sierpnia 24, 2008 - września 12, 2008

System JOW przybliża obywatela do władzy, a zagrożeniem polskiej demokracji straszą politycy, którzy chcą, by nadal byli wybierani ludzie z układanych przez nich list wyborczych - wójt Łagowa Stefan Bąk Wysłane piątek, 12, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Jednomandatowe okręgi wyborcze są szansą dla społeczeństwa polskiego. W samorządach lokalnych ten sposób wyboru się sprawdził. Przykładem tego są prezydenci, burmistrzowie i wójtowie - wybrani w bezpośrednich wyborach. I dlatego uważam, że ten system spełni się również w przypadku wyboru w bezpośrednich, jednomandatowych okręgach na posłów i senatorów" - wójt kieleckiej gminy Łagów. p. Stefan Bąk, jeden z Patronów Honorowych Obywatelskiego Ruchu na rzecz jednomandatowych Okręgów Wyborczych, apeluje o wprowadzenie ordynacji opartej o JOW do polskiego parlamentaryzmu.

W jednomandatowych okręgach wyborczych jest możliwość realizowania programu wyborczego danego kandydata i to jest główny cel: możliwość rozliczenia przez społeczność, która głosuje na kandydata - z jego programu. W systemie partyjnych wyborów tego nie ma. Układ po czasie zmienia się, realizuje się całkiem inne założenia, niż te, z którymi startował się w wyborach. W systemie JOW również wyborca jest bliżej osoby, która go reprezentuje w parlamencie i ma możliwość sprawdzenia, czy program wyborczy jest realizowany - na każdym etapie - mówi wójt Bąk.
Wyborca ma więc możliwość stwierdzenia, czy parlamentarzysta jest osobą wiarygodną, wartą zaufania w dalszym czasie, przy okazji następnych wyborów. W wyborach partyjnych - tego nie ma. Ze względów ekonomicznych system JOW jest także lepszy, bo teraz biura poselskie znajdują się w różnych punktach województwa, brakuje pieniędzy na prowadzenie tych biur, natomiast w przypadku okręgów zawężonych, gdzie tych biur jest mniej, bezpośredni kontakt z wyborcą jest rzeczywisty, na co dzień niemalże - zauważa wójt gminy Łagów.

Nagranie trwa ponad 3 minuty, jest dostępne w Sieci do 26 IX 2008 r.




Nie ufamy ludziom, nie wierzymy w ich rozwagę? Czekamy na wskazanie kandydata przez przywódcę partyjnego? Nie! Wolę jednomandatowe okręgi wyborcze - wójt Strawczyna Tadeusz Tkaczyk Wysłane piątek, 12, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Jednomandatowe okręgi wyborcze to system dużo korzystniejszy dla ludzi, bowiem wiedzą, na kogo głosują wprost - nie na kandydata poddanego, ukierunkowanego przez partię polityczną. Okręgi jednomandatowe ograniczają wpływ przywódców partyjnych na proces wyłaniania kandydatów do parlamentu" - wójt kieleckiej gminy Strawczyn. p. Tadeusz Tkaczyk, zwraca uwagę na bardzo istotny dla lokalnych struktur partyjnych aspekt ordynacji JOW.

Ten wpływ liderów partyjnych na układanie list kandydatów uruchamia zjawisko, że jakiś popularny w innym okręgu człowiek może wciągnąć za sobą, na tej liście - innych kandydatów o małym poparciu ze strony mieszkańców. Znam takie przypadki z terenu naszego województwa: do parlamentu weszli kandydaci z liczbą 2,5 tysiąca głosów, a nie weszły osoby, które uzyskały 8 tysięcy głosów poparcia. I to jest bardzo mocny argument, który podpowiada nam szybką zmianę metody wyłaniania naszych przedstawicieli w parlamencie - mówi wójt Strawczyna.

Nagranie trwa ponad 3 minuty, jest dostępne w Sieci do 26 IX 2008 r.




Mechanizm, który reguluje byt polityków na scenie politycznej jest zły, o losie naszego kraju powinni decydować najbardziej wartościowi ludzie, wyłonieni w systemie ordynacji JOW - prezydent Kielc Wojciech Lubawski Wysłane piątek, 12, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Przede wszystkim - jednomandatowe okręgi wyborcze polegają na zmianie wyboru naszych reprezentantów w parlamencie. System proporcjonalny się nie sprawdził, chodzi o wprowadzenie systemu większościowego, czyli ci, którzy są najlepszymi reprezentantami - powinni zasiadać w parlamencie, a nie ci, którzy mają koneksje i wsparcie partyjno-polityczne" - prezydent Kielc, p. Wojciech Lubawski, potwierdza swój wielokrotnie deklarowany akces do środowiska ruchu na rzecz wprowadzenia systemu JOW do polskiego parlamentaryzmu.

Czuję się dosyć silnym przedstawicielem władzy lokalnej dlatego, że wybrani mnie ludzie. Mam za sobą mandat większości mieszkańców naszego miasta i tak naprawdę to, co myślą poszczególne partie, co myślą nawet poszczególne kluby radnych - interesuje mnie, ale nie jestem zakładnikiem żadnego takiego układu. Często zdarza się, że wszyscy mówią "nie", ale ja mówię "tak", bo fachowcy mówią "tak to trzeba zrobić" i mimo że być może zagraża to jakiejś stabilizacji politycznej tych formacji, to podejmuję czasami nawet bardzo trudne decyzje - ale mam na to legitymację mieszkańców Kielc - moich wyborców - mówi prezydent Wojciech Lubawski.
Już niedługo będzie dwudziestolecie zmiany ustroju w naszym państwie i można postawić pytanie, czy dużo się zmieniło? Owszem - zmieniło się bardzo dużo, ale istnieją też pilne potrzeby. Jedną z nich jest zmiana ordynacji wyborczej do parlamentu - na JOW-owską, dlatego że każdy przeciętny mieszkaniec naszego państwa, włączając wieczorem wiadomości, widzi, co się dzieje. I to się nie zmienia od tych dwudziestu prawie już lat... - wskazuje na przyczyny żądania wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych jako podstawy nowej ordynacji wyborczej prezydent Kielc.

Nagranie trwa ponad 4 minuty, jest dostępne w Sieci do 26 IX 2008 r.




Bestie (10) - Tadeusz M. Płużański Wysłane czwartek, 11, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

Obaj ukończyli przed wojną szkoły wojskowe - Witold Pilecki Szkołę Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu, Czesław Łapiński Szkołę Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim. Pierwszy został podporucznikiem w 1926 r., drugi 10 lat później. Obaj brali udział w kampanii wrześniowej. Po przedostaniu się do Warszawy, wstąpili do konspiracji. Pilecki do Tajnej Armii Polskiej (która weszła potem w skład AK), Łapiński do Polskiej Ludowej Akcji Niepodległościowej (PLAN). Walczyli w Powstaniu Warszawskim. Pilecki miał wcześniej piękna kartę dobrowolnego więźnia KL Auschwitz. Po wojnie wojskowy prokurator Łapiński oskarżał Pileckiego - żołnierza II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie - domagając się kary śmierci dla bohaterskiego rotmistrza.

Czesław Łapiński tłumaczył swoją stalinowską karierę: "Bałem się o swoje życie, gdyż byłem wcześniej żołnierzem AK. Miałem rodzinę, dzieci, musiałem przystosować się". Rotmistrz Pilecki za "nie przystosowanie się" do powojennego terroru zapłacił głową. Komuniści stracili go 25 maja 1948 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Osierocił dwójkę dzieci, a żonę uczynił wdową. Inni niepodległościowcy - ofiary Łapińskiego - jeśli tylko przeżyli gorsze od hitlerowskich kazamaty - po 1956 r. z trudem wracali do normalnego życia. Morderca sądowy, ppłk Łapiński nie miał takich dylematów - bez trudu został "cenionym adwokatem". Do końca życia utrzymywał się z wysokiej wojskowej emerytury. Miejsca pogrzebania Witolda Pileckiego do dziś nie udało się odnaleźć.

Pod nadzorem bezpieki

- Oskarżam ppłk. w stanie spoczynku Czesława Ł. o podżeganie sądu do bezprawnego orzeczenia kary śmierci wobec czterech członków grupy rotmistrza Witolda Pileckiego. Ł., jako człowiek wykształcony i doświadczony w pracy w ówczesnym sądownictwie wojskowym, miał pełną świadomość, że oskarżeni mogą zostać straceni. Jego celem było wyeliminowanie przeciwników politycznych - tak w 2004 r. prokuratorka Instytutu Pamięci Narodowej Małgorzata Kuźniar-Plota oskarżała tego sądowego mordercę przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie. Łapińskiemu groziło dożywocie. Za podżeganie do zabójstwa odpowiada się bowiem tak samo, jak za zabójstwo. W trwającym ponad 1,5 roku śledztwie IPN zgromadził ponad 20 tomów akt, przesłuchał kilkunastu świadków.
Prokurator przypomniała, że proces Pileckiego był pokazowy, starannie nagłośniony przez reżimową prasę. Przede wszystkim sterowała nim bezpieka (śledztwo przeciwko "płatnym szpiegom Andersa" trwało 1,5 roku w więzieniu mokotowskim w Warszawie, nadzorował je bezpośrednio pierwszy "śledź" "polskiego" stalinizmu Józef Goldberg-Różański). Łapiński - podobnie jak sąd i adwokaci - dobrze o tym wiedział. Mimo to całkowicie zignorował fakt, że podczas rozprawy oskarżeni odwoływali zeznania wymuszone w śledztwie torturami.
- Na sali było pełno ubeków, patrzyli, jak się zachowuję, co mówię - przyznawał Łapiński. Dodajmy - byli to ci sami ubecy, którzy wcześniej znęcali się fizycznie i psychicznie nad oskarżonymi. Na jakiej podstawie były prokurator śmiał twierdzić zatem, że "proces przebiegał z zachowaniem wszelkich reguł praworządności"?
Świadkowie zapamiętali, że na sali sądowej był wyjątkowo zajadły, ział nienawiścią. Po ostatniej rozprawie, na której Pilecki został skazany na KS, jego żona Maria odnalazła Łapińskiego, prosząc go o pomoc. Ten odpowiedział: "Pani mąż to wrzód, który trzeba wyciąć". Zbrodniarz w todze do tych i innych zarzutów nigdy się nie przyznał.

Niewłaściwy skład

- Byłemu prokuratorowi wojskowemu Czesławowi Ł. zarzucamy, że jako funkcjonariusz publiczny nie zareagował na niezgodną z prawem obsadę sądu - dwóch sędziów i jeden ławnik, podczas gdy prócz przewodniczącego powinno być dwóch sędziów, lub dwóch ławników - uzasadniała dalej akt oskarżenia prokurator Kuźniar-Plota (dzięki temu formalnemu błędowi można było w ogóle oskarżyć Łapińskiego). - Ł. wnosił również o uznanie winnymi oskarżonych, choć musiał mieć świadomość, że na podstawie zgromadzonego materiału dowodowego nie można im było takich zarzutów przedstawić.
Zarzuty dotyczyły szpiegostwa (Łapiński do końca życia uważał Pileckiego za szpiega, działającego na rzecz "obcego wywiadu", czyli armii gen. Andersa) i przygotowywania zamachów na czołowe osobistości Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Mówiący o tym tzw. raport Brzeszczota, zawierający nazwiska najbardziej szkodliwych bezpieczniaków - Różańskiego, Czaplickiego, Brystygierowej - był ubecką prowokacją. W rzeczywistości celem grupy było "rozładowanie" lasu (ujawnianie się oddziałów partyzanckich) i przestawienie się na działalność polityczną. Pileckiego - AK-owca, który z patriotycznego obowiązku dał się uwięzić w Auschwitz, były AK-owiec Łapiński nie zawahał się nawet oskarżyć o współpracę w czasie wojny z Niemcami.
- Wnoszę o sprawdzenie prawidłowości obsady składu sędziowskiego - postanowił obrońca oskarżonego stalinowca Jerzy Tracz. Pytany o zasadność swoich podejrzeń odpowiedział: "Nie mam żadnych, tak jak prokurator Ł. nie miał ich poprzednio". Dlaczego złożył taki wniosek: "bo miałem takie prawo" i uczynił to w "w trosce o przyszłość pani prokurator". Łapiński i jego adwokat co chwila obrażali prokuratora IPN (że nie zna prawa, a akt oskarżenia jest nonsensowny) i reprezentowaną przez niego instytucję (że jest powszechnie krytykowana i powinno się ją zlikwidować). Cel tego i innych wniosków był jasny: odwlekać proces (choć przed kamerami Łapiński obłudnie twierdził, że zależy mu na szybkim zakończeniu sprawy), i doprowadzić do jego umorzenia.
50 lat wcześniej na sali sądowej żaden z adwokatów (a właściwie adwo-katów - kolejnych morderców w togach) nie pytał, czy sąd był właściwie obsadzony, gdyż proces był farsą, fasadą, a wyroki wydawała wcześniej bezpieka. Alicja Pintarowa np. nie kryła, że wykonuje tylko instrukcje MBP i jedynym ratunkiem dla oskarżonych jest pójście na współpracę. Kilka lat temu przyznała prokuratorowi IPN (oczywiście też nie przyznając się do winy): - Dwa pozostałe wyroki śmierci [wobec Tadeusza Płużańskiego i Marii Szelągowskiej; Bierut "złagodził" im potem kary na dożywotnie więzienie - Płużańskiemu "ze względu na młody wiek", Szelągowskiej "ze względu na płeć" - TMP] miały uzasadnić KS na Pileckiego.

Rażąco semicki wygląd

- Do procesu Pileckiego zostałem wepchnięty w ostatniej chwili, przez przypadek. Nie miałem doświadczenia, nigdy wcześniej nie występowałem przed sądem - Łapiński powtarzał przed sądem znane od lat kłamstwa.
- Jak trafił pan do sądownictwa wojskowego? - dociekał prokurator IPN.
- Po wojnie znalazłem się w Łodzi. To było miasto rozbitków, outsiderów. Żeby odreagować, piliśmy wódkę. Miałem poczucie dwóch klęsk - września 1939 r. i Powstania Warszawskiego. Chciałem wziąć rewanż. Zgłosiłem się do wojska, aby służyć w artylerii, ale mimo protestów przydzielono mnie do służby sprawiedliwości.
- W ilu sprawach występował pan przed sądem jako szef prokuratury w Łodzi?
- W jednej..., może w dwóch. Byłem pionkiem. Niedokształconym prawnikiem łatwo było manipulować. W Łodzi rządził faktycznie mój zastępca Gabriel Henner, dr praw, osiem lat starszy, który miał rażąco semicki wygląd [od dawna nieżyjący, pierwszy "kozioł ofiarny" Łapińskiego - TMP]. Ja nie miałem takiego wyglądu i nic nie mogłem. Dali mi generalski etat, ale żołd majora. Było biednie - na miesiąc dwie butelki wódki i cztery puszki sardynek, a ja przecież musiałem utrzymać rodzinę.
- Ile aktów oskarżenia, sporządzonych przez bezpiekę, zatwierdził pan?
- Robiłem to tylko czasami, pod nieobecność Hennera.
- W grudniu 1946 r., przed Wojskowym Sądem Rejonowym oskarżał pan w procesie poakowskiego Konspiracyjnego Wojska Polskiego. Jej dowódca, kpt. Stanisław Sojczyński "Warszyc" i pięciu jego podkomendnych zostało skazanych na KS i rozstrzelanych 17 lutego 1947 r., na kilka dni przed wejściem w życie amnestii...
- Współoskarżałem podwładnych "Warszyca", żądając mniejszych wyroków. "Górę" oskarżał przysłany z Warszawy prokurator Kazimierz Graff.
Płk Graff też jest winny wielu zbrodni sądowych na żołnierzach AK. Dopiero w 2001 r., czyli po 12 latach wolnej Polski, prokuratura postawiła mu zarzuty, ale do dziś krwawy stalinowiec nie stanął przed sądem. Jedynym sukcesem było odebranie mu 4 tys. zł wojskowej emerytury. Jego żona, Alicja Graff, była jedną z prokuratorów, którzy doprowadzili do śmierci w 1953 r. gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila". Małżeństwo "zasłużonych" prokuratorów mieszka w Warszawie. Tak jak inni prześladowcy "Nila": śledczy Kazimierz Górski (autor kłamliwego aktu oskarżenia) i prokurator Witold Gatner (potem radca prawny firmy "Agros"). Z kolei brytyjski Oksford okazał się schronieniem dla "płk." Heleny Wolińskiej, która 21 listopada 1950 r. usankcjonowała aresztowanie gen. Fieldorfa (podobne - bezprawne nawet w świetle stalinowskiego prawa - wnioski wydała co najmniej wobec 15 innych osób). W ubiegłym roku Home Office ostatecznie odmówił Polsce ekstradycji ściganej od prawie 10 lat inkwizytorki.

Czerwone maki

- Co to była akcja specjalna w Białymstoku? - dopytywał Łapińskiego (mimo wyraźnego niezadowolenia sądu) prokurator wolnej Polski.
- To była akcja przeciwko grasującym w terenie bandytom.
- Był pan wiceprokuratorem sekcji tajnej tamtejszego sądu...
- Do Białegostoku trafiłem na skutek incydentu - to jeden z ulubionych wybiegów Łapińskiego. - W grudniu 1945 r. zostałem zaproszony przez znanego aktora do nocnego lokalu w Łodzi. Poprosiłem, aby kapela zagrała "Czerwone maki". Na dźwięk melodii od stolików podniosło się kilka par. Byłem oburzony, że tańczą przy takiej piosence. Poprosiłem, aby przestali. Następnego dnia mój szef, mjr Włodzimierz Ostapowicz [kolejny winny zbrodniczej kariery Łapińskiego - TMP], który był ciężkim psychopatą i wiele niewinnych osób skazał na karę śmierci, oddelegował mnie karnie do Białegostoku.
- Ile osób pan oskarżał?
- Występowałem w kilku..., może kilkunastu sprawach - odpowiadał cynicznie Łapiński. - Wnosiłem jedynie o właściwy wymiar kary. Nigdy nie żądałem większego wyroku, niż 10 lat.
To kolejne kłamstwo. Białostocki sąd okręgowy w przyspieszonym trybie skazał na śmierć ok. 151 osób - członków niepodległościowego podziemia - najwięcej ze wszystkich sądów doraźnych w kraju. Praca Łapińskiego - według jego słów - została doceniona - i dochrapał się etatu w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej (oddelegowany do Departamentu Służby Sprawiedliwości MON) i stopnia podpułkownika.
Płk Mieczysław Halski, pisał o swoim podwładnym: "politycznie pozytywny".
Płk Henryk Holder, szef DSS MON: "Opinia [o sobie - TMP] wygórowana, ale na ogół oficer dobry".
Płk Józef Turski, szef Departamentu Personalnego: "Posiada wygórowane mniemanie o swoich wartościach osobistych, chorobliwie ambitny".
Czesław Łapiński zmarł w trakcie swojego procesu. Jednak nawet, gdyby doczekał wyroku, przebieg rozpraw wskazywał na to, że do skazania nie dojdzie. Do końca życia bronił swojej niewinności (w którą chyba uwierzył) i nie skorzystał z szansy, aby publicznie powiedzieć prawdę.

Podlaski to stupajka

Wcześniej prokuratorka IPN przywoływała dwa wyroki Sądu Najwyższego: z 1990 r. rehabilitujący - po odmowie jeszcze kilka miesięcy wcześniej - "siatkę szpiegowską Pileckiego" i uznanie za mord sądowy śmierci Danuty Siedzikówny "Inki" - sanitariuszki legendarnego "Łupaszki", oraz taką samą kwalifikację prawną skazania i stracenia gen. Augusta Emila Fieldorfa przez profesorów Witolda Kuleszę i Andrzej Gaberle.
A co na to Łapiński? Żądanie kary śmierci tłumaczył "presją przełożonych" - szefa Naczelnej Prokuratury Wojskowej Stanisława Zarakowskiego i jego zastępcy do spraw szczególnych Henryka Podlaskiego. To oni dali mu tezy oskarżycielskie, ale zarazem mieli obiecać, że żaden wyrok w tej sprawie nie zostanie wykonany, że Bierut skorzysta z prawa łaski.
- Uwierzył pan przełożonym...? - pytał prokurator IPN.
- Wiedziałem, że Podlaski to stupajka, ale w końcu piastował niebagatelną funkcję. Oni oszukali mnie. Bierut miał piękny charakter pisma, a w tej sprawie morderczo uchylił się od swojej powinności.
Prokurator IPN: - Nawet w ówczesnym prawie obowiązywała zasada, że co prawda prokurator wykonuje polecenia przełożonych, ale przede wszystkim jest niezależny.
Gdyby Łapiński odmówił, włos z głowy by mu nie spadł. Funkcjonariuszy stalinowskiego systemu bezprawia nie skazywano w sowieckiej Polsce na śmierć, mogli co najwyżej trafić do więzienia.
O Henryku Podlaskim, wpływowym a zarazem wyjątkowo okrutnym funkcjonariuszu systemu komunistycznego bezprawia, mało się dziś pisze i mówi. Jego zdjęć nie ma na wystawach przedstawiających stalinowskich zbrodniarzy, prokuratorów, sędziów i śledczych. Dlaczego?
W dokumentach czytamy: Podlaski Hersz, syn Mojżesza i Szpryncy Austern, ur. 7 marca 1919 r. w Suwałkach. Później zaczął używać imienia Henryk, a imiona rodziców też zmieniono - odpowiednio - na Maurycego i Stanisławę. W 1956 r., kiedy w celach propagandowych niektórych stalinowców (m.in. Goldberga-Różańskiego) aresztowano i symbolicznie osądzono, Podlaski zaczął używać imienia Bernard, po czym... ślad po nim zaginął. Przez jakiś czas, bezskutecznie, szukała go KG MO. Mówiło się, że utonął w nurtach Bugu. Miał to być akt samobójczy albo wynik nieudanej ucieczki na Wschód. W 1966 r., po 10 latach starań, żona krwawego prokuratora uzyskała potwierdzenie jego zgonu, który miał nastąpić 31 grudnia 1956 r.
Istnieją jednak relacje, że cała sprawa została sfingowana, a Podlaski... zamieszkał w swojej drugiej, po Izraelu, ojczyźnie - ZSRS, u boku swojej siostry, która wyszła za mąż za wysokiego funkcjonariusza NKWD. Niektórzy twierdzą, że Podlaski żyje do dziś. W Urzędzie Stanu Cywilnego w Suwałkach nie ma informacji o jego zgonie. Ostatni adres Podlaskiego w Warszawie to ul. Lądowa 5 m. 91. Tu była zameldowana jego córka (urodzona w 1948 r.) i syn (w 1949 r.).

Gorliwy wykonawca życzeń MBP

W sztandarowej pozycji Tadeusza Mołdawy: "Ludzie władzy 1944 - 1991", w rozdziale "Prokuratura Generalna" Henryk Podlaski jest wymieniony jako zastępca Prokuratora Generalnego od września 1950 r. do marca 1955 r. Nie dowiemy się już, że faktycznie to on rządził tą cywilną prokuraturą. Nie dowiemy się przede wszystkim, że Podlaski trząsł wcześniej inną prokuraturą - wojskową. Podlaskiego nie ma również w raporcie komisji Mariana Mazura, zastępcy prokuratora generalnego PRL z 1957 r. wymieniającego najbardziej skompromitowanych funkcjonariuszy stalinowskiej NPW.
Zbigniew Błażyński (książka "Mówi Józef Światło. Za kulisami bezpieki i partii") o prokuratorze generalnym Jerzym Kalinowskim (w latach 1950 - 1956): "Złym duchem jest jego zastępca Podlaski, zięć Tołwińskiego, byłego prezydenta Warszawy. Z przeszłości politycznej »życiowiec«, z Komitetu Organizacyjnego Młodzieży Akademickiej. Podlaski jest zaufanym człowiekiem Zambrowskiego [Roman Zambrowski, wpływowy działacz partyjny i państwowy, w 1968 r. wykluczony z PZPR - TMP]. Wykorzystuje tę sytuację, ma obszerne pole do intryg, do wyzyskiwania różnych spraw, o których wie od Zambrowskiego".
Henryk (Hersz) Podlaski był odpowiedzialny za wydziały specjalne prokuratur, nadzorujące śledztwa prowadzone przez MBP, oraz odgrywające podobną rolę sekcje tajne, powołane przy sądach powszechnych. W wydanej przez IPN książce przedwcześnie zmarłego Grzegorza Jakubowskiego "Sądownictwo powszechne w Polsce w latach 1944 - 1950" czytamy: "Sekcja tego typu, wzorowana na radzieckich »trojkach«, rozpoczęła działalność na początku 1950 r. w Departamencie Nadzoru Sądowego Ministerstwa Sprawiedliwości. Powstała z inspiracji wiceministra bezpieczeństwa publicznego Romana Romkowskiego [Natana Grinszpan-Kikiela, który faktycznie rządził "polską" bezpieką, a nie jej szef Stanisław Radkiewicz - TMP], który poprzez Henryka Podlaskiego - dyrektora Departamentu Nadzoru Prokuratorskiego w MS [Podlaski pracował tam w latach 1948 - 1950 - TMP] zażądał od Henryka Chmielewskiego [minister sprawiedliwości, kolejny figurant wobec wszechwładnego Podlaskiego - TMP] zorganizowania szczególnego sposobu rozpoznawania karnych spraw politycznych »o wielkiej wadze dla interesów Partii i Państwa«. Sprawy te mieli rozpatrywać na niejawnych posiedzeniach sędziowie w pełni zasługujący na zaufanie partii. Zgodnie z żądaniami Romkowskiego odbywało się to często na terenie więzienia (stąd nazwa "sądy kiblowe")". Jedną z takich szczególnych spraw, rozpatrywanych w 1953 r. przez sekcję tajną przy Sądzie Wojewódzkim w Warszawie, był mord sądowy na gen. Fieldorfie.

Więcej kar śmierci

O zbrodniarzu możemy natomiast przeczytać w innym, mniej znanym dokumencie z 1957 r. - "sprawozdaniu komisji powołanej dla zbadania przejawów łamania praworządności przez pracowników Generalnej Prokuratury [tam, gdzie Podlaski pracował od 1950 r. - TMP]: "O niezdrowej atmosferze przeniesionej z b. MBP do Departamentu Specjalnego świadczy bezduszny, a czasami wprost nieludzki stosunek kierownictwa i prokuratorów Departamentu Specjalnego do aresztowanych i członków ich rodzin, wyrażający się w nieudzielaniu informacji o biegu sprawy, o losach uwięzionych i nie reagowaniu na wiadomości o złym ich stanie zdrowia. Brak właściwej reakcji na te wiadomości doprowadził w kilku wypadkach do śmierci aresztowanych [to chłodny, cyniczny opis bezprawia i bestialstwa - TMP]".
Wnioski komisji: Henryk Podlaski "przy uwzględnieniu nadto, iż niewątpliwie przewyższał wiedzą fachową, wykształceniem, ogólną inteligencją i śmiałością decyzji ówczesnego Prokuratora Generalnego Stefana Kalinowskiego był twórcą systemu pracy, który doprowadził do łamania praworządności przez Departament Specjalny. Podlaski bowiem nie tylko zajął stanowisko wysoce bezkrytyczne wobec b. MBP, lecz był nadto gorliwym wykonawcą życzeń b. MBP, przekazując je w postaci poleceń i zarządzeń podległym mu prokuratorom. (...) W tych warunkach Podlaski jako Zastępca Prokuratora Generalnego PRL ponosi odpowiedzialność za stwierdzone przejawy łamania praworządności w prokuraturze".
W 1957 r. jeden z najkrwawszych sędziów Mieczysław Widaj (przedwojenny absolwent prawa Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie, AK-owiec, po wojnie m.in. szef Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie; zmarł w tym roku, nie osądzony za swoje zbrodnie) żalił się: "Przyznam się, że trochę mnie nawet bolało, że w 1949 r. do prowadzenia sprawy »Murata« [Jan Małolepszy, ostatni dowódca Konspiracyjnego Wojska Polskiego - TMP] przyjechał kto inny, a mianowicie ppłk Polan-Haraschin [Julian Polan-Haraschin, inny przedwojenny prawnik po Uniwersytecie Jagiellońskim, po 1945 r. krwawy sędzia, a zarazem tajny agent bezpieki, rozpracowujący m.in. za duże pieniądze kardynała Stefana Wyszyńskiego - TMP]. (...) Myślałem, że to może dlatego, że sprzeciwiłem się wówczas mieszaniu się w orzekanie przez płka Podlaskiego, który więcej kar śmierci wyznaczał i co do poszczególnych osób nawet przeoczał, że liczą 17 lat".
Komisja badająca "przejawy łamania praworządności" podsumowała: "Jeżeli chodzi o osoby nie pracujące już w Prokuraturze PRL tj. Stefana Kalinowskiego, Henryka Podlaskiego i Władysława Dymanta [szef opisywanego wyżej Departamentu Specjalnego Generalnej Prokuratury - TMP] Komisja uznaje za całkowicie słuszne i uzasadnione decyzje o zwolnieniu ich z zajmowanych stanowisk w Prokuraturze PRL [Podlaski został zwolniony w marcu 1955 r. - TMP]".
Kiedy Komisja formułowała swoje wnioski, Podlaski był już nieuchwytny. Rzecz jasna, nie odnalazł się również wówczas, gdy chciano go aresztować. Co naprawdę się z nim stało - popełnił samobójstwo, zginął podczas ucieczki, czy jednak udało mu się wyjechać do ZSRS, a może został w Polsce i przez wiele lat ukrywał się? Te pytania do dziś pozostają bez odpowiedzi.
W aktach sprawy nie ma protokołu z wykonania kary śmierci na Janie Małolepszym. Według oficjalnej wersji, zmarł w więzieniu 14 marca 1949 r. (zaledwie 10 dni po wyroku). Tego dnia szef łódzkiego WSR, ppłk Bronisław Ochnio (wcześniej skazał na śmierć m.in. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca", poprzedniego dowódcę KWP) zawiadomił tamtejszy USC o zgonie więźnia. Wiadomo jednak, że "Murata" zamordowali śledczy, podczas wznowionych już po wyroku przesłuchań. Istnieją poszlaki, że jego zwłoki posłużyły do badań medycznych.

Nad mężem musimy się zastanowić

Jana Małolepszego 4 marca 1949 r. oskarżał prokurator Henryk Ligięza. To też przedwojenny prawnik - w 1936 r. ukończył Uniwersytet Warszawski, po czym pracował w Ministerstwie Skarbu i Urzędzie Skarbowym w Warszawie. W Powstaniu Warszawskim, jako żołnierz AK, walczył w Obwodzie Żywiciel, trafił do stalagu. Wstąpił do PPR, a następnie PZPR. Powołany do wojska w grudniu 1946 r., do 1950 r. pełnił szereg funkcji prokuratorskich w Krakowie, Białymstoku i Katowicach, potem awansował do Naczelnej Prokuratury Wojskowej, gdzie zajmował się - tak jak Podlaski - sprawami szczególnej wagi, czyli głównie "nadzorem" nad śledztwami MBP. W NPW dochrapał się stopnia podpułkownika.
- To był nieduży człowieczek, jasny blondyn, okulary miał takie grube, że jego oczy wyglądały jak szpilki - mówiła mi przed laty Hanna Mickiewicz, łączniczka szefa wywiadu AK Mariana Drobika, której męża - Adama Mickiewicza, kierownika wywiadu przemysłowego AK (rozpracowywał m.in. niemiecką tajną broń - zdalnie sterowane rakiety V1 i V2) bezpieka aresztowała w ich domu w Milanówku 30 listopada 1950 r. - Ligięzie powiedziałam, że śledztwo w sprawie męża prowadzi Helena Wolińska, a on na to: - Zwykłych bandytów rozstrzeliwujemy po sześciu tygodniach, a nad pani mężem musimy się dłużej zastanowić.
Po sześciu miesiącach szkolenia w Moskwie wróciła Wolińska - opowiadała dalej Hanna Mickiewicz. - To była mała, krępa Żydówka, przyjaciółka Franciszka Jóźwiaka [w czasie wojny radziecki partyzant, po "wyzwoleniu" twórca Milicji Obywatelskiej, wiceminister bezpieki, działacz komunistyczny - TMP]. W Naczelnej Prokuraturze Wojskowej na Koszykowej zawsze przyjmowała w mundurze, który jej pękał. Bufory miała takie, że tacę z sześcioma kawami można było postawić. Siedziała na krześle, nigdy nie wstawała. Słuchała, ale nie wykazywała większego zainteresowania tym, co mówię. Chodziłam do niej przez dwa i pół roku, co dwa tygodnie. Zawsze, jak automat, powtarzała te same słowa - sprawa w śledztwie. W końcu zaprzyjaźniony adwokat poradził mi, żebym spróbowała się dostać do Zarakowskiego, który urzędował na ul. Nowowiejskiej. To był Rosjanin, oczywiście NKWD-zista. Wysoki, raczej przystojny, kulturalny. Powiedziałam mu, że śledztwo trwa już ponad dwa lata i prowadzi je Wolińska: - Jeżeli mój mąż jest przestępcą, jak twierdzicie, to skażcie go, a jeżeli nie, wypuśćcie. Zarakowski wezwał przy mnie Wolińską, obsobaczył ją, że tyle czasu marnuje na śledztwo. Krzyczał na nią: - Pani sobie kpiny urządza z prawa. Jak mnie zobaczyła, to zrobiła się zielono-blada, że aż tak wysoko dotarłam, bo Zarakowski to była figura. Mąż miał bardzo ciężkie śledztwo. Trzech śledzi zmieniało się, kiedy zachciało im się spać. Zrujnowali mu zdrowie, ale w końcu zwolnili.
W raporcie wspomnianej Komisji Mazura, która przedstawiła Ligięzie szereg zarzutów nadużycia władzy (np. oskarżanie w sprawach spreparowanych przez bezpiekę, tolerowanie i stosowanie okrutnych metod śledczych), czytamy: "Sylwetka Ligięzy jako prokuratora jest szczególnie ponura. (...) Swoistą wymowę ma jego kariera życiowa: członek ONR, a następnie OZH przed wojną, w czasie okupacji ZWZ-AK o funkcjach kontrwywiadu, a jednocześnie poborca podatków w getcie warszawskim. Mimo to po wyzwoleniu w r. 1946 wślizgnął się do władz partyjnych (sekr. Komitetu Dzielnicowego) i organów bezpieczeństwa w Krakowie (WUBP), a następnie na stanowisko prokuratora wojskowego. Oszukiwał Partię co do przeszłości do kwietnia 1955 r., gdy został zdemaskowany przez Główny Zarząd Polityczny Wojska Polskiego. Należał do prokuratorów, którzy najgorzej zapisali się w minionym okresie".
Po wyrzuceniu z wojska i partii Henryk Ligięza pracował na kierowniczych stanowiskach w Biurze Zbytu Łożysk Tocznych i Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w Warszawie. Zmarł w 1973 r. w Warszawie.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Pod patronatem Arona Pałkina - Krzysztof Mazur Wysłane czwartek, 11, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

Tak krwiożercze zazwyczaj media potrafiące wychwycić najmniejszy grymas na twarzy nielubianego polityka nagle solidarnie nabrały wody w usta i tylko nieśmiało wspominają, że afera pod roboczą nazwą "Talibowie w Klewkach" może być polską aferą Watergate. Jak znamy życie, sprawa zostanie specjalnie rozwleczona w czasie i usiana mylnymi tropami, gdyż przyznanie coraz bardziej prawdopodobnego biegu zdarzeń w normalnej sytuacji wymagałoby ustąpienia z życia publicznego większej części obecnych elit politycznych. Elity te nie dość, że przyzwalały na łamanie prawa, to jeszcze w tym łamaniu prawa uczestniczyły i konsekwentnie okłamywały społeczeństwo, z którego mandatu swoje urzędy sprawowały. Jaką można bowiem mieć pewność, że będąc okłamywani w jednej sprawie - nie jesteśmy nadal okłamywani w innych może nawet istotniejszych kwestiach?

A że jesteśmy okłamywani - to wydaje się bardziej niż prawdopodobne, tak jak nadal zakłamane są nie tylko najnowsze dzieje, czyli historia PRL i III RP, ale i czasy wcześniejsze. Oto "autorytet" salonów Lech Wałęsa uzasadniając przyczyny, dla których wycofał się z zamiaru sądowego pozwu wobec autorów książki o jego powiązaniach z SB, stwierdził wszem i wobec, że nadal podtrzymuje swoje racje, ale przy obowiązującym ustawodawstwie nie ma szans na uczciwe wygranie sprawy, a niestety - prawa nie może zmienić granatem. Mamy więc Wałęsę, współtwórcę obowiązującego systemu, bałwochwalczo broniącego dorobku III RP, który jednocześnie publicznie zaprzecza, by w tym ustroju można było uczciwie dochodzić do prawdy i bronić swojego honoru. Tak samo poseł Kłopotek broniący szefa rządowej agencji podejrzanego o nepotyzm, bez skrupułów publicznie potwierdza, że sam wielokrotnie wykonywał podobne telefony oraz, że czymś normalnym jest m.in. fikcja konkursów na stanowiska urzędnicze.
Badając początki PRL, historycy zwracają uwagę na dwie przełomowe daty, tj. na referendum z 1946 r. i wybory z 1947 r., które to wydarzenia ostatecznie rozwiały nawet najskromniejsze złudzenia co do natury i zamiarów nowej władzy. Oczywiście gdyby wspomniane wybory rzeczywiście wyrażały nieskrępowaną wolę polskiej ludności, z pewnością Gomułka, Bierut i spółka mogliby liczyć co najwyżej na poparcie dawnych bundowców i marginesu społecznego. Nie byli oni jednak na tyle głupi, by tego nie wiedzieć, dlatego też między czerwcem 1946 r. a styczniem roku następnego kamień węgielny pod nowy ustrój kładło komando pod dowództwem niejakiego Aarona Pałkina. Aaron Pałkin i jego podopieczni nie mieli do dyspozycji esemesów i "niezależnych" telewizji", stąd też byli zmuszeni do "kreowania" wyników wyborów w bardziej tradycyjny sposób, co zaowocowało zdecydowaną wygraną komunistów. Ci następnie przez kilkadziesiąt lat tworzyli sobie różne prawa, które obecnie niektórzy konserwatywni politycy są skłonni nawet uważać za "prawa nabyte". Ale wspominając działalność Aarona Pałkina, nie można zapominać, że słynne czerwcowe wybory z 1989 r. również miały swoje ciekawe epizody, do których należy m.in. zmiana ordynacji wyborczej w trakcie wyborów oraz zatwierdzenie stosownego dekretu w tej sprawie post factum przez sejm wybrany wcześniej na podstawie tego naprędce zmienionego prawa.
A co do wspomnianego Pałkina - to dość charakterystyczne wydaje się imię i nazwisko owego patrona fałszerstw i przeinaczeń, stanowiące kolejny przyczynek do genezy niektórych stereotypów, które oczywiście są "nieuprawnionymi rojeniami ksenofobicznych umysłów". Ale pomimo tego warto zapoznać się z listą funkcjonariuszy UB, opublikowaną w katalogach IPN, gdyż personalia tam zamieszczone wiele tych stereotypów pozwalają zweryfikować. By nie być podejrzanym o wybiórczość, wystarczy spojrzeć na katalog pod pierwszą literą alfabetu, gdzie na ok. 130 nazwisk mamy takie jak: Abrahamowicz, Abramek, Abramowicz, Abycht, Agata, Agatowski, Ajsenberg, Aksamit, Alster, Altrych, Amenda, Anderman, Angiel, Apelman, Apping, Appel, Arabski, Araźny, Arbsztejn, Arbuz, Arbuziński, Arcab, Arendt, Arent, Atlas, Atłowski, Au, Aulich, Azorowicz, Aszkienazy - by wymienić jedynie te najbardziej charakterystyczne.
W wymienionym katalogu jest też miejsce na nazwisko rodowe i rubrykę, gdy jakiś delikwent był znany pod innymi personaliami, ale z reguły rubryki te są puste. Wyraźnie "poszkodowany" w tym względzie został jedynie były marszałek, a obecny poseł - Dorn, któremu jako jednemu z nielicznych przypomniano, że znany był też jako Dornbaum. Kto wie, czy nagonka na IPN nie wiąże się bardziej z takimi z pozoru mniej ważnymi szczegółami niż z rzeczywistym ujawnianiem agentów SB. Cały czas niczym "langoliery" pracują pożeracze przeszłości, a właściwie - jej poprawiacze i można być pewnym, że ulepszona wersja instytutu pamięci wybiórczej przypominaniem takich detali jak nazwiska rodowe nie zawracałaby sobie głowy, a wobec już ujawnionych informacji - co najwyżej zastosowałoby się metody wypróbowane już przez pułkownika Aarona Moisejewicza Pałkina.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Chciałbym, żeby głosowanie na parlamentarzystów odbywało się w systemie JOW, żebym miał prawo głosować na konkretnego człowieka i żeby można go było w stosownej chwili odwołać - prezes zarządu firmy Lumena SA Tadeusz Browarek Wysłane poniedziałek, 8, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Jestem przedsiębiorcą. Moja praca polega na podejmowaniu decyzji i ponoszeniu za te decyzję odpowiedzialności. Kiedy patrzę na polityków, może nie na wszystkich, to zdaję sobie sprawę, że mam do czynienia z ludźmi, którzy podobnie jak ja - też podejmują decyzję, i w odróżnieniu ode mnie - za te decyzję odpowiedzialności ponosić nie muszą, bo nikt ich nie jest w stanie do tego zmusić. Jestem przedsiębiorcą, w związku z tym płacę podatki. Chciałbym wiedzieć co się z tymi pieniędzmi dzieje, chciałby mieć wpływ na ludzi, którzy tymi podatkami zarządzają. Chciałbym wybierać ludzi, którzy mówią, że za te pieniądze zrobią coś godziwego i potem tego dotrzymują. A zwłaszcza, kiedy mówią, że te podatki obniżą - to chciałbym, żeby tego dotrzymali" - prezes zarządu firmy Lumena SA, p. Tadeusz Browarek, popiera wprowadzenie systemu jednomandatowych okręgów wyborczych do wyborczej ordynacji parlamentarnej.

Dzisiaj na te sprawy nie mam wpływu. Dzisiaj głosuję na ludzi, którzy przedstawiają mniej lub bardziej rozsądny program, ja przyjmuję to jako dobrą monetę, a potem... nie dotrzymują go. Chciałbym, żeby na fotelu sejmowym siedział przedstawiciel 60 tysięcy wyborców i żeby te sześćdziesiąt tysięcy wyborców mogło tego swojego przedstawiciela odwołać, kiedy ten... skrewi - takiego staropolskiego słowa tu pozwolę sobie użyć - mówi szef firmy Lumena SA.

Nagranie trwa ponad 2 minuty, jest dostępne w Sieci do 22 IX 2008 r.




JOW to metoda na dochodzenie w naszym kraju do dobrego poziomu sprawowania władzy - prezydent Szczecina Piotr Krzystek Wysłane czwartek, 4, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Jednomandatowy okręg wyborczy to dobry pomysł na to, aby ludzie z doświadczeniem, ludzie reprezentujący określony poziom przygotowania do pracy publicznej, te zadania, szczególnie w samorządach, mogli dobrze wypełniać. Widzimy s doświadczeń, że system dotychczasowy nie zawsze się sprawdza. Nie w każdym miejscu. Mamy doświadczenia z małych gmin, gdzie system inny niż stosowany w dużych miastach czy w wyborach do parlamentu daje dużo lepsze efekty. Jest to metoda na dochodzenie do dobrego poziomu sprawowania w naszym kraju władzy" - mówi o systemie jednomandatowych okręgów wyborczych prezydent Szczecina, p. Piotr Krzystek.

Myślę, że wiele dobrego stało się wtedy, gdy prezydenci, burmistrzowie i wójtowie zostali wybrani w sposób bezpośredni. Decyzja o tym, kto będzie sprawował tę najważniejszą funkcję w samorządzie, funkcję wykonawczą, o tym, że będą ją pełnili ludzie wybrani nie w sposób stricte partyjny czy na skutek relacji panujących w radzie miasta, nastąpiła poprzez wybór bezpośredni mieszkańców. Jestem zdania, że jednomandatowy okręg wyborczy nie powinien zaszkodzić stylowi sprawowania władzy. Uważam, że będzie sprzyjał systemowi dwupartyjnemu w państwie, tak jak sprawdza się w wielu poważnych krajach na całym świecie, sprzyjałby stabilizacji władzy w państwie i konsekwentnemu realizowaniu zaplanowanych celów - przekonuje do ordynacji JOW prezydent Szczecina, wybrany w wyborach bezpośrednich i większościowych.

Nagranie trwa ponad 2 minuty, jest dostępne w Sieci do 19 IX 2008 r.




A kto dzisiaj za JOW, a kto przeciw: zob. JOW TV - prof. Jerzy Przystawa Wysłane czwartek, 4, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

Pytanie to wygląda na naiwność: wiadomo (oficjalnie), że za JOW jest największa i rządząca partia, Platforma Obywatelska, z Premierem na czele, a przeciw jest skromne PSL i to właśnie wicepremier Pawlak - bez którego Polska nie mogłaby istnieć, blokuje możliwość jakiejkolwiek dyskusji publicznej tego tematu (pomińmy, chwilowo, Prezydenta i poprzedniego Premiera). Słowo "partia" związane jest z podziałem, częścią, stronniczością, co w efekcie prowadzi do sytuacji, że partia jest dzisiaj za jednym, wczoraj za drugim, a jutro za trzecim. Wczoraj Premier zapowiadał, że "nie spocznie, dopóki nie wprowadzi JOW w wyborach do Sejmu", ale dzisiaj jego spoczynek zaburzają inne, dużo ważniejsze sprawy.

Trudno też polegać na sondażach opinii publicznej, bo wiele tu zależy od sposobu zadawania pytań, "reprezentatywności próbki" i metody analizy danych, pomijając już kwestię zwykłej rzetelności. Jeśli jednak informacje na ten temat zasługują na wiarę, to sondaże te systematycznie wykazują, ze większość Polaków chciałaby zerwać z partyjniackim systemem wyborczym i tutaj "JOW" pojawia się jako zasadnicza alternatywa.
Na stronie internetowej Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW http://www.jow.pl/ znajdują się telewizyjne wywiady (JOW TV) z dużą grupą wójtów, burmistrzów i prezydentów miast (WBiPM), którzy uzyskali swój mandat w wyborach samorządowych 2006. Wszyscy oni należą do grona Patronów Honorowych Ruchu JOW, które to grono liczy sobie dzisiaj 280 osób, a w jego skład wchodzą wyłącznie aktualni WBiPM.
Warto przypomnieć, jak wypadły ostanie wybory WBiPM na terenie całego kraju. Na 2464 wybranych bezpośrednio WBiPM mandaty rozłożyły się następująco:

Bezpartyjni - 2014 (81,74%);
SLD - 46 (1,87%);
PSL - 253 (10,27%);
Samoobrona - 25 (1,01%);
Platforma Obywatelska - 46 (1,87%);
Prawo i Sprawiedliwość - 77 (3,13%);
LPR - 3 (0,12%).


Na tym tle grono Patronów Honorowych Ruchu JOW prezentuje się nad wyraz imponująco, bo oznacza, że postulat JOW cieszy się, w tej wpływowej i ważnej grupie społecznej, większym poparciem niż jakakolwiek partia polityczna, a być może większym niż wszystkie partie polityczne razem wzięte.
Wypowiadający się WBiPM w sposób zwarty, zdecydowany, prosty i logiczny mówią, co sądzą o obecnym systemie wyborczym do Sejmu i o wyborach w okręgach jednomandatowych. Ich zdaniem tzw. ordynacja proporcjonalna:

1.Prowadzi do absurdalnie upartyjnionego państwa, w którym nie liczą się problemy państwa i obywateli, lecz wąskie interesy partyjne;
2.Powoduje, że scena polityczna jest skłócona i niestabilna, co daje w efekcie słabe, nierządne państwo;
3.Nie pozwala na wyłonienie posłów cieszących się uznaniem i szacunkiem obywateli, ale wprowadza do Sejmu ludzi bez kwalifikacji, za to uległych i dyspozycyjnych wobec partyjnego przywództwa.
4.Obywatele nie znają swoich posłów, bo ich "wybrańcy" pojawiają się na terenie ich gminy tylko podczas kampanii wyborczej, tuż przed wyborami.
5.W efekcie parlament żyje własnym życiem, a nie życiem kraju, a "klasa polityczna" co raz bardziej wyobcowuje się od wyborców i społeczeństwa.
6.Obywatele nie chcą brać udziału w takich wyborach, o czym najlepiej świadczy żałośnie niska frekwencja wyborcza, która rażąco odbiega od frekwencji w bezpośrednich, jednomandatowych wyborach WBiPM.

Na tym tle nasi rozmówcy widzą zalety wyborów bezpośrednich w JOW:

1.Mieszkańcy ich gmin chętnie idą na wybory, bo wiedzą kogo wybierają, znają kandydatów, ich życie i ich osiągnięcia. Udzielający wywiadu Patroni Honorowi Ruchu JOW na ogół uzyskali swój mandat już kolejny raz, niektórzy z nich po raz trzeci, a nawet czwarty. W gminie wójta Henryka Kozłowskiego frekwencja wyborcza przekroczyła 90%. Wielu innych WBiPM zostało wybranych przy frekwencji przekraczającej 70 i 80 procent. Dzień wyborów jest więc rzeczywiście dniem oceny i sądu: kto się sprawdził, kto umocnił zaufanie wyborców do swojej osoby, ten otrzymuje mandat kolejny raz. Kto się nie sprawdził, kto to zaufanie zawiódł - musi odejść.
2.Niektórzy z naszych rozmówców sprawowali mandat jeszcze w warunkach poprzedniej ordynacji, w której gospodarzy gmin wybierali radni. Ich zdaniem, wprowadzenie wyborów powszechnych było krokiem o doniosłym, pozytywnym znaczeniu: wójt, burmistrz czy prezydent miasta przestał być zakładnikiem partyjnych koterii, stał się gospodarzem odpowiedzialnym przed wyborcami, co dało mu swobodę działania i realizowania jego planów i zamierzeń. Dla gmin jest to bardzo ważne. Waldemar Tkaczyk, wójt Kościerzyny, twierdzi, że bez takiego umocnienia pozycji wójta gmina rozwijałaby się dużo wolniej i to spowolnienie ocenia na wiele lat.

Prawie wszyscy ustosunkowują się do popularnych "strachów", jakie propagują przeciwnicy JOW, aby zniechęcić do tej idei obywateli. Te "strachy", to przede wszystkim obawa, że wybory w JOW prowadzą do władzy jakichś "oligarchów", jakichś bogaczy, którzy za piwo i kiełbaski kupią sobie głosy wyborców; oraz opowiadanie, że wybrani w JOW posłowie, "od Sasa do Lasa", nie będą w stanie zbudować stabilnej większości i sprawnie przeprowadzać procedur legislacyjnych i podejmować uchwał. Wójtowie gmin, w których do dzisiaj obowiązuje większościowy system wyboru radnych, pokazują, że jest to niebezpieczeństwo wydumane, że JOW wysuwa do władzy ludzi odpowiedzialnych przed swoimi wyborcami, racjonalnych i umiarkowanych, a ci potrafią, w ważnych dla społeczności sprawach, porozumieć się i podejmować uzgodnione decyzje.
Wszyscy oczekują, że ten racjonalny, sprawdzony w świecie system wyborczy, wreszcie zostanie wprowadzony i w Polsce, że czas po temu najwyższy. Z rozczarowaniem zwierza się wójt Tkaczyk, że uwierzył Platformie Obywatelskiej, że ona dotrzyma słowa i przeprowadzi tę zasadniczą reformę państwa.
Dwukrotnie już przeprowadzone w Polsce tzw. bezpośrednie wybory WBiPM stanowiły experimentum crucis tego systemu wyborczego i pokazały Polakom, że nie ma się czego obawiać, że taka reforma jest ze wszech miar pożądana i potrzebna. Umieszczone na stronie www.jow.pl wypowiedzi wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, to nie jest jakiś pierwszy lepszy sondaż - to świadectwo praktyków, ludzi obdarzonych zaufaniem społecznym, ludzi, którzy sprawdzili się w wieloletnim zarządzaniu majątkiem narodowym, w podejmowaniu decyzji, w umiejętności negocjowania trudnych spraw.

Pytanie, czy uda nam się wreszcie skłonić parlament do przeprowadzenia tej reformy jest, w gruncie rzeczy, pytaniem o to, czy Polska jest już autentyczną demokracją, czy też jest to jedynie wygodna politycznie fasada?

PS. Autorem wszystkich wywiadów na JOW TV jest red. Krzysztof Pawlak, stąd znajdują się one także na jego stronie autorskiej http://www.asme.pl/

Jerzy Przystawa

Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Ryszard Siwiec wciąż nieobecny w mediach - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 4, września 2008 przez Krzysztof Pawlak



Na ten temat:

UROCZYSTE OBCHODY ROCZNICY CAŁOPALENIA - Antoni Zambrowski

CZEŚĆ I PAMIĘĆ - 36. rocznica całopalenia Ryszarda Siwca - artykuł Antoniego Zambrowskiego

W sierpniu obchodziliśmy 40. rocznicę zbrojnego najazdu państw Układu Warszawskiego ze Związkiem Sowieckim na czele na bratnią Czechosłowację, która ośmieliła się wtedy bez uzgodnienia z Kremlem wdrażać program reform demokratycznych i rynkowych.

Z inicjatywy Władysława Gomułki i Waltera Ulbrichta - partyjnych przywódców PRL i NRD Leonid Brieżniew wysłał swoje wojsko, by zaprowadzić porządki w kraju rządzonym przez komunistów. Była to ingerencja w sprawy wewnętrzne bratniego kraju idąca znacznie dalej niż w przypadku rewolucji węgierskiej w listopadzie 1956 roku. Tam premier Imre Nagy - wieloletni działacz komunistyczny - utworzył rząd koalicyjny z udziałem tzw. stronnictw burżuazyjnych, czyli od komunistów niezależnych i jednocześnie ogłosił wystąpienie Węgier z Układu Warszawskiego. Tu komuniści panowali nad sytuacją w kraju, narazili się natomiast Moskwie, likwidując cenzurę prewencyjną środków przekazu. Armii Sowieckiej towarzyszyły jednostki Ludowego Wojska Polskiego, na czele którego wskutek wydarzeń marcowych właśnie stanął cieszący się względami sowieckich towarzyszy gen. Wojciech Jaruzelski.
Nie popisał się wtedy ówczesny prezydent USA Lyndon B. Johnson, który zaakceptował sowiecką interwencję zbrojną. Zapytany przez ambasadora sowieckiego, czy Stany Zjednoczone respektują porozumienia jałtańskie, odpowiedział, że tak. A mógł powołać się na porozumienia zawarte w sprawie stacjonowania wojsk sojuszniczych w Czechach, zawarte w tymże 1945 roku, na mocy którego wojska sowieckie oraz amerykańskie wspólnie opuściły Czechosłowację. Wystarczyłoby zagrozić, że w przypadku wkroczenia wojsk sowieckich do Czechosłowacji jednostki amerykańskie powrócą na pozycje zajmowane w maju 1945 roku, by sowieckim marszałkom wywierającym presję na Leonida Brieżniewa przeszła ochota do zbrojnej interwencji w cudze sprawy.
W obronie honoru Polaków, sponiewieranego przez Gomułkę i Jaruzelskiego, zaprotestował skromny urzędnik z Przemyśla, dawny żołnierz Armii Krajowej Ryszard Siwiec. Podczas uroczystości dożynkowych 8 września na Stadionie X-lecia na warszawskiej Pradze, których gospodarzem był Władysław Gomułka, na oczach tysięcznych tłumów oblał się on na trybunie łatwopalnym rozpuszczalnikiem i podpalił, krzycząc o swym proteście. Ugaszony przez funkcjonariuszy SB, zmarł w męczarniach po czterech dniach w Szpitalu Praskim (dziś pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego), odizolowany przez SB od całego świata.
Ryszard Siwiec działał w pojedynkę i w obawie przed aresztem prewencyjnym SB nikogo nie wtajemniczył w swe plany. Wskutek tego nikt z działających w stolicy uczestników opozycji demokratycznej, protestującej w miarę swych skromnych sił przeciwko najazdowi na bratni kraj, nie miał pojęcia, o co mu chodziło (po wyjściu z więzienia rozmawiałem z warszawskim socjologiem Jackiem Tarkowskim - autorem znanego protest-songu o polskich czołgach w Hradcu Kralove, który opowiedział mi o całopaleniu na stadionie i nieznanych motywach tego czynu). Czescy studenci Jan Palach oraz Jan Zajic mieli oparcie w opozycyjnej grupie młodzieżowej, dzięki czemu ich ofiara z życia w proteście przeciwko sowieckiej okupacji w styczniu 1969 roku została natychmiast nagłośniona w światowych środkach przekazu.
Mimo to samotny protest śp. Ryszarda Siwca nie poszedł na marne. Prawda o jego ofierze pomału przedostała się do solidarnościowych pism drugiego obiegu, m.in. dzięki staraniom jego syna Wita Siwca oraz krakowskiego działacza opozycyjnego Adama Macedońskiego. Dowiedzieliśmy się, że w pociągu do Warszawy napisał w liście do żony: "(...) Jestem pewien, że dla tej chwili żyłem 60 lat. Wybacz, nie można było inaczej. Po to, by nie zginęła prawda, człowieczeństwo, wolność ginę, a to mniejsze zło, niż śmierć milionów (...)". Już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości staraniami redakcji "Tygodnika Solidarność" w bramie stadionu X-lecia wmurowano tablicę ku jego czci. Pracownicy ambasad Czech i Słowacji mają w zwyczaju składanie wieńców pod tą tablicą w kolejne rocznice sowieckiego najazdu na ich kraje.
W 2001 roku prezydent Czech Vaclav Havel przyznał pośmiertnie Ryszardowi Siwcowi order Tomasza Masaryka I stopnia. Z kolei 4 września 2006 roku w dniu święta narodowego Słowacji jej ambasador w Warszawie Frantiszek Rużiczka przekazał na ręce syna Wita nadany pośmiertnie Order Białego Podwójnego Krzyża.
Prezydent Lech Wałęsa jakoś nie spamiętał sprawy Ryszarda Siwca mimo zabiegów redakcji "Tygodnika Solidarność" oraz władz regionu Mazowsza NSZZ "Solidarność". Z kolei po odznaczeniu go przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Polonia Restituta na wniosek Instytutu Pamięci Narodowej rodzina odmówiła przyjęcia odznaczenia. Jej motywy wyjaśniła wdowa w tych słowach:
"W odpowiedzi na nadesłaną informację o przyznaniu odznaczenia mojemu mężowi Ryszardowi Siwcowi przez Prezydenta RP na wniosek Instytutu Pamięci Narodowej w 35. rocznicę tragicznej śmierci, uprzejmie informuję Pana Przewodniczącego, że nie przyjmę żadnego odznaczenia.
Cały tragizm tej męczeńskiej śmierci, jaka dokonała się publicznie na stadionie Dziesięciolecia w Warszawie w 1968 roku, [był] protestem przeciwko ówczesnej władzy komunistycznej na to co naprawdę dzieje się we Wschodniej Europie pod panowaniem komunistów.
Powodów odmowy odznaczenia jest co najmniej kilka. Po pierwsze: zupełnie inną wymowę miałoby przyznanie tego odznaczenia 14 lat temu, kiedy Polsce kolejny już raz udało się wyzwolić spod okupacji sowieckiej. A inną ma teraz, kiedy te same siły komunistyczne rządzą Polską, niszczą ją i codziennie upokarzają Naród Polski - nie mniej niż w tamtych czasach.
Po drugie: Instytut Pamięci Narodowej, powołany do ścigania zbrodni dokonanych na Narodzie Polskim zarówno w czasie drugiej wojny światowej, jak i w okresie panowania komunizmu, nie potrafi do tej pory ich rozliczyć. A toczące się sprawy są kolejno jedna za drugą umarzane. Nie zawahał się natomiast oskarżyć własnego Narodu o nie popełnione zbrodnie na Żydach w Jedwabnem mimo że dowody o tym fakcie świadczą inaczej.
Po trzecie: przypuszczamy, że gest przyznania tego odznaczenia przez obecnie rządzącą ekipę potrzebny był raczej do podreperowania prestiżu kompletnie skompromitowanego rządu. Mamy jednak nadzieję, że nadejdą takie czasy, że będziemy mogli odebrać odznaczenie z godniejszych rąk. Maria Siwiec".
A zatem pani Siwcowa nie chciała otrzymać odznaczenia z rąk Aleksandra Kwaśniewskiego oraz Leszka Millera i w dodatku z nadania ówczesnego prezesa IPN Kieresa.

W "Gazecie Polskiej" nr 34 z 20 sierpnia br ukazał się mój powyższy artykuł, poświęcony śp. Ryszardowi Siwcowi - ostatnie zdanie artykułu oraz jego tytuł sugerowały, że czyn naszego bohatera został nagrodzony pośmiertnie przez Czechy i Słowację, ale nie przez prezydenta RP. Rzecz w tym, że rodzina Ryszarda Siwca z przytoczonych w artykule względów odmówiła przyjęcia Krzyża Komandorskiego Orderu Polonia Restituta z rąk prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.
Kancelaria Prezydenta RP nadesłała do redakcji sprostowanie, że rodzina Ryszarda Siwca odebrała wysokie odznaczenie w dniu 11 listopada 2007 roku. Wyrażając satysfakcję z tego faktu, przepraszam wszystkie osoby zainteresowane za wprowadzenie w błąd w tej sprawie. Nie zadzwoniłem do Kancelarii Prezydenta RP w tej sprawie, gdyż byłem przekonany, że wręczenie odznaczenia rodzinie śp. Ryszarda Siwca zostałoby odnotowane w środkach powszechnego przekazu. Nie przyszło mi do głowy, że Ryszard Siwiec nadal jest nieobecny w naszych mediach. I to był mój błąd, za który przepraszam.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME






Jednomandatowe okręgi wyborcze - tak powinien wyglądać dobór tych, którzy będą decydować w naszym imieniu o losach samorządowych bądź państwowych - prezydent Torunia Michał Zaleski Wysłane środa, 3, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Jednomandatowe okręgi wyborcze to na pewno jest przedsięwzięcie, które powinno zostać zrealizowane w polskich warunkach, w warunkach polskiej demokracji. Osoby, które biorą udział w tego typu wyborach, są identyfikowane przede wszystkim ze sobą, ze swoimi umiejętnościami, dokonaniami, tym, czym chcą się do tej pory pochwalić, zapewne także z tym, że ich deklaracje z kampanii wyborczej będą spełniane, ponieważ to oni sami, kandydaci wybrani w jednomandatowych okręgach wyborczych będą za swoje obietnice odpowiadali. W tych wyborach, w ordynacji JOW, nie ma ukrywania się za partyjnym szyldem, ba! - co najważniejsze - nie ma partyjnego systemu ustalania kolejności na listach. A więc ten kto w partii więcej znaczy, wcale nie musi być najlepszym w wyborach, ale w do tej pory - w partyjnej ordynacji, układ list w wyborach niestety, powodował to, że to dla nich były najczęściej osiągalne mandaty. Nie - marni, ale - odpowiedzialni, nie - bierni, lecz wierni, a po prostu - oddani i umiejętni - tacy są ci, którzy są wybierani w drodze wyborów bezpośrednich, tacy jak obecni wójtowie, burmistrzowie czy prezydenci miast. Jestem przekonany, że ten system wyborczy, sprawdzony chociażby w Anglii czy innych krajach Europy i świata, powinien stać się systemem przyswojonym także przez polską demokrację" - Michał Zaleski, prezydent Torunia, jednoznacznie popiera ordynację JOW w wyborach parlamentarnych.

Oczywiście partie będą miały swoje do powiedzenia, ale będą też musiały bardzo mocno dbać o jakość kandydatów, liderów, którzy wtedy będą musieli prezentować przede wszystkim siebie, swoje dokonania i możliwości. Partie będą musiały zabiegać o względy tych, których lokalna społeczność uznała za wartościowych, najlepszych, którzy gwarantują spełnienie oczekiwań i obietnic - a ci z kolei, kiedy już zostaną pozyskani przez którą z partii, nie będą mogli ukrywać się za partyjnym szyldem, będą musieli pokazać - "to i to zrobiłem w czasie kadencji, to ja - Pan X, Pani Y, zrealizowałem, zrealizowałam swój program z kampanii wyborczej"... - mówi prezydent Torunia.
Ci kandydaci, którzy będą startowali pod rządami ordynacji JOW, z pewnością będą znacznie silniej i bardziej zdecydowanie ludźmi państwowotwórczymi. Dla nich państwo nie będzie łupem wyborczym dla partii, ale wypełnieniem obowiązków wobec państwa, będzie zadaniem, do którego wypełnienia zostali postawieni przez swoich wyborców. My jako społeczeństwo jesteśmy świadomi przecież tego, że po to wybieramy posłów i senatorów, by w naszym imieniu odpowiadali za państwo, a nie wypełniali misję partyjną, "załatwiali" jakieś rozwiązania dobre lokalnie czy doraźnie - uważa prezydent Torunia, p. Michał Zaleski.

Nagranie trwa ponad 5 minut, jest dostępne w Sieci do 18 IX 2008 r.




Teraz jest wielu posłów z poparciem kilkuset osób zaledwie, ordynacja jednomandatowych okręgów wyborczych do parlamentu takie zjawisko wyeliminuje - burmistrz Płońska Andrzej Pietrasik Wysłane środa, 3, września 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Jestem za jednomandatowymi okręgami wyborczymi i to z kilku powodów. Po pierwsze - mamy już doświadczenia z funkcjonowania wyborów bezpośrednich na szczeblu gmin miejskich i wiejskich i wiemy, że system ten się sprawdził, dlatego między innymi, że są większe kompetencje tak wybranych wójtów i burmistrzów, ale może najwięcej dlatego, ze władza nie jest anonimowa. Mieszkańcy doskonale wiedzą, KTO podejmuje decyzje, kto podpisuje się pod nimi, a tak nie było, kiedy były wybory pośrednie i wieloosobowe zarządy, z których znany tak naprawdę był burmistrz, któremu przypisywano większe kompetencje niż miał. Kolejny powód to, to, że okręgi wyborcze, które są obecnie ustalone do wyborów proporcjonalne, są tak duże, że większość wyborców, mieszkańców mojego miasta - nigdy nie widziała swojego posła, a jest ich tutaj kilkunastu. Nie widzimy ich w ogóle, niektórzy nawet nie stawili się na otwarciu swoich biur wyborczych!" - burmistrz Płońska, p. Andrzej Pietrasik jednoznacznie opowiada się za ordynacją jednomandatową, większościową do polskiego parlamentu.

Posłów widzimy tylko przed kolejnymi wyborami, oficjalnie są zajęci m.in. swoimi obowiązkami parlamentarnymi. Okręgi w swojej wielkości zawierają zupełnie różne środowiska, o różnych uwarunkowaniach historycznych, niespójne komunikacyjnie, gospodarczych - w przypadku Płońska - od Ciechanowa do Żyrardowa... Anonimowi posłowie nie identyfikują się ze swoimi okręgami, bo są to zbyt duże okręgi! Gdyby były to okręgi jednomandatowe, mniejsze - poseł byłby z pewnością znany mieszkańcom i częściej utrzymywały kontakt ze swoimi wyborcami - mówi burmistrz Płońska Andrzej Pietrasik.
Na pewno też zostałyby wybrane autorytety mniej związane z opcją polityczna, a bardziej - ze swoimi dokonaniami lokalnymi. Pewnie też nie byłoby zjawiska istnienia posłów z poparciem kilkusetosobowym, a takim przypadków znam wiele z terenu Mazowsza, pewnie jest też tak w innych częściach naszego kraju. Wyborcy na razie głosują na "lokomotywy wyborcze", umieszczone na pierwszych miejscach list partyjnych, a one "wciągają" już kompletnie nieznane osoby z dalszych miejsc - wskazuje na mankamenty obecnej ordynacji partyjnej burmistrz Płońska.

Nagranie trwa prawie 7 minut, jest dostępne w Sieci do 17 IX 2008 r.




System JOW wprowadzi stabilizację państwa, a posłowie wybrani w takiej ordynacji będą dobrze dbać o nie dbać i lepiej niż teraz stanowić prawo - wójt Dobrcza Krzysztof Szala Wysłane sobota, 30, sierpnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Idea jednomandatowych okręgów wyborczych jest przeze mnie popierana dlatego, że uważam, że nic tak innego nie mobilizuje człowieka do pracy na rzecz swojego środowiska jak jego silne poparcie przez wyborców. Jako samorządowiec od trzech kadencji doświadczyłem tego na własnej osobie i wiem, że ludzie chcą wybierać osoby znane, do których mają pełne zaufanie. Obecnie obowiązująca ordynacja wyborcza, która dopuszcza, że posłem, przedstawicielem narodu może zostać osoba wcale nie mająca poparcia w swoim środowisku lokalnym i zdarzają się takie przypadki, że zostają wybrane osoby, które nie mają wiele wspólnego z lokalnym społeczeństwem, które je "wybiera", nie realizują ich postulatów, programów społecznych, skupiając się na realizacji postulatów partyjnych. Dlatego jednomandatowe okręgi wyborcze w wyborach do sejmu uważam za podstawę demokracji w naszym kraju" - wójt gminy Dobrcz Krzysztof Szala również opowiada się za systemem JOW w wyborach do polskiego parlamentu.

Zdarzają się teraz posłowie, którzy przez całe życie niczego nie dokonali, nie mają żadnego doświadczenia, przygotowania, by tworzyć prawo dla nas, a nawet chlubią się tym, że do niczego w życiu nie doszli! Takie osoby muszą być wyeliminowane z parlamentu, i myślę, że JOW-y nie dopuszczą... spowodują, że ludzie nie wybiorą już takich osób do parlamentu - uważa wójt Krzysztof Szala.
Obawy przedstawicieli partii, że taki "zbierany" sejm nie utworzy sprawnego rządu, uważam za nietrafne, bo zawsze znajdą się tacy liderzy, który zgromadzą się wokół głównych idei narodu, stworzą kluby, będą wobec siebie krytyczni i będą dobrze stanowić prawo. Teraz jest ono niezbyt dobre - m.in. dla samorządowców, samorządów. Łatwo na przykład uchwala się ustawy, które nie mają pokrycia w budżecie. My w samorządach też często musimy realizować rządowe zadania kosztem naszych spraw. Dzieje się tak, bo udział w jego stanowieniu biorą ludzie, którzy są niekompetentni - podsumowuje obecną, "partyjną" ordynację do sejmu wójt Dobrcza.

Nagranie trwa prawie 8 minut, jest dostępne w Sieci do 12 IX 2008 r.




Żuliki na rykowisku - Krzysztof Mazur Wysłane piątek, 29, sierpnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

W książce Antoniego Dudka, znanego historyka i doradcy prezesa IPN, zatytułowanej "PRL bez makijażu" jest też rozdział poświęcony Lechowi Wałęsie, w którym sporo miejsca zajmują stenogramy z narad kierownictwa w tym z udziałem Kiszczaka i Jaruzelskiego, w których ci "ludzie honoru" m.in. oceniali przywódcę "Solidarności". Wśród charakterystyk Wałęsy padają tam takie określenia jak - cytowane dosłownie: mały człowiek, żulik, lis, chytry człowiek, lubi oszukać, człowiek nieuczciwy, ograniczony, lawirant, związany z nadużyciami finansowymi, nie jest w stanie samodzielnie podjąć decyzji, człowiek podstawiony.

Z kolei autor książki, którego trudno podejrzewać o brak wiedzy na temat kulis PRL-u i sposobu przejścia z tego systemu do III RP, nadał owemu rozdziałowi tytuł "Chytry lis", co w kontekście sprawy ma bez wątpienia charakter ocenny, gdyż wskazuje, że doradca IPN-u opowiada się za charakterystyką Wałęsy jako tego, który "prowadził grę" i chciał oszukać SB-ków, a może nawet ich oszukał. Z morza pogardliwych charakterystyk na tytuł wybrano i skompilowano jedynie te nieliczne, które w szczególnym kontekście mogą budzić w najgorszym przypadku jedynie tzw. ambiwalentne uczucia. Może faktycznie nie byłoby warto już więcej rozwodzić się nad osobą Wałęsy, gdyby nie to, że zamieszanie wokół tej postaci stanowi esencję ustroju, w którym żyjemy i ideologii ludzi, którzy ten system współtworzą. Trudno wszak podejrzewać, by np. obecna redakcja "GW" chciała nadszarpnąć wizerunek Wałęsy, ale równie trudno po przeczytaniu reportażu nt. życiowej drogi byłego prezydenta nie odnieść smutnego wrażenia, że człowiek tak marnej kondycji intelektualnej i ambicjonalny lawirant był przez wiele lat pierwszą osobą w kraju i decydował o obliczu tworzonego państwa. Nawet ostatnia wpadka Wałęsy oskarżającego publicznie abp. Nycza o współpracę z SB mogłaby niektórym uzmysłowić, że mamy do czynienia delikatnie ujmując z "małym człowiekiem", ale według Moniki Olejnik był to efekt "zranionego odyńca". Mamy już więc "chytrego lisa" i "zranionego odyńca", więc gdyby przyszło dzisiaj nadawać nowe nazwiska, to na pewno "człowiek z wąsami" miałby jakieś ładne - odzwierzęce, a tak nadal musi się wałęsać, jak, nie przymierzając, jakiś żulik.
Przy tej okazji można zobaczyć jeszcze jeden problem, a mianowicie trudność większości osób w stanowczym i odważnym wyartykułowaniu swojego zdania na dany temat lub świadome rozmywanie oceny na zasadzie, że nie można wyartykułować prawdy bez światłocienia. Trochę to przypomina dawne praktyki, kiedy np. praca naukowa lub artykuł musiał rozpoczynać się zwyczajowym hołdem złożonym najlepszemu z ustrojów lub cytatem z Lenina, by w dalszej części można było już przedstawić jakieś bardziej przyziemne mechanizmy rozgrywające się także np. w ustroju kapitalistycznym.
Obecnie niby nie ma już komuny i Biura Politycznego, a pomimo tego większość indagowanych na jakiś bardziej kontrowersyjny temat, jak np. agenturalna przeszłość Lecha Wałęsy, zapewne odruchowo i bez pytania najpierw oświadcza, jak bardzo docenia zasługi byłego prezydenta dla kraju, jak wielkie miejsce w historii zajmuje ta osoba bez względu na wszystko itd., itp., by dopiero po wyczerpaniu tych formułek nieśmiało wyrazić swoje wątpliwości co do osoby lub wybranych aspektów jego biografii. Najnowszym tego przykładem jest chociażby niedawny wywiad prezesa IPN Janusza Kurtyki dla "Dziennika". Takie same sytuacje mają miejsce, gdy ktoś ma nieco inne zdanie na temat konfliktu w Gruzji, które to zdanie zawsze musi być poprzedzone zdawkową formułką zapewniającą, że nie jest się miłośnikiem Rosji i Putina, czy na tematy żydowskich roszczeń lub żydokomuny. W tych ostatnich przypadkach wszelkie zaklęcia i tak mają jedynie kosmetyczny charakter, gdyż każdy kto śmie podważyć aktualność żydowskiego wybraństwa i tak musi zostać zaliczony do kategorii niebezpiecznych antysemitników. Druga strona oczywiście nie musi stosować się do schematów tej odmiany nowomowy i skutecznie punktuje takimi określeniami jak "bydło", "dorżnąć watahę", "psychole od Rydzyka", "mohery" etc.
Wniosek z tego taki, że nie warto na siłę robić odyńca ze zwykłej świni, a w odniesieniu do wielu naszych wodzów ciągle aktualna pozostaje opinia Romana Dmowskiego o kwalifikacjach Piłsudskiego do roli męża stanu, o którym przywódca endecji powiedział prywatnie, że "Robi czasem na mnie wrażenie wołu, któremu wydaje się, że jest bykiem, i wdrapuje się na krowę...". W związku z tym, że wkrótce ma się rozpocząć kampania prezydenta Kaczyńskiego pod hasłem "Nowy Piłsudski", warto wyjaśnić jego "spin doctorom", że wół to taki byk - tylko wykastrowany.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Siła państwa - to jest siła jego obywateli, a nie jakichś jednostek administracji państwowej, władza nie pochodząca od obywateli jest władzą słabą, taki ustrój już był i nie powinniśmy do tego wracać - burmistrz Solca Kujawskiego Antoni Nawrocki Wysłane piątek, 29, sierpnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Uważam, że należy dokonać zmian w systemie politycznym naszego kraju. System, który obecnie obowiązuje, niestety ma wiele wad i czas wielki, żebyśmy te wady usunęli. Nie może tak być, że na listach wyborczych są liderzy, na których głosują wszyscy czy - bardzo dużo wyborców, a za liderem wchodzi do sejmu cała grupa innych, którzy otrzymali bardzo małe poparcie. Ten system byłby zmieniony, gdyby zostały wprowadzone jednomandatowe okręgi wyborcze" - burmistrz Solca Kujawskiego, p. Antoni Nawrocki, opowiada się zdecydowanie za ordynacją JOW.

Okręg wyborczy JOW liczyłby w granicach 90 tysięcy mieszkańców, parlamentarzystą zostałaby osoba, która otrzymałaby największą liczbę głosów. Stosunkowo niewielkie więc środowisko miałoby w takim przypadku pewność, że to jest ICH poseł. Dzisiaj jest tak, że z terenu naszej gminy, która liczy ok. 16 tysięcy mieszkańców, wybieramy DWUNASTU posłów i tak naprawdę nie wiemy do końca KTO jest naszym posłem! Często na spotkania z posłami zapraszamy wszystkich, a nie przyjeżdża NIKT! - zwraca uwagę na wady ordynacji partyjnej - proporcjonalnej - burmistrz Antoni Nawrocki.

Nagranie trwa ponad 3 minuty, jest dostępne w Sieci do 11 IX 2008 r.




W systemie JOW chodzi o to, żeby ludzie, którzy kierują sprawami państwowymi, mieli kompetencje, a wyborcy - by mieli łatwiejszy wybór - wójt Gniewina Zbigniew Walczak Wysłane piątek, 29, sierpnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Jednomandatowe okręgi wyborcze to coś, co pociąga nas wszystkich, albo - bardzo dużo osób, pewnie samorządowców, tych, którzy korzystają z tego dobrodziejstwa, ponieważ tak jest, że kiedy ludzie głosują na człowieka, to mają większą klarowność w wyborze. Głosowanie na partie, to jest głosowanie na program. Program oczywiście jest ogromnie ważny, ale także ważne jest KTO go realizuje. Jacy ludzie go »robią«. Często tak później jest, że wygrywająca partia w wyborach, wygrywa go z określonymi ludźmi. Program jest niejednokrotnie doskonały, ale realizują go określeni ludzie, którzy go często ciągną w dół. Jest to coś, co w swoim czasie zetknęło nas z ruchem jednomandatowych okręgów wyborczych. Myślę, że w naszej gminie gdyby było inaczej, nie byłoby rozwoju. Ja od kilku kadencji mam zaszczyt być tym człowiekiem, który podpisując kontrakt społeczny po wyborach z mieszkańcami, realizuję ich zadania, z których mnie co cztery lata rozliczają - ale gdyby tego nie było, takiego systemu - nie byłoby mnie w gminie" - Zbigniew Walczak, wójt Gniewina na Kaszubach.

Zetknąłem się na etapie współdziałania, popierania Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych też z takimi głosami, że jednomandatowe okręgi wyborcze mogą być powodem destabilizacji państwa, że to może być problem, że przyjdą ludzie, którzy nie będą wiedzieli jak stworzyć koalicję... Myślę, że nie, że to nie jest tak, ja takich zagrożeń nie widzę, myślę, że na pewno byśmy mieli lepszy obraz w państwie - kogo żeśmy wybrali, moglibyśmy bardziej wymiernie, efektywnie na tym etapie rozwoju społecznego, na którym się znajdujemy, etapie cywilizacyjnym - mieć lepsze rozeznanie, jeśli chodzi o rozwój naszego kraju... - mówi wójt Gniewina Zbigniew Walczak, gminy, na której terenie miała powstać Elektrownia Jądrowa Żarnowiec, a która korzysta z dobrodziejstwa istnienia Elektrowni Szczytowo-Pompowej Żarnowiec, efektywnie gospodarując środkami na naprawdę wymierny i szybki rozwój lokalnej społeczności tej części Kaszub, co przełożyło się już na wybudowanie wielu atrakcji turystycznych na terenie lokalnym.

Nagranie trwa ponad 4 minuty, jest dostępne w Sieci do 11 IX 2008 r.




Wodzowie partyjni nadal wolą się otaczać dworem wiernym, ale... mizernym, obawiają się ograniczenia swojej władzy nad strukturami terenowymi, co wprowadza system JOW w wyborach do parlamentu - wójt Kościerzyny Waldemar Tkaczyk Wysłane czwartek, 28, sierpnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Od kilku lat obserwujemy coraz niższy poziom dyskusji politycznych, coraz gorsze zachowanie polityków. Jakie może być na to remedium? Już od kilku lat działa stowarzyszenie Ruch na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych i jest to grupa ludzi, która chce wprowadzić na terenie naszego kraju formę demokracji, która jest stosowana w wielu krajach demokratycznych, polegającą na tym, że w okręgach wyborczych zwycięstwo uzyskuje ten, kto zdoła zebrać największą liczbę głosów, niezależnie od tego czy jest partyjny, czy bezpartyjny. Czyli ktoś, kto ma największe zaufanie społeczne" - wójt gminy Kościerzyna, stolicy Kaszub, Waldemar Tkaczyk, wyjaśnia wpływ systemu Jednomandatowych Okręgów Wyborczych na struktury partyjne.

Jakie są z tego systemu korzyści? Dwojakie: ekonomiczne i polityczne. Efekt ekonomiczny jest taki, że jeśli poseł otrzymuje środki pieniężne na utrzymanie biura poselskiego - to będzie miał już tylko jedno, a nie kilka, jak teraz - i będzie bardziej w związku z tym dostępny dla wyborców. Dodatkowo zlikwiduje się zjawisko niezdrowej konkurencji wewnątrzpartyjnej między działaczami z tego samego terenu, zwalczającymi się po cichu w nadziei na odebranie głosów wyborców. Aspekt polepszenia demokracji jest taki, że JOW paradoksalnie powoduje wzmocnienie systemu politycznego w państwie. Niezależnie od tego, jaka jest to partia - to jeśli skupia w terenie ludzi mądrych, będą oni wiedzieli, że niezależnie od tego, czego sobie życzyłby formalny lider na szczeblu ogólnokrajowym - któryś z nich zostanie posłem! Dzisiaj decyzja zostaje w rękach wodza partii, który promuje jemu posłusznych "BMW" - biernych, miernych, ale wiernych wodzowi. Dochodzi do tego (dzisiaj), że posłem zostaje ktoś, kogo lista partyjna "pociągnęła" do fotela poselskiego, mimo że miał zaledwie np. tysiąc głosów poparcia, a znowu ktoś, kto uzyskał 30 tysięcy głosów wyborców, ale którego partia w ogóle nie weszła do parlamentu - posłem nie zostaje.
Obawa wodzów partyjnych przed JOW polega więc na tym, że mają oni świadomość, że kiedy on zostanie zastosowany w wyborach parlamentarnych, ogranicza on ich wpływ na szefów lokalnych struktur! I tu mam żal na przykład do Platformy Obywatelskiej, bo po wielu latach (!) okazało się że jej postulat wprowadzenia JOW w wyborach do sejmu okazał się tylko stosowany na czas kampanii wyborczej, wodzowie nadal wolą się otaczać dworem wiernym, ale... mizernym - mówi wójt Kościerzyny, stolicy Kaszub, Waldemar Tkaczyk.

Nagranie trwa ponad 5 minut, jest dostępne w Sieci do 10 IX 2008 r.




Krwawy szef tarnobrzeskiego UB skazany - Tadeusz M. Płużański Wysłane środa, 27, sierpnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

Eugeniusz Misicki, były szef UB w Tarnobrzegu, po ponad pół wieku od popełnienia zbrodni pójdzie za kraty. Sąd Apelacyjny w Rzeszowie utrzymał w mocy wyrok wydany przez sąd pierwszej instancji.

Przypomnijmy, w grudniu ubiegłego roku Sąd Okręgowy w Tarnobrzegu skazał szefa tarnobrzeskich ubeków na 3,5 roku więzienia. Uznał go za winnego popełnienia kilku przestępstw, uznanych za zbrodnie komunistyczne, będące jednocześnie zbrodniami przeciwko ludzkości.

ZANIEDBANIA
I PREWENCJA


Eugeniusz Misicki zezwalał, aby podlegli mu "oficerowie" śledczy torturowali więźniów. Sąd stwierdził, że poprzez brak nadzoru nad podwładnymi nie dopełnił swoich obowiązków. W wyniku tego "zaniedbania" ubecy intensywnie "pracowali" z zatrzymanymi "wrogami ludu", znęcając się nad nimi fizycznie i psychicznie. Misickiemu udowodniono też wydawanie podwładnym poleceń bezprawnego zatrzymania 22 osób. Te "prewencyjne" akcje wymierzone w niepokornych miały miejsce przed wyborami do komunistycznego Sejmu w październiku 1952 roku. Chodziło o to, aby uniemożliwić im wzięcie udziału w głosowaniu, a także, aby wzmagać atmosferę strachu i terroru. Ofiary - na rozkaz Misickiego - były aresztowane i przetrzymywane mimo braku jakichkolwiek podstaw prawnych. Ich też śledczy nie oszczędzali - dręczyli wielokrotnymi przesłuchaniami i biciem. Podobny zbrodniczy mechanizm - aresztowania tylko po to, aby zastraszyć, upokorzyć i zabić ducha oporu - Misicki stosował również w okresie pozawyborczym. Z niektórych zarzutów został teraz uniewinniony, ze względu na "brak dowodów winy". Jak wiadomo, przed sądem króluje zasada domniemania niewinności. Zasada szczególnie zdradliwa wobec faktu, że ubeckie, a potem esbeckie, papiery były niszczone. Dodać trzeba również, że po wielu zbrodniach komuniści celowo nie zostawiali żadnego śladu.

DOBRY SZEF

Kim był Eugeniusz Misicki? Akt oskarżenia dotyczył jego działalności w okresie od 1 grudnia 1950 r. do 25 listopada 1953 r. na terenie województwa podkarpackiego w Tarnobrzegu, Jastkowicach i Szwedach. Skazany pracował wówczas w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Tarnobrzegu, najpierw jako zastępca, a następnie szef tej zbrodniczej instytucji. Szefem był tak dobrym i liberalnym, że swoim podwładnym dawał wolną rękę (a także nogę i pałkę), by swobodnie mogli maltretować więźniów. I tak aresztowanych niepodległościowców pozbawieni hamulców ubecy kopali, okładali pałkami, wybijali im zęby, wbijali szpilki pod paznokcie. Przetrzymywali ich również nagich - czy to lato, czy zima - w nieogrzewanych celach, do których wlewano wodę. Więźniowie musieli spać na betonowej podłodze, zakazywano im korzystania z toalety i łaźni oraz ograniczano do minimum racje żywnościowe. Prócz bicia - byli znieważani, zmuszani do robienia przysiadów i skakania w pozycji kucznej (tzw. żabki), grożono im śmiercią. Po takich katuszach mieli składać "określone" wyjaśnienia, czyli przyznawać się do niedopełnionych czynów. Niektórzy - pozbawianiu snu, posiłków, widzeń z rodziną - nie wytrzymywali, inni wbrew więziennym warunkom - wierni Bogu, Ojczyźnie, żyjący wspomnieniami wolności - pozostawali niezłomni.
Misicki - obecnie 87-letni emeryt - do końca utrzymywał, że jest niewinny. Lista jego ofiar jest długa - liczy ponad 100 osób.

NIEOSĄDZONY MORD

Wymiar sprawiedliwości wolnej Polski po raz drugi (w sądzie I instancji i w apelacji) nie poradził sobie jednak z innym, poważniejszym zarzutem wobec Misickiego. Co to za sprawa? Instytut Pamięci Narodowej oskarżył byłego ubeka o wydanie polecenia zabójstwa jednego z członków antykomunistycznego, zbrojnego podziemia. Jan Szwedo, który wraz z bratem i kilkudziesięcioma innymi osobami konspirował w rejonie Stalowej Woli i Tarnobrzega, został zastrzelony.
W aktach IPN czytamy: "Oskarżonemu przypisano również czyn polegający na tym, że w celu uzyskania informacji o miejscu ukrywania się poszukiwanego działacza niepodległościowego Jana Sz. od jego siostry Zofii Sz. i matki Franciszki Sz. poprzez fizyczne i psychiczne znęcanie się nad nimi polegające na zmuszaniu ich do częstego meldowania się w Komisariacie MO w Jastkowicach, dokonywaniu osobiście lub przez podległych mu funkcjonariuszy ich wielokrotnych i trwających wiele godzin przesłuchań, w trakcie których znieważał i obrażał je słowami wulgarnymi i obraźliwymi, popychał, szarpał i bił, a ponadto nękał je bardzo częstymi rewizjami przeprowadzanymi w ich zabudowaniach o różnych porach, w trakcie których niszczono ich mienie".
Z dokumentów wynika, że zabójstwo Jana Szwedo zostało skrupulatnie zaplanowane. Do podziemnej organizacji ubecja wprowadziła agenta. Aby go uwiarygodnić, funkcjonariusze upozorowali jego zatrzymanie, aby następnie umożliwić mu ucieczkę. 29 marca 1951 r. ów konfident zabił Jana Szwedo, oddając do niego co najmniej kilka strzałów.
Jednak sąd - oczywiście z braku dowodów winy - uniewinnił Misickiego od tego zarzutu. Mord pozostał bezkarny.

NAJLEPSZE LATA
ODDALI POLSCE


Po odejściu ze "służby", aż do emerytury, Eugeniusz Misicki pracował w stopniu majora w Komendzie Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Rzeszowie. To "naturalna" droga kariery funkcjonariusza komunistycznego aparatu bezprawia. Na emeryturze też nie narzekał na brak zajęć. Na zatrudnienie w spółce ochroniarskiej - ze względu na wiek - nie miał jednak co liczyć, spokojną przystań znalazł za to w organizacji kombatanckiej. Misicki przez wiele lat prezesował podkarpackiemu oddziałowi Stowarzyszenia Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę z siedzibą w Rzeszowie (według wykładni pewnego dziennika, jego cierpienia pod jedną okupacją usprawiedliwiałyby powojenną, twardą postawę, ale ten schemat ma zastosowanie tylko wobec osób narodowości żydowskiej - Morela czy Wolińskiej). SPP to zresztą ciekawa organizacja, nieprzypadkowo tworząca w 1991 r. koalicję z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. W jej szeregach można by znaleźć wielu Misickich - utrwalaczy władzy ludowej.
Wracając do Misickiego, znów walczył o dobro innych - domagając się od państwa niemieckiego odszkodowań za pracę przymusową w III Rzeszy. Z podniesioną głową, reprezentując ofiary nazistowskich represji, brał udział w uroczystościach, wypowiadał się w prasie. Jego trud został doceniony. Jako zasłużony działacz SPP wypinał pierś do orderów. Tak było w maju 2003 r., kiedy w imieniu prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego otrzymał Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski - jedno z najwyższych odznaczeń państwowych, nadawanych za wybitne zasługi w służbie państwu i społeczeństwu. Dwa lata później - w lipcu 2005 r. takimi samymi Krzyżami uhonorowano jego kolegów, którzy - jak czytamy w oficjalnym komunikacie - "od siedemnastu lat są członkami Stowarzyszenia Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę. Po drugiej wojnie światowej przyczynili się m.in. do odbudowy kraju i przez cały okres wojenny i powojenny godnie służyli ojczyźnie". Podczas uroczystości w Podkarpackim Urzędzie Wojewódzkim w Rzeszowie prezes Misicki mówił, że "swoje najlepsze lata odznaczeni kombatanci oddali Polsce i pracy na rzecz stowarzyszenia. Dlatego też odznaczenie ich po tylu latach, jest nie tylko podziękowaniem za działalność na rzecz stowarzyszenia, ale ordery te traktowane są jako zadośćuczynienie za niewolniczą pracę na rzecz III Rzeszy".
Sielankowy żywot emeryta jednak skończył się. Przyszedł młody (co on może wiedzieć o tamtych trudnych czasach - przecież na świecie go jeszcze nie było...), żądny odwetu prokurator ze znienawidzonego Instytutu Pamięci Narodowej i zaczął grzebać w pięknym życiorysie zasłużonego kombatanta. Gdyby nie IPN - życie wielu ubeków i utrwalaczy w wolnej Polsce byłoby lepsze, godniejsze.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


JOW - kończymy z obecną kastą polityczną! Wysłane poniedziałek, 25, sierpnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

To jest Kontrrewolucja.
To jest Coś, na co czekają także i kolejne roczniki Młodych-Gniewnych.
To jest Ruch, który ma możliwość wywrócenia całej skostniałej kasty politycznej w Polsce.


To jest Szansa. Ale tylko dla wytrwałych w budowaniu i urzeczywistnianiu swoich marzeń o suwerennej Polsce, dla której będą codziennie pracować ofiarnie, przy okazji stając się pełnoprawnymi Obywatelami Rzeczypospolitej, szanowanymi przez swoje środowisko, stając się autorytetami dla innych Polaków.

Skończył się czas kreacji niewiarygodnych osobników, nazywanych przez merdia "autorytetami moralnymi", najczęściej wywodzącymi się z prominentnych środowisk PRL-owskich, skończył się również czas dla pseudoprawicowych politykierów, usiłujących powielać system nomenklatury komunistycznej dla realizacji osobistych karier w administracji państwowej, by dokonywać pierwotnej akumulacji kapitału, wzorem byłych władców PRL, uwłaszczających sie na "państwowym, czyli niczyim kapitale" - jak niestety można było obserwować na przykładach post-solidarnościowych ugrupowań Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości.

KONIEC.

Zaczynamy Kontrrewolucję JOW-owska.
Będziemy wybierać w ordynacji większościowej NASZYCH pełnomocników do decydowania o NASZYCH sprawach, nie - o sprawach gangów i koterii zawiązanych dla realizacji interesów grupowych pod nazwą - partii...

Zajrzyj na witrynę Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, gdzie z dzień na dzień przybywa wypowiedzi Wójtów, Burmistrzów i Prezydentów gmin oraz miast, mających dość "proporcjonalnej" ordynacji wyborczej kreującej partyjne gangi. Ich głos jest coraz silniejszy - to głos Polaków domagających się wprowadzenia ordynacji większościowej w wyborach parlamentarnych!

http://jow.pl/?q=jowtv

To my - wyborcy - będziemy decydować o tym, KTO dostanie się do ciała ustawodawczego, stanowiącego o NASZYCH prawach i obowiązkach, a nie - partyjni liderzy, którzy budują swoje koterie, wyznaczając kandydatom na posłów i senatorów miejsca "na liście partyjnej", mają za nic wyborców – autentycznych głosujących w wyborach!

http://www.jow.pl/

JOW TV - to głos setek Wójtów, Burmistrzów i Prezydentów gmin i miast, który nie jest obecny w tzw. mainstreamowych mediach - bo jest niewygodny dla CAŁEJ KASTY POLITYCZNEJ! Od "Lewa" do "Prawa"...

JOW TV - Autentyczni liderzy swoich "małych ojczyzn" - ale za pomocą ich wypowiedzi wypowiadają się ci wyborcy, którzy ICH wybrali. To już są miliony! Bo frekwencja w wyborach JOW-owskich do stanowisk wójta, burmistrza i prezydenta miasta - jest daleko większa niż w wyborach parlamentarnych!

Dołącz do Kontrrewolucji JOW-owskiej! Weź udział w "Marszu JOW na Warszawę" 11 października (sobota) 2008 r.

Krzysztof Pawlak
Grupa Warszawska JOW


Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Chciałby żyć w tak "źle zarządzanym" kraju, który jak USA, W. Brytania, Japonia, Francja i wiele innych - mają system jednomandatowych okręgów wyborczych - wójt Michałowa Marek Nazarko Wysłane poniedziałek, 25, sierpnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Reforma, jaka została przeprowadzona w Polsce, reforma samorządu gminnego, jest najbardziej udaną, gdyż od roku 2002 wójtowie, burmistrzowie i prezydenci są wybierani w wyborach bezpośrednich. Zasady tych wyborów leżą u podstaw idei jednomandatowych okręgów wyborczych. Tutaj ludzie po prostu głosują bezpośrednio na człowieka, a nie na partie. Tutaj nie ma miejsca na pozoranctwo, na politykowanie, bo ludzie nas po skończonej kadencji i każdego dnia - rozliczają. Tutaj tylko - i aż - trzeba po prostu działać. Po wprowadzeniu JOW do wyborów parlamentarnych w Polsce, przekładając to z naszych małych ojczyzn, z tych samorządów lokalnych, gdzie się wszyscy znamy - w których pracuje się na nazwisko, a nie na partię - będzie to panaceum na wiele spraw. Polityka, zarządzanie to jest proces bardzo złożony, wymaga dużej wiedzy i wielu działań. Nie da się jednoznacznie określić lekarstwa na pewne rzeczy, ale żeby rozpocząć leczenie, musi istnieć od samej podstawy, od samego fundamentu - zdrowa zasada. W moim osądzie i doświadczeniu - jednomandatowe okręgi wyborcze są takim właśnie lekarstwem na polską politykę" - wójt Michałowa na Podlasiu, p. Marek Nazarko.

Jeżeli władza - ludzie, którzy sprawują władzę - będą uzależnieni od partyjnych dyrektyw, nie będzie miejsca na nic innego niż politykowanie, nie będzie czasu na działanie na rzecz ludzi. Oceniają obecną klasę polityczną, wszelki komentarz jest zbędny. Oglądając ich wystąpienia w telewizji, podczas obrad Sejmu, każdy zapoznał się już z ich cytatami: "motłoch to przyjmie", inny obiecuje gruszki na wierzbie... A czy którykolwiek z polityków powiedział coś niepochlebnego o swojej partii? - pyta się retorycznie wójt Michałowa.
O wyborcach mogą mówić jak najgorzej, bo to nie oni im dają posady w parlamencie, ale - partie. Jakie trzeba mieć złe zdanie o innych ludziach, by mówić takie rzeczy?! W systemie JOW takie rzeczy nie będą mogły mieć miejsca, bo polityk będzie musiał dbać o swoich wyborców. W dodatku to partie będą zabiegać o ludzi z autorytetem, bo wtedy będzie rósł prestiż tych środowisk - mówi Marek Nazarko, dobrze zakorzeniony w swojej lokalnej ojczyźnie Patron Honorowy Ruchu na rzecz JOW.

Nagranie trwa ponad 7 minut, jest dostępne w Sieci do 7 IX 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania o doskonałej jakości.




Chcemy mieć prawdziwych swoich przedstawicieli w parlamencie, a ordynacja jednomandatowa nam to właśnie umożliwi - burmistrz Zambrowa Kazimierz Dąbrowski Wysłane niedziela, 24, sierpnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

"JOW - jednomandatowe okręgi wyborcze jest to ordynacja wyborcza do Sejmu i Senatu, polegająca na tym, że społeczeństwo Polski będzie mogło wybrać naprawdę swoich kandydatów do parlamentu. Ze swojego doświadczenia z trzech kadencji wyborów samorządowych widzę, że jest kompletna różnica pomiędzy wyborami pośrednimi a bezpośrednimi, bo w tamtym sposobie - nie do końca, ale w jakiś sposób byłem »zakładnikiem« radnych, którzy mnie wybierali" - burmistrz Zambrowa. p. Kazimierz Dąbrowski, porównuje pośredni i bezpośredni systemy wyborcze.

Tak samo nie jestem zadowolony z obecnych kontaktów z politykami z parlamentu, bo do tej pory mam z nimi okazjonalne kontakt, a wyborcy są im potrzebni tylko w okresie przedwyborczym, raz na cztery lata, na początku i na końcu kadencji. Na co dzień z ich strony nie możemy spodziewać się żadnej pomocy. Mam nadzieję, że parlamentarzyści wybrani w systemie JOW-owskim będą właśnie kontrolowani przez lokalne społeczności, bo na razie to nie wiemy, w jaki sposób rozliczać naszych przedstawicieli parlamentarnych - mówi burmistrz Zambrowa Kazimierz Dąbrowski.

Nagranie trwa ponad 2 minuty, jest dostępne w Sieci do 6 IX 2008 r.