - summa summarum - nie przeszkodziło ich ostatecznemu wyniesieniu na ołtarze, postawienia za wzór heroizmu i uczynieniu z nich pośredników pomiędzy Bogiem i ludźmi.
Na długiej liście grzechów, przestępstw i zbrodni, jakich dopuszczali się ludzie, których po śmierci kanonizowano, nie znalazłem przypadku uznania za świętego kogoś, kto w młodości parał się trywialnym i pospolitym grzechem donosicielstwa do tajnej czy jawnej policji. Może to przeoczenie, bo na przykład nierządnice i kurtyzany są, a kapusi policyjnych jakoś nie ma. Być może w tym względzie Polska ma ponownie do odegrania rolę pionierską, bo Lech Wałęsa jest człowiekiem znanym z pobożności - od kiedy go pamiętamy zawsze chodził z Matką Boską w klapie, a o jego cnotliwym statusie zaświadczają osobiście arcypasterze Kościoła katolickiego, z poprzednim i obecnym Metropolitą Gdańskim na czele.
Podobnie przedstawiać się może sprawa innego Lecha, którego magazyn "Forbes" regularnie wymienia wśród 100 najbogatszych na świecie. Był on, do tej pory, przedstawiany jako rodzimy przykład krystalicznie czystego biznesmena, który do swoich miliardów doszedł pracą, pracą i inteligencją, na przekór wszystkim, którzy twierdzą, że zawsze "pierwszy milion trzeba ukraść". Tu o żadnej kradzieży mowy być nie może. Nasz Lech - bogacz do swego pierwszego miliona doszedł bowiem ciężką pracą podwodną, naprawiając w 1989 roku jeden z wrocławskich jazów. Po prostu Miasto Wrocław, które jest dzisiaj "na topie", dobrze za to jazowe nurkowanie płaciło, a potem, to już poszło z górki. I żadne młodzieńcze donoszenie do SB nie ma tu nic do rzeczy i szkoda gadać.
Z pełną kanonizacją tego drugiego Lecha może być jeszcze trudniej, bo o ile samo donosicielstwo nie było jeszcze odpowiednią przepustką do świętości, to w Piśmie Świętym zapisano, iż "łatwiej wielbłądowi przejść przez Ucho Igielne, niż bogaczowi do Królestwa Niebieskiego". I tu zaczyna się problem. Inny bowiem nasz, swego czasu, idol i bohater narodowy, Bogusław Bagsik w książce "Jak kradliśmy księżyc" przedstawił nowoczesną definicję słynnego "piekła polskiego". Otóż zdaniem tego herosa biznesu, "piekło polskie" na tym polega, że jak się zarobiło pierwsze 100 milionów dolarów, to trzeba z Polski uciekać, bo Polacy żyć nam nie dadzą. Bogusław Bagsik, jak pamiętamy, uciekł, a w ślad za nim poszły listy gończe. Lech Cz. bohatersko wytrwał na posterunku po dziś dzień, wielokrotnie przekraczając barierę piekielnych 100 milionów, chociaż z ostatniego szumu wokół jego osoby i fortuny, można się spodziewać różnych rzeczy.
W połowie lipca mija 17. rocznica śmierci pewnego polskiego frajera Michała Tadeusza Falzmanna, który nie zrozumiał ducha czasów, nie pojął, iż naczelnym obowiązkiem patriotów polskich było mnożenie milionerów, tylko latał po Warszawie, z upoważnieniem Najwyższej Izby Kontroli i z młodzieńczą bezwzględnością dociekał źródła różnych, rodzących się wówczas jak grzyby po deszczu, fortun. To bezrozumne latanie przedstawił alegorycznie reżyser Jerzy Zalewski w niedostępnym filmie pt. "Oszołom". A po naiwnym Falzmannie pozostała tylko nasza książka "Via bank i FOZZ", w której usiłowaliśmy nieudolnie zebrać razem i przedstawić wnioski, do jakich doszedł. Książkę tę zaskarżył do Sądów Rzeczypospolitej inny Wielki Finansowy Imperator RP (tytuł ten zapożyczam z książki Gabryela i Zieleniewskiego: "Piąta władza czyli kto naprawdę rządzi Polską?", Warszawa 1998), Dariusz Tytus Przywieczerski, wraz z pierwszą i największą polską spółką giełdową "Universal". W czasie gdy Dariusz Tytus był bohaterem polskich mediów i ulubieńcem opinii publicznej, o Lechu Czarneckim jeszcze mało kto słyszał. Może dlatego, że Przywieczerski, podobnie jak Bagsik i inni, wspomagał swoją fortuną różne kierunki polityki polskiej, od Lecha Wałęsy po Jacka Kuronia, nie zapominając przy tym o dzieciach, dla których ci wspaniali ludzie okazali się być prawdziwymi świętymi Mikołajami. Ale, w końcu, "piekło polskie" i tak go dopadło. Trzymał nas wprawdzie przez 14 lat pod sądem (uzyskał nawet w I Instancji zakaz publikowania naszej książki!), ale potem koło fortuny się obróciło i ścigają go listy gończe, a doścignąć nie mogą. Wspaniała firma "Universal" też zeszła na psy, do tego stopnia, że ani my, ani nawet sam Sąd RP nie ma od kogo wyegzekwować kosztów czternastoletniego procesu. I był to naprawdę nieprawdopodobny obrót koła fortuny, bo Przywieczerski opowiadał przed Sądem, że wytoczył ponad 30 procesów różnym - podobnym nam - paszkwilantom, i wszystkie wygrał! Nawet wspaniały Jacek Kurski, który ośmielił się publicznie zacytować jakieś zdanie z naszej książki, przegrał proces i musiał się ukorzyć i nic mu nie pomogło, że starał się całą winę przerzucić na nas!
Dariusz Tytus zapewniał, że jego fortuna (wtedy, kiedy się jeszcze do niej przyznawał!) nie pochodzi z żadnych związków z SB czy WSI, które zresztą były w KC surowo zabronione! No, ale na końcu się pokazało, że trochę z tym przesadził i przyszedł nam na wyrękę ten niedobry IPN, przysyłając Sądowi ściśle tajną informację o pseudonimie, rejestracji itp. Dariusza P.
I tutaj, można powiedzieć, pojawia się ścieżka, po której imperatorowie, bogacze i miliarderzy mogli by jednak przejść przez biblijne Ucho Igielne! Polska inteligencja, a razem z nią polski lud, głęboko wierzą, że - z wyjątkiem, naturalnie, Lecha Cz. - "pierwszy milion trzeba ukraść". I to się, najwyraźniej, Panu Bogu strasznie nie podoba. Tymczasem Michał Falzmann odkrył, że w Polsce dokonano niebywałego wynalazku: wcale tego miliona kraść nie potrzeba! Po co? Dlaczego wpadać w konflikt z Dekalogiem i Pismem Świętym? Ten niezbędny "pierwszy milion" można dostać w postaci KREDYTU, wraz z instrukcją jego pomnożenia! I każdy, kto taki kredyt otrzyma i zastosuje się do instrukcji, może zostać miliardem prawie w mgnieniu oka! I wtedy bez żadnego grzechu można już spokojnie oczekiwać na kanonizację.
Michał Falzmann przedstawił projekt - memorandum rozgrzebania tego Złotego Cielca. Domagał się powołania specjalnej sejmowej Komisji Śledczej, która zbada wszystkie umowy kredytowe, dowie się, które zostały wykorzystane zgodnie z prawem i przeznaczeniem, a które posłużyły tylko za syfon wypłukiwania pieniędzy z publicznej kasy. Ale ten projekt umarł razem z nim. Prokuratorzy i śledczy, zamiast badać kwity bankowe, zajmują się zapisami w tajnych aktach i z nich dowiadują się kto kim był za młodu.
Podobnie ma się sprawa i z Lechem Wszechczasów. Okazuje się nagle, że Matka Boska nie zawisła na piersi niewinnego ministranta z Popowa ani bohatera Wydarzeń Grudniowych! Pojawiają się filmy i książki, pojawia się brąz i odbrązowiacze. Szuka się dokumentów, bada ich autentyczność itp., itd.
A przecież Lech Wałęsa dokonał czynów znacznie poważniejszych, niż donosy, które mu się przypisuje, a które działy się na oczach wszystkich i aby do nich sięgnąć, wystarczy tylko uruchomić pamięć!
W więzieniu nyskim w 1982 roku, na ścianach naszej celi, wisiało hasło: "Związek jest, Statut ma i nie ma o czym dyskutować". Podpisano: Lech Wałęsa. Hasło to przyświecało nam i mobilizowało przez siedem lat podziemnej walki o powrót "Solidarności" do życia publicznego. I oto ten sam Lech Wałęsa, przy "okrągłym stole" zdecydował, że "S" nie ma ani Statutu, ani wybranych władz! Zarejestrował więc nowy Związek, pod starą nazwą, z władzami arbitralnie przez niego powołanymi. Była to wielka czystka w NSZZ "Solidarność", której ofiarami padła większość działaczy i przywódców związkowych. Sam Wałęsa z dumą chwalił się tym dokonaniem: "Podziały i pluralizm są jedyną gwarancją demokracji. Dlatego podzieliłem »Solidarność«… i będę nadal tworzył podziały, żeby zagwarantować bezpieczeństwo". (Za włoskim "Il Messagero" - "Gazeta Robotnicza" z 3 X 1990).
Lech Wałęsa okazał się więc Konradem Wallenrodem "Solidarności". Do jego historycznych zasług należy zapisać nie tylko obalenie komunizmu, ale i rozbicie "Solidarności".

Oczyścić naszą scenę polityczną i społeczną można dzisiaj tylko w jeden sposób: poprzez uczciwe, powszechne wybory. Wybory w małych, jednomandatowych okręgach wyborczych. Na temat Lecha Wałęsy Polacy już dawno się wypowiedzieli: w wyborach prezydenckich 2000 Lech Wałęsa uzyskał zaledwie ok. 1% głosów poparcia. To zakończyło jego karierę polityczną. Od tej pory jest tylko odgrzewany, dla jakichś tajemniczych celów, jak schowany w lodówce kotlet. Podobnie stanie się i z innymi "bohaterami", którzy funkcjonują publicznie tylko wysiłkiem mediów i zagrabionych nam pieniędzy.

Wrocław, 5 lipca 2008

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Ekstrawagancje demokratycznego państwa prawa - Krzysztof Mazur Wysłane piątek, 4, lipca 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Większość ludzi w ramach swojej racjonalności zachowuje się irracjonalnie, co jest wykorzystywane do celów politycznych, i biznesowych. Mało kto zdaje sobie np. sprawę, że istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że w relatywnie małym gronie znajdą się dwie osoby o takiej samej dacie urodzin i podobne efekty służą różnym magikom i numerologom do mamienia publiczności swoimi hipotezami. Gdyby ludzie obstawiający w lotto wychodzili z założenia, że trafienie "szóstki" zdarza się średnio raz na czternaście milionów zakładów, być może nie mielibyśmy okazji przekonać się, że jednak ktoś może wygrać. Dlatego też taka niewiedza ma również swoje dobre strony, gdyż czasami aby coś osiągnąć lub odkryć, należy przede wszystkim zacząć robić, zamiast kalkulować szanse.

    Ale niezależnie od sposobu podejmowania decyzji wydaje się zasadnym stwierdzenie, że zawsze konkretne działanie musi być poprzedzone sformułowaniem jego celu. Nieważne czy jest on realny, czy nierealny, osiągalny czy wyimaginowany, zyskowny czy nierentowny, ale nawet poszukiwacze perpetum mobile czy kamienia filozoficznego potrafią sformułować cel swoich poszukiwań. Co jednakże powiedzielibyśmy, gdyby dajmy na to jakiś państwowy instytut złożył wniosek o państwowy grant na skonstruowanie maszyny działającej na zasadzie sprzecznej z zasadami fizyki. Większość uznałaby zapewne taki wniosek za oburzający, chociaż jest prawie pewne, że w skutkach byłby on bardziej korzystny niż większość obecnie zatwierdzanych państwowych grantów.
    Nie potrzeba uciekać się do abstrakcyjnych spekulacji, gdyż od kilkunastu miesięcy żyjemy w ciągłym stresie, czy Polsce uda się przygotować na organizację mistrzostw Europy w piłce nożnej, które odbędą się za cztery lata. Ktoś kto nie zastanawia się dłużej nad sensem wypowiedzi polityków, dziennikarzy, inwestorów czy działaczy, mógł już skutecznie przesiąknąć przeświadczeniem, że w naszym kraju infrastrukturę drogową, hotele, boiska i inne pożyteczne dobra buduje się tylko po to, by w 2012 r. przez trzy tygodnie kilkanaście piłkarskich drużyn miało gdzie pograć sobie w piłkę, a kibice mogli te zawody obejrzeć. Cały czas słyszymy, że musimy zrobić to czy tamto, bo Euro... Tak jakby drogi, hotele czy pozostała infrastruktura mogła sobie zaczekać na następne pokolenia, tylko ukraińscy baronowie wymyślili sobie kupić w spółce z Listkiewiczem prestiżową sportową imprezę. Inwestor prywatny kierując się zasadą racjonalności działania, zwykle robi coś w takim zakresie, w jakim jest to konieczne i potrzebne, a jeżeli robi coś ponadto, to zwykle, aby dać wyraz swojej ekstrawagancji. Są to jednak jego pieniądze, które zasilają wtedy inne kieszenie. Wiemy już dzisiaj, że budowa kilku dużych stadionów kłóci się z rachunkiem ekonomicznym, podobnie jak zamiast budować kosztowne autostrady - moglibyśmy o wiele szybciej i skuteczniej rozwiązać komunikacyjny problem poprzez budowę np. dróg ekspresowych. Najciekawszym kuriozum czekającym jeszcze na swojego odkrywcę wśród biurokratów i ich zwolenników jest fakt, że wydawanie pieniędzy publicznych poprzez tzw. zamówienia publiczne może kosztować podatników więcej niż ewentualne korupcyjne straty w sytuacji, gdyby rząd wydawał forsę na zasadzie racjonalnego inwestora. Każdy kto miał okazję obserwować sztukę pt. "Publiczne przetargi", wie, ile czasu i pieniędzy marnuje się po to, aby zadośćuczynić zasadzie przejrzystości czy - jak to się modnie teraz nazywa - transparentności finansów publicznych. Nie wiadomo tylko, po co nadal utrzymywać CBA, NIK, wewnętrzne audyty i inne służby zajmujące się tropieniem nieprawidłowości, skoro i tak wszyscy patrzą sobie na ręce? Można nawet odnieść wrażenie, że ze wraz z coraz większą transparentnością publicznych wydatków równie zwiększa się liczba kontrolerów urzędniczej uczciwości.
    Otóż niedawno PiS-owscy działacze oskarżyli wójta gminy, w której na dzień dziecka premier Tusk urządził pokazówkę pt. "Otwarcie boiska", że ten w niecały miesiąc wybudował obiekt, ale z ominięciem przepisów, gdyż na wykonawcę nie ogłosił przedtem przetargu. Z bełkotliwych wyjaśnień zainteresowanych stron wynika, że ów wójt nie mogąc liczyć na inne dofinansowanie, udał się do ministerstwa sportu, a minister Drzewiecki, od którego trudno wymagać znajomości prawa, wyczuł koniunkturę i dał forsę pod warunkiem, że boisko będzie gotowe w ciągu jednego miesiąca. Stał się tym samym współwinnym przekroczenia prawa, gdyż każdy wie, że stosowanie procedur przetargowych trwałoby dłużej niż sama budowa stadionu. Ale można być prawie pewnym, że gdyby ów wójt ogłosił przetarg, to do dnia dzisiejszego nie byłoby boiska, a gdyby nawet w końcu powstało - to na pewno nie mniejszym kosztem, a kto wie, czy nie kosztowałoby nawet więcej?! Tak samo jak zaniedbanie drogowych inwestycji w minionych kilkunastu latach powoduje, że obecnie za kilometr drogi trzeba zapłacić znacznie więcej niż nawet jeszcze dwa-trzy lata temu.
    Ale w demokratycznym państwie prawa nawet najbardziej "oczywiste oczywistości" są jedynie narzędziem polaryzowania elektoratu, stąd nie będzie dziwne, gdy PiS oprotestuje badanie zwłok generała Sikorskiego, uznając to za antyamerykańską inicjatywę Platformy, co natychmiast wykorzysta sztabu Tuska - przypisując katastrofę gibraltarską braciom Kaczyńskim. W jednym, w czym będą solidarni, to w tym, by nie otwierać "trumny Dmowskiego", mając w tym względzie także poparcie Michnika, a nawet samego Ketmana.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME