lutego 27, 2008 - marca 6, 2008

W wyniku walki frakcyjnej w PZPR-erii wyjechały na Zachód takie zbrodniarki jak Minga Fajga Danielak czy Helena Widerszpil oraz inni twórcy zbrodni stalinowskich w Polsce - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach Marca 1968 Wysłane czwartek, 6, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |









W wyniku walki frakcyjnej w PZPR-erii wyjechały na Zachód takie zbrodniarki jak Minga Fajga Danielak czy Helena Widerszpil oraz inni twórcy zbrodni stalinowskich w Polsce - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach Marca 1968 Wysłane czwartek, 6, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Zbliża się wielki krokami 40. rocznica tzw. wydarzeń marcowych, a więc buntu studenckiego, który wybuchł 8 marca 1968 roku, w którym jako student brałem też udział, chociaż oczywiście nie jako główny aktor, bo to jeszcze były dla mnie za wysokie progi. No, ale to i owo pamiętam, przynajmniej na tyle, by podjąć rozmowę z tymi, którzy - przy okazji tej 40. rocznicy chcą, jak mawiał działacz ludowy Ozga-Michalski »w dymach bijących wojny izraelsko-arabskiej uwędzić swoje półgęski ideowe«. Otóż za dużo jest tych amatorów półgęsków ideowych, dlatego pewne wyjaśnienia mogą okazać się pożyteczne. Ale by wszystko było bardziej zrozumiałe, trzeba cofnąć się w czasie i pokazać tło historyczne od momentu - akurat też jest rocznica - śmierci Chorążego Pokoju, Słońca Całej Postępowej Ludzkości Józefa Stalina, który umarł 5 marca 1953 roku. Jego panowaniu towarzyszyły ogromne zbrodnie. I kiedy Stalin opuścił ten padół płaczu, z dnia na dzień zaczął narastać wśród partyjniaków ogromny niepokój, kto będzie musiał »beknąć« za te wszystkie zbrodnie, bo przecież sam Stalin nie wszystkich wymordował osobiście, nie ściągał sam paznokci, nie sam katował, nie sam strzelał w tył głowy, nie sam umieszczał wrogów w łagrach, tylko musiał mieć wielu pomocników. Ten niepokój nasilił się po XX Zjeździe KPZR, gdzie Nikita Chruszczow ujawnił CZĘŚĆ zbrodni stalinowskich, bo warto przypomnieć, że słynny tajny referat Chruszczowa dotyczył oskarżeń Stalina o wymordowanie TYLKO »dobrych komunistów« przez Wodza, bo to, że komuniści wymordowali ponad 100 MILIONÓW LUDZI w czasach swoje władzy - to było przecież »w jak najlepszym porządku«. No i ten niepokój po XX Zjeździe przeniósł się na teren Polski, i wszyscy pełni trwożnego oczekiwania zastanawiali się, kogo wskaże nieubłagany palec jako winnego »kultu jednostki«? W takich momentach liczy się refleks i nim wykazali się towarzysze żydowskiego pochodzenia, którzy natychmiast przepoczwarzyli się z dnia na dzień w »liberałów«, prawie że ofiary zbrodni stalinowskich, i podnieśli nieubłagany palec, i wskazali na swoich kolegów-gojów, że to niby oni są tylko winni, no a goje powiedzieli, że »no, owszem, myśmy mordowali, ale przecież to WY nam to kazali«. Stąd wziął się antagonizm w PZPR, dwa nurty - »humanistyczny« i »wsteczny«, który czkawką się odbił w marcu 1968 roku" - Stanisław Michalkiewicz, wyśmienity publicysta pism prawicowych i stały współpracownik naszej witryny ASME, przybliża naszym odbiorcom tło tzw. wydarzeń marcowych z roku 1968.

Po śmierci Stalina wystąpiło jeszcze jedne zjawisko: otóż niepostrzeżenie komunizm zaczął tracić rozpęd, "więdnąć", starzy komuniści jakby "stracili smak do tego", straciła smak także "klasa robotnicza", także młodzież...
Jeden ze znanych internacjonalistycznych komunistów, Mikołaj Diomko, znany bardziej jak Mieczysław Moczar, wpadł na pomysł, by więdnący komunizm zaszczepić na ciągle żywym pniaku nacjonalistycznym. Problem polega na tym, że nacjonalizm potrzebuje wroga - a Moczar przecież nie mógł wskazać Związku Sowieckiego jako nieprzyjaciela. Z pomocą przyszedł szczęśliwy przypadek, jemu i jego frakcji "partyzantów" - skorzystali z okazji, że 6 czerwca 1967 roku rozpoczęła się wojna Izraela tzw. 6-dniowa, w której Izraelczycy osiągnęli spektakularne zwycięstwo. Ta wojna była w Polsce odbierana z pewną Schadenfreunde, raczej większość Polaków kibicowała Izraelowi, postrzegając kraje arabskie jako współpracowników Sowietów. Dostrzegło to argusowe oko "carycy Leonidy" na Kremlu i Breżniew zwrócił uwagę tow. Gomułce z pewną przyganą, a ów namiestnik okupanta sowieckiego już na zjeździe komunistycznych związków zawodowych 19 września 1967 roku wystąpił z przemową o "likwidacji syjonistycznej kolumny w Polsce". Stąd wziął się ów przedziwny "syjonizm" w Polsce komunistycznej, odbierany bardzo dziwacznie i bez większego zrozumienia w "masach ludowych", co skutkowało późniejszymi transparentami z napisami "Syjoniści do Syjamu"...

Oczywiście wszyscy pamiętają sprawę zawieszenia spektaklu w Teatrze Narodowym "Dziady" w reżyserii partyjnego reżysera Kazimierza Dejmka, podczas pokazów którego publiczność spontanicznie reagowała z antysowieckimi wystąpieniami. Stało się to powodem demonstracji studenckiej na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, która została rozpędzona siłami milicyjnymi i tzw. Rezerwy Ochotniczej Milicji Obywatelskiej ROMO - tzw. aktywu robotniczego. Zamieszki przeniosły się na ulice Warszawy. Akurat przypadkowo byłem w Warszawie, bo studiowałem w Lublinie, wpadłem na taką demonstrację na ulicy Marszałkowskiej przy kinie "Luna" i z chęcią demonstrowałem przeciwko komunistom - mów Stanisław Michalkiewicz. O żadnym Szlajferze czy Michniku oczywiście wtedy nie słyszałem, skorzystałem z okazji... - zauważa prawicowy publicysta.
"Partyzanci" zaczęli więc wykańczać "piątą kolumnę syjonistów", czyli frakcję żydowską w PZPR-erii. Przy tej okazji mogli ucierpieć Polacy polskiego pochodzenia, nie zamieszani w partyjną rozgrywkę - przyznaje Stanisław Michalkiewicz. Tylko że do tej pory i szczególnie z okazji obecnej 40. rocznicy tego wydarzenia panuje silna tendencja w merdiach przedstawiania go jako wybuch "organicznego, silnego polskiego antysemityzmu", jako swoistego "pogromu antyżydowskiego w Polsce", którego Żydzi byli jedynymi ofiarami, co ordynarnym fałszem. "Zmuszeni" do wyjazdu z Polski Żydzi mieli niepowtarzalną okazję - co wie każdy, kto żył wtedy w tym "cudownym, komunistycznym raju" - wyrwania się z niego - i to na upragniony dla większości zniewolonych ludzi w obozie komunistycznym Zachód. Przecież inni ludzie czasami nawet życiem ryzykowali, by wydostać się z okupowanej Polski! Ci "wyrzuceni" - często to byli partyjni i ubeccy funkcjonariusze, obarczeni zbrodniami lat stalinizmu, twórcy tego systemu, zbrodniarze, którzy mieli krew na rękach, stalinowcy, skurw***ni, którzy nie zdążyli z pierwszą emigracją z lat 50. - emocje ujawniają się w wypowiedzi prawicowego publicysty.
Między innymi wyjechały w tamtym okresie Minga Fajga Daniela, znana bardziej pod nazwiskiem Heleny Wolińskiej, stalinowska prokurwatorka czy Helena Widerszpil, której Janusz Szpotański poświęcił osobny wierszyk, za który został usunięty ze studiów na Uniwersytecie Warszawskim...
Warto, by pamiętał o tym pan "wiceparszałek" (jak Go określa Stanisław Michalkiewicz) Stefan Niesiołowski, który twierdzi, że dla Polski przywrócenie obywatelstwa dla takich ludzi jest "sprawą honoru".

Nagranie trwa ponad 17 minut, jest dostępne w Sieci do 20 III 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




KE chce naszego dobra, a konkretnie - naszych pieniędzy! - Janusz Baczyński Wysłane czwartek, 6, marca 2008 przez Janusz Baczyński


Komisja Europejska walczy z globalnym ociepleniem, oczywiście na nasz koszt.

    Cena energii elektrycznej wzrosła by w Polsce o co najmniej 50-70 proc. w 2013 roku, gdyby przyjęto propozycje KE dotyczące redukcji emisji CO2 w elektroenergetyce - ostrzegł w poniedziałek minister środowiska Maciej Nowicki.

A tu okazało się że średnia temperatura na Ziemi w styczniu 2008 wyraźnie spadła w stosunku do stycznia 2007 według wszystkich 4 instytutów mierzących tę wielkość.

http://wattsupwiththat.wordpress.com/2008/02/19/january-2008-4-sources-say-globally-cooler-in-the-past-12-months/

Jeśli fakty nie zgadzają się z założeniami Komisji... tym gorzej dla faktów - kasa do Brukseli ma płynąć i już. Bruxela locuta causa finita.

Janusz Baczyński


Rewolucja moralna pożera własne dzieci w telewizji Andrzeja Urbańskiego - Łukasz Perzyna o "wstrząsach tektonicznych" w "państwowych" stacjach telewizyjnej i radiowej Wysłane środa, 5, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Rewolucja moralna pożera własne dzieci w telewizji Andrzeja Urbańskiego - Łukasz Perzyna o "wstrząsach tektonicznych" w "państwowych" stacjach telewizyjnej i radiowej Wysłane środa, 5, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

"W latach 90. w Rosji został zawarty sojusz miedzy oligarchami a władzą polityczną. Sojusz okazał się krótkotrwały, ale pozwolił przełamanie sondażowego fatalizmu wskazującego na zupełny brak popularności Borysa Jelcyna, obwinianego nie bez racji przez własne społeczeństwo za spadek poziomu życia i rozdawnictwo majątku narodowego. Dzięki sojuszowi z oligarchami władza dostała niemal nieograniczony dostęp do stacji telewizyjnych, które były wtedy w ich rękach. Nieważne, że Borys Jelcyn w chwili rozpoczęcia wyścigu wyborczego miał zaledwie 3% poparcia w społeczeństwie, inni kandydaci cieszyli się poparciem niewspółmiernie większym. W kampanii stacje TV pokazywały właściwie tylko Jelcyna. Borys Jelcyn wybory te wygrał. Potem wskazał swojego następcę - Władimira Putina. Ten, kiedy doszedł do władzy, poodbierał oligarchom kanały telewizyjne, a ich samych wygnał z Rosji. Kiedy zaraz po podwójnym zwycięstwie PiS w 2005 roku nastąpiło niemal natychmiast przełożenie się tego zwycięstwa na całą pulę wziętą również w mediach elektronicznych, powołano szefów radia i TVP sprzyjających PiS, tak jak kiedyś w Rosji kanały telewizyjne pokazywały Jelcyna, tak każda niemal konferencja tego ugrupowania, włącznie z lokalnymi, były nieustannie pokazywane najpierw w TVP Info, potem w pozostałych kanałach" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i stały współpracownik naszej witryny ASME, komentuje wyprzedzająco (!) "wstrząsy tektoniczne", które napływają pod gmachy Telewizji Polskiej i Polskiego Radia.

Oglądaliśmy Jarosława Kaczyńskiego, Jego Brata - Prezydenta, innych tuzów Prawa i Sprawiedliwości przez te dwa lata aż w nadmiarze. Media pełne były relacji z każdej imprezy partyjnej "patriotów polskich", często ujawniając momenty kompromitujące najwyższych funkcjonariuszów partyjnych, jak choćby było to w przypadku wpadki Jarosława Kaczyńskiego ze słowami polskiego hymnu. Mimo takiego nieprzerwanego festiwalu medialnego PiS przegrało następne wybory. Potwierdziło się znane od lat na scenie polskiej polityki powiedzenie: kto posiada państwową telewizję - przegrywa wybory. Teraz nic nie zapowiada odwrócenia wyniku wyborczego - ale co gorsza dla PiS kolejne sondaże (ostatni dla gazety "Rzeczpospolita" z 03.03.2008) wskazują na dramatyczny dla niego spadek poparcia w polskim społeczeństwie. Mniej więcej nadal połowa Polaków wskazuje PO jako swój wybór polityczny, PiS popiera już tylko 16%.
Jak to się ma do państwowej telewizji, której szef Andrzej Urbański jest funkcjonariuszem partyjnym PiS, do Polskiego Radia, którego szefem jest Krzysztof Czabański, należący do zaplecza intelektualnego i animatorów Porozumienia Centrum? Rzut oka na zaplecze medialne, które sobie dobrali, wykonując swój skok na media państwowe, wyjaśnia wiele - uważa Łukasz Perzyna.
Patrząc na TVP - afera goni aferę. Najpierw Samemu Urbańskiemu postawiono zarzuty przyjęcia łapówki od jakichś śmieciarzy, kiedy był wiceprezydentem Warszawy - nigdy nie nadeszło z jego strony stanowcze dementi. Podwładni szefa medialnej firmy z Woronicza i Jasnej? Gdyby służby specjalne PRL, osławione WSI na przykład, chciały ulokować swojego konia trojańskiego, by od środka demontować Prawo i Sprawiedliwość, to ten koń - wedle najlepszych wzorów teorii spiskowych - musiałby nazywać się "program publicystyczny »Misja specjalna«"... - mówi Łukasz Perzyna.
Miał to być okręt flagowy, sztandarowy program "moralnej rewolucji" Prawa i Sprawiedliwości... Już dwa nazwiska: Anita Gargas i Dorota Kania, wyjaśniają wiele. Wczoraj zdymisjonowano naczelną Programu I TVP Małgorzatę Raczyńską...

Nagranie trwa ponad 17 minut, jest dostępne w Sieci do 19 III 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




W obecnej sytuacji zmiana konstytucji jest musztardą po obiedzie, ale system prezydencki byłby i tak lepszy niż dzisiejszy, parlamentarno-gabinetowy - Stanisław Michalkiewicz o dyskusji nad zmianami w konstytucji Wysłane środa, 5, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








W obecnej sytuacji zmiana konstytucji jest musztardą po obiedzie, ale system prezydencki byłby i tak lepszy niż dzisiejszy, parlamentarno-gabinetowy - Stanisław Michalkiewicz o dyskusji nad zmianami w konstytucji Wysłane środa, 5, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Pewnie się powtórzę po raz kolejny, ale muszę przytoczyć spostrzeżenie Cata-Mackiewicza, który stwierdził, że tylko język polski stworzył takie makabryczne powiedzenie »marzenia ściętej głowy«. Akurat tak się składa, że po uchwale sejmowej, kiedy to posłowie przesądzili, że nie będzie referendum w sprawie ratyfikacji tzw. traktatu lizbońskiego, czyli przypieczętowania Anszlussu, zaczęła się dyskusja, na razie w mediach, ale pewnie się przeniesie na teren parlamentarny - o zmianie konstytucji. No, rychło w czas! W sytuacji, kiedy właściwie przestaje mieć znaczenie, co tu wymyślą władze tubylcze, a właściwie nie władze - tylko administracja tubylcza, to nagle się zaczęto zastanawiać nad zmianą konstytucji. Oczywiście nie chodzi tu wcale o żadną poprawę konstytucji, tylko o dwie rzeczy: o przejęcie kontroli nad państwowymi mediami elektronicznymi, czemu służy »dyskusja« wokół usytuowania KRRiTV oraz dalszą oligarchizacją sceny politycznej, czemu służy dyskusja nad ordynacją wyborczą i ogólnymi zasadami wyborczymi. Pojawiły się w tej drugiej kwestii nowe postulaty: premier Tusk doszedł do wniosku, że byłoby lepiej, gdyby cała Polska była jednym wielkim okręgiem wyborczym, na to natychmiast zareagował pan premier Pawlak, że dla PSL-u byłoby lepiej, gdyby Polska byłaby podzielona na pięć okręgów. Na pewno tak byłoby - dla PSL-u, w końcu pan premier Pawlak jest znanym cybernetykiem" - Stanisław Michalkiewicz, znakomity publicysta prawicowy i stały współpracownik naszej witryny ASME, komentuje najnowsze wydarzenia na scenie teatru politycznego "polskiego regionu UE".

PO zdaje sobie sprawę, że po wykonaniu "programu odwdzięczania się" może pojawić się dla niej pewne niebezpieczeństwo i "zaistnieje nowa siła polityczna", która ją zluzuje. Stanisław Michalkiewicz obserwuje już od kilku dni pojawiające się takie sygnały - np. ze strony stacji telewizyjnej TVN, którą uważa za ekspozyturę medialną przynajmniej jednego oddziału razwiedki. Ni stąd, ni zowąd ten ośrodek merdialny zaczął nagle wychwalać pod niebiosa b. premiera Marcinkiewicza, który "jak by założył partię, to natychmiast poparłoby ją 11% Polaków"... Jeszcze nic o niej wiedzą, ale - by poparli, dlatego że "to Kazimierz Marcinkiewicz naszą duszeńką jest"!
Nie byłoby to wcale takim znowu precedensem. Już w czasach Chorążego Pokoju, Słońca całej Postępowej Ludzkości, znanej postaci w "ruchu robotniczym", którego rocznica śmierci akurat przypada na dzień dzisiejszy, w Związku Sowieckim, w czasie wyborów 1937 roku, gdy startował On w 1. stalinowskim okręgu wyborczym w Moskwie, wygłosił był spiżowe słowa, że "nigdzie i nigdy nie było takiej demokracji jak nasza!", z czym wypada się zgodzić bez zastrzeżeń. Nie tylko w każdym okręgu wyborczym była zarejestrowana tylko jedna, ta jedyna lista wyborcza, Jedynej Partii, oczywiście bolszewickiej WKPb, ale i był w nich zgłoszony tylko jeden kandydat - więc ludzie sowieccy nie mieli stresu podczas wyboru kandydata, to właśnie był ten osławiony humanizm socjalistyczny. Jakby się chciał zgłosić jakiś inny - to chyba by nie przeżył tego strasu... O tym wszystkim pamięta na pewno Platforma Obywatelska, stąd i owa dyskusja nad ordynacją oraz propozycje jednego okręgu wyborczego...
Natomiast dyskusja nad Krajową Radą Radiofonii i Telewizji jest próbą namysłu nad rozwiązaniem kwadratury koła - jak polityczne instytucje mają powołać niepolityczne ciało...
Stanisław Michalkiewicz przy okazji dyskusji nad zmianą konstytucji radzi podjąć próbę zmiany systemu polityczno-gabinetowego na model prezydencki.

Nagranie trwa ponad 10 minut, jest dostępne w Sieci do 19 III 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Nowy program Bronisława Wildsteina w TVP
Cienie PRL (bez blasków) - Tadeusz M. Płużański
Wysłane środa, 5, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

5 marca w TVP I rusza cykliczny (emitowany w każdą środę) program Bronisława Wildsteina "Cienie PRL". Będzie opowiadał nie tylko o najnowszej historii Polski, ale przede wszystkim o ciągle żywej obecności Polski Ludowej we współczesnym życiu Polaków. Czyli o tytułowych cieniach PRL w III RP.

- Program ma pokazywać prawdziwą historię, odkłamując propagandę serwowaną przez lata przez komunistów i to, jak mocno owa komunistyczna przeszłość wpływa na rzeczywistość dzisiejszej demokratycznej Polski. A zatem, na ile dawny system ukształtował Polskę, w której żyjemy - tłumaczy Bronisław Wildstein.
Producentem programu jest krakowski ośrodek Telewizji Polskiej, pod kierownictwem Witolda Gadowskiego. Badawcze wsparcie i konsultację naukową zapewnił Instytut Pamięci Narodowej. W "Cieniach PRL" dyskusja w studiu będzie wzbogacona o archiwalne, często unikalne materiały filmowe i felietony.
Autorzy "Cieniów PRL" będą odsłaniać "białe plamy" komunizmu, ludzi tamtego systemu oraz to, jak udało im się wtopić w nową rzeczywistość Polski po politycznej transformacji.
Pierwszy program będzie poświęcony niezależnym związkom zawodowym, które na fali karnawału "Solidarności" w 1981 roku chcieli powołać milicjanci. Tych, którzy w PRL czuli się bardziej policjantami niż funkcjonariuszami MO, spotkały represje i szykany. Do idei policyjnego związku wrócono w wolnej Polsce, ale ten cień PRL-u jest obecny do dziś. W III RP cały czas mniej jest tradycji policji państwowej z czasów II RP, czyli służby broniącej wolnych obywateli wolnego państwa, a często można spotkać ludzi i sposób myślenia rodem z komunizmu. Autorzy programu doszli do smutnej konstatacji, że tylko ci ostatni - byli już milicjanci i SB-ecy zrobili karierę po 1989 roku. W związku z tym bardzo na czasie staje się pytanie - czy dzisiejsza policja, która ma stać na straży bezpieczeństwa obywateli III RP, rzeczywiście może - z takim PRL-owskim garbem - w sposób nie budzący wątpliwości wykonywać swoje zadania? Z ramienia Instytutu Pamięci Narodowej opiekę merytoryczną nad tym odcinkiem programu sprawuje dr Maciej Korkuć z Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej w Krakowie.
Kolejny odcinek "Cieniów PRL-u" będzie dotyczył sędziów stanu wojennego. Aktualnym odniesieniem, świadczącym o tym, że ta historia nadal trwa, jest decyzja Sądu Najwyższego z grudnia ubiegłego roku. SN uznał wówczas, że sędziów, którzy wydawali wyroki w oparciu o dekret o stanie wojennym, nie należy pociągać do odpowiedzialności. Nieistotny okazał się fakt, że orzekali (często skazując ludzi na kary nawet 10 lat więzienia) w momencie, kiedy ów dekret jeszcze nie obowiązywał, gdyż nie został ogłoszony w dzienniku ustaw. Czytelnik może zapytać - i co to ma wspólnego z dzisiejszym wymiarem sprawiedliwości? Otóż ma, bo wielu z sędziów stanu wojennego nadal orzeka. A jeśli nawet zostali zmuszeni do odejścia w cień, bronią ich koledzy - nadal aktywni sędziowie.
W programie będzie też mowa m.in. o płonących podczas przełomu 1989 roku archiwach bezpieki, co dziś znacznie utrudnia nam poznanie prawdy o tamtych czasach czy komunistycznej symbolice wciąż obecnej w przestrzeni publicznej demokratycznej Polski. W tym miejscu trudno nie przywołać nowej inicjatywy radnych Rzeszowa, którzy chcą nadać jednej z ulic miasta imię Władysława Kruczka, jednego z odpowiedzialnych za masakrę robotników na Wybrzeżu w roku 1970.
I tu pojawia się kolejne pytanie: czy honorowanie takich ludzi i takiej przeszłości jest zgodne z polską polityką historyczną - a szerzej - z polską racją stanu? Czy takie wydarzenia budują naszą narodową tożsamość i wzbogacają historię Polski, czy wręcz przeciwnie - nadal ją fałszują? W końcu - czy oddając honory oprawcom zamiast bohaterom, możemy przekazać tradycję wolnej Polski następnym pokoleniom? Na te fundamentalne pytania będą starali się odpowiedzieć autorzy cyklu "Cienie PRL".

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Emisja pierwszego odcinka programu "Cienie PRL" w TVP I odbędzie się w środę, 5 marca, o godz. 22.

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Co nastąpi po Roku Niepodległości? - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 5, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Wprawdzie media poświęciły temu wydarzeniu niezbyt wiele miejsca, ale wiadomo, że 28 lutego wkrótce po godzinie dziewiątej rano sejm RP zdecydował, że sam zdecyduje o ratyfikowaniu tzw. traktatu europejskiego i to zdecyduje niezwłocznie, gdyż i tak już kilka krajów nas w tym dziele wyprzedziło, a przecież zamysł był taki, że Polska odzyskawszy niepodległość po dwóch latach dyktatury ów traktat ratyfikuje jako pierwsza. Tak więc 357, tj. 85 proc. posłów biorących udział w głosowaniu bez dyskusji zdecydowało, że oni sami zdecydują o traktacie, innego zdania było jedynie 55 posłów, a zdania na ten temat nie miało siedmiu posłów, którzy wstrzymali się od głosu. Co ciekawe: w głosowaniu nie brało udziału trzech prominentnych posłów PSL-u, tj. Waldemar Pawlak, Jarosław Kalinowski i Marek Sawicki, ale należałoby przyjąć, że od głosowania nie odstręczyła ich materia uchwały, ale raczej inne obowiązki. Oczywiście, gdyby coś w przyszłości z tym wyciskaniem brukselki poszło nie tak, to wierchuszka PSL-u zawsze będzie mogła mówić, że przecież oni zawsze byli za szerokimi konsultacjami społecznymi w tej sprawie. W głosowaniu nie uczestniczyli też np. Zbigniew Ziobro i posłanka Rokita-Arnold, ale w tym przypadku można przypuszczać, że posłanka PiS-u zaspała albo zapomniała przyjść punktualnie na obrady. Wprawdzie 55 posłów PiS-u było przeciw takiemu trybowi zatwierdzania traktatu, ale warto zastanowić się, co by było, gdyby dajmy na to uchwała musiała przejść znacznie większą większością głosów, np. trzema czwartymi w stosunku do całkowitej liczby wszystkich posłów. Czy przypadkiem wtedy liczebność tych "rejtanów" nie uległaby aby skurczeniu do takiego poziomu, który zapewniałby bezpieczne powzięcie wiadomej uchwały i czy wtedy również Jarosław Kaczyński pozwoliłby na głosowanie podług własnego uznania, czy nie zarządziłby jednak tzw. dyscypliny klubowej?
Ale pozostawiając te gdybania nierozstrzygnięte, warto zwrócić w kontekście wspomnianej uchwały na jeszcze inny, również niesłusznie przemilczany fakt. Otóż kilkanaście dni wcześniej, tj. 7 lutego tenże sam sejm, który aż przebiera nogami, aby naszą suwerenność poddać władzy biurokracji brukselskiej, podjął uchwałę ustanawiającą rok obecny Rokiem Niepodległości. Końcowy fragment tej uchwały przyjętej - jakżeby inaczej - przez aklamację brzmiał "Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, pamiętając o tych wszystkich, którzy walczyli i trudzili się w służbie Ojczyzny, oddając hołd Jej twórcom i obrońcom oraz kontynuując ich dzieło, ogłasza rok 2008 Rokiem Niepodległości. Jego obchody nie tylko będą okazją do dzielenia się z młodymi Polakami wiedzą o przeszłości, ale także przyczynią się do upowszechnienia przekonania, że wolna Polska wciąż wymaga i nadal będzie wymagać naszej wspólnej troski i pracy".
Miał rację Franciszek de la Rochefoucauld, stwierdzając, że "obłuda jest hołdem, jaki występek oddaje cnocie", bo ani chybi sejmowi przywódcy wprowadzając dość niespodziewanie ten punkt do porządku obrad, już wiedzieli, że za kilkanaście dni będą musieli ratyfikować traktat, które de facto od 2009 r. ową niepodległość praktycznie zniesie. Przypominają w tym trochę owych targowiczan, którzy w wojnie polsko-rosyjskiej stojąc po stronie wojsk carskich, cieszyli się, gdy dochodziły do ich obozu wieści o lokalnych sukcesach wojsk królewskich. Mieli wtedy zacierać ręce i poklepywać się z uciechy, jak to nasi Rusinów pogonili. Gdyby znali współczesne obyczaje, to pewnie urządzaliby okazjonalne akademie sławiące niepodległość i dzielili się z innymi wiedzą o przeszłości. Może nawet sejm niemy nie byłby niemy, gdyż uchwaliłby uchwałę o ustanowieniu roku albo chociażby miesiąca niepodległości, w zależności od tego na co zezwoliłaby "Semiramida Północy".
Obecnie nasi posłowie oddający hołdy niepodległości z marszałkiem Komorowskim na czele nawet nie potrafili dobrze przygotować uchwały, co spowodowało podczas obrad małe zamieszanie ze względu na mylną datę jej powzięcia. Na zwróconą z sali sejmowej uwagę marszałek Komorowski stwierdził tylko, że "...służby nawaliły... W takim razie trzeba poprawić tekst". Niestety, 28 lutego służby już nie nawaliły i zapewne nie nawalą podczas następnego posiedzenia sejmu, na którym traktat europejski ma zostać ratyfikowany. Stąd też cieszmy się Rokiem Niepodległości, bo w rzeczywistości uchwała sejmu z 7 lutego powinna nazywać się uchwałą o ustanowieniu Ostatniego Roku Niepodległości.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Powstanie Antykomunistyczne przeciwko kolonizacji Polski przez Sowietów - Tadeusz M. Płużański Wysłane wtorek, 4, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Wydany przez Instytut Pamięci Narodowej "Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944 - 1956" jest dziełem szczególnym, nie tylko dlatego, że w sposób niezwykle szczegółowy przedstawia dzieje oporu Polaków przeciwko nowemu, sowieckiemu okupantowi. Jego wielką wartością jest również to, że porusza zagadnienia do tej pory mało znane w powszechnej świadomości. O podziemiu antykomunistycznym nie pisano - mimo upływu 18 lat "wolnej Polski" - zbyt wiele, wyjąwszy kilka większych prac, jak np. "Czerwona Msza" Bohdana Urbankowskiego, czy dwie pozycje o tym samym tytule - "Żołnierze wyklęci", jedna autorstwa Jerzego Ślaskiego, druga wydana w formie albumu przez Oficynę Wydawniczą Volumen we współpracy z Ligą Republikańską.

Atlas zadaje kłam kilku rozpowszechnianym w PRL-u przez komunistyczną propagandę, kłamliwym twierdzeniom, niestety funkcjonującym często nawet do dziś. Po pierwsze: że w Polsce mieliśmy do czynienia z wojną domową, bratobójczymi walkami, w których tylko jedna strona - rzecz jasna komunistyczna - miała rację. Po drugie, że w 1944 roku zdecydowana większość Polaków poparła nową władzę, czyli że komuniści nie napotkali na większy opór społeczny. Po trzecie, że ci, którzy przeciwstawiali się tej władzy, byli "zdrajcami", "faszystowskim, reakcyjnym podziemiem", "zaplutymi karłami reakcji", a najczęściej "bandami".
Jak wypowiadał się o tym wybitny znawca powojennych dziejów Polski historyk Marek Jan Chodakiewicz: "Jest to zdumiewające, bowiem nigdy w historii świata nikt nie pisał uczciwie o żadnej »wojnie domowej«, kiedy centrum dowodzenia drugiej strony znajdowało się w obcej stolicy (Moskwie) i w obcych rękach (Stalin), a większość wojsk związanych z walkami, decydującymi o ich przebiegu, to Sowieci - zarówno Armia Czerwona jak i NKWD. Komunistyczny przywódca Władysław Gomułka pisał otwarcie w maju 1945 r., że bez Sowietów, tubylczych komunistów zmieciono by z Polski w tydzień. Dużo bardziej zasadnym jest przyłożyć do Polski model post-kolonialny. Większość tzw. polskich żołnierzy służących po stronie komunistów, to poborowi z przymusu. Nieliczni to miejscowi kolaboranci. Do pewnego stopnia podobnie przecież było w koloniach brytyjskich w Afryce czy w Indiach. Tamtejsze powstania tłumiły od początku siły tubylcze pod brytyjskim dowództwem. Ale wojska brytyjskie były bardzo nieliczne. W Polsce natomiast mieliśmy nie tylko siły tubylcze pod sowiecką komendą, ale wręcz wielomilionowe armie sowieckie z całymi dywizjami NKWD zajętymi zwalczaniem polskich powstańców.
Żołnierze II konspiracji niepodległościowej byli zatem nie "bandytami", ale patriotami, którzy walczyli o niepodległy byt państwa polskiego, płacąc za to często najwyższą cenę. Ich cnotą było to, że nawet pod nową okupacją chcieli być ludźmi wolnymi. Często do lasu szli dlatego, że w "ludowej" Polsce nie było dla nich miejsca, że tylko w leśnych oddziałach mogli czuć się bezpiecznie. Dwie, przeprowadzone w 1945 i 1947 roku, akcje amnestyjne dla większości żołnierzy podziemia skończyły się więzieniem, a nawet karą śmierci.
Mało znana była do tej pory również skala oporu. Tymczasem przez podziemie niepodległościowe przeszło ponad 200 tysięcy osób, kilkanaście tysięcy z nich straciło życie.
Dla porównania - w Powstaniu Styczniowym walczyło co najwyżej 100 tysięcy Polaków. Dlaczego zatem walki z sowieckim okupantem po II wojnie światowej nie nazywać po prostu: Powstaniem Antykomunistycznym, jak domaga się tego Marek Jan Chodakiewicz?
Atlas opisuje dzieje zarówno wielkich, ogólnopolskich organizacji, jak Armia Krajowa i powstałe na jej bazie Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość, jak również Narodowe Zjednoczenie Wojskowe, ale także dziesiątki mniejszych, często lokalnych struktur antykomunistycznych. Prócz historii zbiorowości pokazuje też konkretnych ludzi, ich nazwiska, twarze i na ogół tragiczne losy.
Po raz pierwszy opisana została także mało znana konspiracja młodzieżowa, która obejmowała - jak się dowiadujemy z wnikliwych badań - ponad 11 tys. grup w całym kraju. Dla nich "ludowa" władza wcale nie była łagodniejsza - też byli represjonowani, skazywani i zsyłani do obozów dla młodocianych więźniów politycznych.
W "Atlasie" przyjęto dwie daty graniczne istnienia antykomunistycznego podziemia. Początek to styczeń 1944 r., kiedy Armia Czerwona zaczęła wkraczać na ziemie II RP. Koniec to grudzień 1956 r., czyli ostatnia amnestia dla żołnierzy wolnej Polski, związana z październikową "odwilżą". Ale - jak podkreślają sami autorzy - to cezura jedynie symboliczna. Nawet do połowy lat 60. przed komunistami ukrywali się bowiem (bo o walce nie mogło być już raczej mowy) ostatni żołnierze II RP. Jednym z nich był Józef Franczak "Lalek", w czasie niemieckiej okupacji AK-owiec, potem członek Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, zadenuncjowany i zamordowany podczas obławy w 1963 roku.
Reasumując, wbrew komunistycznej, czarnej propagandzie, niepodległościowe podziemie w latach 1944 - 1956 było niemal bezpośrednią kontynuacją organizacyjną i ideową niepodległościowej konspiracji antyniemieckiej okresu II wojny światowej, przede wszystkim Armii Krajowej i Polskiego Państwa Podziemnego. Głównym celem żołnierzy II konspiracji było odzyskanie przez Polskę wolności. Powołując się na Marka Jana Chodakiewicza, śmiało można powiedzieć, że było to Powstanie Antykomunistyczne przeciwko kolonizacji Polski przez Sowietów.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

"Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956", red. Rafał Wnuk, Sławomir Poleszak, Agnieszka Jaczyńska, Magdalena Śladecka, Warszawa - Lublin 2007

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Jeśli Traktat to z nową Konstytucją - Janusz Baczyński Wysłane poniedziałek, 3, marca 2008 przez Janusz Baczyński


Jeśli Traktat ma być przyjęty to TYLKO razem z odpowiednimi poprawkami do Konstytucji. Inaczej narażamy się (jeśli Traktat będzie ratyfikowany przez resztę państw i wejdzie w życie) na kolosalne kłopoty.

    Traktat Reformujący przewiduje powstanie nowego suwerennego państwa o nazwie Unia Europejska. Rzeczpospolita Polska utraci swą suwerenność i wejdzie w skład UE jako państwo członkowskie posiadające autonomię w zakresie określonym przez Traktat Reformujący.

Konstytucja RP będzie wymagała szeregu zmian, aby stała się zgodna z Traktatem Reformującym. W szczególności trzeba będzie usunąć art. 8. ust. 1 "Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej". Trzeba będzie też usunąć art. 4. ust. 1.: "Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu". Teoretycznie nie musimy przeprowadzać tych zmian, ale Traktat przewiduje, że w razie nie dostosowania prawa państwa członkowskiego do prawa UE odpowiednie organy UE mają prawo na państwo członkowskie nakładać kary.

Biorąc to pod uwagę jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest przyjęcie czyli ratyfikowanie Traktatu tylko jednocześnie z przyjęciem odpowiednich zmian w Konstytucji. Dlaczego?
Nie jest tajemnicą, że wielu Polaków jest patriotami polskimi dumnymi z samowładztwa swojego narodu, nie mają zaufania do obcych rządów, nawet jeśli w ich składzie będzie trochę Polaków. Bardzo sobie cenią suwerenność Polski, wielu z nich poświęcało się, aby tę suwerenność Polska miała, wielu czuje się spadkobiercami tych, którzy oddali życie w walce o suwerenną Polskę.

Powiedzmy, że teraz jednak w Sejmie nie znajdzie się odpowiednia liczba posłów, którzy Polaków nie zgadzających się na utratę suwerenności reprezentują i nie zdoła ta grupa zablokować ratyfikacji traktatu. Jeśli reszta państw ratyfikuje Traktat, to wejdzie on w życie 1 stycznia 2009 r. i będziemy musieli w końcu zmienić Konstytucję, aby nie płacić kar. Co prawda do zmiany Konstytucji potrzeba tyle samo posłów co do przyjęcia traktatu, czyli 2/3, ale dodatkowo potrzeba jeszcze zgody bezwzględnej większości w Senacie. Wcale nie jest powiedziane, że bezwzględna większość senatorów będzie za pozbyciem się suwerenności Polski. Jest jednak jeszcze większe ryzyko zablokowania zmian w Konstytucji. Mianowicie przy zmienianiu rozdziału I, w którym są art. 4. i art. 8., już 1/5 ustawowej liczby posłów może zażądać zorganizowania referendum w sprawie zmiany Konstytucji. Raczej taka grupa posłów patriotów polskich się znajdzie, a wtedy może się okazać, że referendum wygrają patrioci polscy, a nie patrioci europejscy.

Powstała by wtedy sytuacja patowa, za którą wszyscy zapłacimy, bo pewnie UE nie wykaże zrozumienia dla buntowników i nie odstąpi od wymierzania kar w celu "zachęcenia" narodu do oddania jej władzy nad RP. W ten sposób możemy trwać w klinczu wiele lat, płacić Unii wielkie pieniądze, zanim albo patrioci polscy się poddadzą, albo uda się z Unii wystąpić, a nie jest to łatwe i szybkie.

Aby uniknąć takiej koszmarnej sytuacji, w której płacilibyśmy Unii "za nic", trzeba po prostu Traktat i zmiany w Konstytucji zatwierdzić lub odrzucić razem w jednym referendum. Albo naród przyjmie Traktat i odpowiednie zmiany w Konstytucji, albo Traktat zostanie odrzucony i Konstytucja zostanie bez zmian.

Janusz Baczyński, patriota polski


Największy elektorat nie oczekuje od polityków cudu, ale chce, by mu nie przeszkadzali w dorabianiu się i w normalnym życiu - Łukasz Perzyna o " "kłótniach w rodzinie" i kiepskim wizerunku najsilniejszych ugrupowań parlamentarnych "polskiego regionu UE" Wysłane poniedziałek, 3, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Największy elektorat nie oczekuje od polityków cudu, ale chce, by mu nie przeszkadzali w dorabianiu się i w normalnym życiu - Łukasz Perzyna o "kłótniach w rodzinie" i kiepskim wizerunku najsilniejszych ugrupowań parlamentarnych "polskiego regionu UE" Wysłane poniedziałek, 3, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Najdłuższe wystąpienie inauguracyjne w historii prezydentury Stanów Zjednoczonych wygłosił prezydent William Harry Harrison. Przemawiał ponad godzinę, dzień był mroźny, występował w surducie, nie założył płaszcza, bardzo źle się to dla niego skończyło. Przemawiając rekordowo, nabawił się zapalenia płuc. Zmarł w 33 dni po wystąpieniu. To był rok 1841, penicyliny jeszcze wtedy nie znano. Przeszedł do historii w tym względzie, że »zagadał się na śmierć«. Premier Donald Tusk, kiedy wygłaszał swe trzygodzinne, też rekordowe przemówienie, wygłosił je w cieple, nic Mu więc tak naprawdę nie groziło. Drugie przemówienie, "małe exposé", godzinne, bardzo obszerne, wygłoszone z okazji rządowej »studniówki«, odbywało się w komfortowych warunkach, płaszcz nie był potrzebny: słuchali go w kancelarii premiera ministrowie-posłowie z jego własnego gabinetu z PO i z PSL, koalicjanci, premierowi więc znowu nic nie groziło. Któremu z polskich polityków memento z zachowania prezydenta Williama Harrisona powinno być więc pisane? Myślę, że powinno być adresowane do Jarosława Kaczyńskiego" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje najnowsze wydarzenia na scenach teatru polityki "polskiego regionu UE".

Wyjątkowo rozgadanemu ostatnio byłemu premierowi Kaczyńskiemu powinna przyświecać owa analogia historyczna. Miał już swój czas, kiedy zamiast przemawiać - mógł wprowadzać w czyn swoje pomysły. Wytrawna analityczka i krytyczka formacji postkomunistycznej Jadwiga Staniszkis sformułowała ostrzeżenie wobec Jarosława Kaczyńskiego. Postulat rozbrojenia "myślenia układowego", który było osnową dwóch kampanii politycznych PiS, dobrze opisujący stan państwowej administracji za czasów rządów towarzysza "Prezia" Kwaśniewskiego, może stać się powtórzeniem błędu z minionej bitwy politycznej, w której środowisko Jarosława Kaczyńskiego poniosło porażkę. Nie zadbało o głosy "centralnie" nastawionego elektoratu. Sam Jarosław Kaczyński staje się obecnie tylko recenzentem rządu Donalda Tuska. Zaślepiony wizją samodzielnych rządów po wygranych przedterminowych wyborach, ulegający podszeptom kiepskich specjalistów od "markietingu" politycznego i kiepskich czytaczy sondaży, zdecydował się na przerwanie swojej kadencji, w której mógł osiągnąć jeszcze jakieś pozytywne rezultaty. Postulat rewolucji moralnej ze stojącymi za plecami Kaczyńskiego Giertychem i Lepperem był niewiarygodny, bo nie byli to "moralni" partnerzy - zauważa Łukasz Perzyna. Przewodniczący PiS powinien wyciągać wnioski z porażki, a jak widzi to Jadwiga Staniszkis - nie umie tego dokonać. Nie musi się już oglądać na elektorat Radia Maryja - nie ma on przecież już żadnej alternatywy. Kaczyński swoimi posunięciami wytwarza lukę polityczną pomiędzy PiS a PO - wejdą w nią być może emigranci z jego ugrupowania pokroju "marekietingowego premiera" Marcinkiewicza czy uchodźcy z PO w rodzaju Jana Marii Władysława "premiera z Krakowa" Rokity...
Na razie politycy z "polskiego regionu UE" kłócą się między sobą o utopione czy "zamordowane" laptopy, a zapominają o zbliżających się szybkimi krokami kłopotach w postaci recesji w USA, bo przecież nasza gospodarka nie jest samotną wyspą... Wyborcy na co dzień oglądają jedynie przepych rządowych prezentacji multimedialnych i partyjnych konwencji, finansowanych z kieszeni podatników.

Nagranie trwa prawie 16 minut, jest dostępne w Sieci do 15 III 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Perfidny plan pozbawienia Polski suwerenności - Janusz Baczyński Wysłane sobota, 1, marca 2008 przez Janusz Baczyński


Formalnie traktat przyjmowany jest w konstytucyjnej procedurze i podlega Konstytucji RP - jego przepisy nie działają, jeśli są sprzeczne z Konstytucją, ale... !?
    Formalnie w konstytucyjnym trybie przyjmujemy traktat, który podlega Konstytucji RP, więc wydawało by się, że nie ma mowy o zamachu na Konstytucję RP. Okazuje się jednak że ci, którzy chcą pozbawić Polskę suwerenności zastosowali perfidny trik. Owszem traktat podlega Konstytucji i jego przepisy nie działają jeśli są sprzeczne z Konstytucją, ale... za to zapisy traktatu stanowią, że jeśli prawo państwa członkowskiego, łącznie z Konstytucją, nie jest zgodne z traktatem i prawem unijnym, to państwo to musi płacić karę! Czyli teoretycznie traktat jest prawem niższym, ale po zastosowaniu jest faktycznie wyższym, w szczególności jeśli kary za pozostawienie Konstytucji niezgodnej z traktatem są dolegliwe - a tak jest!

Całą tę sytuację można porównać do sytuacji maniaka, który ubzdurał sobie, że jego postanowienia są ważniejsze niż prawo państwowe. Może np. nie uznawać zakazu przejścia przez jezdnię na czerwonym świetle, tylko tyle, że bez przerwy musi płacić mandaty. Widać jasno, że ta wyższość postanowień maniaka nad prawem państwowym jest po prostu oszukiwaniem siebie - taka sztuczka myślowa dla poprawienia sobie samopoczucia.

Trik ten zastosowano już w Traktacie Akcesyjnym, ale jego skutek nie był wielki, bo traktat ten był niezgodny tylko z jednym artykułem Konstytucji RP, mianowicie Europejski Nakaz Aresztowania nie był zgodny z konstytucyjnym zakazem ekstradycji obywateli polskich. Sejm Konstytucję zmienił i było po problemie, protestowali tylko ci, którzy nie mają zaufania do obcych policyj i sądów. Tak, ale Traktat Reformujący przewiduje utratę suwerenności Polski...

Skoro więc faktycznie Traktat Reformujący po wejściu w życie (nie daj Boże!) będzie ponad Konstytucją RP i zabierze Polsce suwerenność na rzecz państwa Unia Europejska, to należy stwierdzić, że osoby które odpowiadają za jego przyjęcie (parafujące, zezwalające na ratyfikację, ratyfikujące) winne są zamachowi stanu połączonemu ze zdradą stanu. Jedyne z tego pocieszenie, że w takim razie legalność przyjęcia będzie można zakwestionować, bo czynność urzędowa będąca przestępstwem nie jest ważna.

Janusz Baczyński


Pomnik dla bohaterów - Antoni Zambrowski Wysłane sobota, 1, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Wciąż nie umiemy w Polsce jak należy czcić bohaterów. Na Podlasiu jest miasteczko, które w czasie sowieckiej okupacji 1939-41 było ośrodkiem polskiego ruchu oporu, odnotowywanego w sprawozdaniach ministerialnych dla centralnych władz partyjnych. Sam szef białoruskiego NKWD Ławrenti Canawa pisał o nim w swych sprawozdaniach do I sekretarza KC komunistycznej partii (bolszewików) Białorusi Pantelejmona Ponomarenki. Tym miasteczkiem jest Jedwabne.

W jego okolicy na bagnach w latach 1939-40 powstała baza partyzancka, która przeszła tam do legendy niczym w Górach Świętokrzyskich Wykus - miejsce postoju mjr. "Ponurego". Po rozbiciu 23 czerwca 1940 roku przez oddziały NKWD oraz Armii Czerwonej na uroczysku Kobielno obozowiska partyzantów i po masowych aresztowaniach uczestników ruchu oporu miejscowi bojownicy nie złożyli broni i zdobyli się na czyn zbrojny o wielkim znaczeniu psychologicznym - na skuteczny zamach w dniu 9 maja 1941 roku na Wasilija Szewielowa - zastępcę szefa NKWD w Jedwabnem. Ten zamach można zdaniem śp. prof. Tomasza Strzembosza porównać do warszawskiego zamachu Kedywu AK na gen. Franza Kutscherę. Taki bowiem miał oddźwięk wśród umęczonej sowieckim terrorem ludności.
Założycielami podziemnej organizacji niepodległościowej byli dwaj miejscowi księża - ks. kanonik Ryszard Szumowski z Jedwabnego oraz ks. Stanisław Cudnik - proboszcz parafii w Burzynie. Obydwaj swą niezłomną postawę przypłacili uwięzieniem i śmiercią w lochach NKWD. Ludność miasteczka Jedwabnego i okolic swą patriotyczną postawę zachowała następnie w latach okupacji niemieckiej oraz w latach wdrażania władzy komunistycznej po II wojnie światowej. Świeciła swym przykładem innym.
Tymczasem przeciętny Polak zapytany o to, co wie o Jedwabnem, odpowie, że jest to miejsce pogromu żydowskiego w lecie 1941 roku. Jest to niestety prawda, a raczej półprawda. Takich krwawych incydentów było wiele podczas letniej ofensywy Wehrmachtu na Związek Rad. O większości wiemy niewiele, gdyż władze sowieckie zadbały o to, by nikt tego nie udokumentował, zwłaszcza na terenach etnicznie rosyjskich. Rozgłosem w świecie się cieszą jedynie pogromy na wielką skalę, jak w Kownie oraz we Lwowie. Ten pierwszy został wywołany przez nacjonalistów litewskich po zakończonym sukcesem wielkim powstaniu antysowieckim, zaś drugi zorganizowali prohitlerowscy nacjonaliści ukraińscy po zdobyciu Lwowa przez Niemców. Oczywiście skala tych pogromów w dużych miastach o licznej ludności żydowskiej znacznie przewyższa liczbę ofiar wśród jedwabińskich Żydów. Mimo to w 40. rocznicę jedwabińskiej tragedii właśnie ona została wydobyta z licznego grona takich zbrodni przez ówczesnego prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego i nagłośniona dla politycznej dywersji przeciwko AW"S"-owskiemu rządowi prof. Jerzego Buzka. Obchody były pomyślane nie tyle ku czci pomordowanych Żydów, ile przeciwko Polakom oskarżanym o współudział w hitlerowskich zbrodniach. O tym świadczy pomijanie w obchodach rocznicowych mordu na Żydach w Białymstoku, popełnionym bezpośrednio przez Niemców - bez żadnego współudziału Polaków. Kontrolowane przez postkomunistów środki przekazu elektronicznego nagłaśniały w wyraźnie skoordynowany centralnie sposób mord w Jedwabnem, opisany w kłamliwy sposób w książce prof. Jana Tomasza Grossa pt. "Sąsiedzi". Antypolskie ostrze kampanii propagandowej odczuli najbardziej mieszkańcy samego Jedwabnego, którzy zbojkotowali SLD-owską imprezę rocznicową. Obchody minęły, ale wstyd pozostał. O zasługach mieszkańców miasteczka w tych warunkach nikt by nie pomyślał, gdyby nie odwaga cywilna śp. prof. Tomasza Strzembosza. Nie tylko ośmielił się on prostować w druku kłamstwa prof. J. T. Grossa na temat mordu na jedwabieńskich Żydach, ale i poświęcił całą książkę dziejom antysowieckiej partyzantki w rejonie jedwabieńskim w latach 1939-41.
Z tej książki wyłania się obraz bohaterskiej postawy licznych mieszkańców Jedwabnego oraz mieszkańców okolicznych zaścianków oraz wsi bojkotujących z narażeniem życia sowieckie wybory, demonstrujących przywiązanie do polskości, a przede wszystkim - wspierających polskich partyzantów. Z tej postawy mieszkańcy tego podlaskiego miasteczka mogą być dumni. Dumni możemy być również i my - mieszkańcy innych dzielnic Polski, zwłaszcza sąsiadującego z Podlasiem Mazowsza.
Możemy tę naszą dumę i wdzięczność wyrazić, stawiając na rynku Jedwabnego okazały pomnik ku czci jedwabińskich bohaterów. Należy powołać komitet organizacyjny i wezwać Polaków z całego kraju do nadsyłania pieniędzy na pomnik na konto komitetu. Dobrze by było, gdybyśmy zdążyli z budową pomnika na 17 września 2009 roku - na 70. rocznicę najazdu sowieckiego na walczącą z Hitlerem Polskę, by przy sposobności obchodów rocznicowych uczcić bohaterów stających w obronie Ojczyzny. Dobrze by było obok pomnika w kształcie dużego Krzyża utworzyć w Jedwabnem miejscowe muzeum ruchu oporu przeciwko okupantom sowieckim i niemieckim. Dopiero od upadku PRL mamy możliwość dokumentowania wspomnień uczestników tych walk. Więc czyńmy to. Narody zapominające swą historię przypominają ludzi chorych na amnezję. Uczmy ludzi dumy z Polski na przykładach z życia naszych bohaterów.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Nowa książka o generale "Nilu" - Tadeusz M. Płużański Wysłane sobota, 1, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Na naszym rynku księgarskim ukazała się właśnie dawno oczekiwana pozycja "Generał Fieldorf "Nil". Fakty, dokumenty, relacje", autorstwa Marii Fieldorf (bratanicy generała) i jej męża Leszka Zachuty. Wydana nakładem Oficyny Wydawniczej "Rytm" i Instytutu Józefa Piłsudskiego w Warszawie monografia to ponad tysiącstronicowe, dwutomowe dzieło przedstawiające życie i działalność jednego z największych bohaterów Polski Podziemnej, zamordowanego przez komunistów 24 lutego 1953 roku, u schyłku nocy stalinowskiej.

W porównaniu z poprzednią edycją tej książki z 1993 roku, nowe wydawnictwo znacznie wzbogaca naszą wiedzę o generale Auguście Emilu Fieldorfie. Powód jest prosty - kilka lat temu wiele dokumentów dotyczących jego służby dla Ojczyzny i późniejszej kaźni nie było znanych. Dzisiejsze ich upublicznienie to w dużej mierze zasługa Instytutu Pamięci Narodowej, który gromadzi i analizuje materiały związane z najnowszą historią Polski. Wśród wielu projektów badawczych znajdują się właśnie dzieje Armii Krajowej i Polskiego Państwa Podziemnego. Maria Fieldorf i Leszek Zachuta dotarli do wielu informacji zgromadzonych w IPN, a dotyczących generała "Nila". Szczególną wartość stanowią materiały z operacyjnego rozpracowania Fieldorfa, prowadzonego po wojnie przez dwie zbrodnicze, okryte wyjątkowo złą sławą instytucje - Główny Zarząd Informacji Wojska Polskiego (potocznie zwany Informacją Wojskową) i Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego.
W tej bezcennej monografii znalazły się również agenturalne donosy na Fieldorfa, pisane przez kapusiów po powrocie generała do Polski w 1947 roku. Przypomnijmy tylko, że po dwuletniej zsyłce do sowieckich łagrów, gdzie w spisach NKWD figurował jako kolejarz Walenty Gdanicki, generał pozostawał nierozpoznany. Dopiero jego dobrowolne zgłoszenie się do WKU, gdzie udał się, aby - mimo swojego zdecydowanego sprzeciwu wobec komunistycznego terroru - ujawnić się zgodnie z ogłoszoną amnestią (Fieldorf chciał podjąć legalną pracę i zdobyć w ten sposób środki na utrzymanie rodziny), spowodowało lawinę późniejszych, tragicznych zdarzeń: porwanie przez "smutnych panów" na łódzkiej ulicy, bezprawne nakazy aresztowania firmowane przez żyjącą do dziś w Wielkiej Brytanii pułkowniczkę Naczelnej Prokuratury Wojskowej Helenę Wolińską, brutalne ubeckie śledztwo, parodia procesu, w końcu wydana w majestacie stalinowskiego bezprawia kara śmierci i stryczek w mordowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.
Na nową książkę składają się również inne, rozproszone do tej pory źródła, a także opracowana przez autorów korespondencja ze zbiorów rodzinnych. Odrębną część stanowią materiały z lat 1992 - 2001 związane ze śledztwem prowadzonym przez organa wymiaru sprawiedliwości RP w sprawie winnych mordu sądowego na generale Fieldorfie. Dodać warto, że do dziś żaden z tych katów nie został osądzony. Tekst książki "Generał Fieldorf »Nil«. Fakty, dokumenty, relacje" wzbogaca około 600 ilustracji (kolorowych i czarno-białych), w tym wiele wcześniej niepublikowanych. Szczególną klamrą tego wydawnictwa jest rok 2006 - pośmiertne odznaczenie Augusta Emila Fieldorfa przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego najznamienitszym odznaczeniem, przyznawanym przez wolną Polskę - Orderem Orła Białego.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

"Generał Fieldorf »Nil«. Fakty, dokumenty, relacje", Maria Fieldorf, Leszek Zachęta, Oficyna Wydawnicza "Rytm" i Instytut Józefa Piłsudskiego w Warszawie, Warszawa 2007 r.

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


List Otwarty Walnego Zgromadzenia Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego "Jednomandatowe Okręgi Wyborcze" do Premiera RP Donalda Tuska Wysłane czwartek, 28, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

List Otwarty
Walnego Zgromadzenia
Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego
"Jednomandatowe Okręgi Wyborcze" do
Premiera RP Donalda Tuska

Warszawa, 23 lutego 2008



Szanowny Panie Premierze!

Kierowana przez Pana partia od 2004 r. przyjęła w swoim programie zmianę systemu wyborczego i wprowadzenie wyboru posłów w jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW). Pamiętamy Pańskie żarliwe wystąpienie z trybuny Sejmowej w styczniu 2003 roku, kiedy mówił Pan o konieczności zmiany systemu wyborczego i wprowadzenia JOW. Potem Platforma Obywatelska zebrała ponad 700 tys. podpisów pod obywatelskim wnioskiem o referendum, w którym jednym z czterech punktów było wprowadzenie JOW.

Teraz jako Premier Rządu RP i lider rządzącej partii, posiadającej najliczniejszą reprezentację w Sejmie i bezwzględną większość w Senacie, może Pan zrealizować ten fundamentalny postulat naprawy ustroju Rzeczypospolitej i zyskać tym samym poczesne miejsce w świadomości Polaków, jako polityk, który realizuje głoszone idee, jako polityk, który zna odpowiedzi na wyzwania fundamentalne dla naszego Państwa.

Postulat wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych cieszy się szerokim poparciem wśród obywateli RP, czego dowodem są zarówno podpisy złożone w ramach akcji zorganizowanej przez Platformę Obywatelską, jak i liczne sondaże, w których z reguły ok. 80% respondentów popiera ordynację większościową.

Zwracamy się do Pana, aby Pan, jako Premier i lider rządzącej partii, doprowadził do ogłoszenia przez Sejm referendum, w którym Polacy będą mogli wypowiedzieć się czy chcą wybierać posłów w jednej turze w 460 Jednomandatowych Okręgach Wyborczych. Referendum takie - ogłoszone na podstawie art. 125 Konstytucji RP - daje wynik wiążący przy uchwalaniu następnie ordynacji wyborczej.

Temat optymalnej dla Polski ordynacji wyborczej stanowi od lat centrum zainteresowania, publikacji i prac studialnych naszego Ruchu. Przygotowaliśmy nasz projekt większościowej ordynacji wyborczej do Sejmu opartej o jednomandatowe okręgi wyborcze i jesteśmy gotowi przedstawić go Panu, Rządowi i Parlamentowi RP.

Odwołanie się do woli Narodu, jest najbardziej właściwym rozwiązaniem tej podstawowej kwestii ustrojowej. Jako wieloletni uczestnicy Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW, deklarujemy nasz intensywny udział w powyższym referendum i pełne poparcie dla Pańskich działań w tym zakresie.

Z upoważnienia Walnego Zgromadzenia,

Jerzy Przystawa
Prezes Stowarzyszenia


Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


"Blagi" Roku 2007 - czyli o co chodzi w "blogosferze" Wysłane czwartek, 28, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

Przedstawiamy Państwu naszą - TVASME - relację z gali wręczenia nagród w konkursie na najlepsze według właścicieli witryny Onet.pl i internautów tzw. blogi w roku 2007. Warto przy tej okazji wspomnieć, że przekaz z tej imprezy, zamieszczony następnego dnia w stacji telewizyjnej TVN, mającej kilkunastomilionową widownię, zupełnie pominął scenę uhonorowania Janusza Korwin-Mikkego, twórcy najbardziej popularnego - bo mierzonego liczbą odwiedzin internautów w wysokości już blisko 12 milionów od początku jego istnienia - systemu interaktywnej łączności twórcy i odbiorcy.

W taki sposób objawia się trwająca cały czas walka polityczna PRL-owskich włodarzy Polski z przedstawicielami prawicy. Zamiast tego momentu została nagłośniona w tej stacji telewizyjnej mało istotna chwila wręczenia TRZECH (!) długopisów DWÓM twórczyniom "blogu o radości istnienia" chorych osób na chorobę nowotworową - co było kompletną kompromitacją skrzypiącej lewaczki o nazwisku Senyszyn, gdyż trzecia dziewczyna, jedna z autorek tego "bloga", już od paru miesięcy niestety nie żyje. Kompromitująca się co chwilę znamienita przedstawicielka lewicy kawiorowej znana jest z tego, że ze wszelką ceną usiłuje zaistnieć w polskim teatrze politycznym, na szczęście jej występy dostarczają łatwej argumentacji stronie przeciwnej i obniżają poziom poparcia dla lewicy w polskim regionie UE. Być może o to chodziło właścicielom koncernu TVN-Onet, panom Walterowi i Wejchertowi?
Warto też zwrócić na dodanie kategorii "wyróżnień" do wyników konkursu - z nagrodzonymi trzema blogerami. To już czysta robota polityczna. Zapewne chodziło o ukrycie pomiędzy dwoma innymi wyróżnieniami wręczenia "wypłaty" dla pana Ludwika Dorna - za wprowadzenie wywołanego jego ambicją fermentu w zwalczanym przez właścicieli stacji TVN ugrupowaniu polskiej lewicy patriotycznej, czyli Prawie i Sprawiedliwości. Będąc wytrawnymi, bo jeszcze z czasów wszechpotężnej omnipotencji służb specjalnych PRL, analitykami polityki polskiej, panowie Walter i Wejchert, właściciele TVN i Onet.pl, doskonale zdają sobie sprawę z zagrożenia, jakie stanowi istnienie prawdziwej polskiej lewicy, czyli PiS - dla istnienia tzw. lewicy kawiorowej, czyli popłuczyn po PZPR w formie SLD i pokrewnych partyjek. Każde działanie osłabiające szanse PiS w tej wojnie lewicy patriotycznej ze środowiskiem byłych kolaborantów sowieckich okupantów Polski uzyskuje poklask w bastionach przychylnym SS PRL. Trzeba szczerze docenić wysiłki pana Ludwika Dorna!
I ostatnia sprawa: jeden z nagrodzonych "blagerów" z entuzjazmem wyznał publiczności, że od momentu wzięcia udziału w konkursie i właściwie dopiero w jego zakończeniu odwiedzalność jego miejsca w Sieci, przy nagłośnieniu z pomocą witryny Onet.pl - osiągnęła... (!) 500-1000 odwiedzin dziennie.
W takim razie uczestnicy (współpracownicy) naszej witryny ASME mogą odczuć jedynie głęboką satysfakcję - znając dzienną odwiedzalność Antysocjalistycznego Mazowsza...

Nagranie trwa ponad 12 minut, jest dostępne w Sieci do 13 III 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




"Blagi" Roku 2007 - czyli o co chodzi w "blagosferze" Wysłane czwartek, 28, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Czy leci z nami pilot? - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 27, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

Pytanie kto naprawdę podejmuje decyzje, jest stawiane bardzo często chociażby z racji rozbieżności, jakie istnieją pomiędzy oficjalnymi tłumaczeniami określonych spraw, a faktami, które wyzierają spoza tej fasady. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że np. w PiS-ie decyzje podejmuje pani Szczypińska i nikt nie ma złudzeń, że politykę PO kształtuje pani Pitera. Ale biorąc chociażby pod uwagę uzasadnienia określonych działań, można także nabrać wątpliwości co do tego czy nawet prezydent lub premier są w swoich decyzjach suwerenni. Reprezentatywnym jest tutaj chociażby przykład błyskawicznego uznania niepodległości Kosowa, którego dokonał polski rząd, a prezydent ma się temu nie sprzeciwiać. Sprawa ta jest na odległość bardzo wątpliwa i nie chodzi o negowanie czyichś niepodległościowych aspiracji, ale o długookresowe konsekwencje tej rozgrywki i interes naszego państwa w sytuacji, gdy różnego rodzaju lobby i mniejszości podważają znaczenie narodu, relatywizują historię i wzmacniają różnego rodzaju antagonizmy. W takiej sytuacji nawet informacja o tym, że lipcu po raz pierwszy ma być oficjalnie obchodzone święto Warmii, zaczyna wyglądać na świadome i celowe działanie, zmierzające nie tyle do rozreklamowania walorów turystycznych regionu, co raczej podkreślenia jego odmienności. A przecież mamy znacznie poważniejsze problemy na głowie, chociażby z Niemcami czy Żydami, których liczebność jakby coraz bardziej rosła. Do niedawna mówiło się, że Żydów nie ma w ogóle, potem wspominano coś o 5 tysiącach, a ostatnio "Dziennik" podliczył obywateli pochodzenia żydowskiego na 30 tys. Także Yona Metzger, naczelny aszkenazyjski rabin Izraela w wywiadzie dla "Rz" stwierdził, że "wiemy, że naszych współbraci jest znacznie więcej. Często nie mają oni pojęcia, że są Żydami", czyli powiedział to, za co wcześniej innych przezywano tropicielami Żydów i antysemitami. Jako ciekawostkę rabin podał również, iż od prezydenta Kaczyńskiego usłyszał, że "jeden z jego najlepszych przyjaciół i współpracowników w jego partii jest Żydem". Kurski odpada, bo podobno swego czasu udowodnił swoją aryjskość, ściągając przy świadkach spodnie, a ponadto raczej trudno go nazwać przyjacielem prezydenta - osobiście stawiam na tego samego, który swego czasu zapomniał, że był PZPR-ze.
A wracając do meritum, to można nie mieć pretensji do rządzących nawet za najgłupszą decyzję, ale podjętą rzeczywiście w wyniku braku informacji, tymczasem głównym argumentem premiera Tuska za uznaniem niepodległości Kosowa było to, że uczyniło już tak ok. 20 państw Unii Europejskiej. Z wypowiedzi jednoznacznie wynikało także, że nie możemy postąpić inaczej, gdyż rządy tych 20 państw chyba czymś się kierowały, wyrażając swoją wolą i byłoby wobec nich nie fair, gdyby Polska nawet zwlekała z ogłoszeniem takiego samego stanowiska.
Po raz kolejny możemy także zobaczyć, na jakich zasadach jest prowadzona polska polityka. Otóż byle jakie wydarzenia, jak chociażby "studniówka" rządu, stają się pretekstem do namiętnych pyskówek pomiędzy wszystkimi partiami, z PO i PiS-em na czele, oraz do ogólnonarodowej debaty nad tym, kto lepiej wypadł na partyjnych konwencjach. Profesor Stanszkis potrafiła nawet wychwycić wzór krawata, który na konwencji ozdabiał Jarosława Kaczyńskiego w celu wykazania, że PiS ewoluuje w kierunku elektoratu Samoobrony. Zresztą w wywiadzie dla "Dziennika" premier Tusk powołał się na panią profesor, stwierdzając, że w "dobie Unii Europejskiej [rządzenie - KM] sprowadza się do wykonywania procedur". A w przerwach pomiędzy jedną a drugą procedurą za pieniądze podatników partyjni PR-owcy prześcigają się w głupawych prezentacjach i spotach, a politycy, politolodzy, dziennikarze i pozostała menażeria całymi dniami bełkocą o wyższości rządów Tuska nad rządem Kaczyńskiego i na odwrót. W tym samym czasie bez żadnej dyskusji, bez żadnej nawet dyplomatycznej zwłoki, ot tak, z marszu podejmuje się decyzje o międzynarodowych implikacjach i tak samo sprawnie, i bez rozgłosu dąży do ratyfikowania traktatu europejskiego. I tak się składa, że akurat w tych bardzo ważnych sprawach nie ma ważnych różnic nie tylko pomiędzy Tuskiem i prezydentem, ale nawet pomiędzy Tuskiem i Jarosławem Kaczyńskim, w którego wypowiedziach trudno znaleźć jakieś pozytywy w odniesieniu do polityki obecnego rządu. Czy w tej sytuacji naprawdę tak ważne jest czy w następnych wyborach prezydenckich zwycięży Kaczyński, czy Tusk? - wydaje się, że wkrótce może to być ważne jedynie dla samych zainteresowanych i ich dworzan.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME