Pełen TV-zapis z wczorajszego wydarzenia okultystyczno-komunistycznego podczas II Spędu socjaldemokratów post(?)komunistycznych z SLD: III inkarnacja tow. Lenina jako kontrkandydat tow. Leszka Muellera do stanowiska I sekretarza SLD Wysłane poniedziałek, 30, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

Przedstawimy Państwu pełny zapis (choć w zubożonej pod względem jakości wersji) okultystyczno-komunistycznego wydarzenia, jakie miało miejsce przed budynkiem, w którym odbywał się II Spęd Sojuszu Lewicy Demokratycznej: pojawienie się III inkarnacji towarzysza Iljicza "Lenina" - opiekuna duchowego wczorajszych komunistów z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej - dzisiejszych tzw. socjaldemokratów.
Niestety, nie doszło do wyboru podczas II Spędu SLD tow. Lenina na przewodniczącego tego schyłkowego ugrupowania socjalistyczno-komunistycznego, gdyż najwyraźniej posiada ono wewnętrznych sabotażystów i wrogów ideowych, którzy opłacili nieuświadomionych politycznie zbirów broniących dostępu tow. Leninowi do sali obrad, gdzie z utęsknieniem czekał tow. Mueller (pisownia europejska nazwiska) na objawienie się jakiegokolwiek kontrkandydata w wyborach do stolca I sekret... tj. przewodniczącego SLD.
Nie doszło więc do intronizacji tow. Lenina - ale za to pozostały należne temu wydarzeniu wspomnienia - utrwalone przez TV ASME.

Nagranie trwa ponad 16 minut.

TV-rejestrację w pełnej jakości można zamawiać na płytach CD u Krzysztofa Pawlaka.

Plik Divx 41,3 MB


Komentarz (0)

Osiągnięcia inaczej rządu post(?)komunistów pod świetlanym przewodnictwem tow. Muellera (pisownia europejska nazwiska) Wysłane poniedziałek, 30, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

Dzisiejsze wydanie sieciowe gazety „PARKIET” przynosi artykuł Marka Siudaja z podsumowaniem oczywistych dla wszystkich poza betonowym trzonem post(?)komunistów z siewu moskiewskiego porażek byłych zarządców PRL-u, który tak samo jak teraz PRL-bis został doprowadzony (i nie mogło być inaczej z powodu samych założeń gospodarczych tego okupacyjnego tworu z polityczno-militarnego rozkazu Kremla) do całkowitej katastrofy ekonomicznej. Tow. Mueller Leszek doskonale powtarza sukcesy inaczej tamtego okresu, co wróży podobne zakończenie obecnego rozdziału historii Polski pn. „społeczna republika buraczano-oligarchiczna”:

„(...) Rząd nie radzi sobie między innymi z:

- Reformą finansów publicznych - ciągle nie wiadomo, w jakim kierunku ma iść naprawa finansów państwa. Co prawda przyjęto pakiet ustaw, które się mają składać na reformę, ale nadal nie wiadomo, w jaki sposób Rada Ministrów chce potraktować sprawę wydatków publicznych.
- Bezrobociem - co prawda w ostatnim czasie stopa bezrobocia spada, ale, według ekonomistów, jest to zjawisko sezonowe. Nadal nie rozwiązano podstawowego problemu, jakim są wysokie koszty pracy.
- Reformą górnictwa - pod naciskiem związków zawodowych rząd zarzucił realizowanie własnego programu, zakładającego likwidację nierentownych kopalń. W efekcie górnictwo kosztuje podatników coraz więcej.
- Pobudzaniem przedsiębiorczości - mimo pakietu "Przede wszystkim przedsiębiorczość" do tej pory nie udało się wyeliminować podstawowych barier, jak skomplikowanie prawa podatkowego, przewlekłość procedur administracyjnych, niewydolność sądów gospodarczych.
- Prywatyzacją - drugi rok rząd nie jest w stanie zrealizować własnych zamierzeń dotyczących wpływów ze sprzedaży państwowych firm. Ślimaczą się przygotowania do zapowiadanych przez resort skarbu publicznych ofert największych firm, takich jak PZU, LOT, PKO BP.
- Restrukturyzacją państwowych molochów - niewiele na razie dały ustawy, zmierzające do ich oddłużenia i sanacji. Jako środki doraźne rząd stosuje dokapitalizowywanie wybranych firm akcjami spółek giełdowych, "psując" rynek kapitałowy.
- Określeniem strategii dla kluczowych sektorów gospodarki, o rynku kapitałowym nie wspominając.
- Rozbudową infrastruktury - do tej pory nie ruszył żaden program budowy autostrad.
- Służbą zdrowia - powołanie Narodowego Funduszu Zdrowia w miejsce kas chorych nie wyeliminowało patologii systemu, m.in. nadmiernego i niekontrolowanego zadłużania się publicznych zakładów opieki zdrowotnej, a wiele szpitali nie ma nawet na leki, potrzebne do podstawowych zabiegów.
- Kosztami funkcjonowania państwa - mimo wielu zapowiedzi do tej pory nie zlikwidowano części agencji i funduszy celowych. Poszczególne resorty nadal mają do dyspozycji tzw. środki specjalne, czyli fundusz poza kontrolą budżetową.
- Korupcją - o czym świadczy seria afer, która wstrząsnęła ostatnio polskim życiem publicznym.
- Rolnictwem - skoki cen zbóż na wiosnę, które z jednej strony ukazały, jak bardzo nieefektywne są działania Agencji Rynku Rolnego, co dodatkowo zostało potwierdzone przez sytuację na rynku wieprzowiny, a z drugiej wskazały, że jest to kolejna dziedzina, w której państwo jest po prostu okradane”.

Za: PARKIET/Onet.pl z dn. 29.06.2003 r.


Komentarz (0)

Czarny tydzień - artykuł Stanisława Michalkiewicza Wysłane poniedziałek, 30, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

Po czarnym poniedziałku nastał czarny tydzień. Premier Leszek Miller nabrał wiatru w żagle i pokazał wszystkim tzw. ruski miesiąc. Pana prezydenta Kwaśniewskiego po raz drugi wytarzał w smole i pierzu, zaś opozycja zacznie chyba wierzyć w przesądy, bo i piątek i trzynastego... Po sejmowym wotum zaufania jest chyba oczywiste, że rząd Leszka Millera przetrwa do końca kadencji, a w takim razie ani Platforma, ani PiS, ani PSL nie powąchają brukselskich konfiturek nawet z daleka. Na domiar złego, zgodnie z przewidywaniami, SLD spuścił z łańcucha postępowe damy; pani Jaruga-Nowacka i pani Sosnowska zapowiedziały już inicjatywę w sprawie aborcji na życzenie.
Miary goryczy dopełnił Konwent, przedstawiając projekt przyszłej konstytucji Unii Europejskiej. Okazało się, że żadna wzmianka o chrześcijaństwie nie przejdzie i to za żadną cenę. Teraz już dla nikogo nie ma najmniejszej wątpliwości, że Unia Europejska jest eksperymentem politycznym zdecydowanie wrogim religii chrześcijańskiej. Myślę, że powinniśmy złożyć się na jakiś wytworny euro-pejczyk dla JE abp. Józefa Życińskiego, żeby do końca jak najdłuższego żywota garbował sobie skórę w ramach pokuty za swój udział w propagandzie Anschlussu. Bo Konwent nie ograniczył się wyłącznie do preambuły. Przemodelował gruntownie niewzruszalne rzekomo ustalenia z Nicei i okazało się nagle, że Polska w Unii Europejskiej będzie musiała słuchać tego, co postanowią Niemcy z Francuzami do spółki z kimś trzecim. Na takie dictum przebudził się nawet pan Kaczyński, niestety już z ręką w nocniku. "Polska została oszukana!" - woła i domaga się referendum. Rychło w czas. Już Stanisław Cat-Mackiewicz zauważył, że tylko język polski stworzył makabryczne powiedzenie: marzenia ściętej głowy. A przecież uniosceptycy ostrzegali przed utratą suwerenności. Dlaczego pan Kaczyński im nie uwierzył? Gdyby uwierzył, to Polska może nie zostałaby oszukana. Ale wolał uwierzyć panu prezydentowi Kwaśniewskiemu, który zapewniał, że nigdy nic podobnego nie nastąpi. Mówię o uwierzeniu, bo z dzisiejszych lamentów widać wyraźnie, że pan Kaczyński po prostu nie bardzo orientował się w sytuacji, jeśli oczywiście mówi serio. Bo może tylko udaje, żeby zachować twarz przed tymi, którzy z kolei uwierzyli jemu. Rzecz w tym, że i przed referendum w Polsce nikt specjalnie nie ukrywał, że zasady ustalone podczas szczytu w Nicei będą zmienione. W tej sytuacji oszukany został tylko ten, kto chciał być oszukany. Ja na przykład oszukany wcale się nie czuję. Jeśli więc pan Kaczyński naprawdę czuje się oszukany, to chyba tylko przez pana premiera Millera, który wszystkie brukselskie konfiturki sprzątnął opozycji sprzed nosa w piątek 13 czerwca. Jednak liczenie na wielkoduszność pana premiera Millera, zwłaszcza w takich sprawach, dowodzi pewnej lekkomyślności. Tak zaufać panu Kwaśniewskiemu i panu Millerowi... Przyznam się szczerze, że dotychczas uważałem pana Kaczyńskiego za polityka wprawdzie cynicznego, raczej gardzącego ideologiami, ale trzymającego się mocno ziemi, zwłaszcza w miejscach bardziej urodzajnych. Ceniłem go za umiejętność zawiązywania politycznych intryg, chociaż zawsze trochę zastanawiało mnie to, że prawie żadna z tych intryg nie miała dobrego wykończenia. Na przykład, pomysł z wysunięciem pana Wałęsy na prezydenta - znakomity. Bracia Kaczyńscy kręcą całą Polską. Ale wkrótce co się dzieje? Mieczysław Wachowski rozpędza ich na cztery wiatry, w dodatku z jakąś dziecinną łatwością. Uważałem nawet, że to dlatego, iż pan Jarosław za bardzo pogardza ideologiami. Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, że może być po prostu lekkomyślny. Dopiero teraz. Że też musiało się to okazać w sprawie tak poważnej, jak utrata przez Polskę suwerenności politycznej. Niesamowita historia! Czarny tydzień, straszny tydzień... A przecież najgorsze dopiero przed nami.
Zwracam na to uwagę również panu Rafałowi Ziemkiewiczowi, który w "Gazecie Polskiej", przy okazji wyłajania ojca Tadeusza Rydzyka za to, że źle zabrał się za swoją telewizję, sformułował pogląd ogólny, że trwanie jest nieważne, bo liczy się sukces. Nawiasem mówiąc, trochę dziwi mnie ta zapamiętałość pana Rafała w krytykowaniu ojca Rydzyka. Gdyby ojciec Rydzyk np. emitował na antenie Radia Maryja sponsorowane przez KGHM pogadanki o zaletach miedzi surowej albo reklamy różnych usług ubezpieczeniowych, świadczonych przez PZU, których pełno było na łamach "Gazety Polskiej" zwłaszcza za czasów premiera Buzka, którego rząd "GP" bardzo chwaliła, to wtedy sam przyłączyłbym się do tych krytyk. Ale tego ojciec Rydzyk akurat nie robi. To samo z telewizją. Ani nie załatwił sobie udziałów żadnych spółek skarbu państwa, ani potem tych udziałów nie rozkradł, ani nie zmarnotrawił - słowem - nie rozumiem. Jeśli pan Rafał uważa, że ojciec Rydzyk źle zabrał się za telewizyjny interes i wkrótce go położy, to nie pojmuję, dlaczego akurat to go tak irytuje, skoro, o ile mi wiadomo, przecież ani ojca Rydzyka, ani jego poglądów, delikatnie mówiąc, nie lubi? Toż broń Boże nie ostrzegać go i tylko w ukryciu zacierać ręce w oczekiwaniu nieuchronnej katastrofy. Tymczasem pan Rafał akurat odwrotnie i w dodatku z zagadkowym natężeniem namiętności. Czyżby jednak, mimo wszystko, obawiał się sukcesu? Ano, czasami dowcipny Pan Bóg dopuszczał takie rzeczy ku zawstydzeniu profesjonalistów.
Ale mniejsza z tym, bo właściwie chciałem o tym, co ważniejsze - czy trwanie, czy sukces? Jako motto miesięcznika "Kurs", wydawanego przeze mnie poza cenzurą w latach 80. umieściliśmy z kol. Miszalskim słowa Juliusza Mieroszewskiego: "Polityka powinna być najpierw słuszna, a dopiero potem realna, gdyż trwać i wytrwać można tylko w imię słuszności". Widać, że Mieroszewski uważa trwanie i wytrwanie za ważniejsze od rozmaitych sukcesów. Chyba miał wiele racji, bo na przykład pan Jarosław Kaczyński jeszcze w niedzielę 8 czerwca zapewne miał świadomość sukcesu, a zaledwie w tydzień później już się nim udławił, a co gorsza - przy okazji udławił i nas.

Stanisław Michalkiewicz


Komentarz (3)

TV-felieton Stanisława Michalkiewicza o malwersantach euro-pejskich, którzy, jak zapewnia tow. Leszek Mueller - nie mają już od dziś prawa wejść w szeregi PZPR/SLD Wysłane poniedziałek, 30, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

"Teraz do Biura KC SLD powinni iść ludzie uczciwi,", dlatego Stanisław Michalkiewicz dokłada swój głos doradczy dla byłych UB-eków i kamratów PZPR-erii, postulując, by do niego dostała się ide-alna i ide-owatowarzyszka Izabella Sierakowska.
Na pewno nie powinien do niego trafić tow. Saryusz-Wolski z wyrzuconej na śmietnik politykierski Unii Wolności, który "zmalwersował" we francuskim rozumieniu tego pojęcia trochę pieniędzy z Agrolinii, by dofinansować swoje Kolegium Europejskie w podwarszawskim Natolinie - na propagowanie Europejsatowości - ale przecież dziennikarze na pewną nadal umieją pisać podania do UE o dofinansowanie, dlatego SM wierzy, że tak czy inaczej ta grupa zawodowa odnajdzie się doskonale w warunkach Anszlusu Rzeczypospolitej.

Nagranie trwa ponad 5 minut.

Plik DivX 7,43 MB
Plik mp3 1,36 MB

Nagranie dostępne w Sieci do 21.07.2003 r.


Komentarz (0)

Początek procesu stalinowskiego prokuratora
Czesław Ł. - morderca sądowy - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego
Wysłane niedziela, 29, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

- Oskarżam ppłk w stanie spoczynku Czesława Ł. o podżeganie sądu do bezprawnego orzeczenia kary śmierci wobec czterech członków grupy rotmistrza Witolda Pileckiego. Ł., jako człowiek wykształcony i doświadczony w pracy w ówczesnym sądownictwie wojskowym, miał pełną świadomość, że oskarżeni mogą zostać straceni. Jego celem było wyeliminowanie przeciwników politycznych - tak prokurator IPN Małgorzata Kuźniar-Plota zakończyła trwające pięć godzin odczytywanie aktu oskarżenia przeciwko stalinowskiemu prokuratorowi.

Proces Czesława Ł. rozpoczął się 5 czerwca przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie. Ponad 50 lat wcześniej, w marcu 1948 r., też przed stołecznym sądem wojskowym, tyle że rejonowym, oskarżał ośmiu „płatnych szpiegów Andersa”. Teraz rzecz jasna nie przyznał się do winy. Ponieważ nie ma u nas kary śmierci, grozi mu dożywocie - za podżeganie do zabójstwa odpowiada się bowiem tak samo jak za zabójstwo.

KOGO PODŻEGAŁ?

Na początku rozprawy przeciwko Czesławowi Ł. wydawało się, że sąd ponownie ją odroczy (tak stało się z pierwszą - 12 maja), albo - co gorsza - w ogóle umorzy postępowanie. Uparcie dążyli do tego obrońca i jego klient (przed kamerami Ł. obłudnie twierdzi, że zależy mu na szybkim zakończeniu procesu), zasypując sąd odpowiednimi wnioskami. Przede wszystkim utrzymywali, że podżegać do przestępstwa można tylko osoby fizyczne, a nie instytucję, jaką jest sąd.
Mec. Jerzy Tracz: „Jeżeli prokurator może podżegać sąd do skazania, to po każdym wyroku uniewinniającym powinien odpowiadać za wniosek o wyrok skazujący”.
Czesław Ł: „To taki sam absurd jak pociąganie do odpowiedzialności adwokata za to, że wnosząc o uniewinnienie przestępcy, podżega do jego bezkarności”.
Sąd oddalił wniosek, argumentując, że co prawda podżegać można tylko osoby fizyczne, ale oskarżenie Ł. odnosi się do podżegania „konkretnego składu sądzącego”.
Mec. Tracz i oskarżony Ł. co chwila obrażali prokuratora IPN (że nie zna prawa, a akt oskarżenia jest nonsensowny) i reprezentowaną przez niego instytucję (że jest powszechnie krytykowana i powinno się ją zlikwidować).

TYLKO NIE WIĘZIENIE

Kiedy jako jedyny z członków rodzin ówcześnie skazanych (żaden z podsądnych już nie żyje) zgłosiłem chęć wystąpienia jako oskarżyciel posiłkowy, mec. Tracz zaprotestował: „Należy sprawdzić, czy wnioskodawca nie współpracował z PRL-owskimi służbami specjalnymi”. Po krótkiej naradzie sąd zawyrokował: „Oddalić wniosek”. Dlaczego? Niezależnie od absurdalności takiego przypuszczenia (w 1990 r. mając lat 19, trudno było zostać zwerbowanym przez komunistyczne spec-służby) wniosek ów nie miał żadnych podstaw prawnych. Wspomnianą agenturalność można bowiem sprawdzać tylko „w rozumieniu ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej” - jeśli ktoś uważający się za pokrzywdzonego, składa wniosek o swoją „teczkę”. Udostępnianie dokumentów ofiarom minionego systemu (w sprawie zmarłego w ub. roku Ojca - Tadeusza Płużańskiego, też oskarżanego przez Ł. w procesie Pileckiego i skazanego na karę śmierci, złożyłem zresztą odpowiedni wniosek do IPN) nie ma nic wspólnego ze ściganiem ich oprawców - stalinowskich (komunistycznych) zbrodniarzy. Mec. Tracz nie doczytał ustawy.
Skąd jednak taki pomysł przekornego mecenasa? Na początku lat 90. Ojciec zapytał publicznie, czy prokurator Ł. (tak jak obrońca Alicja Pintarowa) przypadkiem nie współpracował z bezpieką (czytaj niżej). Na poprzedniej rozprawie mec. Tracz - też przewrotnie - wniósł o sprawdzenie prawidłowości składu sędziowskiego. Podczas procesu grupy Pileckiego jego klient nie dopełnił tego obowiązku (to punkt wyjścia obecnego oskarżenia Ł. przez IPN) - zamiast tzw. składu zawodowego (trzech sędziów) lub ławniczego (sędzia i dwóch ławników) było dwóch sędziów i jeden ławnik.
Po odrzuceniu „agenturalnego” wniosku pewny siebie Ł. stracił dobry humor. W przerwie rozprawy błagał swojego obrońcę: „Zrób wszystko, żeby tylko nie więzienie”.

POD NADZOREM BEZPIEKI

Odczytując akt oskarżenia, prokurator Małgorzata Kuźniar-Plota przypomniała, że proces Pileckiego był pokazowy, starannie nagłośniony przez reżimową prasę. Przede wszystkim został wcześniej przygotowany przez bezpiekę (śledztwo przeciwko „płatnym szpiegom Andersa” trwało 1,5 roku w więzieniu mokotowskim w Warszawie, nadzorował je bezpośrednio pierwszy „śledź” „polskiego” stalinizmu Józef Goldberg-Różański). Ł. - podobnie jak sąd i adwokaci - dobrze o tym wiedział. Mimo to całkowicie zignorował fakt, że podczas rozprawy oskarżeni odwoływali złożone w śledztwie zeznania (to jedna z podstaw dzisiejszego oskarżenia Ł.), podkreślając: „niczego takiego nie powiedziałem”, „oficer śledczy nie zapisał tego, co zaznaczałem”, „zgadzałem się na podpisywanie wszystkiego, co mi kazano, byleby nie przedłużać śledztwa”. Prawie zawsze towarzyszyło temu lakoniczne stwierdzenie: „byłem wówczas bardzo zmęczony”. Dlaczego żaden z podsądnych nie przyznał otwarcie: „byłem bity; grożono, że załatwią moją rodzinę”? Odpowiedź znajdujemy w słowach Czesława Ł. Po procesie miał powiedzieć do matki Pileckiego: „Syn pani to wrzód, który trzeba wyciąć”. Ł., co prawda zaprzecza: „pani Pilecka nigdy u mnie nie była”, ale zaraz dodaje: „może podeszła w czasie przerwy w rozprawie i wtedy powiedziałem coś, co brzmiało podobnie. Na sali było pełno ubeków, patrzyli, jak się zachowuję, co mówię”. Dodajmy - byli to ci sami ubecy, którzy wcześniej znęcali się fizycznie i psychicznie nad oskarżonymi.

NADGORLIWY

Domagając się najwyższego wymiaru kary dla Witolda Pileckiego - bohatera Polskiego Państwa Podziemnego, dobrowolnego więźnia obozu w Oświęcimiu - Czesław Ł. przyczynił się do zamordowania rotmistrza, który 25 maja 1948 r. został rozstrzelany. Pozostałe ofiary prokuratora - też oskarżane bezprawnie, bez dowodów winy - miały więcej szczęścia. Dwójkę skazanych „dzięki” niemu na KS - Marię Szelągowską i Tadeusza Płużańskiego Bierut ułaskawił, skazując na dożywocie. Czwarty podsądny - Makary Sieradzki, wobec którego Ł. również wnosił o karę śmierci, wyrok dożywocia zawdzięczał sądowi, który w tym wypadku nie zgodził się z oskarżycielem. Pozostałym czterem członkom „siatki szpiegowskiej” skład sędziowski też obniżył kary w stosunku do tego, czego chciał Ł. - np. zamiast żądanego dożywocia zawyrokował o długoletnim więzieniu. Czyż Ł. nie był nadgorliwy? Czyż nie nadużył władzy - co zarzuca mu IPN?

KŁAMLIWE ZARZUTY

Prokurator IPN podkreśliła, że w 1990 r. Sąd Najwyższy zrehabilitował skazanych w 1948 r. Uznał bowiem, że nie byli oni szpiegami (Ł. do dziś uważa Pileckiego za szpiega), działającymi na rzecz „obcego wywiadu”, gdyż zbierali i przekazywali informacje dla polskiego wojska na Zachodzie i rządu londyńskiego. Miało to charakter polityczny, a nie agenturalny, a „dotyczyło zagadnień społeczno-gospodarczych, a także działania władz bezpieczeństwa”.
Małgorzata Kuźniar-Plota przywołała też orzeczenie Sądu Najwyższego w sprawie skazania na śmierć sanitariuszki „Łupaszki” Danuty Siedzikówny „Inki” - sędziowie uznali, że był to mord sądowy. Tak samo profesorowie Witold Kulesza i Andrzej Gaberle zakwalifikowali skazanie i stracenie przez komunistów gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”.
Prokurator rozprawiła się następnie z kolejnymi zarzutami aktu oskarżenia wobec członków grupy Pileckiego:
- Nie brali pieniędzy na „działalność szpiegowską”, ale jako oficerowie II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie dostawali żołd.
- Nie planowali zamachów „na czołowe osobistości MBP”, gdyż ich celem była działalność polityczna, m.in. „rozładowywanie lasu”.
- Znaleziona w skrytce Pileckiego broń nie miała posłużyć do zamachów (patrz wyżej); schowana po Powstaniu Warszawskim nie została potem użyta.
- Już wcześniej, w czasie okupacji używali fałszywych dokumentów.
- Pilecki nie zgłosił się do RKU, gdyż taki obowiązek ciążył na nim tylko w czasie wojny, a stan wojenny władze odwołały z dniem 16 XII 1945 r.
A co na to Ł.? Żądanie kary śmierci tłumaczył „presją przełożonych” - sowieckiego szefa Naczelnej Prokuratury Wojskowej Stanisława Zarakowskiego i jego zastępcy Henryka (Hersza) Podlaskiego. To oni dali mu tezy oskarżycielskie, ale zarazem obiecali, że żaden wyrok w tej sprawie nie zostanie wykonany, że prezydent Bierut skorzysta z prawa łaski.
Prokurator IPN: - Nawet w ówczesnym prawie obowiązywała zasada, że co prawda prokurator wykonuje polecenia przełożonych, ale przede wszystkim jest niezależny. Zeznania Ł. trudno zweryfikować, jest to tylko linia jego obrony.

DLACZEGO ZGINĄŁ?

W świetle najnowszych badań, w latach 1944-56 skazano w Polsce na śmierć ok. 5 tys. osób. Obecnie IPN prowadzi w całym kraju kilkadziesiąt śledztw w sprawie mordów sądowych. Jak dotąd żaden z ich sprawców nie został skazany. Odpowiedzialności nie poniósł również żaden stalinowski prokurator. W ubiegłym miesiącu osądzono natomiast pierwszego stalinowskiego sędziego - karę dwóch lat odsiadki dostał płk Tadeusz Nizielski.
Do dziś nie wiadomo, dlaczego rotmistrz Witold Pilecki musiał zginąć. Czy dlatego, że za dużo wiedział o roli, jaką późniejszy wieloletni premier PRL Józef Cyrankiewicz odegrał w obozie w Oświęcimiu (komunistyczne władze przez lata podtrzymywały wersję, że to właśnie Cyrankiewicz, a nie Pilecki, którego celowo skazano na zapomnienie, miał największe zasługi dla obozowej konspiracji), czy dlatego, że nie chciał współpracować z UB?
Kolejne rozprawy przeciwko Czesławowi Ł. sąd wyznaczył na połowę września „ze względu na okres wakacji”. Czy w czasach stalinowskich takie odwlekanie sprawy byłoby możliwe? Ł., który w przeciwieństwie do swoich ofiar odpowiada z wolnej stopy, już teraz zapowiedział, że chce złożyć zeznania. Aby oskarżony w toku procesu nagle nie przypomniał sobie o jakiejś chorobie, sąd skierował go na kompleksowe badania lekarskie. Jak dotąd, mimo 92 lat nie zdradza objawów amnezji. Chyba, że pytania bezpośrednio dotyczą przebiegu procesu i jego odpowiedzialności za mord sądowy na Pileckim.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI


Komentarz (0)

Włodzimierz Iljicz Uljanow jak żywy! Podczas II Spędu Sojuszu Lewicy Demokratycznej przemawiał tow. "Lenin" - cz. I rejestracji komunistyczno-okultystycznego zjawiska Wysłane niedziela, 29, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

Przed miejscem dzisiejszego II Spędu Sojuszu Lewicy Demokratycznej - obecnej formacji politycznej kamratów z b. Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, do roku 1989 ub. wieku przez ponad 40 w imieniu Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego sprawującą nadzór nad okupowaną przez wojska sowieckie Polską objawiła się III inkarnacja przywódcy Wszechrosyjskiej Komunistycznej Partii (bolszewików) - ojca chrzestnego zarówno komunistów z KPZR, jak i PZPR, który usiłował dostać się do mównicy w sali spędu, by po raz kolejny wezwać płomiennym apelem szeregi obecnych nieudolnie zakamuflowanych post(?)komunistów polskich do ich silniejszego zwarcia.
Niestety, źle zorientowani ideowo ochotnicy z bojówek wynajętych za kapitalistyczne pieniądze wrogów ukrytych w szeregach SLD, wykazali się opłaconym niezrozumieniem i tow. Lenin został zmuszony do wykonania swego przemówienia przed budynkiem kongresowym PSL-owskiej "Gromady", gdzie TV ASME dokonała rejestracji tego komunistyczno-okultystycznego zjawiska.

Ta część nagrania trwa ponad 5 minut.

Plik DivX 27,7 MB
Plik mp3 1,22 MB


Komentarz (0)

Kim są neokonserwatyści amerykańscy - opisuje Zdzisław M. Rurarz Wysłane sobota, 28, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

(...) "amerykańskich neokonserwatystów", "neocons", nazywa się różnie, a mianowicie “straussowcami”, "PNAC-owcami", "likudnikami", a nawet "partią wojny".

Skąd wzięły się te dość niecodzienne jak na ruch polityczny (jeśli tylko nim jest) określenia i co one oznaczają?

- "Straussowcy" (the Straussians): - "Amerykańscy neokonserwatyści" sami siebie takimi nie nazywają, ale też nie wypierają się wpływu, jaki wywarł na nich Leo Strauss (1899-1973), niemiecki "polityczny i społeczny filozof" żydowskiego pochodzenia. Po dojściu Hitlera do władzy w Niemczech, Straussa, aczkolwiek jego poglądy były bliskie nazistom, wyproszono z kraju, wysyłając go "na stypendium" do Francji i Anglii, skąd następnie trafił do USA, gdzie założył popularną w niektórych kręgach "chicagowską szkołę" (wśród ponad 100-tu swoich doktorantów miał m. in. Paula D. Wolfowitza, obecnie osobistość Nr 2 w Pentagonie, uważanego za najwybitniejszego "straussowca"). Strauss, jak to niektórzy twierdzą, miał nauczać, że w niektórych przypadkach należy zrezygnować z demokracji na rzecz "wyższych celów" ("szkołę Straussa" kontynuuje dziś Allan Bloom).

- PNAC-owcy (PNAC signatories): - Za takich uważa się 25 "prawicowych" (right-wingers) sygnatariuszy deklaracji-memorandum z 1997 r. ,w angielskim skrócie zwanym PNAC, "Project for the New American Century", "Propozycja na Nowe Amerykańskie Stulecie". (...)

- “Likudnicy” (the Likudniks): - Nazwa jest aluzją zarówno do żydowskiego pochodzenia wielu (jeśli nie większości) "amerykańskich neokonserwatystów", jak i to, że utożsamia się ich jednocześnie z izraelską nacjonalistyczno-szowinistyczną partią Likud, kierowaną przez premiera Ariela Sharona. Jeszcze inni, "neokonserwatystów" utożsamiają po prostu z "żydowskimi konserwatystami" (czemu niektórzy z nich nie oponują, jak na przykład Max Boot, b. wydawca "The Wall Street Journal", który twierdzi, że uczuciowe więzy "neokonserwatystów" z Izraelem są "key tenet of neoconservatism", "kluczowym dogmatem neokonserwatyzmu").

Za Polonian.com


Serwis internetowy, w którym tekst ów został zamieszczony posiada w swej nocie odredakcyjnej poniższe oświadczenie: "Polonian.com jest polonijną gazetą internetową, która na bieżąco informuje o prawdziwych przyczynach i skutkach wydarzeń mających wpływ na nasze życie.
Popieramy te osoby i organizacje polonijne, które działają w rzeczywistym interesie naszej grupy etnicznej i rzeczywistym interesie ich kraju. Popieramy dążenia w kierunku zapewnienia osobom polskiego pochodzenia należnej im pozycji w sferze społecznej, politycznej i edukacyjnej". Można mieć nadzieję, że w przyszłości zajdą się w nim równie ciekawe teksty, jak ów traktujący o mniej naświetlanych w krajowych mediach aspektach polityki amerykańskiej, która odgrywać będzie coraz większą rolę także i dla naszego państwa.
A przy okazji - zapraszamy do zapoznania się z witryną PNAC


Komentarz (0)

Leszek Miller będzie miał rywala! - czyli jak bardzo poważnie i odpowiedzialnie, deklarując tradycyjny czyn zjazdowy, traktuje spęd PZPR-erii polska młodzież Wysłane sobota, 28, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

Piotr Lenin Lisiewicz, lider Akcji Alternatywnej "Naszość", uważający się za trzecią reinkarnację Włodzimierza Iljicza Lenina, zapowiada, że będzie rywalem Leszka Millera do fotela lidera SLD.
W posłaniu do kongresu Lenin zaapeluje o jedność partii i zgodę pomiędzy frakcjami Leszka Millera i Aleksandra Kwaśniewskiego, a także o powrót do leninowskich norm życia partyjnego.
Lenin uważa, że jest jedynym kandydatem, który może przywrócić partii dawną świetność i na którego mogą się zgodzić wszystkie zwaśnione frakcje. Zdecydował się kandydować, bo jest jedyną osobą o odpowiednim autorytecie, by rywalizować z Millerem. Lenin nie wyklucza, że w tej sytuacji Miller może zrezygnować z kandydowania.
W niedziele o 12.15. Lenin w szklanym sarkofagu wniesiony zostanie na salę w Centrum Kongresowym "Gromada", w którym odbędzie się kongres SLD. Zamierza przemówić do delegatów zaraz po Leszku Millerze.
W najbardziej dramatycznym fragmencie przemówienia Lenin zażąda przywrócenia do partii wyrzuconych działaczy: "Rozglądam się po sali i pytam, gdzie są najwartościowsi spośród Was? Ci, którzy wykazali największy rewolucyjny zapał? Gdzie jesteście, towarzyszu Mariuszu Łapiński, towarzyszu Aleksandrze Naumannie! Gdzie są młodzi, wspaniali chłopcy o gorących sercach, towarzysz Emil i towarzysz Milimetr?!".
Przed budynkiem pojawi się też grupa nagich mężczyzn z wielkimi rogami jelenia na głowie i transparentem "Zaufaliśmy SLD". Narządy płciowe zasłonięte mieć będą tablicami z logo SLD.
Festyn uświetni występ dziewcząt z zespołu "Arka Millera", które odśpiewają "Pieśń delegata" z refrenem "Nie boję się, gdy ciemno jest, Leszek za rękę prowadzi mnie". Pierwsza zwrotka:
"Dziękuję ci Leszku za rady nadzorcze,
Dziękuję za miejsce na liście wyborczej,
Dziękuję za skoki małe i duże,
Za umorzenia w prokuraturze!".
Pieśń delegata oraz posłanie Lenina do uczestników kongresu rozdawane będą delegatom i gościom imprezy.
Przypomnijmy, że Piotr Lisiewicz, lider Akcji Alternatywnej "Naszość" i dziennikarz "Gazety Polskiej" stanął przed sadem w Poznaniu oskarżony o to, że "umyślnie wprowadził funkcjonariusza policji w błąd co do tożsamości własnej informując, że nazywa się Włodzimierz Iljicz Lenin". Zeznał, że jest reinkarnacją wodza rewolucji.
Sad uniewinnił go, gdyż uznał, że "Lenin jest postacią historyczną i ogólnie znaną" i w związku z tym Lisiewicz nie mógł wprowadzić policjanta w błąd. Policja zapowiedziała apelację od wyroku.


Komentarz (0)

Herszt "grupy przestępczej" z byłej PZPR, obecnie - SLD... - ciąg dalszy sprawy b. wicewojewody łódzkiego Wysłane sobota, 28, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

Były wicewojewoda łódzki Mirosław M. (SLD), któremu postawiono w piątek zarzut m.in. kierowania grupą przestępczą nie trafi do aresztu. Biegli lekarze orzekli, że ze względu na stan zdrowia M. nie może uczestniczyć w czynnościach procesowych. (...)
W piątek Mirosławowi M. postawione zostały trzy zarzuty. Pierwszy to kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. Kolejne dotyczą: podania przez byłego wicewojewodę nieprawdy w dokumentach skarbowych, przez co skarb państwa stracił 2,2 mln zł, oraz tego, iż będąc prezesem firmy, na podstawie sfałszowanych dokumentów wyprowadził z przedsiębiorstwa 7,87 mln zł. (...)
Za Onet.pl z dn. 28.06.2003 r.; także patrz Dziennik Internetowy PAP


Skoro nadzorowana politycznie przez kamratów z byłej pezetperii aresztanta Mirosława Marcisza (o czym pisaliśmy już w dniu 27.06.2003 r.) podjęła się tak zdecydowanego działania, znaczyć to może także i to, że w przededniu histerycznie nagłaśnianego przez większość krajowych mediów ogólnopolskiego spędu zwanego zjazdem (tak samo jak w czasach I PRL, kiedy to Zjazdy PZPR odbywały się w donośnym harmidrze żurnalistycznym kontrolowanej przez komunistów prasy, radia i telewizji) SLD – na ciche polecenie władz post(?)komunistycznych została przygotowana propagandowa teza o "radzeniu sobie z patologiami w łonie socjaldemokratów" przez towarzyszy biurokratów zajmujących stołki w administracji państwowej.
Tylko - jaka to tam znowu - patologia? To przecież samo jądro sposobu sprawowania władzy od ponad lutego 1943, kiedy to został w Rosji sowieckiej, na polecenie wybitnego przedstawiciela socjalizmu chowu moskiewskiego, tow. Józefa "Stalina" Dżugaszwiliego, patrona wielu do dzisiaj członków "ezelde" - powołany Związek Patriotów Polskich z Wandą Wasilewską na czele.
Jacy rodzice - takie potomstwo...


Komentarz (1)

Kiedy poważnie zaczniemy negocjować z Amerykanami - traktat FTA nadal czeka! Wysłane sobota, 28, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

Anszlus Polski przez Związek Socjalistycznych Republik Europejskich został przypieczętowany w wyniku czerwcowego referendum. Jednak mimo tej wysoce niekorzystnej dla suwerenności państwowej okoliczności - historia powtarza się raczej farsą, tak uważali już dawno przed naszym pokoleniem inni obserwatorzy dziejów ludzkości - można podejmować działania mające na celu powstrzymywanie uzależnienia gospodarczego RP od coraz bardziej wyraźnie chylącej się ku upadkowi Unii Europejskiej. W dzienniku "Rzeczpospolita" z dn. 27.06.2003 r. został zamieszczony interesujący artykuł traktujący o możliwościach współpracy gospodarczej polskich firm z - o dziwo!, tym razem wielokrotnie przez eurofederastów podkreślana "niemożność podpisani z USA Traktatu o Wolnym Handlu (FTA) ze względu na bezmiar dzielącej nas przestrzeni" nie jest w ogóle brana pod uwagę, a wręcz przeciwnie: pokreślone został wymiar bezpośredniości i błyskawiczności kontaktów np. handlowych w obecnej dobie internetu - ich kooperantami lub odbiorcami finalnych produktów w Stanach Zjednoczonych.
"Coraz więcej polskich firm znajduje odbiorców na swoje towary w Stanach Zjednoczonych. W ocenie przedsiębiorców to ogromny rynek, wielkie zamówienia i perspektywy. Obecność krajowych firm spożywczych na rynku amerykańskim umocnić ma giełda towarowa organizowana w Chicago przez Polsko-Amerykańską Izbę Gospodarczą.
Polskich przedsiębiorców nie przeraża odległość do USA. Rozwój logistyki sprawił, że towary można przetransportować przez Atlantyk w ciągu kilkunastu godzin. Zapytanie ofertowe dotrze w ciągu kilku minut przez internet. Nie trzeba się martwić o osobiste złożenie podpisu, gdyż honorowany jest elektroniczny. (...)".
Po rychłym rozczarowaniu się Polaków do "europejskiego raju gospodarczego", jak był w propagandzie pro-unijnej, podejmowanej skonsolidowanymi siłami post(?)komunistów i ich sparingpartnerów z tzw. opozycji parlamentarnej, określany stan dychawicznej ekonomii UE - czekać będzie następne rządy, tym razem już miejmy nadzieję - Rzeczypospolitej czas wstąpienia Polski do układu FTA.


Komentarz (0)

Tylko "nieudacznicy" gospodarczy czy po prostu - prymitywni impotenci umysłowi? Wysłane sobota, 28, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

W jednym z programów telewizyjnych przeznaczonych dla szamanów żerujących na lękach przed niepewną przyszłościa ekonometrysta J. Jankowski z banku, który jest od swojego powstania kojarzony z establiszmętem PRL-owskim, a który to ekonometrysta wsławił się niedawno - przed referendum unijnym - entuzjastyczną wypowiedzią prounijną reklamującą dobrobyt w socjalistycznym kołchozie już za - uwaga, uwaga! - jedyne 14 (czternaście) lat! - z uporem godnym lepszej sprawy upierał się, że "wzrost jednak jest", choć kiedy posadzony przy nim jako głos rozsądku ekonomiczny naukowiec z Towarzystwa Ekonomistów Polskich, prof. Winiecki wspomniał o negatywnym raporcie zajmującej się przydzielaniem przedsiębiorczych laurów lub rózg firmy Standard&Poor
Agencja ratingowa Standard & Poor's obniżyła perspektywę ratingu dla Polski ze stabilnej na negatywną z powodu polityki fiskalnej - podała agencja w komunikacie.
"Zmiana perspektywy wynika z pogorszenia się średnioterminowej perspektywy polityki fiskalnej, presji na zwiększanie fiskalizmu i trudności politycznych związanych z przeprowadzeniem reformy finansów" - napisała agencja w poniedziałkowym komunikacie.
Ocena zdolności kredytowych Polski w walutach obcych została utrzymana na poziomie BBB+/A-2, a walucie krajowej - na poziomie A/A-1 (...)
Wirtualna Polska z dn. 06.2003 r.
, obniżającym tzw. rating - po ludzku mówiąc: wiarygodność finansową naszego państwa pod rządami kamratów z PZPR-erii, z miejsca uszło z niego nadęcie i markotnie musiał się zgodzić, iż "być może jest to jeden z wskaźników braku wzrostu". Znamienny był przedstawiony przez niego przykład statystycznego oszustwa, które będzie wykorzystane w propagandzie rządu tow. b. sekretarza KC PZPR Muellera Leszka (pisownia europejska nazwiska) przy podawaniu poziomu wskaźników za następne kwartały bieżącego roku - otóż w drugim kwartale był długi okres świąteczny, którego odpowiednika brak jest w następnych okresach, więc wydział propagandy KC SLD będzie usiłował dowodzić - papierowej oczywiście tylko - poprawy stanu gospodarczego zawłaszczonego przez siebie państwa.
Nie tylko firma S&P krytycznie ocenia prymitywizm ekonomiczny tzw. socjaldemokratów, czyli właścicieli folwarku PRL-bis - także postępowy Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie zdzierżył już i wymierzył klapsa dokazującym rządzącym obecnie socjalistycznym abnegatom politycznym.
MFW: polska polityka fiskalna i monetarna jest zła

Kondycja polskiej gospodarki pozostaje niepewna, zaś jej wzrost ograniczają zarówno zmniejszające się inwestycje jak i zła polityka fiskalna i monetarna - ocenia Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW). Jego zdaniem, polski rząd musi ograniczyć wydatki, a bank centralny ma badać, czy jest jeszcze miejsce na dalszą obniżkę oprocentowania bez zagrożenia dla celu inflacyjnego. (...)
Puls Biznesu 20.06.2003


Towarzysz Celiński Andrzej (obecnie z SLD, przedtem w wyrzuconej już na śmietnik politykierski Unii Wolności) w wywiadach przed ogólnopolskim spędem KPP/PPR/PZPR/SdRP/SLD nieustająco jednak zapewnia, że mówienie o PRL-bis, że jest zarządzana przez kompletnych nieudaczników - jest "mijaniem się z prawdą".




Komentarz (0)

Coraz więcej zainteresowania Marszem na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych - relacjonuje prof. Jerzy Przystawa Wysłane piątek, 27, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

Klimat wokół sprawy JOW się zmienia. Świadczą o tym reakcje prasowe i inne po wczorajszej konferencji prasowej w Biurze Ruchu przy ul. Białoskórniczej.

Przede wszystkim telewizja publiczna, w dzienniku lokalnym "Fakty" zamieściła sporą informację o JOW, nagłaśniając sprawę sprzeczności obecnej ordynacji z Konstytucją. Poinformowała też o "Marszu na Warszawę" i o patronach tego przedsięwzięcia, wymieniając prezydentów i burmistrzów miast, i podkreślając, że nie ma wśród nich prezydenta Wrocławia.

Radio Wrocław kilkakrotnie wracało do tej sprawy, cytując rożne moje wypowiedzi, mówiąc o sprzeczności z Konstytucją ordynacji wyborczej. Mówiono mi (sam tego nie słyszałem), że wzięli jakiegoś wrocławskiego eksperta-konstytucjonalistę, który twierdził, że JOW doprowadzi do rozdrobnienia Sejmu, ale inaczej niż zwykle, kiedy nasze wypowiedzi koryguje się wypowiedziami poprawnymi politycznie, tym razem moja wypowiedź o partiach politycznych, które są przeciwnikami JOW, kiedy powiedziałem, że tak jak tygrysa nie nauczy się jeść ogórków, tak i obecnych liderów partii politycznych nie przekona do sprawy JOW, stanowiła "korektę" wypowiedzi uczonego konstytucjonalisty.

Informacje o konferencji, o marszu i konferencji warszawskiej zamieściły wszystkie główne gazety Wrocławia: "Gazeta Dolnośląska" ("Gazeta Wyborcza"), "Gazeta Wrocławska" i "Słowo Polskie". Wszystkie podnoszą element sprzeczności ordynacji wyborczej z Konstytucją.

Dzisiaj wywiad ze mną przeprowadziło Radio RMF i otrzymałem zapewnienie, że fragmenty tej rozmowy zostaną nadane w niedziele, w czasie Marszu.

Oczywiście, wszystkie relacje zachowują dystans do sprawy i wszystko jest "według Przystawy". "Gazeta Wrocławska" w osobnej ramce zatytułowanej "Prawo wedle Przystawy" podaje:
"Jerzy Przystawa uważa, że legalną władzę, oprócz prezydenta RP, posiadają także, wybrani w wyborach bezpośrednich, prezydenci miast, burmistrzowie i wójtowie oraz - mimo zastrzeżeń związanych z podziałem na okręgi wielomandatowe - senatorzy. Natomiast niezgodnie z konstytucją - w ocenie wrocławskiego profesora - swe mandaty, oprócz posłów, zdobyli radni sejmików wojewódzkich oraz rad powiatów, miast i gmin".

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i do spotkania podczas Marszu!

Jerzy Przystawa


Komentarz (0)

Wieś rządzi, wieś radzi - wieś nigdy cię nie zdradzi! (jak jest przymuszona) - czyli marzenia polskich służb specjalnych Wysłane piątek, 27, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

Dziennik "Rzeczpospolita" w swym wydaniu z dnia 26.06.2003 r. przyniósł informację, że towarzysz "Disco-Olo" Kwaśniewski, obecnie zatrudniony na etacie Prezydenta RP, wypuścił balon próbny z pomysłem sformowania pod jego patronatem - jako głowy obecnego państwa PRL-bis - komitetu obywatelskiego, który wystawiłby kandydatów w przyszłorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego.
Do udziału mają być zaproszone ponoć zarówno "wybitne osobistości polskiego życia politycznego", jak i młodzi politycy, "nieskompromitowani" swoją działalnością na scenie politykierskiej. Jako przykłady owych młodych i nieskompromitowanych działaczy inicjatywy osławionego lokatora z Krakowskiego Przedmieścia wymieniani są m.in. znany spec od mediewistycznych burdeli Bronisław "Bronek" Geremek oraz Waldemar Dubaniowski, do niedawna prezydencki członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.
Żurnaliści "Rzeczpospolitej" spekulują, że najbliżej byłoby takiej zbieraninie do frakcji liberalnej w unijnym parlamencie.

Na te dictum błyskawicznie odezwały się media, całkowicie podległe aparatowi post(?)komunistów - czyli np. I program TVP w swym głównym, wieczornym wydaniu programu informacyjnego "Wiadomości", gdzie można było zobaczyć stałą komentatorkę ruchów na scenie politykierskiej naszego kraju, socjolożkę Jadwigę Staniszkisównę i mocno nieświeżą, również spełniającą rolę stałej komentatorki z ramienia lewackiego tygodnika "Polityka", popularnie zwaną od lat 60. ub. wieku "ciotą rewolucji" - Janinę Paradowską, które to niewiasty zgodnym chórem zapewniały wycelowane w nie obiektywy kamer o całkowitej przyszłej porażce tego pomysłu lokatora Pałacu Namiestnikowskiego. W pierwszej chwili można było pomyśleć, że była to szybka i zdecydowana reakcja telewizyjnych pretorianów "stahlkanzelora" Muellera (pisownia europejska nazwiska) na autentyczną inicjatywę "Disco-Ola" Kwaśniewskiego zagrażającą w jakiś sposób jego prymatowi w rozdziale wysoko płatnych stolców unijnych. Jednak - robota został spartolona. Była... za szybka.

Nic bowiem nie mogło innego na pęd, z jakim została wystrzelona amunicja "przeciwnika", wpłynąć - jak tylko uprzednie, zakulisowe ustalenia. W wyniku unijnego referendum jasno zostało na najbliższe lata dowiedzione, że właściwie tylko siły dysponujące aparatem propagandowym o potężnym oddziaływaniu będą sprawowały realną władzę - tak samo jak i w innych "demokracjach medialnych" Europy - a są nimi oczywiście - służby specjalne tych państw. U towarzysza Muellera pełnią służbę "abwehrzyści", a u jeszcze towarzysza "Disco-Ola" Kwaśniewskiego - popularnie określani - wieśmeni. Tym drugim ostatnio nie wiedzie się najlepiej, parę razy przy okazji przesłuchań przed komisją śledczą w sprawie "Michnik - Rywin - Mueller" padały nie owinięte w nic zarzuty o nieciekawych dokonaniach ich funkcjonariuszów (tow. Urban zaprezentował swój oczywistą szeroką wiedzę na ten temat, a podczas maglowania tow. Muellera przez posła śledziowego Konopczyńskiego ze strony tego ostatniego padły wymęczone zwroty o jakichś zaniedbaniach w otoczeniu lokatora Pałacu), sama zresztą afera Rywina, niegdyś przecież protegowanego jednego z wysokich wieśmenów nie przydaje im laurów...
Oczywiście były ZSMP-owiec Kwaśniewski trzyma swoje żądła w zanadrzu - w dzień poprzedzający rozgłoszenie tej inicjatywy media półgębkiem przy okazji 5. rocznicy morderstwa gen. policji Papały bąknęły o "możliwych zamieszaniach byłych funkcjonariuszów" SS PRL (ze strony późniejszych "chuopów") w handel narkotykami, a zwłaszcza - jednego z ich typu, z produkcji ponoć którego słynie wciąż nasz kraj, a z którego to likwidacją fabryczek nie mogą od dekady poradzić sobie właśnie owi cywilni SS-mani.

Kolejna odsłona klinczu, który jest udziałem stałym "walki buldogów pod dywanem" wpłynęła na taki obraz nowego rozdania ról w kabarecie politycznym PRL-bis.

O zrozumieniu tego najgłębszego motywu, jakim jest znany od dawien dawna wpływ SS na życie politykierskie naszego kraju, świadczą wypowiedzi odtrąconych od bezpośredniego miejsca przy unijnym korycie w efekcie rezultatów referendum przedstawicieli ugrupowań parlamentarnej opozycji dla tegoż dziennika "Rzeczpospolita" z dnia następnego: J. Kaczyński z PiS określił ją jako "bardzo poważną inicjatywę". Przedstawiciel PO, skompromitowany swoimi rządami (w koalicji z post[?]komunistami) w stolicy Polski Pawełek Piskorski poczuł niejakie zagrożenie (jego były partner-przeciwnik Geremek na horyzoncie!): "Ta koncepcja to prędzej szabrownictwo polityczne". Giertych młodszy robiący od pewnego czasu w roli etatowego eurosceptyka, wyraził zadowolenie z powstania takiego projektu: "Elektorat SLD jest na tyle duży, że panowie Miller i Kwaśniewski się nim podzielą po równo w przyszłorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego". Jednak najlepiej wyraziła ducha tej inicjatywy zasłużona eurofederastka Róża Thun: "są środowiska, które oczekują wsparcia ze strony prezydenta przy podejmowaniu przez nie ważnych inicjatyw europejskich".

Rzeczywiście - środowiska są, są nawet doskonale znane (w sensie ogólnym): nieustająco dbają, by władza realne nie wydostała się przypadkiem, może nawet w wyniku chwilowej utraty kontroli nad aktorami - poza obóz post(?)komunistyczny. W taki sposób pełny wpływ na ustalenie pierwszych i kolejnych szeregów pozorantów będzie pozostawało w gestii byłych PZPR-owców, znowu w dość mało zawoalowany sposób "podzielonych" na uprzejmie i medialnie zwalczające się ugrupowania.
Koło zatoczyło pełny obrót i choć dużo musiało ulec zmianie, to wszystko pozostało po staremu.

Krzysztof Pawlak


Komentarz (0)

"Ezelde" pyta się, dlaczego mało kto ich lubi: były wicewojewoda z SLD zatrzymany przez ABW Wysłane piątek, 27, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

Łódzka delegatura Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego zatrzymała byłego wicewojewodę łódzkiego Mirosława M. Zatrzymanie ma związek z aferą w łódzkiej Aflopie. Wyłudzono tam ponad 10 milionów złotych. (...)
Nieoficjalnie wiadomo, że może mu zostać przedstawiony zarzut kierowania zorganizowaną grupą przestępczą, która wyłudziła pieniądze z łódzkiej hurtowni leków na ponad 10 milionów złotych. (...)
Mirosław M. od 8 dni dni nie jest już wicewojewodą łódzkim. Został odwołany przez premiera Leszka Millera na wniosek wojewody Krzysztofa Makowskiego. Wojewoda zwrócił się do premiera z wnioskiem o odwołanie ze względu - jak poinformowano - na stan zdrowia swojego zastępcy.
Mirosław M był prezesem firmy Aflopa. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego a także prokuratura prowadzą śledztwo dotyczące wyprowadzenia z firmy ponad 10 milionów złotych i narażenia skarbu państwa na straty co najmniej 5 milionów złotych poprzez zaniżanie podatków. (...)

Za serwisem informacyjnym portalu Onet.pl z dn. 26.06.2003 r.

ABW zatrzymała skarbnika SLD
Funkcjonariusze łódzkiej delegatury Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego zatrzymali pięćdziesięciotrzyletniego Mirosława Marcisza, członka władz wojewódzkich Sojuszu Lewicy Demokratycznej, byłego wojewodę i wicewojewodę łódzkiego. Chcą przesłuchać go w sprawie afery w pabianickiej Aflopie.

Zanim tydzień temu premier Leszek Miller odwołał go ze stanowiska, Marcisz poszedł na urlop. Zbiegło się to z falą zatrzymań przez ABW, ale łódzki baron Sojuszu, wojewoda Krzysztof Makowski, wielokrotnie zaprzeczał, że jego zastępca miał związek z zarzutami w aferze Aflopy. (...)
Marcisz nadal pełni funkcję skarbnika Rady Wojewódzkiej SLD w Łodzi.
Za dziennikiem "Rzeczpospolita " z dn. 27.06.2003 r.

Ze strony Urzędu Wojewódzkiego w Łodzi:
"KOMUNIKATY: Prezes Rady Ministrów Leszek Miller odwołał z dniem 18 czerwca 2003 r. Mirosława Marcisza ze stanowiska I wicewojewody łódzkiego".

Rok liczy ponad 300 dni. Każdy dzień przynosi nowe informacje o wyczynach kamratów z przemalowanej na socjaldemokrację Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, która do roku 1989 niepodzielnie rządziła PRL-em. Państwem całkowicie niesuwerennym, po istnieniu którego pozostały kolosalne długi, spłacane obecnie przez jego byłych poddanych i przez następne pokolenia. Czy w obliczu nawały ujawnianych afer, w których uczestniczą mniejsi lub bardziej znaczący reprezentanci pezetperii, można mieć jeszcze jakieś wątpliwości co do jakości sprawowanych z namaszczenia kremlowskiego rządów kolaborantów komunistyczno-socjalistycznych?
Tak jak jest obecnie - przynajmniej tak było i wówczas.


Komentarz (0)

Informacja na konferencję prasową w związku z "Marszem na Warszawę" w dniach 29 czerwca - 5 lipca br. Wysłane czwartek, 26, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

Informuję, że dzisiaj, razem z Jerzym Gieysztorem, przeprowadziliśmy konferencję prasową w Biurze Ruchu, przy ul. Białoskórniczej, na której poinformowaliśmy o rozwoju Ruchu, o Marszu na Warszawę i Konferencji Warszawskiej.

W konferencji wzięli udział dziennikarze głównych wrocławskich gazet: "Gazety Wrocławskiej", "Słowa Polskiego" i "Gazety Wyborczej". Obecna była Telewizja Fakty i Radio Wrocław. Po raz pierwszy całość konferencji filmowała ekipa telewizyjna, chociaż konferencja trwała ok. 45 minut. Było sporo pytań i wyraźnie większe zainteresowanie tematem niż do tej pory.

Zaprezentowaliśmy nową broszurę "Jednomandatowe Okręgi Wyborcze". Broszurę można zamawiać w Biurze Ruchu, ul. Białoskórnicza 3/1, telefon 71-342-46-44.

Załączam tekst Informacji, jaka została rozdana dziennikarzom, plus program marszu i konferencji warszawskiej.

Do zobaczenia na Marszu

Jerzy Przystawa

Informacja na konferencję prasową
w związku z "Marszem na Warszawę"
w dniach 29 czerwca - 5 lipca br.


Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych od 10 lat wysuwa i upowszechnia postulat ustrojowy sprowadzający się do zastąpienia ordynacji wyborczych przewidujących wybieranie posłów z wielomandatowych list partyjnych przez najstarszy i najbardziej rozpowszechniony na świecie system brytyjski, wybierania posłów w jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW). W tym celu Ruch upowszechnia elementarną wiedzę na ten temat, publikując materiały, organizując odczyty, spotkania i konferencje i demonstracje. Między innymi Ruch zorganizował do tej pory ponad 40 ogólnopolskich konferencji w różnych miastach Polski. Akcja ta przybrała na sile od połowy marca bieżącego roku, od kiedy dziennik "Rzeczpospolita" opublikował tzw. Apel Intelektualistów do Prezydenta RP o w prowadzenie JOW. W ślad za ponad 70 znanymi postaciami naszego życia publicznego, napłynęły do "Rzeczpospolitej" i do Kancelarii Prezydenta RP ogromne ilości wyrazów poparcia z różnych środowisk, przede wszystkim samorządowych.

Wszelkie badania opinii publicznej wykazują, że postulat odrzucenia list partyjnych w wyborach do Sejmu znajduje powszechne poparcie i opowiada się za nim nie mniej niż 70% Polaków. Dowodzą tego również ubiegłoroczne wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, w których obywatele, w ponad 75% odrzucili kandydatów wysuwanych przez partie polityczne i wybrali na te stanowiska ludzi nie posługujących się jakimkolwiek szyldem partyjnym.

Mamy więc wielką liczbę dowodów na tezę, że w obronie obecnego, partyjnego systemu wyborczego staje tylko wąska grupa beneficjantów tego systemu, którymi są posłowie i nieliczne koterie partyjne, dla których listy partyjne są instrumentem manipulacji i podporządkowania sobie innych. Jak wykazała tocząca się na ten temat dyskusja, grupy te nie posiadają, dla obrony swojego stanowiska, innych argumentów poza ich, nie liczącym się z potrzebami kraju, egoistycznym interesem. Dlatego wysuwają oni inny argument: że pożądana przez ogół obywateli zmiana systemu wyborczego jest niemożliwa do przeprowadzenia, gdyż zabrania tego Konstytucja III RP. Zmiana Konstytucji jest natomiast niemożliwa bez ich zgody, a oni nigdy się nie zgodzą, ponieważ godzi to w ich interesy.

Ruch nasz stoi na stanowisku, że to przede wszystkim obecna ordynacja wyborcza jest sprzeczna z obowiązującą Konstytucją, gdyż łamie ona wszystkie tam zapisane zasady, a więc równości, powszechności, bezpośredniości i proporcjonalności wyborów do Sejmu. Sejm, wybrany według ordynacji wyborczej sprzecznej z Konstytucją, nie posiada legitymacji do rozstrzygania o czymkolwiek. W tej sytuacji legalną, zgodną z Konstytucją, władzę posiada Prezydent RP i wyłonieni w tzw. bezpośrednich wyborach wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast. Dlatego domagamy się od Prezydenta RP rozwiązania Sejmu i przeprowadzenia nowych wyborów w JOW. Dopiero tak wybrany Sejm będzie posiadał legitymację do stanowienia prawa, zgodnie z aspiracjami i oczekiwaniami obywateli.

Dla osiągnięcia tego celu Ruch nasz organizuje, w dniach 29 czerwca - 5 lipca "Marsz na Warszawę", który zakończy, w murach Uniwersytetu Warszawskiego, ogólnopolska konferencja pod hasłem "Chcemy JOW w wyborach do Sejmu". Do udziału w tych imprezach zapraszamy wszystkich, którzy pragną autentycznej naprawy Rzeczypospolitej.

Komentarz (0)

Kilka nieporozumień - artykuł Krzysztofa Ciesielskiego Wysłane czwartek, 26, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem tekst prof. Piotra Winczorka "Inna jednomandatowość" ("Rzeczpospolita" 21.05.2003 r. - przyp. ASME). Z wieloma aspektami tej wypowiedzi się zgadzam. Chciałbym jednak, korzystając z okazji, zwrócić uwagę na niektóre sprawy związane z elementami matematycznymi oraz na pewne nieporozumienia, z którymi można się często spotkać, a które dotyczą "proporcjonalności" systemu nazywanego "proporcjonalnym".
Przede wszystkim, podkreślmy to z całą stanowczością, system liczenia głosów nazywany "proporcjonalnym" ma bardzo, a to bardzo niewiele wspólnego z proporcjonalnością. Słowo "proporcjonalny" ma swoje znaczenie, podawane w słownikach, leksykonach, encyklopediach. Mówiąc najbardziej poglądowo i nieformalnie, dwie wielkości są proporcjonalne, gdy wraz ze wzrostem jednej rośnie druga, i to według specyficznego związku. Przekładając to na systemy wyborcze, "proporcjonalność" oznaczać ma, że ze wzrostem liczby głosów (powiedzmy, na ugrupowanie) powinna rosnąć liczba mandatów. Co więcej, jeśli liczba głosów zwiększy się dwukrotnie, liczba mandatów też powinna się zwiększyć dwukrotnie. Tymczasem w ordynacjach nazywanych proporcjonalnymi tak nie jest. Liczba głosów jest niewspółmierna z liczbą mandatów poselskich. Może się zdarzyć, że partia A otrzyma znacznie więcej głosów niż partia B, ale mandatów znacznie mniej. Możliwe są sytuacje, gdy partia zyskuje głosy i w efekcie tego... traci mandat! Głosy oddane na kogoś naprawdę przynoszą korzyść komuś zupełnie innemu.
Ordynacja taka - i to zupełnie niezależnie od tego, czy głosy na mandaty przelicza się systemem d'Hondta, Sainte-Lague'a czy kogoś innego - zawsze prowadzi do paradoksów i efektów dalekich od proporcjonalności. Zostało to matematycznie udowodnione.
Nie chcę tu podawać liczbowych przykładów; napisałem na ten temat chyba już kilkanaście tekstów, sądzę, że najbardziej obszernie potraktowałem temat w artykule w książce "Otwarta księga" (red. R. Lazarowicz, J. Przystawa), zachęcam także do artykułu w miesięczniku "Wiedza i Życie" nr 8/1997.
Ma głęboką rację prof. Winczorek, zwracając uwagę na warunek prawny w Konstytucji RP, art. 96 ust. 2 mówiący, że ordynacja do Sejmu jest m.in. proporcjonalna. Na marginesie można zapytać: a czemu to takie zdanie w Konstytucji zostało wpisane? Po co było sobie konstytucyjnie wiązać ręce? Niewątpliwie miało to związek z partykularnymi interesami stronnictw, o których też pisze prof. Winczorek. Jednak należy koniecznie zauważyć, że i obecnie przeprowadzane wybory nie są zgodne z Konstytucją - bo ordynacja do Sejmu NIE JEST proporcjonalna. Ktoś powiedziałby, że politolodzy używają tego słowa, określając pewien typ ordynacji. Nie jest to żadnym argumentem. Przy czytaniu Konstytucji, nadrzędną rzeczą powinien być język polski. Czy jeżeli przez "własność" będziemy rozumieć dysponowanie pewną rzeczą w danej chwili (a niby czemu nie?), to Konstytucja będzie chronić złodzieja, który coś ukradł i ukradzioną rzeczą właśnie w danym momencie dysponuje? A dlaczego przez proporcjonalność ordynacji nie rozumieć czegoś innego. Utwórzmy okręgi jednomandatowe o przybliżonych, niemal równych, liczbach wyborców. W związku z tym liczba posłów na danym obszarze proporcjonalna jest do liczby wyborców na tym obszarze. Zaręczam, że takie określenie jest bliższe proporcjonalności niż to, co jest w obecnie obowiązującej ordynacji. A gdyby doszło do prawniczej dyskusji na ten temat, odwołań np. do Trybunału Konstytucyjnego - należy werdykt wydać w oparciu o opinię ekspertów-matematyków. Bo "proporcjonalność" to termin matematyczny.
Jeżeli prof. Winczorek pisze, że "Konstytucyjną zasadę proporcjonalności odczytałbym dosłownie", to należy jak najszybciej zmienić ordynację wyborczą do Sejmu! Problem w tym, że ordynacji spełniającej ten warunek w zasadzie nie ma... Chociaż?
Prof. Winczorek pisze: "Zresztą, już obecnie można się zastanawiać, czy istnienie progów wyborczych i wprowadzenie sporej ilości (28 na ogółem 41) okręgów o stosunkowo niewielkiej liczbie mandatów (od 7 do 12) nie wpływa zniekształcająco na realizację zasady proporcjonalności, przemycając do niej pewne elementy zasady większościowej". Z jednej strony absolutna racja - okręgi o takiej liczbie mandatów przy liczeniu głosów „na listy” powodują, że efekty nie mają kompletnie nic wspólnego z proporcjonalnością. Jednak wspomniane zniekształcenie nie ma też nic, a to absolutnie nic, wspólnego z zasadą większościową. A próg wyborczy, czemu też już w kilku miejscach dawałem wyraz, ma znaczenie zupełnie inne niż potocznie się uważa. By próg zaczął istotnie eliminować słabe partie, w okręgu musi być do podziału kilkanaście mandatów (bo 5% to jedna dwudziesta; jeśli liczone są wszystkie głosy, to w okręgu nawet dwunasto- czy trzynasto-mandatowym za 5% głosów mandatu się nie dostaje). Prawdziwą rolą tego progu jest eliminowanie partii z mocnym LOKALNYM poparciem, a słabszym w skali kraju. W takim przypadku mandaty zdobywają inni - w tym ci, którzy dostaną mniej głosów. Z zasadą większościową wiele wspólnego to nie ma.
Ordynacja "na listy" byłaby w istocie w miarę proporcjonalna, gdybyśmy na te listy głosowali w skali kraju i w skali kraju dzielili mandaty. Wówczas, w istocie, przy 460 mandatach poselskich za - powiedzmy - 10 % głosów byłoby około 10% mandatów. Do tego jeszcze wrócę.
Chciałbym zwrócić uwagę na pewien istotny fragment wypowiedzi prof. Winczorka - argument, który zresztą pada stosunkowo często. Czytamy: "Ustanawiając jednomandatowe okręgi wyborcze wraz z zasadą większości, należy się liczyć z możliwością bezproduktywnego rozproszenia znacznej ilości głosów, które padły na kandydatów przegrywających wybory". Jednak, o czym się raczej nie mówi, obecna ordynacja też powoduje rozproszenie znacznie większej liczby głosów niżby się wydawało! Jak to? Otóż głosujący zaznacza na liście kandydata. Często się jednak zdarza, że z tej listy ktoś wchodzi do parlamentu, jednak jest to inny kandydat. Jako "rozproszone" (czy też "zmarnowane") liczone są wyłącznie głosy, które padły na listy, z których nikt nie wszedł do Sejmu - a tymczasem dodać należy głosy na tych, którzy nie weszli do parlamentu, choć wszedł ktoś inny z listy, na której oni się znajdowali.
Spotkałem się z argumentem, że głosując na listę, popieram wszystkich na tej liście, więc mój głos nie jest zmarnowany. Nie zgadzam się. Bo czy ktoś zapytał wyborców, czy oni tego chcą? W ostatnich wyborach do Sejmu przeczytałem dokładnie listy kandydatów w moim okręgu. Na KAŻDEJ z nich byli ludzie, których popierać absolutnie nie chciałem. Byli też, to prawda, tacy, których uważałem za dobrych kandydatów na posłów. O paradoksie - ci, których nie chciałem, byli na górach list, a ci, których bym chciał, na dole... Można zatem było sądzić, że popierając mojego kandydata, naprawdę poprę kogoś innego, kogo jednak wcale nie popieram! Tak się zresztą stało, ale to inna sprawa.
Prof. Winczorek pisze, że nie wiadomo, jak by u nas sprawdziła się ordynacja większościowa - ze względu na odmienny kulturowo grunt. Wydaje mi się, że to, co jest nonsensowne, należy próbować likwidować - i to niezależnie od "gruntu". Jednak - jeśli chcemy brać pod uwagę polskie realia - należy koniecznie zwrócić uwagę na bardzo istotny element. Weźmy listę parlamentarzystów którejkolwiek kadencji i porównajmy ich kluby z początku kadencji z klubami z końca kadencji. Ile zmian! Jakże to inaczej wygląda! Czy przypadkiem wyborca, głosując ("z musu") na listę - nie zostaje oszukany? Głosował na kandydata z Ligi Obrońców Przyrody, a ten, kto wszedł z tej listy, szybko przeniósł się do Partii Myśliwych. Znany dowcip mówi: Pytanie w teleturnieju "Milionerzy": do ilu partii należał już pan poseł R.? a) trzech, b) czterech, c) pięciu, d) sześciu... W wyborach jednomandatowych głosuję na człowieka.
Powrócę do wariantu głosowania na partie w skali kraju. Nie wyeliminowałoby to przecież zmian klubowych. Ale i z tym można byłoby sobie poradzić. Po co nam posłowie zmieniający kluby jak rękawiczki? Co by było, gdybyśmy głosowali w skali kraju na partie - bez list? Dana partia miałaby głos decyzyjny w takiej mierze, ile głosów uzyskała. A Sejmu by w ogóle nie było! Na przykład. Powstał projekt wprowadzenia obowiązkowej matury z przedmiotu "Nauka o tańcu". Pytamy o opinię lidera SLD. SLD za? Tak. SLD dostało w wyborach 25% głosów, więc mamy 25% za wnioskiem. Samoobrona za? Dodatkowe 15%. Razem już 40%. PSL przeciw? 12% przeciw. Platforma za? Kolejne 11% za. Mamy w tej chwili razem 51% za. Wniosek przeszedł. Taka ordynacja byłaby naprawdę proporcjonalna, wyniki głosowań reprezentatywne, decydowaliby oficjalnie liderzy partii bez "wpływania" na swoich posłów. A posłów by w ogóle nie było! Bo przecież ich i tak na posiedzeniach prawie nie ma... I jaka oszczędność w budżecie! Dobry pomysł? Nie? Nie przejdzie? Potrzebni nam są posłowie? A, skoro potrzebni są posłowie, to wybierajmy posłów, nie partie.
Czytam: "Można zatem dążyć do ustanowienia jednomandatowości i systemu większościowego, lecz trzeba pamiętać, że uzyskując jedno (stabilność rządów), traci się drugie (reprezentatywność parlamentu), nie zyskując trzeciego (odpartyjnienia życia publicznego). Nie przesądzając wyniku obliczeń zysków i strat, radziłbym obliczeń takich zawczasu dokonać". Absolutnie się nie zgadzam z tym, że traci się reprezentatywność parlamentu. Uważam, że przy obecnych wyborach parlament nie jest w żaden sposób reprezentatywny - więc nie ma czego tracić. Chyba, że myślimy, iż partie nas reprezentują - a moim zdaniem, nie ma żadnych podstaw do takiej opinii; partie nas nie reprezentują, one przede wszystkim biorą pieniądze podatników. Proponowałbym zrobić eksperyment: powiedzmy, że dofinansowanie partii politycznych w efekcie wyborów opiera się na przekazaniu tej partii kwoty 20 złotych za każdego wyborcę, który na tę partię zagłosuje. Jeżeli wyborca pójdzie głosować, budżet daje te 20 złotych odpowiedniej partii. Ale płatne jest to tylko "od wyborcy" który zagłosował! A jeśli wyborca nie pójdzie głosować... Nie, aż tak perfidny nie jestem, by dawać te pieniądze wyborcy, niech jednak wówczas ten wyborca ma obowiązek przeznaczyć owe 20 złotych na jakiś wskazany przez siebie cel; może szkołę, może kulturę, może sport... Zobaczymy, jaka byłaby wówczas frekwencja. Nie - nie zobaczymy, partie do tego nie dopuszczą. A czy w efekcie wprowadzenia ordynacji większościowej nie uzyska się odpartyjnienia życia publicznego? To trzeba byłoby sprawdzić, ale ja uważam, że się uzyska - bo poseł interesowałby się swoimi wyborcami, a nie liderem partii, który może go umieścić (lub nie) na liście w następnych wyborach.
Nie wiem, jakie efekty - i główne, i uboczne - przyniosłaby zmiana ordynacji. Nie podoba mi się, słyszany tu i ówdzie, pogląd „dla nas to byłoby mniej korzystne”. Nie od tej strony należy, moim zdaniem, na to patrzyć. Wiem jednak, że obecne zasady wyborów do Sejmu są absolutnie paranoiczne i uważam, że im szybciej zostaną gruntownie zmienione, tym lepiej. A nazywanie obecnie obowiązującej ordynacji "proporcjonalną" jest po prostu niepoprawne i niesłuszne. Ta ordynacja nie jest "proporcjonalna", ona jest "partyjna". Czemu nie nazywać rzeczy po imieniu?

Krzysztof Ciesielski
(matematyk)


Komentarz (0)

Aby nie poszło równie lekko... - artykuł prof. Jerzego Przystawy Wysłane czwartek, 26, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

Wprawdzie "darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby", to jednak, kiedy we wtorek, 24 czerwca, zobaczyłem w telewizji uśmiechnięte i zadowolone z siebie oblicze p. Jerzego Szmajdzińskiego, miłościwie nam panującego ministra Obrony Narodowej, nie mogłem powstrzymać odruchów wymiotnych. Pan minister donosił nam bowiem z radością, że oto największa nasza zaprzyjaźniona sojuszniczka, Bundeswehra, która się przezbraja, postanowiła sprezentować nam kilkadziesiąt najnowocześniejszych samolotów produkcji sowieckiej MiG-29, które odziedziczyła w spadku po, nieistniejącej od kilkunastu lat, armii naszej jeszcze większej sojuszniczki - NRD. Samoloty te są bezwarunkowo świetne i doskonałe, nawet, według słów pana ministra, lepsze i szybsze od najszybszych na świecie samolotów innych naszych NATO-wskich sojuszników. I dostaniemy je całkiem za darmo, za symboliczną kwotę jednego euro. Co więcej, nasi dobrodzieje zgodzili się oddać te cuda techniki bez uprzedniego remontu, tak abyśmy sami mogli doprowadzić je do stanu używalności. Najpierw myśleli, że wyremontują migi, ale, widocznie ulegli talentom negocjacyjnym naszych zawołanych negocjatorów i postanowili zrobić jeszcze lepiej, taka forma "ofsetu" - i pozwalają nam samym zająć się remontem. Będzie to znakomita pomoc dla naszych bezrobotnych inżynierów i techników o specjalności lotniczej. Przypomina się stary kawał, z czasów wojen na Bliskim Wschodzie, kiedy to Związek Sowiecki wspierał intensywnie Egipt i kraje arabskie i dostarczał im czołgów, armat i samolotów, całkiem tak jak dzisiaj Bundeswehra nam. Jak wiadomo, ten wspaniały sprzęt wojenny, został w ciągu kilku zaledwie dni całkowicie zniszczony. Potrzebne były nowe dostawy. Kawał opowiada, że wysoki przedstawiciel Sowietów, zapytywał odpowiednio wysokiego przedstawiciela Egipcjan, czy te samoloty i czołgi mają im dostarczyć od razu popsute i nie nadające się do użytku, czy też Arabowie sami je zniszczą? Poszliśmy dalej od Arabów, z których się śmialiśmy: wolimy od razu w postaci złomu. Wiadomo, co potrafią zrobić złote ręce polskich majstrów! Wystarczy popatrzeć na polskie drogi, po których jeżdżą setki tysięcy aut zachodnich, które tam były nienadającym się do niczego złomem, ale wyklepane i polakierowane - wyglądają czasem lepiej niż nowe. Nie wątpię, że i te migi z demobilu, jak się je wyklepie i odpicuje, będą w stanie obsłużyć niejedną wystawę, tylko kto jeszcze, jaki inny zacofany kraj na świecie, da się na to nabrać?
Co się z nami stało? Gdzie i kim jesteśmy? Czym daliśmy się tak oślepić i przekupić? Stanisław Cat-Mackiewicz, stary wileński żubr, którego los rzucił na emigrację, wykpiwał polskie zauroczenie Zachodem - a Ameryką w szczególności. W książce pod tytułem "Londyniszcze", szydził bez miłosierdzia z tej naszej przywary, opowiadał, jak Polka idzie na targ, aby kupić wiadro, i woli dziurawe amerykańskie od całego polskiego. Ale wtedy nikomu nie przyszłoby do głowy, że kiedykolwiek przejmiemy niemiecki złom wojskowy na uzbrojenie polskiego wojska! Czyżby ponownie wypełniły się ponure wizje Słowackiego:
"Polsko! Lecz ciebie błyskotkami łudzą,
Pawiem narodów byłaś i papugą,
A teraz jesteś służebnicą cudzą".

Jerzy Szmajdziński, komunistyczny peerelowski politruk, występujący dzisiaj w roli ministra Obrony Wolnej i Niepodległej Rzeczypospolitej, przyjmujący od Bundeswehry sowiecki złom lotniczy, dwadzieścia lat temu podarowany przez Sowietów nieistniejącej od 14 lat Niemieckiej Republice Demokratycznej, który dzisiaj ma służyć polskim lotnikom - to najbardziej ponury żart historii, jaki jestem sobie w stanie wyobrazić. Tylko, że to nie jest żart, to polska rzeczywistość AD 2003.
Jak do tego doszło? Jak to się stało? Myślę, że trzeba się cofnąć do "cudownych wydarzeń" roku 1989, kiedy to spadła na nas wolność jak manna z nieba.
Inny polski poeta, wołał do nas z dalekiej Aleksandrii, w sierpniu 1941 roku, w wierszu zatytułowanym "Modlitwa":
"Nie sprowadzaj nas cudem na Ojczyzny łono,
Ni przyjaźnią angielską, ni łaską anielską.
Jeśli chcesz nam przywrócić ziemię rodzicielską,
Nie wracaj darowanej. Przywróć zasłużoną...

Spraw, by wstała o własny wielki trud oparta,
Biała z naszego żaru, z naszej krwi czerwona,
By drogo kosztowała, drogo zapłacona,
Żebyśmy już wiedzieli, jak wiele jest warta...".

Nie stało się tak. W roku 1989 Polska nie wstała oparta o własny wielki trud ani z naszego żaru biała, ani z naszej krwi czerwona. Stało się tak, że sowieccy politrucy, których nazwiska nie przejdą mi przez gardło, pozamieniali sowieckie papachy na rogatywki, korony, które przedtem zdzierali z polskich orłów, przywrócili na miejsce, ubeckim cinkciarzom, którzy przedtem w ukryciu wymieniali z nami dolary - oddali w pacht legalne już kantory, pozwolili nam trzymać paszporty we własnych szufladach, język rosyjski zastąpili w szkołach angielskim i zamiast do Moskwy, zaczęli jeździć po instrukcje do Waszyngtonu, Berlina i Brukseli. To wszystko nie jest bez znaczenia, ale to wszystko należy do kategorii błyskotek, o jakich pisał Słowacki. Zauroczeni tymi błyskotkami - pozwoliliśmy politrukom i esbekom przejąć na własność majątek narodowy, nie potrafiliśmy rozumnie, sensownie, urządzić swego państwa. Sowieccy politrucy, zajęci "prywatyzacją", pozwolili nam na chwilę potrzymać lejce, ale nie pozwolili nam ani wybrać odpowiedniego kierunku, ani wyrzucić ich z wozu. 14 lat chocholego tańca. "Lekko przyszło, lekko poszło" - powiada mądrość odwieczna. Tak jak łatwo i bez wysiłku przejęli fabryki, huty i stocznie, tak samo łatwo pozbyli się ich za grosze, nie był to przecież dorobek ich życia. Czy z tą podarowaną nam wolnością i niepodległością stało się już tak samo?
Ruch Obywatelski na rzecz JOW od przeszło 10 lat wskazuje drogę wyjścia z tego zaklętego kręgu, pokazuje sposób odsunięcia od steru państwa sowieckich politruków. Bez czołgów i armat, bez migów i innych akcesoriów, jakie miłościwie mogą nam jeszcze podarować Bundeswehra czy US Army. Trzeba nam upomnieć się głośno i dobitnie o system wyborczy, jaki u siebie stosują "nasi sojusznicy, Amerykanie i Anglicy". To jest sposób na odcięcie pępowiny, jaka łączy III Rzeczypospolitą z PRL.
Ta propozycja zaczyna wreszcie torować drogę do świadomości polskich inteligentów i do świadomości ogółu Polaków. Powoli, z trudem, ale jednak. Miniony rok akademicki był, z tego punktu widzenia, rokiem wielkiego przyspieszenia. Najpierw, w październiku i listopadzie historyczne wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, które ukazały siłę obywatelskiego głosu i pokazały dobitnie, że wbrew temu, co twierdzą "warszawskie elity", poza koteriami partyjnymi są w Polsce ludzie, do których można się odwołać i którzy są coś warci. Potem, nieoczekiwanie, wielonakładowe pisma, jak "Rzeczpospolita" i "Wprost" przerwały zmowę milczenia na temat JOW, w wyniku czego sprawą zainteresowały się szerokie kręgi intelektualne i inteligencje. Do tego stopnia, że dzisiaj, w czwartek 26 czerwca, na Uniwersytecie Warszawskim, w Instytucie Fizyki Doświadczalnej na Hożej odbędzie się spotkanie na temat "czy JOW mogą uratować polską demokrację", a jutro, na tym samym Uniwersytecie, na Wydziale Prawa i Administracji, kolejna konferencja poświęcona JOW!
Sceptyk powie: cóż to wszystko znaczy, jakieś dwa seminaria czy spotkania na Uniwersytecie Warszawskim! A jednak! Kiedy przed laty, zaczynaliśmy podnosić ten temat na Kresach Rzeczypospolitej, w Kłodzku, Nysie, Tarnowie, Krośnie, Szczecinie, droga do Warszawy wydawała się strasznie daleka. I oto nagle ten dystans zaczął się gwałtownie skracać.
W najbliższą niedzielę, 29 czerwca, postanowiliśmy wyruszyć z Częstochowy, z Wałów Jasnogórskich, w Marsz na Warszawę! Powędrujemy przez gminy i miasta, by w sobotę 5 lipca, spotkać się na konferencji w murach Uniwersytetu Warszawskiego na Krakowskim Przedmieściu. Wszystkich, którzy rozumieją, o czym pisał polski poeta w wierszu zatytułowanym "Modlitwa", zachęcamy do przyłączenia się do nas. Walka o JOW jest walką o czas. Jak pokazuje przykład sowieckiego złomu sprzed dwudziestu lat wchodzącego na uzbrojenie polskiego wojska z łaski naszych odwiecznych przyjaciół niemieckich - tego czasu nie mamy za wiele. Musimy obudzić się z letargu i zauroczenia błyskotkami.
"By już na zawsze była w każdej naszej trosce
I już w każdej czułości, w lęku i rozpaczy,
By wnuk, zrodzon w wolności wiedział, co to znaczy
Być wolnym, być u siebie - Być Polakiem w Polsce".

Uwaga: fragmenty wiersza Mariana Hemara „Modlitwa” wg zbioru „Kiedy znów zakwitną białe bzy”, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 1991

Jerzy Przystawa

(komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina,
Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 26 czerwca 2003)

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Obecnie jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.


    Witryna Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

    Komentarz (0)

    Socjalizm zabija! Tym razem - w Kolumbii... Wysłane czwartek, 26, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Trzynastu kolumbijskich komandosów zostało zabitych, a siedmiu odniosło rany, gdy marksistowscy rebelianci zdetonowali zdalnie odpalaną bombę pod samochodem wiozącym żołnierzy.

    Żołnierze odpowiedzieli ogniem i zabili pięciu rebeliantów, na drodze między miastami Carmen de Bolivar i Zambrano, około 550 km na północ od stolicy - Bogoty.
    Wojsko eskortowało konwój ciężarówek cywilnych przed atakiem Kolumbijskich Rewolucyjnych Sił Zbrojnych (FARC). (...)

    Za serwisem informacyjnym portalu Onet.pl z dn. 25.06.2003 r.

    Nasza witryna ma na swej stronie głównej znamienne memento: "Pamiętaj - socjalizm zabija!". Niestety - jest ono niezmiennie aktualne. Wielokrotnie zwracaliśmy już uwagę na ten aspekt deklaratywnie "miłującej pokój", lecz tak naprawdę w swej istocie - zbrodniczej ideologii. Po raz kolejny trzeba przypomnieć o setkach milionów zamordowanych w imię tej obłąkanej teorii uszczęśliwiania na siłę ludzi - w naszym kraju, Rosji sowieckiej, państwach Europy pod panowaniem socjalistów narodowych z Niemieckiej Partii Robotniczej w końcu pierwszej połowy XX wieku, krajach Azji Południowo-wschodniej (Kambodża, Wietnam...) czy - do dziś istniejących Chinach Ludowych. Kolumbia tak samo jak i inne państwa obu Ameryk (np. w Meksyku przez ponad 70 lat też rządzili ortodoksyjni lewacy, o czym mało się na naszym kontynencie mówi i pisze!) - do dziś cierpi z powodu wojujących resztek marksizmu i trockizmu.
    A Polska została poddana teraz Anszlusowi przez Związek Socjalistycznych Republik Europejskich, jak konserwatywni liberałowie określają Unię Europejską. Ma być znowu lepiej!


    Komentarz (0)

    Nasz ci on! Nie rzucim kamrata Łapińskiego w potrzebie! - podpisano: "ezelde"... Wysłane czwartek, 26, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Towarzysz Jaskiernia z całą powagą wytłumaczył raczkującym w zawodzie żurnalisty dzieciakom, że "w klubie są także posłowie, którzy nie są członkami partii i dlatego może zostać w nim także Łapiński" oraz - że "nie ma w tym bezpośredniej nieprawidłowości" Zaledwie wczoraj ukarany za niezgulstwo i dopuszczenie do przyłapania na "gorącym uczynku" wyrzuceniem z SLD tow. kamrat Mariusz Łapiński nadal pozostaje członkiem słynącego z poszanowania prawa (sprawa jego innych koleżków głosujących wielokrotnie "na dwie ręce" - tylko najświeższe osiągnięcia przedstawicieli socjalistycznego "ezelde") klubu parlamentarnego Sojuszu Lewicy Demokrtaycznej.
    Tow. kamrat Jaskiernia powiedział, że "nic nie wie" o zamiarach wykluczenia Łapińskiego z klubu, i że nie słyszał o tym, by ktoś zgłaszał takie postulaty.

    A przecież zaledwie wczoraj pisaliśmy o tym w wiadomości pt. Karuzela stanowisk w b. PZPR - SLD - rozpoczęta! - gdzie oczywiście trafnie przewidzieliśmy rozwój tej sytuacji. Czy trzeba jeszcze coś dodawać?

    Na podstawie serwisu informacyjnego portalu Onet.pl z dn. 25.06.2003 r.


    Komentarz (0)

    "Kurwiki" w oczach robią zawrotną karierę - dotarły aż do Nowej Zelandii! Wysłane czwartek, 26, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Większością zaledwie jednego głosu parlament nowozelandzki zalegalizował w środę prostytucję. Ustawa przewiduje m.in. że domy publiczne będą mogły legalnie działać i oficjalnie rekrutować do pracy.

    Przeciw legalizacji prostytucji opowiadał się Kościół, natomiast decyzję tę z zadowoleniem przyjęły organizacje zajmujące się pomocą społeczną. Argumentują one, że dzięki temu około 8.000 prostytutek nie będzie popełniało wykroczeń, zaś przemysł seksualny będzie kontrolowany przez państwo.
    Do legalizacji prostytucji szczególnie głośno nawoływali będący członkami parlamentu homoseksualista i transseksualistka.

    Za serwisem informacyjnym portalu Onet.pl z dn. 25.06.2003 r.

    Na południowej półkuli naszego globu - w państwie, które jeszcze niedawno było obiektem zazdrosnych westchnień konserwatywnych liberałów, jak widać, doszło do dość istotnego przewartościowania etycznych zasad współżycia społecznego. Nie, proszę się nie zastanawiać, dlaczego to akurat zdarzyło się w odległej od europejskiej "krynicy postempu" Nowej Zelandii: "Niemiecki ustawodawca, idąc za przykładem Holandii, nie tylko zaakceptował prostytucję - dotychczas ledwie tolerowaną - jako zjawisko społeczne, odporne na rewolucję seksualną, restrykcje administracyjne, potępienie moralne, ale nadał jej status legalnej działalności usługowej. W tej omijanej przez analityków branży pracuje - według statystyk Bundeskriminalamtu - 200 tys. osób (więcej niż lekarzy kas chorych), a roczne obroty, jak podawał w 2002 r. tygodnik »Der Spiegel«, sięgają około 7 mld euro, czyli mniej więcej tyle, ile deklaruje firma Adidas. Również gospodarcza dekoniunktura nie popsuła interesów - do kontaktów z prostytutkami przyznaje się w Niemczech co czwarty mężczyzna, a kasy komun, landów i związku liczyć mogą na stały dopływ gotówki z podatków płaconych zarówno przez właścicieli klubów jak i kobiety pracujące jako jednoosobowe firmy" - to tylko fragment artykułu z superpostempowego tygodnika "Polityka", który przybliża pozostającym w społecznym i politycznym zaścianku poddanym obecnego PRL-bis "zdobycze socjalne" naszego kontynentu - zapewne niedługo mające stać się i udziałem polskich zapisów prawnych. W końcu - przecież większość poddanych PRL-bis chciała tego, nie? Ten nowy stan prawny rodzi ciekawe konsekwencje np. w dziedzinie zwalczania bezrobocia: powstaje pytanie, czy jeśli bezrobotna kobieta odrzuci ofertę pracy w burdelu, to zostanie pozbawiona zasiłku socjalnego? Albo - jak będzie wyglądała kwestia szkoleń do tego zawodu, organizowanych przez pośredników i "łowców głów"? No i oczywiście: jak będzie oceniany poziom kwalifikacji pretendentek do tego zawodu? Liczbową zawartością osławionych "kurwików" w oczach przyszłych prostytutek?
    Sprawa wypracowania emerytury pozostanie wielce frapującym dylematem firm UB-ezpieczeniowych: ile lat będą wymagały od "pracownic" przepisy tych przedsiębiorstw i na jakim przeliczniku zostaną oparte wyliczenia aktuarialne? Można trochę współczuć usługobiorcom mającym do "czynienia" z zasłużoną dla tego nowo-starego zawodu przedstawicielką - ale ponoć w końcu to sprawa tylko estetyki. Będą mieli przecież, czego żądali... Klient rządzi!
    Na te i inne pytania z całą pewnością mają już odpowiedzi najbardziej aktywni propagatorzy tego novum w nowożytnych państwach: zboczeńcy i trawieni hormonalnymi zaburzeniami pacjenci szpitali psychiatryczno-ginekologicznych.
    Na razie - państwa: niemieckie, holenderskie i nowozelandzkie - zostały po prostu... alfonsami, urzędnicy podatkowi takoż, najwięcej radości oczywiście będą mieli męscy kontrolerzy skarbowi, no, chyba że (jak to ma powszechnie miejsce w "polskim regionie") – akurat trafi na pozbawioną poczucia humoru, nie najmłodszą już kontrolerkę.


    Komentarz (0)

    Wyprawa na Marsa - felieton Mirosława Szczupakowskiego Wysłane środa, 25, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Słyszy się ostatnio o załogowej wyprawie na Marsa. Oczywiście w przyszłości i to jednak dość odległej. Pomijając dokładne określenie, kiedy to faktycznie może nastąpić, człowiek jakoś nie ma większych wątpliwości, że coś takiego istotnie będzie miało miejsce. Można nawet mówić o uzasadnionej pewności, że nastąpi to jeszcze w tym stuleciu lub ostatecznie w przyszłym.
    Takiej pewności natomiast zupełnie nie ma, gdy słyszy się zapewnienia lewicowych polityków. Na przykład - o czekającym nas już wkrótce wzroście gospodarczym. O przyszłych, niechby i niewysokich, emeryturach. O lepszej opiece zdrowotnej za nasze podwyższane składki czy o lepszym wykształceniu naszych pociech dzięki kolejnym, tym razem już absolutnie, z ręką na sercu, bankowo ostatecznym reformom w oświacie. W czym tkwi zatem tajemnica tak różnych ocen realności przedstawianych społeczeństwu wizji przyszłych dokonań?
    Zastanówmy się, co by się stało, gdyby np. premier Leszek Miller pewnego pięknego dnia na konferencji prasowej zakomunikował zdumionemu społeczeństwu, że oto Polska zamierza rozpocząć przygotowania do załogowej wyprawy na Marsa. Oczywiście pewien procent społeczeństwa jak zwykle wziąłby to na poważnie. Młodzieżówka SLD szalałaby z entuzjazmu, a Marek Pol z Unia Pracy ogłosiłby zwyczajowo, że nie można zapomnieć o biedniejszej części społeczeństwa.
    Jednak rozsądniejsza część Polaków wzięłaby pana premiera za wariata. I byłaby to spora część. Tak duża, że premier Leszek Miller z całą pewnością niczego takiego nie ogłosi. Z drugiej strony, pan premier bez zmrużenia oka głosi swoją bezkompromisową walkę z korupcją, a nawet dalsze jej zintensyfikowanie.
    I nikt nie bierze Leszka Millera za wariata.
    Widać z tego, że mimo iż ogłaszane zamiary mają mniej więcej podobnie nikłe prawdopodobieństwo realizacji, różnią się zasadniczo liczbą osób skłonnych uznać ich autora za wariata. Pewnie dlatego, że zazwyczaj oszust nie jest wariatem. Ludzie przywykli do całego szeregu lewicowych kłamstw i traktują to już raczej w kategoriach politycznego rytuału, nie dociekając specjalnie, ile prawdy jest w tym, co pan premier raczył akurat dzisiaj wyartykułować.

    Dlatego właśnie taki J. F. Kenedy mógł sobie ogłaszać zamiar lądowania na Księżycu i Amerykanie to z zapałem zrealizowali. Amerykanie widać jeszcze biorą swoich polityków na poważnie. Lub przynajmniej - brali. Jeśliby w USA zapanowały rządy takich lewicowych dobroczyńców jak u nas, to może by się i za taką wyprawę na Marsa Ameryka wzięła, ale oprócz tego, że lewicowi hucpiarze wydali by na to, swoim zwyczajem, ogromne pieniądze z kieszeni podatnika, to deklarowany efekt byłby żaden. Dowodzą tego liczne rządowe poczynania. Chyba nawet wszystkie.

    Ile jeszcze takich horrendalnie kosztownych "wypraw na Marsa" w wykonaniu naszych lewicowych wizjonerów nas czeka? Ile będzie społecznych katastrof? Ile ofiar tych lewicowych mrzonek? Trudno o jakieś dokładne prognozy, ale jedno jest pewne jak drut: że będą - bo już są i że wcale nie lecimy na Marsa - ale raczej w toniemy w zwyczajnym gnoju.

    Mirosław Szczupakowski


    Komentarz (2)

    My z "ezelde", my z "ezelde" - reakcji (prawnej) nie boim siem...! Wysłane wtorek, 24, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Jak podaje witryna Radia FM z dn. 23.06.2003 r.: "Radny SLD w Stalowej Woli na Podkarpaciu posługiwał się fałszywym prawem jazdy. Sprawa wyszła na jaw podczas rutynowej kontroli policji. Członek SLD, nie czekając na dalszy rozwój wypadków, sam zrezygnował z pełnionej funkcji.
    Radny Sojuszu Lewicy Demokratycznej stracił prawo jazdy dokładnie rok temu za jazdę po pijanemu. Badanie alkomatem wskazało, że mężczyzna miał ok. 2 promili alkoholu w wydychanym powietrzu. Sąd grodzki odebrał mu wtedy prawo jazdy na 2 lata.
    Nie wiadomo na razie, skąd radny miał nielegalne prawo jazdy. Sprawą zajmuje się prokuratura. Za posługiwanie się fałszywym dokumentem grozi mu do 5 lat więzienia. (...)".

    Nie tylko czołowi - "wysunięci z ramienia na czoło" - przedstawiciele "partii waaadzy" kształtują wizerunek jej wśród polskiego społeczeństwa - niepoślednią rolę odgrywają oczywiście lokalni członkowie (sic! - zapis określenia prowincjonalnego "ezeldowca"), których etyczna postawa bardzo często wyznaczała nowe poziomy tolerancji dla "autorytetów lewicowych" - zwłaszcza gdy chodziło o tolerancję ze strony kodeksów karnych PRL i obecnej PRL-bis.


    Komentarz (0)

    Karuzela stanowisk w b. PZPR - SLD - rozpoczęta! Wysłane wtorek, 24, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Jak podają serwisy informacyjne portali Onet.pl, Wirtualnej Polski i INTERII.PL - tow.tow. "Łapa" Łapiński Mariusz i Nauman Aleksander - czołowi bohaterzy ostatnich dni w doniesieniach mediów krajowych (jeden z nich nawet dzierżył tekę biurokraty od zdrowia i chorób Polaków) - zostali pozbawieni ostatecznie, w wyniku namysłu sądu partyjnego b. PZPR-owców - legitymacji członkowskich związku aparatczyków-właścicieli feudalnych PRL i obecnej PRL-bis. To z całą pewnością jest ciężki cios dla tak silnie zdeterminowanych lewackich reprezentantów kasty politykierskiej obecnie rządzącej naszym państwem i właściwie nie wiadomo, czy należy się z tego powodu cieszyć, czy smucić? Mało kto ostatnio przecież jak ci dwaj kamraci z PZPR-erii przyczynili się do spopularyzowania prawdziwego wizerunku przemalowanych post(?)komunistów - choć jak każdy uważny obserwator sceny politykierskiej odnotuje - co chwila pojawiają się ich godni następcy - ot, choćby taki tow. Wiesław Ciesielski, którego dokonania opisał dziennik "Rzeczpospolita" w swym artykule pt. "Towarzysz Wiesław" z wydania z dnia 24.06.2003 r. lub tow. Jerzy Jaskierna wraz połowicą, której apetyt na darmową działkę z zasobów byłe gminy Warszawa-Ursynów doprowadził do niezgodnego z prawem przekazania gruntów w czasie sprawowania rządów przez koalicję byłych członków kolaboranckiej z Moskwą partii, co też zostało opisane w dzienniku "Rzeczpospolita" - w wydaniu z dn. 21.06.2003 r.

    Co jest bardzo znamienne dla tego typu zapadających decyzji w gronie kamratów PZPR-erii, to to, że nie została ona podjęta za sugerowane w mediach - m.in. raz jeszcze przez dziennik "Rzeczpospolita" przekręty przy ustalaniu listy leków "za złotówkę", na których mogły skorzystać (nie jest to jeszcze ostatecznie wyjaśnione) np. zagraniczne firmy farmaceutyczne, domniemane łapówki przy przyspieszonych rejestracjach leków w naszym kraju itp. "stałe instrumenty władzy SLD".
    Usunięto ich jedynie za... brak reakcji wobec ataku ichniej formacji "siłowej" - przezwaną zresztą trafnie przez warszawską ulicę - Muellerjugend na młodocianego fotoreportera z jednego z tygodników politycznych wydawanych w naszym kraju.
    Źle się nie będzie z całą pewnością działo tym wybitnym przedstawicielom obecnej socjaldemokracji polskiej: za dwa lata będą mogli ponownie ubiegać się o status członków "partii nieustającej władzy" - KPP(w ZSRS)/PPR/PZPR/SdRP/SLD...
    A na razie - czy będzie można śledzić ich kariery na „wysuniętych placówkach” np. dyplomatycznych Rzeczypospolitej? Towarzysze kamraci z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej mieli zawsze dobrze opanowany mechanizm "karuzeli stanowisk"...


    Komentarz (0)

    TV-felieton członka Rady Głównej UPR Stanisława Michalkiewicza o liście pasterskim JE abp. Życińskiego i wysłanniczkach "unijnej dobrej nowiny" w porcie władysławowskim Wysłane poniedziałek, 23, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    To nie tak łatwo utrzymać wizerunek "autorytet moralnego", któremu przypisuje się stygmaty "ludzi bez wad" - tak interpretuje list pasterski JE abp. Życińskiego, odczytany w ostatnią niedzielę w parafiach diecezji lubelskiej, czego zdarzenia był świadkiem - i jakże znamiennej niezbyt pochlebnej dla pasterza reakcji wiernych na wciąż niepowstrzymany zapał arcybiskupa w rajeniu Unii Europejskiej swoim owieczkom. Formalnie zadedykowany zakończeniu roku szkolnego list ów pasterski w 99% poświęcony był Anszlusowi Rzeczypospolitej. Wymienia się w nim trzy punkty w charakterze przesłania: 1. kto był przeciw aneksji RP przez UE - nie jest dobrym chrzścijaninem, a już na pewno jest - podejrzanym chrześcijaninem, nie mówiąc już o byciu katolikiem; 2. Pieniądze psują charakter; 3. Polska powinna się poświęcać dla Unii Europejskiej. Bigoteria propagandowa JE abp. Życińskiego znalazła się w ciekawym położeniu w aspekcie pojawienia się wysłanniczek „unijnej dobrej nowiny” na zwykłym kutrze śledziowym wynajętym przez holenderską organizację "Kobiety na falach", co raczej odpowiada nazwie "Burdel na falach" - jak interpretuje tę nazwę Stanisław Michalkiewicz - w sukurs arcybiskupiej definicji "dobrych katolików", którzy w intencjach JE abp. Życińskiego - z całą pewnością musieli się znajdować nie na nabrzeżu portu władysławowskiego - ale na pokładzie inkryminowanego kutra rybackiego.

    Nagranie trwa ponad 6 minut.

    Plik DivX 9,15 MB
    Plik mp3 1,47 MB

    Nagranie dostępne w Sieci do 14.07.2003 r.


    Komentarz (2)

    TV-felieton I prezesa UPR Janusza Korwin-Mikkego - o skuteczności rządów demokratycznych w Polsce Wysłane poniedziałek, 23, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    I Prezes UPR Janusz Korwin-Mikke w swym dzisiejszym TV-felietonie przyznaje, że demokracja to sposób rządzenia skuteczny w obecnym, zdezorganizowanym i zatomizowanym społeczeństwie polskim, gdzie ewidentna prowokacja Sojuszu Lewicy Demokratycznej związana z przypłynięciem do jednego z portów Wybrzeża kutra "aborcyjnego", miała na celu odwrócenie uwagi poddanych PRL-bis od jej poważnych problemów: finansowych, reform państwowych, które z całą pewnością zostaną wstrzymane wobec oporu zdecydowanie większej części lewicowej koalicji SLD-UP. W tym samym czasie odbyło się "nieoficjalne" posiedzenie post(?)komunistycznego rządu obradującego nad tragicznym stanem państwa polskiego. Te rozpaczliwe działania tow. premiera Muellera (pisownia europejska nazwiska) - jak wieszczy JKM - mogą jedynie przedłużyć jego utrzymanie się na stolcu I urzędnika naszego kraju do jesieni bieżącego roku.

    Plik DivX 3,75 MB
    Plik mp3 881 MB


    Komentarz (1)

    Żona Radka Sikorskiego zrobiła dobrą robotę! - artykuł Wojciecha Godlewskiego Wysłane poniedziałek, 23, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Anne Applebaum, żona Radka Sikorskiego napisała grubą książkę (667 stron), o Gułagach Sowieckich. "GULAG: A HISTORY". Polecam zrobiony z nią wywiad, który w swoim ostatnim "Plusie-minusie" zamieściła "Rzepa" (warto tam zajrzeć, choćby z czystej ciekawości, aby zobaczyć Jej zdjęcie). Pojawiła się szansa, że nareszcie "Zachód" zauważy istnienie Gułagów Sowieckich. Książka ta nie przeszła w świecie bez echa, jak wiele innych poruszających ten temat, została zauważona na wschodzie i zachodzie. "International Herald Tribune" zamieściła o niej duży artykuł (zajmuje sześć stron w jej internetowym wydaniu).
    Autor, Michael McFaul (kto wie, czy to nie pseudonim - specjalizuje się w tematyce wschodniej, zamieszczony w "IHT" odnośnik kieruje do jeszcze dwóch innych jego artykułów na podobne tematy), zaleca Bushowi przeczytanie książki Anne, wytyka, że będąc w Krakowie, pamiętał o odwiedzeniu Oświęcimia, a będąc w Petersburgu - zapomniał o wyspach Sołowieckich, nie wspominając, że miejsca sowieckich zbrodni znajdują się również w samym mieście. Od siebie dodam, że cały Petersburg pobudowany jest na kościach chłopów rosyjskich, zatrudnionych przy jego budowie w czasach Piotra Wielkiego - to jedna wielka mogiła. Z powodu nieludzkich warunków pracy, umierali oni jak muchy.
    Radkowi komuna do tej pory nie może zapomnieć brania udziału w wojnie afgańskiej, do tego po "niewłaściwej" stronie, był tam korespondentem wojennym i jak wieść niesie: nie ograniczał się tylko do pstrykania zdjęć. Rządząca obecnie sitwa odwołała go ze stanowiska ambasadora, na które został powołany przez "rząd Buzka". Ta pazerność komuchów na stołki przyniosła szczęśliwy skutek. Obecnie Radek Sikorski kieruje programem Nowa Inicjatywa Atlantycka w waszyngtońskim American Enterprise Institute (to w tym instytucie amerykańscy neokonserwatyści opracowali założenia prowadzonej obecnie przez Busha polityki). Zamiast w jednym z mniejszych, będącym właściwie satelitą Francji europejskim kraju zapraszać na herbatki innych nudzących się dyplomatów, Radek Sikorski pracuje w instytucji określającej nową politykę amerykańską. Jego zdanie więcej prawdopodobnie waży niż zdanie takiego np. Joschki Fischera, który mając ostatnio niewiele zajęć, włóczy się w klapkach i podkoszulku po berlińskich kawiarniach, nagabuje spotykanych tam zagranicznych dziennikarzy, przedstawiając im swoje skandaliczne propozycje; chce, aby Europa urządziła Stanom nową "Bostońską Herbatkę". Joschka przekracza wszelkie granicę, do czego to podobne: minister spraw zagranicznych Niemiec, po godzinach pracy, zachęca do zamieszek, podburza Europejczyków, aby zaczęli palić amerykańskie towary? Co na to niemiecka prokuratura? Zdaje się, że zgodnie z prawem UE, takie postępowanie (szerzenie nienawiści) powinno być surowo ukarane.
    Wróćmy do ostatniej książki żony Radka Sikorskiego, jej wydanie zostało zauważone w Rosji, informuje o niej rosyjska gazeta "Inopressa" - po polsku "Prasa Zagraniczna" (rosyjski odpowiednik naszego "Forum"), cytuje zamieszczony w "IHT" artykuł o książce Anne Applebaum.
    Warto od czasu do czasu zajrzeć na internetową stronę "Inopressy", aby zobaczyć, czym interesują się Rosjanie, jeżeli ktoś zna język rosyjski, może przeczytać tłumaczenia artykułów z całego świata, aby nie męczyć oczu cyrylicą, można skorzystać ze znajdujących się tam linek do wersji oryginalnych, np. angielskich. Ja szczególnie sobie cenię zamieszczane tam od czasu do czasu prezentujące dalekowschodni punkt widzenia tłumaczenia artykułów z prasy chińskiej i japońskiej, często cytowana tam jest również australijska prasa.
    Zainteresowanym podaje linkę, do strony "IHT", na której znajduje się artykuł o książce Anne, jest tam linka, z której korzystając, można kupić papierowe wydanie dzieła: kosztuje 35 $, oraz linkę do głównej strony "Inopressy". Tę ostatnią linkę warto umieścić na łączach swojej przeglądarki.

    Wojciech Godlewski


    Komentarz (0)

    Z dziejów poszanowania prawa w PRL-bis: uniofeminazistki w natarciu na port we Władysławowie - artykuł Krzysztofa Pawlaka Wysłane poniedziałek, 23, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Kapitanka kutra "Langenort" postanowiła pokazać, jak bardzo głęboko ma w poszanowaniu polskie władze i prawo, które w przypadku portu we Władysławowie zostało wyznaczone decyzją kapitanatu portu. Ta była w stosunku do pływającej kostnicy pod holenderską flagą niekorzystna, jeśli rozpatrywać przypadek z punktu widzenia kapitanki kutra. Ze wzglądu na, jak to określono komunikacie prasowym, "pogłębianie toru wodnego" i rodzące z tego powodu zagrożenie dla nawigacji wpływających jednostek, kuter z zamontowanym kontenerem aborcyjnym nie dostał zezwolenia na zacumowanie w polskim porcie. Dla opętanej „misją” - jak sama holenderska kapitanka to obwieściła - feminazistki nie stanowiło to przeszkody, tym bardziej, że akurat w innym miejscu cumowiska portu Władysławowa odbywała się msza święta, odprawiana na nadbrzeżu tylko raz w roku z okazji obchodów kaszubskiego Dnia Morza. Można domniemywać granicząc z pewnością, że taki scenariusz wydarzeń został starannie wyreżyserowany np. przez mentorów towarzyszki z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, kobietona Wandy Nowickiej, przewodniczącej jednego z wąskiego odłamu feminazistek polskich, która ostatnio gorliwie stara się zaistnieć na politykierskiej scenie obrotowej naszego kraju, a także błysnąć niekonwencjonalną i jak najbardziej obrazoburczą próbą samodzielnej myśli. Ale czy to w ogóle jest możliwe w wykonaniu towarzyszy i ich towarzyszek feminazistek z SLD? Odpowiedzi na te pytanie udziela obejrzenie przekazów telewizyjnych, nagrywanych przez ekipy większości stacji TV emitujących swe programy w PRL-bis: pokazane w nich wizerunki feminazistek były aż do przerażenia schematyczne i prymitywne. Na holenderskim kutrze załogę stanowiły babo-chłopy, których przeminięcia wieku rozrodczego nie odnotowują najstarsze księgi wiary, a aparycja mogłaby umożliwić im powodzenie wśród płci przeciwnej jedynie w najciemniejszych lochach więzień dla zdegenerowanych morderców-sadystów. Na nabrzeżu portu zgromadziło się kilkanaście osobniczek w wieku przekwitania i ledwie zakończonego okresu wyliczonych przez rodziców zakupów pieluchomajtek - taki konglomerat zapewne liczebnej całości krajowego ruchu feminazistycznego (sterowanego odgórnie przez cwaniaków z byłej PZPR-erii, która zawsze opowiadała się za eugeniką i tzw. kontrolą urodzeń) był pokazywany we wszystkich przekazach, gdzie dodatkową atrakcją były dźwięki wydobywające się z przywiędłych lub pokwitających zaledwie piersiątek, świadczące o głębokim zaangażowaniu ich właścicielek, co wraz z mową ciał odgrywaną przed obiektywami kamer dawało obraz znany każdemu rodzicowi z codziennych sztuk progenitury pt. "Na złość mamie odmrożę sobie uszy..." - z charakterystycznym dla tej roli przytupywaniem, podskakiwaniem i odpowiednim pochyleniem ku ziemi głowy oraz uporczywym wpatrywaniu się w nią w oznace niechęci, i agresji przed wysłuchaniem moderujących sytuację konfliktu słów otrzeźwienia i zachęty do przemyślenia swojego fanatycznego uporu. Słowem: pełny, kliniczny obraz przerostu emocji nad jakimkolwiek rozumową próbą analizy swojego zachowania, co z pewnością jest, było i będzie zawsze wynikiem tzw. burzy hormonalnej typowej dla samiczek i samic w wieku pokwitania czy menopauzy. Przewodząca tym afiszującym się ze swoimi przypadłościami hormonalnymi samiczkami i samicami towarzyszka Wanda Nowicka była jednak z czegoś zadowolona. Być może z powodu pokazania w elektronicznych mediach starego typu jej przywiędłej fizys w tym samym momencie próby zakłócenia powagi mszy świętej?
    Do bezpośredniego, nie zaś tylko próby - pogwałcenia prawa stanowionego przez kapitanat portu jednak doszło w wyniku decyzji kapitanki pływającej holenderskiej minikostnicy. Strażnicy prawa PRL-bis będą mieli okazję zademonstrowania swej skuteczności wobec jawnego jego lekceważenia przez indoktrynerki cywilizacji śmierci z jednego najbardziej "wyzwolonego" (głównie od rozumu) kołchozów Unii Europejskiej. Nota bene we wczesnych przekazach medialnych, które w późniejszych godzinach już nie zostały powtórzone, zostały odnotowane wypowiedzi katolików holenderskich, potępiających proceder uprawiany przez feminazistyczną organizację "Kobiety na falach", której wynajęty kuter wtargnął na teren portu władysławowskiego. Kara administracyjna za ten wyczyn sięga aż 60 tys. złotych, co dla zachodnioeuropejskich możnych protektorów tej ideologii jest gestem niewartym nawet chwili zastanowienia.
    Przedstawiciele prokuratury zaplombowali kontener, w którym znajduje się cała ta tzw. klinika aborcyjna, pomieszczenie prościej i trafniej określane w naszym kraju jako miejsce kaźni nie narodzonych dzieci. Będą sprawdzali też, czy na pokładzie znajdują się zabronione w Polsce środki farmakologiczne służące do dokonywania morderstw, czyli świadomych zabójstw nie narodzonych ludzi. Jeśli zostaną odnalezione - ciekawe, czy ich właściciele zostaną potraktowani tak samo, jak traktuje się (przynajmniej w teorii) nielegalnych dystrybutorów śmiercionośnych środków odurzających czy - nazywając znowu rzecz po imieniu - trucizn?
    Przy poświęcaniu jakiejkolwiek uwagi temu wydarzeniu, trzeba jednak cały czas pamiętać, że został on celowo wywołany, by przemieścić społeczną uwagę na typowy zastępczy problem, używany socjotechnice lewackiej do odciągnięcia zainteresowania poddanych PRL-bis od znacznie doraźnie ważniejszych trapiących ich problemów: dramatycznego wzrostu za panowania post(?)komunistów wskaźników formalnego bezrobocia, wzrostu zadłużenia skarbu państwa, czyli - oznak marnotrawienia i postępującego rabunku pieniędzy obecnych i przyszłych obywateli Rzeczypospolitej. Widoczna już na ulicach wszystkich miast, miasteczek i wsi pauperyzacja Polaków nie da się już zamaskować nawet wymyślnie wyreżyserowanymi spektaklami sterowanej feminazistycznej nienawiści do ludzi. Także celowo krótki termin wywołania tego medialnego wydarzenia po ujawnieniu przez tzw. środki najszerszego rażenia (choć unijni sceptycy wskazywali na to już od wielu lat!) zanikania suwerenności naszego nie do końca jeszcze odzyskanego państwa w wyniku jego Anszlusu przez Związek Socjalistycznych Republik Europejskich, jak nazywamy Unię Europejską, wskazuje na próbę wymazania za jego pomocą ze społecznej świadomości skutków bezkrwawego podboju Polski przez eurosocjalizm, którego nieodrodnym ideowym potomkiem jest (tak jak to działo się w latach 30. i 40. XX wieku za panowania wybitnego przedstawiciela socjalizmu zachodnioeuropejskiego, towarzysza narodowego socjalisty Adolfa Hitlera) zaplanowana kaźń wybranych przez rządzące gremia grup społecznych.
    A tak nawiasem przypominając - ten cały statek z minikostnicą na pokładzie - to był zwykły kuter rybacki. To też wskazuje na skalę działania spadkobierczyń towarzysza Adolfa Hitlera w Holandii.
    Ale - jakie zadęcie medialne, prawda?!

    Krzysztof Pawlak


    Komentarz (0)

    Geradeaus - artykuł Stanisława Michalkiewicza Wysłane poniedziałek, 23, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Sieg Heil! Heil..., no jeszcze nie wiadomo kto, bo konstytucja Unii Europejskiej dopiero jest w przygotowaniu, ale jakieś nazwisko bez wątpienia wkrótce się pojawi. Zresztą i bez tego "w Kremlu radość, Berlin huczy, w lożach triumf, syczą płazy...". Następca Stanisława Augusta Poniatowskiego, lokator Pałacu Namiestnikowskiego, pan Kwaśniewski, aż kicał z radości i nawet ucałował pana Mazowieckiego, jak kiedyś Leonid Breżniew Ericha Honneckera. Brrr! Fu! Warto odnotować, że cieszono się osobno. U lokatora Pałacu Namiestnikowskiego grono było dobrane, niczym w korcu maku: i pan Mazowiecki, i pan Borowski, i pan Balazs, i pan Rakowski, a nawet pan Leszek Moczulski. Były również damy: pani Thun, pani Fogler... Widać wyraźnie, że dla propagowania Anschlussu zostały zmobilizowane wszystkie, nawet najgłębsze rezerwy kadrowe, no bo w mediach oficerowie fołksfrontu ideologicznego nawet nie ukrywali faktu zaangażowania. Jeśli już coś ukrywali, to co najwyżej honoraria, no i oczywiście aktualne przydziały, bo to tajemnica służbowa i porządek musi być. Naturalnie wszędzie radość wielka, bo dopiero teraz posypią się gratyfikacje i awanse. Obecność w Pałacu Namiestnikowskim pana red. Michnika oznacza, że dzisiaj Judejczykowie stawiają raczej na pana Kwaśniewskiego. Z kolei pan Miller ze swoimi zwolennikami radował się perspektywą podwójnego obywatelstwa w siedzibie tubylczej administracji. Że to niby teraz będą i w tubylczej Rzeczypospolitej, i w Unii Europejskiej. Dokładnie tak samo, jak za nieboszczyka Związku Radzieckiego, tylko że wtedy Rzeczpospolita była Ludowa.
    Ostentacyjna radość pana Millera oznacza, że będzie dyskontował rezultat referendum w politycznej rozgrywce z... chciałem napisać, że z panem Kwaśniewskim, ale to byłaby zaledwie powierzchnia zjawiska. Rzecz w tym, że pan Kwaśniewski zapowiedział "konsultacje polityczne" z partiami popierającymi Anschluss, żeby stworzyć większość parlamentarną, która "poparłaby reformy i przygotowała kraj do Unii Europejskiej". Ta formuła stawia uczestników tych konsultacji poniekąd pod ścianą: skoro już poparli Anschluss, to jakże nie poprą teraz "reform" i "przygotowania kraju" do Anschlussu? Jasne, że będą musieli poprzeć, bo nie bardzo mają alternatywę. Alternatywą jest bowiem to, że znienawidzony Miller nie tylko poobsadza wszystkie posady w Brukseli, ale w dodatku deleguje swoich na te dodatkowe 100 tysięcy, które Romano Prodi kazał utworzyć w kraju! Jeśli zatem przyjmą propozycje pana Kwaśniewskiego, to z całym bagażem, w postaci lokatora Pałacu Namiestnikowskiego w charakterze politycznego mentora owej "większości". W ten oto sposób przynęta w postaci Anschlussu może posłużyć do schwytania w polityczną pułapkę solidarnościowej resztówki, która odtąd będzie mogła albo przystać do "Chamów", których dzisiaj personifikuje pan Miller - albo do "Żydów", na przywódcę których wysuwa się pan Kwaśniewski. Już dawno pozwoliłem sobie zwrócić uwagę, że błąd z roku 1989, kiedy to nie dopięto politycznej sceny na wszystkie guziki od strony bezpieczniackiej, tym razem się nie powtórzy. Każdemu będzie wskazane jego miejsce w szyku. Szyki będą wprawdzie dwa, ale to tylko dla publiczności, żeby myślała, że ma jakiś wybór, bo tak naprawdę wszystkim będzie po staremu kierować partia. Więc jeśli na przykład pan Kaczyński weźmie udział w "większości", żeby "poprzeć reformy", to będzie oczywiście mógł oddać się swemu ulubionemu zajęciu, czyli walce z korupcją, ale w porozumieniu z panem Balazsem i oczywiście panem Piskorskim. Pan Rokita z kolei i pan Tusk będą mogli odsuwać pana Millera od władzy, ale tylko wtedy i tak daleko, jak im pozwoli pan Kwaśniewski.
    Pierwszą reformą, jaką zapowiedziano w obydwu szykach, jest reforma finansów publicznych. To jasne, bo przecież na przyszły rok trzeba wycisnąć z obywateli forsę na składkę do Brukseli, no i sfinansowanie tych 100 tysięcy posad, które kazał utworzyć dla europejsów pan Romano Prodi. Pan Kwaśniewski powiedział, że plan pana Kołodki "w zasadzie" mu się podoba, ale należałoby pójść "jeszcze dalej". No pewnie! Jeśli już rabować obywateli, to na całego, bez niepotrzebnych ceregieli. Unia Europejska to przedsięwzięcie tak doniosłe, że nikomu nie może zadrżeć ręka, tak, jak na Ukrainie w latach 30. ub. wieku. Tym bardziej, że Berlin patrzy i przy każdym nazwisku stawia plusy dodatnie albo ujemne.
    Widzimy zatem, że stoimy w obliczu okupacji, która może przeciągnąć się nawet kilkadziesiąt lat. Na tak długo musi wystarczyć nam ten łyk powietrza, który udało nam się złapać w krótkim przebłysku wolności. Na tę okupację musimy też przygotować się od strony ekonomicznej, w poczuciu odpowiedzialności za własne rodziny, przedsiębiorstwa i gospodarcze fundamenty egzystencji narodu. Im mniej dostają okupanci, tym więcej zatrzymuje naród - to rozumie każdy, bo tak przemawia nieomylny instynkt samozachowawczy. Oczywiście teraz będziemy poddawani obróbce propagandowej w stylu "arbeit macht frei", której każdy będzie musiał przeciwstawić własne mechanizmy odpornościowe i własną pomysłowość, bo - podobnie jak w latach 40. i 50. XX wieku - nie będzie można liczyć na żadną pomoc, również ze strony Kościoła. On może zostać zoperowany w pierwszej kolejności, żeby pozbawić nas wszelkiego oparcia i wszelkiej nadziei. Już słyszymy, że trzeba "wziąć się do pracy". Jasne; zwłaszcza do nauki języków, chociaż nie wszyscy tego samego. Na przykład, na Ziemiach Zachodnich i Północnych warto pouczyć się niemieckiego, natomiast w Kongresówce i w Galicji - albo jidysz, albo hebrajskiego, w zależności od tego, czy wśród Judejczyków zwycięży linia bundowska, czy syjonistyczna.
    Kiedy ogłoszono szacunkowe wyniki referendum, na placu Teatralnym w Warszawie grupa przebierańców odśpiewała po niemiecku triumfalną pieśń. Trudno było zrozumieć, czy to "Die Strasse frei", "Horst Wessel", czy "Deutschland, Deutschland über alles", bo słowa były podobne, tylko melodia jakaś taka inna.

    Stanisław Michalkiewicz


    Komentarz (1)

    100-procentowe Jednomandatowe Okręgi Wyborcze będą promować posłów poddających się weryfikacji wyborcom, nie zaś, jak do tej pory - kierownictwom bolszewickiego systemu ugrupowań politycznych, zwracają uwagę dr. Izabela Falzmanowa i prof. Mirosław Dakowski z Warszawskiej Grupy JOW Wysłane piątek, 20, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    P. Izabela Falzmanowa zwraca wagę, że pod rządami obecnej ordynacji, która bynajmniej nie jest proporcjonalna - wyborca nie zna właściwie swojego reprezentanta do parlamentu. Korzysta więc z pośredników, najczęściej są nimi media podlegające walce politycznej albo wprost będące dyspozycyjne wobec określonej grupy nacisku. Natomiast wybrani w ordynacji JOW przedstawiciele będą zmuszeni do "działania lokalnego", pozostając pod bezpośrednią kontrolą swoich wyborców. Ten mechanizm spowoduje uniezależnienie się posłów od nacisków gremiów partyjnych, które są w obecnej formie po prostu gangami politykierskimi, nie pozostając pod kontrolą nawet członków swoich formacji.
    Prof. Dakowski uważa, że ordynacja JOW-owska wymusi powstanie w Sejmie 2 bloków politycznych, na wzór anglosaskich systemów politycznych - ale wracając na swoją prowincję, posłowie będą musieli pamiętać, by nie mieć "spalonej twarzy". Obecne okręgi wyborcze są za duże, wyborcy nie mają możliwości eliminacji osób, co do których nie życzyliby sobie, by ich reprezentowały w polskim parlamencie. Obecnie w ciągu 4 lat zasiadania w gremiach wyborczych reprezentanci dostają się w "karuzelę stanowisk" i wyborca nie ma wpływu odwołania skompromitowanych politykierów.
    Wniosek płynący z upadku skompromitowanego bloku lewicy "pobożnej" AW"S" ("TKM" - jak go określił jeden z braci Kaczyńskich) wskazuje, że może powstać w przypadku 100% ordynacji Jednomandatowych Okręgów Wyborczych mechanizm samoeliminacji niewygodnych osób w nowo powstałych blokach politycznych - bo ich kierownictwa będą obawiały się bezpośredniego nacisku elektorów.

    Nagranie trwa ponad 10 minut.

    Plik DivX 10,4 MB
    Plik mp3 2,28 MB


    Komentarz (0)

    Czy PZPR-eria jest czymś skompromitowana? Skądże! - uważają towarzysze kamraci z słupskiego SLD Wysłane piątek, 20, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Przedstawiciele polsko-niemieckiej firmy, która chciała za kilkaset milionów złotych wybudować pod Słupskiem farmę elektrowni wiatrowych, twierdzą, że prominentny działacz Sojuszu Lewicy Demokratycznej domagał się od nich trzech milionów złotych łapówki. Inwestorzy pieniędzy nie zapłacili, a współrządzone przez Sojusz Starostwo w Słupsku nie wydało pozwolenia na budowę.
    Krystyna Paszylka, prezes spółki DEA, która miała budować elektrownie, siedzi w pustym biurze w biurowcu na obrzeżach Słupska. - Wiosną tego roku miały ruszyć pierwsze wiatraki. Mieliśmy wszystkie dokumenty, pozwolenia, promesy z banków niemieckich. Nawet zgodę na przyłączenie elektrowni do sieci w Polsce - mówi. - Byliśmy gotowi do budowy.
    Na kilkuset hektarach miało stanąć ponad 20 słupów ze śmigłami. (...)
    Paszylka twierdzi, że Ireneusz Bijata, wiceszef słupskiego SLD, a jednocześnie prezes aeroklubu słupskiego, zażądał od niej łapówki w wysokości jednego procentu wartości inwestycji, czyli trzech milionów złotych. Pieniądze miały zostać wpłacone na konto aeroklubu. Bijata stanowczo temu zaprzecza. Firma nie zapłaciła. Współrządzone przez SLD starostwo odmówiło pozwolenia na budowę. (...)
    DEA złożyła wniosek o pozwolenie na budowę 18 marca zeszłego roku. 27 marca starosta słupski zobowiązał spółkę do uzupełnienia wniosku o podpis projektanta, uzgodnienie z Głównym Inspektorem Lotnictwa i Dowództwem Wojsk Lotniczych. 8 kwietnia aeroklub słupski został stroną postępowania. Nazajutrz Bijata złożył korupcyjną propozycję. W czasie rozmów zagroził, że aeroklub będzie skarżył decyzje i nie dostaną zgody Starostwa.
    30 kwietnia, czyli w dniu, kiedy upływał termin złożenia dodatkowych dokumentów, Starostwo niespodziewanie znów przedłużyło procedurę, tym razem nakazując dostarczenie spółce kolejnych dokumentów do 30 maja. Ale także wtedy nie wydało pozwolenia.
    29 maja, podczas sesji Rady Gminy Dębnica Kaszubska, Bijata znowu naciskał. Mówił, że jeżeli inwestor wypłaci pieniądze, nie będzie problemu. Dodał, że czeka siedem dni na załatwienie spraw finansowych. Tymczasem, już sześć dni później Starostwo przedłużyło termin wydania decyzji do końca miesiąca i domagało się uzupełnienia kolejnych dokumentów.
    W czerwcu stało się jasne, że spółka nie ma zamiaru wypłacić Bijacie pieniędzy. 26 czerwca Starostwo odmówiło pozwolenia na budowę. (...)

    Całość dostępna na witrynie dziennika "Rzeczpospolita" z dn. 18.06.2003 r.

    W zeszłym tygodniu rząd towarzysza Muellera Leszka (pisownia europejska nazwiska), byłego KC-yka Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, z której działaczy i sympatyków składa się obecna lewicowa formacja Sojusz Lewicy Demokratycznej, uzyskał w parlamencie wotum zaufania, gdyż sojusznicze - i oczywiście lewackie - ugrupowanie Samoobrona dokonało wybiegu politycznego przy głosowaniu polegającego na braku kilku swoich posłów, po których naiwni prawicowi” posłowie spodziewali się, że będą optować przeciw swojemu patronowi. Ugrupowanie Samoobrona posiada w swoich szeregach tzw. trzeciorzędowych działaczy byłej totalitarnej partii kolaborantów moskiewskich - PZPR, co cały czas nie znajduje podkreślenia w kalkulacjach politycznych tzw. opozycji parlamentarnej, powodując najczęściej porażki w jej staraniach o przezwyciężenie obecnego już prawie 2 lata trwającego okresu rządów oligarchii postmagdalenkowej, której władza polityczna i gospodarcza jest podwaliną wszystkich rządów socjalistycznych w naszym kraju od czasów tzw. Sejmu kontraktowego.
    Wiedząc o tej niezborności tzw. opozycji prawicowej, prominentni przedstawiciele SLD nie muszą wykazywać się szczególną dbałością w maskowaniu swoich rzeczywistych celów politycznych: powrotu do całkowitych już i w takim samym stylu sprawowanych jak w niesuwerennym PRL-u rządów swego totalitarnego środowiska.
    Ujawniony przypadek tow. Bijaty z słupskiej części byłej promoskiewskiej, a obecnie pro-brukselskiej PZPR-erii nie jest więc ocenie jego kamratów niczym szczególnym i wartym jakiejkolwiek oceny potępiejającej.
    Warto o tym pamiętać.


    Komentarz (0)

    Zgryzoty postępowej części duszy W. Godlewskiego - artykuł Wojciecha Godlewskiego Wysłane piątek, 20, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Ponieważ urodziłem się pod znakiem Bliźniąt, moja dusza jest tylko trochę konserwatywna, a jej duża pozostała część jest bardzo postępowa. Z tego powodu mam prawdopodobnie bardziej posiwiałe włosy i brodę niż moi rówieśnicy, jednej nocy siwieję z troski o redaktora Michnika, a drugiej nasłuchawszy się Radia Maryja długo nie mogę zasnąć, martwiąc się o zdrowie Ojca Dyrektora.
    Przyznając się do znaku Bliźniąt, ujawniam jednocześnie uleganie wpływom masońskim, (ta wiara w astrologię i horoskopy, przypisywanie własnej słabości charakteru znakom zodiaku), liczę tu na wyrozumiałość i szeroko znaną tolerancję liberałów. Gdyby to przeczytał np. jakiś PIS-owiec, to nie dbam zupełnie o jego opinię. Mają oni swój wzorzec idealnego obywatela… (wykonany na razie, tylko w dwóch jednakowych egzemplarzach) i gotowi są zagryźć, każdego, kto się od tego wzorca nawet odrobinę tylko różni, choćby nawet… "różnił się pięknie".
    Troski Ojca Dyrektora, są nam, konserwatystom dobrze znane i w większości je również podzielamy, pisujemy o nich na ASME dosyć często. Po pół rocznej mojej z ASME współpracy przyszła pora na podzielenie się z czytelnikami, swoimi najgłębiej skrywanymi na dnie duszy lękami, odkrycie jej mrocznych, postępowych zakamarków, do których strach się obcemu komuś przyznać.
    Buszując w bezsenne noce w internecie, o mało nie wyzionąłem ze zdumienia ducha, gdy przeczytałem, że pewien postępowy biskup z Lublina, znany zwolennik naszej akcesji do UE, zdawałoby się wypróbowany przyjaciel pana redaktora Michnika, zaskarbiwszy sobie uprzednio zaufanie "Gazety Wyborczej", chce podstępem wydrzeć laikatowi i zawłaszczyć dla Kościoła tradycje tzw. rewolucji francuskiej. Coś takiego! Na tyle, to nie pozwala sobie nawet Radio Maryja. Mało tego - "ciemnogród" dalej naciera, nabieram coraz większej pewności, że jeden z redaktorów popularnej "Trójki" musi być wysokiego stopnia tajnym agentem Opus Dei lub innej podobnej organizacji, działając od środka na wszelkie sposoby - stara się doprowadzić tę ostatnią postępową rozgłośnię publicznego radia do ruiny (inne już dawno przeszły na wrogie, konserwatywne pozycje, tak jak RDC, gdzie Ziemkiewicz czuje się jak w domu i dowoli sobie hasa).
    Przez kilka godzin w środę (wigilię Bożego Ciała) starał się, (ten nasłany przez wsteczne siły, "trójkowy kret"), całej Polsce udowodnić, że większość odbiorców, to prawdopodobnie zbankrutowani bywalcy agencji towarzyskich, którym z braku pieniędzy, jako jedyna dostępna rozrywka, pozostało już tylko słuchanie Trójki lub włóczenie się po ulicach i oglądanie roznegliżowanych manekinów na wystawach sklepowych.
    Przez kilka godzin przeprowadzał on wśród słuchaczy ankietę, co oni na to, że "obskuranci" z jakiegoś małego miasteczka zażyczyli sobie, aby właścicielka sklepu z bielizną w Święto Bożego Ciała zasłoniła na czas procesji swoją wystawę sklepową! Wiadomo, że właścicielce, szerzącej wśród tubylców najnowszą, światową modę i postęp, delikatnie mówiąc, taka audycja, w interesach nie pomoże, to dla goniącej ostatnimi groszami "Trójki", takie ankiety stanowią przysłowiowy ostatni gwóźdź do trumny. Reklam przerywających nadawane tam nudne audycje nie uświadczy się już prawie wcale. Zdesperowany zespół, aby, urozmaicić program - sam nagrywa jakieś płyty i usiłuje je w prowadzonych przez siebie audycjach reklamować. Z braku pieniędzy, przed północą, kiedy dzień się kończy, jakiś gość przedstawiający się jako Artur Andrus (przyznawać się ostentacyjnie do takiego zachowania?) puszcza bez przerwy z taśmy znane od lat wszystkim stare kawały, jasno widać, że na nowe dowcipy brakuje pieniędzy.
    Prawie wszyscy uczestnicy radiowej ankiety, za wyjątkiem może dwóch, trzech, nie chcieli wprowadzenia zmian na wspomnianej wystawie sklepowej, oburzali się na dawaną przez społeczność prowincjonalnego miasteczka, radę zasłonięcia niestosownej wystawy.
    Dla każdego reklamo-dawcy, po tym wszystkim jasne się stało, że znakomita większość słuchaczy "Trójki" to nie dysponująca pieniędzmi, pozbawiona ambicji leniwa, nie umiejąca korzystać z nadarzającej się okazji, nie znająca światowych manier, gorsza i głupsza, niewykształcona, nie znająca światowych manier, bojąca się nawet zmian na wystawie, część naszego społeczeństwa. Daleko im do bywających często kilkakrotnie do roku w Rzymie i rozjeżdżających się po całej Europie z potrzeby odwiedzenia różnych miejsc kultu słuchaczy Radia Maryja, a teraz widzów stacji telewizyjnej Trwam, naszych autentycznych światowców. Właścicielka, zamiast skorzystać z okazji, że sklep jej znajduje się na trasie procesji, zrobić coś, aby mieszkańcy jakoś życzliwie ten sklep zapamiętali, zasłonić wystawę, postawić na niej figurę świętą lub portret papieża, podjąć zabiegi, aby w następnym roku urządzono w tym miejscu ołtarz, nie chce skorzystać z udzielanych jej życzliwie rad, broni się, jak może - przed zrobieniem sobie dobrej reklamy. Stara się, by każdy przechodzący w procesji przyśpieszył w tym miejscu kroku, odwrócił wzrok i spojrzał na sklep znajdujący się na drugiej stronie ulicy lub… (co za zgroza dla każdego postępowca!) - zajrzał do książeczki do nabożeństwa.
    Jakże daleko słuchaczom Trójki do mądrości naszego panów Prezydenta RP i premiera, którzy doskonale wiedzą, że należy się… "Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek". Po tej ankiecie nikt nie może mieć wątpliwości, że nawet, gdyby w programie III Polskiego Radia zostały rzucone reklamowe "perły", to trafią one tam tylko przed przysłowiowe wieprze, po prostu szkoda wyrzucać u nich pieniądze na reklamę. Taka degrengolada!
    To dzieje się w Polsce, a w Europie? Przyznam, że też nie lepiej: Giscard, z powodu nacisku kleru wstydzi się nawet przyznać do Antyku, swojego kulturalnego dziedzictwa, ale o tym, co się dzieje poza Kongresówką w Galicji i całej reszcie Europy, napiszę innym razem, boję się nieco okazać nagle zbytnio postępowy, nie pora na to teraz, gdy naciskom poddaje się nawet d'Estaing. Konserwatystą trzeba być, jeżeli nie dla mody, to przynajmniej ze strachu i wyrachowania, jasno widać, że stracił rozsądek postęp, a dla konserwatystów nadchodzi dobra koniunktura.

    Wojciech Godlewski


    Komentarz (0)

    Żelazka a socjalizm w PRL-bis: TP SA, ZUS, PKN Orlen, PZU, kopalnie, informatyzacja, TVP, autostrady - ocena rzeczywistości gospodarczej naszego państwa nieznanego autora Wysłane piątek, 20, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Gdyby Telekomunikacja Polska produkowała żelazka, to w sklepach nigdy byś ich nie mógł znaleźć. Żeby dostać jedno żelazko musiałbyś złożyć podanie, zapłacić i czekać przeciętnie 5 lat (rekordziści - 30 lat). Po otrzymaniu zaoferowaliby Ci super specjalną ofertę promocyjną na prąd.
    Oferta byłaby przymusowa i polegała na tym, że przy każdym prasowaniu powyżej 12 godzin masz 10% zniżki, ale za to każde krótsze kosztuje Ciebie 20% więcej. Rząd oczywiście dla Twojego dobra utrzymywałby monopol na sprzedaż żelazek z wyjątkiem 3 wybranych gmin na terenie kraju.

    Gdyby ZUS produkował żelazka, to przez całe życie oddawałbyś 10% swojego dochodu co miesiąc, po to żeby na starość otrzymać stare, używane urządzenie, które oni dostali z darów. Za to serwisowanie żelazek odbywałoby się w marmurowym pałacu, gdzie na jednego klienta przypadałoby 3,65 pracownika.

    Gdyby PKN Orlen produkował żelazka mógłbyś je kupić w każdym sklepie, przy czym ich cena rosłaby średnio 30% powyżej inflacji rocznie. Każda kolejna podwyżka byłaby tłumaczona wzrostem cen metalu na świecie (zwłaszcza wtedy,gdy drożałyby metale, które nie są używane w produkcji żelazek), natomiast obniżki byłyby tylko promocyjne. W zasadzie obniżka polegałaby na tym, że żelazko przez pewien czas jeszcze nie zdrożeje.

    Gdyby PZU-Żelazko produkowało żelazka to wkrótce po rozpoczęciu działalności parlament kazałby Ci kupować co najmniej 1 żelazko rocznie z możliwością dokupienia następnych. Policja mogłaby Ciebie nachodzić w domu, żądać okazania dowodu opłaty za ostatni kupiony przyrząd i wlepiać Ci mandaty za nieostrożne prasowanie. W przypadku gdybyś nie miał wykupionego ważnego żelazka zostałbyś wyrzucony z mieszkania, a wszystkie pokoje zaplombowane. Oczywiście dla Twojego dobra.

    Gdyby Kopalnie produkowały żelazka, to dzięki rządowym dotacjom byłyby trzecim co do wielkości producentem na świecie. Co prawda ich żelazka byłyby znacznie droższe niż inne, a sama firma wykazywałaby ogromne straty. Każda próba zamknięcia dowolnej fabryki kończyłaby się strajkami i zamieszkami ulicznymi, dzięki czemu powstałby specjalny program restrukturyzacji przewidujący 10.000 złotych odprawy dla każdego pracownika, który dobrowolnie odejdzie z firmy i zysk w wysokości 10 zł na każde 350 wyprodukowanych żelazek w 2013 roku.

    Gdyby Microsoft produkował żelazka, to 95% desek do prasowania i 99% prądu nie obsługiwałoby żelazek innych firm. Każda zmiana żelazka wymagałaby nowej deski do prasowania lub przynajmniej upgrade`u do nowszej wersji, na co oczywiście przez pewien czas byłaby promocja.
    Oczywiście czasem występowałby wyjątek krytyczny 00FF2546502 w module IRON XC3656121 co wymagałoby rozpoczynania całego prasowania na nowo. Po pewnym czasie firma wypuściłaby na rynek Żelazko Millenijne, które różniłoby się od poprzedniego Żelazka`98 tym, że byłoby bardziej niestabilne, ale za to miałoby ładniejsze przyciski.

    Gdyby Telewizja Polska produkowała żelazka, to niezależnie od tego jakiej firmy żelazko posiadasz (i czy w ogóle je używasz), musiałbyś płacić abonament. Abonament byłby mniejszy, gdybyś nie posiadał żelazka, ale jedynie deskę do prasowania. Od czasu do czasu konkurencyjna firma prywatna sprowadzałaby super żelazka (np. z Japonii i Korei) na rynek za dodatkową opłatą. TVP zamiast zaoferować lepsze żelazka domagałaby się od urzędników zamknięcia wszystkich innych firm stosujących w jej mniemaniu "nieuczciwe praktyki". Szczytem technologicznej myśli TVP S.A. byłyby nieciekawe i często psujące się wyroby reklamowane często jako "Złotepolskie" żelazka.

    Gdyby Zarząd Dróg i Mostów produkował żelazka, to nowy model powstawałby średnio co 15 lat, natomiast stare byłyby remontowane tylko w przypadku spowodowania bardzo dużej ilości katastrof. W pewnym momencie rząd przedstawiłby program budowy super autożelazek z następującymi założeniami:
    1. powołuje się nową firmę "Autożelazka Polskie".
    2. zabrania się wszystkim innym produkowania jakichkolwiek żelazek.
    3. głównym udziałowcem Autożelazek Polskich jest rząd i wybrana przez urzędników firma prywatna.
    4. Za państwowe pieniądze produkuje się żelazka, natomiast prywatna firma otrzymuje zyski ze sprzedaży.
    Po 5 latach program zakończyłby się potężną aferą, po której nowy rząd ogłosiłby kolejny pomysł na "Autożelazka", w wyniku którego do 2010 roku ma w Polsce być 100 nowych autożelazek dla 300 osób.

    Tekst nieznanego autora, rozpowszechniany na listach dyskusyjnych


    Komentarz (0)

    W Chinach Ludowych socjaliści karzą za ulotki, w Zjednoczonej Europie - za "rasizm"? Wysłane piątek, 20, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    O działalność wywrotową i porwanie chińskie władze oskarżyły dwóch cudzoziemców - obywateli USA i Nowej Zelandii (obaj z pochodzenia są Chińczykami). Według władz, zamierzali oni doprowadzić do eksplozji nad Pekinem balonów wypełnionych ulotkami.
    Jeden balon miał eksplodować nad pekińskim placem Tiananmen, gdzie 14 lat temu doszło do masakry prodemokratycznych demonstrantów. Drugi - nad pekińskim międzynarodowym lotniskiem.
    Celem akcji miało być rozrzucenie w Pekinie tysięcy ulotek o treści politycznej. Pod ulotkami podpisała się mało znana dotychczas opozycyjna Chińska Partia Federacyjna, posiadająca swą bazę w Los Angeles. (...)

    Za serwisem informacyjnym Wirtualnej Polski z dn. 20.06.2003 r.

    Aresztowania za akcje ulotkowe były codziennością w latach 80. PRL-u, kiedy działacze opozycji niepodległościowej dokonywali podobnych publicznych wystpień. Nie było wtedy oczywiście internetu, więc taka nieostrożność jednego z organizatorów antysocjalistycznego przedsięwzięcia nie mogła mieć miejsca. Za to nieustanna "opieka" ze strony SS PRL często dawała się we znaki niepokornym poddanym totalitarnego państwa.
    Socjalistyczny ustrój Chin Ludowych jak widać - trzyma swoich poddanych w mocnych ryzach, zaś w PRL-bis, jaki jest udziałem obecnych poddanych oligarchii biurokratycznej w Polsce - niedługo zostanie "ulepszony" w ramach nowej, Zjednoczonej Europy.
    Za co wtedy będzie się karać niezależnie myślacych ludzi? Na razie wiadomo, że są przygotowywane 2 pojęcia-wytrychy w Kodeksie Karnym UE: "standardowy" antysemityzm oraz jego rozszerzona wersja: "rasizm"...


    Komentarz (0)

    Mimo wysiłków propagandy socjalistycznej - coraz mniej obywateli Rzeczpospolitej lubi tow. Muellera Leszka "Stahlkanzelora" Wysłane środa, 18, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    (...) Politykiem najczęściej budzącym nieufność jest premier Leszek Miller (57%) - wynika z sondażu CBOS.
    Chociaż w czerwcu, podobnie jak w poprzednich miesiącach, najwięcej Polaków ufało prezydentowi Kwaśniewskiemu - 74%, jest to wynik o 3% niższy niż w maju i wyraźnie gorszy niż trzy miesiące temu, gdy zaufanie do głowy państwa deklarowało cztery piąte badanych. Nieufność wobec prezydenta deklaruje 12% Polaków. (...)
    Politykiem najczęściej budzącym nieufność Polaków, podobnie jak w dwóch ostatnich miesiącach, jest premier Leszek Miller - 57% (spadek o 2%). Jednocześnie w czerwcu wzrosło o 3% zaufanie do szefa rządu i wynosi obecnie 26%.

    Za serwisem informacyjnym portalu Wirtualnej Polski z dn. 18.06.2003 r.

    Choć to oczywiście towarzysz Mueller (europejska pisownia nazwiska) Leszek skupia na sobie w podzięce za niesłychanie dobroczynne dla wizerunku Sojuszu Lewicy Demokratycznej działania - odpryskiem dostaje się towarzyszowi "Disco-Olo" Kwaśniewskiemu i jego osławionej z udziału w aferze towarzystwa UB-ezpieczeniowego "Polisa" małżonce Jolancie "Szazzie" Kwaśniewskiej. Kasta politykierska z PZPR-erii wypromowana w początkach lat 90. ub. wieku zbiera w dniach obecnych owoce swojej zasłużonej kampanii na niwie państwowej w ciągu ponad kwartalnej obecności w usłużnych mediach. Wahnięcie w wynikach wróżby szamanów sondażowych można odebrać jedynie jako ich szybką reakcję na zeszłotygodniowe wydarzenia w krajowym parlamencie, w związku z wygraną przez jego grupę "trzymającą władzę" wotum zaufania.
    Sondażownie muszą przecież żyć ze zleceń na prognozowanie następnych badań...


    Komentarz (2)

    Wybory do unijnego parlamentu powinny odbywać się według ordynacji JOW! - twierdzą liderzy Ruchu na rzecz JOW Wysłane środa, 18, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Ponieważ teraz coraz więcej kompetencji będzie przechodzić z Sejmu do parlamentu w Strasburgu powinniśmy teraz nasze postulaty wprowadzenia JOW w wyborach do Sejmu rozszerzyć na wybory do parlamentu europejskiego.

    Janusz Baczyński

    Rząd przyjął zasady wybierania polskich posłów do Parlamentu Europejskiego
    Z Polski do Strasburga


    Gotowy jest już długo oczekiwany projekt ordynacji do Parlamentu Europejskiego, według której wybierzemy naszych reprezentantów do unijnego sejmu. Rząd zaproponował, by wybory europejskie trwały tylko jeden dzień, krócej niż referendum unijne.
    Przygotowany w MSWiA projekt ustawy o wyborze członków Parlamentu Europejskiego został wczoraj zaakceptowany przez rząd. Głosowanie na deputowanych do Strasburga to najbliższe czekające nas wybory powszechne. Swoich 54 przedstawicieli wybierzemy już za rok. W Parlamencie będziemy jednym z najliczniej reprezentowanych państw.
    Jakich wybierzemy europosłów? Szef MSWiA Krzysztof Janik poinformował po posiedzeniu rządu, że Polska podzielona będzie na 13 okręgów wyborczych.
    Dlaczego nie 16, tyle, ile województw? - To podważałoby zasadę proporcjonalności, bo regiony znacznie się różnią pod względem liczby mieszkańców - uważa konstytucjonalista prof. Stanisław Gebethner, współautor rządowego projektu. Dlatego zaproponowano utworzenie wspólnych okręgów dla województw: warmińsko-mazurskiego z podlaskim, dolnośląskiego z opolskim, lubuskiego z zachodniopomorskim oraz małopolskiego ze świętokrzyskim. Z Mazowsza została za to wyłączona Warszawa. Liczba wybieranych w tych okręgach deputowanych będzie różna - od 3 do 9.
    Kandydatów będą mogły zgłaszać komitety partyjne lub obywatelskie. Szansę na mandat deputowanego będą mieli jednak wyłącznie kandydaci największych ugrupowań - tak jak w wyborach krajowych ma obowiązywać 5-proc. próg poparcia. Kadencja członków Parlamentu Europejskiego trwa 5 lat.
    - Głosowanie będzie się odbywać tak jak przy wyborach do Sejmu. Głosujemy na określonego kandydata, co oznacza oddanie głosu na listę - wyjaśnia prof. Gebethner.
    Głosy na listę w całym kraju mają być później sumowane i przeliczane na mandaty za pomocą metody d'Hondta, promującej większe ugrupowania. Rządowy
    projekt trafi teraz do Sejmu.
    Każde państwo członkowskie wybiera eurodeputowanych według własnych zasad. Są jednak ogólne postanowienia, np. zakaz łączenia mandatu parlamentarzysty europejskiego z określonymi stanowiskami w organach Unii oraz rządzie państwa członkowskiego. Od 2004 r. - a więc od pierwszych wyborów z udziałem Polaków - nie będzie też można zasiadać równocześnie w fotelu unijnego deputowanego w Strasburgu i posła w parlamencie narodowym.
    Projekt wprowadza także inne ograniczenia. Strasburskiego mandatu nie będzie można łączyć ze stanowiskami w administracji i samorządach -
    podobnie jak funkcji polskiego posła czy senatora. A więc także np. wójtowie i radni, jeśli zostaną wybrani do Parlamentu Europejskiego, będą
    musieli zrezygnować z pracy w samorządzie.
    Rząd zaproponował, by wybory europejskie trwały tylko jeden dzień. W krajach UE polityków o ból głowy przyprawia mała frekwencja w tych
    wyborach. Podobnie może być w Polsce. Socjologowie i konstytucjonaliści, z którymi rozmawialiśmy tuż po referendum, proponowali przedłużenie
    głosowania do dwóch dni także w wyborach. (...)
    Andrzej Stankiewicz

    Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn.18.06.2003 r.


    Komentarz (0)

    Chwila oddechu od polityki - artykuł Wojciecha Godlewskiego Wysłane środa, 18, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Minęło właśnie 100 lat od założenia przez Henrego Forda fabryki Ford Motor Company.
    Jeden z bardziej zasłużonych dla świata ludzi jest dla współczesnych osobą bardzo kłopotliwą. Jak tu o takim pisać? - Będąc przeciwnikiem dyskryminacji rasowej, w swoich zakładach na równych prawach zatrudniał Murzynów, dawał im jednakową z Białymi płacę i umożliwił kupowanie domów w Detroit, było to w tamtych czasach rzeczą niespotykaną, poglądy te nie przeszkadzały mu w wydawaniu jednocześnie antysemickiego pisma, piszę bez obaw "antysemickiego", gdyż po pewnym czasie wydawanie jego zostało zabronione wyrokiem sądu. Swoim pracownikom oferował doskonałe płace, nie wahał się jednocześnie przed stosowaniem brutalnych metod przy tłumieniu strajków i zwalczaniu związków zawodowych. Zaciekły wróg finansistów i bankierów, jeden z nielicznych przedsiębiorców, który potrafił się im skutecznie przeciwstawić. Geniusz techniczny, najlepszy w swoich czasach organizator produkcji. Wygrał, dzięki postawieniu na masowego odbiorcę i reklamę.
    30 lat po założeniu Ford Motor Company, 1933 rok Henry Ford w pierwszym wyprodukowanym przez siebie samochodzie, obok jego wnuk Henry Ford II
    Sam będąc przeciwnikiem wyścigów samochodowych, doceniał ich znaczenie reklamowe. Zmuszony okolicznościami, ugiął się i 100 lat temu w 1903 roku zbudował dwa identyczne egzemplarze najszybszego w owym czasie samochodu świata o nazwach "999" i Arrow (Strzała). Były tak szybkie, że ówcześni kierowcy bali się na nich wystartować. Podjął się tego zawodowy kolarz Barney Oldfield, który wcześniej nigdy nie jeździł samochodem. Specjalnie dla niego, aby jazda przypominała jazdę rowerem zamiast kierownicy zastosowano poprzeczny drążek. Po tygodniowej nauce wystartował w wyścigu na torze w Grosse Point. Od początku dał pełny gaz i tak trzymał bez przerwy, aż do końca. Ze strachu nie rozglądał się na boki, dopiero na mecie dowiedział się, że następnego zawodnika wyprzedził o pół mili. Wieść o tym wyścigu rozeszła się po całych Stanach Zjednoczonych. Mając taką reklamę, mógł Ford tydzień później otworzyć swoją fabrykę.
    Szeroko znany jako doskonały organizator produkcji - mniej znane są jego zdolności finansowe. Jako jeden z nielicznych w tym czasie przedsiębiorców rozumiał, że czasami korzystnie jest pogodzić się z ponoszeniem przez pewien czas strat finansowych. Przyciśnięty okolicznościami, potrzebując pieniędzy, nie chciał uzależniać się od banków - odrzucił proponowane oferty kredytu. Założył, że kryzys wymusi również obniżenie cen surowców, zwłaszcza takiemu jak on masowemu odbiorcy. Nie czekając na tą chwilę, sam wcześniej obniżył swoje ceny, zracjonalizował produkcję, pozbywając się zapasów surowca, zaczął sprzedawać poniżej dotychczasowych kosztów. Jak przewidywał, kryzys wymusił obniżenie cen na produkujących stal hutach , to - i zwiększona sprzedaż - spowodowały, że jego produkcja stała się znów opłacalna, tańsza niż gdzie indziej. Znów był krok przed konkurentami, poradził sobie z kryzysem, pozbył się nadmiernych zapasów surowca, zachował samodzielność, zdobywając przy okazji pieniądze, powiększył rynek zbytu. Bojący się obniżenia cen, konkurenci dbając, aby w każdym momencie ich produkcja była opłacalna, jednocześnie mając magazyny pełne zapasów drogiego surowca, zaczęli z powodu zmniejszenia sprzedaży przeżywać w tym czasie ogromne trudności finansowe.
    Wróg monopoli, zwolennik wolnego rynku, gdy grupa finansistów chciała zmonopolizować w Stanach produkcję samochodów (tak zwana afera Seldena), nie dał się zastraszyć i wygrał, gdy poddała się już większość innych producentów.
    Legenda motoryzacji, wymykający się wszelkim schematom - jest niemiły "wszystkim wielkim" dzisiejszego świata, na jego wspomnienie postępowe media, monopoliści, bankierzy, i związki zawodowe wciąż jeszcze zgrzytają zębami.
    Wymykający się wszelkim stereotypom, Henry Ford wart jest przypomnienia.

    Wojciech Godlewski


    Komentarz (0)

    Aktualizacja witryny Kary Śmierci Wysłane wtorek, 17, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Nieformalne wyroki kary śmierci w Polsce AD 1999
    Dwa dożywocia za okrutne zabójstwo

    Dwa dożywocia i dziesięć lat więzienia - na takie kary suwalski sąd skazał dzisiaj trzech oskarżonych w procesie za okrutne zabójstwo mężczyzny. (...)

    Morderstwo sprzedawcy telefonów komórkowych w 2000 r.
    Uchylono wyrok wobec oskarżonego o brutalne morderstwo

    Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uchylił dzisiaj wyrok 13 lat więzienia wobec sprawcy zabójstwa dilera telefonów komórkowych. Dwóm innym uczestnikom napadu rabunkowego i zabójstwa utrzymano kary po pięć lat więzienia. (...)

    Morderstwo czworga bezdomnych w Warszawie w dn. 30.06.2000 r.
    Zabili bo byli źli

    Dwa dożywocia i 25 lat pozbawienia wolności - na takie kary skazał sąd trzech mężczyzn oskarżonych o zabójstwo czwórki bezdomnych na grochowskich działkach w okolicach Koziej Górki. (...)

    Morderstwo w hotelu robotniczym - 2002 r.
    Dożywocie za bestialskie zabójstwo kolegi

    Na dożywocie skazał dzisiaj szczeciński Sąd Okręgowy 21-letniego Piotra W., który rok temu w Szczecinie w bestialski sposób zamordował swego kolegę.
    Uzasadniając wyrok, sąd podkreślił, że oskarżony dopuszczając się mordu w tak brutalny sposób "zachował się jak zwierzę" i sąd nie znajduje żadnych okoliczności łagodzących. (...)

    Morderstwo b. ministra sportu Jacka Dębskiego w kwietniu 2001 r.
    Koniec procesu "Inki"

    Warszawski Sąd Okręgowy zamknął przewód sądowy w procesie Haliny G. - "Inki", oskarżonej o pomoc w zabójstwie byłego ministra sportu Jacka Dębskiego.
    24 czerwca mowy końcowe mają wygłosić oskarżyciele i obrońcy, a także sama oskarżona. (...)

    Morderstwo świnoujskiej celniczki - wrzesień 1997 r.
    Dożywocie po raz drugi

    Seryjny gwałciciel ze Świnoujścia, 28-letni Tomasz W., który już odsiaduje wyrok dożywocia za sześć gwałtów i jedno morderstwo, został po raz kolejny skazany dzisiaj na taką samą karę w oddzielnym procesie. Był w nim oskarżony o zabójstwo świnoujskiej celniczki. (...)

    Witryna Kary Śmierci


    Komentarz (0)

    Marsz na rzecz JOW - Konferencja w Warszawie na zakończenie - 5 lipca Wysłane wtorek, 17, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Publikujemy program konferencji kończącej Marsz na rzecz JOW - 5 lipca w Warszawie.
    Oplata dotyczy samorządowców, uczestnicy marszu są z opłaty zwolnieni.

    Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych
    zaprasza
    na Ogólnopolską Konferencję pod hasłem:

    "Chcemy Jednomandatowych Okręgów Wyborczych w Wyborach do Sejmu"


    Warszawa, Krakowskie Przedmieście 12,
    5 lipca 2003,
    Aula im. Adama Mickiewicza, Uniwersytetu Warszawskiego
    Początek, godzina 12.15

    Patronat nad Konferencją objęli:

    Grzegorz Benedykciński, Burmistrz Miasta Grodziska Mazowieckiego
    Ryszard Bogusz, Prezydent Miasta Skierniewic
    Ryszard Brejza, Prezydent Miasta Inowrocławia
    Marek Chrzanowski, Prezydent Miasta Bełchatowa
    Konstanty Dombrowicz, Prezydent Miasta Bydgoszczy
    Krzysztof Fabianowski, Burmistrz Miasta Strzelc Opolskich
    Marian Jurczyk, Prezydent Miasta Szczecina
    Tomasz Kałużny, Burmistrz Miasta Wrześni
    Mirosław Kukliński, Prezydent Miasta Tomaszowa Mazowieckiego
    Wojciech Lubawski, Prezydent Miasta Kielc
    Władysław Skrzypek, Prezydent Miasta Włocławka
    Jerzy Słowiński, Prezydent Miasta Radomska
    Andrzej Stania, Prezydent Miasta Rudy Śląskiej
    Jan Starzyński, Prezydent Miasta Pruszkowa
    Andrzej Wiśniewski, Prezydent Miasta Grudziądza
    Jerzy Wysocki, Burmistrz Miasta Milanówka
    Michał Zaleski, Prezydent Miasta Torunia

    Informacje i zgłoszenia:

    Biuro Warszawskie:
    Remigiusz Zarzycki, ul. Kameralna 3 m. 52, 03-406 Warszawa, e-mail:
    Remigiusz.Zarzycki@pr.grupafokus.com.pl, tel/fax: 022-741-24-45,
    0601-217-818
    Biuro Krajowe:
    Barbara Sarapuk, 50-134 Wrocław, ul. Białoskórnicza 3/1, tel:
    (071)-342-45-44, e-mail: spes@spes.wroc.pl


    Program Tymczasowy
    Sobota, 5 lipca 2003
    10.00 - 12.00
    Rejestracja uczestników
    12.15 - 12.30
    Otwarcie Konferencji, Powitanie uczestników "Marszu na Warszawę"
    (Rektor UW, Jeden z Patronów, Organizator)
    12.30 - 12.50
    Sprawozdanie z Marszu,
    Janusz Sanocki, Prezes Stowarzyszenia n/r Zmiany Systemu Wyborczego "JOW"

    Sesja I: Dlaczego chcemy JOW?
    Przewodniczy: Jerzy Przystawa, Uniwersytet Wrocławski
    12.50 - 13.05
    Co to są JOW? Krótkie wprowadzenie.
    Tomasz Kaźmierski, Southampton, Wielka Brytania
    13.05 - 13.30
    "Integracja społeczeństwa a ordynacja wyborcza"
    Antoni Kamiński, Instytut Studiów Politycznych PAN, Warszawa
    13.30 - 15.00
    Czy postulat JOW jest słuszny i otwiera szansę dla Polski? JOW z
    perspektywy doświadczeń Wójtów, Burmistrzów i Prezydentów Miast
    Dyskusja panelowa z udziałem ww. Patronów Konferencji

    15.00- 15.30
    Przerwa na kawę
    W czasie przerwy konferencja prasowa

    Sesja II: Czy trzeba zmieniać Konstytucję?
    Przewodniczy: Wojciech Błasiak, Uniwersytet Śląski
    15.30 - 17.00
    Dyskusja panelowa "Czy trzeba zmieniać konstytucję?"
    Dwa wystąpienia wprowadzające do dyskusji:
    15.30 - 15.45
    "Typowe nieporozumienia i fałsze na temat JOW"
    Jerzy Przystawa, Uniwersytet Wrocławski
    15.45-16.00
    "Wybory do Sejmu: ani równe, ani bezpośrednie, ani proporcjonalne, ani
    powszechne?"
    Mirosław Dakowski, Akademia Podlaska

    Sesja III: Dyskusja ogólna:
    Jak wprowadzić JOW w wyborach do Sejmu?
    Przewodniczą: Janusz Sanoki (Nysa), Włodzimierz Urbańczak (Poznań)
    17.00 - 18.00 .
    Dyskusja ogólna: Jak wprowadzić JOW?
    18.00 - 18.30
    Podsumowanie, rezolucja, zakończenie

    Opłata konferencyjna:
    70 zł - koszt materiałów konferencyjnych, kawy, wynajęcia sali itd. -
    Opłatę można wnieść na konto Stowarzyszenia n/rz Zmiany Systemu Wyborczego "JOW": PKO BP II oddział w Nysie 06 10203714 106100063
    lub w recepcji konferencji.

    Uczestnicy Ruchu JOW wymienieniu w programie:

  • Wojciech Błasiak, socjolog, Instytut Socjologii Uniwersytetu Śląskiego, redaktor naczelny "Pulsu Zagłębia", poseł na Sejm II Kadencji, koordynator krajowy Ruchu;
  • Mirosław Dakowski, fizyk, profesor w Akademii Podlaskiej w Siedlcach, koordynator krajowy Ruchu, przewodniczący Komisji Rewizyjnej Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego "Jednomandatowe Okręgi Wyborcze";
  • Antoni Kamiński, socjolog, profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN, członek Komisji Rewizyjnej Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego "Jednomandatowe Okręgi Wyborcze";
  • Tomasz Kaźmierski, elektronik, profesor na Wydziale Elektroniki Uniwersytetu w Southampton;
  • Jerzy Przystawa, fizyk, profesor w Uniwersytecie Wrocławskim, koordynator krajowy Ruchu, członek Zarządu Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego "Jednomandatowe Okręgi Wyborcze";
  • Janusz Sanocki, koordynator krajowy Ruchu, prezes Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego "Jednomandatowe Okręgi Wyborcze", radny Rady Miejskiej Nysy, b. burmistrz Nysy;
  • Włodzimierz Urbańczak, członek Zarządu Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego "Jednomandatowe Okręgi Wyborcze"


    MARSZ, MARSZ POLONIA

    W dniach od 29 czerwca do 5 lipca br. na trasie Częstochowa – Warszawa odbędzie się Marsz JOW zorganizowany przez Obywatelski Ruch na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Poprzez udział w tym Marszu obywatele Rzeczpospolitej Polskiej będą wyrażać stanowczy protest przeciwko polityce wszystkich polskich rządów po 1989 roku, żądać natychmiastowego rozwiązania obecnego Sejmu RP i przeprowadzenia nowych wyborów w systemie większościowym, opartym na osobistej odpowiedzialności każdego posła przed wyborcami w 460 małych jednomandatowych okręgach wyborczych. W obecnej trudnej sytuacji Polska potrzebuje bowiem ludzi o wysokich kompetencjach i walorach moralnych, a te mogą poświadczyć tylko wyborcy znający dotychczasowe dokonania kandydatów do władzy nie z telewizji, ale "z pierwszej ręki", a więc w małych okręgach wyborczych.

    Gorąco zachęcamy do różnych form udziału w tym ważnym przedsięwzięciu!

    Patronat medialny nad mazowiecką częścią Marszu na rzecz JOW - objęła witryna ASME - Antysocjalistycznego Mazowsza

    Komentarz (0)

    Dziennik "Rzeczpospolita" znowu przypomina o JOW - piórem Krzysztofa Czabańskiego, publicysty prawicowego Wysłane wtorek, 17, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Związek zawodowy polityków
    KRZYSZTOF CZABAŃSKI


    Gorączka polityczna, która zapanowała w partiach rządzących i opozycyjnych, udzieliła się także dziennikarzom. Polityków rozumiem, gdyż ich psim obowiązkiem jest walka o władzę. Media mogłyby jednak zachować nieco dystansu i zimnej krwi. (...)
    Skoro dobro partii nie prowadzi do dobra narodu, ale rządzą partie nie naród, to czy widać jakieś światełko w tunelu? Polska jest zbyt słabą demokracją, żeby wprowadzać w niej ustrój prezydencki; taka próba mogłaby zakończyć się dyktaturą. Trzeba nadal trzymać się systemu parlamentarno-gabinetowego, ale ustanawianego metodą wyborów większościowych w okręgach jednomandatowych. Zwiąże to posłów z wyborcami i wymusi na partiach działania pro publico bono, a nie tylko we własnym interesie. Większość grup interesów, nazywających się partiami, zostanie w tym systemie wyeliminowana z polskiej sceny publicznej. Związek zawodowy polityków, chroniący dzięki ordynacji proporcjonalnej posady w parlamencie i rządzie dla "swoich", albo sczeźnie, albo przekształci się w nowoczesne organizacje przygotowane do rozwiązywania najważniejszych problemów państwowych.
    Postulat taki zgłasza coraz więcej obywateli, wywołując tym nieskrywaną irytację polityków. Obywatele zagłosowali ostatnio jak jeden mąż za polską racją stanu, wbrew degrengoladzie polskiej polityki. Nasi obywatele są już przygotowani do wejścia do Europy. Kiedy swoją pracę domową odrobią politycy?

    Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 17.06.2003 r.

    Jak widać, dziennik "Rzeczpospolita" konsekwentnie podtrzymuje swoje zaangażowanie w akcję propagowania Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Oprócz tej gazety, oczywiście witryny JOW - witryna ASME - Antysocjalistycznego Mazowsza jest jednym z miejsc w Sieci, gdzie jest publikowanych najwięcej materiałów na temat tej próby uzdrowienia systemu parlamentarnego naszego kraju.


    Komentarz (0)

    Czym są media (środki masowego rażenia) dla aparatu państwowego? Wysłane wtorek, 17, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Były szef "Telegazety" TVP Czesław Berenda został uznany za "kłamcę lustracyjnego" przez Sąd Lustracyjny I instancji.

    Według sądu, Berenda zataił m.in. to, że był agentem wywiadu PRL, gdy w latach 80. był korespondentem TVP w Pradze.
    Sąd uznał za nieprawdziwe oświadczenie lustracyjne Berendy, w którym zaprzeczał on swym związkom ze służbami specjalnymi PRL. Rzecznik Interesu Publicznego podejrzewał, że Berenda zataił swe związki z tymi służbami.
    Opierając się na dokumentach specsłużb i zeznaniach świadków, sąd uznał, że od 1981 r. Berenda był tajnym współpracownikiem SB (departament III MSW) o kryptonimie "Borys". Z chwilą wyjazdu na placówkę w Pradze został przekazany do dyspozycji wywiadu (departament I MSW), a po powrocie został "zwrócony" departamentowi III - ustalił sąd.
    Wyrok jest nieprawomocny; Berenda może się odwołać do Sądu Lustracyjnego II instancji. (...)
    Sprawa Berendy była pierwszym procesem lustracyjnym reprezentanta Telewizji Polskiej i drugim - przedstawiciela mediów publicznych.
    Spośród przedstawicieli mediów publicznych, za "kłamcę lustracyjnego" uznano już byłego szefa publicznego Radia Koszalin Ryszarda Zalewskiego. (...)

    Za serwisami informacyjnymi portali Onet.pl i Wirtualnej Polski z dn. 17.06.2003 r.

    Media, zwane środkami masowej indoktrynacji zawsze pozostają w polu najwiekszego zainteresowania służb specjalnych każdego państwa, gdyż m.in. dzięki nim aparat administracji państwowej ma narzędzie oddziaływania na zachowania społeczne i ukierunkowywania, a nawet uzyskiwania korzystnych dla siebie zjawisk. Służy do tego socjotechnika, której operacje mogą trwać czasem nawet wiele lat - jak to np. można było zaobserwować w przypadku powstania i rozwoju ugrupowania Samoobrona, które po efektownym zaistnieniu i osiągnięciu zamierzonego pułapu oddziaływania - zostało zgodnie z zamierzeniami wykorzystane najpierw do ośmieszenia wizerunku unijnych sceptyków (choć raczej - eurosceptyków), a ostatnio - do podtrzymania istnienia rządu towarzysza Leszka Muellera (pisownia europejska nazwiska).
    Po co o tym w tym miejscu przypominam? Media pozostające w bezpośredniej zależności od biurokratycznego aparatu państwowego, jakim jest krajowy kolos telewizyjny TVP - z samego swojego założenia realizowały, realizują i będą jeszcze przez długi czas realizować swoją "misję", której jednym z celów jest odpowiednia reakcja służb państwowych na niesione przez bodźce społeczne zagrożenia dla ich integralności - takimi zadaniami obarczano niegdyś Służbę Bezpieczeństwa PRL, będącą spadkobierczynią Urzędu Bezpieczeństwa PRL (wysługującą się oczywiście w końcowym rezultacie dla moskiewskich SS), teraz z nie mniejszą pewnością można domniemywać, iż odpowiednicy TW "Borysa" Czesława Berendy znają swoje zadania w dzisiejszych realiach.
    I - jak widać każdego dnia - z powodzeniem je realizują.


    Komentarz (1)

    Jednomandatowe Okręgi Wyborcze będą promować dotychczasowych politykierów - ale także - nowych, nie uwikłanych w powiązania partyjne kandydatów do Sejmu - przekonuje prof. Mirosław Dakowski z Warszawskiej Grupy JOW Wysłane wtorek, 17, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Profesor Mirosław Dakowski z Warszawskiej Grupy JOW wyjaśnia, dlaczego opublikowany w marcu br., w dzienniku "Rzeczpospolita" Apel o ustanowienie Jednomandatowych Okręgów Wyborczych miał oparcie środowiska tzw. opcji prezydenckiej, a przynajmniej był przez nie przychylnie nadzorowany.
    W oparciu o doświadczenie wyborów we Włoszech, gdzie wprowadzenie do ordynacji JOW-owskiej 25% udziału ordynacji proporcjonalnej zdeformowało politykę włoską, prof. Dakowski apeluje o poparcie pełnego systemu westminsterskiego, czyli 100% JOW.
    Przypomnia, że dotychczasowi politykierzy będą mieli szansę dalszego istnienia na scenie politycznej naszego kraju choć będą musieli już konkurować z nowymi, do tej pory nie majacymi możliwości zaprezentowania się przed wyborcami w wyniku istnienia dotychczas ordynacji "partyjniackiej" - kandydatami do polskiego parlamentu.

    Nagranie trwa prawie 8 minut.

    Plik DivX 16,4 MB
    plik mp3 1,72 MB


    Komentarz (0)

    Poczytaj Mamie o SLD
    Kolejny stalinowiec z PZPR/SLD - potwierdzonym agentem SS PRL
    Wysłane poniedziałek, 16, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Były poseł SLD Wit Majewski jest już prawomocnie uznany za "kłamcę lustracyjnego" przez Sąd Lustracyjny.

    Jeśli ten wyrok utrzyma także Sąd Najwyższy, Majewski nie będzie mógł przez 10 lat pełnić niektórych funkcji publicznych, m.in. parlamentarzysty.
    W piątek Sąd Lustracyjny II instancji utrzymał wyrok I instancji, stwierdzający niezgodność z prawdą oświadczenia lustracyjnego 61- letniego Majewskiego - podano na stronach internetowych Rzecznika Interesu Publicznego.
    W 2000 r. Sąd Lustracyjny uwolnił Majewskiego od tego zarzutu. Wyrok ten po odwołaniu Rzecznika uchylił w 2001 r. sąd II instancji, który nakazał powtórzenie procesu. W ponownym procesie I instancja wydała wyrok o "kłamstwie lustracyjnym".
    W 2001 r. sąd II instancji ocenił, że w I instancji nie zbadano szczegółowo zeznań oficera wywiadu MSW, który w latach 1979-1982 spotykał się z Majewskim. Oficer ten zmienił w sądzie to, co zeznawał wcześniej Rzecznikowi i oświadczył, że w jednej ze swoich notatek służbowych autorstwo pewnej informacji nieprawdziwie przypisał Majewskiemu. Powiedział, że informacje te miał z innych źródeł i "musiał włożyć je w cudze usta".
    Według sądu II instancji, sąd ograniczył się jedynie do stwierdzenia niewiarygodności tego świadka, a powinien był starać się o wyjaśnienie sprzeczności: dlaczego musiał włożyć te informacje "w cudze usta"; czemu właśnie w usta Majewskiego i z jakich w ogóle źródeł miał te wiadomości. (...)

    Za serwisem informacyjnym portalu Onet.pl z dn. 16.06.2003 r.

    Mimo wysiłków propagandy lewicowej - co i raz znajduje potwierdzenie fakt, że najwięcej agentów SS PRL znajduje się w szeregach SLD i ugrupowań-przybudówek do "przewodniej siły narodu", jaką jest przemalowana na socjaldemokratyczny kolor totalitarna PZPR-eria. Towarzysz Majewski Wit jest w tej chwili odsuniętym na dalszy plan z powodów koniunkturalnych działaczem poststalinowskiej formacji, która obecnie dominuje w polskim parlamencie, ale z całą pewnością jeszcze wielu jego kolegów będziemy mieli okazje podziwiać przy podobnych do tego wyrokach Sądu Lustracyjnego.


    Komentarz (0)

    Polityczny Hollywood - artykuł Mirosława Szczupakowskiego Wysłane poniedziałek, 16, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Patrząc na to co się dzieje, nie tylko w polskiej polityce, trudno nie dojść do przykrego wniosku, że tak naprawdę rządzą nami komedianci.
    Może nie byłoby zresztą tak źle gdyby scenariuszy nie pisali ciągle ci sami ludzie. Ci, którzy byli prawdziwymi twórcami pisali scenariusze do między innymi "Misia" Bareji. Ale jest jak jest. Publika podobno to lubi, więc od lat grana jest ta sama żałosna opera mydlana z tymi samymi, dętymi postaciami.
    Zmieniają się tylko aktorzy, a raczej komedianci, bo to stare określenie aktorskiego fachu jakoś tutaj dużo bardziej pasuje.
    Ostatnie ruchy pana premiera Millera dowodzą jednak, że goście od pisania scenariuszy gonią już chyba resztkami. Zważywszy prawdopodobieństwo realizacji nowych pomysłów pana premiera, jego niedyplomatyczny język oraz liczbę fałszywych uśmieszków, nie do ukrycia na twarzach naszych rodzimych posiadaczy serca z lewej strony, można już tylko z przykrością czekać na kolejny, beznadziejny zwrot akcji w stylu brazylijskiego serialu.
    Dajmy na to okaże się, że Leoncio z SLD, czyli twardy jak stal, macho L. Miller był brzydki, bo chciał zniewolić Isaurę, czyli posłankę Sierakowską, którą z kolei jako zupełnie bezbronną zratowali trzej muszkieterowie i sierotka Marysia z komisji śledczej. Po czym oczywiście okaże się, że to właśnie posłanka Sierakowska posiadała pełne prawa do majątku bezprawnie przywłaszczonego przez przebiegłego Leoncia. Wszyscy będą płakać ze wzruszenia, a niektórzy z radości, bo oczywiście lewicowa Isaura zaraz rozda trochę z owego majątku tym, którzy zupełnie bezinteresownie walczyli o sprawiedliwość.
    Może być zresztą jeszcze większe zaskoczenie. Im więcej dramaturgii - tym lepiej, by widzowie się nie znudzili. Nic dziwnego zresztą, że nasi komedianci akurat teraz tak bardzo eksponują swój kunszt. Wszak już niedługo rozdawane będą dużo lepiej płatne angaże do bardziej prestiżowej europejskiej mydlanej opery. Casting więc trwa w najlepsze.
    W sumie, z punktu widzenia zwykłego zjadacza chleba, jeśli go oczywiście jeszcze ma, nie jest ważne kto ten angaż dostanie.
    Aktorzy zagrają wszystko. Nawet zaufanego przeciwnika premiera Millera. Pan poseł Lepper udowodnił właśnie, że żaden scenariusz mu niestraszny.
    O wiele ważniejsze jest, kto i jak będzie pisał te scenariusze. Czy akcja będzie np. oparta na amerykańskich westernach, czy innym gatunku hollywoodzkim, np. na życiu Evity Peron z Argentyny. Pewne jest tylko to, że jak to w życiu bywa, moda podlega sterowanym zmianom. Na scenariusze również. Ciekawe, co i jacy scenarzyści zafundują nam w tym kinie w miejsce tej głupawej farsy kryminalnej, którą komedianci grają już od 12 lat na naszej scenie politycznej.

    Swoją drogą, chciałbym wiedzieć, co za lewicowy demiurg zatwierdza te scenariusze do produkcji? Pewnie jak zwykle jest to efekt tzw. zbiorowej mądrości ludzi uważających się za polityczną elitę naszego kraju. Co najbardziej przerażające, że jak na razie nie uważają się za elitę intelektualną. Precedensy już przecież były, wystarczy choćby wspomnieć taki literacki czy naukowy dorobek jak "Main Kampf", dzieła Lenina, prace Wielkiego Językoznawcy Wissarionowicza czy tez np. nieznany mi bliżej, ale zapewne imponujący dorobki Geniusza Karpat albo Wielkiego Nauczyciela z Korei.
    Tak się składa, że to byli sami lewicowi tytani intelektu. Pewnie właśnie tym różni się obecna lewica cywilizowana, czyli socjaldemokracja, od tamtych nieokrzesanych lewicowych naturszczyków. Nie ma - jeszcze!!! - takich intelektualnych ambicji.
    Niewiele to, ale i tak człowiek odczuwa wątłą wdzięczność jak w towarzystwie kloszarda, który wie, co to mydło i potrafi go używać incydentalnie, przez co śmierdzi nieco mniej intensywnie.

    Marcin Szczupakowski


    Komentarz (1)

    TV-felieton Stanisława Michalkiewicza o "czarnym tygodniu" opozycji parlamentarnej i "oszukanym" Jarosławie Kaczyńskim Wysłane poniedziałek, 16, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    "Nie ma rzeczy doskonałych", mówi Stanisław Michalkiewicz, i zauważa, że na pewno należy do nich "świadomość sukcesu", która trwa tylko 1 tydzień. - np. u pana Jarosława Kaczyńskiego.
    W swym dzisiejszym TV-felietonie najlepszy publicysta prawicowy opisuje sytuację wytarzania towarzysza prezydenta Kwaśniewskiego w pierzu i smole przez tow. premiera "Stahlkanzelora" Muellera Leszka (europejska pisownia nazwiska). Opisuje też wydarzenia całego "czarnego tygodnia", który właśnie upłynął - zaczynającego się od "czarnego poniedziałku", poprzez "czarny piątek", kiedy to opozycja parlamentarna została ośmieszona przez SLD - kończącego się na "czarnej niedzieli" z oświadczeniem o „zostaniu oszukanym” p. Kaczyńskiego. Tow. premier Mueller wszystkich europejsów "przecw...", jak zauważa SM - i teraz on będzie rozdawał stolce w biurokracji unijnej, której powołanie w liczbie 100 tys. postulował tow. komisarz unijny Roman Prodi - żadne tam platformersy, peesele, pisy i tym podobne nawet tego nie poliżą, liczy się tylko "ezelde" teraz!
    Postuluje też ufundowanie "europejczyków" przez wiernych dla arcybiskupa Życińskiego, który był szczególnie gorliwym unio-agitatorem, a w wyniku podjętych przez Walerego Giscarda d’Estaing decyzji zupełnie wrogich chrześcijaństwu - widać, że Unia Europejska będzie tworem pomyślanym przez osobistych wrogów Pana Boga.
    "Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało" - te cytat jak ulał pasuje do tak wytrawnego politykiera, jakim jest z pewnością Jarosław Kaczyński, który teraz będzie miał ciężki kłopot przy wytłumaczeniu się przed pokładającymi zaufanie w jego apelach o głosowanie na "tak"podczas referendum unijnego wyborcami...

    Nagranie trwa ponad 8 minut.

    Plik Divx 9,47 MB
    Plik mp3 1,94 MB

    Nagranie dostępne w Sieci do 07.07.2003 r.


    Komentarz (0)

    BOHATEROWIE "SOLIDARNOŚCI" - JACEK MERKEL - publikacja reaktywowanego pisma "Orientacja Na Prawo" Wysłane poniedziałek, 16, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    "Badanie życiorysów oficjalnych, a więc często wirtualnych i porównywanie ich z rzeczywistymi pokazuje co »bohaterzy« chcą ukryć, a więc czego się boją i wyjaśnia ich dziwne zwroty. Przypatrzmy się curriculum vitae jednego z nich - Jacka Merkla - bohatera »Solidarności«, Universalu i aferzysty ze spółki 4 Media. Na pierwszy rzut oka, jego droga od »Solidarnośći« do Universalu i 4 Mediów mogłaby się wydawać nieco dziwna, ale czy na pewno, czy nie była to w wypadku Pana Jacka droga logiczna i »jedynie słuszna«? (...)
    Jednocześnie nie jest prawdą, iż Merkel nie znalazł się na tzw. liście Macierewicza. Możemy o nim przeczytać w dodatkach do listy w grupie 1»wykreślonych w ostatniej chwili«. Jacek Merkel figuruje tam jako TW-k, nr rejestracyjny 4077-89445, nr archiwizacji l8432/I-k. Miejsce złożenia akt wydz. III Biura Ewidencji i Administracji UOP. Nr mikrofilmu 18432/1. Sprawa prowadzona przez KW MO Gdańsk oraz wydz. XI dep. I (wywiad) Warszawa. Materiały i mikrofilmy zniszczone w styczniu 1990 r., a więc w kilka miesięcy po powstaniu rzekomo niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego.
    Zwraca uwagę fakt, iż zgodnie z przytoczonymi danymi Merkel miał pracować dla wywiadu podporządkowanego gen. Pożodze i rywalizującego z SB o tajnych współpracowników. Jak wspomina Pożoga, SB zależało na wykrywaniu transportów sprzętu i drukarń, natomiast wywiad pozwalał na ich istnienie celem zinfiltrowania służb zagranicznych. W tej sytuacji nie dziwi, że liczący sto maszyn transport z połowy 1986 roku przeszedł, natomiast następny z listopada już wpadł i SB uzyskała za darmo sprzęt wprawdzie sprowadzony z Singapuru, ale o parametrach objętym przez COCOM zakazem wywozu do krajów komunistycznych. (...)".

    Polecamy Państwu zapoznanie się z publikacjami niegdyś bardzo ciekawego i poczytnego pisma "Orientacja Na Prawo", które zostało reaktywowane przez Fundację "Orientacja" - i jest dostępne w Sieci.
    Mamy nadzieję, że w przyszłości tak samo jak w minionych już dniach - przyczyni się do odbrązownienia, czyli - przybliżenia do prawdy o wielu zakulisowych aspektach życia politykierskiego w naszym kraju.


    Komentarz (0)

    Zostajemy folksdojczami? - artykuł Stanisława Michalkiewicza Wysłane niedziela, 15, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Kiedy ten felieton ukaże się publicznie, będzie już, jak to mówią, "po harapie", to znaczy - po referendum w sprawie Anschlussu. Będziemy już zatem wiedzieli to, czego ja w tej chwili jeszcze nie wiem: czy Polacy zdecydowali się przyłączyć Polskę do Unii Europejskiej, czy nie. Warto zwrócić uwagę, że nawet pozytywny wynik referendum polskiego nie oznacza jeszcze, że Polska do Unii wejdzie, bo przecież układ z Polską podpisany w Atenach musi być ratyfikowany przez każde z 15 państw członkowskich UE. Wystarczy, żeby np. taka Holandia odmówiła ratyfikacji i cały pogrzeb na nic. Oczywiście jest to możliwość czysto teoretyczna, bo państwa członkowskie Unii są zainteresowane przyłączeniem takich krajów, jak Polska. Chętnie bowiem przyjmą z Europy Środkowej łagodnych, chrześcijańskich parobków i białą służbę domową, którą zaprojektowany przymus ekonomiczny skłoni do zarobkowej emigracji, za którą ich kraje w dodatku zapłacą żywą gotówką. Niemcy zaś mają dodatkowy interes, bo wejście Polski do UE oznacza dla nich możliwość uruchomienia procesu, który może doprowadzić do dokończenia dzieła zjednoczenia państwa niemieckiego, tj. doprowadzenia do zgodności miedzy stanem prawnym, jaki wynika z art. 116 niemieckiej konstytucji a stanem faktycznym.
    W przewidywaniu takiej możliwości, jak również trafnej ocenie, że o losach Polski w UE będą w zasadzie decydowały Niemcy, przewidujące lobby żydowskie w Polsce udekorowało unijnego komisarza, pana Verheugena tytułem "człowieka roku". Poprzednim człowiekiem roku został niemiecki minister spraw zagranicznych, pan Fischer, co wskazuje na niemiecki kierunek nowego lizusostwa. Jestem pewien, że Niemcy i zauważają, i doceniają wagę tej oferty, bo ewentualne pośrednictwo lobby żydowskiego jest oczywiście wygodniejsze od ręcznego sterowania, które mogłoby wzbudzać jakieś resentymenty. Tymczasem podniesienie już nie sprzeciwu, bo o tym nie ma mowy, ale nawet jakichkolwiek wątpliwości co do nowej politycznej roli lobby żydowskiego w Polsce, zostanie przez władze UE potraktowane z całą surowością jako "antysemityzm". Niemcy utrzymujące Polaków w dyscyplinie i posłuszeństwie przy pomocy formuły "walki z antysemityzmem" - czy można wyobrazić sobie bardziej sprytne rozwiązanie?
    Tymczasem przed wizytą, jaką w przelocie do St. Petersburga złożył w Krakowie prezydent Stanów Zjednoczonych Jerzy W. Bush, słyszeliśmy, iż został on poproszony o przypomnienie władzom polskim o żydowskich roszczeniach majątkowych, dotyczących mienia "zrabowanego" (użyto właśnie takiego określenia) Żydom przez... Polskę. Polskie władze, w poczuciu wielkiego zaszczytu wyświadczonego Polsce i im osobiście przez amerykańskiego prezydenta, potraktowały jego wizytę z wielką czołobitnością. Nie obyło się i bez akcentów komicznych, bo za takie uważam odproszenie prezydenta Krakowa z grona dopuszczonego na dziedziniec zamkowy na Wawelu. Ciekawe, czy pan Majchrowski został odproszony z inicjatywy Amerykanów, czy też z nadgorliwości naszych dupowłazów, pamiętających jeszcze tresurę breżniewowską ("car gniewa się...")? Prezydent Bush w swoim przemówieniu nie zająknął się ani słowem o żydowskich roszczeniach, więc nie wiemy, czy w rozmowach z panem prezydentem Kwaśniewskim i panem premierem Millerem ten temat był poruszany, ani też - czy przedstawiciele władz polskich roszczenia te odrzucili, czy też złożyli w tym względzie jakieś obietnice? Szkoda, że tego nie wiemy, bo jest to sprawa z naszego punktu widzenia znacznie ważniejsza od światowej wojny z terroryzmem. Taka wojna, cokolwiek miałaby oznaczać, będzie toczyła się niezależnie od naszego w niej udziału. Tymczasem żydowskie roszczenia opiewają, licząc jak najostrożniej, na co najmniej 60 mld dolarów. Biorąc pod uwagę łapówkę, jaka została przez Polskę wypłacona lobby żydowskiemu za wejście do NATO, realizacja roszczeń żydowskich oznaczałaby, że wspomniane lobby dysponuje na terenie Polski majątkiem wartości co najmniej 70 mld dolarów. Dysponowanie takim majątkiem oznacza władzę polityczną w Polsce albo w tej resztówce, która z niej zostanie po ewentualnym dokończeniu procesu zjednoczenia państwa niemieckiego. W tym kontekście lepiej rozumiemy przyczyny, dla których pan red. Michnik z panem prof. Geremkiem odtańczyli majufesa ku czci pana komisarza Guntera Verheugena.
    Krakowskie przemówienie prezydenta Busha zawierało wizję nowego porządku światowego. Świat mianowicie ma zmierzać ku lepszemu jutru, walcząc z plagą AIDS i z terroryzmem, ale ZE STANAMI ZJEDNOCZONYMI NA CZELE. To jest fundament propozycji nowego porządku międzynarodowego. Prezydent Bush powiedział, że "nie ma konfliktu" miedzy USA a "Europą". O tyle, o ile. Jeśli Europa zgodzi się uznać przywództwo USA, to jasne, że żadnego konfliktu nie ma. Problem w tym, że "Europa", tzn. Francja i Niemcy właśnie na to się nie godzą, a ich przywódcy mogą w tym liczyć na swoich filozofów i to takich, przed którymi zgina się nawet kolano pana red. Michnika: Habermasa i Derridę. W tej sytuacji prezydent Bush, aczkolwiek nie tak żarliwie, jak premier Tony Blair, zachęcał nas do przystąpienia do Unii Europejskiej, gdzie w razie czego moglibyśmy podjąć się misji pana płk. Ryszarda Kuklińskiego. To by nawet była jakaś propozycja, ale oczywiście nie do przyjęcia w sytuacji, kiedy z kręgu władzy Stanów Zjednoczonych kierowane są co i rusz po adresem Polski żądania zadośćuczynienia jakimś dziwacznym, trybalistycznym roszczeniom żydowskim. Jeśli już mamy podjąć się szalenie ryzykownych obowiązków pana płk. Kuklińskiego, to jeszcze mamy za to płacić Żydom, niczym za jakiś radosny przywilej i torować im drogę do mentorowania nam nie tylko gazetowego, ale i politycznego? Nasza miłość do Ameryki aż tak daleko chyba nie sięga i chciałbym mieć nadzieję, że pan prezydent Kwaśniewski próbował to jakoś panu prezydentowi Bushowi wytłumaczyć, chociaż pewności, rzecz prosta, żadnej mieć nie można. Jeśli już dla dobra Europy i świata mamy udawać folksdojczów, to w końcu możemy zostać nimi naprawdę. Pourguoi pas?

    Stanisław Michalkiewicz


    Komentarz (0)

    Stalinowscy kaci, ofiary Marca - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego Wysłane niedziela, 15, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Prof. Jerzy Eisler, dyrektor warszawskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w ostatnim nr Biuletynu IPN w obszernym wywiadzie o Marcu 1968 r. powiedział m. in.: "Wśród tych kilkunastu tysięcy ludzi, którzy wtedy wyemigrowali z Polski, byli i tacy, którzy nie powinni wyemigrować, ale powinni stawić się przed prokuratorem z racji swojej działalności w aparacie bezpieczeństwa, Informacji Wojskowej, sądownictwie wojskowym w okresie stalinowskim".

    Prof. Eisler szacuje liczbę tych osób na kilkaset i stwierdza dalej. "Najbardziej znanym przykładem jest tu zapewne Helena Wolińska [znana czytelnikom ASME prokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej, mieszkająca obecnie w Oksfordzie, która w 1950 r. bezprawnie wydała nakaz tymczasowego aresztowania gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila" - red.]. IPN występuje o jej ekstradycję z Wielkiej Brytanii [Polska przesłała Anglikom wszystkie dokumenty, ruch należy teraz do ministra spraw wewnętrznych Jacka Strawa - red.]. Powinna ona odpowiadać za swoją działalność z okresu stalinowskiego, ale to nie zmienia faktu, że w 1968 r. rzeczywiście była ofiarą nagonki antysemickiej. Niektórym ludziom trudno jest zrozumieć, że ten sam człowiek może być i katem, i ofiarą. Historia zna różne warianty: ktoś jest najpierw katem, potem ofiarą lub odwrotnie, najpierw ofiarą, a potem katem. Nie jest tak, że gdy ktoś raz był po dobrej stronie i służył słusznej sprawie, to zawsze przedtem i potem był przyzwoity (...)".
    Zmarły dwa lata temu, wybitny znawca stalinizmu, prof. Jerzy Poksiński szacował liczbę zagorzałych stalinistów, a potem marcowych emigrantów - na ok. tysiąc. Poniżej przedstawiamy sylwetki niektórych z nich.

    PAULINA KERN

    Wiceprokurator Generalnej Prokuratury PRL. Podobnie jak Helena Wolińska wyjechała do Wielkiej Brytanii, gdzie zmarła w 1980 r.
    W Departamencie Specjalnym Kernowa pracowała od września 1950 r. do października 1951 r. Raport tzw. komisji Mazura z 1956 r., stwierdza, że nagminnie łamała prawo:
    "W dniu 30 listopada 1950 roku w toku toczącej się rozprawie sądowej odbywającej się w więzieniu przeciwko Eugeniuszowi Grzybowskiemu sprzeciwiła się wezwaniu na rozprawę świadków powołanych przez oskarżonego, a w szczególności świadka Ejmego, motywując to trudnościami w doprowadzeniu na rozprawę, mimo że świadek ten przebywał w tymże więzieniu. Świadek ten, będąc zwierzchnikiem Grzybowskiego, mógł najbardziej wiarygodnie naświetlić działalność organizacyjną oskarżonego". Paulina Kern zignorowała również fakt, że Grzybowski odwołał wszystkie złożone w śledztwie zeznania, oświadczając, że zostały na nim wymuszone. "W swoim wystąpieniu oskarżycielskim zarzuciła Grzybowskiemu prowokację i szkalowanie organów MBP - jeśli chodzi o stosowanie »niewłaściwych metod śledztwa« - co znalazło swój wyraz w wyroku skazującym go na karę śmierci".
    Komisja przywoływała też udział Kernowej w sprawie Władysława Cisowskiego. "W lipcu 1951 roku (...) dokonując końcowego przesłuchania, nie umieściła w protokole wyjaśnień podejrzanego o torturowaniu go w toku śledztwa, a przeciwnie, oświadczyła mu, że »władze śledcze Polski Ludowej nie biją«. Odmówiła również Cisowskiemu zapoznania z całością materiałów śledztwa".
    Z kolei 6 grudnia 1951 r. Kernowa zatwierdziła akt oskarżenia przeciwko członkom „Startu” - ekspozytury delegata rządu RP na kraj (w sprawie zapadły trzy wyroki śmierci). Komisja napisała: "Sprawa ta oparta była na wymuszonych i sztucznie dobranych dowodach" i wnioskowała wobec Kernowej: "Zwolnić z pracy w Prokuraturze PRL, gdyż stawiane jej zarzuty wskazują na to, iż nie daje ona gwarancji należytego spełniania funkcji prokuratora".

    STEFAN MICHNIK

    Kapitan, sędzia, przyrodni brat naczelnego "Gazety Wyborczej". Gdy w 1951 r. zaczął wydawać wyroki w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie, miał 22 lata. Podobnie jak inni młodzi stalinowcy, zawodu uczył się na przyspieszonych kursach w Oficerskiej Szkole Prawniczej, którą ukończył jako prymus. Jego kariera pokazuje, w oparciu o jakich ludzi tworzono system bezprawia w Polsce. Orzekając w wielu procesach o dużym znaczeniu politycznym, przyświecała mu zapewne myśl, którą zawarł w podaniu o przyjęcie do szkoły: "do OSP chcę wstąpić dlatego, że szkoła ta kształci tych, którzy będą realizować dyktaturę proletariatu w praktyce". Ludziom jego pokroju wiara w dyktaturę proletariatu nie wystarczała. Stefan Michnik wiarę tę przekuwał w czyn.
    Kpt. Michnik ma na swoim koncie co najmniej dziewięć wyroków śmierci na niewinnych ludzi (część została wykonana). We wspomnianym raporcie Mazura czytamy, że po 1956 r. wszyscy skazani zostali zrehabilitowani. Michnik wydał m.in. wyrok na mjr. Zefiryna Machallę. Ten przedwojenny oficer, żołnierz Września, wywieziony do ZSRR, potem w PSZ na Zachodzie, od 1947 r. w Sztabie Generalnym WP, 19 listopada 1951 r., w odpryskowym procesie od sprawy gen. Stanisława Tatara, został skazany na karę śmierci. Podczas ostatniego widzenia z żoną mówił, że zeznania zostały na nim wymuszone. Zofia Machalla długo nie mogła uwierzyć w śmierć męża.
    Stefan Michnik dostąpił nawet zaszczytu orzekania w sprawie, którą prowadziła Helena Wolińska. Tadeuszowi Jędrzejkiewiczowi (oskarżonemu o działalność kontrrewolucyjną w Szkole Morskiej w Gdyni) udało się jednak ujść z życiem - mimo dwukrotnej kary śmierci wyrok złagodzono mu do 10 lat więzienia.
    W 1956 r., podczas narady partyjnej, sędzia Michnik tłumaczył się: "Nam wtedy imponowało powiedzenie o zaostrzającej się walce klasowej i nieprawdę powie ten, kto by twierdził, że wtedy z niechęcią rozpatrywał te sprawy. Ja wiem, że raczej ludzie garnęli się do tych spraw, sam muszę przyznać, że kiedy dostałem pierwszy raz poważną sprawę, to nosiłem ją przy sobie i starałem się, żeby mi tej sprawy nie odebrano".
    W 1957 r. przeniesiony do rezerwy, z kraju wyjechał w 1969 r. i osiadł w Szwecji. Dodać warto, że przepojona duchem socjalizmu Szwecja udzieliła schronienia również innym komunistycznym zbrodniarzom. Były stalinowski sędzia pędził spokojne życie bibliotekarza na uniwersytecie w Uppsali. W połowie lat 90. przeszedł na emeryturę. Stefan Michnik zyskał też uznanie polskiej emigracji (podobnie, jak w pewnym okresie Wolińska). W latach 70. na łamach paryskiej "Kultury" publikował teksty o Czechosłowacji, używając pseudonimu Karol Szwedowicz.
    Dziś Stefan Michnik twierdzi, że nie wiedział o fałszowaniu akt przez UB. Wierzył, że służy swojemu krajowi (komunistycznej Polsce), ale z perspektywy czasu widzi, że został oszukany, a przeszłość jest jego prywatną sprawą. Tak tłumaczy się dziś większość funkcjonariuszy stalinowskiego systemu bezprawia.
    Część stalinowców wyjechała z Polski wcześniej - po 1956 r., a nawet pod koniec lat 40.

    HENRYK PODLASKI

    Podpułkownik. Jako zastępca Naczelnego Prokuratora Wojskowego (słynnego kata Polaków Stanisława Zarako-Zarakowskiego) do spraw szczególnych czuwał nad "właściwym" przebiegiem śledztw i procesów.
    W dokumentach czytamy: Podlaski Hersz, syn Mojżesza i Szpryncy Austern, ur. 7 marca 1919 r. w Suwałkach. Potem imiona rodziców zmieniono - odpowiednio - na Maurycego i Stanisławę. W 1956 r. Henryk Podlaski zaczął używać imienia Bernard, po czym ślad po nim zaginął. Przez dłuższy czas szukała go KG MO, bezskutecznie. Mówiło się, że utonął w nurtach Bugu. Był to albo akt samobójczy, albo wynik nieudanej ucieczki na Wschód. W 1966 r., po trwającej 10 lat sprawie, żona krwawego prokuratora uzyskała potwierdzenie jego zgonu. Istnieją jednak relacje, że cała sprawa została sfingowana, a Podlaski... zamieszkał w ZSRS u boku swojej siostry, która wyszła za mąż za wysokiego funkcjonariusza NKWD. Niektórzy twierdzą, że żyje do dziś. Jego ostatni adres w Warszawie to ul. Lądowa 5 m. 91.

    RUBIN SZWAJG

    Major Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Urodzony 15 listopada 1898 r. w Jarosławiu, syn Dawida. Podobnie jak Henryk (Hersz) Podlaski w stalinowskiej prokuraturze był odpowiedzialny za sprawy szczególne. 10 lipca 1948 r. Szwajg napisał list do MON o zwolnienie ze służby wojskowej: "z uwagi na to, że zamierzam wraz z żoną wyjechać do Izraela, by tam połączyć się z naszą najbliższą rodziną. Mamy w Izraelu córkę naszą, rodziców i rodzeństwo". Niedawno Interpol, w ramach pomocy prawnej, dostarczył stronie polskiej jego dane: "Rubin Szwajg - Shatkay Reuben, s. Davida, ur. 15 listopada 1898 r., zm. 19 kwietnia 1992 r. w Izraelu".

    ***

    Do Izraela wyjechali też m.in.: w październiku 1969 r. podpułkownik Naczelnej Prokuratury Wojskowej MAKSYMILIAN LITYŃSKI (Maks Lifsches, zmarł w 1982 r. w Göteborgu), a w latach 90. - oprawca z obozów w Świętochłowicach i Jaworznie SALOMON MOREL. Sędzia Najwyższego Sądu Wojskowego mjr MARIAN ROZENBLIT (Rozenbluth Marian Meir) zmarł w Izraelu w 1992 r. Stalinowcy uciekali również do Australii, Brazylii, Kanady i na Kostarykę. Wielu zostało w Polsce (niektórzy żyją do dziś), ale nigdy nie dosięgła ich ręka sprawiedliwości.

    Tadeusz M. Płużański


    Komentarz (0)

    Legalni mordercy płyną z UE w stronę Polski Wysłane sobota, 14, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    "Holenderska »Aurora«, statek, na którym dokonuje się zabiegów aborcyjnych, ma zawinąć do Polski. We Władysławowie na jego pokład wsiądzie grupa kobiet, wypłynie poza polskie wody terytorialne, by - nie podlegając już polskiemu prawu - dokonać aborcji.
    Jak się dowiedziała »Rz«, statek przypłynie 21 czerwca. Szczegóły wizyty objęte są tajemnicą. »Aurorę« zaprosiły polskie feministki. Ma krążyć blisko polskiego wybrzeża do 5 lipca. Jednak żadna z organizacji feministycznych w obawie przed protestami nie chce na ten temat rozmawiać. - Nie mogę potwierdzić tych informacji. We właściwym czasie dziennikarze się wszystkiego dowiedzą - tłumaczy Wanda Nowicka, szefowa Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.
    »Aurora« to pływająca klinika ginekologiczna, stworzona przez holenderską organizację »Kobiety na Falach«. Przypływa do krajów, w których usuwanie ciąży jest zabronione i oferuje bezpłatne usługi. (...)".
    Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 13.06.2003 r.

    A tym czasem feminazistki szykują wsparcie w prawie polskim tych morderczych, typowych dla lewicy, tendencji:

    "Za liberalizacją ustawy o warunkach dopuszczalności przerywania ciąży opowiedziały się w sobotę uczestniczki II Kongresu Kobiet Lewicy. Projekt złagodzenia ustawy aborcyjnej przygotowała posłanka SLD Joanna Sosnowska. Prace nad drugim projektem być może już wkrótce rozpocznie Senat.
    W kongresie, który odbywał się w warszawskiej siedzibie SLD, wzięły udział kobiety z całej Polski, parlamentarzystki SLD, marszałkowie Sejmu i Senatu, pełnomocnik ds. równego statusu kobiet i mężczyzn Izabela Jaruga-Nowacka i Jolanta Banach - założycielka Forum Równych Szans i Praw Kobiet, a obecnie wiceminister pracy. (...)".

    Za serwisem informacyjnym portalu Wirtualnej Polski z dn. 14.06.2003 r.

    Na intensywne zainteresowanie lewicy różnymi sposobami zadawania śmierci swoim współobywatelom zwracali uwagę od niemal początków istnienia tej formacji niemal wszyscy prawicowi, konserwatywni publicyści i myśliciele. Od czasów bezprzykładnego terroru jakobińskiego dni rewolty francuskiej poprzez krematoria nazistów i eutanazyjną politykę wobec upośledzonych umysłowo czy pod względem czasu istnienia (socjaliści niemieccy także stosowali aborcję jako "politykę ludnościową" wobec podbijanych przez siebie narodów!), obozy śmierci komunistów po dzisiejsze dni nagonki na nienarodzonych i dlatego najbardziej bezbronnych, najmłodszych ludzi, bo pozostających w nieuregulowanej kanonami prawa sferze etycznej, jednocześnie podlegającym totalnej woli swych często niedorosłych matek - wezwania do mordów w imię obłąkanej ideologii śmierci i pogardy dla człowieczeństwa prezentowanej przez ideologów lewicy cały czas towarzyszą politycznym sporom we wszystkich społeczeństwach naszej planety.
    Prawo polskie broni jednak podlegających mu obywateli - jest przepis (choć nie posiadam wykształcenia prawniczego, to coś tam jednak czasami czytam z tej dziedziny) o "nawoływaniach do społecznie szkodliwych czynów", który choć brzmi jak z czasów siermiężnej i totalitarnej komuny - jak ulał pasuje do wyżej opisywanej sytuacji: wezwania do umożliwienia dokonania aborcji.
    (właśnie dostałem informację o konkretnym paragrafie KK: art. 152 Kodeksu Karnego; Dz. U. z 1997 Nr 88, poz. 553 i Nr 128 poz. 840 - "Kto za zgodą kobiety przerywa jej ciążę z naruszeniem przepisów ustawy, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech. Tej samej karze podlega ten, kto udziela kobiecie ciężarnej pomocy w przerwaniu ciąży z naruszeniem przepisów ustawy lub ją do tego nakłania - wiadomośc ta pochodzi ze stron witryny najbardziej zainteresowanych legalnymi morderstwami - lewackiej Federacji na zecz Kobiet i planowania rodziny) A więc: organizowanie turystyki aborcyjnej jest w Polsce karalne!!!
    Takim wezwaniem jest pojawienie się statku lub szalupy służącej do transportu ogłupionych propagandą socjalistyczną matek na okręt morderców z jednego z kołchozu Unii Europejskiej. Władze nadmorskiego Władysławowa lub innych portów Wybrzeża, do których próbować będą przybijać wysłannicy aborcjonistów, zostaną zapewne rozliczone z podjętych lub nie działań umożliwiających zaistnienie takiej sytuacji.
    Tyle na pewno można wymagać od legalnych jeszcze władz samorządowych nadbałtyckich miejscowości oraz służb państwowych, istniejącym dzięki naszym podatkom - i w przyszłości dzięki podatkom poczętych przyszłych obywateli Rzeczypospolitej.

    Jeszcze jeden fragment z raportu ww. Federacji: "Z naszych informacji wynika, że zjawisko turystyki aborcyjnej marginalizuje się. W latach 1995-97 odbyło się kilka procesów z wyrokami skazującymi przeciwko agencjom organizującym turystykę aborcyjną za granicę wschodnią i południową (np. Cieszyn, Lublin), które skutecznie zniechęciły innych potencjalnych organizatorów".

    Osobnym oczywiście w przyszłości zagadnieniem będzie konstytucyjna odpowiedzialność za podżeganie do morderstw dokonywane na naszych oczach przez feminazistki z SLD.


    Komentarz (0)

    Z dziejów korupcji w PRL - artykuł Krzysztofa Madeja Wysłane sobota, 14, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Lepkie ręce urzędników

    W PRL urzędnicy nie mieli łatwego życia. Musieli w swojej pracy uwzględniać dyrektywy i wytyczne władz partyjnych, które za swoje pomysły nie ponosiły praktycznie żadnej odpowiedzialności. Na nich spadała w pierwszej kolejności niechęć i żal ludzi, którzy nie otrzymali mieszkania, talonu na samochód czy nie mieli meldunku. Do lat siedemdziesiątych urzędnicy, zwłaszcza pracujący w radach narodowych, zarabiali znacznie mniej niż robotnicy, nie mówiąc o milicjantach i wojskowych. Fakty te sprzyjały negatywnej selekcji do zawodu i korupcji.
    Patologie nasilały się zwłaszcza podczas kryzysów politycznych w PRL. W administracji pojawiała się wówczas niepewność i urzędnicy wykorzystywali stanowiska, bojąc się, że w przyszłości nie będzie już takich możliwości jak dawniej. Komisja powołana przez KC PZPR w 1958 r. następująco opisała sytuację w warszawskiej WRN - "Część działaczy rad narodowych zrozumiała sytuację po VIII Plenum tak, że nadszedł czas zabezpieczenia sobie bytu". Kryzysy powodowały również osłabienie kontroli władz centralnych nad terenem. Nie jest przypadkiem, że w latach 1956-58 znacząco wzrosła - wg danych NIK - liczba tzw. przestępstw urzędniczych.
    Korupcji sprzyjały też nowe zadania i uprawnienia administracji. W latach 1955-1959 do Polski przyjechało 250 000 repatriantów z ZSRR. NIK przeprowadziła w latach 1958-1959 kontrolę pomocy dla przybyszy, która wykazała znaczne nadużycia. Urzędnikom płacono za pracę, którą powinni wykonać w ramach swoich obowiązków, jak za prace zlecone. Przełożeni tłumaczyli się, że tylko tak można zmobilizować podwładnych do działania. Niezależnie od "prac zleconych", cześć funkcjonariuszy rad narodowych w Szczecińskiem zorganizowała siatkę osób zajmujących się wyłudzaniem zapomóg, rzekomo dla repatriantów.
    W siermiężnych czasach Władysława Gomułki nie tylko źle opłacani urzędnicy rad narodowych ulegali korupcyjnej pokusie. Centralna Komisja Kontroli Partyjnej analizowała w 1964 r. działalność dwóch przedsiębiorczych dyrektorów z Ministerstwa Handlu Wewnętrznego. Umieli oni załatwić wszystko - od zwolnień lekarskich, skierowań do sanatoriów, po przydziały samochodów. Swoją pozycję zawdzięczali dobrym układom z ówczesnymi dygnitarzami - m.in. ministrowi żeglugi załatwili lodówkę, prezesowi NIK lepsze wędliny.
    Osoby zatrudnione w strukturach PZPR nie pozostawały w tyle za kolegami z administracji. Co prawda nie miały one bezpośredniego dojścia do deficytowych dóbr, posiadały za to więcej realnej władzy i większą bezkarność. Uchwała Sekretariatu KC PZPR ze stycznia 1966 stwierdzała, że we wszystkich strukturach partyjnych miały miejsce przypadki wykorzystywania stanowisk dla osobistych korzyści.
    W latach siedemdziesiątych na szerszą skalę pojawiło się zjawisko zwane przez badaczy "korupcją legalną". Polegało to m.in. na tym, że koszt łóżka szpitalnego funkcjonariusza partyjnego lub państwowego był kilkadziesiąt razy większy niż w ogólnodostępnym lecznictwie. Funkcjonariusze władz centralnych i terenowych korzystali również znacznie bardziej ostentacyjnie niż w ascetycznych czasach Gomułki ze specjalnych pul mieszkaniowych, talonów na samochody czy lukratywnych wyjazdów za granicę. Obok tych drażniących społeczeństwo przywilejów miały miejsce na dużą skalę nielegalne praktyki korupcyjne.
    Wyjazdy zagraniczne, wynikające z większego otwarcia PRL, stawały się okazją do szmuglu - np. w grudniu 1971 r. celnicy szwedzcy znaleźli u funkcjonariuszy i działaczy klubu MSW "Wybrzeże" 100 butelek wódki. Popierana przez władze instytucja ajenta sprzyjała nadużyciom urzędników, wydającym zezwolenia na prowadzenie działalności gospodarczej. Najgłośniejsza afera z wydawaniem zezwoleń na działalność ajencyjną zakończyła się głośnym procesem w Warszawie w latach 1979-1981, kiedy na ławie oskarżonych znalazło się kierownictwo Horteksu, oskarżone o przyjmowanie łapówek za udzielanie umów ajencyjnych i przydział deficytowych towarów. Do władz centralnych dochodziły również raporty MSW informujące o znacznych nadużyciach podatkowych dokonywanych przez urzędników wydziałów finansowych rad narodowych, którzy za łapówki obniżali bądź umarzali zobowiązania podatkowe rzemieślników i prywatnych przedsiębiorców.
    Nadużycia ekipy lat siedemdziesiątych stały się przedmiotem rozliczeń w następnej dekadzie. Najbardziej spektakularny był proces szefa Radiokomitetu Macieja Szczepańskiego, któremu zarzucono przyjęcie m.in. 1,5 mln zł łapówek. Zwolniono go w 1984 r. na mocy amnestii.
    Przez cały czas zjawiskom korupcyjnym sprzyjał niedobór towarów na rynku i ich biurokratyczne rozdzielnictwo. Szczególnie widoczne jest to w przypadku dwóch dziedzin - zaopatrzenia w mięso i mieszkań.

    Mięso i mieszkania

    Od końca lat pięćdziesiątych w PRL zaczęły się problemy z zaopatrzeniem w mięso. Wynikało to z błędnej polityki rolnej. Braki rynkowe stanowiły zachętę do przestępstw korupcyjnych. Ich bohaterami byli dyrektorzy zakładów mięsnych i kierownictwo central zaopatrzeniowych. W Szczecinie w 1960 r. odkryto, że dyrektor zakładów mięsnych skorumpował szynką i konserwami cały lokalny establishment z Komitetem Wojewódzkim PZPR i delegaturą NIK włącznie. Największy zasięg miała afera mięsna w Warszawie, w wyniku której ostatecznie aresztowano ponad 400 osób, a jeden z głównych oskarżonych Stanisław Wawrzecki, dyrektor Miejskiego Handlu Mięsem, skazany został na karę śmierci. Ich działalność, polegająca m.in. na kradzieży mięsa, podmienianiu towaru, fałszowania faktur, nie byłaby możliwa bez przyzwolenia partyjnych władz w Warszawie. Uzyskiwano je dzięki towarzyskim libacjom i różnym "przysługom".
    Nadużycia w przetwórstwie mięsnym nie zakończyły się w latach 60. W 1972 r. straty spowodowane korupcją w przemyśle mięsnym szacowano na ok. 80 mln zł, a śledztwem objęto ponad 1000 osób. W latach 70. zwiększyły się za to przywileje aparatu władzy, również w zaopatrzeniu w przetwory mięsne. O ile w latach sześćdziesiątych peerelowscy ministrowie musieli szukać dojść, by zakupić trochę lepszych wędlin, o tyle w latach siedemdziesiątych dbano, by funkcjonariuszom nie brakowało produktów spożywczych. Do zaostrzenia protestu w czerwcu 1976 r. w Radomiu doszło, gdy protestujący odkryli, że w stołówce KW PZPR znajdowały się produkty niedostępne dla zwykłych śmiertelników.
    Podobna ciągłość miała miejsce w mieszkalnictwie. Po Październiku 1956 r., kiedy władze zaczęły akceptować indywidualne budownictwo, część urzędników WRN w Warszawie zakupiła korzystnie komunalne grunty. Na początku lat 60. zebrani w Ministerstwie Gospodarki Komunalnej przewodniczący rad narodowych stwierdzili, że nie mogą zgodnie z prawem przydzielać mieszkań, ponieważ uniemożliwiają to naciski władz partyjnych i państwowych. Również spółdzielnie budowały coraz więcej mieszkań dla uprzywilejowanych grup społeczeństwa, a zwykli obywatele przegrywali rywalizację o spółdzielcze mieszkania z funkcjonariuszami partii, wojska, SB i MO.
    Patologie te nasiliły się znacznie w latach siedemdziesiątych. W znacznej części spółdzielni panowały zwyczaje podobne do opisanej w badaniach prof. Krzysztofa Kicińskiego, gdzie 20% mieszkań oddawano do dyspozycji rad narodowych, 30% MO i wojska, a 20% przydzielało kierownictwo za łapówki. Przykład szedł z góry - wg materiałów NIK - z początku lat 80. mieszkania, wille i działki budowlane mieli nabyć lub uzyskać za darmo wszyscy członkowie ekipy rządzącej w latach 70. - z pierwszym sekretarzem KC Edwardem Gierkiem i premierem Jaroszewiczem na czele (wytł. ASME).

    Surowy Wiesław, wyrozumiały Edward

    Ascetyzm Gomułki i jego ekipy przejawiał się m.in. w tym, że wierzono w skuteczność kontroli i surowych represji. Reagując na wzrost przestępstw korupcyjnych utworzono w 1957 r. "Zespoły do walki z nadużyciami i korupcją". Miały one "w ramach pracy partyjnej" zapobiegać korupcji. Nie okazały się jednak skuteczne i zlikwidowano je w następnym roku. W 1958 r. wprowadzono ustawę, która przewidywała bardzo surowe kary za nadużycia i przestępstwa gospodarcze. W 1960 r. zdano sobie jednak sprawę, że powoduje to tylko przepełnienie więzień. A sam kierownik Wydziału Administracyjnego KC Kazimierz Witaszewski (zwany "generałem gazrurką") grzmiał na zebraniu środowisk prawniczych na sędziów w Bydgoszczy, którzy skazali matkę trojga dzieci za kradzież kilkudziesięciu złotych na trzy miesiące aresztu. Nie przeszkadzało to jednak jemu ani innym funkcjonariuszom partyjnym zabiegać o karę śmierci dla przestępców gospodarczych. W 1960 r. Witaszewski wyrażał żal, że sędziowie "załamali się" i nie wydali kary śmierci w aferze skórzanej w Warszawie na głównego oskarżonego Galickiego. Oczekiwaniom decydentów stało się wreszcie zadość w 1965 r., kiedy po wyroku w tzw. aferze mięsnej wykonano wyrok śmierci na Wawrzeckim.
    Klimat represji wobec sprawców przestępstw gospodarczych utrzymał się do końca epoki Gomułki, w 1969 r. zostali wyłączeni spod dobrodziejstw amnestii sprawcy przestępstw gospodarczych. Oczywiście, i tu byli równi, i równiejsi. Partyjni protektorzy i przyjaciele skazanych w aferze mięsnej dyrektorów Wawrzeckiego, Witowskiego i Gradowskiego ponieśli tylko dyscyplinarne konsekwencje.
    Zarówno Gierek, jak i jego otoczenie ascetami nie byli. W latach 70. zwiększono nie tylko pulę "legalnych" przywilejów dla wyższych i średnich dygnitarzy partyjnych, lecz także przymykano oczy na różne wykroczenia i przestępstwa. Miało to służyć stabilizacji władzy i pozyskaniu poparcia aparatu partyjnego i administracyjnego. Ten umiał z tego korzystać, o czym świadczą raporty MSW pokazujące wzrost łapownictwa wśród funkcjonariuszy partyjnych. Ekipa lat siedemdziesiątych została rozliczona w następnej dekadzie. Mimo, że NIK zebrała dowody przeciwko całej ekipie gierkowskiej, przed sądem stanęli tylko szef Radiokomitetu Maciej Szczepański, szef GUC Eugeniusz Dostojewski, i minister budownictwa Adam Glazur. Politycznej odpowiedzialności uniknęły osoby, dla których znalazło się miejsce w ekipie gen. Jaruzelskiego. Za swoją "gorliwość" zapłacił zresztą niebawem stanowiskiem szef NIK Mieczysław Moczar.

  • Krzysztof Madej (ur. 1974), absolwent Historii UW (1998) i Krajowej Szkoły Administracji Publicznej (2001). W latach 1996-1999 nauczyciel historii i WOS w szkołach podstawowych i średnich. Od 2001 pracownik Biura Edukacji Publicznej IPN. Autor ok. 20 tekstów naukowych i popularnonaukowych. Publikował m.in. na lamach "Więzi", "Przeglądu Historycznego", "Wprost" oraz "Pamięci i Sprawiedliwości". Interesuje się historia społeczną i gospodarczą po 1956 w PRL oraz problematyką administracyjna.
    Ostatnio opublikował: "Spółdzielczość mieszkaniowa. Władze wobec niezależnej inicjatywy społecznej 1961-1965", TRIO, Warszawa 2003, Siermiężna i dolarowa korupcja - opis i analiza zjawiska w latach 1956-1980, w: "PRL. Trwanie i zmiana", Warszawa 2003

    Komentarz (0)

    Happening "Naszości" w Poznaniu - "odpiłowywanie Millera od stołka" Wysłane sobota, 14, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    "Odpiłowanie Millera od stołka"

    Trzech przebranych za lekarzy mężczyzn odpiłowało w sobotę od stołka mężczyznę w masce Leszka Millera. Happening Akcji Alternatywnej "Naszość" w centrum Poznania obejrzało kilkadziesiąt osób.
    "Sejmowi nie udało się w piątek odpiłować od stołka premiera Leszka Millera, my jako lekarze najlepszej kliniki rządowej im. Mariusza Łapińskiego postanowiliśmy odpiłować premiera od stołka" - powiedział do kilkudziesięciu widzów Piotr Lisiewicz, lider Akcji Alternatywanej "Naszość", organizator happeningu.
    Mężczyzna w masce Leszka Millera, kurczowo trzymając się stołka, śpiewał przerobioną piosenkę zespołu "Ich Troje": "A wszystko to, bo stołek kocham i nie wiem jak bez niego mógłbym żyć. Choć pokażę ci, czym dla mnie stołek jest. Dla stołka zabiję się".
    Lekarze przed operacją odpiłowania od stołka szczegółowo zbadali pacjenta. "Okazało się, że ma brudne uszy, bo nie słyszy krytyki, ma klapki na oczach, bo nie wszystko dobrze widzi, i ma lepkie ręce. Jedynym zdrowym organem jest cięty język" - oznajmił Lisiewicz.
    Nad bezpieczeństwem pacjenta czuwał lider bojówki Akcji Alternatywnej "Naszość" - "Centymetr". (...)

    Za serwisem informacyjnym portalu Onet.pl z dn. 14.06.2003 r.

    Grupa poznańskiej "Naszości" w dość udany sposób kontynuuje akce Pomarańczowej Alternatywy, w latach siermiężnego komunizmu organizującej prześmiewcze happeningi w wielu maistach Poslki (m.in. Wrocław, Warszawa, Łódź). Miejmy nadzieję, że jej obecni młodzi członkowie nie skończą tak smutno, jak stało się to z legendarnym niegdyś jednym z założycieli PA - Waldemarem "Majorem" Fydrychem, którego serwis ASME miał okazję przypomnieć przy okazji zeszłorocznych wyborów prezydenckich w stolicy, w których brał udział.
    Przykra jest także zapewne prawdziwa konstatacja, iż ten akt doskonale komntującej osdtatnie wydarzenie w naszym kraju drwiny politycznej miało okazję obejrzeć jedynie kilkudziesięciu przechodniów.


    Komentarz (0)

    Kto się czubi, ten się lubi - minirecenzja Wojciecha Godlewskiego do nagłaśnianego ostatnio "konfliktu na górze" Wysłane sobota, 14, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Pisałem ostatnio, że nie można brać poważnie konfliktu między Panem Prezydentem RP, a panem premierem. Zajrzałem dzisiaj na oficjalną stronę internetową pana premiera i znalazłem tam to zdjęcie. Korzystam skwapliwie z łaskawie udzielonego zezwolenia na korzystanie przez odwiedzających z zamieszczonych tam materiałów i zamieszczam je na dowód, że plotki o niesnaskach między panem premierem a prezydencką familią są bardzo przesadzone. Będąc na miejscu PO czy PIS, nie budowałbym na nich zbyt wiele.
    Przypominam, że fotografię wziąłem z oficjalnej strony, na której zamieszczone jest zezwolenie na korzystanie z zamieszczonych tam materiałów z prośbą, aby ich tylko nie deformować i przekręcać.
    To wszystko.

    Wojciech Godlewski



    Komentarz (0)

    Wierna żona Samoobrona, czyli jak post(?)komuniści rządzą PRL-bis - artykuł Krzysztofa Pawlaka Wysłane piątek, 13, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    W artykule, jaki w dzienniku "Super Express" został opublikowany w dniu głosowania nad wotum "zaufania" dla ekipy premiera "Stahlkanzelora" vel "Betoniarza" Leszka Muellera (pisownia europejska nazwiska) i jego samego pt. "Spróbujcie głosować na NIE!" reporterzy tego pisma Maciej Duda, Daniel Walczak, Jan Osiecki ujawniają, w jaki sposób została przygotowana atmosfera strachu dla pewnej liczby niewątpliwych aferzystów zasiadających w poselskich ławach:

    "W kuluarach sejmowych huczy, że premier zbierał haki na posłów, którzy mogliby przyczynić się do upadku rządu
    Wczoraj Ministerstwo Sprawiedliwości wydało polecenie prokuraturom apelacyjnym z całego kraju. Mieli przekazać informację w sprawach korupcyjnych, w których występują osoby pełniące funkcje polityczne. To żądanie sformułowane kilkadziesiąt godzin przed głosowaniem w Sejmie wotum zaufania dla Leszka Millera nabrało znaczenia politycznego.
    Takie polecenie przyszło przed południem do warszawskiej Prokuratury Apelacyjnej, w której prowadzone są najpoważniejsze w Polsce śledztwa. Wykaz miał być gotowy do godz. 14. Podobne żądanie trochę później dotarło do 9 prokuratur apelacyjnych w Polsce. Im dano czas do godz. 16.
    Po co Ministerstwo Sprawiedliwości zbierało taką wiedzę na kilkanaście godzin przed głosowaniem?
    W kuluarach sejmowych usłyszeliśmy, że SLD zbiera "haki" na Samoobronę, która będzie głosować przeciwko rządowi Millera, oraz na posłów z koła PBL Wojciecha Mojzesowicza. Nasz informator z SLD twierdzi, że cel tego działania jest inny. Leszek Miller potrzebuje, według niego, informacji z prokuratur, bo przed głosowaniem mogą paść pytania np. o śledztwa wobec członków SLD. Chodzi o to, by premier mógł z trybuny sejmowej odeprzeć te ataki przykładami polityków opozycyjnych zamieszanych w afery. Również urzędnicy ministerstwa upierali się, że nie ma to nic wspólnego z dzisiejszym głosowaniem.
    - Zbieramy te informacje na potrzeby prokuratury krajowej - tłumaczył nam Kazimierz Olejnik, zastępca prokuratora generalnego. - Akurat w przeddzień głosowania? To przypadek? I to w takim tempie? - dociekaliśmy. - W Polsce każdy dzień jest zły. Gdybyśmy robili to po głosowaniu, to prasa miałaby pretensje, że Ministerstwo Sprawiedliwości nie przygotowało informacji dla premiera na potrzeby obrad Sejmu.
    Olejnik upierał się, że informacji tych nie przekazano ministrowi Kurczukowi. - Chyba że minister ich zażąda - dodał.
    Ustaliliśmy też, że prokurator Małgorzata Wilkosz-Śliwa, na co dzień rzecznik prasowy ministra, poleciła kilku prokuraturom apelacyjnym przekazanie informacji ze śledztw, o których było głośno w mediach. Wilkosz-Śliwa tłumaczyła, że musiała zebrać taką wiedzę, gdyż tego oczekują od niej dziennikarze. Stwierdziła, że zebrała je o śledztwach w sprawach bulwersujących opinię publiczną, w tym o aferach korupcyjnych. Potem do ok. godz. 18 była w gabinecie ministra Kurczuka. A zaraz po spotkaniu z nią minister poszedł do Sejmu na posiedzenie klubu SLD.
    Czy informacje zebrane przez ministerstwo Grzegorza Kurczuka przyniosły jakieś efekty? Tego nie wiemy. Jednak nasz sejmowy reporter wczoraj wieczorem dowiedział się, że SLD jest pewny, że na dzisiejszym głosowaniu zabraknie 3 posłów Samoobrony.
    Czy informacje zostały wykorzystane do walki o głosy w dzisiejszym głosowaniu? - Nic o tym nie wiem, pierwszy raz o tym słyszę - odpowiedział nam Jerzy Jaskiernia, szef klubu SLD. (...)
    Takie metody to, naszym zdaniem, chwyt poniżej pasa
    Ministerstwo Sprawiedliwości musi posiadać wiedzę o osobach publicznych zamieszanych w afery - tego nikt nie kwestionuje. Jednak szumne zbieranie informacji ze wszystkich prokuratur akurat w przeddzień ważnego głosowania nie ma niczego wspólnego ze zwalczaniem korupcji. Jest natomiast wywieraniem presji na opozycyjnych posłów. To polityczny szantaż".

    Za wydaniem dziennika "Super Express" z dn. 12.06.2003 r.

    Już wszystko wiadomo: "Stahlkanzler" Mueller Leszek, były aparatczyk KC PZRP, ocalił swój stolec pierwszego biurokraty PRL-bis, w wyniku dość łatwego zwycięstwa w Sejmie: za głosowało 236 posłów, przeciwko 213, żaden poseł nie wstrzymał się od głosu. Były polityk Unii Wolności, obecnie schroniony w ugrupowaniu Platforma Obywatelska, Jan Maria Rokita w wypowiedzi cytowanej przez serwis informacyjny portali INTERIA.PL oznajmił: "Leszka Millera uratowało 13 obecnych i byłych posłów Samoobrony, a wśród nich ukrywający się, najsłynniejszy malwersant RP, poseł Bonda (wytł. - ASME)". Inaczej to widzą żurnaliści PAP i IAR: "Przesądziły głosy posłów niezrzeszonych oraz kół poselskich Romana Jagielińskiego i Wojciecha Mojzesowicza. Same głosy SLD i Unii Pracy dawały rządowi jedynie 208 głosów. Za gabinetem Leszka Millera opowiedziało się jeszcze 13 spośród 15 niezrzeszonych posłów. Byli wśród nich byli posłowie SLD, a także były poseł "Samoobrony" Ryszard Bonda i były poseł LPR-u Bohdan Kopczyński oraz posłowie mniejszości niemieckiej. Gabinet Leszka Millera poparła również Partia Ludowo-Demokratyczna Romana Jagielińskiego i jej dziewięciu posłów, a także czterech posłów Polskiego Bloku Ludowego Wojciecha Mojzesowicza, oprócz niego samego" - cytowani przez serwis portalu Onet.pl z dn.13.06.2003 r.
    Dodatkowy opis znaleźć można w serwisie informacyjnym portalu Wirtualnej Polski z tego samego ddnia: "100% frekwencja była w klubach Platformy Obywatelskiej (56), Prawa i Sprawiedliwości (43) i Ligi Polskich Rodzin (28). Posłowie z tych klubów jak jeden mąż głosowali przeciw wotum zaufania.
    Przeciwnych wotum było też 29 posłów Samoobrony, jeden głosował - za. Ale w tym klubie była rekordowa w tym głosowaniu absencja - zabrakło aż 7 posłów.
    W głosowaniu nie wzięło udziału 3 posłów PSL w tym były premier Waldemar Pawlak oraz Tadeusz Polański i Czesław Siekierski. Jeden poseł PSL (Leszek Zieliński) zagłosował za wotum. Pozostali ludowcy (35) byli przeciwko wotum zaufania.
    Przeciwko głosowało całe koło Stronnictwa Ludowo-Demokratycznego (8 posłów), Ruchu Katolicko-Narodowego (5 posłów) Porozumienia Polskiego (3 posłów) i Ruchu Odbudowy Polski (3).
    Przeciwko wotum byli też posłowie niezrzeszeni: Maciej Płażyński i Gabriel Janowski".

    Doskonale widać więc, że znajdujący się co jakiś czas w potrzebie klub PZPR-owców zawsze może liczyć na wsparcie taktyczne - i strategiczne oczywiście, bo do tego zostali przecież powołani! - ugrupowania Samoobrony, gdyż w najbardziej istotnych momentach ostatnich czasów historii parlamentaryzmu post(?)komunistycznego - ta lewacka partia nigdy nie zawahała się pośpieszyć z odsieczą swemu patronowi.
    Pozostaje poddać pod rozwagę wszystkim nowo wykreowanym konserwatywnym liberałom ich koncepcje jakichkolwiek sojuszy pozaideowych (bo o takich to chyba nawet nikt przytomny na umyśle nie mógłby sobie pomyśleć!... choć - kto wie jak to jest z umysłami nowo wykreowanych kons.-libów...) z tym ugrupowaniem, bo tak czy inaczej - "myśląc »Samoobrona« - mówimy »SLD«"...
    Więc jeśli już - to panie i panowie - najpierw się trzeba zastanowić - co KPP/PPR/PZPR/SdRP/SLD o tym myśli!


    Krzysztof Pawlak


    Komentarz (0)

    Ludzie znikąd - artykuł prof. Jerzego Przystawy Wysłane czwartek, 12, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Alea iacta est, "kości zostały rzucone". Polacy, członkowie narodu, który w dziejach świata zasłynął swoim oddaniem sprawie niepodległości i suwerenności, poszli i wybrali tej niepodległości, i suwerenności daleko idące ograniczenia oraz upoważnili ludzi Millera i Kwaśniewskiego do dalszych działań w tym kierunku. "Wolność, to uświadamiana konieczność" - pouczał Włodzimierz Iljicz Lenin. Jak się wydaje, ta dialektyczna maksyma głęboko zapadła w naszą podświadomość, usuwając z niej anachroniczne mity o Wolnej i Niepodległej. Już nie będziemy przechodzić Wisły i przechodzić Warty, aby być Polakami. Teraz już przechodzić będziemy zupełnie inne rzeki, uzyskując w zamian całkiem nowoczesny status Europejczyka. Przysłano mi właśnie mailem wypowiedź Wysokiego Komisarza Unii Europejskiej, podobno naszego wielkiego przyjaciela, Gunthera Verheugena, na spotkaniu z nauczycielami w Związku Nauczycielstwa Polskiego. „Duch narodu kształtowany jest w szkołach i to od polskich nauczycieli będzie zależało, czy przyszłe pokolenia charakteryzował będzie duch europejski, czy duch narodowy. Polska będzie reprezentowana w Unii Europejskiej tym lepiej, im więcej osób będzie miało odpowiednie poglądy w kwestiach Unii Europejskiej. Jestem pewien, że uda nam się wychować wiele osób, które staną się Europejczykami”.
    Sławny dysydent sowiecki Włodzimierz Bukowski, surowy krytyk ewolucji, jakiej podlega Unia Europejska, napisał do mnie po zakończonym referendum: "Polacy to naród nieprawdopodobny. Prawie wszyscy ludzie, z jakimi się spotykałem i rozmawiałem w Polsce przyznawali mi rację w ocenie Unii Europejskiej i tego, ku czemu zmierza. Ale kiedy przyszło do referendum, poszli i przegłosowali wstąpienie Polski do Unii".
    Na taki, a nie inny, wynik referendum złożyło się szereg przyczyn. Przede wszystkim, od kiedy Jan Paweł II wyraźnie opowiedział się za naszym wstąpieniem do Unii - sprawa była definitywnie przesądzona. Po drugie, paradoksalnie, czynnikiem skłaniającym wielu Polaków do głosowania "za" była całkowita kompromitacja naszej klasy politycznej, jaką ujawniła i przypieczętowała afera Rywina. Wydawało by się, że jeśli ludzie do tego stopnia publicznie skompromitowani nawołują nas do wstąpienia do Unii, to ich nawoływania przyniosą skutek odwrotny, że kłamcom, manipulatorom, oszustom nikt wiary nie da. Tymczasem stało się coś przeciwnego: wielu ludzi poszło głosować "za", gdyż mają nadzieję, że Unia Europejska rozprawi się z tym "towarzystwem", odsunie ich od władzy i że zapanują u nas wreszcie "porządki europejskie", przed wszystkim rządy prawa. Dodatkowym elementem, rzecz jasna, były wszelkie "miraże europejskie", przede wszystkim nadzieja na większy rynek pracy w krajach zachodnich.
    W nawałnicy propagandowej, której nie oparła się większość Polaków, nie przebierano w środkach i argumentach. Słyszałem pewnego uczonego, zresztą niejednego, który twierdził, że nasze wstąpienie do UE można porównać tylko z Chrztem Polski. Aleksander Kwaśniewski, a za nim wielu innych, porównywało ten akt do Unii Lubelskiej. Warto powiedzieć dwa zdania o tym porównaniu. O Unii Lubelskiej, zawartej pod koniec życia ostatniego z Jagiellonów, tak pisał Paweł Jasienica w "Rzeczpospolitej Obojga Narodów":
    "Główną w czasach popiastowskich zasługą polską wobec historii kontynentu był udział w stworzeniu pierwszego w dziejach Europy państwa wielu narodów, wiar i kultur. Polska współpracowała w tej mierze z Litwą i Rusią, lecz bez wątpienia była naczelnym, upartym i wytrwałym budowniczym wspólnego domu, walnym jego wspornikiem czy fundamentem, a ze względu na gęściejsze zaludnienie, wyższy poziom kultury i cywilizacji materialnej - także i przodownikiem. Gdyby kiedykolwiek odmówiła ponoszenia ciężarów, wschodnia ściana owego gmachu runęłaby od razu". Jakież tu może być porównanie do Polski wyciągającej rękę po jakieś "dopłaty", do tych wszystkich targów i przeliczników, do tych analiz, czy zostaniemy wystrychnięci na dudka i dopłacimy do interesu, czy też może uda nam się coś zarobić?
    Teraz, kiedy sprawa została już ostatecznie przesądzona, jedyne co pozostaje, to znaleźć najlepszy możliwie modus vivendi, szukać sposobów najlepszego zabezpieczenia naszych interesów. Nasi politycy przekonują nas, że wszystko będzie w najlepszym porządku, ponieważ mamy zapewnione tyle samo miejsc w Parlamencie Europejskim co Hiszpania. I wszędzie indziej, na zasadzie "parytetu" nasz udział w decyzjach unijnych będzie znaczny. Myślę, że mamy pełne prawo, a nawet obowiązek - nie ufać tym zapewnieniom. Składają je bowiem ludzie, którzy do tej pory, w sposób najbardziej wymowny, wykazali, że cechuje ich niekompetencja w rządzeniu własnym krajem, ludzie, którzy dopuścili do niesłychanego rozgrabienia finansów publicznych i majątku narodowego, ludzie których historyczną zasługą jest największe w Europie bezrobocie i degradacja całych obszarów kraju.
    Nawet w najbardziej mrocznym okresie naszych dziejów, nawet w okresie rozbiorów, we wszystkich trzech zaborach, stanowiska publiczne zajmowały osoby, których patriotyzm, z perspektywy historycznej, nie może być zakwestionowany; ludzie kompetentni, dbający ze wszystkich sił o interes narodowy. Warto przypomnieć nazwiska wybitnych galicjan, obu Agenorów Gołuchowskich, seniora i juniora, obu Badenich, Marcina i Kazimierza, z których ostatni doszedł do stanowiska premiera Austro-Wegier, Michała Bobrzyńskiego, kolejnego namiestnika cesarskiego, w Królestwie Kongresowym Aleksandra Wielopolskiego, Romana Dmowskiego. A potem tych, którzy budowali Niepodległą: Józefa Piłsudskiego, Ignacego Paderewskiego, Gabriela Narutowicza, Stanisława Wojciechowskiego, Ignacego Mościckiego, Kazimierza Bartla, Eugeniusza Kwiatkowskiego i wielu, wielu innych. Byli to ludzie o wielkich kwalifikacjach i gorący, wypróbowani patrioci polscy. Jakiż to niesłychany kontrast z tymi, którzy urządzali i urządzają życie Polaków od II Wojny Światowej!
    Skąd wzięli się ci ludzie? Skąd wzięli się Bierut, Cyrankiewicz, Gomułka, Ochab, Gierek, Jaruzelski, Rakowski? Skąd wzięli się Miller, Kwaśniewski, Balcerowicz, Rosati, Suchocka, Bielecki, Wałęsa, Cimoszewicz, Buzek, Pawlak, Cytrycki, Hübner, Truszczyński? Skąd Łaciński, Kołodko, Hauser? Co o nich wiemy, o ich przodkach, o ich rodzicach, o klimacie w jakim byli kształceni, w jakim wyrośli? Gdzie są jakieś dzieła, których dokonali, zanim zajęli najwyższe w państwie stanowiska? Przedwojenni Prezydenci II RP, zanim zostali wybrani na to stanowisko, byli wszyscy znanymi w świecie naukowym profesorami, a kim byli Wałęsa i Kwaśniewski? Czym się Polakom zasłużyli, zanim zostali premierami, dr Cimoszewicz, dr Bielecki, dr Suchocka, inż. Pawlak, Leszek Miller?
    Wszystko to są ludzie znikąd. Pojawiają się na scenie politycznej nie wiadomo skąd i jak. Kto wie: może to nawet i są wielcy polscy patrioci, może w godzinie próby nie zawiodą, może nawet gotowi są dbać o polskie interesy, nawet w Brukseli i Waszyngtonie! Tylko skąd mamy to wiedzieć i czy mamy jakiś dowód ich patriotyzmu poza deklaracjami?
    Nie możemy akceptować i godzić się na taką sytuację, żeby tam, w Brukseli, tam w Waszyngtonie, żeby także i tu rządzili nami w nieskończoność "ludzie znikąd". Właśnie dlatego konieczne są jednomandatowe okręgi wyborcze, żebyśmy ten zaklęty krąg przerwali, żeby do Sejmu, a w konsekwencji do rządu, dostawali się ludzie STĄD, ludzie z naszych okręgów wyborczych, ludzie, których znamy, wiemy, gdzie są i skąd się tu znaleźli, kim byli ich przodkowie, ludzi, którzy się czymś pozytywnym zasłużyli wobec swoich społeczności. Przypomnijmy sobie, jak się do tej pory wybierało posłów i jak nadal mają wyglądać wybory: każdy kto idzie do urny, otrzymuje broszurę zawierającą kilkaset nazwisk. Nazwiska te nic większości z nas nie mówią, stawiamy krzyżyk przy jednym nazwisku, a wybrany zostaje ktoś zupełnie inny. Na każdym spotkaniu publicznym pytam moich słuchaczy, kto brał udział w głosowaniu i kto ma obecnie w Sejmie osobę, na którą oddał głos? Statystyka jest nieodmiennie taka sama: jeśli na pierwsze pytanie pozytywnie odpowie połowa sali, to na drugie jedynie garstka. Bo tak właśnie jest w skali całego kraju: jeśli w ostatnich wyborach do Sejmu wzięło udział ok. 14 milionów Polaków, to zaledwie ok. 6 milionów znajdzie w Sejmie swoich przedstawicieli. Zaledwie ok. 20% obywateli polskich oddało głosy "prawidłowo", w tym sensie, że głosy te padły na tych, którzy zdobyli mandaty poselskie. Reszta albo zrezygnowała z udziału w tym konkursie, albo oddała głosy na innych ludzi.
    Przy tym systemie wyborczym obracamy się wciąż w kręgu tej samej "elity politycznej znikąd". Powstała mała grupa wykreowanych przez telewizyjne media "lokomotyw wyborczych", jak np. Jarosław Kaczyński, Andrzej Lepper i kilku innych, wciągając za sobą ludzi, o których tylko oni wiedzą, gdzie ich znaleźć. I tak jest we wszystkich partiach i na wszystkich listach.
    Warunkiem naszego przetrwania jest zmiana tego stanu rzeczy. Trzeba ten system wyborczy odrzucić i dać nam możliwość wybierania osób znanych i cieszących się naszym zaufaniem. Tacy ludzie są. Polska jest bogata w ludzi wartościowych, kompetentnych, utalentowanych i patriotycznych. To nieprawda, że wszystko co najlepsze trafiło już do Warszawy i tam zgromadzono już całą kompetencję, mądrość i talenty Polaków. Być może jest akurat na odwrót. Trzeba nam tylko zamienić system doboru negatywnego na system doboru pozytywnego. Takim systemem jest prosty, jasny, zrozumiały dla wszystkich, brytyjski system jednomandatowych okręgów wyborczych. Wtedy, nawet w Unii Europejskiej, nie będą nami rządzić ludzie znikąd.

    Jerzy Przystawa

    (komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina,
    Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 12 czerwca 2003)

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Obecnie jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.


    Witryna Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

    Komentarz (1)

    Dopiero po 2 dniach nastąpiło potwierdzenie naszej informacji o dymisji tow. ministra finansowego przez inne serwisy! Wysłane środa, 11, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Serwis witryny ASME pisał o tym wydarzeniu politycznym już przed dwoma dniami w wiadomości pt. "Towarzysz minister od rabunku portfeli Polaków - podał się do dymisji!".

    Wirtualna Polska: Kołodko podał się do dymisji!

    INTERIA.PL: Dymisja Kołodki

    Jednoczesnie potwierdzamy informację podaną przez serwis portalu INTERIA.PL o "rozmowach" z tow. Rosatim - znanym m.in. z udziału w aferze FOZZ - jest on przedstawiony do objęcia funkcji ministra podatkowego przez tzw. obóz prezydencki.


    Komentarz (1)

    PRAWO DO OPŁAKIWANIA OFIAR - artykuł Antoniego Zambrowskiego Wysłane środa, 11, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Redaktor "Gazety Wyborczej" Adam Michnik podjął na łamach swego dziennika temat rzezi wołyńskiej 1943 roku. Obok wypowiedzi strony ukraińskiej - pana Wiktora Medwedczuka (szefa administracji prezydenta Leonida Kuczmy) oraz historyka UPA Jurija Kiriczuka zamieścił on wypowiedź swego wieloletniego przyjaciela i mentora Jacka Kuronia. Jacek Kuroń ogłosił swą opinię w postaci listu otwartego do Ukraińców z okazji nadania mu przez nich zaszczytnego tytułu Rycara Hałyczyny, czyli Rycerza Galicji Wschodniej (nazwa Galicja jest łacińskim odpowiednikiem ukraińskiej nazwy Ziemi Halickiej). W swym artykule Jacek Kuroń mówi rzeczy wprost zadziwiające o historii stosunków wzajemnych pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Przede wszystkim (zapewne w imię przyjaźni polsko-rosyjskiej) pomija on w swych wywodach złowieszczą rolę zaborcy rosyjskiego oraz sowieckiego okupanta w zaognianiu stosunków polsko-ukraińskich. Jacek Kuroń zapomina, że w odróżnieniu od Rosji Polska nie była na Ukrainie mocarstwem kolonialnym. Szlachta ruska, czyli ukraińska przystąpiła do Rzeczypospolitej Obojga Narodów jak najbardziej dobrowolnie w ramach Unii Lubelskiej. Jej błędem było, że w odróżnieniu od szlachty litewsko-białoruskiej nie zastrzegła sobie przywilejów konstytucyjnych, które uczyniłyby z państwa polskiego Rzeczypospolitą Trojga Narodów. Ukraina stała się częścią Korony, co być może wpłynęło na przebieg wojen kozackich. Czynienie Polakom wyrzutu z tego, że polonizowały się elity ukraińskie, jest przysłowiową pretensją do garbatego, że ma dzieci proste. Jest dowodem nie zrozumienia sprawy, w której się głos zabiera. Ukraina w owym czasie była krajem wysokiej kultury chłopskiej, wskutek czego natychmiast ukrainizowali się chłopi polscy, sprowadzani z Mazowsza na Ukrainę do prac pańszczyźnianych. W owym czasie zresztą na Ukrainie nie było podziału na etnicznych Ukraińców i Polaków, lecz na szlachtę i chłopów, do których zaliczono również kozaków (Państwo polskie nie umiało rozwiązać sprawy kozackiej na wzór rosyjski - przez nadanie im ziemi i uczynienie z nich wolnych kmieci, stających w potrzebie do walki. To stało się przyczyną wspólnej naszej katastrofy w postaci wojen kozackich i w ich następstwie przyłączenia Ukrainy do Rosji). O braku antagonizmów etnicznych w owych czasach świadczy przypadek ukraińskiego magnata Michała Korybuta Wiśniowieckiego, który został wybrany viritim przez szlachtę na króla Polski, kandydując podczas wolnej elekcji jako kandydat krajowy pod hasłem "Chcemy Piasta!".
    Przemawiając do Ukraińców, Kuroń pomija fakt, że przyłączenie Ukrainy do Rosji było większą katastrofą cywilizacyjną dla narodu ukraińskiego niż polonizacja elit. Powiedziałbym więcej: że była jeszcze większą katastrofą niż rozbiory dla Polski. Moskwa zlikwidowała ukraińską oświatę, przedtem powszechną na Ukrainie. Wskutek tego niepodległa Ukraina musi jeszcze dziś walczyć o przetrwanie mowy ojczystej wobec zalewu ruszczyzny. W gruncie rzeczy mowa ukraińska przetrwała jako język większości jedynie na terenach dawnych polskich Kresów Wschodnich. Są to skutki wielowiekowej przymusowej rusyfikacji Ukrainy.
    Pokrętnie opisuje Jacek Kuroń stosunki polsko-ukraińskie w XIX i XX wieku. Zarzuca on nam, Polakom, żeśmy dwukrotnie w XX wieku uniemożliwili Ukrainie wybicie się na niepodległość, podczas gdy Ukraińcy nigdy takiej krzywdy nam nie zrobili. Jest to oczywista nieprawda. Polscy powstańcy styczniowi 1863 roku bardzo liczyli na wsparcie ukraińskie przeciwko Moskalom. Doczekali się niestety współdziałania chłopów ukraińskich z wojskiem rosyjskim przeciwko powstańcom. W odróżnieniu od chłopów litewskich i białoruskich, którzy wsparli czynnie powstanie styczniowe, Ukraińcy wystąpili - wbrew własnym interesom narodowym, a w myśl antypolskich resentymentów - przeciwko powstaniu. Nieprawdziwy jest również zarzut wobec Polaków, iż przeciwdziałali niepodległości Ukrainy. W roku 1920 naczelnik państwa polskiego Józef Piłsudski podjął ryzyko wojny z Rosją bolszewicką mimo wielkich ustępstw terytorialnych ze strony bolszewików na rzecz Polski na terenie Białorusi i Ukrainy. Wysłał on wojsko polskie do Kijowa, aby dać szansę (przy polskim wsparciu zbrojnym) odbudowie państwa ukraińskiego pod przewodem atamana Petlury. Ściągnęło to na Polskę nawałę bolszewicką, ponieważ Ukraińcy w imię resentymentów antypolskich ruchu petlurowskiego w swej masie nie poparli. Zapłacili za swe zaniedbanie masowym głodem na Ukrainie w 1932 roku, wywołanym świadomie przez Stalina, wskutek czego zmarło od 8 do 12 milionów chłopów.
    Równie bałamutnie opisuje Jacek Kuroń nasze wzajemne krzywdy w czasie II wojny światowej. Pisze on o prawie Polaków do opłakiwania swych ofiar poległych podczas rzezi wołyńskiej. Dla równowagi dodaje, że takie same prawo do opłakiwania swych ofiar mają Ukraińcy, którym Polacy w innym czasie wymordowali rodziny we wsiach Pawłokoma i Zawadka Morochowska. Jest to równowaga nieuzasadniona. Wina ukraińska za mordy na Wołyniu i w Galicji Wschodniej jest bezsporna. Kierownictwo OUN-UPA podjęło samodzielnie inicjatywę czystki etnicznej żywiołów polskich w warunkach przewagi liczebnej Ukraińców nad Polakami. Była to inicjatywa nie tylko zbrodnicza, ale i beznadziejnie głupia. To gorsze niż zbrodnia, to błąd - jak w innych okolicznościach orzekł minister Napoleona Charles Maurice de Talleyrand. Jak słusznie stwierdził na łamach "Gazety Wyborczej" szef administracji prezydenta Ukrainy Wiktor Medwedczuk "organizatorzy rzezi wołyńskich niewinnie przelaną krwią cywilów splamili świętą dla milionów Ukraińców ideę walki o niepodległe państwo". Mordy Polaków były realizacją faszystowskiej aberracji, zrodzonej w głowach ukraińskich nacjonalistów, dążących do etnicznego odseparowania Ukraińców i Polaków żyjących od wieków pospołu na jednym terenie.
    W przypadku mordu na mieszkańcach ukraińskiej wsi Zawadka Morochowska inicjatywa zbrodni była sowiecka. Moskwie zależało na tym samym, co faszystom z UPA - na etnicznym rozdzieleniu żywiołów polskich od ukraińskich. Zarządzili więc "repatriację" ludności ukraińskiej z terenów Polski do ZSRR. Ponieważ ludność ukraińska bojkotowała "repatriację" do Sowietów, postanowiono zachęcić ją do tego przy pomocy masowego mordu. Wieś otoczyli żołnierze NKWD, zaś do roli oprawców wyznaczono żołnierzy KBW. Była to prowokacja jako żywo przypominająca pogrom kielecki w czerwcu 1946 roku, niestety Jacek Kuroń nie chce dostrzec tej analogii. Winę za mordy w Bieszczadach, jak również za akcję "Wisła", czyli przymusowe wysiedlenie Łemków na Ziemie Odzyskane ponoszą nie Polacy, ubezwłasnowolnieni we własnym kraju przez sowieckiego okupanta, lecz Kreml i wykonująca jego polecenia czerwona Targowica. Alibi dla Polaków dostarczył polski obóz niepodległościowy. Oddziały WiN podjęły 28 maja 1946 roku wspólnie z oddziałami UPA atak na miasto Hrubieszów, bronione przez NKWD oraz UB. Warto odnotować, że po stronie sowieckiej walczył tam m.in. por. Wojciech Jaruzelski, mocno zaangażowany w przesiedlanie ludności ukraińskiej do ZSRR. Według jego ówczesnych meldunków, ludność ukraińska chowała się przed przesiedlaniem po lasach.
    Można przypuszczać, że solidarność z takimi ludźmi jak gen. Jaruzelski skłania Jacka Kuronia do obarczania ogółu Polaków winą rządzącej PRL-em formacji ideowo-politycznej. Jest w tym pewna prawidłowość: Jacek Kuroń usiłuje za każdym razem utrudnić lub wręcz uniemożliwić rozliczenie winowajców zbrodni. Dotychczas bronił on przed rozliczeniem winowajców zbrodni komunistycznych, popełnionych na Polakach. Teraz broni on przed rozliczeniem również winowajców faszystowskich - do dziś dnia bezczelnie wypierających się winy. Nie rozumie on, że potępienie przez ogół Ukraińców zbrodni nacjonalistów spod znaku OUN-UPA jest najlepszą drogą do porozumienia pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Natomiast porozumieniu temu nie służy odpuszczanie przez Jacka Kuronia ukraińskim nacjonalistom winy ludobójstwa w sam raz podczas obchodów kolejnej rocznicy mordu. Porozumienie polsko-ukraińskie należy budować nie na zasadzie amnezji, lecz na podstawie zrozumienia wspólnoty naszych interesów państwowych i narodowych. Niepodległa Ukraina potrzebuje wsparcia ze strony niepodległej Polski i na odwrót. Naród ukraiński nie ponosi winy za zbrodnie UPA. Ofiarą morderców padło wówczas wielu Ukraińców brzydzących się mordem. Świadczą o tym przekazy wielu polskich świadków, cudem ocalałych z rzezi. Większość narodu ukraińskiego dopiero teraz dowiaduje się o tej zbrodni ukraińskich faszystów. Są godni tego, by znać całą prawdę o sprawach, które do dziś rzutują na nasze stosunki wzajemne. Powinni też wiedzieć o sprawach, które nas z Ukraińcami łączą - m.in. o wieloletnim braterstwie broni dzięki udziałowi kozaków ukraińskich w walkach polskich wojsk koronnych z Moskwą i Turkami (nawet w wiktorii wiedeńskiej brały udział oddziały kozackie). Ukrainiec Andrij Potebnia - oficer carski i spiskowiec, zdezerterował z armii rosyjskiej i zginął po bohatersku w Powstaniu Styczniowym w oddziale Mariana Langiewicza pod Skałą. Ukraińscy żołnierze z armii petlurowskiej dzielnie bronili Warszawy przed nawałą bolszewicką, walcząc pod komendą gen. Bezruczki. Wielu z nich pochowano na cmentarzu prawosławnym na Woli. Etniczny Ukrainiec, a Polak z wyboru Kazimierz Pużak (pseudonim "Bazyli") jako przywódca podziemnej PPS-WRN stał na czele konspiracyjnego parlamentu Polski Podziemnej - Rady Jedności Narodowej. Aresztowany 27 marca 1945 roku w Pruszkowie pod Warszawą przez gen. Iwana Sierowa z NKWD Kazimierz Pużak został skazany przez sąd sowiecki na procesie 16-tu przywódców Polski Podziemnej w Moskwie, zaś po powrocie do kraju odmówił współpracy z władzami komunistycznymi i zmarł w więzieniu w Rawiczu. Te kilka przykładów dowodzi, że współpraca polsko-ukraińska nie wymaga retuszowania naszych wspólnych dziejów przez Kuronia.

    Antoni Zambrowski


    Komentarz (1)

    Tajemnice socjaldemokratycznego podatku liniowego - artykuł Krzysztofa Pawlaka Wysłane środa, 11, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Zaledwie dwa dni po unijnym referendum towarzysz "Stahlkanzler" Mueller Leszek (pisownia europejska nazwiska), premier obecnego rządu post(?)komunistów, "puścił wiadomość", że może, z "lekką taką nieśmiałością" - przystąpić do rozważań nad wprowadzeniem w polskim systemie fiskalnym podatku liniowego od indywidualnych dochodów obywateli naszego kraju. Wykorzystujące każdą okazję do wywołania zainteresowania swoimi publikacjami media natychmiast podchwyciły tę pseudosensację, co ostatnio staje się niemal normą w wyniku coraz niższego poziomu warsztatu żurnalistycznego nowych pokoleń "osobowych przekaźników informacji".
    Najbardziej wstrząśnięci nią wydawali się politykierzy ugrupowania Platforma Obywatelska, które jest uważane za środowisko liberałów gospodarczych na polskiej scenie politycznej, stanowiąc jednocześnie szalupę ratunkową dla pewnej części funkcjonariuszy i działaczy wyrzuconej na śmietnik polityczny Unii Wolności. Tym co spowodowało ich oburzenie, był fakt, że post(?)komunista i były wysoki funkcjonariusz PZPR niejako "ukradł" im sztandarowy postulat, którym posługiwali się w całym czasie egzystencji ich partii. Tym bardziej jasne stało się stanowisko wybitnych "platformersów" zaprezentowane podczas tzw. konsultacji z innym aparatczykiem PZPR, obecnie zajmującym stolec Prezydenta RP w Pałacu Namiestnikowskim przy ulicy Krakowskie Przedmieście. Zażądali od towarzysza Aleksandra "Disco-Olo" Kwaśniewskiego wręcz... usunięcia jego partyjnego kamrata z urzędu I ministra RP.
    Tymczasem zastanówmy się, czym tak naprawdę jest propozycja nadesłana ze strony betonowej części aparatu Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Większość podatników polskich (94%) rozlicza się w najniższej stawce podatkowej (co obrazuje stan pauperyzacji polskiego społeczeństwa w wyniku kilkunastoletnich rządów socjalistów pobożnych i bezbożnych wymieniających się ekipami co kilka lat), dodatkowo korzystając z wielu zawartych w dotychczasowym systemie podatkowym ulg (rozliczanie się wspólne małżonków, ulgi remontowe, na kształcenie, darowizny...), co de facto powoduje obniżenie stawki podatkowej do wymiaru 13-15%. Proponowana przez post(?)komunistów stawka podatku liniowego - 18% - powoduje rzeczywisty WZROST fiskalizmu w naszym kraju, co wpisuje się całkiem logicznie w całą dotychczasową politykę gospodarczą byłych i obecnych włodarzy PRL oraz Rzeczypospolitej. Nie od rzeczy będzie w tym miejscu przypomnienie, że Polska staje się całkiem szybko osamotnioną wyspą gospodarczą w morzu państw przeprojektowujących swoje systemy fiskalne na pobór podatków indywidualnych według pomysłu liniowości - niedawno zapowiedziały wprowadzenie takich system Ukraina (13%) oraz Słowacja (19%), już go posiadają Rosja (13%), Litwa, Łotwa i Estonia - w wyższym wymiarze. Państwa te w związku z tym mogą w niedługiej przyszłości stanowi potężną konkurencję dla naszego państwa, jeśli chodzi o przyciąganie inwestycji i kapitału zagranicznego.
    Podatek liniowy w swej idei (w odniesieniu do podatników prowadzących własny biznes) ma ułatwiać powstawanie i krzepnięcie tzw. klasy średniej społeczeństw - w sytuacjach, kiedy inne obciążenia fiskalne nie mają oczywiście wygórowanych wartości. W Rzeczypospolitej oczywiście tak nie jest - kto prowadzi jakikolwiek legalny interes, wie, jak bardzo dają się we znaki pozafiskalne metody uprzykrzania życia przedsiębiorców w postaci nadmiernej ingerencji aparatu biurokratycznego (obłędne formalności przy prowadzeniu firmy) czy danina na rzecz przymusowego UB-ezpieczyciela w postaci ZUS-u. Samo wprowadzenie liniowości podatku od dochodów osobistych podatników nie doprowadzi więc do dobrego rozwiązania narosłych przez lata problemów. W ten sposób nie wykreuje się klasy średniej, która stanowi o dobrobycie każdego społeczeństwa i jest jego podwaliną.
    W założeniach ideologicznych jakiejkolwiek odmiany socjalistów nigdy zresztą nie można było dostrzec zainteresowania powstaniem klasy średniej - wręcz przeciwnie: przywiązywali wagę do utrzymywania jak najszerszych grup społecznych w stanie permanentnego niedoinwestowania, słusznie licząc na ciągnięcie wymiernych profitów dla samych siebie z faktu pozostawania ludzi w sferze klienteli systemów opiekuńczych wszystkich państw, w których udało się im dorwać do władzy. Inaczej mówiąc: liczyli na wyhodowanie swoiście uzależnionych od systemu redystrybucji majątku narodowego członków społeczności i idea równego opodatkowania, nie karzącego jednostki za podjęcie trudu wydobycia się na samostanowienie finansowe - zawsze była im wroga, co zresztą potwierdza gwałtowny sprzeciw tow. Celińskiego w trakcie wypowiedzi w jednej ze informacyjnych stacji telewizyjnych, iż SLD byłby jedynym ugrupowaniem z Międzynarodówki Socjalistycznej, które opowiedziałoby się za wprowadzeniem podatku liniowego.
    Nie ma takiej obawy - wymiar 18% stanowi zwiększenie się obciążenia podatkowego Polaków, co zresztą jest wynikiem zobowiązań podjętych przez reprezentantów wszystkich pro-unijnych ugrupowań politykierskich przedstawiających się w centrali socjalizmu europejskiego w Brukseli jako władcy "regionu polskiego" po Anszlusie RP przez Unię Europejską. Powtórzmy: nie sam podatek liniowy jako taki może być biczem Bożym na podatników - lecz jego zaproponowany przez socjalistów poziom. UPR postulowała od wielu lat stawkę 11% - w parę miesięcy po publicznej prezentacji tego pomysłu podchwycił go ówczesny minister finansowy w rządzie koalicji AW"S"-UW, tow. Leszek Balcerowicz, oczywiście dokładając "od siebie" kilka procent, co skutecznie na kilka lat obrzydziło społeczeństwu polskiemu sam pomysł. Teraz filozofię "nienaruszania dochodów budżetowych" kontynuują post(?)komuniści, co zresztą w ich przypadku może nawet nie jest żadną "kontynuacją", gdyż idea maksymalizacji redystrybucji dochodu narodowego po prostu leży u podstaw ich obłędnej, ciągnącej się już przez dwa wieki polityki. Najdobitniej podkreślił takie stanowisko sam tow. Grzegorz W. Kołodko, zwany "czerwoną hieną podatkową" w swej dzisiejszej (11.06.2003 r.) wypowiedzi w "Sygnałach Dnia" w państwowym radiu PR I, iż "nie wyobraża sobie, ze taki podatek mogła zaproponować lewicowa partia, gdyż jest on... niesprawiedliwy społecznie". Nie wymaga to już żadnego komentarza.

    Krzysztof Pawlak


    Komentarz (0)

    Gwiazdowski nie ma racji! - mówi jeden z liderów JOW Janusz Sanocki Wysłane środa, 11, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Drodzy woJOWnicy!

    Przesyłam otrzymaną od p. Baczyńskiego wypowiedz Roberta Gwiazdowskiego. W aktualnym "Wprost" znajdziemy artykuł Gwiazdowskiego pt. "Polskie kłamstwa".
    Wśród recept dla Polski R. G. podaje wprowadzenie JOW na pierwszym miejscu, łącząc ten postulat (pewnie pod wpływem argumentacji Korwin-Mikkego i UPR) z postulatem zmniejszenia sejmu do 220 posłów. Jesteśmy temu przeciwni. O ile Senat można w ogóle zlikwidować, to okręg wyborczy powinien zapewniać możliwość realnego kontaktu posła z wyborcami. Przy 460 posłach okręg wyborczy w Polsce liczyłby ok. 85 tys. mieszkańców i byłby zupełnie podobny do wielkości okręgu brytyjskiego. Przy 220 mandatach w sejmie okręg wyborczy będzie ponad 2 razy większy, a możliwość kontaktu posła ze społecznością - dwa razy mniejsza.
    Pozdrawiam
    Janusz Sanocki

    Przezwyciężyć poczucie alienacji

    ROBERT GWIAZDOWSKI

    Musimy skończyć z demokracją dla partyjnych hersztów

    W różnych sondażach przed referendum można było usłyszeć głos bezrobotnego, który liczy, że po przystąpieniu do Unii dostanie wyższy zasiłek, i urzędnika państwowego, który liczy, że dostanie od Unii pieniądze na kontrolę jakości paliw na stacjach. Jakież wielkie będzie musiało być ich rozczarowanie. Żeby to rozczarowanie zmniejszyć, musimy podjąć wyzwanie na swoim własnym poletku. Zrobić wiele, czego Unia od nas ani nie może zażądać, ani nie może nam dać. Musimy przeprowadzić zmiany polityczne i gospodarcze. Po to, by w polskich obywatelach nie pogłębiało się uczucie alienacji i ogólnej niemożności zdziałania czegokolwiek.

    Musimy skończyć z demokracją dla partyjnych hersztów. Jedynym na to ratunkiem jest wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych. Nie spowoduje to od razu zwiększonego zainteresowania życiem publicznym, ale tylko tak mamy szansę na przełamanie zniechęcenia partyjniactwem. Musimy ograniczyć liczbę posłów i zastanowić się nad celowością istnienia Senatu. Ma on sens jedynie jako prawdziwa izba wyższa. Senat, do którego mogą wybierać i mogą być wybrane te same osoby co do Sejmu, nie ma w ogóle racji bytu - lepiej go zlikwidować i zaoszczędzić na wynagrodzeniach i dietach.
    Posłów w żadnym razie nie musi być 460 - bo aktywna jest i tak tylko jedna czwarta. 220 posłów z całą pewnością wystarczy bez żadnego uszczerbku dla demokracji. Ta sama bolączka dotyczy niezliczonej ilości radnych, którzy są nikomu do niczego niepotrzebni. Ich ilość w radach każdego szczebla może zostać zmniejszona o połowę. (...)

    Całość artykułu w wydaniu
    dziennika "Rzeczpospolita" z dn. 10.06.2003 r.


    Komentarz (0)

    Prezydent Hilaria Clintonowa sufrażuje w Nowym Jorku Wysłane środa, 11, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Wczoraj w wielomilionowym Nowym Jorku przed księgarnią Barnes & Noble stanęło zaledwie niespełna tysiąc osób, by zobaczyć jak starzeje się była Prezydent USA, której mąż Wiluś Clinton znany jest szeroko nie tylko wśród właścicieli pralni chemicznych szybko wywabiających plamy z garsonek stażystek w administracji waszyngtońskiej, ale także na całym świecie z powodu skuteczności w obniżaniu rangi swego państwa podczas sprawowaniu tego najwyższego urzędu przez jego żonę. Wśród oczekujących na pojawienie się zachęcanej do kandydowania (tym razem już osobiście, nie przy mężu-safandule) do stanowiska prezydenta wszystkich Zjednoczonych Amerykanów Clintonowej, mającej też nadzieję umocnić swój wizerunek senatoressy socjalistycznej, zamiast być przedmiotem zanikających już plotek w maglach i przy straganach, jak widać było w przekazach telewizyjnych -dominowały marsowe oblicza sekutnic w wieku więcej niż przejrzały i zakutanych w stroje kojarzące się z wojującym sufrażyzmem, obecnie wyewoluowanym do fanatycznego feminazizmu. Towarzyszka Hilaria Clintonowa wywołała ten ciekawy spęd dinozaurów społecznych zapowiedzią publicznego podpisywania swoich przelanych na papier wspomnień z czasów szlochu i emocji kobiecych wywołanych częstymi pobytami ochroniarzy jej męża w chińskich pralniach odzieży. Publikując próby swoich rozmyślań nad kondycją kobiety we współczesnym społeczeństwie nowojorskim i waszyngtońskim (bo nie amerykańskim przecież) miniona prezydent Stanów Zjednoczonych ma nadzieję na zdobycie wystarczającej liczby głosów wśród tej specyficznej części elektoratu Wielkiego Jabłka, jaki jej jeszcze pozostał.
    Socjalistów i socjalistek w tak wielkim tyglu społecznym i politycznym, jakim od dobrze ponad już stu lat jest Nowy Jork, zapewne nie brakuje. Na nich liczy były czterdziesty drugi prezydent Zjednoczonych Amerykanów.


    Komentarz (0)

    Dwie pieczenie - felieton Wojciecha Godlewskiego Wysłane środa, 11, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Jeszcze nie zdążono na dobre posprzątać lokali wyborczych, a euroentuzjastyczna opozycja zaczęła tłumnie znosić chrust do Pałacu Namiestnikowskiego. Pan Prezydent RP i tow. premier mogli upiec na nim, każdy swoją - pieczeń. Pan prezydent odświeżył swój wizerunek "Ojca Narodu", a tow. premier miał okazję przed zjazdem SLD potwierdzić swoją pozycję najsilniejszego człowieka na lewicy - teraz jest już naprawdę nie do ruszenia. Wyobrażam sobie, jak musieli się obaj cieszyć w nocy, gdy wreszcie udało się im razem spotkać.

    To całe prezydenckie przedstawienie, np. pominięcie w konsultacjach eurosceptyków - zostało zrobione tylko po to, aby po referendum, gdy zniknął powód podziału na eurosceptyków i euroentuzjastów, nie dopuścić do zjednoczenia się opozycji we wspólnym, antykomunistycznym froncie. Za to posunięcie wypada uchylić przed tow. premierem i panem Prezydentem RP kapelusza. Na bezrybiu i rak ryba, sytuacja ta może nie tyle świadczy o ich przebiegłości, co daje świadectwo "inteligencji" walącej do Pałacu na jedno kiwnięcie palcem "klienteli". Już słyszę, jak potem w domu przy kolacji opowiada taki jeden z drugim: "Popatrz stara, widzicie, słuchajcie, jakiego macie ojca dzieci, nawet sam pan Prezydent się ze mną liczy, zaprasza do pałacu, słucha moich opinii, a tego Leppera i Giertycha, to nawet nie chciał oglądać"...

    Jak dzieci, naiwni jak małe dzieci.

    Wojciech Godlewski


    Komentarz (0)

    TV-felieton I prezesa UPR Janusza Korwin-Mikkego o konsekwencjach wyboru Anszlusu RP przez jej obywateli Wysłane wtorek, 10, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Przyznając, że wyniki unijnego referendum są lepsze niż nawet były oczekiwania władców Rzeczypospolitej, JKM zauważa, że propaganda rządowa przedstawiała postulat głosowania na "NIE" jako opowiedzenie się przeciw Zachodowi - co mogło mieć też swój wpływ na takie a nie inne rezultaty plebiscytu. Tymczasem UPR od lat powtarza, że to właśnie Francja i Niemcy od dłuższego czasu uprawiają swoją politykę na wschodnią, bizantyjską modłę.
    Wskazuje, że w wyniku zapisania się dio upadającej/go UE/ZSRE Polska może pozostać w kręgu ograniczonego jego terytorialnie wymiaru (po wystąpieniu z niej m.in. W. Brytanii, Hiszpanii, Irlandii, Włoch) - "Festung Europa", rządzonego przez Germanów i Galów. Apeluje w związku z tym o rozsądne działania polityków - z mocnym rządem, nie podkopywanym przez cały czas przez konkurentów pelniącym służbę w imieniu swoich obywateli. Takiego rządu oczywiście teraz RP nie posiada, dlatego JKM wyraża obawę, iż po raz kolejny wszystcy na tym stracimy.

    Nagranie trwa ponad 3 minut.

    Plik DivX 2,19 MB
    Plik mp3 763 kB


    Komentarz (0)

    List prof. Tomasza Kaźmierskiego o konsekwencjach wstąpienia Rzczypospolitej do ZSRE dla polskiej nauki - i JOW-owskiej próbie zaradzenia wynikającej z niego likwidacji szkół wyższych Wysłane wtorek, 10, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Drodzy Koledzy

    Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem artykuł prof. Jacka Zimnego z AGH w "Naszym Dzienniku" z 30 maja br. pt. "Na ratunek polskim uczelniom".
    Pisze On o bulwersującej propozycji redukcji liczby uniwersytetów w Polsce do pięciu, jaka padła w czasie konferencji rektorów europejskich wyższych uczelni w Bristolu w Wlk. Brytanii w marcu br. Na ten sam temat pisał rektor AGH, prof. Ryszard Tadeusiewicz, który był uczestnikiem bristolskiej konferencji, w kwietniowym wydaniu Biuletynu Informacyjnego Pracowników AGH. Biuletyn ten jest dostępny w internecie: http://www.agh.edu.pl/bip/.
    Jako pracownik akademicki zachodnich uniwersytetów od niemal 20 lat znam dość dobrze brytyjskie środowisko akademickie i w pełni zgadzam się z przypuszczeniem prof. Tadeusiewicza, że zachodni koledzy w pierwszym rzędzie będą walczyli o własne interesy tym bardziej, że skutki proponowanych przez nich reform w Polsce nie będą ich przecież bolały.

    Obaj Koledzy z AGH zwracają również uwagę na równie bulwersującą propozycję Niemca Quirina Schiermeiera w czasopismie "Nature", aby zmniejszyć zatrudnienie w polskim systemie naukowo-badawczym ("Nature", January 2003, v. 421, no 6922, p.459).
    Można przypuszczać, że Schiermeierowi chodzi nawet o drastyczną redukcję polskiego potencjału badawczego, bo uważa on, że zaledwie "kilka grup" w Polsce jest w stanie wnosić wkład do nauki światowej. Nowego szefa komitetu badań naukowych w Polsce Schiermeier nazywa "promykiem nadziei", gdyż spodziewa się, że skutecznie przeprowadzi on "bolesne reformy" i będzie zamykał - jak się wyraża Schiermeier - "nieefektywne laboratoria".

    Już sam fakt wrogiej ingerencji z zewnątrz w problemy nauki innego państwa jest bezprecedensowy. Fakt, że atak na polską naukę przychodzi akurat z Niemiec, jest o tyle bardziej niezwykły, że Polska, w stosunku do wielkości populacji, ma o wiele mniej naukowców niż Niemcy. Prof. Zimny szacuje w "Naszym Dzienniku" liczbę pracowników naukowych i akademickich w Polsce na ok. 82 tys. Przypuszczam, że rzeczywistości jest ich jeszcze mniej, gdyż liczba 82 tys. to prawdopodobnie liczba etatów, a nie fizycznych osób.
    Tymczasem według Federalnego Urzędu Statystycznego w Niemczech liczba samych tylko nauczycieli akademickich na niemieckich uniwersytetach wynosi ok. 500 tys. Do tego trzeba dodać 170 tys. pracowników naukowo-badawczych w instytutach państwowych oraz ponad 300 tys. naukowców zatrudnionych w prywatnych instytutach naukowo-badawczych finansowanych przez przemysł, jakich w Polsce w ogóle nie ma.
    http://www.destatis.de/basis/e/biwiku/hoch7.htm
    http://www.destatis.de/basis/e/biwiku/ausgtab6.htm

    Tak wiec w Niemczech całkowita liczba naukowców i nauczycieli akademickich wynosi prawie milion, czyli ponad 1% populacji Niemiec.

    Jak w tej sytuacji postępować? Nie należy oczywiście oglądać się na Unię Europejską. Sadz, że jeśli wstąpienie do Unii przyniesie polskiej nauce jakieś zmiany, to tylko na gorsze, gdyż rożni Schiermeierowie uzyskają wtedy możliwość bezpośredniego decydowania o losach polskich uczelni i instytutów badawczych. Droga leży w reformie polskiego system konstytucyjnego i stworzeniu mechanizmu pozytywnej selekcji elit politycznych. Dlatego na liście adresatów, oprócz adresów profesorów Tadeusiewicza i Zimnego z AGH, umieściłem adresy Kolegów z uczelni wrocławskich i warszawskich - z fizykiem prof. Jerzym Przystawą na czele - którzy od lat walczą o zniesienie dławiącej Polskę partyjnej ordynacji wyborczej. Stworzyli Oni w tym celu Ruch postulujący wprowadzenie w Polsce Jednomandatowych Okręgów Wyborczych (JOW) na wzór Wielkiej Brytanii i USA. Ruch w ostatnich miesiącach nabrał godnego podziwu impetu i jego członkowie nareszcie znaleźli się na pierwszych stronach krajowych gazet. Liczę na to, że grono woJOWników powiększy się od dwóch Kolegów z AGH, którym losy polskiej nauki - tak jak nam wszystkim - leżą bardzo na sercu.

    Pozdrawiam Wszystkich serdecznie

    Tomasz J. Kaźmierski
    Dept of Electronics and Computer Science,
    University of Southampton
    Southampton, SO17 1BJ United Kingdom.


    Komentarz (0)

    TV-felieton Stanisława Michalkiewicza o wynikach unijnego referendum oraz płynących z nich konsekwencjach Wysłane poniedziałek, 9, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Stanisław Michalkiewicz w dzisiejszym, poreferendalnym TV-felietonie porównuje obecną sytuację do czasów króla Stasia Poniatowskiego, jednocześnie przypominając towarzyszowi prezydentowi Kwaśniewskiemu fakt, że do tej pory ten niechlubny król nie może się doczekać pochówku w ziemi polskiej. Zauważa, że liczba folksdojczów w Polsce się nie zmienia, gdyż od czasów niepodzielnych rządów PZPR-erii nadal można doliczyć się ponad 3 milionów ochotniczych agentów obcych mocarstw.
    Towarzysz prezydent okupujący Pałac Namiestnikowski w Warszawie, który nomen omen nadal nosi takie miano - zapowiedział "reformę finansów polskich", co wiąże się z oczekiwaną przez UE/ZSRE najbliższą i kolejnymi wpłatami tzw. składki członkowskiej na jej/jego rzecz. SM przypomina w związku z tym, że trzeba silnie trzymać się za portfele, bo szlachta-gołota musi wypełnić przyjęte na siebie zobowiązania.
    Po raz kolejny - tak samo jak inni PT Autorzy ASME - zauważa pojawienie się niemal odwiecznego jak tylko istnieje wielopokoleniowe środowisko KPP/PPR/PZPR/SLD podziału w ich kręgu na "Chamów" i "Żydów", w orbitę którego zostają zaprzęgnięte resztówki posolidarnościowych ugrupowań.
    W związku ze zbliżającym się jednak Anszlusem naszego państwa - radzi Polakom z różnych regionów Rzeczypospolitej rozpoczęcie nauk języków w przyszłości obowiązujących na jej byłych terytoriach: niemieckiego, jidysz albo hebrajskiego...

    Nagranie trwa ponad 10 minut.

    Plik DivX 8,01 MB
    Plik mp3 2,24 MB

    Nagranie dostępne w Sieci do 30.06.2003 r.


    Komentarz (0)

    Unijna feta eurofederastów na ulicach nocnej Warszawy Wysłane poniedziałek, 9, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Nocnymi ulicami stolicy po ogłoszeniu wyników unijnego referendum przemieszczała się malutka grupa, choć głośna i krzykliwa - rozbawionych i świętujacych swoją wygraną w niedzielnym plebiscycie poparcia dla rządów socjalistycznych w naszym kraju i wymarzonej przez nich Unii Europejskiej.
    W grupce tej łatwo można było dostrzec ostentacyjnie afiszujących się zboczeńców, cyklistów, a na dokończenie "triady Heglowskiej" występował cały chyba ogólnopolski aktyw wyrzuconej na śmietnik polityczny Unii Wolności.

    Plik DivX 8,58 MB


    Komentarz (0)

    Towarzysz minister od rabunku portfeli Polaków - podał się do dymisji! Wysłane poniedziałek, 9, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Jak sie dowiadujemy z nieoficjalnych, ale zbliżonych do dobrze poinformowanych źródeł - tow. Kołodko Grzegorz, znany wśród polskiego społeczeństwa jako "czerwona hiena fiskalna" - dzisiaj podał się do dymisji przed obliczem tow. "Stahlkancelora" Muellera Leszka (pisownia europejska nazwiska), który przystapił do czystek w aparacie administracyjnym w wyniku niespodziewanie korzystnych wyników unijnego referendum, które miało miejsce i czas wczoraj w naszym kraju.

    Czekamy na następne oznaki dintojry wśród PZPR-erii.


    Komentarz (1)

    Wystąpienie I Prezesa UPR Janusza Korwin-Mikkego podczas Centralnej Debaty Studenckiej - materiał już archiwalny! Wysłane poniedziałek, 9, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Wystąpienie Prezesa Janusza Korwin-Mikkego podczas Centralnej Debaty Studenckiej w Auli Małej Politechniki Warszawskiej w dn. 03.06.2003 r. - a więc już mające wartość archiwalną wobec faktu odbycia się referendum unijnego, które zostało przegrane przez unijnych sceptyków oraz eurosceptyków.

    Plik DivX 7,17 MB


    Komentarz (0)

    Wtórując Kassandrze - artykuł Stanisława Michalkiewicza Wysłane poniedziałek, 9, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Coraz trudniej schronić się przed jawną bądź ukrytą propagandą Anschlussu. W niedzielę, 25 maja musiałem wysłuchać listu biskupów z ośmiu państw środkowoeuropejskich, wystosowanego z okazji Środkowoeuropejskiego Dnia Katolików. Ten Dzień wyznaczony jest na dwa dni, tzn. 22 i 23 maja 2004 roku. Dlaczego zatem list odczytany został w Polsce już 25 maja 2003 roku? Ano zapewne dlatego, że 7 i 8 czerwca odbędzie się w Polsce referendum w sprawie Anschlussu, więc księża biskupi tak gospodarują listami, żeby zdążyć na samą końcówkę, a nie naruszyć ciszy wyborczej. Dlatego jeszcze jeden list zostanie odczytany 1 czerwca. Krótko mówiąc, wszystkie koła kręcą się, zgodnie z planem, który miałem okazję poznać w ogólnych zarysach gdzieś w połowie lat 90. z referatu pana doktora Karpa, niemieckiego prelegenta na konferencji "Polityka integracyjna polsko-niemiecka", jaka odbyła się w Lublinie za pieniądze Fundacji Adenauera.
    Więc księża biskupi zatytułowali swój list "Chrystus - nadzieją Europy". Jest on czymś w rodzaju oferty dla Unii Europejskiej; "Chrystus", cokolwiek by to miało konkretnie znaczyć, jako sui generis aport episkopatów Środkowej Europy we wspólne przedsięwzięcie. Problem w tym, że żydokomunie, która kręci dzisiaj Unią Europejską, taki aport jest akurat potrzebny, jak psu piąta noga. Dlatego nie zawadzi wywrzeć presję moralną, że to niby tak chce lud, który w tym celu ma zgromadzić się w przyszłym roku na pielgrzymce środkowoeuropejskiej do Mariazell w Austrii. Jeśli presja okaże się odpowiednio silna, to kto wie - może Komisja Europejska zdecyduje się powierzyć i Kościołowi jakieś zadania "na odcinku Ducha" albo przynajmniej włączy go do unijnych struktur służb socjalnych?
    Problem jednak w tym, że ta żarliwość agitacyjna Episkopatu wywołała konsternację, a wreszcie i irytację sporej części polskich katolików. W tę samą niedzielę wieczorem uczestniczyłem w publicznej debacie poświęconej ewentualnemu Anschlussowi, zorganizowanej w Krakowie przez tamtejszych oo. Jezuitów. Podczas tej debaty mój "sekundant", o. prof. Tadeusz Ślipko powiedział m.in., że postępowanie biskupów "nie przynosi zaszczytu polskiemu Kościołowi". Inni jednak nie są tak powściągliwi; jedna moja znajoma oświadczyła, że odtąd powstrzymuje się od składania ofiar na tacę: "Wystarczy mi, że Miller dokazuje za moje pieniądze. Jak tak chcą do Europy, to niech Europa im płaci". No proszę! Gdyby, co nie daj Boże, takie reakcje się upowszechniły, to trzeba by pewnie zrezygnować z ambitnych i buńczucznych planów ewangelizowania Europy, żeby ratować sytuację w Polsce. Ano, nie na próżno Pan Jezus mówił świętej siostrze Faustynie, że jeśli zatwardziałym grzesznikom nic nie pomaga, to On uczy ich rozumu, spełniając wszystkie ich pragnienia. Nie jest zatem wykluczone, że te wszystkie socjotechniczne tricki z listami i tak dalej przyniosą wzrost poparcia dla Anschlussu i wejdziemy "do Europy" śladem JE Andrzeja Śliwińskiego, biskupa elbląskiego, bo któż inny mógłby poprowadzić nas lepiej? Nawiasem mówiąc, trochę szkoda mi tego kapłana, zawieszonego w czynnościach za podejrzenie jazdy w stanie "wskazującym", bo jego aktualna sytuacja przypomina bajkę Krasickiego: "póki gonił zające, póki kaczki znosił...".
    Więc jeśli już "wejdziemy do Europy", a nie daj Boże okaże się, że oszołomy, durnie, ruscy agenci, polityczny folklor, demagodzy i kłamcy (wymieniam te epitety stosowane w trakcie "kampanii informacyjnej" wobec przeciwników Anschlussu tylko wyrywkowo) mieli jednak rację, to co wtedy? CO WTEDY? Wtedy nasi aktualni okupanci będą już przebywać w bezpiecznym oddaleniu, pozostawiwszy na tym łez padole drugi garnitur, który nie tylko nie wymyśli prochu, ale nawet nie ma dobrego serduszka ani choćby znośnych manier. Instynkt samozachowawczy podpowie mu, by nieubłaganym palcem wskazać na Kościół, jako winowajcę wszelkiego zła. Unia może nawet zaaprobować taką socjotechnikę, zwłaszcza że jest wysoce prawdopodobne, iż następnego dnia po referendum zostanie spuszczona ze smyczy pani Izabela Jaruga-Nowacka, Wanda Nowicka i inni dobroczyńcy ludzkości, forsujący unijne "standardy". Jestem też przekonany, że ich wysiłki zostaną wsparte przez europejsów, bo mądrość etapu podszepnie panu red. Michnikowi, by raz na zawsze położyć kres groźbie recydywy "państwa wyznaniowego". To może być zresztą warunek sine qua non triumfalnego powrotu Unii Wolności na polityczną scenę w ramach projektowanego przez pana prezydenta poszerzenia bazy rządzenia. W rezultacie może dojść do tego, co przepowiadał biskupowi Massalskiemu wileński bazylianin Atanazy Nowochacki: "teraz duchowieństwo dary Ducha Świętego poświęca za pieniądze; a na tym skończy, że ani Ducha Świętego, ani pieniędzy mieć nie będzie, bo Pan Bóg swoje, a diabeł swoje odbierze".

    Stanisław Michalkiewicz


    Komentarz (0)

    Za co rodzice biją dzieci? - felieton Wojciecha Godlewskiego Wysłane poniedziałek, 9, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Nie za to ojciec bił syna, że przegrał w karty, ale za to, że grał. Zbiłby go jeszcze bardziej, gdyby wiedział, że usiadł do gry z dobrze znanymi wszystkim szulerami. Eurosceptycy nie dogadali się między sobą i stracili dobrą okazje do postraszenia władzy bojkotem referendum, wytargowaliby wtedy pewnie większy dostęp do mediów publicznych. (Nie chcąc wprowadzać zamętu w eurosceptyczne szeregi, nie pisałem o tym wcześniej.) Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, przychylam się do zdania wyrażonego kiedyś przez JKM, że nasze wstąpienie do UE nie ma większego znaczenia. Denerwuje mnie podnoszony przez eurosceptyków lament, że z tego powodu władza będzie nas więcej obdzierać. Do obdzierania nas władza znalazłaby sobie, jak nie ten, to inny równie dobry pretekst, zedrą z nas tyle, na ile pozwolimy.

    Obecnie przychodzi dobry czas, aby się temu obdzieraniu przeciwstawić. Dobrze by było, aby wobec czekającej nas podwyżki podatków UPR mogła zaproponować jakąś realną, a dotkliwą dla władzy formę protestu. Mam na myśli nie kolejny marsz, lecz taki protest, który zaowocowałby gwałtownym zmniejszeniem wpływów budżetowych.
    Trzeba wymyślić naprawdę coś specjalnego.

    Wojciech Godlewski


    Komentarz (0)

    Kurier Witolda - artykuł TADEUSZA M. PŁUŻAŃSKIEGO Wysłane poniedziałek, 9, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Spotkali się raz w życiu - na sali sądowej. Jeden był oskarżonym, "płatnym szpiegiem Andersa", drugi jego oskarżycielem, przedstawicielem "ludowej władzy". Mieli spotkać się ponownie, w tym samym Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie. Znów, tak jak 50 lat wcześniej, po dwóch przeciwnych stronach. Właśnie rozpoczął się proces byłego prokuratora, płk. Czesława Łapińskiego, którego Instytut Pamięci Narodowej oskarżył o mord sądowy. Prof. Tadeusz Płużański miał być świadkiem oskarżenia, ale tego procesu już nie doczekał. Jako jedyny ze sprawy rotmistrza Witolda Pileckiego zdążył jednak złożyć zeznania. Doświadczony przez oba totalitaryzmy - nie chciał zemsty. Prawdy o człowieku, świecie i Bogu szukał w filozofii, a pod koniec życia również w poezji.

    Po przełomie 1989 r. Łapiński poprosił Płużańskiego o spotkanie. Chciał porozmawiać o tamtej "tragicznej sprawie", "uporządkować wchodzące w rachubę fakty" i "zrelatywizować oceny". Płużański odmówił. Mimo upływu lat zbyt dobrze pamiętał, co Łapiński mówił na sali sądowej. 15 marca 1948 r., razem z Marią Szelągowską i "szefem komórki wywiadowczej" Witoldem Pileckim, został skazany na karę śmierci. Wyrok na bohaterskim rotmistrzu wykonano.

    Przez zieloną granicę

    Z Pileckim Płużański nawiązał kontakt w 1946 r., przez wspólnych znajomych z czasów niemieckiej okupacji. Rotmistrz, wówczas oficer II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie miał za sobą dwuipółletni pobyt w Oświęcimiu, gdzie poszedł dobrowolnie w 1940 r., aby zebrać informacje o traktowaniu więźniów i możliwościach ich uwolnienia; walkę w Powstaniu Warszawskim, po którym trafił do oflagów Lamsdorf i Murnau. Po spotkaniu w Warszawie, Płużański, zweryfikowany jako podporucznik czasów wojny, zaczął jeździć jako jego kurier przez zieloną granicę do Ancony. W czerwcu 1946 r., w wydrążonej w środku klucza skrytce, Płużański przywiózł z Włoch rozkaz gen. Andersa o "opuszczeniu Kraju i zameldowaniu się w II Korpusie". Pilecki jednak nie wyjechał, uważał, że jego miejsce jest w Polsce. Podobnie myślał Płużański. Do końca życia bolało go, że w "lepszych czasach" ludzie wyjeżdżali z kraju i nie wracali. Kilka dni po ślubie, 6 maja 1947 r., na Poczcie Głównej w Warszawie zaczepiło go dwóch smutnych panów.

    Na dnie

    Tadeusz Płużański urodził się w Miechowie 15 sierpnia 1920 r. - w dniu "Cudu nad Wisłą". Dzieciństwo spędził w Wilnie. Do swojego "miasta marzeń" wracał po 1989 r., chodził po zaułkach, szukał młodości i pamiątek związanych z Mickiewiczem.
    Dwa i pół miesiąca przed niemiecką agresją zdążył zdać maturę w liceum im. Tadeusza Czackiego w Warszawie. Kazimierz Bronowski, kolega z jednej ławki: - Pochodził z patriotycznej rodziny. Przodkowie i krewni walczyli w powstaniach narodowych, działali na emigracji.
    W wierszu "Ojczyzna" Płużański napisał:
    Ona jest ze mną
    hen... od niemowlęcia
    wzrastała razem na miarę chłopięcia
    jest cała dla mnie
    jak Matka rodzona

    29 września 1939 r., jako ochotnik 77. Pułku Piechoty, został ciężko ranny w bitwie o Janów Lubelski.
    - Ocalał niemal cudem - opowiada prof. Edward Ciupak, przyjaciel Profesora (uczniowie i znajomi mówili o nim zawsze: Profesor. Z wielkiej litery). - Ciężko rannego żołnierza znalazły na pobojowisku dwie kobiety i zaniosły do szpitala. Po latach opowiedział mi o tym zdarzeniu. Historia bardzo mnie zaciekawiła - sam urodziłem się w Janowie. Okazało się, że tymi kobietami były... moja matka i ciotka.
    "Pozwólcie mu spokojnie umrzeć, są tu inni, którzy mają szansę" - zawyrokował lekarz. Płużańskiego uratowała siostra Czerwonego Krzyża Janina Gociewicz.
    Po wyleczeniu (do końca życia nosił w sobie kilkanaście odłamków niemieckiej kuli), przez niemal rok działał w strukturach podziemnych - w Polskiej Ludowej Akcji Niepodległościowej i w Tajnej Armii Polskiej, która weszła później w skład AK. (Do PLAN należał też Czesław Łapiński, który jest dziś pod wrażeniem ich wspólnej przeszłości. Współzałożycielem TAP był rotmistrz Witold Pilecki).
    Kolegów Płużańskiego Niemcy rozstrzelali w Palmirach, on cudem uniknął wsypy. Wkrótce przyszedł kolejny cios. Ojca Wacława, nauczyciela, Niemcy zakatowali na Pawiaku. Kilka miesięcy później Płużański też się tam znalazł, z krótkimi przerwami na "wizyty" w katowni gestapo w Alei Szucha. Wymiar sprawiedliwości Herrenvolku okazał się jednak "łaskawy" - zamiast natychmiastowej śmierci pod ścianą skazał go na powolne umieranie w kacecie. Przez obóz w Grudziądzu trafił do KL Stutthof pod Gdańskiem. Tam, jako numer 10 525, nie pierwszy i nie ostatni raz, znalazł się na dnie. Najpierw były dodatkowe baty za inteligenckie pochodzenie, potem karna kompania - 16 więźniów ciągnęło wielki folwarczny wóz wyładowany gruzem. Kto upadł, tego dobijano. Przeżył wielogodzinny apel, podczas którego cały obóz stał na mrozie po ucieczce dwóch więźniów. W końcu trafił do stolarni - przekonał kapo, że zna się na ciesielce. Za kradzież grochu oprawcy chcieli go utopić w korycie. Od śmierci uratował go ksiądz Sylwester Niewiadomy, przeor oo. Bernardynów w Warszawie.

    Und du lebst noch?

    Najpierw jemu pomogli, potem on, z narażeniem własnego życia, pomagał innym. Pracując w esesmańskiej kuchni, dostarczał współwięźniom dodatkowe porcje żywności. Nigdy nie zgodził się z tezą Tadeusza Borowskiego o powszechnym upodleniu człowieka w ekstremalnych warunkach. W obozie rodziły się - co podkreślał - największe przyjaźnie.
    Emilia Bugajska, żołnierz Armii Krajowej, po kapitulacji Powstania Warszawskiego trafiła do obozu przejściowego w Pruszkowie, a stamtąd do Stutthofu (dziś członek Rady ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych):
    - Umieścili nas w tzw. żydowskim obozie. Warunki koszmarne, kilkadziesiąt zgonów dziennie. Ale i tu docierała pomoc, aż do końca.
    Po czterech latach spotkał na Lagerstrasse (ulicy obozowej) komendanta Stutthofu. Ten spojrzał na numer więźnia i zdumiony spytał: "Und du lebst noch (Ty jeszcze żyjesz?)".
    9 maja 1945 r. był wolny. Do opuszczonego przez Niemców obozu przyjechało na rowerach dwóch czerwonoarmiejców. Oświadczyli: "Tiepier wy swabodni, damoj nada idti".
    "Wyzwolenie" Stutthofu przez Sowietów nie oznaczało wyzwolenia kraju. Po latach Płużański opowiadał: - Już w Elblągu przywitały nas hasła: "Śmierć bandytom z AK", "AK - zapluty karzeł reakcji". Wszędzie węszyło NKWD. Więźniów Stutthofu zamykano w myśl zasady - przeżyłeś, znaczy współpracowałeś z Niemcami. Pozostała druga konspiracja, której konsekwencją było ubeckie więzienie.

    „Wyprowadzą, pieprzną ci w łeb”

    Marek Hłasko w "Pięknych, dwudziestoletnich" wspominał swoją rozmowę z wysokim oficerem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Oficer opowiadał o podwładnym, którego wziął z partyzantki do bezpieki: "Dzielny żołnierz, ideowy i inteligentny (...). Kiedyś przesłuchiwał jakiegoś sabotażystę. Ten sabotażysta był głupim chłopkiem, ale w czasie przesłuchania zachowywał się bezczelnie i prowokująco w stosunku do prowadzącego śledztwo. Ten mój chłopak był tak wykończony nerwowo, gdyż nie spał już od paru nocy, że w pewnym momencie nie wytrzymał i dał mu w pysk.
    - I co? - zapytaliśmy.
    - Musiałem dać mu pięć lat. Był majorem bezpieczeństwa i nie wolno mu było uderzyć człowieka podczas przesłuchania".
    Tym oficerem był pułkownik Jacek Różański (Józef Goldberg), dyrektor departamentu śledczego MBP, jeden z najbardziej bestialskich i cynicznych funkcjonariuszy stalinowskiej bezpieki. W stosunku do Tadeusza Płużańskiego był bardziej szczery niż w towarzyskich rozmowach. Pod koniec rocznego śledztwa na Rakowieckiej powiedział mu:
    - My wiemy, że ty masz twardą d..., ale obok jest ktoś, z kogo wszystko wybijemy. W celi obok siedziała żona Stanisława.
    W końcu Różański, niezadowolony z faktu, że więzień nie przyznaje się do winy i nie "sypie" kolegów, oświadczył:
    "Ciebie nic nie uratuje. Masz u mnie dwa wyroki śmierci. Przyjdą, wyprowadzą, pieprzną ci w łeb i to będzie taka zwykła, ludzka śmierć".

    W imieniu Rzeczypospolitej Różańskiej

    15 marca 1948 r. słowa Różańskiego stały się faktem. Na pokazowym procesie przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie Płużański dostał podwójną karę śmierci (za szpiegostwo i przygotowywanie zamachów na czołowe osobistości Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego). W rzeczywistości celem grupy Pileckiego nie była walka zbrojna, ale "rozładowanie" lasu (ujawnianie się oddziałów partyzanckich) i przestawienie się na działalność polityczną. Ósemkę oskarżonych sądzili: ppłk Jan Hryckowian (przewodniczący), kpt. Józef Badecki (sędzia), kpt. Stefan Nowacki (ławnik).
    W dniu ogłoszenia wyroku Hryckowian (wydał w sumie 16 wyroków śmierci na żołnierzy niepodległościowego podziemia) napisał: "Z uwagi na popełnienie przez skazanych Pileckiego i Płużańskiego najcięższych zbrodni zdrady stanu i Narodu, pełną świadomość działania na szkodę Państwa i w interesie obcego imperializmu, któremu całkowicie się zaprzedali (...) skład sądzący uważa, że ci obaj na ułaskawienie nie zasługują". Matce Płużańskiego powiedział: "Gdyby to ode mnie zależało, pani syn nigdy nie dostałby kary śmierci".
    "Ratować" Płużańskiego próbowała również broniąca go mecenas Alicja Pintarowa - nie ukrywała, że jedyną szansą jest współpraca z władzami, a ona sama wykonuje tylko instrukcje MBP. - A co z żoną, czy mogę ją zobaczyć? - zapytał skazany. - Zobaczycie się w niebie. (Pintarowa żyje do dziś w Warszawie i do niczego się nie przyznaje.)
    W imieniu Rzeczypospolitej...
    na mocy wyroku...
    kłamliwe kule słów
    jeszcze kilka metrów życia
    dlaczego tyle...?
    jakiś budynek ze schodami w dół...
    twarde uderzenie pod łopatką
    u wylotu niemieckiego pocisku
    to jeszcze nie to...
    szczęk rewolwerowego zamka
    ułamek sekundy
    żeby dobrze celował...
    rozwali mi głowę
    u nasady czaszki...
    suchy trzask
    parzy...
    jak strasznie parzy...

    Po 73 dniach spędzonych w celi śmierci Płużański po raz drugi doświadczył "łaski", tym razem komunistycznej władzy. Grupa więźniów Stutthofu podpisała petycję do Bieruta: "Pomagał wszystkim, bez względu na narodowość, niejednemu łzę otarł, niejednego podniósł na duchu, a może niejednemu życie uratował. Na terenie obozu była to bezsprzecznie jedna z najszlachetniejszych postaci człowieka współwięźnia". Bierut chodził do Belwederu ulicą Flory (gdzie mieszkał). Tam matka Płużańskiego, przebrana za sprzątającą, wręczyła mu prośbę o łaskę. Nie wiadomo, co przesądziło o zmianie kary śmierci na dożywotnie więzienie. Zrewidowano również wyrok Marii Szelągowskiej - ze względu na jej... płeć. Na "ogólniaku" wśród współwięźniów Płużański nie zobaczył Pileckiego. Był 25 maja 1948 r. Tego dnia rotmistrz został rozstrzelany. Do dziś nie udało się odnaleźć miejsca jego pochówku. Komuniści starannie zatarli ślady swojej zbrodni.

    "Pod celą"

    We wrześniu 1948 r. Płużańskiego przewieziono do Wronek.
    - Z Tadeuszem siedziałem przez kilka miesięcy w jednej celi - wspomina Mieczysław Malczyk, który do więzienia trafił jako dziewiętnastolatek za działalność niepodległościową. - Razem z nami "pod celą" był góral, żołnierz "Ognia", prosty, niepiśmienny chłop. Uczyłem go historii, Tadeusz - polskiego. Nie wolno nam było mieć ani papieru, ani ołówków, dlatego polaliśmy szuflę do śmieci resztkami tłuszczu z jedzenia i posypaliśmy kredą. Oddziałowy ukarał za to Tadeusza 24-godzinnym karcerem (we Wronkach była to niewielka komórka pod schodami, wypełniona wodą. Był listopad. Płużański stał tam nago, przy otwartym oknie).
    Wkrótce cela zamieniła się w więzienną uczelnię. Płużańskiego uczono francuskiego, on streszczał polską literaturę. Wszystko po to, aby zająć czymś myśli, nie otępieć.
    Więźniowi drugi raz pomógł duchowny. Ksiądz Jan Stępień, więzienny bibliotekarz, (kapelan AK i działacz narodowy) dostarczał mu książki. W piekle odosobnienia było to prawdziwe szczęście.
    Władysław Minkiewicz w książce "Mokotów, Wronki, Rawicz" pisał, że przez dłuższy czas siedział w jednej celi z Ryszardem Jamontt-Krzywickim, Makarym Sieradzkim i Tadeuszem Płużańskim: "Wszyscy trzej mogli służyć za wzór godnej i koleżeńskiej postawy". Wszyscy byli ze sprawy rotmistrza Pileckiego.

    Dlaczego filozofia?

    Po wyjściu z Wronek (w czerwcu 1956 r., na skutek amnestii) pracował jako ślusarz - tego fachu nauczył się w więzieniu. Aby rozpocząć normalne życie i wyzwolić się od przeszłości, poszedł na studia. Dzięki filozofii poznał nową prawdę o człowieku. W obozach i więzieniach był numerem, niewolnikiem, nikim, podczas gdy filozof chrześcijański Mounier mówił, że osoba to coś niepowtarzalnego, siedlisko godności.
    Prof. Zbigniew Mikołejko, uczeń Profesora: - Był świetnym znawcą filozofii chrześcijańskiej, przede wszystkim francuskiej. Jako student czytałem jego studia o Pascalu. Analizował także myśl przedstawicieli personalizmu, prócz Mouniera także Maritaina i Teilharda de Chardin. Był gorącym zwolennikiem filozofii Jego równolatka Jana Pawła II i przemian, które nastąpiły po Soborze Watykańskim II.
    Szybko nadrabiał stracony czas. W 1964 r. (trzy lata po magisterium) zrobił doktorat, w 1969 r. habilitację, w 1979 r. otrzymał profesurę. Wcześniej Ministerstwo Sprawiedliwości PRL uwzględniło wniosek o "zatarcie śladów skazania". Profesor krok po kroku budował swój autorytet - naukowca i pedagoga, zaskarbił sobie szacunek i wdzięczność ogromnej rzeszy studentów i współpracowników. Praca naukowa zaowocowała kilkunastoma książkami i licznymi artykułami. Był świetnym popularyzatorem, co podkreślają nauczyciele korzystający z jego podręcznika dla szkół pt. "Przyjaciel Mądrości".
    Jako aktywny do końca nauczyciel akademicki widział, że uczelnie, zwłaszcza prywatne, nie kształcą ludzi myślących, a jedynie przygotowują do zawodu - prawnik ma znać paragrafy, menedżer cyfry. Profesor walczył, aby przedmioty humanistyczne, w tym filozofia, nie były spychane na margines. Walczył nie tylko słowem, ale również piórem - wydał "Filozofię dla ekonomistów" i "Filozofię dla prawników".

    "Światło w labiryncie"

    Do spraw więziennych, przez lata głęboko skrywanych, musiał wrócić w 1990 r., kiedy Naczelna Prokuratura Wojskowa podjęła rewizję procesu grupy rotmistrza Pileckiego. Sąd chciał zrehabilitować ofiary, Płużański po płomiennej mowie wywalczył anulowanie wyroków. Argumentował: - O ułaskawienie i rehabilitację może się zwracać ktoś, kto ma poczucie winy, a ja i moi współtowarzysze nigdy jej nie mieliśmy.
    Wtedy jednak nie pociągnięto do odpowiedzialności żyjących sprawców zbrodni, w tym prokuratora Czesława Łapińskiego.
    Na proces "znajomego" z Rakowieckiej Adama Humera (zastępca Różańskiego w departamencie śledczym MBP) Płużański nie poszedł. - W latach 70. zobaczyłem na Nowym Świecie swojego śledczego Chimczaka [Eugeniusz Chimczak, jeden z najbardziej bestialskich oprawców - red.]. Mogłem mu tylko napluć w twarz, ale tego nie zrobiłem. Teraz miałbym go znowu oglądać? Podczas procesu ofiary musiały się tłumaczyć, przekonywać, że były bite.
    Przeszłość wróciła również we wspomnieniach "Z otchłani" (1996 r.) i tomach wierszy "De profundis" (1998) i „Światło w labiryncie” (2001). Trzeciego tomu "Przez ogień i wodę" nie zdążył już wydać.
    - Jako poeta debiutował w wieku 78 lat. Poezja nie była dla niego oderwaniem się od filozofii, ale jej dopełnieniem - twierdzi Bohdan Urbankowski, uczeń i przyjaciel Profesora, filozof i poeta. - Tadeusz uważał, że poezja może uchwycić to, czego nie jest w stanie wyrazić filozofia, że jedno sformułowanie może być celniejsze od długich traktatów. Poezja uruchamia wyobraźnię, zmusza do oderwania się od chłodnego rozumowania. W filozofii zaś odwoływanie się do uczuć jest nietaktem, czymś niedopuszczalnym.
    Profesor był członkiem honorowym Ogólnopolskiego Klubu Poetów. Często uczestniczył w spotkaniach literackich, szczególnie z młodzieżą.
    - Na spotkaniach tych - kontynuuje Urbankowski, - Profesor mówił o sprawach, które najbardziej cenił: niezależności poglądów i niepodległości kraju. Potwierdził to swoim życiem. Chociaż widział zagrożenia współczesności, wierzył, że młode pokolenie będzie potrafiło wziąć odpowiedzialność za wolną Polskę.
    30-latek Piotr Derdej, filozof, ostatni uczeń i współpracownik Profesora: - Był przedstawicielem "pokolenia Kolumbów" - jeśli rozumie się przez to pokolenie ludzi o nieskalanej prawości, gotowych do poświęceń nie w imię patetycznych haseł, ale w imię prostego, ludzkiego odruchu. Takich ludzi bardzo nam dziś brakuje, ale są osoby, które będą kontynuować dzieło Profesora.

    Wieniec

    Jestem najwierniejszym twoim przyjacielem. Stale myślę o tobie...
    Teraz muszę iść dalej. Ten wieniec biały jeszcze nie dla ciebie.
    Twój będzie taki sam, może jeszcze piękniejszy.
    Więzień ocknął się, jakby zerwany z zapaści.
    Następnego dnia odczytali mu wyrok śmierci.

    Śmierć, która towarzyszyła mu przez 13 lat niemieckich i ubeckich więzień, przyszła w wolnej Polsce. Tadeusz Płużański zmarł 16 sierpnia 2002 r. Na Starych Powązkach w Warszawie była kompania honorowa Wojska Polskiego i wieniec. Biało-czerwony.

    Post scriptum

    Czesław Łapiński do dziś utrzymuje, że Płużański, tak jak inni podsądni, był szpiegiem. Twierdzi też, że on sam został "wepchnięty do procesu w ostatniej chwili, przez przypadek", przełożeni "oszukali go" - zapewniali, że wyroki nie są ostateczne; a sprawa Pileckiego była jedyną tego typu w jego karierze. Łapiński mija się z prawdą. Wydział do Spraw Doraźnych białostockiego Sądu Okręgowego, w którym pracował, od lutego do czerwca 1946 r. skazał na śmierć co najmniej 151 niewinnych osób. Jako szef Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Łodzi, w grudniu 1946 r. oskarżał w procesie bohaterskiego dowódcy Konspiracyjnego Wojska Polskiego - kpt. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca", który został następnie stracony.
    Obecny akt oskarżenia przeciwko płk. Łapińskiemu obejmuje tylko sprawę rotmistrza Pileckiego. W trwającym ponad półtora roku śledztwie prokurator Instytutu Pamięci Narodowej zgromadził ponad 20 tomów akt, przesłuchał kilkunastu świadków. Dla Tadeusza Płużańskiego było to kolejne w życiu przesłuchanie. Chociaż czasy się zmieniły i w centrali IPN na placu Krasińskich nikt nie świeci lampą w oczy, nie stosuje fizycznego ani psychicznego przymusu, opowiadanie szczegółów z czasów terroru, szczególnie tego stalinowskiego, nie było łatwe.
    - Rozmowy z Tadeuszem Płużańskim były i są dla mnie źródłem głębokiego przekonania, że po to, aby III Rzeczpospolita mogła uchodzić w oczach obywateli za państwo prawne, musi zadbać, by sprawcy zbrodni sądowych ponieśli odpowiedzialność karną. W przypadku rotmistrza Pileckiego był to kliniczny przykład mordu sądowego - mówi prof. Witold Kulesza, szef pionu śledczego IPN.
    Dla prof. Kuleszy osądzenie Łapińskiego jest sprawą priorytetową. - Liczę na to, że po raz pierwszy w III RP stalinowski prokurator zostanie skazany. To będzie precedensowy proces.
    Prokurator Czesław Łapiński (podobnie jak sędzia Jan Hryckowian) był wcześniej żołnierzem Armii Krajowej (dziś tłumaczy się, że miał rodzinę, dzieci, musiał się z czegoś utrzymywać). To Płużańskiego bolało szczególnie: "Słabość moralna i polityczna tych ludzi czyniła z nich po prostu szmaty, którymi można było wytrzeć każdą podłogę, nawet najbrudniejszą. Słabość jest najstraszniejszą cechą charakteru. Ludzie słabi są zdolni do każdej zbrodni".

    Tadeusz M. Płużański


    Komentarz (0)

    Łamanie własnej "ciszy wyborczej"... ? - frekwecja publikowana przez mass media: prawie 59% Wysłane niedziela, 8, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Frekwencja w unijnym referendum wedlug niepełnych i szacunkowych wyników nagłaśnianych w mediach - sięgnęła już prawie 59%.
    Dla eurosceptyków i - unijnych sceptyków - jesli ta liczba zostanie potwierdzona przez PKW - niedługo nadejdzie czas zastanowienia się - na ile ich wezwania do uczestnictwa w referendum dały legitymizację dla dalszych rządów - teraz już nie "Żelaznego Kanclerza": teraz już "StahlKancler"-a... z byłej PZPR.
    Myślę, że Państwo widzieli wiele razy w przekazach stacji TV pełen ulgi na obliczu konterfekt genseka Sojuszu Lewicy Demokratycznej, który dzięki nim - ich wezwaniu także - uzyskał tzw. drugi oddech w swej niechlubnej działalności w Rzeczypospolitej.
    To są także konsekwencje podejmowanych decyzji o wezwaniu do uczestnictwa w plebiscycie, w którym inny wynik jak podawany przez media: ponad 80% głosów "ZA" Anszlusem Rzeczypospolitej przez Związek Socjalistycznych Republik Europejskich, zwany przez jego wyzanawców Unią Europejską - nie miał szansy zaistnieć.
    To są podstawowe prawa "demokracji medialnej".
    Tego się trzeba uczyć, by wiedzieć - także na własnych błędach. Albo - słuchać tych, którzy taką wiedzę posiadają...

    A jednak - szkoda...

    Krzysztof Pawlak


    Komentarz (1)

    2 dni wytchnienia - brak wpisów w serwisie wiadomości ASME Wysłane piątek, 6, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    W związku z referendalnym i rodzinnym wyjazdem do mazowieckich latyfundiów - przez najbliższe 2 dni nie będzie wpisów na ASME.

    Przypominamy oczywiście Państwu o ważnej sprawie w referendum "unijnym" - frekwencji, której może zabraknąć, by legitymizacja Anszlusu Rzeczypospolitej została dokonana.

    Przepraszamy

    Redakcja ASME


    Komentarz (0)

    Zupełnie zwyczajny, cotygodniowy TV-felieton Stanisława Michlkiewicza o... m.in. arcybiskupie Życińskim, ustach jak "korale" towarzysza komisarza Verheugena i zdrowym rozsądku Polaków Wysłane piątek, 6, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    W swym cotygodniowym TV-felietonie Stanisław Michalkiewicz przypomina znane powiedzenie, że są " kłamstwa, straszne kłamstwa i jest... statystyka"... Przy okazji wystąpienia arcyb. Życińskiego w Piekarach Śląskich zauważa, że mimo wszystko towarzysz komisarz Verheugen nie przypomnia w żadnym calu Matki Boskiej, nawet w "ust koralach" - mimo słowa "fiat", wypowiedzianego przez Archanioła Gabriela do Niej, a co arcybiskup uważa, że powinno zostać wypowiedziane także... w stosunku do tow. komisarza.
    Zastanawia się, czy arcyb. Życiński nie powinien przeprosić polskich katolików za sugestię, że Ojciec Święty nie wiedział o całości wymowy traktatu europejskiego zjednoczenia Polski z ZSRE, gdyż to właśnie na arcybiskupie lubelskim między innymi spoczywał obowiązek wyjaśnienia papieżowi wszystkich niuansów tej wiekopomnej umowy.
    SM przypomina, że na Słowacji w czasie podobnego referendum zostało złamane prawo - dotyczące ciszy wyborczej, a także - została ujawniona o poranku drugiego dnia niesamowita liczba głosów oddana... oczywiście we wczesnoporannych godzinach.
    W końcowej części koncentruje się na fakcie, że a 94% Polaków ostatnio rozliczyło się w najniższej stawce podatkowej, co oznacza istotną pauperyzację społeczeństwa, jednakże optymizmem napawa go fakt, że około 28% PKB powstaje w tzw. szarej strefie, co wskazuje, że Polacy wykazują się normalnym, zdroworozsądkowym zachowaniem.

    Nagranie trwa ponad 10 minut - plik jest więc ciężki.

    Plik DivX 8,96 MB
    Plik mp3 2,44 MB

    Nagranie dostępne w Sieci do 27.07.2003 r.


    Komentarz (0)

    Poprzez jazgot referendalny - artykuł prof. Jerzego Przystawy Wysłane piątek, 6, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Za dwa dni referendum unijne, a więc w propagandowym jazgocie głosów rozsądku usłyszeć nie podobna. Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy, wydają się mniemać, że wejście do Unii rozstrzygnie nasze podstawowe i narodowe dylematy. Dla jednych będzie to katastrofa, dla innych zbawienie, ale w tym hałasie umyka gdzieś świadomość, że Polska, w Unii czy poza Unią, liczyć się będzie tylko o tyle, o ile będzie krajem dobrze, mądrze, racjonalnie rządzonym, że w tym mądrym i racjonalnym rządzeniu nie wyręczy nas Komisja Europejska, że aby liczyć się w Unii i w świecie sami musimy zdobyć się na wysiłek uporządkowania spraw we własnym kraju. Jeśli sami tego nie dokonamy, to czeka nas jakiś podział na strefy przypominające dokonujący się podział Iraku. Jest ciekawostką i żartem historii, że polskie elity polityczne, które okazały całkowitą niekompetencję w rządzeniu Polską, teraz swoje "talenty" zaaplikują podbitemu Irakowi. Panie Boże, chroń Irak, który naprawdę niczego złego Polsce i Polakom nigdy nie wyrządził, za cóż więc teraz ma być rządzony przez ludzi, którzy w Polsce wykazali, że do mądrego rządzenia nadają się jak woły do pociągania królewskich karet na paradzie? Czy liczą na to, że rozjaśni im umysł słońce pustyni, że łatwiej im będzie rządzić w klimacie piaskowych burz niż w komfortowym, umiarkowanym, klimacie Polski?
    W ostatni wtorek, 3 czerwca, gazeta "Rzeczpospolita", piórem redaktora Gottesmana, informuje, że "Prezydent rozpatrzy" apel intelektualistów o jednomandatowe okręgi wyborcze, jaki 14 marca przekazał mu Redaktor Naczelny gazety, a który poparły następnie setki innych osób i organizacji. Redakcja donosi, że w ubiegłym tygodniu otrzymała z Kancelarii Prezydenta RP list podpisany przez dyrektora Biura Prawa i Ustroju Andrzeja Dorosza informujący, że "propozycja dotycząca nowelizacji ustawy z dnia 12 kwietnia 2001 – Ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej i Senatu Rzeczypospolitej Polskiej - w zakresie wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych jest rozpatrywana przez ekspertów".
    List ten świadczy o znacznym postępie w naszej dotychczasowej walce o wprowadzenie JOW. Do tej pory, na dobiegające do Prezydenta RP ze wszystkich stron apele o taką zmianę ordynacji wyborczej były ignorowane i wyrzucane do kosza. Z odpowiedzią nie fatygował się nawet przysłowiowy pies z kulawą nogą. Być może tę zmianę należy przypisać naszemu gwałtownemu wchodzeniu do Unii Europejskiej i byłby to dobry prognostyk odnośnie biurokratycznych obyczajów? Może od teraz władza, nawet prezydencka, będzie bardziej skłonna odpowiadać na listy obywateli? Taka nadzieja tym bardziej jest zasadna, że wracając z Ostrowca Świętokrzyskiego, gdzie publicznie rozmawiałem o ordynacji wyborczej, odwiedziłem p. Krzysztofa Fabianowskiego, burmistrza Strzelc Opolskich, który, razem z 18 innymi burmistrzami i wójtami gmin opolskich, skierował podobny apel do Prezydenta RP. Otóż i jemu także p. dyrektor Dorosz odpowiedział uprzejmie, w identycznej formie, jak i redakcji „Rzeczpospolitej”! Wielki to zaiste postęp, jeśli tak dalej pójdzie, może doczekamy się czasów, że pewnego dnia i sam Pan Prezydent Kwaśniewski pofatyguje się odpowiedzieć osobiście na jakiś podobny apel, przecież nie dotyczący sezonowych cen truskawek, ale sprawy o fundamentalnym dla państwa i narodu znaczeniu. Pan Prezydent, jak pamiętam, znalazł czas na spotkanie z Gołotą, nie żałuje wysiłku, aby być, gdzie tylko się da, z kibicami meczów piłkarskich, tenisowych i innych, czemuż by nie miał w końcu poświęcić czasu na odpowiedź prezydentom miast, burmistrzom czy nawet, było nie było, nikomu specjalnie nie potrzebnym profesorom?
    Wspomniałem Ostrowiec Świętokrzyski, gdyż tamtejsi zwolennicy JOW zorganizowali, prawie od ręki, w miniony poniedziałek, dwa publiczne spotkania, jedno ze studentami tamtejszej Wyższej Szkoły Biznesu, a drugie z mieszkańcami miasta w Domu Kultury. Tego samego dnia zorganizowali też krótkie moje wystąpienie w lokalnej rozgłośni Polskiego Radia. Po tym wszystkim sumitował się okropnie p. Andrzej Dyrda, jeden z organizatorów, że wstydzi się za mieszkańców Ostrowca, bo pomimo ogłoszeń, na spotkanie publiczne przyszło niewiele ponad 40 osób. Starałem się pocieszyć p. Dyrdę, bo ze smutkiem myślałem o moim mieście, Wrocławiu, w którym o sprawę JOW zabiegam od 12 lat. Wrocław ma prawie 10 razy tyle mieszkańców co Ostrowiec Świętokrzyski, więc gdyby tu, na spotkanie w sprawie ordynacji wyborczej, przyszli mieszkańcy w proporcji do uczestników spotkania w Ostrowcu, to trudno byłoby znaleźć salę, żeby ich pomieścić. Nie mówiąc już o tym, że w ciągu tych 12 lat nie przypominam sobie żadnej audycji w Polskim Radio Wrocław na temat JOW. O telewizji publicznej nie ma nawet co wspominać. Od dawna zadaję sobie pytanie, dlaczego w mieście, w którym idea Ruchu na rzecz JOW powstała, w którym pracuję i wykładam na Uniwersytecie od ponad 40 lat, lokalne media publiczne przed postulatem JOW zabite są gwoździami na głucho i żaden dziennikarz w nich pracujący nie ośmieli się na ten temat pisnąć?
    Te moje smutne rozmyślania przerwał telefon, który rzucił pewne światło na tę sprawę. Otóż w ferworze kampanii przedreferendalnej przybyło do Wrocławia dwóch wybitnych polityków, aby agitować za wstąpieniem do Unii: Artur Balazs, obecnie poseł Platformy Obywatelskiej oraz Jarosław Kalinowski, szef PSL. Pod koniec spotkania z pracownikami i studentami Akademii Rolniczej wystąpili, razem z największą wrocławską gwiazdą polityczną, aktualnie tylko szefem Unii Wolności Władysławem Frasyniukiem. Kiedy z sali padło pytanie o stosunek panelistów do postulatu JOW, Frasyniuk odpowiedział, że gdyby to od niego zależało, to ludzi wysuwających taki postulat zamykałby na dziesięć lat do więzienia.
    Ta wypowiedź wiele wyjaśnia. Oczywiście, dzisiaj Władysław Frasyniuk, pomimo jego prestiżowego stanowiska szefa Unii Wolności i codziennego pokazywania ładnej buzi w telewizji publicznej, jest orłem, z którego już dawno wytargano wszystkie piórka, bardziej przypomina oskubaną kurę i takimi wypowiedziami może tylko straszyć przedszkolaków. Niestety, jeszcze całkiem niedawno to on decydował o obsadzie najważniejszych stanowisk w mieście i nie tylko, jego kolegami byli kolejni szefowie wrocławskiego radia i telewizji, to on rozstrzygał (albo tak mu się przynajmniej wydawało), kto ma rządzić w mieście i w województwie. Jeszcze całkiem niedawno, kiedy pojawiał się w środowiskach twórców czy uczonych, witały go owacje na stojąco. Nie mógł niestety, zamknąć do więzienia ani mnie, ani żadnego innego zwolennika JOW. Ale, z pomocą swoich koleżków, mógł szczelnie zamknąć przed nami media. I to mu się, jak widać, skutecznie udawało.
    Ale, na szczęście, to są już tylko krzyki oskubanego orła bez piór. Dzisiaj postulat JOW zgłaszają ludzie, którzy wczoraj byli zapamiętałymi zwolennikami Frasyniuka. Warto przecież przypomnieć, że dwa lata temu, kiedy szefem Unii Wolności był sławny profesor Geremek, Frasyniuk razem z Geremkiem podpisali wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o uznanie ordynacji wyborczej do Sejmu za sprzecznej z Konstytucją! Wydawało im się to posunięciem niesłychanie sprytnym, myśleli, że w ten sposób zaszantażują Kwaśniewskiego, żeby podpisał proponowaną przez nich kolejną machinację w systemie przeliczania głosów na mandaty, w której zamieniali "donty" na "modyfikowane santlagi". Ale, jak to bywa z "humanistami", którzy do rachunków nigdy głowy nie mieli, jakoś im się te skomplikowane ułamki poplątały, przejechali się na tej zmianie, jak Zabłocki na mydle i obaj wylecieli z Sejmu razem z całą Unią Wolności. Można mieć całkiem uzasadnione wątpliwości, czy obecne wypowiedzi szefa tej partii pomogą im odzyskać utracone pozycje.
    W wyniku ciągłej, systematycznej pracy takich liderów jak Frasyniuk, Kalinowski czy Balazs i kohorty podobnych demokratów, Polacy, obywatele Rzeczypospolitej, utracili już prawie całkowicie zaufanie do demokracji i do swojego państwa, już przestali wierzyć, że cokolwiek znaczą, że cokolwiek od nich zależy. Wszędzie, na każdym miejscu, w każdym środowisku, spotykamy się z wyrazami apatii i zniechęcenia. Nasz Ruch na rzecz JOW usiłuje przełamać tę barierę poczucia beznadziejności. Przekonujemy, że to nieprawda, że tylko daliśmy się oszukać i ogłuszyć Frasyniukom, Millerom i Kalinowskim. Przypatrzmy się tylko temu, co się dzieje w zabiegach o to, żebyśmy poszli głosować w sobotnio-niedzielnym referendum! Jeżdżą po Polsce, docierają do najmniejszych osad, po drodze do Ostrowca Świętokrzyskiego natknąłem się na Millera w Opatowcu, kiedy wracałem z konferencji w Toruniu, na rynku gnieźnieńskim machały do niego chorągiewkami maluchy z przedszkoli i szkół. Na pomoc ściągają wszystkie sławy światowe, Schröder, Chirac, Bush, prezydenci i królowie państw, sławni aktorzy, Bóg jeden wie kto! Czy gdyby od nas nic nie zależało, to wkładaliby w to tyle potu, pracy i pieniędzy? Każda władza, żeby nie wiem jak zdemoralizowana, cyniczna i nie licząca się z niczym, potrzebuje jakiejś formy legitymizacji, jakiejś formy upełnomocnienia. Teraz najbardziej potrzebne jest, abyśmy uprawomocnili decyzje, jakie już dawno podjęli gdzie indziej. Wyciągnijmy z tego wnioski. Jeśli pojutrze damy im przyzwolenie na włączenie Polski do Unii Europejskiej, to tym bardziej będziemy musieli odmówić legitymizacji dalszych ich rządów w oparciu o sprzeczną - nawet z ich Konstytucją! - ordynację wyborczą. Tylko wprowadzenie JOW w wyborach do Sejmu może odrodzić nasze życie obywatelskie, przywrócić poczucie, że to państwo jest naprawdę nasze. Naprawdę warto do tego przyłożyć ręki.

    Jerzy Przystawa

    (komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina,
    Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 5 czerwca 2003)

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Obecnie jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.


    Witryna Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

    Komentarz (0)

    Głosować w referendum? - artykuł Krzysztofa Pawlaka Wysłane czwartek, 5, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Czym będzie zbliżające się, za kilkadziesiąt godzin mające swój czas i miejsce na terytorium Rzeczypospolitej referendum w sprawie Anszlusu naszego kraju przez Unię Europejską, zwaną przez unijnych sceptyków (przyznaję się ochoczo do niemal autorstwa tego terminu [wbrew niechętnemu do niego stanowisku nowiutkich władz naczelnych pewnego konserwatywno-liberalnego ugrupowania], a z całą pewnością - do jego szerokiego spopularyzowania!) Związkiem Socjalistycznych Republik Europejskich (to znowu termin spopularyzowany przeze mnie dzięki prowadzeniu autorskiej witryny "ZSRE czyli UE", której częstymi gośćmi byli już niemal wszyscy przedstawiciele antyunijnych ugrupowań w RP)?

    Plebiscytem.

    Aktem legitymizacji dla wyników dotychczasowych rządów socjalistów pobożnych i bezbożnych, niezależnie jak się dla maskowania przebierali: AW"S", SLD, UD, UW, UP, ZChN, PC itd.
    Także aktem legitymizacji w przyszłości, kiedy stanie się już powszechnie wiadome dla każdego obywatela RP, że miraże roztaczane przez zawodowych propagandzistów, jakimi tak naprawdę są przedstawiani w mediach jako politycy agitpropy - niegdyś na usługach Kremla, obecnie znacznie mniej co prawda wprost tyrańskiego, ale jednak zawsze - socjalizmu brukselskiego chowu, są tylko... mirażami i jako takie rozwiały się PO akcie oddania głosu w referendum.
    Dlatego tak silnie położony został nacisk propagandy nie na oddaniu głosu na "TAK" w referendum - ale w ogóle: na odznaczeniu spełnienia tej legitymizującej czynności. Mieli z pewnością Państwo dostateczną liczbę okazji do przekonania się, że medialna nawała w ostatnich dniach kampanii przedreferendalnej właśnie została skoncentrowana na TYLKO uczestnictwie w tej pseudodemokratycznej farsie. Politykierom ze stron eurofederastycznych (kolejny termin) zaczęło zależeć po tym, jak w wyniku prareferendalnej zabawy OBW w Głuchołazach stało się jasne, że frekwencja w "dorosłym" referendum może pozostać daleko poniżej upragnionych przez nich i wymaganych ordynacją 50% - gdzieś tak około 38% - na wypełnieniu już tylko minimum potrzebnego do uznania Anszlusu RP za "przyklepany", zatwierdzony przez polskie społeczeństwo/naród (proszę wybrać według upodobania).
    Dość powiedzieć, że w kołach parlamentarnych po głuchołaskim prereferendum zaczęła krążyć z uporem plotka, że z głosowaniem nad anszlusem, w przypadku braku kworum w referendum - wcale nie musi być tak optymistycznie, jak to do tej pory wyobrażali sobie przedstawiciele "partyj Anszlusu", że może nawet niektórzy z PT posłów i senatorów zechcą wcielić się w role XXi-wiecznych Rejtanów, co - nie odbierając powagi takiemu zachowaniu i czystości intencji niektórych z nich - po prostu da się przeliczyć na głosy elektoratu antyunijnego w zbliżających się wielkimi krokami przedterminowych wyborach do polskiego parlamentu.
    To jest właśnie ta wiadomość, której państwo nie słyszycie w mediach prounijnych.

    Nie przypadkiem też w mediach dało się słyszeć uparte nawoływanie, żeby nie wiązać referendum z plebiscytem popularności (oczywiście - jej kompletnego braku...) towarzysza Muellera Leszka (pisownia europejska nazwiska - termin kolejny...) z byłej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej - ugrupowania kolaborantów okupanta sowieckiego Polski w drugiej połowie XX wieku, obecnie przemalowanych na... "europejskich socjaldemokratów". Slogan "Nadeszła era Leszka Muellera" wszak jest zawołaniem z najczarniejszych snów fachmanów od "pijaru", "markietingu politykierskiego" w kontekście coraz bardziej pogrążającego się w ujawnianych przez media kolejnych aferach na najwyższych i nie tylko szczeblach "wadzy" post(?)komunistycznej. Jednakże obecność wyborców (niekoniecznie pro-SLD-owskich!) podczas referendum DAJE upragnione narzędzie legitymizacji dla jego ekipy, na zasadzie "mogli nie głosować, ale jednak coś w naszej [pro-unijnej!!!] retoryce dostrzegli pozytywnego, więc przyszli!". "Era Muellera" zostanie w wyniku Państwa obecności - poparta...

    Jak w takim razie można sobie wyobrazić wyniki referendum? Powiem uczciwie - tak samo jak w Głuchołazach: nie wiem, ze "wskazaniem" na brak frekwencji.
    Propaganda prounijna po Głuchołazach kompletnie oszalała i przestała zważać nawet na pozory prawdopodobieństwa ogłaszanych przez usłużne media typowań bukmacherskich: oto poważny wydawałoby się dziennik "Rzeczpospolita" w swym dzisiejszym wydaniu wieści (za sopockim siedliskiem szamanów i prestidigitatorów z Pracowni Badań Społecznych), iż "zdecydowanych głosować w najbliższą sobotę i niedzielę jest ponad 2/3 Polaków uprawnionych do głosowania (68 proc)". A poparcie dla aneksji Polski wróżą na... 70%. W nadającej w większości swojego czasu antenowego serwisy informacyjne stacji TVN24 wyemitowano materiał zrealizowany na potrzeby jednego z polskich banków, w trakcie którego inny wróżbita udowadniał, iż frekwencja będzie na porównywalnym do kabały PBS poziomie.

    Sobota i niedziela 7 i 8 czerwca są przepowiadane przez wróżbitów od pogody na bardzo upalne i piękne dni wypoczynkowe. Moje latyfundia dawno nie widziały właściciela - wiadomo, że „pańskie oko konia tuczy”. Rodzina na czele z najlepszą pod słońcem małżonką zapowiedziała, że sobie życzy wytchnienia od miasta. Ich życzenie oczywiście jest rozkazem...

    Do Warszawy wrócę w niedzielę. Do pracy. "???" - do czego? Kiedy? - można szybko postawić takie pytanie chrześcijańskiemu konserwatyście.
    Tak już jest w środowisku medialnym, niestety. By Państwo mogli czytać jeden z tygodników i na bieżąco odbierać przekazy Antysocjalistycznego Mazowsza - tak być musi.
    Poza tym - praca "okołopolityczna" składa się z... działań politycznych również.
    Także - niestety - tych "realnych"...

    Krzysztof Pawlak


    Komentarz (0)

    Tandem Kaczyńskich - wygodny sparingpartner dla SLD i dla UPR? Wysłane czwartek, 5, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Jak napisano w dzienniku "Rzeczpospolita" w wydaniu z dn. 27.05.2003 r.: "Lech Kaczyński wyraził ubolewanie, a Aleksander Gudzowaty, szef Bartimpeksu, przyjął je. Dzięki temu Kaczyński może być na razie spokojny o swój los jako prezydenta Warszawy.
    Wszystko zaczęło się dwa lata temu od wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego, dotyczącej głośnej wówczas afery rurociągu jamalskiego. Kaczyński, wtedy prokurator generalny, mówił m.in. o »zaangażowaniu (Gudzowatego i jego firmy Bartimpex) w skrajnie niekorzystne dla Polski przedsięwzięcia« oraz »reprezentowaniu w większym stopniu interesów Rosji niż Polski". Te wypowiedzi zaowocowały jedną sprawą karną i dwiema cywilnymi, wytoczonymi przez Aleksandra Gudzowatego (wszystkie będą teraz umorzone). (...)" - i tym nieoczekiwanym rozwiązaniem została zaskoczona spora część sympatyków ugrupowania Prawo i Sprawiedliwość, do tego momentu przedstawianego w praktyce "markientingu politycznego" jako jedyna odpowiedzialna siła dążąca do bezkompromisowych rozstrzygnięć w walce z postrzeganym przez tzw. opinię publiczną jako poplecznik dla wielu aferzystów gospodarczych i co gorsza - dla zwykłych przestępców kryminalnych (ostatnio ujawniona chociażby sprawa starosty starachowickiego) Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Przedsiębiorca Gudzowaty nigdy nie krył się ze swoim poparciem dla SLD, przy rządach w Polsce którego najbardziej korzystnie szły mu interesy na handlu ropą i gazem z firmami postsowieckimi, obecnie rosyjskimi. Nikt przytomny na umyśle, kto orientuje się, że w każdym państwie na całym świecie surowce strategiczne, ich obróbka i handel nimi ZAWSZE pozostają w orbicie zainteresowań SS (służb specjalnych), wywiadów i kontrwywiadów, nie będzie utrzymywał, że firma przedsiębiorcy Gudzowatego jest wyłączona z takiej - nazwijmy to oględnie - "obserwacji". Polskich SS, oczywiście, gdzieżby tam śmieć pisać - że innych...
    Oczywiście można korzystnie dla prawnika Kaczyńskiego Lecha założyć, że "Paryż wart jest mszy", a - Warszawa - uścisku dłoni w fleszach aparatów fotograficznych kogoś, kto stanowił realne zagrożenie dla utrzymania się na stołku urzędniczym, a jednocześnie ukręcić jakiekolwiek wyjaśnienia oskarżeń w stosunku do przedsiębiorcy Gudzowatego. Tak samo narażając na szwank wiarę swoich sympatyków w deklarowaną od lat niezłomność walce z post(?)komunistami oraz wizerunek medialny. Cena za takie poświęcenie musiała być wysoka, więc po paru dniach nikogo nie zdziwił taki inserat medialny, pochodzący z serwisu informacyjnego portalu
    Onet.pl w dn. 03.06.2003, zatytułowany „SLD kontra Kaczyński - śledztwa nie będzie”, gdzie m.in. znajdujemy poszukiwane wyjaśnienie: "»Życie Warszawy«: Prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu za nazwanie SLD "organizacją przestępczą" - dowiedział się dziennik. (...) Prokuratura uznała, że nie ma podstaw, by wszcząć postępowanie. »To objaw zdrowego rozsądku« - skomentował Jarosław Kaczyński”. Tak oto w uśmiechach zrozumienia dla niemal idealnego porozumienia rodzi się kształt nowy (?) sceny politykierskiej naszego kraju.
    Można powiedzieć nihil novi sub sole i zakończyć tym cały wywód. A bo to pierwszy raz "realizm wziął górę nad imponderabiliami? Nie. Zresztą ugrupowanie PiS słynie ze swojego "pragmatyzmu", więc tym bardziej nie na miejscu jest wzruszanie się takim obrotem spraw. Jednak dla pewnego spostrzeżenia warto zastanowić się jeszcze chwilę nad konsekwencjami kolejnego potwierdzenia utylitaryzmu braci Kaczyńskich. Oto bowiem jeden ze świeżutkich nabytków ugrupowania UPR, DOKTOR Marcin Masny, członek jej Rady Głównej, w jednej ze swych ze swadą publikowanych na tej stronie wypowiedzi stwierdza: "Marcin Masny (stary)03.06.2003 (10:17)Nasz kolejny sojusznik na wypadek wejścia do UE, w walce z konstytucją superpaństwa europejskiego, to PiS. Nie wiem, czy to lepiej, czy gorzej, być w otoczeniu silnych partii, ale takie są fakty. (...)". DOKTOR Masny już raz zasłynął w gronie UPR-owców swą bezkompromisową propozycją nawiązania kontaktów politycznych z ugrupowaniem Samoobrona, którego prominentni i mniejsi członkowie są częstymi gośćmi w relacjach o ich wyczynach na stronach witryny ASME - zazwyczaj w kontekście zarzutów kryminalnych lub co najmniej godnych społecznego potępienia. Serwis ASME zresztą i tak dość łagodnie w porównaniu z innymi mediami traktuje przedstawicieli Samoobrony - skupiając się na zasadniczo najgłośniejszych "dokonaniach" reprezentantów tej lewackiej partii. To jednak zapewne nie odstręcza najwyraźniej nie zapoznających się z przekazami medialnymi ambitnych i pełnych niespożytej energii nowych decydentów UNII POLITYKI REALNEJ. Ponieważ DOKTOR Masny nie kryje swej burzliwej drogi politycznej, która po pobycie w wielu ciałach politycznych Rzeczypospolitej zaprowadziła go teraz do UPR, staje się łatwa do zrozumienia chęć nowego członka RG UPR do kolejnych eksperymentów politycznych, najpierw z lewacką Samoobroną, a teraz z lewicowo-prawicowym (czyli jak sami się zresztą określają: centrowym) Prawem i Sprawiedliwością.
    Można wzruszyć po raz drugi ramionami. A bo to pierwszy taki przypadek? W UPR czy w innym ciele politycznym? Nie.
    Może rzeczywiście DOKTOR Masny ma rację: kiedy UPR już całkowicie roztopi się w morzu "pragmatyzmu politycznego" PiS (albo Samoobrony - zależeć to będzie już od porannego humoru DOKTORA Masnego), do wyniku rozwoju sytuacji której prowadzą obserwacje codziennego życia politycznego niejako od wewnątrz - wtedy i była UPR stanie się „wygodnym sparingpartnerem” dla post(?)komunistów.
    A raczej jej dążący do stania się za wszelką cenę politykierami - działacze. Pogrobowcy.


    Komentarz (2)

    Poczytaj Mamie o SLD:
    Nie pijesz - kapujesz, pijesz - jesteś dobrym/ą partyjniakiem/czką SLD
    Wysłane czwartek, 5, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Radna sejmiku województwa opolskiego, Teresa K. z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, w stanie nietrzeźwym prowadziła samochód - dowiedziało się Polskie Radio Opole. Do tego by dotarła pojazdem do domu zabrakło jej zaledwie 200 m.
    Radna została zatrzymana w nocy do rutynowej kontroli. Badanie wykazało ponad promil alkoholu we krwi. Informację potwierdziła Prokuratura Okręgowa.
    Sama zainteresowana, Teresa K., (...) reprezentuje w sejmiku wojewódzkim Kędzierzyn-Koźle (...)”.

    Za serwisem informacyjnym portalu Wirtualnej Polski z dn. 04.06.2003 r.

    Młodym wiekiem internautom z pewnością przydadzą się informacja, że kiedyś, w czasach okupacji komunistycznej Polski, kiedy istniał niesuwerenny twór polityczny, zwany "peerelem", członkowie i członkinie PZPR mieli obyczaj sprawdzania tzw. lojalności partyjnej podczas libacji alkoholowych, często organizowanych po zakończeniu obrad ciał statutowych swojego ugrupowania. Dokonywało si to najczęściej w zaufanym gronie najwyższych rangą w tzw. terenie partyjniaków, gdzie w trakcie obniżania możliwości kontroli swoich wypowiedzi "badano" odporność uczestników "kontroli partyjnej" na nieprawomyślne z punktu widzenia Jedynej Partii informacje i myśli.
    Widać obyczaj ten nie zaginął i w dzisiejszych czasach przemalowanej na socjaldemokratów PZPR-erii.


    Komentarz (0)

    Bezrobocie (rzeczywiste, nie te podawane przez propagandę post[?]komunistów) stale rośnie w Polsce - czyli jak kłamią byli PZPR-owcy, obecni socjaldemokraci Wysłane czwartek, 5, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Dzisiejsze wydanie dziennika "Rzeczpospolita"; przynosi wyjasnienie zagadki trapiącej wielu ekonomistów - jakwłaściwie udało się rządowi post(?)komunistów pod wodzą towarzysza Muellera L. (europejska pisownia nazwiska) dokonać "zmniejszenia" wskaźników bezrobocia w naszym kraju: "Rząd wymyślił skuteczny sposób zmniejszenia bezrobocia. I zgodnie z jego oczekiwaniami, bezrobocie spadło. W marcu stopa bezrobocia rejestrowanego wynosiła 18,7 proc., a w kwietniu - 18,4 proc. W maju podobno ma zmaleć do 18 proc. - Przecież to żaden sukces - zauważy czytelnik. - Wiosną wraz z rozpoczęciem robót budowlanych bezrobocie zawsze spada. Było to przecież opisane w »Ścieżce do bogactwa« przed kilkoma tygodniami (dokładniej 13 marca).
    Ba, ale produkcja budowlana dalej spada. A zatem spadek bezrobocia musi mieć także inne przyczyny. I ma. 23 stycznia 2003 r. uchwalono ustawę o ubezpieczeniu zdrowotnym w Narodowym Funduszu Zdrowia. Zapisano w niej, że bezrobotny, który ma w rodzinie choć jedną osobę ubezpieczoną w NFZ, automatycznie korzysta z ubezpieczenia. Spowodowało to, że bezrobotni nie mają dzisiaj absolutnie żadnego bodźca (z zasiłków korzysta jedynie co siódmy), aby rejestrować się w urzędach pracy. Urzędy są nagradzane wtedy, gdy rejestrują jak najmniej bezrobotnych. W pierwszych słowach urzędnicy pytają więc: czy ktoś w rodzinie jest ubezpieczony? A po uzyskaniu odpowiedzi twierdzącej gonią petenta jak psa, bo po co mają sobie psuć statystykę.
    Wprowadzenie tego przepisu można interpretować na dwa sposoby: albo wymyślił go ktoś tak głupi, że aż genialny, albo ktoś tak genialny, że aż głupi. (...)".

    Manipulacje statystykami to odwieczna "zabawa" biurokratów, którzy jak chcą - potrafią dzięki nim dostosować się do zaleceń kolejnych władców. I właśnie w ten sposób urzędnicy państwowych biur pośrednictwa pracy (po co taka instytucja wciąż istnieje? - zapewne tylko dla właśnie też zmniejsza wskaźników bezrobocia - ale: wśród biurokratów!) niezbyt finezyjne - ale skutecznie na abstrakcyjnych wyliczeniach doprowadzili do tak potrzebnej propagandowo "spadku liczby pozostających poza nawiasem społeczeństwa za rządów socjaldemokracji". To, że faktycznie w tym czasie - jak wskazuje felietonista "Rzeczpospolitej" na podstawie wskaźnika BAEL (badania aktywności ekonomicznej ludności) - liczba prawdziwie, nie zaś tylko tych rejestrowanych ku uciesze zajmujących się nimi papierkolubków, bezrobotnych wzrosła z 3321 tys. osób (stopa bezrobocia - 18,7 proc) do 3375 tys. osób (stopa bezrobocia 19,7 proc.) - nie pozostaje szeroko nagłośnionym faktem. Cieszy, że ten przynajmniej dziennik przynajmniej stanął na wysokości zadania dziennikarskiej rzetelności.


    Komentarz (0)

    Relacja audio z jednej z ostatnich debat eurofederastów, unijnych sceptyków oraz eurosceptyków (pp. Zyta Gilowska, Jan Maria Rokita, Janusz Korwin-Mikke oraz Bogdan Pęk) na Politechnice Warszawskiej - 04.06.2003 Wysłane środa, 4, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Prezentujemy Państwu ścieżkę dźwiękową z materiału TV ASME - zarejestrowanego podczas początku Centralnej Debaty Akademickiej - jak nazwali to spotkanie przedstawicieli eurofederastów, unijnych sceptyków oraz eurosceptyków w Małej Auli Politechniki Warszawskiej w dniu dzisiejszym jego organizatorzy - tytułując je dodatkowo "UE: Decydujące starcie" - czyli: Komisja Zagranicza Samorządu Studenckiego PW oraz redakcja pisma "Stosunki Międzynarodowe".
    Pełna relacja filmowa zostanie opublikowana w późniejszym terminie.

    Nagranie trwa ponad 28 minut - w zwiazku z tym uprzedzamy, że plik jest dość ciężki!

    Plik mp3 12,9 MB


    Komentarz (1)

    Tow. profesor - artykuł Wojciecha Godlewskiego Wysłane środa, 4, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Jak wieść niesie, chluba naszej nauki, wychowawca młodzieży, lekarz i społecznik, (o przewodzeniu mazowieckiemu SLD, nawet nie warto wspominać wobec tylu szacownych funkcji i tytułów ), tow. profesor Łapiński, w obecności kobiety wydał powierzonym swojej opiece niedojrzałym młodzieńcom polecenie: "Zdejmijcie go"!
    Nie wiem, dlaczego opinia publiczna oczekuje reakcji tylko od SLD? Po Profesurze czy organizacjach lekarskich nikt żadnej reakcji nawet się nie spodziewa! Wygląda na to, że etyka "wielce szacownych" korporacji zawodowych pozostaje daleko w tyle za etyką partii politycznych.
    W związku z tym "profesorskim wyskokiem" powstała dobra okazja, do przypomnienia o konieczności zrezygnowania przez państwo z firmowania tytułów profesorskich. "Żyrowane" przez państwo tytuły już od dawna o niczym nie świadczą, a obdarzona przywilejami mafia profesorska hamuje tylko rozwój szkolnictwa wyższego. Być może, po następnych wyborach pieczątkę na profesorskich dyplomach będzie stawiała pani posłanka Berger, a podpisywał je będzie marszałek Lepper. Może lepiej, póki czas, odsunąć nieco naukę od demokratycznej władzy?

    Wojciech Godlewski


    Komentarz (0)

    Wiceprezes UPR Leszek Samborski ujawnia wypowiedź przedstawiciela Kancelarii Prezydenta RP: "Polska nie jest w stanie nic zrobić dla Śląska"! Wysłane wtorek, 3, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Wiceprezes UNII POLITYKI REALNEJ Leszek Samborski opowiada o debacie przedreferendalnej w Katowickach, w której brał wczoraj udział - w obecności młodzieży z jednego z tamtejszych liceów, przedstawiając OFICJALNE stanowisko przedstawiciela Kancelarii Prezydenta RP, obecnie pracującej na rzecz tow. Aleksandra "Disco-Olo" Kwaśniewskiego zajmującego stolec w Pałacu Namiestnikowskim w Warszawie, a który to reprezentant najwyższej władzy wykonawczej w naszym państwie wypowiedział znamienne słowa, iż "Polska nie jest w stanie już nic zrobić [w dziedzinie ekonomicznej - przyp. ASME] dla Śląska, bez Unii Europejskiej".
    Ta nieprawdopodobna fraza w wypowiedzi wysokiego rangą biurokraty z Kancelarii Prezydenta RP wskazuje na całkowity już chyba zanik poczucia racji stanu w środowisku tego jednego z "towarzystw trzymających władzę".

    Nagranie trwa ponad 7 minut.

    Plik DivX 6,82 MB
    Plik mp3 1,69 MB


    Komentarz (1)

    "List biskupów", godność Polaków a Unia Europejska - korespondencja Marka Ficińskiego z USA Wysłane wtorek, 3, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    List biskupów nie został odczytany z każdej ambony, mało tego, zamiast zapowiedzianego listu, niektórzy duszpasterze wygłaszali antyunijne kazania. Dziwne rzeczy dzieją sie nawet wśród duchowieństwa.
    Księża zdają sobie sprawę z ubóstwa społeczeństwa i z następstw pogłębiającej się biedy, za którymi kryje się unijne uzależnienie gospodarki.
    W prawdzie sam papież wyrażał się za równym uczestnictwem w Unii Europejskiej, nie można było jednak słyszeć papieża akceptacji członkostwa na warunkach obecnie wynegocjowanych.
    Czyżby Polska jako zbawca opisywana przez romantyków miała zaprowadzić chrześcijańskie odrodzenie w Zachodniej Europie?
    Warunki wynegocjowane u komisarzy europejskich sprowadzają nasz kraj do rangi kolonii zachodnioeuropejskiej, wiec nie ma mowy, aby kolonia mogła wpływać na życie duchowe społeczeństwa okupującego - mało tego, okupowani będą zmuszani do podporządkowania się zdemoralizowanym, nieetycznym wartościom.
    To przecież Francuzi i Niemcy według unijnej propagandy i przywilejów mają prowadzić za rączkę takie narody jak Polaków i uczyć zachowania dyplomatycznego, a zwłaszcza według Francuzów - milczenia. To jest właśnie zapowiedź, jak powinno zachowywać się słabsze państwo wobec potęgi przemysłowej.
    Nawet prezydent-ateista upomina się Europy o wartości chrześcijańskie, wspominane przez papieża tyle razy, a zwłaszcza w czasie ostatniej wizyty w Watykanie.
    Wszystko to dzieje się tuż przed referendum. Dygnitarze zagraniczni odwiedzają Polskę i namawiają do akceptacji unii na warunkach wynegocjowanych.
    Nic się nie stanie, gdyby te warunki trafiły do stołu negocjacyjnego zaraz po niepomyślnym referendum. Takiego zimnego prysznicu potrzebuje obecna Europa.
    Jest dużo powodów, aby referendum zakończyło się fiaskiem: warunki wynegocjowane są niekorzystne dla Polski, Mueller zapowiedział, że po nieudanym referendum odejdzie, pora wiec sprawdzić jego rzetelność słowa, naród nabierze większego respektu w Europie i za oceanem, wreszcie Bruksela będzie musiała być bardziej uczciwa, traktując Polaków ostrożniej i być może bardziej po myśli papieża.

    Marek Ficinski, USA


    Komentarz (0)

    Dlaczego Jednomandatowe Okręgi Wyborcze służą i Rzeczypospolitej i obecnym kręgom władzy post(?)komunistycznej - wyjaśniają: p. Izabela Falzman i prof. Mirosław Dakowski Wysłane poniedziałek, 2, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Pani Izabela Falzmanowa i profesor Miroslaw Dakowski wprowadzają Państwa w proste zasady ordynacji Jednomandatowych Okręgów Wyborczych - na przykładzie obecnie funkcjonujących zależności pomiędzy ugrupowaniami politycznymi i żądzy uczestnictwa w tajnikach władzy ich reprezentantów.
    W trakcie tej wypowiedzi - zarejestrowanej przed prawie już trzema miesiącami z okazji ukazania się w dzienniku "Rzeczpospolita" Apelu wielu osobistości dotyczącego wprowadzenia JOW w Rzeczypospolitej - wskazują na istotny aspekt wsparcia tej idei przez jeden z rzeczywistych ośrodków władzy w RP - tzw. obóz prezydencki w łonie post(?)komunistycznych kręgów politykierskich.

    Plik DivX 7,87 MB
    Plik mp3 1,32 MB


    Komentarz (0)

    Marsz woJOWników na Warszawę Wysłane poniedziałek, 2, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    "(...) Cel polityczny marszu: niesiemy Prezydentowi nasz projekt ordynacji, po drodze zbieramy podpisy pod wnioskiem o rozwiązanie Sejmu i dokonanie nowych wyborów posłów w JOW. »Tylko Sejm wybrany w JOW może być legalny«.
    Cel organizacyjny marszu: Znalezienie nowych aktywistów Ruchu JOW, dotarcie do środowisk, w których jeszcze nas nie było (Częstochowa, Piotrków, Rawa, Skierniewice, i gdzie tam wypadnie nam w końcu iść.) (...)".

    Z listów Janusza Sanockiego, jednego z liderów Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

    "Drodzy woJOWnicy!
    Po objeździe pierwszego odcinka trasy naszego marszu, nastąpiło uszczegółowienie naszych planów.
    Po pierwsze bardzo życzliwie przyjmują nas samorządowcy wybrani w bezpośrednich wyborach. Struktura partii leninowskich trzeszczy w szwach. Musimy koniecznie nasz marsz oprzeć o pomoc i współdziałanie prezydentów, burmistrzów i wójtów w poszczególnych miastach.
    Skoncentrować się należy na miastach ważniejszych, w których będziemy mieć oparcie. Codziennie możemy zaliczyć 2 takie miasta. Jeśli nasze siły będą większe, to ew. możemy robić wypady do miejscowości leżących obok.
    Marsz będzie opierał się na piechocie zmotoryzowanej, (...)".

    Z listów Janusza Sanockiego, jednego z liderów Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

    Pobierz dokument WORD z listą lokalnych koordynatorów JOW w sprawie Marszu na Warszawę.

    Szczegółowy plan Marszu



    Dzień 1.
    Niedziela 29 czerwca 2003 r.


    10.00 - zbiórka na błoniach na Jasnej Górze (w tym czasie będzie pielgrzymka rzemieślników)
    14.30 - 15.30 - msza św. w intencji Ruchu na rzecz JOW odprawia
    ks. Jan Kurdybelski
    15.30 - 16.30 - Spotkanie z mieszkańcami uczestników Marszu z
    mieszkańcami Częstochowy w sali różańcowej w Klasztorze.
    17.00 - wyjazd z Częstochowy
    17.30 - 18,30 - Kłomnice - spotkanie z mieszkańcami
    18.30 - wyjazd do Radomska
    19.00 - przyjazd do Radomska, zakwaterowanie, kolacja, nocleg.

    Dzień 2.
    Poniedziałek 30 czerwca


    8.00 - 9.00 - śniadanie w Radomsku.
    9.30 - 14.00 - akcje uliczne, spotkania z mieszkańcami, samorządowcami etc., w tym "konferencja w drodze do JOW"
    (1,5 godz.)
    14.00 - 15.00 - obiad
    15.00 - wyjazd do Kamieńska
    15.30 - 17.00 - spotkanie z mieszkańcami Kamieńska
    17.00 - wyjazd do Bełchatowa
    17.30 - 20.30 - spotkania z mieszkańcami Bełchatowa (muzeum, rynek)
    21.00 - kolacja nocleg w Bełchatowie.

    Dzień 3.
    Wtorek 1 lipca


    8.00 - 9.00 - śniadanie w Bełchatowie
    9.30 - wyjazd do Piotrkowa Trybunalskiego
    10.00 - 14.00 - spotkania w Piotrkowie Tryb.
    14.00 - 15.00 - obiad
    15.00 - wyjazd do Tomaszowa Maz.
    15.00 - 20.30 - spotkania z mieszkańcami Tomaszowa
    21.00 - kolacja i nocleg w Tomaszowie.

    Dzień 4.
    Środa 2 lipca


    8.00 - 9.00 - śniadanie w Tomaszowie.
    9.30 - wyjazd z Tomaszowa do Rawy Mazowieckiej
    10.00 - 14.00 - spotkania w Rawie Maz.
    14.00 - 15.00 - obiad
    15.00 - wyjazd do Skierniewic
    16.00 - 20.00 - spotkania w Skierniewicach
    20.00 - wyjazd do Puszczy Mariańskiej
    21.00 - kolacja i nocleg w sali klasztornej w Puszczy Mariańskiej.

    Dzień 5.
    Czwartek 3 lipca


    8.00 - 9.00 - śniadanie Puszcza Mariańska
    9.00 - wyjazd do Żyrardowa
    10.00 - 14.00 - spotkania w Żyrardowie
    14.00 - 15.00 - obiad
    15.00 - wyjazd do Grodziska Maz. i Milanówka
    16.00 - 20.00 spotkania w Grodzisku i Milanówku
    21.00 - kolacja i nocleg w Grodzisku , dom zakonny

    Dzień 6.
    Piątek 4 lipca


    8.00 - 9.00 - śniadanie w Grodzisku
    9.00 - wyjazd do Pruszkowa
    9.30 - 14.00 - spotkania w Pruszkowie
    14.00 - 15,00 - obiad
    15.00 - wyjazd do Ożarowa
    15.30 - 20.00 - spotkania w Ożarowie
    21.00 - kolacja i nocleg w Ożarowie lub okolicy

    Dzień 7
    Sobota 5 lipca


    8.00 - 9.00 - śniadanie w Ożarowie
    9.00 - wyjazd do Warszawy
    10.00 - 12.00 - akcja na placu Zamkowym
    12.00 - 16.00 - konferencja samorządowców
    16.00 - zakończenie marszu, przesłanie do Obywateli III RP.

    Pobierz plan Marszu JOW na Warszawę w formacie WORD

    Witryna Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

    Komentarz (0)

    Poczytaj Mamie o SLD - w wydaniu rencistów z KPEiR!:
    Czyli jak marksista kapitalizuje kapitał wyborczy
    Wysłane poniedziałek, 2, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Poseł ukrywa luksusy
    Ponad 60 tysięcy złotych wydał Tomasz Mamiński na swoje biuro poselskie w Warszawie
    Tomasz Mamiński, choć reprezentuje w Sejmie ubogich emerytów i rencistów, lubi luksus. Z jego rozliczenia wynika, że wydał więcej niż inni na urządzenie swojego biura poselskiego. Niewielu jednak może ujrzeć te cuda. (...)
    Tomasz Mamiński jest sejmowym rekordzistą. Na prowadzenie biura poselskiego wydał 166 265 zł i 46 gr, choć wolno mu tylko niewiele ponad 134 tys. zł. Żaden poseł nie był tak rozrzutny. Mamiński do Sejmu wszedł jako działacz Krajowej Partii Emerytów i Rencistów (startował z list SLD), ale nie jest typowym emerytem.
    Według oświadczenia majątkowego odłożył 50 tys. dolarów, ma gospodarstwo agroturystyczne z pensjonatem, dwie działki budowlane, olbrzymią działkę, na które stoją trzy hale fabryczne i 100-metrowe mieszkanie oraz dwa samochody. To widać za mało, ponieważ pożyczył jeszcze ponad pół miliona dolarów. (...)
    Postanowiliśmy więc sami sprawdzić, jak wyglądają te cuda. Poseł jednak nie chciał nawet słyszeć. - Nie rozmawiam z "Super Expressem" - oświadczył i rzucił słuchawką telefonu. Uraz do naszej gazety żywi chyba jeszcze od czasu naszego artykułu o nim, gdy ujawniliśmy, jak to w restauracji sejmowej wykrzykiwał "Heil Hitler!" do dziennikarza z Austrii. (...)
    Weszliśmy do holu i... zamarliśmy z zachwytu. Takiego biura nie powstydziłby się nawet prezydent. Meble wyglądały na kupione w Desie. Na ścianach obrazy. (...)

    Całość można przeczytać w wydaniu z dn. 02.06.2003 r. dziennika "Super Express".

    "Co to jest koniak? To jest codzienny napój klasy robotniczej, spijany ustami jej przedstawicieli!" - ten i inne dowcipy z czasów siermiężnej gospodarki pod jedynie słusznym (ówcześnie) przewodem towarzysza Tomasza, czyli Wiesława Gomułki świadczyły, że znane jeszcze z czasów okupacji naszego kraju przez innych socjalistów - narodowych i pochodzących z Niemiec - poczucie czarnego humoru istniało też w czasach rządów "szewców i rakarzy" spod znaku sierpa i młota. Towarzysz Mamiński, jako nieodrodny produkt polityczny czasów swojej młodości po prostu nie wychodzi poza sztampę cechującą wyobrażenia PZPR-owców o tym, jak powinno wyglądać sprawowanie władzy przez przedstawicieli wciąż "eeedynie susznej" linii "wszystkich partyjniaków". Chwilowe oniemienie reporterów tego dziennika można z całą pewnością wytłumaczyć ich młodym wiekiem, co całkowicie ich usprawiedliwia, gdyż nie mogli się w ten sposób zapoznać z "dokonaniami" poprzedników tow. Mamińskiego w latach tzw. dekady gierkowskiej, tęskno od niedawna wspominanej przez polityczne dinozaury pokroju właśnie przewodniczącego Krajowej Partii nomen omen Emerytów i Rencistów. Tow. Mamiński z całą pewnością jest rencistą - i to w najlepszym kapitalistycznym tego słowa rozumieniu. Skapitalizował przecież dla siebie cały kapitał wyborczy głosujących na niego jeleni z dołów partyjnych PZPR-erii!


    Komentarz (0)

    Roma locuta... - artykuł Stanisława Michalkiewicza Wysłane poniedziałek, 2, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    W ostatnich tygodniach odbyło się w Europie kilka referendów w sprawie przystąpienia zainteresowanych państw do Unii Europejskiej. Wyniki były, jak to się mówi, pomyślne, to znaczy zgodne z oczekiwaniami eurofilów. Nie wiadomo, co prawda, czy były autentyczne, ale skoro integracja Europy jest tak wielką sprawą, to cóż to szkodzi, jeśli szlachta każdego państwa trochę losowi pomoże? Na przykład na Litwie tamtejsze władze zwyczajnie spędzały wyborców do głosowania, nazywając to eufemistycznie "dowożeniem", a gdyby nawet to nie pomogło, zapowiadały zastosowanie jakichś tajemniczych środków "radykalnych". Podobnie było na Słowacji. Tamtejsze władze wprawdzie nie zorganizowały masowego "dowożenia", ale z góry zapowiedziały, że "złamią prawo" i będą agitować mimo tzw. ciszy wyborczej. W tej sytuacji nikogo nie może zaskoczyć fakt, że wyniki referendów wszędzie były pomyślne. Skoro można złamać prawo naruszając ciszę wyborczą, to czemu nie złamać prawa, poprawiając wyniki na trochę korzystniejsze? W końcu cel uświęca środki, więc skoro już i tak decydujemy się na złamanie prawa, to czemuż sobie żałować?
    Pan premier Leszek Miller zadeklarował jednak, że cokolwiek by się nie działo, to polskie władze prawa nie złamią i ciszy nie naruszą. To bardzo dobrze, bo nie ma nic gorszego niż złamanie prawa, za wyjątkiem, ma się rozumieć, nie wejścia do Unii Europejskiej. To "Białoruś", "Władywostok", słowem - przedsionek piekła. Z drugiej jednak strony pan premier Miller zeznając przed komisją śledczą, dał wyraz głębokiemu przekonaniu, że w Polsce nie ma korupcji, ponieważ jest to surowo zabronione. Skoro tak, to widać wyraźnie, że wszelkie zapewnienia pana premiera należy traktować z pewną ostrożnością tym bardziej, że złamanie prawa jest jednak mniejszym złem niż dopuszczenie do niepomyślnego wyniku referendum. Złamanie prawa w tej sytuacji to rodzaj felix culpa, mniej więcej takiej samej, jak podczas referendum i wyborów w latach 40., kiedy nie tyle chodziło o zachowanie Senatu i rozdział mandatów w Sejmie, co o uzyskanie pozorów zgody narodu na przyjęcie stalinowskiego modelu państwa i związanie Polski z Rosją na wieki wieków. W tegorocznym referendum chodzi mniej więcej o to samo, chociaż pani Elżbieta Isakiewicz z "Gazety Polskiej" kategorycznie wyprasza sobie tego rodzaju porównania. Nic jednak na to poradzić nie można; gdybyśmy nie prowadzili porównań, to skąd moglibyśmy wiedzieć, czy np. Anschluss do Unii Europejskiej jest lepszy niż akces do szczęśliwej rodziny narodów sowieckich?
    Jest to wskazane tym bardziej, że i metoda propagandowa jest bardzo podobna do tej z lat 40. ub. wieku. Tak się składa, że jeżdżę ostatnio po Polsce, uczestnicząc niekiedy w tzw. debatach z udziałem eurofilów. Kiedy próbuję przedstawić wyliczenia, ile to Polska dopłaci do interesu i jakie ryzyka polityczne wiążą się z Anschlussem, słyszę w odpowiedzi, że to nieprawda, bo jutro będzie lepiej, że jeśli już nawet nie my, to nasze dzieci, a jeśli nawet nie dzieci, to wnuki i tak dalej. Jest to powtórzenie propagandy lepszego jutra z lat 40., które nie wymaga ani znajomości rzeczy, ani specjalnych kwalifikacji, tylko tupetu i pieniędzy na socjotechnikę. Władze państwowe, za pieniądze podatkowe, a więc m.in. i moje, zorganizowały kampanię, która ma udowodnić mi, że próbując myśleć krytycznie i samodzielnie, jestem głupi. Czasami myślę, że jest w tym sporo racji, bo eurofile za swoje błazeństwa dostają przynajmniej pieniądze albo od rządu, albo z zagranicznych funduszy gadzinowych, podczas gdy ja próbuję ostrzegać ludzi przed zagrożeniami i ryzykami całkowicie bezinteresownie, odejmując od ust własnym dzieciom. W rezultacie moja działalność sprowadza się do statystowania przy propagowaniu Anschlussu metodami "przemysłowymi", do pełnienia roli listka figowego, że niby odbywa się tu jakaś "debata". Jest to dokładne powtórzenie sytuacji z lat 40., kiedy to z jednej strony wystąpiła cała złość i złoto sowieckie, a z drugiej strony chałupnicze, anachroniczne poczucie przyzwoitości i patriotyzmu. Wtedy też zwyciężyły przemoc, złoto i tupet. Więc, jak śpiewa Krystyna Prońko, "Po co się wtrącać? Będzie to, co ma być". "Po co ci Leoś to wszystko, ta Polska; niech ją gryzą. Ty spróbuj, może homo się zseksualizuj".
    Ukoronowaniem kampanii propagandowej były urodziny Jana Pawła II. Pan prezydent Kwaśniewski pojechał do Rzymu i składał się jak scyzoryk. Jakże on kocha Ojca Świętego, jakże kocha... W takiej sytuacji i Ojciec św. dwukrotnie powiedział w swym przemówieniu, że Polska powinna znaleźć się "w strukturach Unii Europejskiej". Oczywiście dodał coś o "równych prawach", ale przecież z broszury, jaką pan prezydent Kwaśniewski nam rozesłał, wynika, że te prawa są najrówniejsze, a żadnych zagrożeń nie ma. Jest to taka sama prawda, jak to, że pan prezydent jest magistrem i że w Charkowie bolała go goleń. Dowodem jest choćby "zobowiązanie krakowskie" Platformy Obywatelskiej. Pan poseł Tusk i pan poseł Rokita deklarują walkę do upadłego o równoprawne traktowanie polskich interesów. Dopiero będą walczyć... Dobre i to; zwłaszcza jeśli dołączy do nich pan Paweł Piskorski, zwycięstwo wydaje się pewne. A gdyby tak i pan Adam Glapiński wyszedł z ukrycia i włączył się do tej kampanii, to już całkiem moglibyśmy spać spokojnie, nawet i snem wiecznym.
    Zresztą, dlaczego zaraz spać; można by przystąpić do energicznego ewangelizowania Europy, oczywiście z panem prezydentem Kwaśniewskim na czele. Doświadczenia starożytnego Rzymu uczą, że chrześcijańscy niewolnicy i służba domowa mogą zmienić religijne preferencje elit zwłaszcza w perspektywie jakichś dwustu lat. W tej sytuacji jest to oczywiście argument za wejściem do Unii Europejskiej. W zasadzie jedyny, bo deklaracja Jana Pawła II, iż Polska powinna wejść "w struktury Unii Europejskiej" nie unieważnia wprawdzie ani jednego argumentu przeciw ani nie osłabia żadnego ryzyka, ale chyba przesądza o pomyślnym rezultacie referendum. Kto wie, może nawet nie trzeba będzie łamać prawa?

    Stanisław Michalkiewicz


    Komentarz (0)

    LWÓW: MIASTO DWÓCH KULTUR - artykuł Antoniego Zambrowskiego Wysłane poniedziałek, 2, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Nasz redakcyjny przyjaciel Krystian Brodacki napisał artykuł "Czekamy na nowy cud" w "Tygodniku Solidarność" o tragicznym losie polskich dziel sztuki, niszczejących w skutek złych warunków przechowywania w muzeach Zachodniej Ukrainy. Z takiej konstatacji można wyciągnąć różne wnioski, ale Krystian Brodacki wyciąga ten, że w 60. rocznicę mordu Polaków na Wołyniu strona ukraińska powinna nam zwrócić nasze skarby kultury. Po czym dodaje: historii nie da się zmienić, zaś faktem historycznym jest to, iż Lwów przez 600 lat był miastem polskim. Rzecz w tym, że i z tego faktu można wyciągnąć różne wnioski.
    Krystian Brodacki jest człowiekiem wszechstronnie wykształconym i obytym w świecie. Zapewne wie, że włoskie miasto Triest oraz austriackie miasto Klagenfurt były przez wieki i są po dziś dzień ważnymi ośrodkami kultury słoweńskiej. Polak wypowiadający w sporze z Ukraińcami słowa o polskości Lwowa musi zdawać sobie sprawę, że świadomie lub nieświadomie mówi półprawdę. Polacy od wieków zamieszkiwali tereny Zachodniej Ukrainy wspólnie z Ukraińcami i Lwów będąc miastem polskim, nigdy nie przestał być dla Ukraińców miastem ukraińskim. W tym mieście mieszkali Łesia Ukrainka oraz Iwan Franko - ukraińscy poeci najwyższej próby (imię Iwana Franki nosi dziś uniwersytet lwowski, niegdyś uniwersytet króla Jana Kazimierza). Polski intelektualista powinien pamiętać, że przyłączenie Ukrainy do Rosji było dla Ukrainy jeszcze większą katastrofą społeczną i kulturową niż rozbiory dla Polski. Powinien również zdawać sobie sprawę, że przyłączenie tzw. Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej do ZSRR w charakterze Ukrainy Zachodniej było ciosem nie tylko dla Polaków, ale i tragedią dla miejscowych Ukraińców. Polski intelektualista powinien również zdawać sobie sprawę, że masowe przesiedlenia Polaków ze Lwowa na polskie ziemie odzyskane były aktem sowieckiego i stalinowskiego barbarzyństwa, swoistą odmianą czystki etnicznej Polaków na dawnych Kresach. Ludzie opuszczali Lwów pod przymusem i nie przestawali płakać nad utratą swej małej ojczyzny przez całą resztę swego życia. Była to zresztą kontynuacja tej samej obłędnej doktryny ujednolicania etnicznego terenu, której realizacją była akcja NKWD wysyłania dziesiątków tysięcy Polaków na Wschód na zatracenie przy wyrębie lasu, podjęta 10 lutego 1940 roku i później. Tej samej zapewne doktrynie hołdowali ukraińscy faszyści spod znaku OUN-UPA mordujący masowo Polaków na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w imię oczyszczenia ziem ukraińskich z żywiołów polskich.
    Chciałbym więc zwrócić po przyjacielsku uwagę Krystianowi Brodackiemu, że koncepcja rozdziału dóbr kulturalnych pod kątem pochodzenia etnicznego autorów w ślad za rozdziałem pod tym samym kątem żywiołów ludzkich jest dalszym ciągiem sowieckiego i faszystowskiego barbarzyństwa. Polski intelektualista mieszkający w Krakowie powinien zdawać sobie sprawę, że postulat przemieszczania dóbr kulturalnych zgodnie z przynależnością etniczną autora został wystarczająco skompromitowany przez hitlerowską akcję rewindykacji ołtarza mariackiego dłuta Wita Stwosza z polskiego Krakowa do III Reichu właśnie pod pretekstem ewidentnego skądinąd niemieckiego pochodzenia autora. Takim samym rozumowaniem popisali się ostatnio żydowscy historycy, którzy wykradli z ukraińskiego dziś Drohobycza namalowane na ścianie obrazy Brunona Schulza, by przeznaczyć je dla izraelskiego Instytutu Yad Vashem. Oni też chcieli zapewnić należyte warunki przechowywania pamiątek po swym rodaku.
    Polski intelektualista powinien też zdawać sobie sprawę, że stalinowska czystka etniczna Polaków na Zachodniej Ukrainie nie była nazbyt kompletna i że na terenie Ukrainy, w tym i w samym Lwowie nadal mieszka wiele tysięcy etnicznych Polaków. Oni również maja prawo dostępu do dorobku kulturalnego swych rodaków. Odwróćmy więc tezę o wielowiekowej polskości Lwowa w dziejach tego miasta i konstatujmy rzecz oczywistą: mimo przynależności tego miasta do państwa ukraińskiego Lwów nadal pozostaje ośrodkiem polskiej kultury dla polskich obywateli niepodległej Ukrainy, jak i dla ukraińskich miłośników tej kultury. Problem niszczenia polskich dóbr kulturalnych (nie tylko obrazów i rzeźb, ale i wspomnianych słusznie przez Krystiana Brodackiego polskich kościołów i pałaców) trzeba więc widzieć we właściwych proporcjach. Wobec straszliwego ubóstwa państwa ukraińskiego, które nie stać na ratowanie skarbów kultury ukraińskiej, tatarskiej (na Krymie), polskiej, żydowskiej, karaimskiej itd., inicjatywę ratowania polskich skarbów kultury powinni podjąć dobrzy ludzie, którym leży na sercu ich przetrwanie. Wzorem dla nich powinni być ci dobrzy ludzie w Krakowie, którzy od kilku lat podejmują inicjatywy ratowania od śmierci głodowej polskich emerytów we Lwowie i innych miastach kresowych.

    Antoni Zambrowski


    Komentarz (1)

    Za strażnikiem kapuś - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego Wysłane poniedziałek, 2, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Instytut Pamięci Narodowej prowadzi śledztwo w sprawie fizycznego i moralnego znęcania się nad więźniami politycznymi więzień we Wronkach i Rawiczu w latach 1945-56. W każdym zostało zamordowanych ponad 200 osób. Oprawcami byli funkcjonariusze służby więziennej, członkowie oddziału specjalnego lub osoby działające na ich zlecenie.

    Z jednym ze strażników z Wronek rozmawiałem przed kilkoma laty. Na pytanie, czym się zajmował, odpowiedział, że pracował na "zwyżkach": - Ale co mogłem zrobić, nic nie można było pomóc. Za każdym strażnikiem stał kapuś, a za kapusiem grupa specjalna. Najwięcej kapusiów przyjechało z Warszawy i Łodzi.
    Przepytywany przeze mnie strażnik zapamiętał nazwiska:
    Naczelnicy więzienia: Adamczewski (Stefan Adamczewski, przedwojenny naczelnik więzienia w Rybniku, był krótko), Lwowski (Żyd), Rosiński, Boguwola (Jan Boguwola, zapamiętany jako najgorszy ze wszystkich, za jego wiedzą i zgodą stosowano fizyczne i psychiczne tortury), Jakubowski, Grembowski.
    Strażnicy ("klawisze"): Kamieniczny, Krzywina, Napierała.
    Oddział specjalny ("spece"): Srech, Gol, Szymczak (Jan Szymczak, "wyjątkowa menda"). Oddziałem kierował Wiktor Urbaniak.
    Przesłuchani przez IPN świadkowie - byli więźniowie - wymieniają najbardziej krwawych oprawców. Najczęściej pojawiają się nazwiska Szymczaka i Urbaniaka. Prócz nich: Józef Mikołajczak, Jerzy Białas z kadry wyższej i niżsi rangą: Marian Dusik, Marian Kraus, Tomasz Nowicki i Adam Serwata. O naczelniku Boguwoli słyszał prawie każdy.

    "NIE PO BIAŁYM!,

    NIE PO CZARNYM!"


    Władysław Minkiewicz w książce "Mokotów, Wronki, Rawicz" pisał, jak w styczniu lub lutym 1950 r. wywieziono go z więzienia na Rakowieckiej: "Po wielogodzinnej, uciążliwej podróży przyjechaliśmy do Wronek. Z dworca przeprowadzono nas pod silną eskortą przed ponury gmach więzienia i kazano stać pod bramą co najmniej godzinę. (Dowiedziałem się później, że w najgorszym okresie Wronek kazano więźniom klęczeć przed bramą)".
    Inny więzień Ryszard Pietras wspomina ten wcześniejszy okres: "Służba więzienna tłukła »nowych« pękami kluczy, pięściami i kopniakami, krzycząc jednocześnie »NIE PO BIAŁYM!« lub »NIE PO CZARNYM!«, a przecież posadzka inaczej nie była pomalowana. Ogłupiano więźniów już na starcie. Szóstka, w której znalazł się Ryszard, wpadła w końcu do celi 69 na skrzydle »B«. Ostatni biegł zdyszany redaktor Zygmunt Augustyński. Potężnie zbudowany klucznik Andrzej Krzywina [mówił o nim przepytywany przeze mnie strażnik - TMP.] zamierzył się na niego kluczem, aż tamten stęknął na wszelki wypadek, ale cios nie padł. Jak się później okazało, nie był to najgorszy klawisz".
    - Nowo przybyłym urządzano "ścieżkę zdrowia" - potwierdza prowadzący śledztwo prokurator IPN Mirosław Więckowiak. - Niezależnie od pogody, nawet na mrozie, więźniowie musieli rozbierać się do naga i przez wiele godzin czekać na dziedzińcu więzienia. W tym czasie robiono im bardzo szczegółową kontrolę osobistą. Następnie byli przepędzani przez szpaler funkcjonariuszy, którzy bili ich gdzie i czym popadnie.

    JAK STRZELAŁ JÓZIK

    Ryszard Pietras: "Specem od spraw politycznych był niejaki Błażejewski. (...) To właśnie on był przedtem na Mokotowie i mówił, że »tak bije AK-owiec AK-owca«. (...) Na oddziałowych-sadystów więźniowie znaleźli dobry sposób. W czasie dość częstych wizytacji więzienia ze strony władz warszawskich lub wojewódzkich padało pytanie: Jak wam się żyje, czy nie macie skarg, zażaleń? Odpowiadano: Nie mamy. Mamy bardzo dobrego, ludzkiego oddziałowego. Taka wypowiedź wystarczała, aby oddziałowy tego samego dnia zniknął. Ale ponieważ większość klawiszy miała psychopatyczne usposobienie, toteż represji nigdy nie udało się uniknąć do końca. (...) 10 maja 1950 roku rankiem około godziny 4-tej rozległ się krzyk. Ktoś na górze na IV oddziale skrzydła »B« w pojedynce bił szyby i śpiewał: »Chłopcy, na nas już czas! « Rozległ się alarm. Słychać było tupot na korytarzu. (...) Ryszard zauważył politruka »Józika« - Józefa Grabowskiego, który z PS-a celował wyżej od okna celi. Po kilku wystrzałach wszystko ucichło. (...) W jakiś czas później Ryszard został skierowany do szpitala więziennego i tam spotkał człowieka, który nazywał się Mieczysław Sieradzki i miał zawiązane oko. To był właśnie ten, do którego strzelał »Józik« i wystrzelił mu oko".
    Więzień Sieradzki miał szczęście. Wielu nie wytrzymało tortur. W kartotekach więziennych odnotowywano ich jako zmarłych. Jeden z więźniów rzucił się z wyższego piętra klatki schodowej na parter. Po tym "incydencie" na górze założono kraty. Często zdarzało się, że na "wolność" wypuszczano śmiertelnie chorych.
    Więźniowie nie wierzyli np. w samobójczą śmierć płk. Wacława Lipińskiego, bliskiego współpracownika Piłsudskiego. Minkiewicz pisze: "Podczas mego pobytu na Mokotowie słyszałem od kolegów, że Lipiński zachowywał się cały czas bardzo odważnie, czasami aż do przesady, wymyślał oddziałowym bez żadnego skrępowania, narażając się wskutek tego na nieustanne kary. Najprawdopodobniej tak samo postępował we Wronkach, a przy tym przesłano go tutaj z pewnością z odpowiednią adnotacją Departamentu Śledczego, zalecającą »zmiękczenie« opornego więźnia. W tym celu oddano go w ręce doświadczonego oprawcy, Hoffmana, skazanego na dożywocie za współpracę z okupantem. (...) Mówiono, że po prostu powiesił go - może z pomocą innego kapusia - Hoffman".
    Płk Lipiński spoczął na cmentarzu nieopodal wronieckiego więzienia. Obok znajdują się groby innych więźniów.

    MIELI SYPAĆ

    Władysław Minkiewicz: "Miałem wiele szczęścia, bo w mojej [celi - red.] zastałem wyjątkowo dobrych kolegów i ani jednego kapusia. W celi o rozmiarach podobnych jak na mokotowskiej »dziesiątce«, ale niestety bez klozetu, tylko z kiblem, jak na »jedenastce«, siedziało nas pięciu. (...) Po wzajemnej prezentacji każdy z nas opowiedział pokrótce swoje więzienne dzieje. Zaczęło się ode mnie, gdyż musiałem dodatkowo przedstawić ówczesną sytuację na Mokotowie, a ponieważ ze względu na dwie rozprawy siedziałem na »ogólniaku« wyjątkowo długo i miałem możność poznać wielu ludzi, koledzy zasypywali mnie pytaniami o przyjaciół i znajomych, bo chyba wszyscy przeszli przez mokotowskie więzienie. Z kolei oni opisali mi dokładnie warunki we Wronkach, które na szczęście uległy ostatnio dość znacznej poprawie. Przede wszystkim zaniechano już dodatkowych przesłuchań więźniów przez władze nielubianych. Prowadzili je, na rozkaz naczelnika więzienia lub »speca«, więźniowie-kapusie, odznaczający się brutalnością i okrucieństwem. Niewątpliwie działo się to z inicjatywy departamentu śledczego, który liczył, że więźniowie karni, mając przed sobą perspektywę długoletnich szykan, a nawet tortur, załamią się i wreszcie zaczną sypać. Znacznie rzadziej wzywano teraz więźniów do »speca«, który najczęściej starał się zjednać sobie nowych kapusiów albo przynajmniej dowiedzieć się ogólnikowo, jakie są nastroje w więzieniu. Jednakże nadal stosowano dawne, wypróbowane kary, jak na przykład tzw. żabki, polegające na niezwykle uciążliwym skakaniu w przysiadzie po więziennej galeryjce oraz »pojedynki«, czyli lokowanie więźnia w oddzielnym pawilonie w pojedynczej celi na kilka miesięcy, bez książek i gazet, bez prawa pisania i otrzymywania listów i bez prawa widzeń".
    W "pojedynce" siedział np. ppłk Stanisław Karolkiewicz, obecny prezes Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Ci z "pojedynek" i ci z tzw. ogólniaka spotykali się w "klatkach" - umieszczonych na więziennym dziedzińcu boksach, gdzie jednocześnie mogło spacerować tylko kilka osób.
    Codzienny, kilkunastominutowy spacer był właściwie jedyną atrakcją monotonnych dni.

    PRAWDZIWE SZCZĘŚCIE

    Mieczysław Malczyk, który jako dziewiętnastolatek trafił do Wronek za działalność niepodległościową, opowiada: - Aby zająć czymś myśli, nie otępieć, uczyliśmy się - tego, czego zdążyliśmy się nauczyć na wolności. Ja uczyłem innych historii. Ponieważ nie wolno nam było mieć ani papieru, ani ołówków, polaliśmy szuflę do śmieci resztkami tłuszczu z jedzenia i posypaliśmy kredą. Dostrzegł to oddziałowy, i choć nie dowiedział się, co knujemy, ukarał jednego z nas 24-godzinnym karcerem. We Wronkach była to niewielka komórka pod schodami, wypełniona wodą. Niezależnie od pory roku więźniowie stali tam nago, przy otwartym oknie.
    Powszechnie znaną osobą był ksiądz Jan Stępień, więzienny bibliotekarz, (wcześniej kapelan AK i działacz narodowy), który dostarczał współwięźniom książki. W piekle odosobnienia było to prawdziwe szczęście.
    Po wyjściu na wolność więźniowie nie mogli znaleźć pracy. Ludzi z przeszłością nikt nie chciał zatrudniać. Syndrom więzienny i ubecka inwigilacja dawały o sobie znać jeszcze przez wiele lat, nawet na początku lat 90.

    Tadeusz M. Płużański


    Komentarz (0)

    Warszawski kabaret biuralistyczny, czyli jak skuteczny jest PiS-owski "pijar" Wysłane poniedziałek, 2, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Jak wieści dzisiejsze "Życie Warszawy": "Prezydent Lech Kaczyński zwolnił 1170 spośród sześciu tysięcy urzędników samorządowych. Większość z nich zasiliła właśnie i tak dużą armię bezrobotnych" - użala się natychmiast nad nieszczęsnymi zarękawkowcami niepodpisany, a więc anonimowy, żurnalista.

    O wypłacanych pensjach z naszych podatniczych portfeli dla pozostałych biurokratów wspomina z żałością: "Obniżka wynagrodzenia waha się od 500 zł do nawet 1,2 tys. zł"!
    Ponieważ coś nie coś wiem o zapatrywaniach politycznych kierownictwa tej najstarszej stołecznej gazety - nie dziwi mnie zamieszczony kąśliwy, ale prawdziwy komentarz w artykule: "Prawo pozwala prezydentowi na pełną dowolność w zatrudnianiu urzędników. Dotąd przyjął on do pracy ponad 400 nowych osób. Sporo z nich, to znajomi i rodziny członków PiS".
    A więc mamy już tylko mniej niż 770 zwolnionych etatów w wyniku realizacji wyborczych obietnic obecnego prezydenta z centroprawicowego ugrupowania.
    Tekst w dalszej części zaczyna się robić dość patetyczny w swoim lamencie nad redukcją obciążenia stołecznych podatników: "Są wśród nich [zwolnionych - ASME] samotne matki, sporo osób po 45. roku życia (choć prezydent obiecał, że weźmie ich pod specjalną ochronę), jest też małżeństwo urzędników, które straciło pracę". Przyznacie Państwo, że to smutne, a może nawet - domyślając się, że tyle lat spędzonych na wycieraniu biurecznych siedlisk zapewne pozbawiło w stopniu znaczącym reprezentantów "elektoratu »ezelde«" i śmietnikowej Mumii Od Wolności umiejętności przetrwania na rynku pracy, który wymaga przynajmniej minimum umiejętności przystosowawczych i przeciętnego - ale współcześnie! - zasobu wiedzy... - to nawet może być dość niebezpieczna dla tak dotąd bezpiecznej egzystencji sytuacja życiowa. Co to się w tej naszej Warszawie porobiło! Żeby taki zwykły urzędnik musiał się czuć lekko zaniepokojony, jeśli dochodzi do wymiany aparatu u żłobu.
    Ale! Nie jest jednak tak źle u prezydenta Kaczyńskiego! Jest to miłościwie panujący i umiejący się wczuć w nastroje „elektoratu”, który może się w przyszłości jednak odwdzięczyć za wykazanie zrozumienia dla ciężkiej doli urzędniczej. A więc w dalszej części tekstu czytamy już jakże uspokajające słowa pocieszenia: "Zwolnieni mają jednak nadzieję, że uda im się wrócić do pracy. Prezydent Lech Kaczyński powołał specjalną komisję, która przyjmuje od zwolnionych podania o zatrudnienie. Dotąd nazbierała ich ok. 800. Przyjmuje je jeszcze do 13 czerwca. Członkowie komisji mają szczegółowo przeanalizować teczki personalne byłych urzędników, zbadać ich sytuację rodzinną. Władze miasta przewidują, że po szczegółowej weryfikacji uda się przyjąć do pracy jeszcze ok. 400 osób".

    I wszystko będzie znowu piękne i na nowo - po staremu.
    Ale "markietingowcy" polityczni w PiS-i, inaczej też zwani w kręgach poprawnych politycznie "pijarowcami" - będą mogli przepojeni poczuciem dobrze spełnionego obowiązku udać się do miejskiej kasy po wypłatę swojej doli za oczekiwany po nich służbę "w dziedzinie informowania społeczności stołecznej" o reformach tego centroprawicowego przyszłego kandydata na stolec w Pałacu Namiestnikowskim.
    Najbardziej rozczulający jest podtytuł tego artykułu: "Od dzisiaj znacznie mniej urzędników ".
    Prawda?


    Komentarz (0)

    Poczytaj Mamie o SLD:
    Bandyci są jednak w młodzieżówkach SLD
    Wysłane niedziela, 1, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Jako istotnie natychmiastową reakcję na incydent pobicia fotoreportera tygodnika "Newsweek" można ocenić żądania tow. premiera obecnego Muellera L. (pisownia europejska nazwiska), by zostali usunięci z jego partii. Widać tow. premier docenił fakt, że młodzi lewaccy siepacze nie popisali się bystrością oceny sytuacji i spartolili robotę, nie czekając na rozwianie się dymów spalinowych silników odlatującego samolotu Air Force One z Prezydentem USA Georgem W. Bushem na pokładzie. Tak samo natychmiast reprezentanci młodzieżówek lewaków polskich, czyli SMLD i SML usunęli swoich skompromitowanych młodocianych kamratów ze swych świetlanych szeregów, ale tak się ciekawie złożyło, że ponoć można oglądać jeszcze - w czasie emisji materiałów propagandowych w państwowych kanałach telewizyjnych, gdzie są edytowane klipy przedreferendalne z udziałem owych lewackich chuliganów... Ich ksywki partyjne brzmią ponoć "Emil" i "Milimetr" - jak podaje Agencja Prasowa w swej relacji z dnia 1 czerwca 2003 r.
    Jak się wszyscy znawcy polskiej sceny politykierskiej domyślają - do udziału w nagraniu takiego materiału propagandowego brano jednak nie byle kogo - ale samych "chwatów i tuzów yntelektu" lewackiej młodzieży, a więc jeszcze przez tydzień będziemy nagabywani w tych spotach reklamiarskich do Anszlusu Rzeczypospolitej przez Unię Europejską, jak ją kochają nazywać wyznawcy eurosocjalizmu w wydaniu Związku Socjalistycznych Republik Europejskich - przez typowych, ale jednocześnie prominentnych chuliganów z lewej strony polskiej realpolitik.
    Proszę więc tych nielicznych widzów europropagandowej sieczki w wydaniu Sojuszu Młodej Lewicy Demokratycznej i Sojuszu Młodej Lewicy w stacjach państwowej, reżimowej TV - by się dokładnie tym razem przyglądali, KTO to ich tak ładnie i zgrabnie namawia do "cywilizacji europejskiej".

    Ta sprawa ma oczywiście głębszy podtekst niż wymiar dotyczący jakiegoś tam "kacyka mazowieckiego", na którego od tej chwili będą zwalana wszystkie możliwe i niemożliwe brudy cały czas do tej pory skrzętnie skrywane w SLD-owskich kazamatach.

    To jest kwintesencja myślenia, zachowania i czynów PZPR-erii obecnie przemalowanej w barwy SLD - i ich następców, najczęściej wywodzących się z kręgów rodzinnych. Ze świadomością istnienia takich problemów również w przyszłości będzie trzeba życ w naszym kraju.
    A inne relacje z tego zwyczajengo dla całej lewicy zachowania w walce politycznej możńa przeczytać np. w serwisach informacyjnych portali Wirtualnej Polski czy Onet.pl z dnia dzisiejszego.


    Komentarz (1)