kwietnia 10, 2008 - kwietnia 22, 2008

Autorytety wchodzące do polskiej polityki kruszą się i padają jak domek z kart - Łukasz Perzyna o najnowszej aferze w państwowej tzw. służbie zdrowia Wysłane wtorek, 22, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Autorytety wchodzące do polskiej polityki kruszą się i padają jak domek z kart - Łukasz Perzyna o najnowszej aferze w państwowej tzw. służbie zdrowia Wysłane wtorek, 22, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Członkowie rządu PiS-owskiego zaczęli trafiać do izb zatrzymań i aresztów jeszcze w czasach sprawowania władzy przez ten rząd. O ile można zarzucić Braciom Kaczyńskim, że z kolei to oni zarzucili swoje hasła taki jak o Polsce solidarnej, opartej na dialogu społecznym, na wygaszaniu konfliktów metodą negocjacyjną - pamiętając choć osławione miasteczko namiotowe pielęgniarek przez kancelarią premierą - o tyle akurat obietnica ostrej i twardej walki z korupcją klasy politycznej i przestępstwami urzędniczymi - została przez dwa lata sprawowania władzy przez PiS dotrzymana. Problem w tym, że w opinia publiczna oglądała ją w pewnym krzywym zwierciadle - PiS tę metodę stosował, ale najczęściej w stosunku do tych, których wcześniej na stanowiska urzędnicze powołał. Janusz Kaczmarek, Tomasz Lipiec - te nazwiska mówią już same za siebie" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje najnowszą aferę z byłych sfer rządowych.

Wraz z werdyktem wyborców z ubiegłorocznej jesieni nie skończyło się zjawisko wyaresztowywania urzędników ministerialnych. Oto do aresztu trafia Jarosław Pinkas, wiceminister zdrowia w rządzie PiS, zastępca prof. Zbigniew Religi. A przecież to były minister zdrowia był obdarzany w minionych latach przez opinię publiczną jej zaufaniem - ale tylko do momentu, kiedy zdecydował się kandydować w wyborach prezydenckich... Później, kiedy stał się urzędnikiem ministerialnym - na nim zaczęło się ogniskować odium niechęci za stan państwowej tzw. służby zdrowia. Obraz zawodowych polityków w polskim społeczeństwie jest dość żałosny: skorumpowani, zdemoralizowani, nie oglądający się na etykę chciwcy. Jednak zarzuty wysuwane pod adresem byłego wiceministra, a także wysoko kwalifikowanego lekarza z Instytutu Kardiologii w podwarszawskim Aninie, są dość mizernej wartości: a to laptop wart kilka tysięcy złotych, czy jeszcze mniej wart jakieś wieczne pióro... Jak to się ma z poziomem korupcji z czasów post(?)komunistycznego ministra zdrowia Mariusza Łapińskiego, osobistego lekarza premiera Leszka Millera i jego kompanów Neumanna czy Kazubowskiej? - zastanawia się Łukasz Perzyna. Jednak i takich ludzi - znakomitych lekarzy z renomowanych ośrodków - zgubiła chciwość. A przecież PiS wezwał do pracy administracyjnej właśnie lekarzy - by uzdrowić sytuację w państwowej służbie zdrowia, która jak Polska długa i szeroka jest zanana z serwilizmu i łapówkarstwa. Sam minister Religa może i nie wiedział, bujając w obłokach, o codziennej rzeczywistości - ale to właśnie jego samego skompromitował jego własny zastępca...

Nagranie trwa prawie 16 minut, jest dostępne w Sieci do 4 V 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania o dobre jakości.




Złoty interes na złotym - Janusz Baczyński Wysłane poniedziałek, 21, kwietnia 2008 przez Janusz Baczyński


Bank centralny kreując pieniądze oraz świadcząc usługi bankom komercyjnym może zasilać budżet państwa poważnymi sumami pieniędzy.


Najpoważniejszym argumentem przeciwko euroizacji czyli przeciwko zastąpieniu złotówek eurosami, jest utrata dużych dochodów jakie Polska potencjalnie może mieć z kreacji pieniądza i świadczenia usług przez NBP bankom komercyjnym. Te dochody mogą wystąpić tylko w przypadku jeśli nie wyrzekniemy się złotówki, jeśli NBP pozostanie bankiem centralnym i RPP zacznie prowadzić prawidłową politykę stóp procentowych.

Nieprzypadkowo piszę o potencjalnie dużych dochodach, bo aktualnie te dochody są niewielkie, a to na skutek nieprawidłowej polityki RPP. Identyczna zresztą polityka jest prowadzona przez czołowe banki centralne na świecie w tym Bank Europejski, Zarząd Rezerwy Federalnej w USA itd. Polityka ta (w moim przeświadczeniu prowadzona na życzenie lobby bankierów) oficjalnie zasłania się argumentem, że podstawowym zadaniem państwa jest zapewnienie obywatelom stabilnego pieniądza i wysokowiarygodnych usług bankowych. Należy się z tym zgodzić, ale trzeba brać pod uwagę, że działalność bankowa w normalnym państwie jest prowadzona przez osoby prywatne i zgodnie z zasadami równości obywateli wobec prawa, jeśli państwo świadczy usługi dla jakiegoś sektora gospodarki, to nie powinny być to usługi na preferencyjnych warunkach. Niestety właśnie taka jest polityka banków centralnych, że świadczą one swoje usługi bankom komercyjnym "po kosztach", podczas gdy zwykły obywatel do tych usług NBP nie ma dostępu. Taki przywilej dla jednego rodzaju przedsiębiorstw (czyli dla banków) jest niczym nie usprawiedliwiony.

Polityka niskich marż, czyli, jak to się popularnie mówi, niewielkich widełek między oprocentowaniem w NBP depozytów i kredytów powoduje, że zyski z tej działalności ledwo pokrywają koszty. Dlatego moim zdaniem Sejm powinien ustalić, że ta marża musi wynosić np. 2% - wtedy zyski NBP wpłacane w formie dywidendy do budżetu wynosiły by kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt miliardów rocznie.

W rzeczywistości takie ustalenie znaczącej marży jest rodzajem podatku nałożonego na banki. Z punktu widzenia sprawiedliwości podatkowej jest to prawidłowe rozwiązanie. Inne dziedziny gospodarki są bowiem obarczone dwoma podatkami: dochodowym i podatkiem VAT, natomiast od działalność bankowa jest od podatku VAT zwolniona, zatem słuszne jest narzucenie tego podatku bankierom w formie ustalenia pewnej znaczącej marży, aby podatki były od wszystkich dziedzin gospodarki mniej więcej równe.

Janusz Baczyński


Przechwytywanie symboli Marca '68 - Antoni Zambrowski i Maciej Marosz ("GP") Wysłane niedziela, 20, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

Z Ireną Lasotówną - bohaterką "wydarzeń marcowych" na UW rozmawiają w redakcji "Gazety Polskiej" Antoni Zambrowski i Maciej Marosz.

- Pomijając znany fakt, że to ty odczytałaś pod gmachem biblioteki uniwersyteckiej rezolucję protestacyjną podczas wiecu studentów UW 8 marca 1968 roku, opowiedz, jaki był twój udział w przygotowaniu wydarzeń marcowych.
- W marcu 1968 roku byłam studentką V roku filozofii. Jak wiele innych osób uczestniczyłam w działalności grup opozycyjnych lub raczej konspiracyjnych kółek dyskusyjnych. Ich skład i nazwy były płynne. Należałam do grupy w śledztwie określanej różnie - jako grupa Józefa Dajczgewanda, grupa Teresy Boguckiej (dziś dziennikarki "Gazety Wyborczej") czy Wiktora Góreckiego. Tworzyło ją kilkanaście osób o postawach opozycyjnych studiujących na Wydziale Filozofii i Socjologii UW.
Jacek Kuroń w swych znanych wspomnieniach pisze, że kiedy wyszedł z więzienia w lecie 1967 roku, spotkał na Uniwersytecie antymichnikową grupę studencką, na czele której stała Teresa Bogucka. Teoretykiem tej grupy - pisał Jacek Kuroń - była Irena Lasota. Myślę, że to jest szalenie pochlebne dla Adama Michnika, że był on aż tak ważny w 1967 roku, że ktoś się podejmował funkcji teoretyka kierunku antymichnikowego. To jest zresztą całkowita bzdura. Nie było odrębnego teoretyka w naszej grupie. Była ona po prostu inaczej ukształtowana, niż założony przez Adama Michnika i Jana Tomasza Grossa Klub Poszukiwaczy Sprzeczności. Byliśmy grupą opartą bardziej na wspólnych zainteresowaniach, niż na wieloletniej znajomości i wspólnej przeszłości. Dobieraliśmy się bardziej na zasadzie wspólnych zainteresowań, czytania podobnej literatury politycznej, wspólnego chodzenia do istniejących legalnie klubów dyskusyjnych.
Podziały pomiędzy naszymi grupami wynikały między innymi z różnic w podejściu do kwestii: czy należeć do ZMS, czy też nie. Jedni uważali, że należy go zmieniać od wewnątrz, inni - że najlepiej go ignorować. W jednej grupie większość była w ZMS, w drugiej - nikt nawet nie wiedział, czy ktoś jest w tej organizacji.

- Rozumiem, że pierwsza grupa - to michnikowcy nazwani przez sekretarza KU PZPR "komandosami" od desantów na zebrania ZMS, a ta druga grupa - to twoja.
- W roku 1967 po wyjściu z więzienia Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego nastąpiło na Uniwersytecie nasilenie gorączki opozycyjnej i coś w rodzaju integracji tych środowisk. Grupy zaczęły spotykać się wspólnie pod pretekstem imienin lub urodzin w większych - nawet 40-osobowych gronach.
Na początku 1968 roku, gdy zaczęliśmy zbierać podpisy w sprawie "Dziadów" w inscenizacji Kazimierza Dejmka, te środowiska bardzo się już przeplatały.
Stanowiliśmy część bardzo szerokiego zjawiska. Na marcowy ruch studencki trzeba patrzeć jak na inne znane z historii ruchy społeczne. Takie ruchy mogą mieć dziesiątki tysięcy sympatyków, którzy uważają się za uczestników tego ruchu. Ci, którzy są w środku organizacji elitarnej, jeśli tych ludzi nie znają, mogą ich traktować jako osoby postronne. Podobnie było z Komitetem Obrony Robotników w drugiej połowie lat 70. Miał on od 12 do 25 członków, natomiast setki osób uważało się za jego współpracowników. Podobnie było w przypadku "komandosów".

- Ówczesne środki przekazu rozreklamowały tę nazwę oraz uczestników ruchu.
- Władze potrzebowały jakiejś chwytliwej nazwy ruchu opozycyjnego. Dlatego pod tą nazwą nagłaśniały go w prasie. Odpowiednio dobierano przywódców. Jest kilka osób, które władze zakwalifikowały jako przywódców ruchu marcowego, tylko dlatego że ich nazwiska brzmiały z żydowska. Natomiast te, które nie budziły takich skojarzeń, nie były przez prasę tak eksponowane. To nie znaczy, że te otrzymały mniejsze wyroki. To tylko tyle, że tacy dziennikarze jak Ryszard Gontarz o nich nie pisali. Gdyby telewizja była już wtedy tak ważnym przekazem, jak teraz, dobierano by te osoby pod kątem ich żydowskiego wyglądu.

- Powiedz jednak więcej o swych wrażeniach ze zdarzeń, w których uczestniczyłaś osobiście.
- Najbardziej utrwaliła mi się w pamięci scena, gdy stoję na balkonie w Pałacu Kazimierzowskim i widzę rzeczy, których z dołu nie było widać. Po dziedzińcu uniwersyteckim biegają jacyś faceci z pałami i biją uciekających przed nimi studentów. Biją przede wszystkim kobiety.

- A co robiłaś na balkonie?
- Wyszłam na balkon wychodzący na dziedziniec uniwersytecki. Byłam członkiem delegacji wiecujących studentów u rektora. Przyjął nas prorektor Zygmunt Rybicki. Nasza delegacja była niewielka, zaledwie kilka osób. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że chodzi o przedłużenie urzędowych rokowań, zanim policja zacznie wszystkich bić. Prorektor obiecał nam wtedy w piątek 8 marca, że spotkamy się ponownie w poniedziałek, ale dla każdego z nas było oczywiste, że tego spotkania poniedziałkowego już nie będzie.
I rzeczywiście w poniedziałek zajęcia na uczelni zostały odwołane, a ja siedziałam już w więzieniu.
Jeszcze w piątek wieczorem zatrzymano mnie i przewieziono do Pałacu Mostowskich. Spędziłam noc w dużej celi dla kobiet. Rano przyszło po mnie dwóch funkcjonariuszy SB w cywilu. Gdy prowadzili mnie przez różne korytarze podszedł do nas milicjant i powiedział: "To jest ta ..., która wczoraj czytała z balkonu. Skopię ją zaraz". Na co dwaj prowadzący mnie funkcjonariusze oddzielili go ode mnie i powiedzieli, że mnie bić nie wolno.
Potem dowiedziałam się, że w Pałacu Mostowskich wtedy bardzo dotkliwie bito studentów. Niektórych od razu zabierano do wojska, ale bardziej poturbowanych odsyłano do domu. Natomiast wtedy - 9 marca obowiązywała instrukcja, że do więzienia na Rakowiecką tymczasowo aresztowani mają być dowożeni w dobrym stanie. Następnego dnia zrobiono nam fotografie. Wtedy wyglądaliśmy jeszcze świeżo. Takie zdjęcia miały być dowodem przeciwko zarzutom, że ze studentami obchodzono się brutalnie.
W piątek 8 marca na Uniwersytecie były tłumy. Mogło nas być około dwóch tysięcy lub nawet więcej osób. Gdy siedziałem w więzieniu, nie wiedziałam, co się stało z tymi osobami. Później z sąsiednich cel słychać było różne głosy. Co kilka dni pojawiał się ktoś nowy. Zrozumiałam, że coś się wciąż dzieje.

- Z jakimi środowiskami opozycyjnymi byłaś wówczas związana? Czy byłaś u "walterowców", czy w normalnym harcerstwie?
- Przed rokiem 1967 obracałam się w różnych środowiskach. W harcerstwie byłam i w tradycyjnej drużynie, i w hufcu "walterowskim". Już na studiach poznałam ciebie (czyli Antoniego Zambrowskiego), ponieważ prowadziłeś "samizdat", kolportując teksty nie podlegające kontroli cenzury. Dzięki temu czytałam artykuły niedostępne w prasie. Sama przetłumaczyłam dla ciebie tekst z francuskiej gazety o protestach literatów rosyjskich. Moja matka, która była rodowitą Francuzką, pasjami czytywała gazety zagraniczne w Klubie Międzynarodowej Książki i Prasy przy placu Unii Lubelskiej. Przez ciebie spotykałam również osoby z konspiracyjnej grupy Przemka Górnego.

- Pewnie Stefana Kosseckiego, z którym się przyjaźniłem.
- W kilka osób jeździliśmy też do klubu Stowarzyszenia PAX na Mokotowskiej. Zjawiali się tam ciekawi ludzie. Po ostatnim przedstawieniu "Dziadów" wraz z koleżankami zbierałyśmy podpisy pod wezwaniem o wznowienie przedstawień w kilku żeńskich akademikach. Pamiętam, że reakcje w tych akademikach były nadzwyczajne. Bardzo dużo podpisów udało się zebrać wtedy właśnie nie wśród przyjaciół "komandosów", lecz w wśród studentów w akademikach. Tam ludzie słuchali audycji Radia Wolna Europa, które informowało na bieżąco o wydarzeniach w kraju.

- Miałaś również kontakty z członkami naszego kółka dyskusyjnego, które przeciwstawiało się ideowo poglądom "komandosów". Znałaś Waldka Kuczyńskiego, Staszka Gomułkę, Jerzego Roberta Nowaka.
- Byłam w kontaktach z różnymi grupami opozycyjnymi. Znałam też twoich kolegów. Ale Stanisław Gomułka i Waldemar Kuczyński byli już asystentami, a ja wówczas jeszcze studentką.

- Pamiętam ciebie, siedzącą u mnie w kuchni i słuchającą Waldka Kuczyńskiego, krytykującego "komandosów" za nie docenianie społecznej roli Kościoła.
- Tak to wówczas wyglądało. Dyskutowaliśmy naprawdę dużo, wręcz do przesytu. Jedno lub dwa takie spotkania dyskusyjne odbyły się w mieszkaniu późniejszego mego męża - Andrzeja Zabłudowskiego. Agent SB, który na niego donosił, napisał, że Zabłudowski mu się skarży, iż przychodzą do niego ludzie i trują godzinami. On wtedy wychodzi z pokoju, bo to jest potwornie nudne teoretyzowanie. Gdy wołano nas podczas śledztwa na przesłuchanie, tłumaczyliśmy się w podobny sposób. Jeśli nie chcieliśmy niczego ujawniać na temat jakiegoś spotkania przesłuchującym nas funkcjonariuszom SB, wmawialiśmy im, że było to nudne i nie słuchaliśmy. Gdy składałam zeznania w śledztwie, najpierw starałam się ukryć fakt, że byłam obecna na jakimś interesującym ich spotkaniu. Jeśli okazywało się, że jest już pięć zeznań, z których wynikało, że mnie tam zauważono, mówiłam że było potwornie nudno i niczego nie pamiętam.

- Na urodzinach u Bogny i Karola Modzelewskich na jesieni 1967 roku. Jadzia Staniszkis-Lewicka oraz Alik Smolar wygłosili bardzo uczone referaty. Jestem wzrokowcem i mało do mnie dotarło z wysłuchanych przez nas wywodów. A czy byłaś na przedstawieniach "Dziadów"?
- Dwukrotnie. Byłam m.in. na ostatnim przedstawieniu, po którym poszłam ze wszystkimi pod transparentem. Ta manifestacja wydawała mi się bardzo piękna przez swą poetykę spontaniczności. Ktoś przygotował transparent, inny powiadomił znajomych, a ktoś rzucił pomysł, by wspólnie złożyć kwiaty pod pomnikiem Adama Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu. Obok nas szli milicjanci, którzy co jakiś czas wyciągali kogoś z tłumu. Gdy szliśmy już od pomnika, wyglądaliśmy jak pochód więźniów idących na wyrąb lasu. Kojarzyło się to ze sceną z opowiadania rosyjskiego pisarza Gieorgija Władimowa pt. "Wiernyj Rusłan". Później okazało się, że SB nie wywlekała z pochodu osób przypadkowych. W pewnym momencie pozostała grupa manifestantów liczebnością około 100 osób, które nie wiedziały już, co mają dalej robić, więc chciały się rozejść. Wówczas podjechały wozy milicyjne, do których zaczęto nas wpychać. Na szczęście, w samochodzie, do którego próbowano mnie wepchnąć, było już zbyt dużo zatrzymanych i z braku miejsca pozostawiono mnie w spokoju.

- Zanim wzięłaś udział w patriotycznej manifestacji, twoi koledzy zastanawiali się nad kwestią, czy patriotyzm jest zgodny z marksizmem. Jacek Kuroń obawiał się, że jest to wdawanie się w nacjonalizm i uleganie moczarowskiej propagandzie.
- Było wiele takich dyskusji nad patriotyzmem i internacjonalizmem, więc nie pamiętam szczegółów. Żyliśmy w kraju zamkniętym na swobodny przepływ idei, choć i tak mieliśmy więcej możliwości docierania do poglądów zabronionych przez cenzurę, niż obywatele innych krajów obozu sowieckiego. Z mojej perspektywy rozwojowej było to wyrabianie poprzez dyskusję umiejętności postrzegania różnych zjawisk ideowych i wypracowywania sobie własnego zdania. Przypominało to więc pozorowane dyskusje, w których biorą udział angielscy studenci w Oxford Union. Co tydzień odbywają się tam dyskusje, w ramach których jeden student broni nacjonalizmu, zaś drugi polemizuje z tym poglądem. Wobec tego nikogo, kto z nas wtedy głosił błędne z dzisiejszego punktu widzenia poglądy, nie oskarżałabym dziś o ich głoszenie.

- Masz na myśli dyskusje w ramach ćwiczeń akademickich zwane po angielsku "role playing", czyli inscenizacje? Uczestnicy głoszą poglądy nie swoje, lecz zgodne ze scenariuszem dyskusji. Chodzi o nabycie umiejętności rozumienia stanowiska partnera.
- PRL była krajem przytłaczającej szarości nie do zniesienia dla młodzieży. Najbardziej barwnym pismem w kioskach "Ruchu" był wtedy wydawany w Krakowie tygodnik "Przekrój". Biegło się do domu, by posłuchać programu muzyki "Pół godziny Lucjana Kydryńskiego", żeby raz w tygodniu usłyszeć muzykę jazzową czy też śpiew słynnej amerykańskiej śpiewaczki murzyńskiej Earthy Kitt. Jedna z dziewcząt, które należały do mojej grupy samokształceniowej, pożyczała ode mnie prace znanego historyka trockistowskiego pochodzącego z Polski, ale mieszkającego na Zachodzie Izaaka Deutschera oraz innych zabronionych teoretyków. Przyznała się później, że potwornie nudziła ją ta tematyka. Zależało jej na podtrzymywaniu kontaktu z nasza grupą, gdyż imponowałam jej, ponieważ jako jedyna na naszym wydziale malowałam powieki na zielono. To dla niej było odważne i oryginalne.

(pyta red. Maciej Marosz): Jakie szkoły marksistowskie dominowały wtedy w dyskusjach?
- Jeżeli ktoś powoływał się wtedy na dzieła Karola Marksa, to na wczesne jego prace. W modzie był młody Marks. Nurt oryginalny i wolnościowy prezentował wtedy Leszek Kołakowski. Uczestniczyłam w pracach jego seminarium. Miałam wrażenie, że najpierw w filozofii był Leszek Kołakowski, potem - długo, długo nic, a później jego marksistowscy uczniowie. Zaplątywali się oni w umysłowe mętliki. Tak naprawdę mało kto czytał Marksa. Również ja nie przeczytałam wtedy więcej niż 30 stron jego prac, choć pisałam pracę magisterską na temat "Simone Weil a Marks". Dopiero jak wylądowałam w więzieniu mokotowskim, zażądałam, by przyniesiono mi do celi kilka tomów dzieł Marksa.

- A Lew Trocki?
- Wielu z nas pozostawało pod wpływem w różnego rodzaju teorii, bo to było intelektualnie stymulujące na tle ówczesnych reżymowych ideologów. W pewnym czasie uważałam, że to Trocki miał rację. Później przeczytałam innych autorów i sama się dziwiłam sobie, że dałam się zwariować.

- A co się stało, że rozeszły się drogi Ireny Lasotówny i Adama Michnika?
- W dziesiątą rocznicę Marca '68 mój drugi mąż Jakub Karpiński wydał w Instytucie Literackim w Paryżu (w wydawnictwie paryskiej "Kultury") pod pseudonimem Marek Tarniewski książkę pt. "Krótkie spięcie". Była to praca bardzo w jego stylu. Był to opis Marca '68, w którym nie było nazwisk jego bohaterów. Ani razu nie padło tam nazwisko Adama Michnika, Henryka Szlajfera, Antoniego Zambrowskiego, Barbary Toruńczyk czy Ireny Lasoty. Karpiński dokonał w niej opisu mechanizmów, które doprowadziły w 1968 roku do protestów studenckich. Pisał o tym później również Jerzy Eisler, że protesty studenckie, marsze, wiece, strajki odbywały się we wszystkich miastach uniwersyteckich.
Jakub opowiadał mi, że zaraz po wydaniu tej książki pewna osoba znana jako przedstawiciel czołówki "komandosów" ostrym, oskarżającym tonem zarzuciła mu: "ty nam odebrałeś Marzec". Jakub w pierwszej chwili osłupiał, później zrozumiał, że niektórzy z "komandosów" traktują Marzec jako swoją własność. Wtedy rozgorzała dyskusja, czyj był Marzec '68, która trwa do dzisiaj. Spór o Marzec '68 doprowadził do skłócenia środowisk.

- Chodzi o zawłaszczanie Marca przez Jacka Kuronia i Adama Michnika?
- Nie przez Jacka Kuronia. Był zupełnie inną osobowością, miał inne potrzeby psychologiczne. Robi się wielką krzywdę Jackowi Kuroniowi, zestawiając w jednym szeregu Kuronia i Michnika.
Jeśli patrzymy dziś na takie osoby, jak Antoni Macierewicz i Adam Michnik, pamiętajmy, że oni obaj byli marcowi, obaj siedzieli w więzieniu. Opowiem scenę, która charakteryzuje ich stosunki. Jakub Karpiński siedział w jednej celi z Antkiem Macierewiczem. Krzyczano wówczas z sąsiadujących cel do siebie przez okno, nawołując się nawzajem. W pewnym momencie krzyczał Michnik. Odpowiadali mu inni więźniowie. Antek Macierewicz, który studiował z nim na tym samym wydziale i tym samym roku, podszedł do okna i krzyknął: "Cześć Adam, tu Antek" "Antek Zambrowski?" - zapytał Michnik. Gdy dowiedział się, że chodzi o Antka Macierewicza, zdziwił się i zapytał, co on tu robi. To zdziwienie Michnika było symptomatyczne. Zdziwił się, że ktoś, kto nie jest z jego grupy, też może siedzieć w tym więzieniu. To po części wyjaśnia, dlaczego późniejsze opisy Marca dotyczą tylko wąskiej grupy, która rzekomo lepiej widziała przebieg wydarzeń i więcej wycierpiała niż inni.

- A o co poszło w sporze z Kubą Karpińskim?
- W 1968 i 1969 roku Jakub Karpiński zbierał i wysyłał do paryskiej "Kultury" różne teksty rezolucji czy ulotek. Jakub występował tu w kilku rolach, co zresztą było dla niego charakterystyczne. Niektóre z tych ulotek sam pisał w roku 1968, zaś inne redagował. To że wykreślał z nich deklaracje typu "nie jesteśmy przeciw socjalizmowi" albo "popieramy socjalizm, ale...", stało się powodem do niesnasek z grupą nadającą ton przed marcem 1968 roku.
Później, w roku 1977, gdy nie miałam prawa przyjazdu do Polski, udawało mi się nieraz dostać do kraju na francuski paszport lub wpadałam do Polski tranzytem (Tu chcę wyjaśnić czytelnikom ASME, że Irena Lasotówna wyjechała bez prawa powrotu z Polski do USA pod naciskiem swego ówczesnego męża Andrzeja Zabłudowskiego, który dzięki swemu żydowskiemu pochodzeniu mógł opuścić PRL i chciał zrobić karierę naukową w Stanach - uwaga AZ). Pamiętam, że Adam Michnik przyszedł specjalnie do Teresy Boguckiej, aby mi powiedzieć, że Antoni Macierewicz - to jest fantastyczny facet, wręcz pistolet. Minął rok i doszło do powstania pisma "Głos", wydawanego w drugim obiegu. I tu nastąpił rozłam. Pismo kontestowało główny nurt "komandosów" i nie chciało być podporządkowane lewicowej większości KSS KOR, ponieważ Antoni Macierewicz oraz Piotr Naimski mieli w wielu sprawach inne zdanie niż Adam Michnik. Pismo to zakładał wraz z nimi również Jakub Karpiński.

- Zawdzięczam mu moją pierwszą publikację na łamach "Głosu" pod tytułem "Rady dla polskiego Kadara".
- Spór o Marzec '68 - to walka o przechwytywanie symboli i zawłaszczanie bohaterstwa. Mówi się, iż Marzec zrobił ten a ten, a przecież to był ogromny ruch masowy. Marzec - to przede wszystkim wielki patriotyczny ruch studencki. Marzec '68 należy do nas wszystkich, w pierwszym rzędzie do studentów polskich, do narodu polskiego.

- Mimo to usiłuje się go zawłaszczyć. Ci, którzy próbują to uczynić, mają w dodatku do dyspozycji wpływowe w Polsce media.
- Pozostali powinni dawać odpór tym zakusom. Widziałam plan tegorocznych obchodów 40. rocznicy Marca. Nie zauważyłam, by jakiś wykład miał wygłosić prof. Jerzy Eisler, który spędził ponad dziesięć lat swego życia na badaniu zjawiska Marca '68. Jego praca historyczna zawiera bardzo ciekawe opisy, jak poza studentami na ulice wychodzą robotnicy i w ogóle zwykli ludzie. Pokazuje on doskonale, jak SB i PZPR czuły się zagrożone tymi protestami społecznymi i wiele wysiłku włożyły w to, by przekonać ludzi, że protestujący wywodzą się z małych, izolowanych od społeczeństwa środowisk - bananowej młodzieży, syjonistów i rewizjonistów. Ale zamiast niego odczyty będą wygłaszać sami znajomi królika.

W związku z 40. rocznicą Marca '68 bardzo dużo mówi się o zwrocie polskiego obywatelstwa żydowskim emigrantom z tamtych czasów. Sam zostałem zaproszony do TVN przez red. Bogdana Rymanowskiego na dyskusję w tej sprawie. Czy z twego punktu widzenia to ważna inicjatywa?
- Po to, by właściwie uczcić Marzec '68, pewne sprawy trzeba całkowicie rozdzielić. Z jednej strony był ruch studencki, który po 8 marca rozlał się po całej Polsce i stał się zaczynem późniejszych protestów społecznych.
Druga rzecz dotyczy ówczesnej kampanii antysemickiej i kwestii wyjazdu z PRL osób pochodzenia żydowskiego. Dziś w Polsce forsowana jest teza, że Marzec - to emigracja, dlatego zadośćuczynieniem dla uczestników tych zdarzeń ma być przywrócenie wszystkim tym osobom obywatelstwa polskiego. Ale przecież te osoby, które chciały odzyskać polskie obywatelstwo, dawno je już mają. Polskie konsulaty w krajach, z którymi mam do czynienia, czyli we Francji i Stanach Zjednoczonych, od lat zachęcały do tego. Robienie z tego sprawy najważniejszej, jest - łagodnie mówiąc - niezbyt mądre.

(Z Ireną Lasotówną rozmawiali w redakcji "Gazety Polskiej" Antoni Zambrowski i Maciej Marosz. Rozmowę nagrał i spisał Maciej Marosz. Na łamach "Gazety Polskiej" ukazał się autoryzowany przez Irenę Lasotównę tekst wywiadu. Znacznie obszerniejszą (bez skrótów) wersję rozmowy opracował i przekazał do ASME Antoni Zambrowski).

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Sejm i Senat nadużyły władzy - Janusz Baczyński Wysłane piątek, 18, kwietnia 2008 przez Janusz Baczyński

Według Konstytucji suwerenem jest naród. Tylko naród może się zrzec swoich praw suwerena na czyjąś rzecz.

Traktat Reformujący przewiduje że Polska nie będzie suwerenna, będzie tylko częścią suwerennego państwa: Unii Europejskiej. Naród polski przestanie być suwerenem, stanie się częścią nowego suwerena jakim będzie zbiór narodów państw członkowskich.

O tak istotnej zmianie statusu ma prawo zadecydować tylko sam zainteresowany, natomiast podejmowanie takich decyzji przez przedstawiciela jest uzurpacją i taka decyzja jest prawnie nieważna.

Istnieje analogia do procedur politycznych w procedurach gospodarczych. W przypadku spółki o wszystkich najważniejszych jej działaniach decydują właściciele, oni w swoich uchwałach określają kierunki działań. Właściciele stanowią odpowiednik narodu, a uchwały właścicieli to odpowiednik konstytucji. Do bieżącego kierowania spółką właściciele wybierają radę nadzorczą, która jest odpowiednikiem Sejmu. Rada nadzorcza kieruje spółką rozpisując cele strategiczne określone przez właścicieli na cele taktyczne, natomiast sama nie może podejmować decyzji strategicznych.

Sejm podejmując decyzję o pozwoleniu Prezydentowi na ratyfikowanie Traktatu Reformującego przekroczył swoje uprawnienia. Zgodnie z zasadami prawa jeśli ktoś wykonuje jakąś czynność prawną do której nie jest uprawniony to ta czynność jest z punktu widzenia prawa nieważna. I nie pomoże tu to, że ustawa pozwalająca Prezydentowi na ratyfikowanie traktatu zdobyła akceptację Sejmu i Senatu, została podpisana przez Prezydenta i została wydrukowana Dzienniku Ustaw. Ona jest z zasady prawa nieważna. Jedyny zgodny z zasadami prawa sposób na zrzeczenie się suwerenności to zapytanie się suwerena czy zechce się swych praw suwerena zrzec, czyli jeśli suwerenem jest naród to trzeba zorganizować referendum.

Najlepszym wyjściem z obecnej sytuacji jest niezwłoczne odesłanie ustawy zezwalającej na ratyfikowanie traktatu do Trybunału Konstytucyjnego, choć mnie wydaje się że nadużycie uprawnień może stwierdzić każdy sąd do którego zgłosi się obywatel czujący się poszkodowany przez Sejm i Senat, które przywłaszczyły sobie przynależne mu, jako cząstce suwerena, prawa.

Janusz Baczyński


Monopol energetyczny państwa powoduje dzisiejszy wzrost cen energii elektrycznej, do tego dochodzi podatek na rzecz unijnych urzędników, jakim jest limit emisji dwutlenku węgla - Andrzej Sadowski, wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha, wyjaśnia przyczyny olbrzymiego wzrostu naszych rachunków za prąd Wysłane piątek, 18, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Monopol energetyczny państwa powoduje dzisiejszy wzrost cen energii elektrycznej, do tego dochodzi podatek na rzecz unijnych urzędników, jakim jest limit emisji dwutlenku węgla - Andrzej Sadowski, wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha, wyjaśnia przyczyny olbrzymiego wzrostu naszych rachunków za prąd Wysłane piątek, 18, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Energetyka. Coś dziwnego dzieje się z cenami od zeszłego roku. Zacytuję parę doniesień prasowych o podwyżkach cen prądu: maksymalna podwyżka wzrośnie o 6 procent w styczniu, ceny dla gospodarstw domowych wrosną o około 12 procent. Z lutego: warszawski STOEN podniósł ceny o 12,5 procentu... Inne media: wiosną detaliczne ceny energii wzrosną PONOWNIE o 15 do 25 procent... Od grudnia ceny energii wzrosły już o KILKADZIESIĄT procent. Czy ma Pan jakieś wytłumaczenie tej sytuacji?" - pyta się redaktor naczelny ASME Krzysztof Pawlak wiceprezydenta Centrum im. Adama Smitha Andrzeja Sadowskiego.

"Jest to konsekwencja wielu elementów, które mają miejsce w naszym kraju. Po pierwsze: tak daleko posuniętej kontroli państwa i braku prywatyzacji w sektorze energetycznym. Z drugiej strony - zapowiedź uwalniania cen w sytuacji, kiedy sektor energetyczny jest kontrolowany przez rząd. Zaniechania z lat ubiegłych, które polegają na tym, że nie zbudowano urządzeń, które służą do przekazywania energii z Europy wschodniej, która nie byłaby co prawda alternatywą, ale uzupełniałaby krajową produkcję, dzięki czemu energia w sieci mogłaby być jednak tańsza. Kolejna rzecz to są ceny węgla, które drożeją wraz drożeniem cen ropy naftowej, likwidacja kopalń w Niemczech też spowoduje wzrost cen węgla dla tego obszaru świata. Dzisiejszy zmonopolizowany obszar gospodarki, jakim jest energetyka, wynika z decyzji podejmowanych przez poprzednie rządy i składy parlamentarne. Tam, gdzie mamy do czynienia z podmiotami zmonopolizowanymi, mamy ruchy jednostronne, z podwyżkami, tam, gdzie mamy do czynienia z rynkiem - mamy ruch dwustronny: mamy podwyżki i obniżki, i zwykle korzystamy z tego drugiego. Ceny dóbr konsumpcyjnych cały czas spadają: telewizory z płaskim ekranem chociażby jako przykład czy choćby rynek komputerów" - Andrzej Sadowski, wiceprezydent CAS, wyjaśnia podstawowe zasady liberalnej gospodarki.
Tam, gdzie państwo wycofało się i pozostawiło większą czy mniejszą swobodę swoim obywatelom - mamy efekt działania konkurencji i tym samym efekt lepszej jakości usług i coraz bardziej niższych cen. Energetyka czy służba zdrowia, gdzie państwo jest monopolistą - tam jest coraz gorsza jakość usług i wyższe ceny. W początkach lat 90. obywatele sami niejako spontanicznie wzięli we własne ręce tzw. małą energetykę, odtwarzali dawne elektrownie wodne w Polsce, i wtedy był zauważalny postęp w zapewnieniu lokalnej energii, niestety, dostrzegł to państwowy monopol i ten sposób przestał być opłacalny w dostawach do sieci energetycznej. A przecież doświadczenie wojny na Bałkanach - gdzie państwo zostało sparaliżowane przez ataki na dużych dostawców energii - powinno nas przekonywać do popierania takich rozwiązań - zauważa Andrzej Sadowski. O takim bezsensownym monopolu przekonał się np. p. Roman Kluska, który chciał zainstalować w swoim gospodarstwie turbinkę pracującą na własne potrzeby - oczywiście mu tego zabroniono...
Mamy do czynienia z systemem, który jest całkowicie przeregulowany, który stoi na straży dotychczasowych producentów energii elektrycznej, znajdujących sie w gestii państwa, i to urzędnicy będą kształtować ceny na tym "uwolnionym" rynku - dla swoich potrzeb... Innym środkiem cenotwórczym będzie podatek nałożony na kraje UE, który dotyczy tzw. emisji dwutlenku węgla, CO2. To jest niestety nic innego jak podatek, który zapłacimy w cenie energii czy innych produktów, które będą produkowały polskie fabryki. Stąd jego przyznawanie przez administrację UE... - ostrzega Andrzej Sadowski.

Nagranie trwa ponad 9 minut, jest dostępne w Sieci do 1 V 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania o dobre jakości.




Zamiast Europy ojczyzn zrobiła się Europa biurokracji - Dariusz Wieczorek, prezes Okręgu Mazowieckiego UPR, o konsekwencjach ratyfikacji Traktatu Reformującego Wysłane czwartek, 17, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Zamiast Europy ojczyzn zrobiła się Europa biurokracji - Dariusz Wieczorek, prezes Okręgu Mazowieckiego UPR, o konsekwencjach ratyfikacji Traktatu Reformującego Wysłane czwartek, 17, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Kiedy po raz pierwszy zaczęło się mówić o Unii Europejskiej i członkostwie Polski w tej organizacji, byłem jeszcze w liceum. Były to czasy, kiedy z racji wieku ma się podejście optymistyczne do nowych idei. W początkowej swej wizji Nowa Europa miała być Europą Ojczyzn, systemem, w którym poszczególne kraje miały zachować swoje dotychczasowe systemy polityczne czy gospodarcze i społeczne, zaś granice miały zostać otwarte, nastąpić swobodny przepływ towarów, usług i ludności. Granice zostały zniesione, projekt został częściowo zrealizowany, natomiast okazało się, że wiele szczegółowych rozwiązań stoi w sprzeczności z założeniami i powstał biurokratyczny moloch, który odgórnie chce regulować wszystko" - Dariusz Wieczorek, prezes Okręgu Mazowieckiego UPR, mówi o konsekwencjach przyjęcia tzw. Traktatu Lizbońskiego.

Czy jesteśmy w organizacji, w której chcieliśmy być? - zastanawia się Dariusz Wieczorek. Od 1 stycznia 2009 Unia Europejska zacznie formalnie funkcjonować i stanie się jedna podstawowa, zła rzecz: prawo unijne będzie oficjalnie nadrzędne w stosunku do prawa polskiego. Do tej pory mieliśmy jeszcze prawo weta - jednak na własne (niemal) życzenie pozbawiliśmy się tego prawa. Nie odbyło się referendum w sprawie ratyfikacji tzw. Traktatu z Lizbony... Wielu Polaków nie rozumie subtelnych różnic pomiędzy dotychczasowym stanem formalnym Nowej Wspaniałej Europy a stanem po 1 stycznia 2009 roku i uległo zmasowanej, nachalnej propagandzie prounijnej. A tymczasem UE oznacza unifikację prawa - ale czy w pożądanych przez nich kierunku?

Nagranie trwa ponad 5 minut, jest dostępne w Sieci do 30 IV 2008 r. W Klubie TV ASME - wersja nagrania o doskonałej jakości.




Petera V. jako pierwszy "ułaskawił" były oficer zbrodniczej Informacji Wojskowej
Wybawca zabójcy - pułkownik Olejniczak - Tadeusz M. Płużański
Wysłane czwartek, 17, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

Wiemy, kto w lipcu 1999 r. ułaskawił Petera V. To prezydent Aleksander Kwaśniewski umożliwił mu wyjście na wolność i powrót do Szwajcarii. Teraz sprawę zasadności tej decyzji bada prokuratura. Prawie każdy słyszał też, że pod koniec marca br. biznesmen zwany "kasjerem lewicy" został zatrzymany w Warszawie i aresztowany przez Centralne Biuro Śledcze, m.in. pod zarzutem prania brudnych pieniędzy. A kto słyszał o osobie, która jako pierwsza umożliwiła Peterowi V. (wówczas jeszcze Piotrowi Filipczyńskiemu) przedterminowe opuszczenie więzienia?

Skutkująca aż po dziś dzień decyzja została podjęta we wrześniu 1978 r., kiedy skazany za zabójstwo na 25 lat (Rada Państwa złagodziła potem karę do lat 15), odsiadywał ósmy rok w więzieniu w Strzelcach Opolskich. Wniosek o przerwę w odbywaniu kary podpisał ówczesny dyrektor w Prokuraturze Generalnej, kierujący komórką ds. ułaskawień Henryk Olejniczak. To dzięki jego decyzji Filipczyński wyjechał ostatecznie do Szwajcarii, gdzie podjął pracę w bankowości i miał prowadzić tajne konta polityków SLD. To właśnie podpis Henryka Olejniczaka spowodował konieczność ścigania Petera V. przez polski wymiar sprawiedliwości i uruchomienia w 1998 r. procedury ekstradycyjnej. Aby Peter V. mógł odbyć resztę zasądzonej mu w 1971 r. kary, trzeba było anulować skutki "łaski" Olejniczaka. Tak więc prezydent Kwaśniewski był "jedynie" tym drugim, który ułaskawił byłego zabójcę.

Kim jest Henryk Olejniczak?

Od 2004 r. też ciąży na nim wyrok, wydany przez Wojskowy Sąd Garnizonowy w Warszawie. Powód? Torturował w latach 50. bohatera II wojny światowej, zastępcę gen. Maczka, płk. Franciszka Skibińskiego. Olejniczak był wówczas śledczym Informacji Wojskowej, czyli cieszącego się wyjątkowo złą sławą stalinowskiego kontrwywiadu wojskowego. Historycy są zgodni, że ta wojskowa bezpieka była jeszcze bardziej bezwzględna niż znana z okrucieństwa "cywilna" bezpieka, czyli Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Według cały czas niepełnych szacunków - w latach 1944 - 1957 r. aresztowała i torturowała 17 tys. ludzi.
Olejniczaka oskarżył Instytut Pamięci Narodowej. Prokurator Piotr Dąbrowski zarzucił mu, że w okresie od 12 lutego do 21 marca 1953 r. w Warszawie, pełniąc zawodową służbę wojskową na stanowisku oficera śledczego Głównego Zarządu Informacji WP, wykorzystując stosunek zależności istniejący pomiędzy oficerem śledczym a przesłuchiwanym, znęcał się nad Skibińskim. Śledczy Olejniczak, podczas wielokrotnych i wielogodzinnych przesłuchań ubliżał mu, nazywając go m.in. szpiegiem i degeneratem, groził mu pozbawieniem życia oraz zmierzał do spowodowania u pokrzywdzonego załamania psychicznego notorycznym powtarzaniem tych samych pytań. Chciał również wymusić na nim zeznania obciążające inne osoby. Sędziowie poparli oskarżenie Instytutu Pamięci Narodowej i skazali Olejniczka na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Były śledczy nie poszedł jednak za kraty, ale musiał zapłacić za swój proces.

Bezwzględne przygniatanie psychiki

Ale cofnijmy się kilka lat wcześniej. Kiedy sojusznik naszych sojuszników "wyzwalał" kolejne połacie naszego kraju, Henryk Olejniczak służył w kontrwywiadzie Armii Czerwonej. W organach "rodzimej" Informacji Wojskowej rozpoczął pracę w 1945 r. IPN mógł oskarżyć byłego śledzia, gdyż odnalazł w archiwach notatki z przesłuchań Skibińskiego. Olejniczak pisał w nich, że stosował brutalny nacisk psychiczny, np. Skibiński "dwa razy rozpłakał się", "przez 11 godzin nic nowego nie podał", "jest chory, ma wyraźną gorączkę", "stosowałem metodę bezwzględnego przygniatania jego psychiki, potem tłumaczyłem mu możliwość powrotu do normalnego życia", "pogłębia się jego załamanie psychiczne", "jest już kompletnie rozłożony", "wyraził zamiar samobójstwa", "żąda śmierci".
Olejniczak nie przyznał się do winy. Przed sądem tłumaczył: "Notatki są wynikiem mojej wyobraźni, a nie faktów". Do napisania takich rzeczy mieli go nakłonić koledzy z Informacji, aby "wynikało z nich stosowanie nacisku psychicznego". Prokurator IPN zwrócił uwagę, że zeznania byłego śledczego są sprzeczne - raz twierdził, że nie przesłuchiwał Skibińskiego, potem, że niczego nie pamięta, a w końcu szczegółowo opisywał przebieg śledztwa.

Szef nic nie pamięta

Na procesie Olejniczaka zeznawał jako świadek jego przełożony - Władysław Kochan, płk Informacji Wojskowej, szef Oddziału Śledczego GZI. O swoim podwładnym (znali się długo - Kochan był szefem Olejniczaka w poznańskim oddziale Informacji, a potem w warszawskiej centrali) nie powiedział - czego zresztą można było się spodziewać - złego słowa. Utrzymywał, że sprawy płk. Skibińskiego nie zna, a w ogóle żadnych konkretnych spraw nie pamięta. Oświadczył jedynie, co nie jest żadną tajemnicą, że IW znęcała się nad osadzonymi, stosując przede wszystkim konwejer (kilku "oficerów" śledczych przesłuchiwało non stop - przez wiele dni i nocy - jednego człowieka). Władysław Kochan zapomniał dodać, że sam, z sadystycznym zamiłowaniem, stosował takie metody. To zresztą było powodem jego skazania, w trakcie tzw. odwilży, na pięć lat więzienia.

W raporcie Mazura

Prokurator IPN Piotr Dąbrowski podkreślał, że nazwisko Olejniczaka (podobnie jak Kochana) znalazło się w raporcie komisji zastępcy prokuratora generalnego PRL Mariana Mazura, powołanej w 1956 r. do zbadania odpowiedzialności za łamanie prawa przez funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa publicznego, m.in. Głównego Zarządu Informacji WP. Czytamy w nim: "Obecnie b. aresztowani przez organa informacji skarżą się, że O. stosował względem nich przymus w śledztwie:
- b. aresztowany Chruściel Bolesław (aresztowany w 1949 r. przez Wydział Informacji Garnizonu Poznań) podaje, że O. dwa razy osadził go na 48 godzin w karcu z wodą, kilkakrotnie zarządził mu ćwiczenia w postaci marszów po korytarzach i przysiadów, lżył go wulgarnymi słowami, popychał z całej siły na ścianę (...);
- b. aresztowany Herman Ryszard (aresztowany w 1952 r. przez Wydział Informacji Garnizonu Poznań pod zarzutem wrogiej propagandy) podał, że O. podczas przesłuchań bił go po twarzy i gdzie popadło, zarządzał przesłuchania w pozycji stojącej do omdlenia, zarządzał różne ćwiczenia, jak »żabki«, skakanie nago, gimnastyka, oblewał go zimną wodą, polecał się szorować zimną wodą w korycie, osadzał w karcu, urządzał mu fikcyjną rozprawę sądową, na której fikcyjnie skazał go na karę śmierci. Ostatecznie śledztwo przeciwko Hermanowi umorzono z braku dowodów winy".
Dalej jest mowa o metodach, jakie Olejniczak stosował wobec Skibińskiego:
"- b. aresztowany płk Skibiński Franciszek (b. skazany w grupie spraw Tatara - Kirchmayera) podał, że O. groził mu pozbawieniem życia w wypadku nie przyznania się. Groźby te wyrażał następującymi słowami: »Czy my na was potrzebujemy mieć oficjalny wyrok śmierci, aby was zakopać w ziemi? Czy wy nie możecie powiesić się w celi? Czy nie możecie umrzeć na atak serca? Czy nie możecie zabić się, spadając ze schodów?«. Równocześnie O. mówił mu, że Najwyższy Sąd Wojskowy, który będzie go sądził, jest całkowicie zależny od G.Z.I. i wyda na niego taki wyrok, jak będzie chciał G.Z.I. Przy tym O. powiedział dosłownie: »Jeżeli my zechcemy, to dziś zrobimy rewizję u wszystkich członków Sądu Najwyższego, a jutro oni tu będą siedzieć na stołku i przyznają się do wszystkiego, co my zechcemy«".
Wtedy, w 1957 r., mimo zarzutów, Henryk Olejniczak nie poniósł żadnej odpowiedzialności karnej. Komisja Mazura uznała jedynie, że należy go zwolnić dyscyplinarnie z wojska i obniżyć stopień do porucznika rezerwy.

"Przyznał się do winy"

Sprawa płk. Franciszka Skibińskiego świadczy o tym, że Henryk Olejniczak uczestniczył w jednej z najważniejszych spraw dla konstruktorów stalinowskiego bezprawia - "pracował" z oficerami WP oskarżonymi o rzekomą zdradę "ludowej" Polski, czyli szpiegostwo na rzecz "obcego wywiadu". Wśród nich płk. Skibiński zajmował miejsce szczególne, bowiem Informacja zrobiła z niego szefa "nowego kierownictwa spisku w wojsku".
Kim był ten groźny szpieg imperializmu? Żołnierzem I Korpusu Polskiego gen. Józefa Dowbora Muśnickiego (1917 r.), kampanii wrześniowej (1939 r.) i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. W czasie wojny był zastępcą gen. Stanisława Maczka, dowódcy 1. Dywizji Pancernej. Za zasługi bojowe dwukrotnie odznaczony Virtuti Militari i trzykrotnie Krzyżem Walecznych. Do Polski wrócił w 1947 r. i wstąpił do LWP. Aresztowany w 1950 r. Skibiński i czterej inni oficerowie zostali oskarżeni o to, że "na przestrzeni długiego czasu aktywnie szykowali zamach na ustrój i władzę. (...) Największym wrogom naszej Ojczyzny przekazywali ważne tajemnice".
Franciszek Skibiński "przyznał się do winy" po dziesięciu dniach śledztwa prowadzonego przez Henryka Olejniczaka.
28 kwietnia 1952 r. Najwyższy Sąd Wojskowy skazał Skibińskiego na śmierć. Miał jednak szczęście. 25 stycznia 1954 r. został ułaskawiony przez Radę Państwa (PRL-owski organ państwowy, który przejął kompetencje po nieżyjącym Bierucie). Pozostałym oficerom z jego sprawy też złagodzono wyroki, w 1956 r. wszyscy zostali zrehabilitowani. Płk Franciszek Skibiński zmarł w 1991 r. w stopniu generała.

Ludzie całują
mnie po rękach


Henryk O. służył stalinowskiemu systemowi bezprawia aż do 1956 r. Nie tylko znęcał się nad szpiegami i wrogami "ludu", ale uczył również teorii walki klasowej przyszłych funkcjonariuszy, jako wykładowca szkoły oficerów Informacji.
Nie był tępym narzędziem zbrodni, ale wyrachowanym oprawcą - jako jeden z nielicznych śledczych mógł się pochwalić studiami wyższymi (w 1952 r. ukończył Uniwersytet Poznański). Po 1957 r. pełnił wysokie funkcje w Ministerstwie Komunikacji i Ministerstwie Sprawiedliwości. W 1964 r. rozpoczął pracę w Prokuraturze Generalnej i przez 26 lat (do 1989 r.) kierował komórką ds. ułaskawień. Wtedy właśnie podpisał wniosek o przerwę w odbywaniu kary dla Piotra Filipczyńskiego.
Od 1 stycznia 1998 r. w związku z przejściem w stan spoczynku Olejniczak dostawał wysoką emeryturę prokuratorską (kilka tys. zł). Jako jednemu z nielicznych stalinowców została mu jednak odebrana. Podczas swojego procesu w 2004 r., Henryk Olejniczak, udając niewiniątko, zapewniał dziennikarzy: "Ułaskawiłem tysiące osób. Do dziś ludzie całują mnie po rękach".

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Złote gody kapelana internowanych - Antoni Zambrowski Wysłane środa, 16, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

W tym roku władze kościelne przeniosły uroczyste obchody dnia św. Józefa - Oblubieńca Najświętszej Marii Panny z przypadającego na Wielki Tydzień dnia 19 marca na sobotę 15 marca. Tegoż dnia w kościele pw. św. Józefa przy ul. Deotymy na warszawskim Kole obchodzono święto parafialne pod patronatem ks. arcybiskupa Kazimierza Nycza. Ks. metropolita warszawski przewodniczył koncelebrowanej wieczornej mszy świętej i wygłosił kazanie poświęcone 70-leciu tej parafii oraz 50-leciu kapłaństwa wieloletniego jej proboszcza, ks. prałata Jana Sikorskiego. Po mszy świętej do życzeń przedstawicieli szkół z terenu parafii dołączył swe życzenia Jacek Szymanderski w imieniu duszpasterstwa byłych internowanych. Jacek Szymanderski był w okresie "karnawału solidarnościowego" członkiem Prezydium Zarządu Regionu Mazowsza NSZZ "Solidarność", za co trafił do obozu internowania w więzieniu w Białołęce. Później był członkiem kierownictwa duszpasterstwa internowanych założonego przez śp. Marcina Przybyłowicza i dlatego w imieniu nas wszystkich wygłosił życzenia ks. Janowi.

Pierwsze spotkanie z ks. Janem


Księdza doktora Jana Sikorskiego poznaliśmy w drugiej połowie grudnia roku 1981 roku w baraku więzienia w Białołęce, gdy niespodziewanie trafił do nas wraz z ówczesnym rektorem kościoła pw. św. Marcina przy ul. Piwnej na warszawskiej Starówce (późniejszym biskupem), ks. Bronisławem Dembowskim oraz jezuitą, ks. Andrzejem Zarzyckim. Była to niedziela przed świętami Bożego Narodzenia i wizyta naszych duszpasterzy stanowiła wyłom w obłędnym systemie izolacji zaprowadzonym przez ludzi gen. Czesława Kiszczaka, którzy wywlekli nas w mroźną noc grudniową z 12 na 13 grudnia i zamknęli w więzieniu w Białołęce. W następną niedzielę po internowaniu wysłuchaliśmy w swych celach mszy radiowej i wyglądało, że na tym skończy się nasze życie religijne, a tu taka niespodzianka. Zostały otwarte drzwi więziennych cel, mogliśmy wyjść na korytarz i tam wysłuchaliśmy prawdziwej - rzekłbym - namacalnej, a nie tylko usłyszanej przez radio liturgii mszy. Poza tym przybycie kapłanów było jeszcze innym wyłomem w systemie tajemnic zaprowadzonym przez warszawskie SB oraz służbę więzienną. Z niewiadomych powodów udawali oni wobec naszych rodzin, że nie wiedzą, gdzie się znajdują internowani działacze "Solidarności". Poinformowany o tym ks. Jan poradził nam, byśmy szybko napisali listy do swych rodzin, które on pochował w różnych zakamarkach swej sutanny i przemycił poza mury więzienia. Trafiły one do Komitetu Prymasowskiego opieki nad internowanymi mieszczącego się w klasztorze ss. Franciszkanek przy kościele św. Marcina. Skupieni wokół Komitetu Prymasowskiego ludzie dobrej woli piorunem roznieśli je po domach internowanych i rodziny z naszymi listami w ręku zmusiły strażników więziennych do przyznania się, że jesteśmy więzieni w ich zakładzie karnym. Następnej mszy wysłuchaliśmy w święta Bożego Narodzenia i tak zaczęła się nasza znajomość i współpraca z księdzem Janem.

Prawdziwy warszawiak urodzony w Kaliszu

Ksiądz Jan urodził się 12 listopada 1935 roku w Kaliszu. Jego rodzice Marian i Zofia z Kobertów mieli czworo dzieci - dwie córki i dwóch synów. Przez całą niemiecka okupację rodzina Sikorskich mieszkała w Warszawie. Po Powstaniu została wywieziona do obozu w Niemczech i stamtąd wróciła do Kalisza (obozowe doświadczenie małego Janka przydały się później nam w więzieniu w Białołęce). Swą pierwszą komunię przyjął w Kaliszu w kościele oo. Franciszkanów. Ukończył znane w Kaliszu liceum ogólnokształcące im. Adama Asnyka. Święcenia kapłańskie otrzymał 3 sierpnia 1958 roku. Było to rok po ukończeniu seminarium - był zbyt młody, by zostać księdzem w tym samym czasie, co jego koledzy z seminarium. Dwa lata wcześniej nie był jednak zbyt młody, by w lecie rewolucyjnego roku 1956 wraz ze swym kolegą (dziś znanym księdzem Jerzym Chowańczakiem) po kleryckim obozie na Murzasichlu na Podhalu wybrać się pieszo w Bieszczady. Tam konspiracyjnie nawiedzili internowanego w Komańczy księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Po dwóch latach sprawujący już swój urząd ks. Prymas wyświęcił go na księdza. Swą mszę prymicyjną odprawił ks. Jan w Warszawie w zabytkowym kościele ss. Sakramentek na Nowym Mieście, a następną w równie bliskim mu Kaliszu. Później przez prawie siedem lat pracował w Skierniewicach na Mazowszu jako wikary w kościele św. Jakuba oraz nauczyciel w miejscowych szkołach podstawowych oraz liceach. W 1974 roku został przeniesiony na warszawski Mokotów do kościoła pw. św. Michała przy ul. Puławskiej. 24 sierpnia 1979 roku ks. Prymas S. kardynał Wyszyński mianował go ojcem duchownym w warszawskim seminarium metropolitalnym.

Kapelan internowanych

Później był solidarnościowy karnawał, zamach na polskiego papieża w Rzymie i uroczysty pogrzeb Prymasa Tysiąclecia. W grudniu 1981 roku ks. Jan zawitał do nas na Białołękę jako zwiastun nadziei. Po upływie miesiąca - 24 stycznia 1982 roku gościliśmy na Białołęce ks. Prymasa Józefa Glempa, który nawiedził wszystkie cele, porozmawiał ze wszystkimi internowanymi, w jednej z cel spożył więzienny obiad. Uczciliśmy tę wizytę specjalnym znaczkiem poczty więziennej, wykonanym przez naszych domorosłych grafików. Wizycie ks. Prymasa zawdzięczaliśmy też rozgęszczenie cel - po zapowiedzi tej wizyty władze przydzieliły nam jeszcze jeden barak i dzięki temu liczba więźniów w celi spadła z dwunastu do ośmiu.
Krzysztof Śliwiński, który z sąsiedniej celi prowadził przez kratę w oknie naszą modlitwę na Anioł Pański, został wtedy przeniesiony do drugiego baraku. Na odchodne prosił mnie, bym go zastąpił w tej roli. Po jakimś czasie naczelnik obozu wezwał mnie i poprosił, byśmy zaprzestali modlitwy przez okno, gdyż zbiega się ona z zakończeniem dnia pracy administracji więziennej. Opuszczający swe stanowiska służbowe urzędnicy byli narażeni na wysłuchiwanie naszej modlitwy. By nie narażać ich ateistycznych sumień na religianckie pokusy, przenieśliśmy godzinę modlitwy na później. Na próżno. Towarzysz naczelnik nie pogodził się z nią i za karę przeniósł mnie do drugiego baraku - w sam raz do celi z Jackiem Szymanderskim. Nic nie wskórał, gdyż koledzy z celi dalej prowadzili modlitwę.
W lutym ks. Jan wpadł na pomysł zorganizowania sakramentu bierzmowania dla 12-osobowej grupy internowanych. Bierzmował nas ks. arcybiskup Bronisław Dąbrowski. Wystąpiliśmy podczas tej uroczystości w więziennych koszulach. Po jakimś czasie Krzysztof Śliwiński został zabrany do innego ośrodka internowania - bardziej reprezentacyjnego niż obskurne więzienie. Obowiązek zastąpienia go spadł ponownie na mnie. Dzięki temu miałem sposobność lepszego poznania naszego duszpasterza ks. Jana. Zostawiał pod moją opieką przechowywane w świetlicy, pełniącej w razie potrzeby funkcje kaplicy, naczynia liturgiczne oraz dewocjonalia. Coraz bardziej doceniałem jego walory kaznodziei i teologa. Wygłaszał kazania jasne, przejrzyste i zarazem treściwe, w dodatku wszystko z głowy, bez podpierania się tekstem.
W lecie 1982 roku otrzymałem przepustkę do domu, a po powrocie do więzienia po kilku dniach zostałem zwolniony ostatecznie. Moje kontakty z ks. Janem na szczęście nie urwały się. W kościele pw. św. Józefa na Krakowskim Przedmieściu koło Pałacu Namiestnikowskiego, gdzie ks. dr Sikorski wciąż pełnił funkcje profesora oraz ojca duchownego, zaczął on odprawiać co miesiąc w niedziele po 13-tym msze święte za Ojczyznę, na którym gromadzili się dawni internowani. Na te msze przychodzili również znani aktorzy, bojkotujący reżymową telewizję i w ogóle kwiat warszawskiej inteligencji. Podczas pielgrzymki ojca świętego Jana Pawła II do Ojczyzny w czerwcu 1983 roku ks. Jan przewodził naszej delegacji internowanych na spotkaniu z papieżem. Ustawiono nas w pierwszym szeregu i dostąpiliśmy zaszczytu ucałowania pierścienia papieskiego. Na usilną prośbę ks. Jana przyszedłem do kościoła oo. kapucynów na Miodowej, gdzie odbyło się spotkanie, w więziennej koszuli, w której byłem bierzmowany. Wcześniej, bo w maju 1983 roku, ks. Jan szedł wraz ks. rektorem Bronisławem Dembowskim na czele konduktu pogrzebowego zakatowanego przez ZOMO-wców na komisariacie MO przy ul. Jezuickiej na Starym Mieście maturzysty Grzesia Przemyka, syna współpracownicy Komitetu Prymasowskiego poetki Barbary Sadowskiej.
W następnym roku duszpasterstwo internowanych ogłosiło konkurs na obraz Matki Bożej Białołęckiej, który wygrała zawodowa malarka Anna Danuta Staszewska. Później dzięki staraniom ks. Jana pani Danuta odważyła się zorganizować w kościele wystawę swych obrazów, w tym sławną Pietę Katyńską oraz nowy cykl obrazów o stanie wojennym. Na jednym z nich można rozpoznać sylwetkę ks. Jana odprawiającego mszę świętą na korytarzu baraku w Białołęce. Później na propozycję ks. Jana zorganizowaliśmy peregrynację obrazu Matki Bożej Białołęckiej po mieszkaniach dawnych internowanych i ich sympatyków. Program peregrynacji opracowała na prośbę ks. Jana znana działaczka KPN i podziemnej "S" Magda Góralska. Było to po zorganizowanej przez ks. Jana pielgrzymce autokarowej do Nowej Huty - do tzw. Arki, gdzie proboszczem był znany kapelan "Solidarności", ks. Kazimierz Jancarz. W drodze powrotnej ks. Jan uczył nas śpiewania Godzinek o niepokalanym poczęciu Najświętszej Marii Panny. Ta nauka przydała się w maju 1985 roku, gdy naszą delegację Bractwa Otrzeźwienia z Marcinem Przybyłowiczem na czele SB zatrzymała w komendzie MO w Piekarach Śląskich po tradycyjnej, wielotysięcznej pielgrzymce mężczyzn i młodzianków. Doprowadzaliśmy do furii miejscowych SB-ków, śpiewając Godzinki w oczekiwaniu na przesłuchanie na korytarzu komendy.

Kontynuator prac ks. Jerzego

Po męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki ks. Jan został wyznaczony jako odpowiedzialny za dalsze prowadzenie w kościele pw. św. Stanisława Kostki comiesięcznej mszy za Ojczyznę. Poznały go tysięczne tłumy wiernych nawiedzających kościół na Żoliborzu. Wielu zaczęło nawiedzać również kościół seminaryjny św. Józefa. Ponieważ patriotyczne msze w kościele seminaryjnym na Krakowskim Przedmieściu od dłuższego czasu psuły krew warszawskiej SB, władze wymusiły przeniesienie niepokornego kapłana z tego newralgicznego miejsca. Od 12 stycznia 1986 roku ksiądz prałat Sikorski został proboszczem w kościele (nomen omen!) pw. Józefa przy ul. Deotymy na warszawskim Kole. Tam też przeniosły się nasze co miesięczne msze za Ojczyznę. W wypełnionej po brzegi pojemnej świątyni wśród modlących się wiernych trafiali się najróżniejsi ludzie. Pewnego razu podczas uroczystej mszy zasłabł ze wzruszenia pewien starszy pan, jak się okazało, dawny ubek pilnujący ks. Prymasa S. Wyszyńskiego w czasie jego internowania. Tam był, wykonując rozkazy, do nas dołączył, aby zbawić swą duszę.
Na stanowisku proboszcza tej ważnej parafii ks. Jan dotrwał do upadku w Polsce komunizmu. O licznych jego inicjatywach ubogacających życie parafialne wiele by mogli opowiedzieć wierni. W nowej rzeczywistości spadły na niego nowe - dodatkowe obowiązki. W roku 1990 został Naczelnym Kapelanem Więziennictwa RP (dodajmy jako ciekawostkę, że jego wieloletni przyjaciel i współuczestnik nawiedzenia ks. Prymasa Wyszyńskiego w Komańczy, ks. Jerzy Chowańczak - proboszcz kościoła św. Krzyża - został w tym czasie kapelanem policji). Uchowało się zdjęcie, jak ks. Jan oprowadza Matkę Teresę z Kalkuty po Zakładzie Karnym na Służewcu. W odróżnieniu od PRL w III RP więźniowie uzyskali rzeczywiste prawo obcowania z Chrystusem i Jego kapłanami.
Po przejściu na emeryturę ks. Jan otrzymał nowe obowiązki - od 1 września 2007 roku został ojcem duchownym katolickiego seminarium w Kijowie. W niedzielę odprawiał msze święte dla miejscowych Polaków w katedrze katolickiej. Szczególną opieką otoczył miejscowy chór kościelny, śpiewający polskie pieśni religijne. Ponadto wykładał teologię pastoralną klerykom trzech seminariów: diecezjalnego pw. Najświętszego Serca Jezusa, misyjnego i zakonnego. Po powrocie do kraju w końcu maja 2007 roku nie miał wiele czasu na odpoczynek. Już 8 grudnia 2007 roku w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny ks. abp Kazimierz Nycz - nowy metropolita warszawski - mianował go wikariuszem biskupim do spraw formacji kapłańskiej, błogosławiąc go "na zbożny trud pogłębiania życia duchowego i intelektualnego kapłanów w Kościele warszawskim". Chciałoby się dodać, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu. W roku 2007 prezydent Lech Kaczyński udekorował ks. Jana Krzyżem Oficerskim orderu Polonia Restituta. Urodzony w Kaliszu otrzymał jakże zasłużony tytuł Warszawiaka Roku.
Również witryna ASME - Antysocjalistycznego Mazowsza składa na swych łamach księdzu prałatowi najserdeczniejsze życzenia wszelakich łask Bożych i długich lat życia dla dobra Kościoła i Ojczyzny.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Zemsta jako kryterium sprawiedliwości - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 16, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

W przemówieniu prezydenta Izraela Szimona Peresa (przed wojną: Szymon Perski) podczas uroczystych obchodów rocznicy powstania w warszawskim getcie słowo "zemsta" padło kilkanaście razy. Wprawdzie Peres używał tego określenia w takim kontekście, by przedstawić Izrael jako państwo, dla którego zemsta polega na ewangelicznym nadstawianiu drugiego policzka, ale w ustach byłego terrorysty z Hagany i promotora izraelskich zbrojeń nuklearnych - zemsta nigdy nie jest wyłącznie poetycką parafrazą. Trudno zresztą wierzyć człowiekowi, który na serio twierdzi, że "kibuc jest najsprawiedliwszą na świecie formą społeczności" (z tekstu przemówienia – przyp. KM) oraz, że "kibuc był cudem nowego społeczeństwa żydowskiego", społeczeństwa "demokratycznego socjalizmu o wysokiej jakości życia" (z wywiadu dla "Wprost"). Oczywiście nikt nie śmiał przy tej okazji przypomnieć, że gdyby nie pieniądze amerykańskich sponsorów, to ten cud demokratycznego socjalizmu nigdy nie spotkałby się z wysoką jakością życia, ale to są oczywiście pewne fakty, które mają niewiele wspólnego z tradycją żydowskiej haggady.

Z okazji wspomnianych uroczystości "Dziennik" przeprowadził również krótki wywiad z Josephem Malovanym, podobno najsłynniejszym (?) żydowskim kantorem na świecie. Ów kantor zapytany, kogo potępiał w wyśpiewywanej modlitwie, odpowiedział, że - Niemców, ale i wspomniał też co nieco o ich "pomocnikach", dodając zaraz, że "było wielu Polaków, którzy aktywnie lub pasywnie brali w tej tragedii udział". Korelowało to dość dobrze z fragmentem wystąpienia prezydenta Peresa, który zwracając się do polskiego prezydenta, raczył zauważyć, że wie, iż "Polska weszła na nową drogę i jest nowa Polska", a wiadomo, że tą starą, złą Polską nie był PRL, tylko Polska rządzona "trumną Dmowskiego". Bo naród izraelski też jest nowy, ale wcale nie w nowym Izraelu, tylko w "starożytnym Izraelu", bo jako "synowie światła" Izraelczycy nie muszą wchodzić na nową drogę, ba... to oni sami są nową drogą, na którą wejść muszą pozostali.
Ale kantor "Malovany" próbujący uzasadnić, dlaczego po prezydencie Kwaśniewskim, również prezydent Kaczyński powinien przeprosić Żydów, stwierdził, że "w judaizmie każdy Żyd jest odpowiedzialny za innego Żyda" - co oznacza, że "każda osoba powinna być odpowiedzialna za inną osobę". No cóż, trudno wymagać od organisty precyzji myślenia, nawet gdyby to był organista starozakonny, ale co właściwie miałoby oznaczać, że każdy powinien być odpowiedzialny za inną osobę? Chyba nie to, że każdy powinien być odpowiedzialny za wszystkich - w odróżnieniu od stwierdzenia, że "w judaizmie każdy Żyd jest odpowiedzialny za innego Żyda". To może kantor "Malovany" dałby dobry przykład i najpierw sam przeprosił za Fejgina, Humera, Wolińską czy i inne staliniątka, którzy gdyby nie określone sploty okoliczności - też mogli wyjechać do Palestyny, wstąpić do Hagany i być dzisiaj na miejscu Peresa? Odpowiedź jest oczywiście znana, gdyż według żydowskiej logiki - Żyd, który zrywa z "żydowstwem" przestaje być żydem - i tym samym pozostali Żydzi nie muszą czuć się za niego odpowiedzialni. Co natomiast znaczy owo zerwanie z żydostwem? Raz jest to zerwanie z judaizmem, innym razem wystarczy nie przyznawanie się do swojego pochodzenia, natomiast co innego goj, który nawet gdy jest komunistycznym ateuszem i tak zawsze reprezentuje "tradycję katoendecką".

Mamy więc kolejny przykład symetrii w dialogu polsko-żydowskim, którego zwieńczeniem będzie zapewne zemsta w postaci wypłat dokonywanym pod pretekstem reprywatyzacji.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Kolejna partyjna ankieta na witrynie Onet - zabawa z "mającym związki z WSI" koncernem ITI Wysłane środa, 16, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

Po raz kolejny witryna Onet.pl wciąga do politycznej zabawy internautów polskiej części Sieci. Po prawej stronie prawie każdej nowej wiadomości serwisu informacyjnego tej witryny można znaleźć formularz głosowania na partie w "polskim regionie UE", jak konserwatywni liberałowie określają schyłkowy okres suwerennej Rzeczypospolitej. Zwracam jedynie uwagę, że skrypt naliczający głosy ma najwyraźniej jakieś funkcję "czyszczenia" wielokrotnie oddanych głosów z jednej domeny, gdyż wyniki ankiety zmieniają się w czasie w sposób niezbyt przewidywalny, co uwidoczniłem w poniższej sekwencji zrzutów ekranowych, zawierających obrazy w kolejności upływu czasu - wyniki były dość niespodziewane:







W chwili, gdy piszę te słowa, liczba oddanych głosów podawana przez skrypt ankiety sięgnęła - [Ogółem oddano głosów: 48986] - co porównując do pierwszego zrzutu ekranowego z godz. 11.18 wskazywałoby, że w ciągu ponad 1 godziny serwis informacyjny witryny Onet.pl odwiedziło zaledwie kilkudziesięciu internautów, którzy zdecydowali się wziąć udział w partyjnej zabawie.. Przyznacie Państwo - znając pobieżnie statystyki odwiedzalności tej witryny, która od kilku lat plasuje się w ścisłej czołówce popularności polskojęzycznych sajtów sieciowych - jest to sytuacja humorystyczna.
Wczorajsze - nieliczne - serwisy sieciowe podały informację, że koncern ITI, który jest od wielu lat właścicielem witryny Onet.pl, przegrał pierwszą z rozpraw wytoczonych likwidatorowi Wojskowych Służb Informacyjnych Antoniemu Macierewiczowi z oskarżeniem o podawanie nieprawdziwych informacji o związkach ITI i Wejcherta z wojskowymi służbami specjalnymi. Tak więc, jeśli ktoś chce bawić się z mającymi "związki" z WSI administratorami ankiet witryny Onet.pl - życzę wyśmienitej zabawy, ale proszę jeszcze raz spojrzeć na powyższe grafiki...

Krzysztof Pawlak
redaktor naczelny ASME


Za co my płacimy??? - Łukasz Perzyna o nasilonej akcji propagandowej mediów publicznych w obronie abonamentu Wysłane wtorek, 15, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Za co my płacimy??? - Łukasz Perzyna o nasilonej akcji propagandowej mediów publicznych w obronie abonamentu Wysłane wtorek, 15, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Media publiczne prowadzą bezprzykładną kampanię we własnej sprawie. Dużo się dzieje czy mało - w głównych wiadomościach telewizyjnych mamy od jednego do dwóch niusów, trochę fabrykowanych, bo to przecież żadne wydarzenia, dotyczących różnych akcji w obronie abonamentu, w obronie statusu mediów publicznych. Podkreśla się, jaką to wielką one rolę kulturotwórczą pełnią, że są sponsorami kinematografii, wskazuje się, że jeśli abonament zostanie odebrany albo zostaną zmienione reguły jego akwizycji, to nie tylko Telewizję Polską czy Radio, ale całą kulturę polską czeka bezprzykładna katastrofa. Towarzyszą temu różnego rodzaju badania, których wyniki wcale nie są tajne, i można z nich całkiem inny wysnuć wniosek. Polskie Radio od rana, od świtu w »Sygnałach Dnia« zajmuje się sobą samym, potrzebą utrzymania abonamentu, przywołuje głosy różnych autorytetów występujących w dobrej wierze, tyle że - pojawiają się badania słuchalności, z których wynika, że... liderem w eterze jest stacja prywatna RMF, za nią jest Radio Zet, druga stacja prywatna, obie rozgłośnie dostały koncesję w 1994 roku i wykorzystały swój czas, nie marnując go. A Polskie Radio? Może pochwalić się słuchalnością 12-procentową, czyli słucha go co ósmy Polak" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje zmiany na rynku merdialnym.

Polacy wolą od przegadanego, sprzyjającego kolejnym rządom radia państwowego - stacje prywatne. Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby jakaś partia polityczna o podobnym poziomie poparcia co Polskie Radio - 12% - domagałaby się specjalnego traktowania, nadzwyczajnych przywilejów i dofinansowania ponad przysługujący procentowy wynik? Obrońcy tej sytuacji bronią status quo - czyli w ogóle istnienia państwowych merdiów. Tymczasem włodarze państwowych rozgłośni i stacji telewizyjnej strzelili sobie w stopę, bramkę samobójczą. Oto TVP i PR ogłosiły, że fundują nagrodę mediów publicznych w dziedzinie literatury i muzycznej w wysokości 200 tysięcy złotych każda. Czy możemy sobie przypomnieć jakieś wybitne dzieła z lat minionej dekady, do partycypacji w których przyznałyby się media opłacane abonamentem? - zastanawia się Łukasz Perzyna. Jeśli się każe emerytom, ludziom niezamożnym płacić comiesięczny abonament, tak naprawdę - podatek, specyficzny, słabo oczywiście ściągalny - m.in. na fundowanie corocznie dwóch luksusowych samochodów, to chyba nie jest to dobre "markietingiarsko" posunięcie. Tym pomysłem Andrzej Urbański i Krzysztof Czabański raczej nie przysłużyli sobie w dziele utrzymania się na stanowiskach. O ile wyborcy mają jakiś tam wpływ na politykę zagraniczną, może - podatkową, to wpływu na TVP i PR nie mają żadnego. Świadczy o tym choćby sytuacja w czasie katastrofy zawalenia się hali wystawienniczej w Katowicach, gdy TVP nie przerwała swojego rozrywkowego programu związanego z Eurowizją. Sprawy aferalne związane z TVP za ostatniego kierownictwa (mając jeszcze w pamięci niesławne wydarzenia z czasów "Kwiatkowizji" i "afery Rywina") - jak choćby dwa przypadki żurnalistek: Patrycji Koteckiej, która pisała donosy do służb specjalnych na swoją instytucję, jednocześnie pełniąc funkcję kontrolne w stosunku do swoich podwładnych, i obrzydliwa sprawa Doroty Kani, dziennikarki śledczej, współpracującej z programem "Misja Specjalna" - która pożyczała pieniądze od teściowej Marka Dochnala, oskarżonego o przekupstwa "lobbysty", a jak się ostatnio dowiedzieliśmy - także od jego obrońcy, nie wnoszą atmosfery zaufania w stosunku do władz "merdiów państwowych".
Na stadionach piłkarskich, kiedy widzowie oglądali sprzedane mecze, wznoszone były okrzyki "Za co my płacimy!!??" - przypomina Łukasz Perzyna.

Nagranie trwa ponad 16 minut, jest dostępne w Sieci do 30 IV 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania.




Bestie, cz. 5 - Tadeusz M. Płużański Wysłane wtorek, 15, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

Za co trafiało się do więzienia w latach 40. i 50.? Na ogół za prowadzenie działalności niepodległościowej. Czasem powody były bardziej prozaiczne - rysowanie karykatur, śpiewanie "wywrotowych" piosenek, pisanie listów do radia, opowiadanie dowcipów o władzy. Wszystko mogło zostać uznane za "antysocjalistyczne". Tak było w Szczecinie pod rządami zorganizowanego w kwietniu 1945 r. aparatu bezpieczeństwa.

Aleksandra G. w czasie wojny mieszkała w Gębicach w Bydgoskiem. Wśród sześciorga dzieci była najstarszą córką. Po zamordowaniu ojca przez hitlerowców, rodzina została bez środków do życia. W poszukiwaniu pracy przeniosła się na tzw. Ziemie Zachodnie, do Gryfic. Aleksandra G. ukończyła tam szkołę i zatrudniła się w Powiatowej Komendzie Milicji Obywatelskiej, jako maszynistka.
W sierpniu 1951 r. zgłosiła się na wezwanie do Działu Kadr Komendy Wojewódzkiej MO w Szczecinie. Myślała, że otrzyma awans za sumienną pracę.
Dziś opowiada:
- Pokazano mi mój służbowy kalendarz, w którym robiłam karykatury przywódców państw socjalistycznych, m.in. Stalina i Bieruta. Nie przypuszczałam, że ktoś zbiera te moje rysunki.
Aleksandra G. trafiła do aresztu przy ul. Małopolskiej. Zamknęli ją w pojedynczej celi.
- Podczas pierwszego przesłuchania pytano mnie o te karykatury i o to, czy w czasie pracy opowiadałam dowcipy o treści politycznej. Postawiono mi również zarzut, że przekazywałam tajemnice służbowe dotyczące działań komendy Powiatowej MO w Gryficach miejscowemu księdzu, co było nieprawdą.
Aleksandra G. ze strachu podpisała kilka protokołów, z których treścią nie została zapoznana. 31 maja 1952 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Szczecinie (mieścił się w willi przy al. Wojska Polskiego 76, dziś w budynku jest Liceum Katolickie), skazał ją na karę dwóch lat więzienia. Przez ponad rok po wyjściu na wolność, jako "polityczna" nie mogła znaleźć pracy. Potem przez wiele lat była pod stałą obserwacją UB.
- Dlaczego trafiłam do więzienia? - zastanawia się Aleksandra G. - Podczas pracy na komendzie dwaj funkcjonariusze MO składali mi propozycje nawiązania bliższych kontaktów. W końcu poszłam z tym do komendanta. Moje aresztowanie to była zemsta milicjantów.

ŚLEDCZY SIENKIEWICZ

Eugenia P. do Szczecina przyjechała w 1947 r. Jej ojciec, żołnierz kampanii wrześniowej, zmarł w obozie w Policach. Podobnie, jak Aleksandra G. z Gryfic, musiała podjąć pracę zarobkową. Najpierw zatrudniła się w szwalni, potem w Urzędzie Pocztowym przy ul. Niepodległości, jako telegrafistka.
- Pod koniec 1951 r. wysłałam list do Polskiego Radia w Warszawie, programu "Fala 47". Zachęcił mnie prowadzący audycję redaktor, który prosił o nadsyłanie pytań nurtujących słuchaczy.
W liście Eugenia P. zadała dwa pytania:
- Dlaczego Rosja rządzi Polską?
- Dlaczego NRD nazywa się naszymi braćmi, skoro Niemcy napadli na Polskę w 1939 r.?
Odpowiedzi nie uzyskała.
- 16 marca 1952 r., po rannej zmianie około godziny 14.00 wychodziłam z pracy. Na ulicy zatrzymali mnie dwaj mężczyźni i oświadczyli, że pojedziemy do mojego domu. W mieszkaniu zrobili rewizję, ale niczego nie znaleźli. Potem zabrali mnie do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa i umieścili w celi razem z dwoma innymi kobietami. Funkcjonariusze UB pytali mnie, do jakiej organizacji należę, a gdy nie przyznałam się, pokazali mi list, jaki wysłałam do "Fali 47". Jeden ze śledczych przedstawiał się jako Henryk Sienkiewicz.
Eugenia P. została skazana na cztery lata i sześć miesięcy więzienia. Na wolność wyszła 9 grudnia 1952 r. dzięki amnestii. Pracę znalazła dopiero po dwóch latach. Jeszcze w 1956 r. ubecy proponowali jej współpracę. Jako telefonistka miała podsłuchiwać wszystkie rozmowy, które przechodziły przez centralę i zdawać z nich sprawozdania. Mimo gróźb odmówiła.

NIE BĘDĘ SIĘ NAZYWAŁ KOTON, JEŻELI...

Eljasz Koton - szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Szczecinie w latach 1950-55 - nie tylko nakazywał swoim podwładnym torturowanie zatrzymanych "wrogów ludu", ale sam, w wyjątkowo wyrafinowany sposób, znęcał się nad nimi.
Urodził się w 1915 r. w Wilnie. W latach 1945 - 1947 był zastępcą kierownika WUBP w Białymstoku. Z tego okresu zachowała się notatka: "Kapitan [Eljasz] Koton z wojew[ódzkiego] UBP oświadczył, że tylko czeka na ukończenie terminu ujawniania AK. W dalszym ciągu przed komisją likwidacyjną [AK] oświadczył, że posiada dokładne spisy placówek AK i nie będzie się nazywać Koton, jeżeli na tej podstawie nie osadzi reszty bandytów w więzieniu". W czerwcu 1945 r. Koton nakazał aresztować Danutę Siedzikównę ps. Inka, sanitariuszkę antykomunistycznego oddziału mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki". Wtedy "Inka" została odbita przez patrol żołnierzy V Wileńskiej Brygady (zginęła, zamordowana w piwnicy gdańskiego aresztu 28 sierpnia 1946 r.)
Następnie Koton był zastępcą szefa WUBP w Szczecinie (1947-48) i we Wrocławiu (1948 - 1950). 24 kwietnia 1953 r., już jako szef szczecińskiej bezpieki i podpułkownik, przesłał do centrali Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie, przygotowane na podstawie opracowań naczelników wydziałów szczecińskiego WUBP, "Sprawozdanie z okresu choroby, a następnie śmierci tow. Stalina": "Aparat bezpieczeństwa na terenie województwa podczas tych dni zastosował represje wobec 43 osób, w tym 34 osoby zatrzymano profilaktycznie, po 48 godzinach zostały zwolnione, zaś na 9 osób sprawy skierowano do sądu. Z tego przypada 35 osób na PUBP, a 8 osób na aparat wojewódzki".
W 1956 r. Eljasz Koton przeniósł się do Gdańska na stanowisko kierownika Wojewódzkiego Urzędu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego, po czym zwolniono go ze "służby". Został starszym radcą Centralnego Archiwum MSW.

UBECKI ŻYCIORYS

A oto inny życiorys szczecińskiego ubeka, tym razem niższego szczebla:
Bolesław Kłoszewski, ur. 24 maja 1922 r. w Łodzi. Rodzice: chłopi spod Łodzi; ojciec Franciszek należał do PPR i KPP, zginął w Mautchausen.
Bolesław skończył sześć klas szkoły podstawowej i dwie klasy dokształcające zawodowo. Do 1939 r. był ślusarzem w łódzkiej Fabryce Wózków Dziecięcych, w czasie niemieckiej okupacji pracował w cegielni w Niemczech. Od 1935 r. należał do Polskiej Partii Komunistycznej "Czerwony Pionier" i Komunistycznego Związku Młodzieży.
W życiorysie do UB napisał: "Mając lat dziewięć jako czerwony harcerz demonstruję swoją nienawiść do burżuazji przez czynny udział w masówkach, wiecach i pochodach. Praca konspiracyjna tak zaabsorbowała moją dziecięcą duszę, że nie mogłem skończyć ostatniego oddziału szkoły powszechnej (...) Moje postanowienia są od zawsze oparte na idejach Marksizmu i Leninizmu".
Od czerwca 1945 r. Kłoszewski pracował w Wydziale Śledczym MBP, ale mjr Różański napisał w charakterystyce: "W pracy wykazuje słabe zrozumienie dla zagadnień śledztwa i słabą orientację. Nadaje się do wykorzystania w pracy w wojewódzkich UB".
I tak Kłoszewskiego przeniesiono do szczecińskiego WUBP. W 1950 r. dochrapał się stopnia porucznika. Charakterystyka: "Uczciwy, prawdomówny, kobieciarz, lubi życie towarzyskie, skłonność do alkoholu. Po 1945 roku notatki odnośnie domniemanej choroby psychicznej, wyczerpanie na tle nerwowym, pobyt w sanatorium dla umysłowo chorych w Kościanie".
Kłoszewski dostał kilka nagan:
"7 kwietnia 1947 opuścił służbę dyżurnego w wydziale i samowolnie wyjechał do Wejherowa - ośmiodniowy areszt domowy i potrącenie 25 proc. z poborów miesięcznych.
20 czerwca 1947 roku w restauracji »Sim« będąc dobrze pijanym około 4.30 rano wszczął awanturę z byłym pracownikiem por. Szymańskim. Szantażował go grożąc bezpodstawnym aresztowaniem oraz zabrał mu wszystkie dokumenty osobiste. Za to 14 dni aresztu domowego i 25 proc. mniej poborów.
16 stycznia 1951 roku przesłuchując podejrzanego zasnął dając możliwość spania również i podejrzanemu. Nagana z wpisem do akt".
W 1954 r. po zwolnieniu z bezpieki (rozpoznanie: psychonerwica) Bolesław Kłoszewski pracował na pół etatu w Zakładach Gastronomicznych w Szczecinie. Posiadając drugą grupę inwalidzką pobierał resortową rentę.

TAJEMNICA W MIĘSIE

25 maja 1953 r. Edmund Zdrojewski, jako przewodniczący składu Wojskowego Sądu Rejonowego w Szczecinie, skazał Henryka Jastrzębskiego na 12 lat więzienia. Przesłuchiwany w wolnej Polsce przez prokuratora IPN Zdrojewski powiedział, że "częściowo przyznaje się do winy", gdyż nie potrafił samodzielnie ocenić winy oskarżonego, a wyrok wydał pod presją przełożonych. Nic dziwnego - Zdrojewski nie miał przygotowania prawniczego, przeszedł jedynie dziewięciomiesięczne przeszkolenie (z zawodu był kolejarzem). Tym bardziej był dyspozycyjny.
We wrześniu 2003 r. IPN skierował akt oskarżenia przeciwko Zdrojewskiemu do Wojskowego Sądu Garnizonowego w Szczecinie (tu oskarżony popełnił przestępstwo). Sprawę przeniesiono jednak do sądu tej samej instancji w Poznaniu (tu oskarżony mieszkał).
Byłemu stalinowskiemu sędziemu zarzucono, że skazując Jastrzębskiego, przekroczył swoje uprawnienia. Orzekał "wbrew zebranym w sprawie dowodom i dopuścił się całkowitej i oczywistej dowolności w ocenie prawnej postępowania oskarżonego", a wyrok miał charakter represji politycznej za przynależność podsądnego do Armii Krajowej.
Kim był Henryk Jastrzębski? W 1943 r. pełnił funkcję delegata rządu RP na uchodźstwie na okręg białostocki. W 1945 r. w Warszawie aresztowała go bezpieka, ale w drodze na Białostocczyznę uciekł z konwoju. Przez następne dwa lata ukrywał się pod zmienionym nazwiskiem. Podczas amnestii ujawnił się i zamieszkał w Szczecinie. Na wolności pozostawał jeszcze trzy lata, kiedy przyszli po niego smutni panowie. Zarzut: naruszenie tajemnicy państwowej. Znalezione u Jastrzębskiego dokumenty miały zawierać "informacje istotne ze względu na obronę Państwa", w istocie były to papiery z okresu, kiedy był... inspektorem Rolniczej Centrali Mięsnej we Wrocławiu. Wyrok czterech lat więzienia został jednak uchylony, a sprawa trafiła do ponownego rozpoznania. Przy drugim procesowym podejściu bezpieka lepiej się przygotowała - skazała Jastrzębskiego na 12 lat za szpiegostwo.
Sąd Najwyższy zmienił jednak kwalifikację "prawną" czynu inspektora (znów naruszenie tajemnicy państwowej) i zmniejszył mu karę do siedmiu lat. Po wyjściu na wolność ubecy wzywali go na wielogodzinne "rozmowy". Henryk Jastrzębski zmarł w 1969 r.
Edmund Zdrojewski ze Szczecina przeniósł się do Poznania. Dyspozycyjny sędzia został tzw. zwyczajnym obywatelem. Przez kilkadziesiąt lat miał spokój.

STRESUJĄCE ROZPRAWY

Kiedy kilka lat temu miał się rozpocząć proces przeciwko Zdrojewskiemu przed Garnizonowym Sądem Wojskowym w Poznaniu, na dzień przed rozprawą termin niespodziewanie spadł z wokandy. Miesiąc później sprawa co prawda odbyła się, ale trwała zaledwie 20 minut. Powód? Były sędzia był chory, miał "zakłóconą zdolność percepcji".
- Nie wiem, jak będzie reagował w trakcie rozprawy - argumentował obrońca.
Prokurator Dariusz Wituszko ze szczecińskiego IPN stwierdził, że zaświadczenia lekarskie dotyczą nie stanu psychofizycznego oskarżonego, ale... przebytej przez niego choroby oczu, a Edmund Z. przedstawiał je już w trakcie śledztwa: - Uznaliśmy wówczas, że w żaden sposób nie utrudnia to prowadzenia postępowania. Edmund Z. wiedział w jakiej sprawie jest przesłuchiwany, składał spójne wyjaśnienia, w sądzie też wszystko dobrze.
Sąd był jednak odporny na argumenty oskarżenia. Na wniosek obrony skierował byłego sędziego na badania psychiatryczne.
Kolejna rozprawa też trwała niespełna pół godziny. Sędziowie postanowili... zawiesić postępowanie na czas nieokreślony. Zgodnie z przewidywaniami obrony, podstawą okazały się badania lekarskie. Wykazały one, że Zdrojewski jest "otępiały", ma kłopoty z koncentracją, ciśnieniem i "niepełnym samokrytycyzmem" i nie jest w stanie kontrolować swoich emocji. Z tego powodu rozprawy mogły być dla niego zbyt stresujące. Podobnie - co charakterystyczne - traktują byłych stalinowców inne wojskowe sądy w kraju.

"JABŁONIE I GRUSZKI"

Franciszek M. miał gospodarstwo rolne w miejscowości Buk pod Szczecinem. Po wojnie nie należał do żadnej organizacji konspiracyjnej.
- Ruskich nie lubiłem - przyznaje. - W wolnych chwilach układałem różne piosenki antysowieckie. Potem śpiewałem je podczas spotkań z sąsiadami.
Franciszek M. przypomina sobie fragmenty:
"Rozkwitały jabłonie i gruszki - wygnali Niemca, a wprowadził się Ruski", "Z tyłu łata, z przodu łata, precz Sowieci, to nie wasza chata".
24 września 1948 r. M. jak zwykle wyszedł w pole.
- Nagle przyjechał sołtys z trzema facetami ubranymi po cywilnemu, ale uzbrojonymi w karabiny. Bez słowa zabrali mnie na UB. Podczas przesłuchań chcieli, abym przyznał się do winy, ale nie mówili, do jakiej. Jeden z oficerów zabierał mnie do piwnicy, gdzie stała szubienica. Wskazując na nią krzyczał: "mów prawdę, bo będzie cię to czekało".
Franciszek M. pamięta również inne metody "rozmiękczania". Najgorszą było bicie taboretem po całym ciele.
- Pewnego dnia do pokoju przesłuchań przyprowadzono moich sąsiadów z Buka. Z wyjątkiem jednego wszyscy zeznali, że w ich obecności śpiewałem antysowieckie piosenki. Po tej konfrontacji funkcjonariusz UB stwierdził: "udowodniono wam, że jesteście wrogiem Polski Ludowej".
Na rozprawie przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Szczecinie Franciszek M. nie przyznał się do winy. Utrzymywał, że śpiewanie piosenek nie jest przestępstwem. 28 grudnia 1948 r. skazano go na dwa lata i sześć miesięcy pozbawienia wolności. Po odbyciu całej kary, m.in. w więzieniu we Wronkach, w 1951 r. wrócił do Buka.

PRZEPOWIEDNIA WERNYHORY

Rozprawie przeciwko Franciszkowi M. przed szczecińskim WSR przewodniczył Tadeusz Nizielski. IPN przedstawił mu takie same zarzuty, jak Edmundowi Zdrojewskiemu. Akt oskarżenia wpłynął w październiku 2003 r. do tego samego Wojskowego Sądu Garnizonowego w Szczecinie, który zawiesił postępowanie wobec jego kolegi. Tym razem sędziowie po prostu... odmówili rozpatrywania sprawy. Powód? Oskarżony jest wiekowy, w związku z tym musi być chory, a zatem nie może przyjeżdżać na rozprawy do Szczecina.
Z byłym sędzią prawo wolnej Polski nie obeszło się jednak całkiem po macoszemu. Wojskowy Sąd Garnizonowy - tym razem w Warszawie - okazał się bardziej "bezwzględny" od szczecińskiego i skazał Tadeusza Nizielskiego - w innej sprawie - na dwa lata więzienia. Dodajmy, że po 13 latach wolnej Polski, był to pierwszy wyrok wobec funkcjonariusza stalinowskiego systemu bezprawia.
Podstawa? W 1950 r., przed tym samym Wojskowym Sądem Rejonowym w Szczecinie Nizielski przewodniczył rozprawie przeciwko młodemu szczecinianinowi Marianowi Daraszowi i bezprawnie skazał go na sześć lat więzienia. Uzasadnienie sprzed 50 lat brzmiało: "przygotowanie do usiłowania przemocą obalenia ustroju państwa oraz rozpowszechnianie fałszywych wiadomości, które mogły wyrządzić istotną szkodę interesom państwa". W jaki sposób oskarżony miał usiłować? Kolegom z pracy mówił: "w polskich gazetach piszą kłamstwa, jakoby Amerykanie rozpętali wojnę w Korei, jednak powszechnie wiadomo, iż sprowokowali ją koreańscy komuniści". Darasz nie krył również swojego stosunku do ZSRS, podważając polskość "marszałka" Rokossowskiego. Za dowód w sprawie sąd uznał znalezioną u oskarżonego... karteczkę z ręcznie przepisaną "przepowiednią Wernyhory". Ową kartkę Nizielski potraktował jako źródło fałszywych informacji, które zagrażają bezpieczeństwu państwa.

UKRZYŻOWANY W WIELKI PIĄTEK

Analizując sprawę Darasza, sąd uznał Tadeusza Nizielskiego winnym "nadużycia władzy i pozbawienia wolności połączonego ze szczególnym udręczeniem".
Oskarżycielem był znów prokurator Dariusz Wituszko, który dowodził, że Wojskowe Sądy Rejonowe zostały powołane nielegalnie i były narzędziem represji w rękach funkcjonariuszy UB [ich spadkobiercą są dzisiejsze sądy wojskowe - red.].
Obrońca oskarżonego domagał się uniewinnienia swojego klienta. Powoływał się na wcześniejsze orzecznictwo sądów III RP w sprawach stalinowskich, które nie pociągały do odpowiedzialności funkcjonariuszy ówczesnego systemu bezprawia.
Sąd uznał jednak, że Nizielski stosował przepisy "mające stłamsić myślenie inne niż oficjalne, nie mające nic wspólnego z prawami człowieka". Sędziowie szczególnie potępili fakt, że złamał on życie niewinnemu człowiekowi: - Nie można więc mówić tu o błędzie, pomyłce lub wypaczeniu. Nawet jeśli należy się do grupy sprawującej władzę, należy zachowywać się przyzwoicie i zgodnie z prawem.
- Ukrzyżowaliście mnie w ten Wielki Piątek - stwierdził Nizielski po usłyszeniu wyroku.
"Ukrzyżowany" - emerytowany pułkownik w stanie spoczynku nie był, tak jak Edmund Zdrojewski - "tępym narzędziem" w rękach władz. Przed wojną ukończył prawo na uniwersytecie w Poznaniu. Sędzią wojskowym został w 1946 r., najpierw w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Szczecinie, potem w Sądzie Wojsk Lotniczych w Poznaniu (przez pewien czas był jego szefem, miał władzę porównywalną z wpływami płk. Józefa Goldberga-Różańskiego w Warszawie). Za wybitne zasługi awansował na sędziego Sądu Najwyższego w Izbie Wojskowej.
Wkrótce okazało się jednak, że owo "ukrzyżowanie" miało charakter symboliczny, gdyż wyższa instancja - Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie umorzył sprawę, twierdząc, że Tadeusza Nizielskiego chroni... immunitet sędziowski.

KAPUŚ OD MAKARENKI

Spraw podobnych do procesu Mariana Darasza Nizielski ma na swoim koncie więcej. W jednej z nich sądził innego nastolatka - 16-letniego Józka Obacza, ucznia II klasy Liceum Pedagogicznego w Myśliborzu.
W lutym 1951 r. do szczecińskiego UB trafił donos na chłopca. Zakapował go dyrektor szkoły Kazimierz Wojciechowski, który - w ramach awansu - wyjechał następnie do Warszawy, gdzie został redaktorem naczelnym ogólnopolskiego "Przeglądu Pedagogicznego". Towarzysz Wojciechowski, wychowujący podopiecznych w duchu sowieckiego pedagoga Antona Makarenki (w 1950 r. Myślibórz odwiedził minister oświaty Stanisław Skrzeszewski, żeby nagrodzić Wojciechowskiego za wyniki w "wychowaniu nowego człowieka"), przekazał bezpiece dwa listy Józka Obacza do starszego o dwa lata, 18-letniego Alka Mikołajczaka (Mikołajczak uczył się w gimnazjum w Szczecinie, obaj pochodzili z miejscowości Ławy, powiat Myślibórz). Ubecy ustalili, że chłopcy chcieli założyć nielegalną organizację pod nazwą Związek Młodych Patriotów. Dowodem miała być nie tylko korespondencja, ale również to, że spotykali się podczas szkolnych wakacji. Mimo, iż uczniowie rzeczywiście konspirowali (m.in. drukowali "wrogie" ulotki; szefem grupy był Mikołajczak), ubole nic więcej na nich nie mieli, dlatego po zatrzymaniu i wstępnym przesłuchaniu puścili ich wolno. "Namawiali" jednak kolegów, aby donosili na siebie. To tylko zachęciło młodych antykomunistów do rozwinięcia podziemnej działalności.
Józek Obacz został aresztowany nad ranem 31 sierpnia 1952 r., ostatniego dnia wakacji, kiedy był u swoich stryjów w Ławach. Wcześniej był przez dłuższy czas obserwowany. Komendant MO w Myśliborzu Kapciński donosił np., że chłopak wychowuje się w złym środowisku. Stryjostwo to ludzie "przychylnie ustosunkowani do kleru, udzielają się aktywnie jako działacze klerykalni, często przebywa u nich ksiądz z Myśliborza".
Tego samego dnia tajniacy zatrzymali kolegów Józka, w tym Alka Mikołajczaka, a także nauczycieli, którzy mieli współpracować ze Związkiem Młodych Patriotów.

PYRZYCKI HUMER

Opinię o Józku Obaczu napisał sam Eljasz Koton: "Przez okres okupacji przebywał w Wołczkowie pow. Stanisławów, będąc na utrzymaniu swojej babci (...). Rodzice jego zmarli w młodości. W 1945 r. przybył ze swoją babcią na Ziemie Odzyskane (...). Stosunek jego do obecnej rzeczywistości, a w szczególności do socjalistycznej przebudowy wsi, był wrogi". Koton osobiście przesłuchiwał Obacza. Do znęcania się nad niepodległościową młodzieżą miał zresztą zamiłowanie - to jeszcze jeden przyczynek do sylwetki szefa szczecińskich ubeków.
Koton zatwierdził również akt oskarżenia. 21 listopada 1952 r., po trwającym prawie dwa miesiące procesie, Wojskowy Sąd Rejonowy w Szczecinie pod przewodnictwem Tadeusza Nizielskiego skazał: Jana Matijuka na sześć lat więzienia, Józefa Obacza na pięć i pół roku i Józefa Golińskiego na trzy lata (inżynier Goliński, jedyny "dorosły" z tej sprawy, wpajał młodzieży patriotyczne zasady). Najwyższy wyrok - siedmiu lat więzienia - dostał Alojzy Mikołajczak.
Ten ostatni ze śledztwa zapamiętał jeszcze innego oprawcę - Aleksandra Merzę: - Spotkaliśmy się ponownie po 1956 r. Merza prowadził sklep metalowy przy ul. Krzywoustego. Któregoś dnia wszedłem tam i powiedziałem, że chcę kupić kombinerki: "Mają być takie, żeby ściskały palce nie gorzej, niż drzwi". Merza poznał mnie i uciekł na zaplecze.
Aleksander Merza - naczelnik wydziału śledczego w szczecińskim WUBP, był synem rzeźnika i gospodyni domowej. W czasie wojny jego rodzinę zesłano na Wschód. Merza najpierw pracował w kołchozie, potem w szpitalu powiatowym, jako buchalter. W ankiecie personalnej na pytanie, czy był za granicą, odpowiedział: "ZSRR, Płn. Kazachstan, ewakuowany przez władze radzieckie". Prośbę o przyjęcie do UB złożył we wrześniu 1946 r.
W 1954 r. Merzie zarzucono "naruszenie zasad praworządności w ten sposób, że wobec zatrzymanych stosował przymus fizyczny w czasie przesłuchania zmuszając ich tym samym do złożenia niezgodnych z prawdą zeznań, które następnie podejrzani odwoływali na rozprawie". Po tej "miażdżącej" opinii Merza został zwolniony ze "służby". W 1987 r. dochrapał się stopnia podpułkownika MO.
Alojzego Mikołajczaka bił również inny śledczy, Stanisław Raginia. Żona Mikołajczaka opowiada: - Był rok 1957. Na ulicy podszedł do mnie jakiś pan i prosił o przekazanie pozdrowień dla męża. Nie chciał powiedzieć, skąd się znają. Potem dzwonił do nas, że chce się spotkać przy wódce i przeprosić. Mąż odmówił.
O Stanisławie Ragini mówiono: "Pyrzycki Humer". W Pyrzycach pod Szczecinem być może żyje do dziś.

ŁAGIER JAWORZNO

Co się działo dalej z Józkiem Obaczem? Przez więzienia w Nowogardzie i Sosnowcu trafił do "więzienia reedukacyjnego" w Jaworznie, w którym polscy stalinowcy starali się realizować w praktyce zasady wspomnianego już Makarenki. Tu "ludowa" władza przetrzymywała po wojnie wielu młodocianych więźniów politycznych. Tu Józek spotkał kolegów z Liceum Pedagogicznego w Myśliborzu.
Po uwolnieniu w styczniu 1955 r. nie mógł znaleźć pracy, był inwigilowany. Po roku powołano do wojska, do korpusu górniczego. W kopalni "Słupiec" pod Nową Rudą maszyna wyrwała mu lewą rękę z barkiem. Został akwarelistą i rysownikiem.
9 grudnia 1991 r. Sąd Wojewódzki w Szczecinie uznał, że "analiza uzasadnienia orzeczenia, połączona z treścią materiału dowodowego, zgromadzonego w aktach sprawy, pozwala na stwierdzenie, że uznana za przestępczą działalność Józefa Obacza była wymierzona nie tylko w ustrój polityczny i społeczny ówczesnego państwa, ale również działalnością na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego, którego ówczesny ustrój był wynikiem zależności od Związku Radzieckiego". Czasy się zmieniły, ale prawniczy język nie.

BISKUP KACZMAREK
I ANDRÉ ROBINEAU


Prócz Tadeusza Nizielskiego nastolatków z Myśliborza - Obacza i Mikołajczaka sądzili: znany nam już Edmund Zdrojewski, a także ppłk Kazimierz Stojanowski. Ten ostatni to też przedwojenny prawnik, tym razem po Uniwersytecie Jagiellońskim. Do LWP wstąpił w grudniu 1944 r., najpierw był wiceszefem, a po 1948 r. szefem szczecińskiego WSR. W charakterystyce z 1951 r. czytamy: "Procesy o charakterze politycznym przeprowadza bez zastrzeżeń. Utrzymuje kontakty z organami bezpieczeństwa".
Tadeusz Nizielski i Kazimierz Stojanowski ponownie spotkali się na sali sądowej (przewodniczącym składu był zmarły niedawno w Warszawie mjr Mieczysław Widaj - w sumie skazał na śmierć 106 osób) w dniach 14-21 września 1953 r. Tym razem - przed największym wojskowym sądem stalinowskiej Polski - WSR w Warszawie - sądzili ordynariusza kieleckiego, bp. Czesława Kaczmarka i jego "współpracowników" (nawet w PRL-u sądzenie duchownego przed wojskowym trybunałem było rzadkością). Zgodnie z aktem oskarżenia (oskarżał naczelny prokurator wojskowy Stanisław Zarako-Zarakowski) Widaj, Nizielski i Stojanowski skazali bp. Kaczmarka - za "działalność w antypaństwowym ośrodku" w interesie "imperializmu amerykańskiego i Watykanu" w celu "obalenia władzy robotniczo-chłopskiej" drogą "działalności dywersyjnej i szpiegowskiej" - na 12 lat więzienia.
I jeszcze jedna sprawa z udziałem Nizielskiego. W dniach 6-14 lutego 1950 r. przed szczecińskim WSR- razem z Alfredem Janowskim (przewodniczącym) i Stanisławem Wróblewskim - sądził André Robineau, pochodzącego z polsko-francuskiej rodziny pracownika Instytutu Francuskiego w Polsce i członków jego "siatki szpiegowskiej". Młody, 26-letni Francuz, określony w akcie oskarżenia jako faszysta, oenerowiec i członek partii gaullistowskiej, został skazany na 12 lat więzienia. W procesie zapadła również jedna kara śmierci - na Bronisława Sokół-Klimczaka, która została następnie wykonana. Jednym z nadzorujących śledztwo w sprawie Robineau był... Eljasz Koton.

INNI WINNI

Na koniec wymieńmy jeszcze innych oprawców w togach - sędziów Wojskowego Sądu Rejonowego w Szczecinie: Filip Feld, do 1948 r. szef WSR (zastąpił go Kazimierz Stojanowski), dr praw, przedwojenny absolwent Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, w całej swojej krwawej karierze wydał - według różnych szacunków - od 69 do 91 wyroków śmierci; Józef Streich - inny przedwojenny prawnik; Stanisław Longschamps de Berie (bratanek znanego przedwojennego lwowskiego prawnika); Janusz Surwiłło (podobnie jak Zdrojewski przeszedł jedynie krótki kurs prawniczy); mjr Tadeusz Juśkiewicz (w 1960 r. zmienił nazwisko na Marian Kwietniewski).
Według danych Instytutu Pamięci Narodowej, po wojnie (w latach 1945-55) w szczecińskim WSR skazano na śmierć 96 osób. Około połowa z nich została rozstrzelana. Podstawą był głównie dekret o "przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa" (tzw. mały kodeks karny) z 13 czerwca 1946 r. Wyroki faktycznie wydawała bezpieka, w której na Pomorzu Zachodnim w okresie stalinizmu pracowało ok. 1200 funkcjonariuszy.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


"Las dzid" o. Rydzyka broni i Kościół, i publicystycznych filozofów, i rzeczników dziecięco pojmowanej polityki "polskiego regionu UE" - Stanisław Michalkiewicz o najważniejszych wydarzeniach polskiego teatru politycznego Wysłane wtorek, 15, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








"Las dzid" o. Rydzyka broni i Kościół, i publicystycznych filozofów, i rzeczników dziecięco pojmowanej polityki "polskiego regionu UE" - Stanisław Michalkiewicz o najważniejszych wydarzeniach polskiego teatru politycznego Wysłane wtorek, 15, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Wojna na górze nabiera nieoczekiwanej dynamiki. Niedawno Pan minister Drzewicki - jest ministrem sportu w rządzie pana Donalda Tuska, jest to prawie prawie tak samo groteskowe stanowisko jak Rzecznik Praw Dziecka, które okupuje pani Sowińska, z tym że ma jednak znacznie większy budżet, ten oficjalny, jak i ten nieoficjalny, stąd większe zainteresowanie panem ministrem Drzewieckim i jego problematyką, jaką się zajmuje - ponieważ rząd się zmienił od czasu, kiedy wynegocjowano razem w spółce z Ukrainą dla Polski Euro 2012. Jak sama nazwa wskazuje, łączy się z tym duża forsa i to w mocnej gotówce, więc wydawało się, że już wszystko wynegocjowano, kto ile weźmie i w jakiej kolejności, ale w ramach wojny na górze pojawiły się znowu oskarżenia o korupcję wśród futbolistów, dlatego pan minister z jednej strony zachowując pryncypialność urzędnika państwa prawnego, z drugiej strony drżąc ze strachu przed przed lobby emerytowanych funkcjonariuszy SB ulokowanych w związkach sportowych - uzgodnił z panem prezesem PZPN Listkiewiczem, że po raz kolejny poda się On do dymisji. Pan Listkiewicz podawał się do dymisji już ze sześć razy, więc co Mu szkodzi się podać do dymisji już siódmy raz - znaczy się zapowiedzieć, że poda do dymisji się do dymisji już siódmy raz i tę uprzejmość panu ministrowi panu ministrowi wyświadczyć? Pan minister Drzewiecki zrobił z tego wielki sukces, aliści już następnego dnia okazało się, że PZPN pana ministra »przecwelował«, bo okazało się, że pan prezes rozważy owszem swoją dymisję, ale prezes Listkiewicz poda się do dymisji 14 września - i do tego czasu emerytowani funkcjonariusze zdołają »zewrzeć szeregi« i to kolejne męczeństwo Listkiewicz pewnie zakończy się wesołym oberkiem, ale być może w międzyczasie zapadną kolejne ustalenia, kto na Euro 2012 skorzysta i gdzie schowa forsę" - Stanisław Michalkiewicz, znakomity publicysta prasy prawicowej i stały współpracownik naszej witryny ASME, komentuje wydarzenia z minionego tygodnia na scenach teatru okołopolitykierskiego.

Drugim elementem wojny na górze, jest oczywiście "męczeństwo Barbary Blidy", wokół której toczy się proces kanonizacyjny w wydaniu świeckim, bo jest ona już świątkinią obrządku świeckiego - Sojusz Lewicy Demokratycznej stoi nieubłaganie na stanowisku rozdziału Kościoła od Państwa, no i wojującego ateizmusa, zwłaszcza teraz, kiedy SLD zerwał związek z Partią Demokratyczną "Demokraci - PD". W przesłuchaniach na ten temat, dziejących się w Łodzi, uczestniczy pan mecenas Piotrowski, jako pełnomocnik rodziny Blidów, i najwyraźniej coś Mu padło na mózg, bo ogłosił dzisiaj, że odkrył "związek przestępczy", na którego czele stał premier Jarosław Kaczyński. Pan mecenas Piotrowski dział najwyraźniej "w afekcie", bo sprawy idą zbyt daleko i zagrażają podstawowej zasadzie konstytucyjnej, na której ulokowana jest obecna PRL-bis, czyli: "My nie ruszamy Waszych, Wy nie ruszacie Naszych"...
Mamy też dalszy ciąg reperkusji kadrowych czy ech medialnych - o ewentualnym zastąpieniu JE arcybiskupa Gocłowskiego na metropolii gdańskiej przez JE Sławoja Głódzia. W dzisiejszej "Rzeczpospolitej" kolega Ziemkiewicz ogłosił, że wśród intelektualistów gdańskich, wśród których najwybitniejszym przedstawicielem jest "intelektualista czasu wojennego" Lech Wałęsa, jest sam arcybiskup Gocłowski. Być może chodzi o to, by przeciwstawić "intelektualistę" arcybiskupa Gocłowskiego, o czym pisała już "Gazeta Wyborcza", "prostaka" arcybiskupa Sławoja Głódzia. Stanisław Michalkiewicz nie rozumie tego stanowiska Rafała Ziemkiewicza, rozumie, gdyby to napisał redaktor Terlikowski, ale czy Rafał Ziemkiewicz chce zostać arcybiskupem gdańskim?
Obaj redaktorzy mogą sobie nucić swoje śpiewki dlatego, że od złowrogiej "michnikowszczyzny" odgradza ich "las dzid" zasadzony przez ojca Tadeusza Rydzyka, którego namiętnie zwalczają. Nie siedzą na tej gałęzi, więc nie spadną od razu, ale gdy podpiłują ją... - Stanisław Michalkiewicz nie zdziwi się, że redaktorowi Terlikowskiemu przyśni się dopiero wtedy instynkt samozachowawczy, jak to każdemu filozofowi z wykształcenia...
Ostatnią rzeczą jaką wypada poruszyć przy okazji podchodów kadrowych, jest próba zastąpienia pani Rzecznik Praw Dziecka Sowińskiej z posady i zastąpienia jej jakimś innym "rzecznikiem praw dzieci" - nawet tak mizerna i groteskowa posada jest przedmiotem takich namiętności, że jedni drugich by utopili w łyżce wody...

Nagranie trwa ponad 13 minut, jest dostępne w Sieci do 29 IV 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania.




Rozważania o czterdziestoleciu Marca '68 - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 10, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

Wydarzenia marcowe 1968 roku maja wyraźnie dwie warstwy, które należy odróżniać.

W obronie honoru narodowego


Pierwsza - to protest polskich studentów stających w całym kraju w obronie honoru narodowego. Władza komunistyczna w osobie I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki z poduszczenia jego najbliższego współpracownika (drugiego w hierarchii partyjnej) Zenona Kliszki zarządziła w imię odwiecznej przyjaźni polsko-radzieckiej zdjęcie dramatu narodowego wieszcza "Dziady" ze sceny Teatru Narodowego w stolicy. I studenci całego kraju od stolicy poczynając, stawili temu pokojowy opór, protestując poprzez wiece i strajki przeciwko skandalicznej decyzji władz. Partia odpowiedziała na to brutalną represją. Studentów (a zwłaszcza studentki) bito, w Katowicach poszczuto policyjnymi psami. Co najmniej kilka osób zabito, czego władza cynicznie się wyparła.
Nie byłem oczywiście świadkiem zamordowania kogokolwiek, mimo to otarłem się o świadectwo w tej sprawie. Wieczorem 11 marca 1968 roku zapytałem swoją bratową Anitę z Wazowskich Zambrowską, która już wtedy była lekarką, co w świecie medycznym mówi się o zabitych przez ZOMO studentkach. Odpowiedziała mi: "»Ruda« miała 8 marca dyżur w szpitalu na Solcu". Wykręciła jej numer i usłyszała odpowiedź: "Dwa zejścia śmiertelne. Rozmowa nie na telefon". Chodziło rzecz jasna o możliwość podsłuchu ze strony SB i ewentualne konsekwencje takiej podsłuchanej rozmowy. Oczywiście gdyby przemilczany z ostrożności fakt dwóch zgonów w szpitalu był obojętny dla SB, nie byłoby potrzeby przerywania rozmowy. Niestety, następnego dnia zostałem zatrzymany przez SB i osadzony w więzieniu mokotowskim na Rakowieckiej 37, więc nie byłem w stanie doprowadzić mego dociekania prawdy do końca. Zakład karny w Barczewie opuściłem dopiero w końcu lipca następnego roku. Wkrótce "Ruda", czyli Zosia Olszewska, córka niegdyś prominentnego działacza PZPR, opuściła wraz z mężem na tzw. żydowskich papierach PRL i wyjechała do Danii. Spotkałem się z nią przed ich wyjazdem, ale rozmawiałem nie o zgonach w szpitalu, lecz o mej dezaprobacie dla wyjazdów z Polski prominenckich dzieci, gdy miliony Polaków nie mogą uciec z budowanego przez PZPR "raju".
Później się okazało, że Zosia z Olszewskich Górska miała dyżur nie na Solcu, lecz w Szpitalu Praskim (przed "komuną" oraz dziś pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego). Ponadto już jako dziennikarz w III RP dowiedziałem się, że wszystkich ciężko pobitych studentów hospitalizowano w szpitalu wojskowym na Szaserów, ale zabroniono lekarzom z tego szpitala rozmawiania z kimkolwiek na temat tego rodzaju pacjentów. Sapienti sat (mądremu wystarczy) - jak mawiali starożytni Rzymianie.
Nie byłem uczestnikiem wydarzeń marcowych, nie brałem udziału w protestach studentów, ale byłem całym sercem po ich stronie. Polscy studenci wykazali się większą odpowiedzialnością obywatelską, niż studenci i intelektualiści rosyjscy, którzy nie zareagowali na zdjęcie ze sceny teatru w Leningradzie głośnej sztuki współczesnego Mickiewiczowi autora rosyjskiego Aleksandra Gribojedowa "Gorie ot uma" (Mądremu biada). Władzom sowieckim - podobnie jak Gomułce - nie spodobała się reakcja publiczności na zbyt aktualny wydźwięk sztuki, więc zareagowały podobnie jak tow. Wiesław zakazem, ale napięcia w Rosji nie były tak ostre jak w PRL i skandaliczny zamach na skarb literatury rosyjskiej przeszedł bez echa. Natomiast polscy studenci takiej zniewagi płazem nie puścili.
Czytelnikom należy się kilka słów wyjaśnienia odnośnie mego udziału w wydarzeniach marcowych 1968 roku oraz źródłach mej wiedzy w tym przedmiocie. Otóż jestem najstarszym synem znanego działacza komunistycznego Romana Zambrowskiego i z tego powodu, bez własnych zasług w tym względzie, zostałem uwikłany w odpowiedzialność sądową za Ruch 8 marca. Rzecz w tym, że Roman Zambrowski - przed wojną I sekretarz KC KZM Polski, następnie oficer polityczny w I Armii gen. Zygmunta Berlinga, po wyzwoleniu w 1944 roku Lublina został wkrótce prawą ręką sekretarza generalnego KC PPR tow. Wiesława, czyli Władysława Gomułki. Po sfałszowanych przez komunistów wyborach był wicemarszałkiem Sejmu oraz przew. Komisji Specjalnej zwalczającej spekulację, a w gruncie rzeczy niszczącej tzw. inicjatywę prywatną w handlu. W 1948 roku zdradził swego przyjaciela i szefa, oskarżonego o odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne, i wraz z innymi przywódcami PPR poparł prezydenta Bolesława Bieruta. Po śmierci tow. Tomasza w marcu 1956 roku był prawą ręką jego następcy Edwarda Ochaba (swego przyjaciela z wojska), ale na jesieni 1956 roku spotkał się potajemnie z Gomułką i uznał, że jest on lepszą alternatywą na trudne dla Partii czasy. Namówił więc Edwarda Ochaba, by ten ustąpił swój wysoki urząd "Wiesławowi", co się stało na VIII październikowym plenum KC PZPR. Po wielu latach współpracy z Gomułką Roman Zambrowski coraz bardziej zniechęcony prowadzoną przez "Wiesława" polityką, zwłaszcza wycofaniem się z programu reform społecznych i gospodarczych przyrzeczonych narodowi w Październiku '56, podał się Gomułce do dymisji ze swych stanowisk w sekretariacie KC i Biurze Politycznym. Stało się to w kwietniu 1963 roku.
Ja w poważnym stopniu ponosiłem skutki różnych intryg wokół mego ojca. Choć byłem członkiem komunistycznego Związku Walki Młodych od października 1947 roku, a następnie działaczem ZMP w LO im. Tadeusza Reytana (członkiem Zarządu Szkolnego oraz Zarządu Dzielnicowego na Mokotowie), moja organizacja partyjna na studiach na Uniwersytecie Moskiewskim im. Łomonosowa kilkakrotnie odmówiła mi przyjęcia do Partii. Zostałem kandydatem dopiero w 1956 roku na ostatnim roku studiów.
Po powrocie do kraju w 1956 roku brałem czynny udział w wydarzeniach października i listopada w Warszawie. W Zakładach Wytwórczych Urządzeń Telefonicznych "Komuna Paryska" na Kamionku założyłem na gruzach ZMP organizację Rewolucyjnego Związku Młodzieży. Później wybrano mnie I sekretarzem Tymczasowego Komitetu Dzielnicowego RZM na Grochowie. Brałem udział w zjednoczeniu RZM oraz Robotniczego Związku Młodzieży w niezależny początkowo od władz partyjnych Związek Młodzieży Socjalistycznej. Zajmowałem w ZMS stanowiska członka TKW oraz TKC. Wystąpiłem z ZMS w znak protestu przeciwko zamknięciu tygodnika "Po prostu" w październiku 1957 roku. Z tamtych czasów przyjaźniłem się z Karolem Modzelewskim. W 1962 roku za jego pośrednictwem poznałem Jacka Kuronia, o którym przedtem wiele słyszałem. Brałem udział w posiedzeniach Klubu Dyskusyjnego ZMS na UW, prowadzonego przez nich za przyzwoleniem przew. ZU ZMS Stefana Mellera. Gdy władze zamknęły klub, byłem jednym z wielu, kto udostępnił Jackowi i Karolowi swe mieszkanie na spotkania dyskusyjne. Ze względu na różnice zdań nie brałem udziału w dyskusjach nad napisanym przez Jacka manifestem rewolucyjnym, znalezionym przez SB w mieszkaniu u Stanisława Gomułki - mego kolegi z wydziału ekonomicznego UW, gdzie pracowałem od 1963 roku jako st. asystent oraz doktorant prof. Włodzimierza Brusa. Adam Michnik zwolniony z więzienia po rozpowszechnieniu Listu Otwartego do PZPR (napisanego przez Karola Modzelewskiego) powiedział mi, że oficerowie śledczy wiele go o mnie pytali. W 1966 roku zostałem wydalony z PZPR decyzją Warszawskiej Komisji Kontroli Partyjnej głównie za krytykę polityki konfrontacji z Episkopatem z ks. Prymasem kardynałem S. Wyszyńskim na czele. Ponieważ pomiędzy "komandosami" z Adamem Michnikiem na czele a mną były rozbieżności, ze Staszkiem Gomułką i jego żoną Joanną Majerczyk założyliśmy odrębne od nich kółko dyskusyjne. Zbierało się ono początkowo u nich na Kole, ale później spotykaliśmy się w wygodniej położonej garsonierze Bernarda Tejkowskiego na Hożej. W czerwcu 1966 roku wzięliśmy udział w obchodach Milenium chrześcijaństwa w Warszawie, w tym w manifestacji młodzieży katolickiej rozpędzonej brutalnie przez ZOMO. Choć nie miałem nic wspólnego z udziałem w wiecu studentów przed BUW-em, ani jego organizacją zostałem pod tym zarzutem aresztowany 12 marca 1968 roku. Po rocznym śledztwie oskarżono mnie o szkalowanie państwa, czyli PRL głównie przez określenie polityki konfrontacji z Kościołem jako "Kulturkampf" (art. 29. mkk) oraz o szkalowanie narodu polskiego (art. 28. mkk). Z braku laku wykorzystano zeznania Bernarda (dziś Bolesława) Tejkowskiego i grupy jego zwolenników przeciwko mnie, głównie, że przerobiłem znane przysłowie "mądry Polak po szkodzie" na wierszyk, iż "nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą, i po szkodzie głupi". Zarówno sąd wojewódzki z Alojzym Derkaczem na czele, jak i Sąd Najwyższy z Romanem Kryże nie chciały uznać faktu, iż autorem tych słów jest Jan Kochanowski z Czarnolasu.
W więzieniu siedziałem z kilkoma uczestnikami Ruchu 8 marca, m.in. Leszkiem Wirpszą-Szarugą czy Piotrem Żebruniem, następnie czytałem akta sprawy Karola Modzelewskiego i innych stąd moje rozeznanie w wielu sprawach. Przez długie lata później rozmawiałem z ludźmi, którzy byli świadkami Historii oraz czytałem różne wspomnienia i dokumenty. Swoje przemyślenia prezentuję poniżej.

Czystka elementów niepewnych z punktu widzenia Kremla

Druga warstwa wydarzeń wiąże się ze studenckim protestem tylko chronologicznie. Niektórym osobom Marzec '68 kojarzy się wyłącznie z antysemicką nagonką. Jest to jedynie cząstka prawdy, gdyż pierwsza rzecz w Marcu - to dzielna postawa polskich studentów w obronie honoru narodowego. Rzecz druga - to działanie sowieckich służb w kierunku większego uzależnienia Polski od moskiewskiego hegemona. Od historycznych wydarzeń Października '56 sowieckie służby nadzorujące przy pomocy swej agentury życie polityczne w Polsce szykowały czystki w aparacie władzy. Chodziło o wyeliminowanie stamtąd osób, które w Październiku '56 wykazały się niezależną postawą wobec sowieckich mocodawców. Tę czystkę szykowano w sposób metodyczny i planowy od lat. Świadczą o tym dwa niezwiązane ze sobą wydarzenia.

Paszkwil na Październik '56

W roku 1962 były działacz Klubu Krzywego Koła Witold Jedlicki, w czasach stalinowskich tajny współpracownik UB, w latach odwilży uznawany powszechnie za zwolennika reform, został wysłany przez gen. Mieczysława Moczara (wł. Nikołaj Tichonowicz Diomko) na Zachód (docelowo do Izraela) i tam w Instytucie Literackim w Paryżu wydał broszurę "Chamy i Żydy". W tej broszurze opluł on wielkie pokojowe zwycięstwo Polaków w Październiku '56, prezentując je jako zręczną manipulację żydowskich stalinowców, przebranych za partyjnych liberałów. Wmówili oni rzekomo milionom Polaków wielkie przemiany, których w istocie nie było. W rzeczywistości dzięki październikowym przemianom został uwolniony z internowania ks. Prymas kardynał Stefan Wyszyński, rozwiązano kołchozy i przetrącono grzbiet programowi przymusowej kolektywizacji polskiej wsi, ograniczono samowolę bezpieki i rozpędzono na cztery wiatry stalinowski Związek Młodzieży Polskiej. Podczas swej wizyty w Moskwie W. Gomułka uzyskał umorzenie długu PRL w poczet rekompensaty za na wpół darmowe dostawy węgla do Związku Rad. Były to namacalne wyniki październikowych przemian.
Korzystając z braku w PRL jawności życia politycznego W. Jedlicki bałamutnie opisał walkę na szczytach władzy dwóch koterii (frakcje partyjne były nie do pogodzenia ze statutem partii typu stalinowskiego) konserwatywnych "natolińczyków" oraz "liberalnych", czyli reformatorskich "puławian". Wmawiał on jej uczestnikom, iż wyzywali się nawzajem od "chamów" i "Żydów", co było wierutnym kłamstwem, gdyż w obydwu frakcjach panował kult proletariackiego chamstwa i roiło się od osób żydowskiego pochodzenia. Chodziło o to, że ten paszkwil na polski Październik przygotowywał grunt pod przyszłe czystki tej części aktywu partyjnego i państwowego, która odznaczyła się poparciem dla przemian w owym czasie, naklejając jej nader skutecznie nalepkę "Żydów". Trzeba dodać z uznaniem, że w odróżnieniu od red. Jerzego Giedroycia z ILP, który wydrukował ów paszkwil, dyr. polskiej rozgłośni RWE Jan Nowak-Jeziorański nie dał się nabrać na owe moczarowe plewy i w swych dyskusjach na falach eteru demaskował kłamstwa W. Jedlickiego.

Afera gen. Duszyńskiego

Innym dowodem wieloletnich przygotowań do czystki elementów niepewnych z punktu widzenia Kremla był los gen. Zygmunta Duszyńskiego - najbliższego współpracownika marszałka Mariana Spychalskiego w MON. Sowieccy marszałkowie nie darzyli zaufaniem M. Spychalskiego i planowali jego wymianę na swego człowieka w osobie gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Na przeszkodzie jednak stał gen. Z. Duszyński, również nie cieszący się sympatią w Moskwie. Był on uplasowany wyżej od gen. W. Jaruzelskiego w hierarchii wojskowej, więc ubiegłby go przy awansie w razie odejścia marszałka M. Spychalskiego. Gen. Duszyński lepiej od swego szefa znał się na wojskowości (o Spychalskim z przekąsem mawiano "harcerz"), ale mimo to był źle notowany w Moskwie, ponieważ jako stary komunista i autentyczny partyzant miał poczucie własnej wartości i nie kłaniał się w pas Rosjanom. Sprokurowano więc mu polską aferę Profumo i usunięto pod pretekstem skandalu seksualno-obyczajowego z MON. Tak przygotowano grunt pod zmiany personalne w MON. W 1968 roku podczas antysemickiej kampanii czystek ludzie generałów Jaruzelskiego i Urbanowicza zorganizowali nagonkę na marszałka Mariana Spychalskiego jako rzekomego Żyda (na zebraniach partyjnych oficerowie wznosili okrzyki przeciwko marszałkowi Spychalskiemu "Nie będziemy służyć pod Mońkiem!"). Wskutek ustawicznej presji wymuszono na Gomułce usunięcie go z MON poprzez tzw. kopniak w górę i mianowanie go przewodniczącym Rady Państwa w miejsce ustępującego w znak protestu Edwarda Ochaba. Na miejsce marszałka Spychalskiego awansował gen. W. Jaruzelski.

Moskiewska inspiracja antysemickiej czystki

Nadzorujące Polskę sowieckie służby od lat podsycały nastroje antysemickie wśród swoich ludzi w PRL. Tak było w czasach stalinowskich, następnie w 1956 roku, kiedy to koteria promoskiewska, wspierana przez ambasadę sowiecką, wysuwała hasła antysemickiej czystki. W Październiku '56 ta kampania nie chwyciła, gdyż napotkała przeciwdziałanie w środkach przekazu, w owym okresie stosunkowo wolnych od ingerencji cenzury. Nie oznaczało to jednak, by Kreml zrezygnował ze swych zamiarów w tym względzie. Wobec tego sowiecka agentura w PRL, korzystając z rzeczywistej nadreprezentacji Żydów oraz Polaków żydowskiego pochodzenia w aparacie partyjnym i państwowym, wciąż wracała do haseł regulacji narodowościowej w polityce kadrowej. Sytuacja uległa zaostrzeniu po klęsce krajów arabskich w wojnie 6-dniowej w czerwcu 1967 roku. Według relacji Piotra Kostikowa - szefa sektora polskiego w wydziale zagranicznym KC KPZR - Leonid Brieżniew skarżył się podczas rozmowy na Kremlu Gomułce, że towarzysze żydowscy w Polsce kwestionują otwarcie poparcie Związku Rad dla krajów arabskich. Była to oczywista półprawda, gdyż to polska ulica otwarcie świętowała zwycięstwo prozachodniego Izraela nad arabskimi sojusznikami ZSRR. W każdym razie Gomułka oświadczył Brieżniewowi, że nie będzie tolerował syjonistycznej V kolumny w Polsce. Słowa te powtórzył następnie w oficjalnym przemówieniu w Polsce 19 czerwca 1967 roku na VI Kongresie Związków Zawodowych transmitowanym przez Polskie Radio i TVP (w wersji prasowej ten passus usunięto na żądanie Edwarda Ochaba).

Ofiarą antysemickiej czystki padali również rodowici Polacy

Czystka "syjonistów" trwała więc od lata 1967 roku, przy czym jej ofiarą w Ludowym Wojsku Polskim padali pospołu Żydzi, Polacy żydowskiego pochodzenia, rodowici Polacy posiadający żony Żydówki lub Polki żydowskiego pochodzenia, a nade wszystko rodowici Polacy źle notowani w Moskwie. Warto byłoby zbadać na podstawie dokumentów, czy - wbrew stereotypom - rodowici Polacy nie przeważali jako ofiary antysemickiej czystki. Klinicznym tego przykładem są losy gen. Tadeusza Bończa-Pióry, wydalonego z wojska wskutek decyzji Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej o usunięciu go z szeregów PZPR za ukrycie przed Partią swego prawdziwego nazwiska Feder. Rzecz w tym, że gen. Tadeusz Bończa-Pióro pochodzi z rodziny ziemiańskiej i był za to szykanowany przez Informację Wojskową w okresie stalinowskim. Decydowało więc nie faktyczne pochodzenie, lecz patriotyczna postawa w Październiku '56. Zresztą, jak mawiał mój kolega w celi więziennej Piotr Żebruń: "nie ten Żyd, kto Żyd, lecz kogo Partia wskaże".
Innym sloganem używanym podczas czystki było wmawianie ludziom, że Marzec jest kontynuacją Października '56. Miało z tego wynikać, że czystka wymierzona jest w dawnych stalinowców. Była to kolejna manipulacja propagandowa, gdyż usuwano ludzi zasłużonych podczas przemian październikowych. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że gen. Jaruzelski wyrzucił w czasie antysemickiej czystki z LWP gen. Józefa Kuropieskę oraz gen. Adama Uziębłę - rodowitych Polaków więzionych w okresie stalinowskim przez Informację. W warunkach monopolu na informację każde kłamstwo było dobre.
Teraz funkcjonuje utworzona post factum zbitka pojęciowa o Marcu '68 jako okresie antysemickiej kampanii czystek. Jest to poniekąd nieporozumienie, gdyż czystka trwała już od lata 1967 roku. Takie wrażenie powstało z tego względu, że zaskoczone przez wydarzenia marcowe władze partyjne zgodziły się na podjęcie przez środki przekazu otwartej kampanii przeciwko syjonistom, zainicjowanej apelem do studentów Uniwersytetu Warszawskiego na łamach PAX-owskiego "Słowa Powszechnego". Autorami tego apelu byli Bolesław Piasecki - prezes stowarzyszenia PAX oraz tow. Ryszard Frelek - ówczesny sekretarz tow. Zenona Kliszki - osoby nr 2 w Partii. Oskarżyli oni o zorganizowanie wiecu studentów przed BUW-em 8 marca bywalców żydowskiego klubu Babel (nazwanego tak w cześć rosyjsko-żydowskiego pisarza Izaaka Babla), co miało być inspirowane ich niechęcią do Władysława Gomułki za jego poparcie dla krajów arabskich w ostatniej wojnie na Bliskim Wschodzie. Na czele listy owych organizatorów i prowodyrów umieścili oni mnie - syna Romana Zambrowskiego, co było wierutnym i wielokrotnym kłamstwem. Nie byłem organizatorem ani nawet uczestnikiem owego wiecu, nie miałem z nim nic wspólnego. Waldemar Kuczyński przyszedł do mnie z propozycją od Jacka Kuronia, bym włączył się do tej akcji, ale odpowiedziałem odmową. Nie miałem też nic wspólnego z klubem Babel. Nie słyszałem nawet o istnieniu klubu Babel przy Towarzystwie Społeczno-Kulturalnym Żydów, tym bardziej nigdy tam moja noga nie postała. W konflikcie na Bliskim Wschodzie trzymałem wbrew powszechnym w Polsce nastrojom stronę prezydenta Nasera, ponieważ był on przyjacielem prezydenta niezależnej od Moskwy Jugosławii marszałka Josipa Broza "Tita". Co więcej, w swym oświadczeniu dla Warszawskiej Komisji Kontroli Partyjnej, stawiając PZPR-owcom za wzór komunistów włoskich oraz Związek Komunistów Jugosławii, powoływałem się na przykład Egiptu, postulując reformę w PRL prawa wyborczego w kierunku pluralizmu personalnego (konkurowania o głosy kilku kandydatów z tej samej Partii).
Inne nazwiska, przytoczone w apelu "Słowa Powszechnego", dotyczyły istotnie uczestników Ruchu 8 marca, choć brakowało z niewiadomych mi przyczyn głównych przywódców tego Ruchu, czyli Jacka Kuronia, Karola Modzelewskiego oraz Adama Michnika. Nie wiem, czy osoby wymienione istotnie bywały w klubie Babel, ale niewiele z tego wynikało. Adam Michnik bywał w klubie dyskusyjnym PAX i zabierał nawet tam głos. I co z tego?! W każdym razie supozycja, że owe osoby przeszły do opozycji wskutek rozgoryczenia stanowiskiem tow. Wiesława w sprawie konfliktu na Bliskim Wschodzie, była fałszywa, gdyż Kuroń i Modzelewski zostali skazani za "List Otwarty do Partii" grubo wcześniej - na parę ładnych lat przed wojną na Bliskim Wschodzie.
Jacek Kuroń w pewnym sensie sam podał piłkę antysemickim propagandzistom w PZPR i PAX, gdyż wokół niego zebrało się wielu młodych ludzi o lepiej czy gorzej uświadomionym żydowskim rodowodzie. Stało się to jednak znacznie wcześniej i to w związku z wydarzeniami Października '56. Jedną z jego zdobyczy było reaktywowanie ZHP w dawnym tradycyjnym kształcie. Jacek Kuroń kontestował ten nawrót do bogoojczyźnianej tradycji ZHP, symbolizowanej przez postać autora "Kamieni na szaniec" Aleksandra Kamińskiego i powołał hufiec im. gen. Waltera, w którym propagował treści lewicowe i internacjonalistyczne. Dlatego do niego rodzice z rodzin komunistycznych oraz o żydowskim rodowodzie chętniej posyłali swoje dzieci niż do zwyczajnych szkolnych drużyn harcerskich, odbieranych jako nacjonalistyczne i klerykalne. Później Partia opanowała ZHP i potrzeba w osobnym czerwonym harcerstwie odpadła. Urażony tym Jacek Kuroń zajął się działalnością opozycyjną w Klubie Dyskusyjnym ZMS na UW i tam przeszli wraz z nim jego dawni wychowankowie. Później - już po jego uwięzieniu rozgorzał konflikt pomiędzy Partią a Episkopatem o list polskich biskupów do biskupów niemieckich, a następnie o program obchodów Milenium Chrześcijaństwa w Polsce. Na zebraniu Oddziałowej Organizacji Partyjnej PZPR przy wydziale ekonomii UW skrytykowałem wojnę z kościołem, ostrzegając, że szerokie rzesze wiernych odbierają to jako Kulturkampf z Kościołem. Dołączył do mnie wkrótce stażysta w naszej katedrze Ekonomii Politycznej II Waldemar Kuczyński i wraz z nim - wobec odmowy samokrytyki - zostaliśmy wydaleni z szeregów PZPR decyzją Warszawskiej Komisji Kontroli Partyjnej z tow. Lucjanem Kiewiczem na czele.
Ponadto uważałem, że w dyskusji z moczarowcami zwolennicy Kuronia zbyt łatwo oddają im monopol na hasła patriotyczne. Na spotkaniu dyskusyjnym w akademiku przy ul. Kickiego wszyscy zebrani walili jak w kaczy kuper w pułkownika Zbigniewa Załuskiego - rzecznika polskiego patriotyzmu, traktowanego jako agent wpływu gen. Moczara. Wszyscy stwierdzali w polemice z nim, iż marxizm odrzuca nacjonalizm. Zabrałem głos (wtedy jeszcze jako członek PZPR) i powiedziałem, że deklaruję się jako marxista i zarazem polski patriota, co u zebranych wywołało śmiech (że niby godzę ogień i wodę). W odpowiedzi powołałem się na samego Karola Marxa, który wraz z Fryderykiem Engelsem niezmiennie popierał polskie ruchy niepodległościowe, a następnie powiedziałem, że i obecnie polski patriotyzm nie jest uczuciem anachronicznym. Dostałem brawa.
Powołaliśmy kółko dyskusyjne, konkurencyjne wobec "komandosów", którzy uważali nasze grono za bogoojczyźniane. Ale mec. Karol Głogowski z Łodzi - uczestnik naszych dyskusji - spędził wiele godzin u Jacka Kuronia, z którym go poznałem, usiłując przekonać go do polskiego patriotyzmu, który Jacek wciąż negował w imię internacjonalizmu (Do mnie Jacek powiedział, że naród polski - to hipostaza, czyli byt nierealny. Tak mnie zatkało, że nie zapytałem go, czy uznaje, iż język polski istnieje realnie). W każdym razie gdy wypłynęła sprawa reakcji na zdjęcie "Dziadów", Jacek Kuroń był już skłonny wysuwać hasła patriotyczne typu "niepodległość bez cenzury". Niestety, krąg jego wychowanków z czerwonego harcerstwa spod znaku gen. Waltera wciąż stanowił podstawowy zrąb organizowanego przez niego ruchu opozycyjnego, określanego później przez Biuro Śledcze MSW jako Ruch 8 marca. Przeważali w nim młodzi ludzie z komunistycznych rodzin, w poważnym stopniu o żydowskim rodowodzie (kolega, który brał udział w spotkaniu u Jacka Kuronia w dniu 3 marca 1968 roku, na którym podjęto decyzję o wiecu 8 marca pod BUW-em, opowiadał, że inny jego kolega zwierzył mu się, iż nigdy w życiu nie widział tylu Żydów naraz). Jacek nawet zdawał sobie sprawę z tego mankamentu prowadzonej przez niego opozycji, (tak przynajmniej relacjonowała mi sprawę Irena Lasotówna), ale najwyraźniej nie przewidział, że propaganda partyjna aż tak ostro wykorzysta motywy antysemickie w odpowiedzi na ich protest. Wielu jego wychowanków bardzo boleśnie odczuło później syndrom odrzucenia wobec zakwestionowania przez czynniki urzędowe, zwłaszcza SB, ich polskości. Można to zaobserwować czytając "Gazetę Wyborczą".
Nie uwzględniono również, podejmując konfrontację z władzą, tragicznych następstw partyjnego odwetu dla kultury polskiej. Cały dorobek nauk humanistycznych w PRL po Październiku '56, zwłaszcza w dziedzinie rozwoju polskiej szkoły ekonomii, został zaprzepaszczony przez rugi "syjonistów" i "rewizjonistów" z wyższych uczelni. Zaiste, zgubne efekty - jak to określił Stefan Kisielewski na zebraniu Warszawskiego Oddziału Związku Literatów Polskich - "skandalicznej dyktatury ciemniaków nad kulturą polską".
Trzeba przyznać, że sytuacja w PRL pod rządami Gomułki zmieniała się tak szybko, że opozycja nie zdawała sobie sprawy z grozy sytuacji. Przecież wiec studentów UW zorganizowany w lecie 1964 roku dla poparcia listu 34 intelektualistów do premiera Józefa Cyrankiewicza nie wywołał tak tragicznych następstw, jak taki sam wiec po czterech latach. A tu takie brutalne represje.

Morze kłamstw

Oprócz represji było morze kłamstw. Zaskoczone tak żywą reakcją studentów na bicie kolegów (a zwłaszcza koleżanek) przez ZOMO, władze oskarżyły zupełnie bezpodstawnie Romana Zambrowskiego oraz Stefana Staszewskiego o przewodzenie antysocjalistycznej rewolcie. Stefan Staszewski wręcz przeciwnie - odradzał Jackowi Kuroniowi i Adamowi Michnikowi wszelkie awanturnictwo w przypadkowej rozmowie przed wiecem 8 marca. Natomiast Roman Zambrowski w ogóle nie miał z ówczesnym ruchem kontestacyjnym nic wspólnego. Po swojej niespodziewanej dla Gomułki dymisji 6 kwietnia 1963 roku ze stanowiska sekretarza KC i członka Biura Politycznego KC, a zwłaszcza po wygłoszeniu na XV plenum KC w dniu 13 marca 1964 roku krytycznego przemówienia o założeniach nowej pięciolatki, uznanej przez Gomułkę za platformę opozycyjną, Roman Zambrowski "wyparował" ze środków przekazu i młodzież studencka go w ogóle nie znała. Z kolei przywódcy Ruchu 8 marca mieli własne ambicje i nie zamierzali wyciągać kasztanów z ognia dla dawnych "puławian". Gomułka zaś nie mógł mu wybaczyć ostrzeżenia, że jeśli się nie zrewiduje gruntownie założeń pięciolatki 1966 - 1970 i nie podejmie więcej inwestycji w ludzi pracy, to pod koniec pięciolatki Partia znajdzie się w konflikcie z klasą robotniczą (co się sprawdziło co do joty w postaci krwawych rozruchów robotniczych na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku).
Gen. Moczar przez swych agentów infiltrujących wiece i pochody studenckie usiłował stworzyć wrażenie, że młodzież domaga się powrotu Romana Zambrowskiego do władz partyjnych, wznosząc hasła "Chcemy Zambrowskiego", "Zambrowski do Biura". Był to czysty surrealizm, ale Gomułka dał mu wiarę, gdyż 11 marca 1968 roku pochód studencki został celowo dopuszczony pod okna gabinetu Gomułki w siedzibie KC i ubole wznosili takie właśnie okrzyki, potraktowane przez "Wiesława" całkiem serio. Toteż gdy Roman Zambrowski napisał do niego list zawierający protest przeciwko gołosłownym zarzutom w środkach przekazu, Gomułka oświadczył na posiedzeniu Biura Politycznego: "W imię czego on się wypiera, kiedy my te hasła słyszeliśmy na własne uszy?". Prawdziwy cel manipulacji M. Moczara ujawnia okładka książki o nim Krzysztofa Lesiakowskiego wydanej przez wydawnictwo "Rytm" w 1998 roku, na której umieszczono zdjęcie z jednego z wieców poparcia dla tow. Wiesława w marcu 1968 roku (chodzi o wiec w Bydgoszczy 20 marca 1968 roku, organizowany przez KW PZPR). Na nim towarzysze trzymają transparenty m.in. z hasłami: "Chcemy M. Moczara" oraz "Moczar do Biura Politycznego". Mieliśmy zatem sytuację złodzieja, który biegnie, wołając dla zmyłki: "Łapcie złodzieja!". Skutkiem tej manipulacji było wydalenie Romana Zambrowskiego z szeregów PZPR 12 marca 1968 roku przez jego macierzystą organizację partyjną w NIK, gdzie był wiceprezesem (pod nieobecność delikwenta, co było złamaniem przepisów statutu PZPR), natomiast lipcowe XII plenum KC zaakceptowało propozycję Gomułki, by gen. Moczar został sekretarzem KC i zastępcą członka Biura Politycznego.

Zmiana układów personalnych w KGB udaremniła plany Moczara

Moczar poprzez swe intrygi przeciwko Gomułce podcinał własną gałąź, na której siedział, gdyż awans Jurija Andropowa na szefa KGB w maju 1967 roku na miejsce Władimira Semiczastnego pozbawiał go moskiewskiego parasola. Andropow - w odróżnieniu od tzw. rusitów - był przeciwnikiem rozpalania nacjonalizmu rosyjskiego w ZSRR, bojąc się skutków ubocznych nacjonalistycznej demagogii. W decydującej chwili podstawił on nogę Moczarowi jako człowiekowi swych poprzedników w KGB i rywali Aleksandra Szelepina oraz Władimira Semiczastnego. Na miejsce W. Gomułki Kreml wolał nie Moczara, lecz spokojnego Edwarda Gierka, lansowanego przez Kostikowa, który jako były redaktor polskojęzycznego "Kraju Rad" , a następnie szef sektora polskiego w KC KPZR mocno się angażował w zwalczanie gen. Moczara. Gdyby nie zakulisowe przeciwdziałania jego aspiracjom, mógłby gen. Moczar zająć miejsce Gomułki i stwarzać Moskwie problemy jako polski odpowiednik Nicolae Ceausescu. Ale jak wiadomo - przyroda dba, by drzewa nie rosły do nieba.

Podsumowanie

Przeżyliśmy w Polsce w przeciągu kilku lat kilka społecznych sztormów, które przyczyniły się do obalenia samowładztwa Gomułki. Najpierw podpuszczony przez gen. Moczara Gomułka wdał się w wojnę z Episkopatem, z ks. Prymasem kardynałem Stefanem Wyszyńskim na czele, przez co naraził się szerokim rzeszom katolików. Następnie po upływie dwóch lat wdał się w wojnę ze studentami i intelektualistami, co podkopało jego pozycję na szczytach władzy. Bez tego nie do pomyślenia byłoby zakwestionowanie jego przywództwa w Grudniu 1970. Tak spory o Milenium Chrześcijaństwa w 1966 roku, wojna o mickiewiczowskie "Dziady" oraz konflikt na Wybrzeżu doprowadziły do kolejnej przerwy ciągłości komunistycznej władzy, co ma taki poniekąd demokratyczny skutek w wychowaniu społecznym, jak rotacja przy piastowaniu urzędów. Dlatego PRL stawała się coraz bardziej znośnym barakiem w obozie socjalizmu.
Marzec '68 miał wielki wpływ na młodzież polską. Pamiętam, że każdy internowany działacz "S", z którym rozmawiałem obozie internowania w więzieniu na Białołęce, jeśli był inteligentem, a nie robotnikiem, opowiadał mi o swych doświadczeniach z SB w czasie wydarzeń marcowych. Pałowanie młodzieży odegrało swoją rolę edukacyjną. Dlatego nie należy przeciwstawiać społecznych doświadczeń roku 1966 i roku 1968, gdyż były to ogniwa tego samego łańcucha, a raczej kolejne fale rozwalające mury komunistycznej twierdzy W Warszawie zresztą pałowanie najpierw stało się udziałem młodzieży katolickiej w czerwcu 1966 roku, rozpędzanej przez ZOMO w sam raz na wysokości Uniwersytetu Warszawskiego. Później właśnie ks. Prymas Stefan Wyszyński stanął murem za bitą przez władze młodzieżą studencką. Również posłowie wspieranego przez księdza Prymasa katolickiego klubu "Znak" z Jerzym Zawieyskim na czele potępili brutalne bicie młodzieży, zgłaszając w tej sprawie interpelację do premiera Józefa Cyrankiewicza. Trzeba stwierdzić, że wywodzące się z Ruchu 8 marca środowisko "Gazety Wyborczej" pięknie się odwdzięczyło Słudze Bożemu, ks. Prymasowi Stefanowi Wyszyńskiemu, wspierając oszczerstwa Jana Tomasza Grossa pod jego adresem. Niegdyś przed laty Adam Michnik pokazywał mi z dumą Pismo Święte ofiarowane mu osobiście przez Prymasa Tysiąclecia z dedykacją "Zjedz tę księgę". Niestety, Adam sprawił zawód ks. Prymasowi i odstawił Ewangelię na półkę. A teraz obserwujemy skutki tych wyborów ideowych. Ale wszystko do czasu. Gdybym w 1966 roku na zebraniu partyjnym powiedział, że wkrótce koło Uniwersytetu będzie stał pomnik księdza Prymasa, zaś o Gomułce będzie się mówiło co najgorsze - towarzysze wezwali by na mnie pogotowie psychiatryczne. A przecież tak się właśnie stało. Niech więc żywi nie tracą nadziei.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Czy jesteśmy w Układzie Warszawskim, czy w NATO - teoria konwergencji się sprawdza, nie ma wielkiej różnicy - Stanisław Michalkiewicz o ustaleniach amerykańsko-rosyjskich w Soczi Wysłane czwartek, 10, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |