sierpnia 10, 2006 - sierpnia 28, 2006

Przed pokoleniem JP II było pokolenie 1966 - pokolenie wychowanków księdza Prymasa Tysiąclecia - wywiad z Antonim Zambrowskim przeprowadzony przez niezależnego publicystę Piotra Semkę Wysłane poniedziałek, 28, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Z Antonim Zambrowskim, działaczem opozycji antykomunistycznej rozmawia Piotr Semka.


W sekwencji dat wyznaczającej rytm oporu Polaków wobec komunistycznej władzy zwyczajowo wymienia się rok 1956, 1968, 1976, 1980 i wreszcie okres stanu wojennego. Już w 1981 roku w czasie karnawału "Solidarności" wskazywałeś, że zapomina się o roku 1966. Roku Millenium chrztu Polski obchodzonego pod wodzą księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego.
- To prawda, boli mnie zapominanie o 1966 roku, gdyż wtedy doszło do brzemiennej w skutki konfrontacji pomiędzy władcami PRL a polskim społeczeństwem. Komunistycznym władcom rzucił rękawicę cały naród, gromadzący się setkami tysięcy wiernych na trasie okolicznościowych mszy odprawianych przez księdza Prymasa oraz na szlaku peregrynacji Obrazu jasnogórskiej Maryi.

Czym był dla ciebie rok 1966?
- Był to rok przełomu w moim życiu. Zetknąłem się twarzą w twarz z zakłamaniem i brutalnością ówczesnej władzy komunistycznej i to zapoczątkowało mą wewnętrzną ewolucję, która ostatecznie zaprowadziła mnie do wiary.

Jesteś synem rodziców komunistycznych, nie miałeś więc chyba wiele okazji do zetknięcia się z religią?
- Urodziłem się w Warszawie, ale już jako niemowlę trafiłem do Moskwy, gdzie moja matka podjęła studia na uczelni. Zarówno w przedszkolu, jak i w szkole obowiązywało wychowanie ateistyczne. O wierze w Boga mówiono nam niewiele i w dodatku absurdalne kłamstwa. Był to niewiarygodnie prymitywny ateizm. Uczono nas, że chrześcijanie nie uznają nawet teorii księdza Mikołaja Kopernika, w myśl której to Ziemia obraca się wokół Słońca. Prezentowano chrześcijan jako Ciemnogród, odrzucający współczesną naukę o świecie.

Pyt A kiedy zetknąłeś się osobiście z ludźmi wierzącymi?
- W lecie 1944 roku już po ukończeniu III klasy sowieckiej szkoły w mieście Samara, które nosiło wówczas bolszewicką nazwę Kujbyszew, moja matka zabrała mnie do polskiego sierocińca w pobliskim miasteczku Stawropol nad Wołgą. Dziś jest to znany ośrodek przemysłu samochodowego, miasto Togliatti. Polski dom dziecka pierwotnie zorganizowali pełnomocnicy polskiej Ambasady w Kujbyszewie reprezentującej rząd londyński po umowie gen. Władysława Sikorskiego ze Stalinem. Po zerwaniu przez Stalina stosunków dyplomatycznych z rządem polskim Dom Dziecka przejął powołany przez Wandę Wasilewską w porozumieniu ze Stalinem Związek Patriotów Polskich. Moja matka jako polska komunistka została przewodniczącą obwodowego Związku Patriotów Polskich (ZPP) w Kujbyszewie i jej podlegał ów polski sierociniec. Wychowankami domu dziecka były dzieci Polaków, wywiezionych przez NKWD z Kresów Wschodnich 10 lutego 1940 roku. Pomarli oni na "nieludzkiej ziemi" od głodu, pracy ponad ludzkie siły i od tyfusu, zostawiając polskie sieroty. Wychowawczynie nasze również padły ofiarą tej wywózki.
I tu zetknąłem się po raz pierwszy z autentyczną wiarą nie w świecie dorosłych, lecz wśród swych rówieśników. Przedtem na wsi na stepie zawołżańskim znałem rodziców moich kolegów szkolnych, którzy w chałupach mieli ikony prawosławne. Ale dzieci były religijnie obojętne, być może ze względu na sowieckie realia. Tu wszyscy moi koledzy byli wierzącymi w Boga. W mojej grupie odpowiadającej IV oddziałowi szkoły podstawowej wychowankami byli chłopcy 13-14 letni, wskutek swych przeżyć ponad wiek dojrzali. Pod ich wpływem bardzo szybko nawróciłem się na katolicyzm, zaś mój sowiecki ateizm szybko wyparował. Nawracanie odbywało się w ramach prywatnych rozmów kilku starszych ode mnie kolegów z mojej grupy. W sierocińcu ze zrozumiałych powodów nie było zbiorowych modłów, zamiast tego na wieczornym apelu śpiewaliśmy Rotę: "Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród". Ze słowami: "Tak nam dopomóż Bóg". Natomiast w imię tradycji obchodziliśmy święta Bożego Narodzenia oraz Wielkiej Nocy. Na Boże Narodzenie wraz ze wszystkimi śpiewałem polskie kolędy. Wcześniej, bo w lecie, już po wyjeździe mojej matki, zostałem ochrzczony z wody w naszym stawie przez kąpiących się kolegów. Najpierw wywrócono mnie wraz z tratwą, na której płynąłem, do wody, a potem na brzegu polano wodą i ochrzczono. Może koledzy zrobili to dla żartu, ale ja potraktowałem to na serio. Odtąd czułem się katolikiem

A kiedy wróciłeś do Polski?
- Już w maju 1945 wróciłem do babci i ciotki w Kujbyszewie, gdyż matka była już wraz z ojcem najpierw w Lublinie, a później w Warszawie. Wraz z babcią i ciotką oraz rodzeństwem wróciliśmy w maju do Warszawy. W ten sposób na wiele lat straciłem kontakt z mymi kolegami z sierocińca. Dopiero w Polsce niepodległej udało mi się ich odnaleźć. Przez długi czas miałem też, ku utrapieniu mojej matki, problemy z wiarą w Boga.
Do warszawskiej szkoły zostałem przez matkę zapisany jako bezwyznaniowiec, lecz mimo to brałem udział w modlitwie jaką rozpoczynano zajęcia szkolne.
Zostawałem też na lekcjach religii. Gdy do naszej klasy trafił Włodek Wieczorek (syn zabitego w obozie w Oświęcimiu znanego działacza komunistycznego z Górnego Śląska Józefa Wieczorka), którego zdążyłem poznać podczas wakacji, i zobaczył mnie czyniącego znak krzyża podczas modlitwy porannej, przeżył szok. Ja z kolei przestraszyłem się, że o mych praktykach religijnych dowiedzą się od niego moi rodzice. Byłem w kropce. Zostałem zmuszony do przerwania praktyk religijnych w szkole.
Wskutek coraz pogłębiającej się przyjaźni z Włodkiem Wieczorkiem ponownie dostałem się pod wpływy ideologii komunistycznej. Dla takiego małego chłopca, jakim wtedy byłem, konflikt ideowy z rodzicami-komunistami był zbyt trudny do udźwignięcia. W imię lojalności wobec rodziców popadłem w rozdźwięk ideowy ze swym katolickim otoczeniem w szkole. Ale moi koledzy na podwórku były dziećmi działaczy PPR, ponieważ mieszkałem wtedy w domu Wedla przy ul. Puławskiej 24 i 26, przejętym po wojnie przez KC PPR. Niektórzy z nich jak synowie Hilarego Chełchowskiego Jurek i Karol chodzili w naszej szkole na lekcje religii, ale na podwórku byli dziećmi komunistów. Wraz z Włodkiem Wieczorkiem i moimi kolegami z klatki schodowej braćmi Chełchowskimi trafiłem na jesieni 1947 roku do terenowego koła Związku Walki Młodych przy Zarządzie Dzielnicowym ZWM. Była to młodzieżowa organizacja komunistycznej, jak wiadomo, PPR. Było to koło młodzików, gdyż nie mieliśmy jeszcze 16 lat. Na lekcjach religii już nie zostawałem, choć nieco wcześniej na rozpoczęcie roku szkolnego w klasie VII nowy ksiądz katecheta proponował nam uczęszczanie na nie. Gdybym był sam, byłbym skorzystał z zaproszenia, ale Włodek odpowiedział arogancko, że jesteśmy już wystarczająco uświadomieni. Później dołączyli do nas inni koledzy - ateiści. Gdy po VIII klasie przeniesiono nas do Liceum im. Tadeusza Reytana na Rakowieckiej, gdzie również była religia, w naszej klasie z religii urywało się na pączki już dość spore grono chłopców. Mój ateizm jeszcze się pogłębił, gdy pod wpływem ojca zacząłem z zapałem studiować dzieła klasyków marksizmu.
Po maturze skierowano mnie na studia ekonomiczne w Moskwie na Uniwersytecie im. Łomonosowa. Z mojej dawnej wiary został jedynie ślad w postaci polewania polskich i niemieckich kolegów w akademiku wodą w lany poniedziałek wielkanocny i czasami głośne odmawianie modlitwy przed stresującym egzaminem, traktowane raczej jako zabieg magiczny. Uczelnię ukończyłem z wyróżnieniem, więc może i modlitwy pomogły. Do kraju wróciłem na stałe w roku 1956 już po wypadkach poznańskich.

Jest rok 1956. Uczestniczysz w wielotysięcznym wiecu Władysława Gomulki na placu Defilad w Warszawie 23 października. Po wiecu grupa młodzieży dotarła pod gmach KC PZPR z okrzykiem: "Uwolnić Prymasa!". Według jednej z relacji twój ojciec - ówczesny członek Biura Politycznego oraz sekretarz KC Partii, zawołał do okna Gomułkę i pokazał mu ten tłum. Roman Zambrowski przekonał Gomułkę, że trzeba natychmiast wysłać samochód po Prymasa i przywieźć go z miejsca internowania w Komańczy do Warszawy.
- Pamiętam tę demonstracje. Milicja zniknęła z ulic, a wiele grup ludzi, głównie młodych, po wiecu chodziła z biało-czerwonymi flagami po Warszawie, skandując różne hasła, m.in. "Wyszyński - do Biura Politycznego!". Były też hasła: "Rokossowski do Moskwy" oraz "Spychalski marszałkiem". W ten sposób wymuszono na Gomułce ważne decyzje personalne. Hasła o prymasie Wyszyńskim były najbardziej brzemienne w skutki.

Czy to był żart?
- Nie żart, lecz całkiem serio. Jest to przykład, jak w ówczesnym myśleniu mieszała się świadomość kierowniczej roli Partii w państwie z uznaniem dla księdza Prymasa. Na własne uszy słyszałem na wiecu studentów w Politechnice, jak wychowani w PRL młodzi ludzie domagali się więcej praw dla większości katolickiej w Polsce.

Czy ten argument jakoś utkwił ci w pamięci?
- W tym czasie podjąłem pracę w Zakładach Wytwórczych Urządzeń Telefonicznych "Komuna Paryska" na Kamionku w Warszawie. Tam ku swemu zdumieniu odkryłem, że prawie wszyscy robotnicy, w tym wielu członków Partii - to ludzie wierzący. Pozostałem ateistą, ale w pisanych przez mnie dokumentach Rewolucyjnego Związku Młodzieży, założonego przez nas na gruzach poststalinowskiego ZMP, akcentowałem prawa wierzących do wyznawania swej wiary. Gdy dyrektor naszej fabryki, tow. Józef Zweben podczas wizytacji mego działu zauważył wiszący na ścianie krzyż i polecił mi, bym go zdjął, nie ruszyłem się z miejsca. Krzyż ochoczo zdjął kolega z działu, zapewne praktykujący katolik.
Ważnym przełomem w mym stosunku do katolicyzmu stał się jednak związek z mą przyszłą ślubną żoną Teresą, którą poznałem w 1960 roku w Centralnym Ośrodku Kadr Kierowniczych. Była ona dawną bielanką, zaś jej rodzice byli ludźmi głęboko religijnymi. Teść był cieślą z zawodu, zaś teściowa prostą, ale życiowo mądrą kobietą, choć pochodziła ze wsi i ukończyła zaledwie kilka klas szkoły podstawowej. Ona mi zwróciła uwagę na zakłócanie przez władze masowych imprez religijnych w jej mieście Żyrardowie. Już wcześniej starsi ode mnie koledzy w pracy, jak mój szef w Branżowym Ośrodku Normowania Pracy przy ZWUT, mgr inż. Mieczysław Smakuszewski, zwracali mi uwagę na utrudnianie praktyk religijnych w PRL. Pan Smakuszewski opowiedział mi o wysłaniu ZOMO przeciwko gruźlikom w sanatorium im. Feliksa Dzierżyńskiego już po Październiku 1956 roku. Dokładniej mówiąc, po Październiku 56 zamieniono świetlicę w sanatorium na kaplicę katolicką, zaś po zamknięciu tygodnika "Po prostu" na jesieni 1957 chciano zabrać kaplicę pod pozorem wygospodarowania jeszcze jednej sali dla chorych. Gdy wierni bronili kaplicy, potraktowano ich, nie zważając na ich chorobę, gumowymi pałami i gazem łzawiącym. Byłem wstrząśnięty takim traktowaniem ludzi w imię wdrażania ateizmu. Bardzo często w dyskusjach w miejscu broniłem stanowiska Partii wobec kolegów z pracy, często znacznie starszych ode mnie, ale ich argumenty docierały do mnie i za jakiś czas zakiełkowały.

Wchodziłeś w coraz większy konflikt z Partią?
- Istotnie od Października 1956 roku, a zwłaszcza od rewolucji węgierskiej przewartościowałem swój stosunek do komunizmu, odrzucając zdecydowanie stalinizm. Później zafascynowało mnie stanowisko Związku Komunistów Jugosławii, zawarte w ich nowym programie partyjnym, który wywołał ataki Kremla jako rewizjonistyczny. Na sprzyjający grunt padły również poglądy eurokomunistów o dialogu marksizmu z katolicyzmem. Miałem na Grochowie konflikty z władzami partyjnymi w zakładzie i w Komitecie Dzielnicowym, ale bronili mnie moi koledzy z ZMS oraz szeregowi członkowie Partii, którzy na zebraniu wyborczym z sali wysunęli mą kandydaturę do Komitetu Zakładowego PZPR przy ZWUT. Niestety, byłem w nim osamotniony. Później w CODKK zostałem w ramach inicjatywy oddolnej wybrany na II sekretarza POP obok doktora Jana Rosnera jako I sekretarza POP. Jako zwolennik rotacji kadr kierowniczych, głoszonej w Jugosławii, ustąpiłem z tego stanowiska po upływie mej kadencji, pociągając za sobą również doktora J. Rosnera. Miałem po tym konflikt z naszym ministrem Aleksandrem Burskim - kolegą gen. Moczara z partyzantki AL, który na wieść o ustąpieniu mego ojca w znak protestu przeciwko odchodzeniu Gomułki od programu Października '56 z Biura Politycznego KC oraz sekretariatu KC, natychmiast uderzył we mnie, konfiskując mój artykuł wstępny do Biuletynu CODKK o święcie 1 maja. Zawiesił mnie też w prawie prowadzenia kursów dla szkolonych przez nas kursantów. Skorzystałem z tego, że na wydziale ekonomicznym Uniwersytetu Warszawskiego zwolnił się etat starszego asystenta i przeniosłem się tam, ucierając nosa ministrowi. W tym czasie byłem już doktorantem prof. Włodzimierza Brusa, który promował w obozie socjalistycznym mechanizm rynkowy w ramach gospodarki planowej. Pisałem u niego pracę o przeciętnej stopie zysku w przedsiębiorstwach państwowych jako mierniku sprawności przedsiębiorstwa.

Żeglujesz ku kłopotom i statusowi partyjnego rewizjonisty.
- Uniwersytet Warszawski był wtedy oazą wolności w obliczu gomułkowskiej normalizacji. Jeszcze działa Klub Dyskusyjny ZMS, w którym rej wodzą Jacek Kuroń oraz Karol Modzelewski. Później władze zamykają klub, więc Jacek i Karol zaczynają spotkania dyskusyjne w mieszkaniach prywatnych. Również w moim. Ale natychmiast ujawniają się różnice zdań. Wobec tego dyskusje nad projektem Manifestu Rewolucyjnego odbywają się poza moim udziałem. Gdy po nalocie SB na mieszkanie mego kolegi z wydziału ekonomii Staszka Gomułki zaczyna się afera z tym manifestem, na zebraniu partyjnym bronię ich prawa do dyskusji, ale odcinam się od ich nazbyt rewolucyjnych poglądów. Podobnie się dzieje, gdy Karol Modzelewski pisze "List otwarty do Partii", w wyniku czego Karol i Jacek idą siedzieć. Solidaryzuję się z nimi, ale odcinam się od jego zawartości. Podnoszę w swych wystąpieniach wobec zaufanych kolegów, że w "Liście" Kuronia i Modzelewskiego nie ma problematyki suwerenności Polski wobec Kremla ani sprawy wolności religii. Ale zbieram pieniądze na pomoc dla rodzin uwięzionych kolegów.

Niedługo potem zaczął się konflikt władz z Prymasem.
- Ten konflikt narodził się z prowokacji, którą przygotował protegowany Gomułki, a zarazem jego cichy rywal, gen. Mieczysław Moczar, czyli Nikołaj Tichonowicz Diomko. Usiłował on od pewnego czasu wpakować swego partyjnego szefa w tarapaty, być może w porozumieniu ze swymi zwierzchnikami z siedziby KGB na Łubiance.

Jak skonstruowana była ta intryga?
- Gdy w 1965 w trakcie Soboru Watykańskiego II ksiądz Prymas Wyszyński wysyła do wielu episkopatów listy z zaproszeniem na uroczyste obchody Millenium chrześcijaństwa w Polsce, wyłania się kwestia zaproszenia biskupów niemieckich. Ponieważ ks. Prymas zamierza zaprosić na obchody milenijne również biskupów z obydwu państw niemieckich, powstaje pomysł listu do nich omawiającego stosunki polsko-niemieckie na przestrzeni dziejów. List napisany pierwotnie przez księdza arcybiskupa wrocławskiego Bolesława Kominka ma zawierać słowa w duchu Ewangelii: "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Ks. Prymas Stefan Wyszyński zdaje sobie sprawę z delikatności podjętej misji ze względu na wagę tej problematyki dla stosunków międzypaństwowych. Postanawia więc w sposób konfidencjonalny powiadomić o projekcie listu władze państwowo-partyjne. Jako pośrednik zostaje wykorzystany korespondent PAP w Rzymie, red. Ignacy Krasicki, znany jako człowiek gen. Moczara, który wkrótce powiadamia księdza Prymasa, iż list nie budzi żadnych zastrzeżeń ze strony władz.
Tymczasem było to kłamstwo. Gdy Moczar otrzymał od red. Krasickiego projekt listu, postanowił nie powiadamiać o nim Gomułkę. Wiedział, że gdy Wiesław dowie się o nim już post factum, to wpadnie w gniew. Uzna, że ksiądz Prymas prowadzi jakieś gry poza jego plecami na forum międzynarodowym. Gen. Moczar dostrzega tu sposobność do wpakowania Gomułki w konfrontację z Kościołem i uznaje, że będzie to korzystne dla podważenia pozycji Szefa.
W tym samym czasie spotkałem Włodka Wieczorka - mego kolegę z lat szkolnych oraz ze studiów w Moskwie, który pracował w MSZ. Od niego dowiedziałem się, że polscy dyplomaci wiążą z listem biskupów duże nadzieje na poprawę w stosunkach PRL z RFN.
Ale gdy list został ogłoszony, zaskoczony tym tow. Wiesław wpadł w szał, gdyż sądził, iż ks. Prymas świadomie go o niczym nie poinformował. Pamiętam, jak Wiesław z pianą na ustach krzyczał z trybuny: "kto upoważnił kardynała Wyszyńskiego do prowadzenia polityki zastrzeżonej do kompetencji państwa?!". Tak rozpoczęła się wojna Partii przeciwko Kościołowi.
Propaganda partyjna atakowała z wyjątkową zajadłością księdza Prymasa, licząc na zachowane wciąż po wojnie z Niemcami resentymenty antyniemieckie. i dzięki temu na poparcie społeczne przeciwko Kościołowi. Jednocześnie nie chce zamieścić treści listu Episkopatu, obawiając się jego oddziaływania na wiernych. Jest to typowa dla neostalinowców gra do jednej bramki. Byłem tym oburzony. Tym bardziej, że usłyszałem treść listu dzięki audycjom Radia Wolna Europa z Monachium. Byłem poruszony mądrością tego listu. Oczywiście nie było mowy o braku patriotyzmu ze strony Episkopatu. W liście zawarte były wszystkie argumenty przemawiające za Polską, ale i było dostrzeganie cierpień niemieckich przesiedleńców wypędzonych z ziem ojczystych. Stąd te słowa: wybaczamy i prosimy o wybaczenie.
W marcu 1966 roku odbyło się na naszym wydziale otwarte zebranie partyjne poświęcone stosunkom państwa z Kościołem. Ponieważ wzywano do szczerych wypowiedzi, zabrałem głos i skrytykowałem politykę Partii wobec wiernych.

O czym mówiłeś?
- Nie odważyłem się bronić księdza Prymasa, bo by mnie zawieźli natychmiast do "czubków". Wskazywałem, jak Partia odtrąca ludzi wierzących, czyli swój elektorat - robotników i chłopów. Mówiłem o pacyfikacji gruźlików w sanatorium w Otwocku pałami i gazem, o rozruchach w Przemyślu po zamknięciu szkoły organistów i o walkach o krzyż w Nowej Hucie. Użyłem słowa Kulturkampf, które się aż prosiło, by je wymienić. Ostrzegałem Partię, że wojna z Kościołem w katolickim kraju, to dla niej samobójstwo. W odpowiedzi rozpoczęto procedurę zmuszania mnie w iście stalinowskim stylu, bym cofnął swoje słowa i złożył samokrytykę.

Jaki wniosek wyciągnąłeś z tych wydarzeń?
- Wraz z kolegami założyliśmy tajne kółko dyskusyjne, odrębne od zwolenników Kuronia i Modzelewskiego, kierowanych pod ich nieobecność przez Adama Michnika, a zwanych "komandosami" od desantów na zebrania partyjne i ZMS-owskie. Spotykaliśmy się początkowo w garsonierze Bernarda (dziś Bolesława) Tejkowskiego na ul. Hożej, a następnie po zerwaniu z nim w mieszkaniu socjologa Waldemara Siemińskiego. Utrzymując ożywione stosunki towarzyskie z "komandosami", wypracowaliśmy odrębną platformę ideową, akcentując sprawę suwerenności Polski oraz konieczność obrony praw Kościoła. Dlatego "komandosi" nazywali nasze kółko "bogoojczyźnianym". Spotykali się w nim na dyskusjach politycznych pracownicy naukowi oraz studenci z Uniwersytetu Warszawskiego oraz Łódzkiego, wśród nich mec. Karol Głogowski, mgr Andrzej Mazur, inż. Jerzy Scheurr, student Włodzimierz Olejnik - wszyscy z Łodzi oraz pracujący lub studiujący w Warszawie Stanisław Gomułka, Marek Kęsy, Józef Stefan Kossecki, Waldemar Kuczyński, Jerzy Robert Nowak, student ekonomii Jarosław Chała-Chaliński i wielu innych. Spośród "komandosów" zawitał do nas raz Józef Dojczgewand, natomiast jako przedstawiciel opozycyjnych katolików student polonistyki UW Józef Maj - dziś ksiądz prałat i proboszcz parafii św. Katarzyny na Służewie. Józefa Maja podejmowałem na spotkaniu dyskusyjnym ja w mym mieszkaniu na Osiedlu Młodych na Grochowie, ponieważ zapraszającemu go Waldemarowi Kuczyńskiemu, koledze Józefa Maja z akademika UW przy ul. Kickiego na Grochowie, bardzo zależało, byśmy podjęli go w mieszkaniu, w którym wisi krzyż. Był to piękny, zakopiański krucyfiks z samą głową Zbawiciela w koronie cierniowej, który przywiozłem jako upominek swojej żonie z wycieczki turystycznej z Amerykanami. W czasie wakacji bowiem dorabiałem do skromnej pensji st. asystenta UW jako pilot "Juventuru". W czerwcu 1966 roku wezwano mnie na posiedzenie Warszawskiej Komisji Kontroli Partyjnej i usunięto z szeregów PZPR. Przedtem kazano mi napisać "Oświadczenie dla WKKP", w którym wyłożyłem swe poglądy. M.in. powtórzyłem swe słowa o Kulturkampfie przeciwko Kościołowi. Odwołałem się do Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej, ale dzięki temu zyskałem jedynie na czasie. Wyrzucono mnie również z pracy na Uniwersytecie Warszawskim, więc starając się o pracę w Instytucie Organizacji Przemysłu Maszynowego, mogłem podać w ankiecie, że jestem członkiem PZPR, dzięki czemu oszukałem dział kadr.

Wiosna 1966 roku to obchody Millenium chrześcijaństwa.
- Gomułka przeciwstawił im obchody tysiąclecia państwa polskiego. Był to czysty absurd, gdyż chrzest Polski zawdzięczamy ówczesnemu władcy Polski Mieszkowi I, który przyjął chrzest wraz ze swym dworem i drużyną. Tam gdzie ks. Prymas odprawiał msze święte w ramach obchodów Millenium chrztu Polski, Gomułka lub jego przyboczni organizowali obchody państwowe. Była to czysta kompromitacja Gomułki i PZPR. Wszystko to transmitowała telewizja państwowa, uświadamiając obywatelom wrogość komunistów wobec Kościoła. Najbardziej skandaliczne były szykany SB wobec peregrynacji kopii Obrazu Matki Bożej z Jasnej Góry. Gdy w czerwcu 1966 roku zaczęły się obchody millenijne w Warszawie, postanowiliśmy z kolegami wziąć w nich czynny udział. Uczestniczyłem w mszach świętych odprawianych przez księdza Prymasa w katedrze św. Jana oraz ks. arcybiskupa Bolesława Kominka w kościele Najświętszego Zbawiciela.

Spotkałeś po raz pierwszy Prymasa. Jakie zrobił na tobie wrażenie?
- Stałem wtedy na ulicy, gdyż w katedrze był straszny ścisk. Słyszałem najpierw głos księdza Prymasa. W pierwszej chwili zwróciłem uwagę na podobieństwo maniery mówienia księdza Prymasa ze sposobem wypowiadania się premiera Józefa Cyrankiewicza, który był czołowym intelektualistą w szeregach partyjnych. Ksiądz Prymas okazał się znakomitym mówcą. Jego poczucie humoru uwidoczniło się, gdy komentował czytanie z Ewangelii o obfitym połowie ryb w miejscu wskazanym przez Pana Jezusa. Ksiądz Prymas apelował do władz partyjnych o porozumienie, wszak starczy ryb i dla nas, i dla towarzyszy. Poza tym cytował młodzieńczy wiersz Juliana Tuwima o Chrystusie. Widać było, że to światły duszpasterz, zupełnie inny niż malowała go partyjna propaganda. .

Aż wreszcie dochodzimy do niedzieli 28 czerwca - kulminacji obchodów milenijnych w Warszawie.
- Ówczesny I sekretarz KW PZPR tow. Stanisław Kociołek (ten przyszły kat Trójmiasta) obiecał tow. Gomułce, że w stolicy klerykałowie nie będą się panoszyć, jak w innych miastach. Toteż zmobilizował aktyw partyjny z centralnych urzędów. Partyjne bojówki blokowały dojście do katedry. Wierni z iście chrześcijańską pokorą musieli znosić ich zaczepki. Ksiądz Prymas w kazaniu wzywał wiernych, by nie dali się sprowokować. Później uświadomiłem sobie, że to jego nauki leżały u podstaw pokojowej taktyki "Solidarności", zwłaszcza w stanie wojennym.

Co się dzieje po mszy?
- Gdy wyszliśmy z katedry, natrafiliśmy na blokującą nam przejście bojówkę partyjną, w której zauważyłem swego kolegę ze studiów w Moskwie. Był to Jurek Pękalski, który dał mi w 1956 roku rekomendację do PZPR. Po dziesięciu latach był sekretarzem organizacji partyjnej w Ministerstwie Handlu Zagranicznego, a mnie właśnie usunięto z szeregów partyjnych. Mijam go tak, by mnie nie rozpoznał. Ludzie idą tłumnie w stronę ul. Miodowej - ku siedzibie księdza Prymasa. Tam ludzka ciżba zatarasowała przejazd. Wierni śpiewają "Apel jasnogórski" oraz katolicką wersję "Roty": "Nie rzucim, Chryste, świątyń Twych". Miodowa od Placu Krasińskich aż do Trasy WZ jest wypełniona tłumem w różnym wieku. Jest dużo młodzieży. W pewnym momencie jakiś ksiądz z kurii toruje drogę autobusom, które stały w zawinionym przez nas korku. Choć ludzie czekali wiele czasu, przyjaźnie machają do nas przez okna. Po pewnym czasie duże grupy wiernych opuszczają nas i maszerują w stronę Krakowskiego Przedmieścia. My jeszcze pozostajemy w głównej masie wiernych. Ale w pewnej chwili duża, pewnie kilkutysięczna grupa młodzieży rusza w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Idziemy z nimi. Na Krakowskim Przedmieściu na chodniku po stronie prawej, czyli zachodniej, olbrzymi tłum wita nas przyjaźnie. Manifestanci zaczynają skandować: "Katolicy, łączcie się!". My proponujemy wersję szerszą: "Łączcie się, Polacy!", którą tłum ochoczo podchwytuje. Koło Domu bez Kantów grupa ZOMO-wców usiłuje rozpędzić nas pałkami. Pochód rozsypuje się i ponownie gromadzi się pod Uniwersytetem. Idziemy dalej. Przy ul. Świętokrzyskiej drogę nam tarasuje ustawione w kilka szeregów ZOMO. Włodek Olejnik, który to obserwował z chodnika Nowego Świata, określił ich jak falangę ciężkozbrojnych hoplitów. Tłum młodzieży zatrzymał się i zaczął skandować w nawiązaniu do słów listu biskupów: "Przebaczamy, przebaczamy". Trwa to chwilę i później przez długie lata wyrzucałem sobie, że nie rzuciłem hasła: "Na kolana i Pod Twoją obronę". (Skorzystałem z tego pomysłu dopiero w czasie stanu wojennego po wyjściu z obozu internowania podczas interwencji ZOMO przy krzyżu kwietnym koło kościoła ss. Wizytek). Nastąpił natychmiastowy atak ZOMO na ludzi, których pałki kładły pokotem. Myśmy uciekli pod kościół św. Krzyża. Część pochodu zawróciła i pomaszerowała ze śpiewem pieśni religijnych chodnikiem po stronie uniwersyteckiej w stronę placu Zamkowego. Do nas, stojących wciąż pod kościołem, dobiegł Marek Kęsy i powiedział, że na Miodowej pod pałacem księdza Prymasa manifestują bojówki partyjne. Pobiegliśmy więc z powrotem na Miodową. Po drodze widziałem następującą scenę: obok manifestantów jechał na motocyklu jakiś młody chłopak i na naszych oczach milicjanci brutalnie wywrócili go i zabrali do swego samochodu, pozostawiając motocykl na pastwę losu. Myśmy biegli na skróty ulicą Kozią i docierając do Miodowej, zobaczyliśmy dużą grupę partyjnych bojówkarzy. Byli to prawie sami mężczyźni w średnim wieku w płaszczach ortalionowych oraz z parasolami. Gdy dobiegliśmy do Pałacu Prymasowskiego, stojący tam młodzi księża oraz zakonnice, niezmiernie poruszeni, opowiadali, że bojówkarze skandowali: "Oddaj marki!" oraz "Do klasztoru!". Marki miały być symbolem zaprzedania interesów narodowych przez księdza Prymasa (za młodu kapelana Armii Krajowej w Kampinosie), zaś klasztor zapowiedzią ponownego internowania. Gdy partyjny pochód wyszedł na Krakowskie Przedmieście, gdzie na chodnikach wciąż stały tłumy gapiów, powitali oni bojówkarzy gwizdami. Wówczas ZOMO rzuciło się na gapiów z pałkami. Gdy wyszliśmy na Krakowskie Przedmieście, było już pusto, zaś ulica była cała zlana wodą z sikawek.

Zmierzałeś ku wierze?
- Jeszcze nie, choć takie właśnie były plany Boże. Kiedy w 1964 roku urodziła mi się córka Milena, moja żona ochrzciła ją w czasie, gdy byłem w delegacji Juventuru. Ale post factum opowiadałem kolegom w pracy, że mam dziecko ochrzczone. Po wyrzuceniu z Partii nie miałem już czego się obawiać, więc w czerwcu 1967 roku wziąłem potajemnie ślub kościelny. By zachować konspirację, żona sprowadziła na tydzień bratanicę z Nowej Huty, aby w czasie ślubu posiedziała z naszą małą córeczką w domu. Przed ślubem ksiądz proboszcz (być może za sprawą teściowej) postawił warunek, że muszę przyjąć chrzest święty. Przyjąłem ten warunek bez wahania. SB po kilku dniach przekazała władzom meldunek o moim ślubie, co nawet tak światły działacz partyjny jak min. Adam Rapacki przyjął z wielkim zgorszeniem. Od niego o sprawie dowiedział się mój ojciec. Na jesieni 1967 roku byłem z żoną i córką w Bułgarii. Tam omal nie utonąłem w Czarnym Morzu i przekrzykując fale, modliłem się, odmawiając: "Pod Twoją obronę". Gdy w styczniu 1968 roku wezwano mnie na przesłuchanie do Pałacu Mostowskich, wychodząc z domu, przeżegnałem się przed naszym krzyżem. Ostatecznie nawróciłem się w więzieniu mokotowskim podczas wydarzeń marcowych. Jak trwoga, to do Boga... Ale moje modły pomogły mi ominąć ubecką pułapkę. SB ośmieszyło się, oskarżając mnie o napisanie wiersza, którego autorem był Jan Kochanowski z Czarnolasu. Po opuszczeniu Zakładu Karnego w Barczewie byłem już człowiekiem wierzącym. Później byłem uczestnikiem Akcji Wiernych "Chrystus w środkach przekazu społecznego", zbierającym wraz z kolegami podpisy pod kościołami pod apelem o mszę świętą w Polskim Radiu i TVP. Ale wcześniej ksiądz Prymas Wyszyński pocałował mego czteroletniego wtedy syna Przemka w czoło po mszy w kościele św. Marcina w intencji śp. Jerzego Zawieyskiego. Wygłosił, patrząc na niego, natchnione kazanie, wzywając: "Dopuście dzieci do Chrystusa. Bo jeśli nie, to kamienie wołać będą!". Później prowadziłem w obozie internowanych w więzieniu w Białołęce modlitwę wiernych przez kratę. Rzuciłem hasło: "Na złość komunie zamienimy więzienie w klasztor". Dzięki temu byłem uczestnikiem delegacji internowanych na spotkaniu z ojcem świętym Janem Pawłem II, którego ucałowałem w pierścień w czasie jego pielgrzymki do kraju w 1983 roku. Wtedy poznałem osobiście księdza Jerzego Popiełuszkę. Odtąd moje życie jest związane z kościołem św. Stanisława Kostki i w ogóle z Kościołem katolickim.

Czy można cię nazwać członkiem "pokolenia 1966 roku"?
- Chyba tak. A raczej pokoleniem wychowanków księdza Prymasa Tysiąclecia. Już po jego śmierci w 1981 roku w podziemnej "S" głosiłem jego idee oporu bez uciekania się do przemocy W świecie są one wiązane z Mahatmą Ghandim, ale w Polsce te idee pochodzące z Ewangelii Chrystusowej głosił ksiądz Prymas Wyszyński. I one zapewniły zwycięstwo "Solidarności" jako masowego ruchu chrześcijańskiego. Pamiętajmy słowa Jana Pawła II, że nie byłoby polskiego papieża w Watykanie bez wielu lat działalności duszpasterskiej księdza Prymasa Wyszyńskiego. Jestem więc wychowankiem jednego i drugiego.

Dziękuję za rozmowę.


Komisja śledcza ds. bankowości będzie najpotężniejszym graczem podczas jesiennych wyborów? - Łukasz Perzyna o rosnącym upolitycznieniu polskich samorządów Wysłane piątek, 25, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Komisja śledcza ds. bankowości będzie najpotężniejszym graczem podczas jesiennych wyborów? - Łukasz Perzyna o rosnącym upolitycznieniu polskich samorządów
Wysłane piątek, 25, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Parlament poprzedniej kadencji przeszedł do historii dzięki bezprecedensowemu spadkowi notowań tej instytucji - to była ta zła strona, dobrą były komisje śledcze. One stały się »demokracją polską w pigułce« - wypromowały nowe gwiazdy polityki posłów Ziobro, Wassermanna, także obecnego wicepremiera Giertycha, także Przemysława Gosiewskiego, który z szarej eminencji Braci Kaczyńskich został szefem Klubu Parlamentarnego PiS, który ma teraz wprowadzać w życie 200 ustaw zapowiadanych przez nową ekipę. - to wszystko było efektem komisji śledczych - miniatury polskiego parlamentu, która była znacznie lepsza od ego całości" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, zwraca uwagę na znaczący wpływ parlamentarnych wydarzeń i instytucji w trakcie najbliższej kampanii wyborczej do samorządów.

W tej kadencji notowania Sejmu są nieco lepsze, choć trudno mówić o skokowej poprawie. Nowi ludzie otrzymali pewien kredyt zaufania. W tym parlamencie jest tylko jednak komisja śledcza - ds. bankowości. Jej materia jest niewspółmierna z pracami poprzedników. Komisja ds. afery Rywin - Miller - Michnik badała sprawę jednej tylko tajemnicy PRL - obecna ma za zadanie prześledzić 17 lat arkanów polskiej transformacji ustrojowej. 70% aktywów polskich banków znajduje sie w rękach właścicieli zagranicznych. System bankowy dominuje jedno nazwisko: Leszka Balcerowicza. Zanim został prezesem NBP, wywierał olbrzymi wpływ na kształt polskiego systemu finansowego jako trzykrotny premier w rządach Tadeusza Mazowieckiego Jana Krzysztofa Bieleckiego oraz Jerzego Buzka. Prace komisji Artura Zawiszy mają się odbywać systemem podobnym do piłkarskiego: sesją jesienną i wiosenną. Na wiosnę ma zostać opublikowany raport komisji o nieprawidłowościach w systemie bankowym. Wszystko jednak będzie odbywać się w trakcie kampanii wyborczej. Zdymisjonowany premier Marcinkiewicz nawoływał, by jego kontrkandydatkę do stolca prezydenckiego w warszawskim ratuszu nie wzywać przed oblicze komisji Zawiszy. Wiadomo, że Artur Zawisza nie był dobrze usposobiony do byłego premiera z własnego obozu. A Polacy - jak widać było to podczas wyników wyborów zeszłorocznych - preferowali demaskatorów z poprzednich komisji śledczych. W dodatku poseł Zawisza jest odbierany publicznie jako członek prospołecznej grupy w PiS. 14 września - gdy Leszek Balcerowicz stanie przed komisją - będzie postrzegany jako obrońca pewnego układu oligarchicznego, związanego z byłymi wielkorządcami PRL, członkami Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
Z drugiej strony - źle się stanie, że prace komisji pokryją się z datą wyborów samorządowych. PiS egzekwuje "prawo większości": przeforsowało "blokowanie list", co ma służyć umocnieniu wpływów tej partii w kolejnym miejscu realnej polityki. Koalicyjne Samoobrona i LPR muszą dostosowywać się do tej strategii. Tow. Andrzej Lepper z b. PZPR wydaje się, że będzie dążył do wzniecenia buntu, bo nie dać się wchłonąć przez główną siłę, co najprawdopodobniej będzie przyszłością Ligi Polskich Rodzin...

Nagranie trwa prawie 18 minut i jest dostępne w Sieci do 8 IX 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Otwarta debata publiczna w Szczecinie: jakiej ordynacji wyborczej potrzebuje Polska? - w zastępstwie odwołanego przesłuchania publicznego w Sejmie - 2 IX 2006 Wysłane piątek, 25, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Szanowni Państwo, Drodzy WoJOWnicy

Wydarzenia w Sejmie związane z forsowaniem nowej ordynacji wyborczej do samorządów odzywają się szerokim echem i wywołują różne uczucia. Głównie, niestety, niesmak i rozgoryczenie. Partie polityczne mają szczególne podejście do samorządu terytorialnego: traktują go jako należny im łup i nie mają zamiaru słuchać kogokolwiek, a problemem jest dla nich tylko stosowny podział tego łupu. Świadczy o tym fakt uniemożliwienia już uchwalonego "wysłuchania publicznego" i inne związane z tym fakty.
W tej sytuacji Prezydent Szczecina postanowił wyjść naprzeciw oczekiwaniom społecznym i przeprowadzić to, co okazało się niemożliwe w Sejmie RP: a mianowicie otwartą debatę publiczną nad tym, jakiej ordynacji wyborczej potrzebuje Polska? Na spotkanie zaprasza wszystkich parlamentarzystów, naszych Patronów Honorowych i wszystkich zainteresowanych.
Debata odbędzie się w sobotę, 2 września, w Auli Uniwersytetu Szczecińskiego, początek o godzinie 11.00. Ostateczne szczegóły informacyjne zostaną mi w najbliższych godzinach przesłane.
Zwracam się z gorącą prośbą do wszystkich WoJOWników o przyjazd do Szczecina i wzięcie udziału w tej debacie.
Ponieważ z takim udziałem wiążą się koszta organizacyjne, które bierze na siebie Prezydent (kawa, herbata etc...), to byłoby miło, gdyby osoby zamierzające wziąć w spotkaniu zechciały poinformować o tym elektronicznie - prezydent@um.szczecin.pl.
Proszę także i zachęcam, aby wszyscy Ci, którzy są z nami w tej wojnie o kształt naszego Państwa, zechcieli przesłać na adres Prezydenta Szczecina (ten sam, co wyżej) dwa słowa poparcia dla Jego inicjatywy. Ja wiem, że to ciężko i skomplikowane, ale to jest naprawdę ważne.

Pozdrawiam serdecznie
Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Sprawiedliwy werdykt wojewody Kozińskiego - ASME z Garwolina Wysłane piątek, 25, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Trzy lata temu Garwolin żył aferą miejskiego zieleniaka.
    Wtedy to, burmistrz Garwolina Tadeusz Mikulski przeprowadził przetarg na dzierżawę zieleniaka, do którego jednocześnie jako prezes stowarzyszenia Wspólnota Powiatowa (rządzącego z SLD i w Garwolinie, i w powiecie garwolińskim) wystawił pełnomocnictwa reprezentowania przedstawicielom WP. Wspólnota Powiatowa przetarg wygrała. Po przetargu na stanowisku prezesa Wspólnoty Powiatowej Tadeusza Mikulskiego zastąpił starosta Stefan Gora, bo inaczej pan Mikulski musiałby podpisać sam ze sobą umowę dzierżawy.
    Opozycyjne centroprawicowe Stowarzyszenie dla Garwolina zażądało wtedy w oparciu o ustawę antykorupcyjną orzeczenia wygaśnięcia mandatu burmistrza. Rządząca w Radzie Miasta koalicja WP-SLD nie zgodziła się na nie, i sprawa trafiła do wojewody mazowieckiego Leszka Mizielińskiego (SLD). I ten nie orzekł wygaśnięcia mandatu burmistrza. Przyczynę uniewinnienia burmistrza może tłumaczyć fakt, że burmistrz był w przeszłości pułkownikiem jednostki wojskowej w Górze Kalwarii i blisko przyjaźni się z Józefem Oleksym.
    Sprawę relacjonowały wtedy: radiowa Jedynka, radio RMF-FM, TV4, "Życie Warszawy", "Gazeta Wyborcza". "Rzeczpospolita" opisała układ lokalnej władzy w moim mieście jako "Garwolińską Republikę Kolesiów".
    W tym roku Stowarzyszenie dla Garwolina złożyło u nowego wojewody apelację w sprawie zieleniaka, i właśnie Tomasz Koziński (PiS) po jej rozpoznaniu rozpoczął procedurę orzeczenia wygaśnięcia mandatu burmistrza Mikulskiego. Prawdopodobnie nim dobiegnie ona końca, burmistrz Mikulski doczeka końca swojej kadencji. Orzeczenie wojewody ma więc znaczenie honorowe, jest jednak sprawiedliwą oceną niesławnego wyczynu i ważnym ostrzeżeniem dla potencjalnych naśladowców burmistrza Tadeusza Mikulskiego.

    Andrzej Dobrowolski, SdG


    Co komu wolno mówić - Krzysztof Mazur Wysłane czwartek, 24, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Niedawna autolustracja Gintera Grassa stworzyła kolejną okazję do zaobserwowania, jak te same wydarzenia mogą być odmiennie interpretowane i wykorzystywane dla doraźnych celów politycznych. W samej sprawie Grassa nie chodzi oczywiście o kilkutygodniową służbę 17-latka w Waffen SS, ale o delikatnie ujmując - spóźnione przyznanie się do owej niechlubnej przeszłości. Oczywiście Ginter Grass jest lewicowcem, w dodatku lewicowcem "postępowym inaczej" nie znalazłby uznania i obrońcy w osobie Adama Michnika, ale nie polecając nikomu naśladownictwa światopoglądu pisarza, nie można nie zauważyć, że Grass zdążył jeszcze za życia wspomnieć o swoim wstydliwym życiowym epizodzie. I fakt ten rzeczywiście pozytywnie wyróżnia go od większości rodzimych kreatur, uważanych bezpodstawnie za autorytety moralne, którzy nie tylko nie potrafią przyznać się do "chwili słabości" ("chwili", która w przypadku TW "Jankowskiego" trwała 25 lat), ale zaprzeczają oczywistym dowodom, nawet gdy ich autentyczność nie ulega żadnym wątpliwościom.

    Oczywiście motywacje, które kierowały niemieckim pisarzem, są znane chyba jedynie Michnikowi, ale nawet gdyby był to wyłącznie kolejny przejaw koniunkturalizmu, to faktem jest, że trudno uważać Grassa za polakożercę w odróżnieniu od niektórych przedstawiciel Światowego Kongresu Żydów, a jakoś dziwnie łatwo przychodzi naszym czynnikom oficjalnym potępiać Niemca – Grassa, podczas gdy te same czynniki już na samą myśl o jakiejkolwiek krytyce żydowskich naganiaczy dostają drżenia łydek i przejściowej utraty mowy.
    Tymczasem okazuje się, że ów paraliżujący strach przed salonową anatemą jest pewnego rodzaju przejawem nadwrażliwości, wywołanej zapewne długoletnimi rządami mniejszości tak narodowej jak i światopoglądowej, a najlepszym tego dowodem jest niedawny wywiad udzielony "Polityce" przez samego Zbigniewa Brzezińskiego.
    Otóż ten długoletni doradca amerykańskiej administracji, praktycznie druga postać tej administracji za prezydentury Cartera, polityk fetowany niedawno przez samego Adama Michnika, co najmniej kilkakrotnie w rzeczonym wywiadzie stwierdził, że tak wojna w Libanie, jak i atak na Irak oraz inne działania państwa żydowskiego na Bliskim Wschodzie są wprost pochodną interesów Izraela realizowanych dzięki żydowskiemu lobby w Ameryce. Brzeziński już na wstępie wywiadu powiedział bez ogródek, że "przez tę niewyrazistość i przez jednostronną proizraelską postawę Ameryki na całym Bliskim Wschodzie sytuacja zaognia się coraz bardziej", która to teza była następnie co najmniej kilka razy rozwijana i uzupełniana.
    W tym zamieszaniu nie chodzi nawet o prawdziwość takiej oceny sytuacji (zaraz podniosą się głosy - vide felietony p.Kwiecińskiego w "GP", iż Brzeziński zawsze mylił się w ocenie sytuacji politycznej), lecz o fakt, że oto polityk, którego redakcja "Polityki" stawia nawet na trzecim miejscu w poczcie największych Polaków XX w., weryfikuje hipotezy, za które nasz rodzimy "salon", ten sam salon który fetuje Brzezińskiego, stawia wszystkich je wypowiadających do kozy. Co więcej: Brzeziński tezy o proizraelskim lobby i szukaniu pretekstów do wojny z kolejnymi państwami arabskimi określa jako "fakt niewątpliwy i powszechnie znany" W dodatku polityk bez owijania w bawełnę informuje, że wpływy narodowościowych lobby w Stanach Zjednoczonych wynikają wprost z ich materialnego statusu, a nikt przecież nie wątpi, że społeczność żydowska w Ameryce klepie biedę.
    Status ten potwierdzają m.in. wypowiedzi niektórych przedstawicieli szeroko rozumianego show biznesu po niedawnym incydencie z udziałem Mela Gibsona, któremu "po pijaku" zdarzyło się wypowiedzieć kilka myśli, a których z pewnością nie odważyłby się wyartykułować na trzeźwo. W związku z tym, że najwyraźniej do amerykańskich lekarzy nie dotarł jeszcze wynalazek "pomroczności jasnej", dlatego też Gibsonowi nie pozostało nic innego, jak pokajać się za swoje antysemickie uwagi, co oczywiście okazało się wysoce niewystarczającym gestem, gdyż nie znasz gorszej zawziętości niż zawziętość talmudyczna. Jeden z komentatorów pozwolił sobie w związku z tym na uwagę, że czyn Gibsona był wyjątkowo odrażający w kontekście tego, że aktor wszystkie pieniądze zarobił u Żydów, czyli - w domyśle - w amerykańskim przemyśle filmowym. Jak więc widać, to że aktor jechał "na gazie", czyli według polskich standardów był "wariatem drogowym", któremu należałoby skonfiskować samochód, w Ameryce okazało się niegroźną fanaberią - wszak kara za ten czyn, jaką wymierzył sąd, była mało dolegliwa. Prawdziwą zbrodnią okazała się jednakże uczyniona po pijanemu uwaga, uznana za antysemicką, co oznacza, że można chlać, ćpać, udawać kleptomanów, można naśmiewać się z chrześcijaństwa i robić różne nie świństwa - byleby nie uzewnętrzniać swojego niechętnego stosunku do polityki światowego żydostwa. Ale okazuje się, że niektórym wolno mówić to, co myślą, o czym dobitnie świadczy przykład Zbigniewa Brzezińskiego. Pytanie tylko, czy czynnikiem decydującym jest w tym przypadku jego członkostwo, a nawet ojcostwo tzw. Komisji Trójstronnej? Gdyby tak było, to na miejscu Żydów już dzisiaj zastanawiałabym się nad uwagą rabina Moskwy, wypowiedzianą wkrótce po rewolucji, który to rabin obserwując jej pierwsze skutki, miał stwierdzić, że "Troccy robią rewolucje, a płacą Bronsteinowie".

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    OBRONA NIESŁAWY - Antoni Zambrowski Wysłane poniedziałek, 21, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Za każdym razem, gdy czytam teksty w obronie Bolesława Piaseckiego i jego ugody z gen. Iwanem Sjerowem, przypominam sobie wstrząsająca relację mec. Władysława Siły-Nowickiego o wspólnym pobycie w ubeckim lochu z Kazimierzem Pużakiem. Mec. Siła-Nowicki opowiadał to w mojej obecności młodocianym uczestnikom seminarium historycznego, prowadzonego przez prof. Jerzego Łojka w klasztorze ojców paulinów na Nowym Mieście w Warszawie. Kazimierz Pużak - marszałek Rady Jedności Narodowej czyli okupacyjnego parlamentu Polski Podziemnej, został jak wiadomo porwany przez gen. Sjerowa do Moskwy wraz z innymi przywódcami polskimi i tam skazany w głośnym procesie 16 - tu. Po powrocie do Polski trafił ponownie jako przywódca PPS-WRN do lochu UB, gdzie siedział w jednej celi z młodym wówczas Siła-Nowickim. Pewnego razu został wezwany na przesłuchanie, na którym notable z MBP zaproponowali mu napisanie przyjaznego listu do prezydenta Bolesława Bieruta. W nagrodę obiecywali mu wolność. Gdy Kazimierz Pużak odmówił, zaproponowali mu w drodze kompromisu taką samą nagrodę za zwyczajne życzenia noworoczne pomyślności dla tegoż prezydenta Bieruta. Pużak ponownie odmówił i wrócił do celi. Już nie wyszedł z więzienia, gdyż zmarł tragicznie w 1950 roku w Rawiczu. Gdy ktoś ze współwięźniów zauważył, że cena za wolność była taka błaha - zwykłe życzenia noworoczne, Kazimierz Pużak żachnął się i odpowiedział: "Ja miałbym pisać do niego...". Urodzony w 1883 roku Kazimierz Pużak był etnicznym Ukraińcem z Galicji, o czym przypominał nawet jego okupacyjny pseudonim "Bazyli", co jest polską wersją popularnego ukraińskiego imienia Wasyl. Jako Polak zaiste z wyboru daje nam przykład, jak całe swoje długie życie i nawet śmierć można poświęcić służeniu Polsce.

    Bolesław Piasecki, który był rodowitym Polakiem i czynnym narodowcem, miał te same alternatywy wyboru. Mógł z podniesionym czołem umrzeć za Ojczyznę, jak zginęły tysiące bojowników NSZ czy NOW. Gdy siedziałem w gomułkowskim więzieniu w 1968 roku, zetknąłem się z wciąż żywą więzienną legendą o dzielnej postawie młodziutkiego narodowca podczas tzw. kiblowego procesu sądowego w więzieniu mokotowskim. Zwymyślał on sędziego i z satysfakcją otrzymał karę śmierci. Bolesław Piasecki wolał napisać memorandum o tym, że Moskwa dla zniewolenia Polski musi mieć swe dywersyjne organizacje w łonie Kościoła Katolickiego. Gen. Iwan Sierow - osoba odpowiedzialna za los wielu polskich "Sybiraków" deportowanych z Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej po 17 września 1939 roku oraz za porwanie 16 przywódców Polski Podziemnej, co było tylko wierzchołkiem góry lodowej jego zabiegów o zniewolenie Polski, przyjął ze zrozumieniem ofertę. Tak Bolesław Piasecki został człowiekiem gen. Sierowa z NKWD.
    Teraz Bohdan Urbankowski dobiera argumenty uzasadniające ówczesne alternatywy wyboru. Tylko czy są to argumenty prawdziwe?! To, że Roman Dmowski miał przed I wojną światową prorosyjską opcję w przeciwieństwie do opcji antyrosyjskiej Józefa Piłsudskiego nie miało żadnego znaczenia w obliczu sowieckiej okupacji Polski po II z kolei wojnie światowej. Kiedy przywódca ludowców Stanisław Mikołajczyk postanowił sprawdzić prawdomówność Stalina i wartość jego przyrzeczeń o wolnych wyborach w Polsce zawartych w umowie jałtańskiej, jako tzw. niezłomni utworzyli rząd emigracyjny w Londynie właśnie zwolennicy tradycji J. Piłsudskiego z socjalistycznej WRN oraz zwolennicy R. Dmowskiego z obozu narodowego. Nie te podziały miały bowiem wówczas znaczenie.
    Gdy dzisiejsi historycy opisują Stowarzyszenie PAX, często akcentują jego antysemityzm przeniesiony z przedwojennej tradycji ONR Falangi. Tyle że Falanga była antysemicka w opozycji do obozu rządowego i starała się go na swój antysemityzm nawrócić. Była natomiast propolska i prokatolicka. Tego nie sposób jej odmówić. Po wojnie dzięki zdradzie Bolesława Piaseckiego i jego najbliższych współpracowników Stowarzyszenie PAX było narzędziem Moskwy w rozbijaniu spoistości Kościoła Katolickiego oraz w przeciwstawianiu się polskim dążeniom niepodległościowym. I gdy Moskwa tego życzyła, Bolesław Piasecki jadał Żydom z ręki, o czym świadczy wieloletnia współpraca i zażyłość z pułkownikiem bezpieczeństwa Luną Brystigerową. Natomiast podczas każdego z polskich zrywów w latach 1956, 1966, 1968, 1976 Stowarzyszenie PAX było przeciwne dążeniom Polaków. Do Sierpnia 1980 Bolesław Piasecki nie dożył i dzięki temu zobaczyliśmy gwałtowny zwrot w polityce Stowarzyszenia PAX za krótkotrwałych niestety rządów prezesa Ryszarda Reiffa. Wtedy Stowarzyszenie PAX było istotnie polskie i katolickie.

    W 1956 roku Bolesław Piasecki stawiał na promoskiewską i neostalinowską koterię w kierownictwie PZPR zwaną natolińczykami. Po jej spektakularnej klęsce w październiku 1956 Bolesław Piasecki i wraz z nim Stowarzyszenie PAX znaleźli się w trudnej sytuacji. Największą z wielu zdobyczy Października 56 był powrót księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego na stanowisko przewodniczącego Episkopatu Kościoła. Pomocną dłoń wyciągnęli wówczas do Bolesława Piaseckiego jako wroga księdza Prymasa Władysław Gomułka oraz Roman Zambrowski, przyjmując go kolejno w siedzibie Komitetu Centralnego PZPR. Wobec tego supozycje Bohdana Urbankowskiego co do przyczyn ohydnego mordu na 16-letnim Bohdanie Piaseckim są nader bałamutne. Już śródtytuł "Najohydniejsza zbrodnia komunistów" budzi mój sprzeciw. Gdyby chodziło o takie określenie mordu ubowców na małoletnim Romku Strzałkowskim podczas walk w Poznaniu w czerwcu 1956 r. - to istotnie była to jedna z licznych ohydnych zbrodni komunistów. Natomiast o motywach mordu na synu Bolesława Piaseckiego wiemy mało, zaś o mocodawcach morderców jeszcze mniej. Według utrwalonej przeze mnie w telewizji internetowej (www.asme.pl.) relacji Stanisława Gabriela Cichockiego, który osobiście poznał dwóch osobników narodowości żydowskiej, przyznających się do mordu na Bohdanie Piaseckim, to nielegalną ucieczkę z Polski ułatwiły im promoskiewskie ogniwa ubecji. Były to zupełnie inne osoby, niż te, których nazwiska przytacza Bohdan Urbankowski jako osoby podejrzane o udział w mordzie. Jak podaje pan Bohdan, ci wyjechali do Izraela zupełnie legalnie. Różni analitycy w czasach PRL wysuwali różne supozycje w tej sprawie. Były nawet i takie, że syna Piaseckiego polecili zabić jego protektorzy z KGB, aby podbudować mu prestiż polityczny jako ofiary ohydnego mordu żydowskiego. I istotnie wszyscy mu współczuli i nagonka prasowa na PAX i Piaseckiego urwała się natychmiast, jak nożem uciął.
    Co się tyczy motywów wyhamowania śledztwa z obawy o podgrzewanie nastrojów antysemickich w Polsce, to zarówno wymieniony przez pana Bohdana sekretarz KC Jerzy Albrecht, jak i akceptujący jego decyzję Władysław Gomułka oraz Roman Zambrowski zdawali sobie sprawę, iż w owym czasie Polsce brakowało do wszystkich kłopotów jeszcze tylko antysemickiej rozróby wokół sprawy mordu na Bohdanie Piaseckim. Do antysemickiej kampanii w PRL tow. Wiesław, (bądź co bądź mąż Zofii alias Liwy Sztokenówny) dojrzał dopiero po wielu latach w lecie 1967 roku. Stało się tak w kilka lat po ustąpieniu Romana Zambrowskiego oraz kilku innych współpracowników z KC w znak protestu przeciwko odwrotowi tow. Wiesława od Października 1956 .Do ustępstwa tow. Wiesława skłoniła otwarta kampania antysemicka w wojsku organizowana przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego oraz wyraźne sugestie Leonida Brieżniewa.
    W podsumowaniu powiem, że wbrew sugestiom pana Bohdana Bolesław Piasecki nie był ani Konradem Wallenrodem, który - jak wiadomo - był mistrzem Zakonu Krzyżackiego, ani margrabią Wielopolskim, który miał z nadania cesarza Wszechrosji stanowisko namiestnika w Królestwie Polskim. Nie miał więc Bolesław Piasecki odpowiedniej władzy i możliwości działania. Był jedynie wpływowym agentem Kremla z nadania KGB. Porównywanie z wielkim poetą romantycznym Cyprianem Kamilem Norwidem jest również mylące, gdyż Norwid był zwolennikiem działań realistycznych, ale w kierunku niepodległościowym. Bolesław Piasecki działał zaś w kierunku przeciwnym zgodnie z życzeniami swych moskiewskich mocodawców. W jednym się atoli zgadzam z panem Bohdanem: Bolesław Piasecki w pełni zasłużył na niesławę w oczach rodaków. Antoni Zambrowski

    Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska".

    Antoni Zambrowski

    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Organ na Dworze - prof. Jerzy Przystawa Wysłane poniedziałek, 21, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W maju 1989 roku grupa członków NSZZ "S", w tym ponad 40 członków Komisji Krajowej i Prezydium zawiązało w Szczecinie Porozumienie na rzecz Demokratycznych Wyborów w NSZZ "S". Wśród założycieli Porozumienia znaleźli się, między innymi, Władysław Siła-Nowicki, Wiesław Chrzanowski, Antoni Macierewicz i Romuald Szeremietiew. Do stycznia 1990 r. uczestnicy Porozumienia spotykali się ośmiokrotnie w różnych regionach Polski. W grudniu 1989, na propozycję Jerzego Giedroyca, napisałem poniższy artykuł, który miał się ukazać w kolejnym numerze "Kultury". Z powodów, których można się tylko domyślać, tak się nie stało. Artykuł nie był nigdzie opublikowany. Przypominam ten nieznany epizod z historii "Solidarności", bo mówią, że "historia - magistra vitae".




    "Tygodnik Solidarność" ma być (jest) organem prasowym NSZZ "Solidarność". Przynajmniej jest tak od 20. numeru tego pisma, kiedy przejęła je nowa redakcja, na czele z Jarosławem Kaczyńskim. Jak donosi "TS" nr 25. Prezydium KKW przygotowuje właśnie statut "TS", żeby nie było już cienia wątpliwości, kogo i jak reprezentuje to pismo. Poprzednia redakcja gdzieś tam zboczyła z drogi związkowej, podobno "urządzono tam pokaz nielojalności wobec Związku i Lecha Wałęsy" i dlatego musiała zostać wymieniona na nową. Nie wiadomo, na czym to "zboczenie" polegało. Jest to nadal sekret, jeden z wielu, jakie otaczają dzisiaj życie Związku, który na swoich sztandarach, w Statucie i Programie, na czołowym miejscu umieścił JAWNOŚĆ i OTWARTOŚĆ.
    Jarosław Kaczyński utworzył zespół, do którego wprowadził cały szereg świetnych nazwisk, znanych nie tylko z ogromnych umiejętności, ale i z wielkiej osobistej odwagi, związanych z walką o wolność słowa przez cały okres delegalizacji Związku, a nawet przed Sierpniem. Funkcje zastępców naczelnego powierzył Krzysztofowi Czabańskiemu, Jackowi Maziarskiemu i Maciejowi Zaleskiemu; kierownictwo działem politycznym objął Krzysztof Wyszkowski; do zespołu weszli Piotr Wierzbicki i Jadwiga Staniszkis. Wszyscy - dusze rogate, niepokorne, nieuznające świętych krów.
    Istotnie. Pismo natychmiast nabrało rumieńców, wigoru, stało się pismem do czytania. Zapowiada, że od najbliższego numeru zacznie drukować "Diabelską Alternatywę" Forsytha; obok programu TV na 10 dni (!) drukuje eseje polityczne Jadwigi Staniszkis; na jednej stronie sąsiadują Jerzy Surdykowski i Piotr Wierzbicki - czyż wachlarz może być szerszy? Pismo dla każdego członka Związku: od uczonego po sprzątaczkę - "Mein Liebchen, was willst du noch mehr?".
    Już samo postawienie na czele pisma Wielkiego Związkowego Dygnitarza, jednego z najważniejszych ludzi Lecha Wałęsy, powinno rozwiać obawy odnośnie związkowej linii pisma. Tym bardziej, że oświadczył on na samym wstępie: "Chcemy robić pismo otwarte, w którym będzie miejsce dla różnych poglądów i postaw reprezentowanych na równych prawach. Ma to być pismo całej »Solidarności«..." ("TS" nr 20).
    Podobne deklaracje złożyli wszyscy luminarze pisma. Jacek Maziarski, odchodząc z "Ładu": "W imię przyzwoitości, należy przeciwstawić się wpływowym koteriom. »TS« musi zachować związkową tożsamość, nie może stać się tubą żadnej grupy... te zasady nie podlegają żadnej dyskusji"... Piotr Wierzbicki: "Choć będę pisać wcale nie to, co »Solidarność« chciałaby usłyszeć, to mi ona, we własnym interesie, nie zamknie ust. Zrozumiałem, że Wałęsa życzy sobie, żeby »Solidarność« była związkiem wszystkich Polaków. Wszystkich, a nie tylko niektórych. I dlatego zaproszenie przyjąłem". Krzysztof Czabański: "Odpowiada mi wizja pisma otwartego na wszystkie nurty ruchu Solidarność, pisma, które chce mówić wprost o polityce, bez owijania rzeczywistych różnic w gładkie słowa o »świętej opozycyjnej zgodzie«". Czabański zapewnia, że gdyby się mylił, "gdyby miało okazać się, że »TS« ma być pismem posłusznym wobec części działaczy »S«, że nie chodziło o żadne otwarcie, tylko wręcz przeciwnie - o zamknięcie, to... zapewniam, tak jak nie bałem się przyjść do »TS«, mimo silnych nacisków środowiskowych, tak nie będę się bał odejść".
    Krzysztof Wyszkowski nie potrzebował składać deklaracji wierności związkowej. Złożył ją, de facto, już wcześniej, udzielając Krzysztofowi Czabańskiemu odważnego wywiadu dla "Kultury", w którym przenicował "okrągły stół", nie oszczędzając nikogo z "wielkich rozgrywających", bezkompromisowo odsłonił kulisy tej niebywałej, socjotechnicznej rozgrywki. Wywiad szeroko rozpropagowała "opozycja niekonstruktywna", w szczególności Solidarność Walcząca, przydając obu jego autorom nimbu autentycznej zadziorności i wiarygodności.
    Tak jest. "TS" poświęca sprawom związkowym wiele uwagi. Całe strony oddane są sytuacji w Związku, obradom KKW, teleksom z regionów, wiele artykułów traktuje o bolesnych sprawach związkowych. Pismo jest zaniepokojone biernością mas członkowskich, animozjami personalnymi wśród działaczy, trudną sytuacją ludzi pracy, niską frekwencją na zebraniach... No, czy właśnie tak nie powinno być?
    W połowie września przesłałem "starej redakcji" artykuł "Dlaczego razem?", w którym podniosłem temat, jaki mimo "otwartości" i "związkowości" "TS" pozostawał tematem tabu: sprawę Porozumienia na Rzecz Przeprowadzenia Demokratycznych Wyborów w NSZZ "Solidarność". Wyłożyłem w nim ideę Porozumienia i podjąłem próbę odpowiedzi na pytanie, dlaczego znaczna grupa, znanych i nieznanych członków "S", tłucze się po całej Polsce - od Szczecina do Katowic, od Wrocławia do Bydgoszczy - nakłada trudu, czasu i pieniędzy, poszukując sposobu zapobieżenia rozłamowi w Związku? Dlaczego oficjalne władze związkowe udają, że tego nie widzą, dlaczego na sprawę tę ustalono "zapis", uniemożliwiając opublikowanie nawet najprostszej na ten temat informacji?
    Fakt, że "stara redakcja" tekst wyrzuciła do kosza, przyjąłem bez zdziwienia. Była to przecież redakcja, która - wg Jacka Maziarskiego - okazała się być nielojalną wobec Związku i jego ideałów. Gdy więc przeczytałem wszystkie wyżej wymienione deklaracje nowych redaktorów, natychmiast przesłałem artykuł Jackowi Maziarskiemu. Tak zaczął się mój "flirt" z nową redakcją.
    30 października zadzwonił Krzysztof Wyszkowski i w uprzejmej rozmowie zapewnił mnie, że redakcja jest artykułem zainteresowana, ale... Chodziłoby o tekst trochę krótszy i troszeczkę stonowany, bardziej "ku przyszłości", a mniej "rozliczeniowy".
    Zgodziłem się. Napisałem tekst "Porozumienie - dlaczego?", o połowę krótszy i "wychodzący naprzeciw".
    Od tej pory co najmniej sześć razy miałem przyjemność konfereowania z red. Wyszkowskim. Wg jego słów, wszyscy trzej zastępcy naczelnego byli "za". Nieuchwytny był tylko Naczelny, na którego zdanie wypadało poczekać. Wreszcie, 9 listopada, Krzysztof Wyszkowski zakomunikował mi ostateczną decyzję - odmowną. "Większość, niestety, była przeciw".
    No cóż. Jak demokracja, to demokracja. Inni członkowie Zespołu Redakcyjnego, z którymi rozmawiałem na ten temat, bezradnie rozkładali ręce. Trochę światła na sprawę rzuciła dopiero rozmowa z Piotrem Wierzbickim i jego artykuł "Familia, Świta, Dwór". Pan Piotr, człowiek prawdomówny i nielubiący "bawełnianej mowy", pierwszy wyłożył expressis verbis, że "TS" jest nie tyle pismem Związku "Solidarność", ile organem "Dworu", a więc frakcji skupionej wokół Lecha Wałęsy. Ja natomiast upominałem się o prawa związkowe tych, których na "Dworze" nie lubią, a co więcej, których się na "Dwór" po prostu nie wpuszcza. Bo np. "Familii" też nie lubią, ale się ją wpuszcza, nie mówiąc już o "Świcie", którą się nawet - od czasu do czasu - hołubi. Ja zaś znalazłem się na pozycji związkowego pariasa. Gdyby użyć analogii do formuł Piotra Wierzbickiego, pisałem w imieniu związkowych "niedotykalnych" - odpowiednika hinduskich untouchables, sam kontakt, z którymi już hańbi człowieka z wyższych sfer. Czy jednak nawet fakt istnienia owych "niedotykalnych" nie ma prawa być na "Dworze" poruszony? Albowiem ten sam Piotr Wierzbicki napisał w wymienionym tekście: "Gdy się zataja prawdę o podziałach, dwie brzydkie choroby życia publicznego przybierają postać epidemii. Pierwsza to choroba uzurpacji, polegająca na tym, że formacja stanowiąca tylko część i zaangażowana w rywalizację z innymi formacjami przedstawia samą siebie jako całość... Druga to choroba przebrania... Rozdział na Familię, Świtę i Dwór nie jest wieczny... Ale postulat, żeby Polaków nie traktować jak idiotów, ani jak dzieci i nie zatajać przed nimi prawdy, będzie aktualny zawsze.
    Nie wiem czemu to przypisać: czy skutek odniosły cytowane słowa Piotra Wierzbickiego, czy stało się coś niezwykłego na "Dworze", dość, że 12 listopada obaj Krzysztofowie, Czabański i Wyszkowski, osobiście zakomunikowali mi, że "decyzja została zmieniona: PUSZCZAMY! Koniecznie trzeba drukować. Ale jako dwugłos. Z repliką, którą napisze Jacek Maziarski".
    Ucieszyłem się. Pogratulowałem. Zbudowałem się: no proszę, jaki światły "Dwór"!
    Niestety. Radość była przedwczesna. Na "Dworze" znowu coś zaszło, minął już miesiąc, a od zaprzyjaźnionego członka zespołu redakcyjnego wiem, że nie puszczają. Repliki nie będzie. Podobno nie było komu napisać na odpowiednim poziomie. A bez repliki nie można. Lepiej udać, że sprawy nie ma.
    Sui generis repliką było natomiast opublikowanie w "TS" nr 25 wywiadu z Wysokim Dworskim Dygnitarzem Andrzejem Milczanowskim, który z iście prokuratorską gracją oświadczył: "Na żadne wspólne wybory nie pójdziemy. Nie pójdziemy na żadne wspólne komisje wyborcze. Koniec. Kropka".
    No tak. Niech się untouchables organizują w swój związek kulisów i sami wybierają. Od "Dworu" im wara. Tytuł wywiadu z JW Panem Milczanowskim: "Jaki to związek". Ano właśnie taki.
    W "TS" nr 28, członek Zespołu Redakcyjnego Jan Skórzyński zapytuje - zupełnie tak jakby nie pracował w redakcji "TS" tylko w jakimś "Daily News" w Albuquerque: "»Tygodnik Solidarność« dla wszystkich jest zatem, czy tylko dla niektórych? »Dwór« to przecież miejsce na mapie »Solidarności« ważne, ale przecież nie jedyne". K. Czachor, młody dziennikarz "TS", wydelegowany 17 listopada na spotkanie Porozumienia w Bydgoszczy, oświadczył publicznie: "Zapewniam państwa, że relacja ze spotkania będzie rzetelna". Pan Czachor jest człowiekiem bardzo młodym, na "Dworze" przysposabia się zaledwie do czegoś w rodzaju pazia. Może, składając takie deklaracje, prawdopodobnie jeszcze nie wiedział, na czym polega jego rola?
    Red. Skórzyński jak gdyby nie miał wielkiej ochoty być na "Dworze". Ale przecież wie, że chętnych do służby jest wielu. Deklaruje więc na wszelki wypadek (a nuż Cesarz usłyszałby jego wątpliwości?): "»Dwór« to wprawdzie nie byle jaki. Króluje w nim wszak Lech Wałęsa. Prawda, że trudno o lepszego władcę. Monarcha to mądry i łaskawy, przez lud swój umiłowany, a i nieprzyjaciele go szanują... Jeśli »TS« został już na trwałe do »Dworu« przypisany i jest jego wyłączną własnością? No, cóż, także na »Dworze« można robić rzeczy pożyteczne. Ja proszę o posadę błazna".
    Zdaje mi się, że Pan Skórzyński już tę posadę ma. Tylko, w odróżnieniu od dawnych błaznów dworskich, którzy skakali przed orszakiem rozśmieszając gawiedź, on potulnie ciągnie się w pochodzie, o którym tak pisał pewien skandynawski poeta:
    "Cesarz zmieszał się, bo wydawało mu się, że jego poddani mają słuszność, ale pomyślał sobie: »Muszę wytrzymać do końca procesji«. I wyprostował się jeszcze dumniej, a dworzanie szli za nim, niosąc tren, którego wcale nie było".
    Paryż, 8 grudnia 1989

    PS. Wrocław, 18 stycznia 1990. W 27. numerze "TS" ukazał się artykuł Krzysztofa Czachora pt. "Nie zdradziłem Lecha Wałęsy", który jest niczym więcej niż paszkwilem, zniesławiającym uczestników spotkania w Bydgoszczy. K. Czachor nie używa nawet nazwy Porozumienia, lecz posługuje się etykietą Grupa Robocza, co jest świadomym zabiegiem dezinformującym. Metodą sfabrykowanych "cytatów", powkładanych w usta przemawiających na spotkaniu, metodą pomówień i "kuluarowych niedyskrecji", konferencja została przedstawiona jako jakiś spęd prymitywnych żydożerców, którzy nie lubią Lecha Wałęsy, nie lubią Żydów, ale za to szukają porozumienia z OPZZ.
    Redakcja "TS" odmówiła opublikowania repliki - sprostowania. Oczywiście, nie po to pisze się paszkwile, żeby potem drukować repliki. W "Solidarności" uprawia się dziś Wielką Politykę i domaganie się przestrzegania jakiejś kultury dziennikarskiej okazuje się być naiwnością. Wydrukowania repliki odmówił także Europejczyk Roku Adam Michnik, a nawet Czcigodny Autor "Etyki Solidarności" Ksiądz Profesor Józef Tischner.
    Mamy więc do czynienia ze szczelną blokadą informacyjną na temat Porozumienia. Tworzą ją wszystkie liczące się publikatory w Polsce, od pism występujących pod szyldem "Solidarności", poprzez prasę katolicką, po pezetpeerowską.
    O czym świadczy ta solidarna determinacja wszystkich partnerów "koalicji okrągłostołowej" nie dopuszczenia do świadomości publicznej rzetelnej informacji na temat Porozumienia? Oczywiście, każda blokada informacji jest dowodem obawy przed ujawnieniem informacji niewygodnych. Skoro jednak cały naród popiera to, co robi Lech Wałęsa, a krytykują go wyłącznie jacyś "ekstremiści", jakiś marginalny odłam jakichś "radykałów" - to czego się tu obawiać? Mając za sobą cały potencjał intelektualny kraju, czyż trzeba się bać paru nawiedzonych maniaków?
    Ostatnie wydarzenia w Polsce zdają się świadczyć o tym, że te obawy mogą być uzasadnione. Wbrew klątwie, jaką Lech Wałęsa obłożył ludzi, którzy nie podporządkowali się jego dyktatowi, w Bydgoszczy, Łodzi i Lesznie na stanowiska przewodniczących regionów wybrani zostali członkowie Grupy Roboczej Komisji Krajowej i uczestnicy Porozumienia: Jan Rulewski, Andrzej Słowik i Eugeniusz Matyjas. We Wrocławiu, pomimo energicznej kontrakcji ze strony RKW, 8. spotkanie Porozumienia 13 stycznia zgromadziło przeszło dwukrotnie więcej uczestników niż którekolwiek z dotychczasowych. Można więc zrozumieć dlaczego Wałęsa nie dopuścił do jakiegokolwiek kompromisu w Szczecinie: ma on świadomość, że żadne z jego faworytów - ani Milczanowski, ani Radziewicz nie mieliby szans w szrankach wyborczych z Marianem Jurczykiem.
    Czy ta strusia taktyka, polegająca na przechodzeniu do porządku nad konfliktami o charakterze podstawowym, blokowaniu informacji, nie dopuszczaniu do artykułowania postaw niewygodnych, może przynieść jakieś pozytywne skutki? W najnowszym zeszycie "Kultury" wypowiada się Krzysztof Czabański, jeszcze niedawno niezależny dziennikarz, a dziś wierny dworzanin Wałęsy. W artykule "A po roku zabłyśnie słońce" poszukuje alternatywy na spodziewany upadek rządu Mazowieckiego. Stawia na "mocny ruch komitetów obywatelskich, które łącznie ze wzmocnionym Związkiem, stanowiłyby na tyle silne oparcie dla Wałęsy, że... musiałoby dojść do faktycznego podziału władzy między prezydenta a przewodniczącego »Solidarności«... że system prezydencki, ograniczony przez »S«, oznaczałby likwidację niskich i średnich szczebli nomenklatury. Musiałaby ona zniknąć z fabryk i gmin...".
    Jest pewien szkopuł z tą wizją, który zamienia ją w jeszcze jedno pobożne życzenie. Aby społeczeństwo, ogołocone z elit, mogło samorządnie rządzić się na szczeblu fabryki i gminy, musi jakimś cudem wyłonić z siebie to, co ma najlepszego w postaci elit lokalnych. Tak się jednak nie stanie, jeśli metodą praktyk uprawianych na "Dworze" będzie się je nadal zapędzać do podporządkowania "jedynie słusznej linii", tłumić i eliminować głosy krytyczne i ludzi niezależnie myślących. Powtórzenie numeru z komitetami obywatelskimi, którym się przypisuje sukces wyborczy z czerwca ubiegłego roku, może wprowadzić na szczeble lokalnych władz nowych ludzi, ale wolno mieć uzasadnione wątpliwości, że będą to ci ludzie, którzy na tych stanowiskach powinni się znaleźć.

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Stolicą musi wreszcie rządzić Król Kaziu I! Wysłane poniedziałek, 21, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Cały czas to przeżywam. Zostałem prezydentem Warszawy. Cieszę się jak dziecko. (...) Warszawa to cacuszko, po oszlifowaniu stanie się brylantem wielkim i wspaniałym. Jestem pewien, że mogę go oszlifować. Mam siłę i pomysł. (...) Jeśli nie zabiegałem o to by być premierem, a mam świadków, że nie, to może los tak chciał. Ufam losowi, ale nie ślepo. Zawsze mu pomagam. (...) Może gdzie indziej popełniłem błędy? Może mam jakiś problem z lojalnością. (...) Gdy byłem młody i błądziłem, widziałem środowiska, w których lojalność potwierdzało się »sznytowaniem«, czy »chlastaniem«. Trzeba było dać świadectwo krwi, jako świadectwo lojalności. (...) I znów będzie »zwycięstwo«. Tak to niektórzy kroczą od zwycięstwa do zwycięstwa, a potem znajdują swoją rękę w … nieciekawym miejscu. Sam jestem spokojny nie tylko dlatego, że sprawdzę dane mi słowo honoru. Sprawdzę więc też lojalność. Spokój bierze się z tego, że lubię poddawać się fali losu. Oczywiście nie jako ofiara".
    "Ktoś powie - degradacja, byłeś premierem, spotykałeś się z liderami Europy, rozmawiałeś z Nimi jak równy z równymi, podejmowałeś decyzje dotyczące 40-to milionowego, dumnego narodu, kierowałeś losami dużego Europejskiego (nauczyciel "fizy" nie musi znać podstaw języka ojczystego... - ASME) kraju, a dziś z przymusu zostałeś prezydentem stolicy. Może. Ale cóż zrobić i tak jestem dumny (...)".
    "(...) Musimy jak najszybciej zrobić z Warszawy miasto »wolnego internetu« (poprawka korektorska - były nauczyciel (!) "fizy", nie wie niestety, że te pojęcie - tak jak radio czy telewizja - pisze się z małej litery... - ASME). Nie powolnego, tylko wolnego, w pełni otwartego. Dostęp do usług internetowych musi być w stolicy powszechny i dla większości obywateli darmowy. Program »wolnego internetu« będzie polegał na umożliwieniu firmom internetowym, komunikacyjnym nadawania sygnału, najlepiej na terenie całego miasta i umożliwienie najpierw studentom warszawskim, a następnie innym zawodom i mieszkańcom Warszawy bezpłatnego korzystania z takich usług. Może się to nie spodobać obecnym operatorom internetowym. Pewnie na tym stracą i podniosą larum, ale cóż … Rozwój wymaga poświęceń" (...).

    Ważne jest oczywiście te ostatnie zdanie, jako podsumowanie, choć doniosłość poprzedzającego go wywodu nie powinna ujść uwadze podatników warszawskich. Tak więc i Ty, warszawianeczko, i Ty warszawianeczku, i Ty, dziewczynko, i Ty, chłopczyku - jak tylko przekroczyłeś 15. rok życia uprawniający Cię do podjęcia legalnej pracy w Stolicy chlubnie w przyszłości oczywiście zarządzanej przez "Dymisjonarza" Kazimierza Marcinkiewicza z wielce prawicawego ugrupowania Populizm i Socjalizm - lub np. zrobiłeś zakupy w jednym z nieuspołecznionych jeszcze w ramach walki "o silną Polskę", choć nie tak bardzo już "tanią", bo ten pomysł rodem z zeszłorocznej kampanii wyborczej wyśmiał przed kilkoma tygodniami WCz. P-oseł Tadeusz Cymański z PiS - lub korzystasz z jeszcze "nieugminnionego", "nienowoczesnego" (spokojnie, to się też zmieni i "uspołeczni", jak szeroka koalicja PiS-PO-SO-LPR będzie znowu dzielnie dzierżyć ster w Warszawie...) łącza dostarczonego przez jednego z osiedlowych "prowajderów" Sieci - będziesz nie tylko przymusowym PT Sponsorem "300 tysięcy studentów" mających to niebywałe szczęście być poddanymi Króla Kazia I, który w swoim radośnie infantylnym "bloku z malowankami wyborczymi" zapowiada nie tylko Nowy Wspaniały Świat składający się z Nowego Światu i 200 metrów wyremontowanego Krakowskiego Przedmieścia (aj, aj, jaj - nie, nie Gorzowskiego...!), ale i Wspaniałą, Skomputeryzowaną Przyszłość, w której "studenci i mieszkańcy Warszawy, mogli kupować komputery i laptopy na możliwie najkorzystniejszych warunkach, gwarantowanych i sponsorowanych przez miasto". Nic to, że świetlana przyszłość zapowiadana uczniom nie tylko z Warszawy w postaci "tanich podręczników" odjechała w niepamięć razem z fiaskiem ręcznego regulowania rynku wydawniczego, głoszonego przez prawicawy PiS w kampanii wyborczej - teraz zapowiadany jest jeszcze potężniejszy "hit" na rynku kiełbasy wyborczej, pisany ręką zawodowego wylizywacza - bo przecież nie przez samego "nauczyciela "fizy"" - "pijarowca" Ciesiołkiewicza: Tanie Komputery z Wolnym Ynternetem! - ale za pieniądze w większości nie-skomputeryzowanych, słynnych medialnie "staruszek i wdów oraz sierot"... To, że "gminna" firma zajmująca się działalnością gospodarczą z całą pewnością doprowadzi do likwidacji prywatne firmy-dostawców łączy - to pryszcz oczywiście w wizji "krula" Kazia I, bo nie tych "ohydnych kapitalistów" ma za swój "target" wyborczy prawicawy p.o. prezydenta kandydat na prezydenta stolicy.

    "Yes, yes, yes!"... "O-la, o-la, ojala!"... To Wspaniałe państwo korporacyjne! I znowu są w modzie rózgi liktorskie! Moda - to największy czynnik sprawczy w całym demokratycznym świecie - gdyby "krul" Kazio I miał blond włosy i duży "oddech" - z całą pewnością miałby nie te śmieszne 35% procent zachwytów, lecz może i 80%!? Ale i tak - wzorując się na przeminęłym właśnie co konkursie pychy osobniczej pod nazwą Miss Polonia - inni koalicji PiS pośpieszyli z konkursem na... Mistera Komisji Śledczej:

    "(...) Po co śledczym własna strona internetowa? – Dzięki niej będziemy mieli ułatwiony kontakt z obywatelami. Każdy będzie mógł się zalogować, napisać swoją opinię lub nawet podzielić się z nami swoją wiedzą. (...) Internauci będą również uczestniczyć w ankietach. – Można na przykład rozpisywać konkursy na najlepszych członków komisji", o czym donosi dzisiaj wydanie dziennika "Życie Warszawy". co prawda niezłomny w swym postępowym konserwatyzmie poseł Artur Zaiwsz stawia na "obywatelski internet", służący do pisania donosów przez nieświadomych swej "anonimowości" "życzliwych" wtajemniczonych w meandry zawierania umów w środowisku bankowców, to jednak samoobronny p-oseł Waldemar Nowakowski, członek bankowej komisji śledczej, nie daje za wygraną i chce zwekslować (pojęcie bankowe jak najbardziej!) sukces wicegirlaski w Warszawy na rzecz PT Koalicjantów. Wyrzucony "za nieudolność" z UPR tzw. preze-sik, nie-radny warszawski, bo chachmęcił ze swoim wyborem na nie-radnego, teraz na wygodnej synekurze z łaski prawicawego PiS w Polskiej Organizacji Turystycznej, będzie współorganizatorem, z ramienia podatników polskich, przymusowo pozbawionych pieniędzy na rzecz fiskusa, konkursu pychy osobniczej pod nazwą Miss World, organizowanego w stolicy "polskiego regionu UE", dofinansowanego kilkunastoma milionami złotych przez ekipę rządzącą obecnym PRL-bis oraz ratuszem warszawskim. Dawniej nazywało się to haraczem - dziś "wykupem praw licencyjnych".
    Obecna Misska Polonia, panna Marzena Cieślik: "Jaki jest ideał mężczyzny według nowej Miss? W swoim kwestionariuszu Marzena Cieślik napisała: »Uczciwy i mądry jak bracia Kaczyńscy, charyzmatyczny jak Marcinkiewicz, sprawiedliwy jak Ziobro, odważny jak Wassermann, nieugięty jak Dorn, bezkompromisowy jak Wildstein, opiekuńczy jak Religa, przystojny jak Olejniczak«. Najpiękniejsza Polka twierdzi, że nie komplementowała polityków, aby zwiększyć swoje szanse na wygraną. Uważam, że Polską rządzą odpowiednie osoby powiedziała "Rz". Jurorzy zapewniają, iż polityka nie miała wpływu na ich decyzję, a słowa kandydatki wskazują, że »jest nie tylko ładna, ale i inteligentna«", co na PIERWSZEJ stronie swego dzisiejszego wydania zamieściła redakcja dziennika "Rzeczpospolita". "Gazeta zastanawia się czy wybór jury był obiektywny czy był próbą udobruchania PiS. »Rzeczpospolita« dowiedziała się nieoficjalnie, że biuro Miss Polonia miało być odsunięte od imprezy Miss World między innymi dlatego, że współpracują z nim ludzie związani z PO" - jak podaje do wiary serwis WP z dzisiejszego dnia. "- Umowę na transmisję gali z TVP podpisze Polska Organizacja Turystyczna, a wpływy z esemesów podczas gali Miss World dostanie TVP - wylicza dyrektor warszawskiego Biura Promocji Miasta Tadeusz Deszkiewicz (PiS). On jednak przyznaje, że Marzena Cieślik nie była w jego typie. (...)" - podaje dziennik "Rzeczpospolita", co niebywale współgra ze znanym "chasłem" (pisownia oryginalna, z wypowiedzi tzw. koliduprów na tzw. rzygowni - eeeee-upr) "Tera... »K****« Wojt***!", upublicznionym w okresie wyborów do tzw. europarlamentu, a obecnie - wicepreze-sikiem POT, która współgra z PiS-owskim zarządem ratusza stołecznego w wielkości dotacji do imprezy rozrywkowej Miss-ek World-owych.

    Śp. Janusz Korczak uśmiecha się z wysokości, otaczając swoich "kruluw" (nauczyciel "fizy" nie musi znać...) Maciusiów I, patrząc na swoje Miasto Niezłomne, które tak bardzo zostało zmienione przez socjalistów chowu faszystowskiego, narodowego oraz międzynarodowego, by tak niewiele się zmieniło...

    "Yes, yes, yes!"... "O-la, o-la, ojala!"...


    Apelujemy do władz RP: Sprawdźmy wniosek byłej stalinowskiej prokurator o przyznanie brytyjskiego obywatelstwa
    Czy Helena Wolińska-Brus musi być bezkarna? - Tadeusz M. Płużański
    Wysłane poniedziałek, 21, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    21 listopada 1950 r. płk Helena Wolińska usankcjonowała bezprawne aresztowanie szefa "Kedywu" Armii Krajowej gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila", co w konsekwencji doprowadziło do śledztwa, skazania i zamordowania jednego z największych bohaterów Polski Podziemnej. Gen. Fieldorf został powieszony 24 lutego 1953 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Polski wniosek o ekstradycję Wolińskiej-Brus z Wielkiej Brytanii z 1999 r. wymieniał jeszcze 15 innych osób, które aresztowała z pogwałceniem stalinowskiego prawa. Teraz, po prawie ośmiu latach, brytyjskie władze odmówiły wydania inkwizytorki. Informacja dotarła do Polski w przeddzień 62. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Historia po raz kolejny okrutnie zadrwiła sobie z bohaterów, gdyż była prokurator wojskowa nienawidziła szczególnie AK-owców, wydając ich w ręce bezpieki na tortury i śmierć. Czy jednak sprawa ekstradycji Wolińskiej musi być przesądzona?

    - Jesteśmy zaskoczeni odmową ekstradycji, liczyliśmy, że Anglicy pozytywnie rozpatrzą nasz wniosek - komentuje prokurator Paweł Karolak, naczelnik warszawskiego pionu śledczego Instytutu Pamięci Narodowej, w którym prowadzone jest postępowanie wobec Heleny Wolińskiej-Brus. - Sprawdzamy teraz, czy decyzję można zaskarżyć.
    - W uzasadnieniu strona brytyjska podaje trzy powody odmowy ekstradycji - mówi Gazecie Polskiej prokurator IPN Małgorzata Kuźniar-Plota. - Po pierwsze są to tzw. względy humanitarne, czyli wiek, stan zdrowia i sytuacja osobista podejrzanej. Po drugie - od popełnienia przestępstw minęło już ponad 50 lat. Po trzecie - "wystąpiły znaczne opóźnienia w prowadzenia sprawy", czyli, że Polska późno wystąpiła z wnioskiem o ekstradycję, bo dopiero po kilku latach od upadku komunizmu w naszym kraju.
    - Wygląda na to, że Wolińska pozostanie bezkarna, a ona jest tak samo odpowiedzialna za śmierć ojca, jak pozostali prokuratorzy i sędziowie z tej sprawy. Czy nikomu nie zależy na osądzeniu winnych? - pyta Maria Fieldorf-Czarska, córka generała. To właśnie na jej wniosek była prokurator jest dzisiaj ścigana.

    POLSKI PINOCHET

    Prawie osiem lat temu, kiedy w "Życiu Warszawy" ujawniłem działalność Heleny Wolińskiej, wydawało się, że jej osądzenie jest tylko kwestią czasu. W styczniu 1999 r., po wysłaniu do Wielkiej Brytanii wniosku o ekstradycję, połączonego z nakazem tymczasowego aresztowania byłej prokurator, prowadzący śledztwo major Zbigniew Piechowicz z Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie mówił: - Drogą dyplomatyczną dowiedzieliśmy się, że Anglicy nie wykluczają wydania nam podejrzanej.
    W sprawę zaangażowały się najwyższe władze III RP. MSZ zapewniało, że zbadało sprawę w Ambasadzie Brytyjskiej w Warszawie i otrzymało odpowiedź, że nie ma żadnych formalnych przeszkód w ekstradycji Wolińskiej do Polski. Ówczesny wiceminister sprawiedliwości Leszek Piotrowski w wypowiedzi ze stycznia 1999 r.: - Są duże szanse na wydanie Wolińskiej. Cała procedura ekstradycyjna jest szybka.
    Podobne głosy można było przeczytać w brytyjskich mediach, które obszernie informowały o sprawie. "Daily Mail" pisał: "W świetle sprawy Augusto Pinocheta, brytyjskiemu ministrowi spraw wewnętrznych Jackowi Straw trudno będzie odrzucić polski wniosek o ekstradycję". "The Sunday Times": "Jeśli Jack Straw gotów jest zgodzić się na ekstradycję Pinocheta do Hiszpanii, to czemu nie miałby zgodzić się na ekstradycję Heleny Brus?"

    SPRAWIEDLIWOŚĆ W KRAJU AUSCHWITZ

    Już wówczas pojawił się istotny dla sprawy "argument". "The Independent" podkreślał, że Wolińska jest jedną z nielicznych już przedstawicielek mniejszości żydowskiej w Polsce, która ocalała z Holocaustu: "Byłaby to więc ekstradycja do kraju, gdzie znajdują się takie miejsca, jak Oświęcim i Brzezinka". W te same tony uderzył "The Sunday Times": "Czy Żyd może liczyć na sprawiedliwość w kraju Auschwitz, Majdanka i Treblinki, gdzie antysemityzm rodem ze średniowiecza wciąż pozostaje przygnębiająco mocno okopany?". Dziś, bez wątpienia, dodano by do tego inne, na wskroś antysemickie miejsce - Jedwabne.
    Wolińska oznajmiła, że nie przyjedzie do Polski (podobno jej rodzinnego kraju), gdyż nie może tu liczyć na sprawiedliwy proces, polskie władze nic jej nie obchodzą, a prokuratorowi, który ośmielił się postawić jej zarzuty "ukręciłaby łeb" (już w "ludowej" partyzantce - GL i AL była znana z niewyparzonego języka).
    W Polsce w obronie stalinowskiej prokurator stanęła (po dłuższym okresie przemilczania sprawy) "Gazeta Wyborcza", w której można było przede wszystkim przeczytać, że Helena Wolińska była w czasie wojny w getcie, a ten, kto "wyciągnął" jej sprawę, głosi wstrętną pomarcową propagandę. Jakże podobnie brzmiała jedna z żydowskich agencji (Jewish Telegraphic Agency), która przeprowadziła wywiad z Wolińską. Sugestia była jasna - fakt przebywania w getcie i doznawane tam cierpienia uprawniły ją do późniejszego prześladowania Polaków (czytaj polskich antysemitów).

    BRYTYJSKA OBYWATELKA
    PRZED WOJSKOWYM SĄDEM


    Przeszkód w ekstradycji Wolińskiej było od początku wiele. Już kilka lat temu Brytyjczycy nie chcieli jej wydać wymiarowi sprawiedliwości III RP, gdyż... nie rozumieli, dlaczego - zamiast przed sądem powszechnym - ma być sądzona przed sądem wojskowym (takie sądy funkcjonują w Wielkiej Brytanii jedynie w czasie wojny). Powołali się zatem na jedną z zasad ekstradycji, która gwarantuje, że sytuacja prawna sądzonej osoby nie pogorszy się. Dlatego w 2000 r. prokuratura wysłała drugi, poprawiony wniosek ekstradycyjny, w którym wyjaśniła m.in., że w Polsce wojskowi (w latach 50. - czyli w czasie popełniania przestępstw - Wolińska była prokuratorem wojskowym) podlegają jurysdykcji sądów wojskowych. Trzeci wniosek wysłał w 2001 r. nowo powstały IPN, który z mocy prawa przejął sprawę ścigania Wolińskiej od prokuratury powszechnej.
    Podstawowym problemem było podwójne obywatelstwo Wolińskiej. Aresztując generała "Nila", przedłużając mu areszt i nadzorując śledztwo była obywatelką Polski. Jednak na początku lat 70., kiedy wraz z mężem, prof. Włodzimierzem Brusem (dawniej Beniamin Zylberberg, w czasie wojny oficer polityczny LWP, później marksistowski ekonomista, a w końcu rewizjonista, wykładowca wielu renomowanych uczelni na świecie) zamieszkała w podlondyńskim Oksfordzie, otrzymała również obywatelstwo brytyjskie. Tymczasem Wielka Brytania - mimo podpisanych umów ekstradycyjnych - w tym z Polską - niechętnie wydaje swoich obywateli innym państwom (prawo stanowi, że może to zrobić, ale nie musi). Podobnie postępują zresztą inne kraje. Izrael odmówił nam ekstradycji Salomona Morela, naczelnika komunistycznego obozu w Świętochłowicach (dla Niemców, volksdeutschów, a w praktyce wrogów "ludu"). Można również przypuszczać, że Szwecja nie wyda nam stalinowskiego sędziego Stefana Michnika. Kapitan Michnik ma zresztą wiele wspólnego z pułkownik Wolińską. Nie tylko oboje byli funkcjonariuszami komunistycznego systemu bezprawia, ale brali udział w tych samych sprawach. Tak było np. w przypadku Tadeusza Jędrzejkiewicza, który za rzekomą działalność kontrrewolucyjną w Szkole Morskiej w Gdyni został skazany na podwójną karę śmierci (złagodzona potem do 10 lat więzienia). Michnik orzekał w sprawie jako wojskowy ławnik, Wolińska uczestniczyła w śledztwie jako wojskowy prokurator.

    PROBLEM Z ROZLICZANIEM ZBRODNI

    W jednym z wywiadów dla brytyjskiej prasy Wolińska powiedziała również, że do tych "haniebnych kłamstw", które wyszły z Polski może się ustosunkować jedynie przed sądem brytyjskim (teoretycznie istnieje taka możliwość). Brytyjczycy - z czego była prokurator świetnie zdaje sobie sprawę - mają jednak problem z rozliczaniem przeszłości. Przez 40 lat nie ścigali np. w ogóle zbrodni wojennych. Dopiero w 1990 r. w Sądzie Karnym Old Bailey w Londynie utworzono specjalną komórkę do badania tych zbrodni. Na liście podejrzanych znalazło się 400 żyjących jeszcze osób. Pierwszy miał stanąć przed sądem Szymon Serafinowicz, szef pronazistowskiej policji na Białorusi, która uczestniczyła w masakrach ludności żydowskiej (o jego przeszłości brytyjski wywiad wiedział od 1947 r., ale chronił zbrodniarza). Na proces było już jednak za późno, gdyż Serafinowicz zmarł. Inną sprawę udało się zakończyć. W 1999 r. sąd skazał na dożywocie 78-letniego Antoniego Sawoniuka, również Białorusina, w czasie wojny szefa oddziału policji w jednym z białoruskich miasteczek. Sprawa weszła na wokandę właściwie przypadkowo - pół roku wcześniej Sawoniuk pobił dziennikarzy telewizji BBC (jakże przypomina to casus śledczego "naszej" Informacji Wojskowej Mikołaja Kulika). Wcześniej prokuratorzy uważali, że Białorusin jest za stary, aby stawiać go przed sądem. Właśnie "względy humanitarne" (podeszły wiek i choroby - prawdziwe, lub wymyślone) - prócz kwestii obywatelstwa - powodują, że wielu oprawców unika sprawiedliwości. Tak stało się teraz w przypadku Wolińskiej (urodziła się w 1919 r. w Warszawie, jako Fajga Mindla Danielak).
    Za ekstradycją Wolińskiej powinno przemawiać jednak prawo międzynarodowe. Stały Trybunał Karny w Hadze uważa bowiem, że obywatelstwo nie może chronić przed wydaniem osoby oskarżonej o zbrodnie, takie jak: ludobójstwo, zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości (przypadek Wolińskiej). Brytyjczycy również ścigają takie zbrodnie, a w ich prawie występuje pojęcie "pozbawienia kogoś wolności z premedytacją". Wydawałoby się zatem, że ekstradycja Wolińskiej do Polski jest możliwa…

    "ŚMIEJĘ SIĘ"

    Na pytanie polskiego dziennikarza w dniu wydania nakazu jej aresztowania przez Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie (3 grudnia 1998 r.) była prokurator odpowiedziała: "Śmieję się".
    Tylko, czy w czasach stalinowskich jej ofiarom też było do śmiechu? Krystyna Sobolewska, żona AK-owca Juliusza Sobolewskiego, który po aresztowaniu przez Wolińską w 1953 r. został skazany na karę śmierci, a po zmniejszeniu kary przez ówczesnego konkubenta Wolińskiej - Franciszka Jóźwiaka - zmarł wskutek zbrodniczych praktyk w UB: - Wolińskiej trudno dziś życzyć więzienia, kary śmierci, szubienicy. Marzę tylko o jednym - żeby została uznana za inkwizytorkę, człowieka podłego i przestała żyć w chwale żony profesora Oksfordu.
    Czy do końca życia Helena Wolińska-Brus będzie prowadziła spokojny żywot emeryta w willowej dzielnicy Oksfordu (ostatnio polski MON zmącił trochę jej spokój odbierając wojskową emeryturę)? Czy nadal będzie chroniona przez prawo wolnej i demokratycznej Wielkiej Brytanii, tak jak kiedyś chronił ją stalinowski system bezprawia? Czy dalej będzie śmiać się z Polski i jej wymiaru sprawiedliwości?

    CZY ZATAIŁA PRAWDĘ?

    NA POCZĄTKU LAT 70., KIEDY WOLIŃSKA UBIEGAŁA SIĘ O PRZYZNANIE JEJ BRYTYJSKIEGO OBYWATELSTWA, WE WNIOSKU MUSIAŁA ODPOWIEDZIEĆ NA PYTANIE: CZY BRAŁA UDZIAŁ W PRZEŚLADOWANIACH, CZY BYŁO WOBEC NIEJ PROWADZONE ŚLEDZTWO? JEŚLI ODPOWIEDZIAŁABY TWIERDZĄCO, NIE MOGŁABY DOSTAĆ BRYTYJSKIEGO OBYWATELSTWA. MUSIAŁA ZATEM ZATAIĆ PRAWDĘ. ŚLEDZTWO PRZECIWKO WOLIŃSKIEJ (JAK RÓWNIEŻ INNYM STALINOWSKIM FUNKCJONARIUSZOM) PROWADZIŁY W LATACH 1956-1957 DWIE KOMISJE PROKURATORA GENERALNEGO PRL MARIANA MAZURA. OBIE KOMISJE POSTAWIŁY JEJ SZEREG POWAŻNYCH ZARZUTÓW, OBJĘTYCH SANKCJĄ KARNĄ.
    WTEDY, W CZASACH GOMUŁKI, PŁK HELENA WOLIŃSKA NIE STANĘŁA JEDNAK PRZED SĄDEM. PIERWSZA KOMISJA "POWOŁANA DLA ZBADANIA PRZEJAWÓW ŁAMANIA PRAWORZĄDNOŚCI PRZEZ PRACOWNIKÓW GENERALNEJ PROKURATURY I PROKURATURY M.ST. WARSZAWY" POSTANOWIŁA JEDYNIE "ZWOLNIĆ [WOLIŃSKĄ - TMP] Z PRACY W PROKURATURZE PRL Z UWAGI NA TO, ŻE CHARAKTER I ROZMIAR ZARZUTÓW Z OKRESU PEŁNIENIA PRZEZ NIĄ W NACZELNEJ PROKURATURZE WOJSKOWEJ KIEROWNICZEGO STANOWISKA DYSKWALIFIKUJE JĄ JAKO PROKURATORA". WOLIŃSKA ZOSTAŁA RÓWNIEŻ PRZENIESIONA DO REZERWY I ZDEGRADOWANA.
    TREŚĆ WNIOSKU O PRZYZNANIE OBYWATELSTWA MOŻE BYĆ KLUCZOWYM ARGUMENTEM PRZEMAWIAJĄCYM ZA EKSTRADYCJĄ HELENY WOLIŃSKIEJ-BRUS DO POLSKI.

    DLATEGO APELUJEMY DO WŁADZ RP: SPRAWDŹMY TO!

    Tadeusz M. Płużański


    Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska".

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Między nimi, noblistami - Konrad Turzyński Wysłane sobota, 19, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Polski noblista Lech Wałęsa powiedział, że gdyby to on był na miejscu p. Günthera Grassa, to zrezygnowałby z tytułu honorowego obywatela Gdańska. Czym jednak zawinił wybitny niemiecki pisarz? Tym, że służył w Waffen SS, czy tym, że tyle lat milczał o tym? Według słów pisarza, zgłosił się ochotniczo, ale do marynarki podwodnej, lecz nie przyjęto go tam, a do Waffen SS. Rewelacja p. Grassa przypomina raczej spowiedź aniżeli żal za grzechy, a (jak wiadomo) wśród warunków sakramentu pokuty żal jest jeszcze ważniejszy niż spowiedź.

    Cóż zatem gdański noblista powiedziałby innemu nobliście, a raczej noblistce, Wisławie Szymborskiej, która podobnie jak ów niemiecki pisarz otrzymała nagrodę Nobla za dokonania literackie? W jej wypadku "kontrowersyjna" część drogi życiowej nie dotyczy wojny, lecz raczej samej twórczości literackiej. To, że pisała wiersze wysławiające komunizm i jego idoli, nie jest tajemnicą, więc noblistka nie potrzebuje niczego wyznawać. Przy tym jest niewątpliwe, że pisała ochotniczo: byli poeci, którzy pisali - nawet za czasów Stalina - na zupełnie inne tematy. Mogłaby jednak publicznie odnieść się do swojej przeszłości raczej w formie żalu za grzechy niż w formie spowiedzi. Tak jak to uczynił pewien rosyjski pisarz (chyba nazwiskiem Kuzniecow - nie ręczę za trafność podania nazwiska, usłyszałem je przez Radio Wolna Europa w latach siedemdziesiątych), który po wydostaniu się ze Związku Sowieckiego do Wielkiej Brytanii ogłosił, że wyrzeka się całej swojej dotychczasowej twórczości literackiej, ponieważ ona została dokonana w warunkach braku wolności słowa. Choćby tylko: "Tak, sławiłam Lenina, Partię i inne czerwone bożki, nie mogę tego cofnąć, ale jest mi przykro z tego powodu. Chętnie poprosiłabym Boga o pozostawienie mnie na drugie życie (jak Julian Tuwim w jednym ze swoich wierszy), aby przeżyć je lepiej, mądrzej".

    Czy gdański noblista odważyłby się podpowiedzieć krakowskiej noblistce, co zrobiłby na jej miejscu, z którego zaszczytu wypadałoby zrezygnować? I czy odważyłby się zaryzykować usłyszenie od niej czegoś w ramach wzajemności? Jak noblista z noblistą...

    Za czasów rządu prof. Jerzego Buzka pewna pani (tym razem nie umiem sobie przypomnieć nazwiska, choć to było kilka lat temu) była rozważana jako kandydatka na stanowisko w pewnym ministerstwie. Nie na ministra, lecz troszkę niżej. Jej kandydatura nie była (jak to zwykle bywa) publicznie wiadoma - zgodnie z dobrym zwyczajem. Nagle jednak stała się wiadoma - prasa wykryła, że ta pani jako dziennikarka wzięła udział (poprzez napisanie jednego artykułu) w "marcowej" kampanii antyżydowskiej. Wkrótce potem kamery telewizyjne pokazały tę panią, jak oznajmia, że już nie ubiega się o stanowisko w ministerstwie. Dopóki ubiegała się, wiedziało o tym zapewne nie więcej niż kilkadziesiąt osób - i nikogo to nie obchodziło. O rezygnacji musiała dowiedzieć się "cała Polska" - tak jak np. o złotym medalu na olimpiadzie albo o upadku księżniczki Anny z konia. Nazwisko i twarz owej nieszczęsnej kandydatki zapewne większość polskich telewidzów słyszeli i oglądali po raz pierwszy - i ostatni... Wychynęła na jedną krótką chwilę na powierzchnię, ponad którą operują kamery i mikrofony - tylko po to, aby oznajmić, że wraca do niebytu na zawsze. Jak gdyby popełniła grzech nie do wybaczenia.

    Dziwna jest zaiste nieformalna skala grzechów, ciągle dominująca w wielu głowach! Kolaboracja z komunizmem stale uchodzi za coś relatywnie łatwiej wybaczalnego: nawet bycie synem oficera Informacji Wojskowej jest traktowane zdecydowanie łagodniej niż bycie wnukiem jakiegoś - nie przymierzając - ONR-owca... Udział w konstruowaniu pierwszych sowieckich bomb wodorowych też pewnie łatwiej ulega relatywizacji niż służba w Waffen SS, skoro noblista Andriej Sacharow nie milczał tak długo, jak noblista Grass. A jeśli są wyjątki od tej nieszczęsnej reguły, to tylko takie, jak przypadek owej niefortunnej kandydatki. Ciągle dominuje przeświadczenie, że włoski faszyzm i niemiecki nazizm to "prawica", na dodatek o "katolickim" rodowodzie, nacechowana nienawiścią, gdy tymczasem są to podobnie jak komunizm skrajne formy socjalizmu, które wiele zawdzięczają Marksowi i wrogości do chrześcijaństwa.

    Konrad Turzyński

    Artykuł pierwotnie został opublikowany na witrynie Polskiego Radia.

    Publicystyka Konrada Turzyńskiego na ASME


    Dwie racje stanu: partyjna i samorządowa - prof. Jerzy Przystawa Wysłane sobota, 19, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Sprawa ordynacji wyborczej do samorządu, jej nowa formuła, jest jedynie kolejnym elementem walki partii politycznych ze społeczeństwem, walki, która toczy się w Polsce nieprzerwanie od 1989 roku. Świadomie pomijam tu okres PRL, ale doświadczenie tamtego półwiecza jest bardzo istotne dla charakteru i przebiegu tej walki. Polacy, w swojej ogromnej masie, mają alergię na samo słowo "partia polityczna", jakiej nabyli w tamtym okresie. 17 lat upływających w nowym rozdaniu historycznym wcale nie przyczynia się do eliminacji tej alergii, powiedziałbym - przeciwnie, tę niemaskowaną niechęć tylko pogłębia.

    O tym, że tak właśnie jest, świadczą zarówno wyniki kolejnych wyborów parlamentarnych, jak i nikła liczebność partii politycznych. Dzisiaj zapisywać się do partii mało kto chce i myślę, że bez ryzyka większego błędu szacować możemy członków wszystkich partii politycznych razem na nie więcej niż 200 tysięcy. Biorąc pod uwagę, że mamy 2,5 tysiąca gmin, to ta liczba oznacza, że na jedną gminę przypada, statystycznie, nie więcej niż 80 członków różnych partii. Ponieważ jednak szeregi partyjne znajdujemy przede wszystkich w Warszawie, a potem w wielkich miastach, to z tego rachunku wynika, że Polska na mapie partyjnej jest jedną wielką białą plamą. Obrazu tego nie powinny nam przesłonić ani "Parteitagi", jakie są nam pokazywane w telewizji, ani wyniki wyborów parlamentarnych i zdobywane przez te partie głosy. Każda z partii jest w stanie zgromadzić na pokaz swoje kadry w dowolnej sali, natomiast wybory w ordynacji partyjnej uniemożliwiają start w wyborach ludziom z partiami niezwiązanymi. Nasze bierne prawo wyborcze jest łamane i tylko kandydaci dużych, dysponujących odpowiednimi środkami materialnymi partii politycznych, mają szansę skutecznego udziału w wyborach. Wprawdzie w Polsce nie jest aż tak źle, jak np. na Ukrainie, gdzie w wyborach uczestniczyć mogą wyłącznie partie polityczne i to tylko te zarejestrowane co najmniej na pół roku przed wyborami, ale w gruncie rzeczy różnica jest praktycznie werbalna i istota rzeczy jest w zasadzie ta sama. Polska jest krajem katolickim i autorytet hierarchii kościelnej jest zawsze bardzo duży. Stąd bierze się stosunkowo wysoka frekwencja wyborcza, ostatnio aż 40%! Ciekawe, jaka byłaby frekwencja wyborcza, gdyby biskupi, za każdym razem, nie wzywali do udziału w głosowaniu pod karami piekielnymi i gdyby przestali w tym przypadku mówić o "grzechu zaniechania"?
    Wymownego dowodu tej tezy dostarczyły ostatnie wybory samorządowe. Mam tu na myśli wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Kiedy obywatele polscy po raz pierwszy uzyskali realną możliwość dokonania wyboru pomiędzy głosowaniem na przedstawicieli partii politycznych a głosowaniem na ludzi z partiami niezwiązanymi, dokonali prawdziwej "rzezi" partii politycznych, które nie uzyskały nawet 25% wszystkich mandatów! 3/4 stanowisk wójtów, burmistrzów i prezydentów miast zostało powierzonych ludziom, którzy albo zdecydowanie odcięli się od partii politycznych, albo też szyld partyjny głęboko ukryli i wystąpili jako kandydaci niezależni. Wyniku tego nie sposób traktować inaczej jak kompromitacji partyjniactwa na szczeblu lokalnym.
    Wielki filozof i socjolog hiszpański Jose Ortega y Gasset, w książce "Bunt mas" napisał: "Zdrowie demokracji, każdego typu i każdego stopnia, zależy od jednego drobnego szczegółu technicznego, a mianowicie: procedury wyborczej. Cała reszta to sprawy drugorzędne. Jeśli system wyborów działa skutecznie, jeśli dostosowuje się do wymogów rzeczywistości, to wszystko jest w porządku, natomiast jeśli tego nie robi, to demokracja zaczyna się walić, chociażby cała reszta działała bez zarzutu... Instytucje demokratyczne nie oparte na autentycznych wyborach są niczym".
    Procedura wyborcza rozstrzyga przede wszystkim o typie partii politycznych, jakie ta procedura wyłania i doprowadza do władzy. Procedura tzw. proporcjonalnej ordynacji wyborczej, obojętnie czy to w tak skrajnie partyjniackiej postaci jak na Ukrainie, czy w takiej jak w Polsce, prowadzi do powstania partii o charakterze scentralizowanym, wodzowskim, "partii nowego typu", które natychmiast przekształcają się w zbiurokratyzowane, scentralizowane aparaty. Struktura tych partii jest bardzo prosta i przypomina piramidę: na szczycie jest nieomylny wódz, wokół niego biuro polityczne, komitet centralny, który zawsze aprobuje zalecenia "biura", i nie mające wpływu na politykę partii "doły partyjne". Jest to bezpośredni skutek przywilejów, jakie ordynacja wyborcza przyznaje partiom i procedury układania list wyborczych.
    Zupełnie inny charakter mają partie wyłaniane przez system wyborów w JOW, przede wszystkim w takich JOW, jakie propaguje Ruch na rzecz JOW, a więc wyborów na wzór brytyjski. Partie wodzowskie nie mają tam szans wyborczych, ponieważ do zdobycia mandatu w okręgu jednomandatowym trzeba czegoś więcej niż dyspozycyjności i posłuszeństwa wobec "wodza". Natomiast ludzie, którzy potrafią zwyciężyć w okręgu jednomandatowym, stają się odpowiedzialni przed wyborcami i nie są skłonni bezdyskusyjnie podporządkowywać się "centrali". Widzimy to doskonale na przykładzie wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, którzy zdobyli mandaty z pomocą różnych partii politycznych w wyborach 2002 roku.
    Dlaczego w 1989 roku nie poszliśmy drogą JOW w Polsce, tylko uparcie stosujemy system wyborów partyjnych?
    Odpowiedź na to pytanie nie jest trudna: "taka była racja stanu PZPR", która musiała, w rezultacie przekształceń geopolitycznych, podzielić się władzą z tzw. opozycją demokratyczną. Przy innym systemie wyborczym już dawno zapomnielibyśmy o spadkobiercach pezetpeerii.
    Łatwo zrozumieć dlaczego tzw. ordynacja proporcjonalna tak dobrze posłużyła - i nadal służy - "postkomunistom", w przeciwieństwie do wszystkich innych, nieustannie tworzących się nowych partii politycznych?
    Wybory w kluczu partyjnym, w wielkich, ok. milionowych okręgach wyborczych, na dodatek z koniecznością przekroczenia progu wyborczego, wymagają ogromnych pieniędzy i rozbudowanych struktur partyjnych. 17 lat temu jedynymi partiami, które tymi środkami i strukturami dysponowały były partie postkomunistyczne, a więc SLD i PSL. I, jak widzimy, są to jedyne partie, które przez te wszystkie lata i wszystkie kadencje, wchodzą do Sejmu, podczas gdy inne partie okazały się być typowymi "partiami sezonowymi" - na jeden, czasem dwa sezony polityczne. W czasie "sezonów przy władzy" partie te toczą niezmordowaną walkę ze społeczeństwem o zdobycie środków i zaplecza umożliwiających dalsze utrzymanie się przy władzy i przetrwanie kolejnego sezonu. Jest to nieustanny nacisk na budżet państwa, z którego partie muszą wyrwać jak najwięcej. Podobnie jest w samorządach. Badania niedawno zmarłej dr Wisły Surażskiej pokazały, jak to się dzieje w gminach. Dr Surażska zbadała budżety gmin, w których zmieniono ordynację wyborczą, wprowadzając, w miejsce poprzedniej ordynacji większościowej ordynację proporcjonalną. Dotyczy to gmin o liczbie mieszkańców pomiędzy 20 i 40 tysięcy. We wszystkich tych gminach, jak pokazała Surażska, wzrósł deficyt budżetowy.
    Niestety, jak tego dobitnie dowodzi przykład AW"S", nawet zdobycie pełni władzy na cały sezon polityczny nie wystarcza na zdobycie środków i zbudowanie odpowiednich, trwałych struktur na obszarze całego kraju. Jest pytaniem otwartym, czy władza, jaką zdobyło PiS, okaże się, zgodnie z oczekiwaniami Jarosława Kaczyńskiego, wystarczająca do trwałego umocowania jego partii na scenie politycznej.
    Jako najbliższy etap tej walki rządzące obecnie partie polityczne uznały nadchodzące wybory samorządowe, a instrumentem, który ma temu służyć, jest nowa ordynacja wyborcza. W ostatnich wyborach rządzącej koalicji partie zdobyły: 20 wójtów (SO - 15, LPR - 5), 7 burmistrzów (SO - 4, LPR - 3), prezydentów miast - 3 (PiS). Daje to zaledwie 1,2% wszystkich dostępnych stanowisk. Dzisiaj, oczywiście, partie te mają znacznie większą siłę i możliwości. Ale nawet gdyby ten wzrost był dziesięciokrotny (!), to i tak nie wydaje się, żeby to uchroniło je przed klęską wyborczą. Chyba, że uda im się jeszcze raz, w ostatniej chwili, zmienić procedurę wyboru burmistrzów, a wiemy, że taki pomysł jest całkiem poważnie rozważany. Wtedy, oczywiście, zwycięstwo partii politycznych jest zapewnione. Klęskę poniesie tylko samorządna Polska.
    Tak jak racją stanu obecnych partii politycznych jest utrzymanie, za wszelką cenę, tzw. proporcjonalnego systemu wyborczego - w takim czy innym wariancie - tak racją stanu samorządnego społeczeństwa jest przeciwstawienie się temu i maksymalne ograniczenie zaborczych zapędów partii w społecznościach lokalnych. Ta racja stanu wymaga obrony zasady bezpośredniego wyboru wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, usunięcie szkodliwych zapisów tej ordynacji (przede wszystkim ograniczenia biernego prawa wyborczego, zniesienia drugiej tury itp.), przeciwstawienie się dalszemu uprzywilejowaniu partii politycznych w ordynacji i strukturach samorządowych.
    Przede wszystkim jednak należy pamiętać, że źródło partyjniactwa tkwi w Sejmie i w ordynacji wyborczej do Sejmu. Propozycja JOW nie jest propozycją walki z partiami politycznymi w ogóle, lecz z partiami, jakie produkuje tzw. proporcjonalny system wyborczy, a więc z ustawowym, konstytucyjnym uprzywilejowaniem partii politycznych. W brytyjskim systemie JOW partie polityczny nie posiadają żadnych przywilejów ustawowych. Dzięki temu system ten tworzy partie zdrowe i silne poparciem obywatelskim. W ten sposób otwiera tym partiom naturalną, społecznie aprobowaną drogę do objęcia władzy, samodzielnego rządzenia i realizowania programów przedstawianych społeczeństwu. System wyborczy w Polsce wymaga, aby partie te wydarły społeczeństwu jak największą ilość środków, umożliwiających im "urządzenie się". Dopiero, kiedy "urządzą się", mogą przystąpić do rządzenia i realizowania programów. Historia ostatnich 17 lat dowodzi, że jeszcze zanim się urządzą - znikają ze sceny politycznej. Wydaje się, że najwyższy już czas, aby przerwać to błędne koło.

    11 sierpnia 2006

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Życie mordercy nad życiem nienarodzonego - prof. Michał Wojciechowski Wysłane sobota, 19, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W sprawie aborcji i w sprawie kary śmierci chodzi o życie ludzkie. Wychodzą więc one poza aktualną politykę.

    Gdy LPR zaproponowała ostatnio zaostrzenie ustawy ograniczającej aborcję, a przedtem jeszcze karanie śmiercią pedofilów morderców, w mediach komentowano to w kategoriach aktualnej gry politycznej. Wysuwając te postulaty, LPR mogłaby zyskać w sondażach i wyborach. Jednakże, nawet jeśli wysunięcie tych kwestii miało motywację doraźną, zachowują one charakter zasadniczy, moralny, ponadpolityczny.

    Cztery możliwości

    Stosunek do aborcji i stosunek do kary śmierci łączy to, że chodzi w nich o legalne pozbawienie życia istoty ludzkiej. Ma więc sens stawiać te sprawy obok siebie. W takim razie istnieją następujące możliwe stanowiska.
    1) Według pierwszego można dokonywać aborcji i można karać śmiercią. Ten pogląd spotykamy w bardzo różnych krajach (reżimy komunistyczne i obecne prawo USA). Wydaje się on zakładać lekceważenie życia ludzkiego w ogóle. Natomiast jest wewnętrznie spójny, w pewien sposób konsekwentny.
    2) Konsekwentny jest też pogląd przeciwny: nie wolno ani dokonywać aborcji, ani karać śmiercią. Jest to logiczny wniosek z zasady ochrony życia, z "nie zabijaj", nawet jeśli ktoś uzna go za zbyt idealistyczny w treści, nie odpowiadający realiom życia.
    3) Następnie, można uznać, iż aborcja jest niedopuszczalna, natomiast należy karać śmiercią najwstrętniejszych zbrodniarzy. To także jest myślowo spójne, gdyż dziecko poczęte nie uczyniło nic godnego kary, a przestępca - jak najbardziej tak.
    4) Ostatnia możliwość, to dopuszczenie aborcji oraz wykluczenie kary śmierci. Czasami dopuszczeniu aborcji towarzyszy jeszcze zgoda na eutanazję, czyli na dobijanie umierających. To stanowisko jest typowe dla prawodawstwa dzisiejszej Europy. W związku z tym wielu nie dostrzega, że jest ono jaskrawo absurdalne. Na płaszczyźnie wartości oba jego elementy i ich potencjalne uzasadnienia wykluczają się nawzajem. Jak można zabijać dzieci przed narodzeniem, a chronić życie zbrodniarzy?
    Ucieczka przed tym wnioskiem pcha zwolenników aborcji do przeczenia człowieczeństwu dzieci poczętych, zwanych wtedy płodami. Tu z kolei zderzają się z biologią. Dzieci poczęte są oczywiście istotami ludzkimi, a nie czymś innym - tyle że mniej rozwiniętymi od już narodzonych. Od poczęcia do narodzin trwa płynny rozwój, proces bez jakościowych przeskoków.

    Wniosek prawny

    Wynika stąd, że prawo powinno się stanowczo przeciwstawiać aborcji. Jest bowiem pożądane, by system prawny chronił życie, jako elementarne prawo człowieka, i żeby był spójny. Wnioski te nie powinny mieć szyldu partyjnego i wydają się słuszne tak w perspektywie chrześcijańskiej, jak w świeckiej.
    Zakładam oczywiście, wbrew wielu rzecznikom laicyzacji, że świeckość nie musi oznaczać bezładu moralnego. Także niewierzący odwołujący się do zasad naturalnych bronią życia ludzkiego. Godzi się zresztą zauważyć, że sprzeciw wobec aborcji nie jest specyficznie chrześcijański. Znamionował starożytny judaizm, występował - wbrew częstej praktyce - w starożytnej Grecji i Rzymie, a dziś spotkamy go w hinduizmie, buddyzmie i islamie.

    Wątpliwe wyjątki

    W Polsce obecne prawo karne znacznie ogranicza dopuszczalność aborcji, choć można podejrzewać, iż wymiar sprawiedliwości stosuje je opieszale. Prawo to uwzględnia jednak wyjątki, które mogą być przedmiotem krytyki. Wyjątki te oznaczają bowiem pewną licencję na zabijanie i wprowadzają do prawa niespójność. Lekarz im przeciwny narażony jest na konflikt sumienia i represje.
    Dopuszczanie aborcji przy zagrożeniu zdrowia matki oznacza, że można poświęcić wartość większą, życie, na rzecz mniejszej i wtórnej - jego jakości. (Tylko przy poważnym zagrożeniu samego życia matki na obu stronach szali jest życie.)
    Podobnie należy ocenić aborcję po wykryciu u dziecka wad genetycznych. Niszczy się życie, by uniknąć jego uciążliwości. Jeśli się twierdzi, że osobę niepełnosprawną można zlikwidować przed narodzeniem, wprowadza się tylnymi drzwiami eutanazję i przeczy się ustawom zmierzającym do wyrównania szans takich osób. Ponadto pozwala się zabijać dla zabezpieczenia rodziców i społeczeństwa przed trudem opieki nad ułomnym dzieckiem.
    Niesłuszne jest też dopuszczanie aborcji dzieci poczętych w wyniku gwałtu. Poświęca się życie dziecka dla rzekomego zabezpieczenia matki przed cierpieniem (rzekomego, gdyż do końca życia będzie odczuwała, jak inne kobiety dokonujące aborcji, wyrzuty sumienia, objawy syndromu postaborcyjnego, nie mówiąc już o ryzyku bezpłodności i innych powikłań). Przy okazji gwałciciela zwalnia się od alimentów.

    Kara śmierci

    Po pierwsze zauważmy, że zwolennicy aborcji nie mają właściwie ani moralnych, ani intelektualnych racji do ubolewania nad karą śmierci. Wygląda na to, że dla dzisiejszych lewicowców, głoszących takie właśnie poglądy, mordercy to ludzie, a malutkie dzieci - nie!
    Z perspektywy zasady ochrony życia ludzkiego problem kary śmierci wydaje się bardzo trudny, podobnie zresztą jak problem wojny. Z jednej strony zabijanie przez kata jawi się jako coś okropnego, nieludzkiego. Z drugiej, zaniedbanie odpowiedniego karania morderców powiększa zagrożenie ofiar, czyli kosztuje czyjeś życie! (Twierdzenie, że perspektywa ukarania śmiercią nie odstrasza zabójców, jest oszukańcze.)
    Apele o miłosierdzie i nadzieja, że kary śmierci da się uniknąć, nie znoszą bowiem wymogów sprawiedliwości. Prawa ludzkie przestępców nie powinny usuwać ani podważać praw aktualnych i potencjalnych ofiar. Wbrew częstej opinii, tradycja Kościoła katolickiego zezwala władzy państwowej na stosowanie kary śmierci, gdy nie ma innej metody. Jak zauważył św. Paweł, władza nie na próżno nosi miecz.
    I w tej sprawie chodzi więc o to, co jest słuszne, a nie, co sądzą o tym media czy poszczególne partie. Albo co o tym sądzi postępowa Europa: jej przedstawiciele dość bezczelnie próbują zgodę na aborcję i zniesienie kary śmierci przedstawić jako zasady nienaruszalne, choć zostały one wprowadzone do prawa bardzo niedawno.
    Gdy władza państwa (i UE) wkracza praktycznie wszędzie, wszystko staje się polityką. W demokracji parlamentarnej wszystko staje się partyjne. Jednakże obrona życia ludzkiego, a więc także aborcja i kara śmierci to sprawy publiczne, wymagające jasnego prawa, ale nie polityczne, lecz moralne.

    Michał Wojciechowski

  • Autor jest teologiem świeckim, profesorem UWM w Olsztynie. Napisał m.in. "Czy Jezus żądał zbyt wiele?" (2006).

    Publicystyka prof. Michała Wojciechowskiego na ASME


    Wybuchowa oranżada i powolna degrengolada - Krzysztof Mazur Wysłane sobota, 19, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Kilka dni temu europejskie lotniska zostały sparaliżowane z powodu restrykcji, jakie zapanowały w angielskich portach z powodu - jak podano oficjalnie - realnego zagrożenia atakiem terrorystycznym zaplanowanym - jakżeby inaczej - przez komórki Al-Qaidy. Do dotychczasowych uciążliwości związanych z tego typu utrudnieniami doszły kolejne polegające na pozbawianiu pasażerów praktycznie całego podręcznego bagażu, a przede wszystkim tych rzeczy, których konsystencja wskazywała na udział ciał płynnych.

    Przy tej okazji, od naprędce uaktywnionych specjalistów, mogliśmy dowiedzieć się, że do wyprodukowania bomby można użyć co najmniej setki powszechnie dostępnych płynów - już to w drogerii, a nawet zwykłym sklepie spożywczym - które odpowiednio zestawione i zmieszane dają właśnie wspomnianą mieszankę piorunującą. Doszliśmy więc do następnego etapu zastraszania społeczeństwa masowego, na którym nawet popularny i wydawałoby się z pozoru niegroźny shaker służący do mieszania napitków może zostać wciągnięty na listę urządzeń militarnych na równi z miotaczem ognia czy wyrzutnią katiusz. Teraz przynajmniej wiadomo, dlaczego wojska izraelskie z takim zapamiętaniem bombardują cele cywilne, a jakżeby inaczej - skoro nawet fabryka szamponu do włosów może służyć do produkowania groźnych materiałów wybuchowych. Jeszcze nie tak dawno powszechna panika ogarniała całe biura na widok wysypującej się z kopert mąki kartoflanej, która miała być w domyśle groźną bronią biologiczną zawierającą śmiercionośne bakterie wąglika. Kilka miesięcy trwały dywagacje nad możliwością użycia innych śmiercionośnych szczepów wirusów, by wiosnę tego roku do szczętu obrzydzić histerycznymi informacjami o zbliżającej się pandemii ptasiej grypy. I kiedy wydawało się, że tym co zagraża nam najbardziej, to susza i powodzie, okazało się, że zagrożenie czyha praktycznie wszędzie, na półce osiedlowego sklepu, w mlecznym barze, nawet we własnej lodówce, a podejrzanym może być z kolei niczego nie podejrzewający nabywca butelki oranżady czy marząca o zrobieniu się na bóstwo właścicielka żelu do włosów. Tak jak w tytule powieści pani Joanny Chmielewskiej - podejrzani staliśmy się wszyscy.
    Z większym prawdopodobieństwem łączenia faktów niż uczynił to w swojej bestselerowej powieści Dan Brown można jednakże stwierdzić, że taki rozwój wypadków nie jest całkowicie przypadkowy - wszak nie od dzisiaj jesteśmy próbowani do życia w Nowym Wspaniałym Świecie. Tym razem jak najbardziej realny "raport mniejszości" już się zapewne pisze.
    Jakie działanie władz byłoby najwłaściwsze w sytuacji rzeczywistych bądź urojonych zagrożeń związanych z kumulowaniem się dużych grup ludności w jednym miejscu (Właściwie trudno wytłumaczyć, dlaczego wszystkie drogi terrorystów prowadzą do lotnisk, tak jakby wysadzenie jakiegoś sklepu, kina lub szpitala było mniej spektakularne, a przecież lotniska są jednym z najbardziej strzeżonych i pilnowanych miejsc. Co łatwiejszego niż zmieszać wybuchowe żele na miejscu w sklepie lub aptece?) oraz stopniowo budowanej atmosferze sprzyjającej ucieczce od wolności. Wydawałoby się, że nasza "konserwatywna" koalicja przynajmniej z dużą rezerwą będzie się odnosić do pomysłów dalszego ograniczania tzw. swobód, niechby i obywatelskich, zwłaszcza że niedawno dużo mówiło się o przywróceniu nam pewnych wolności, których pomimo upadku komunizmu nie udało się odzyskać do dnia dzisiejszego. Tymczasem homines novi rodzimej władzy już to prześcigają się w pomysłach na centralny rejestr dzieci, dalsze obniżanie obowiązku szkolnego (pomysły na szczęści odłożone, ale wcale nie porzucone), rozszerzanie katalogu obowiązkowych ubezpieczeń (vide pomysł ubezpieczeń rolniczych), wprowadzanie paszportów biometrycznych, państwowe pensje dla gospodyń domowych itp. Ostatnim przejawem owej radosnej twórczości jest kolejny pomysł młodych polityków LPR (partii jeszcze niedawno zapowiadającej się jako wolnorynkowa alternatywa dla etatystycznego PiS-u, alternatywa, która po kilku miesiącach rywalizowania o względy wyborców jawi się jako karykatura pijarowskich chwytów swoich politycznych sprzymierzeńców), którzy wymyślili takie zmiany do kodeksu karnego, aby możliwym było zapuszkowanie nie tylko pijanego (a właściwie nie tyle nawet pijanego, ile będącego pod wpływem alkoholu, gdyż większość osób wie, że mogą to być dwa różne stany) kierowcy - ale i jego współpasażera, o ile oczywiście współpasażer ten świadomie tolerował jazdę obok podchmielonego mistrza kierownicy. Wszelkiej maści totalitaryści nie mogliby wymarzyć sobie milszego prezentu, wszak rozwijając ideę, która przyświecała młodym gniewnym z Ligi, do więzienia powinni być wtrącani przynajmniej rodzice morderców, gwałcicieli itd., a to dlatego, że taki, a nie inny stan psychiczny tychże zbrodniarzy w większości przypadków bierze swój początek z domu rodzinnego. Wydaje się, że duża część tych rodziców rzeczywiście już w tych więzieniach siedzi, więc od czego postępowe idee głoszące, że za trud wychowania odpowiedzialna jest na równi z rodzicami - a może nawet jeszcze bardziej - szkoła? Jużci do kozy sadzać nauczycieli, zwłaszcza, że mogli być świadomi, iż niejeden z ich wychowanków zapowiada się na niezłego rozrabiakę, a jedynym sposobem poskromienia jego niezdrowych zapędów mogłaby być całkowita lobotomia połączona z kastracją, a najlepiej - sprowadzeniem takiego delikwenta do stanu wegetującej rośliny. A co z instruktorami prawa jazdy świadomymi, że kursant nie jest abstynentem, z barmanami polewającymi drink i świadomymi, że pijący jest właścicielem pojazdu jedno- lub dwuśladowego, ze współbiesiadnikami świadomymi - przynajmniej do czasu - że może on chcieć prowadzić itp.?
    Oczywiście pierwszym skutkiem wprowadzenia takich absurdalnych przepisów byłaby epidemia pomroczności jasnej, aczkolwiek niezależnie od możliwego nadinterpretowania wspomnianego casusu pewnym jest, że dla naszego dobra także nasi rządzący gotowi są nie tylko zedrzeć z nas ostatnią koszulę czy wygnać za chlebem za granicę, ale nawet prewencyjnie wsadzić do pierdla - pod warunkiem oczywiście, żeśmy postrzegali rzeczywistość tak, jak ona naprawdę wyglądała. Dlatego też na wszelki wypadek zaczynajmy trenować odmienne stany świadomości, aby podczas zakupów w osiedlowym spożywczym, aptece podczas wspólnego biesiadowania lub jazdy samochodem nie myśleli ustawicznie, że wszystko może być użyte przeciwko nam.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    W papierach SB każdy znajdzie coś dla siebie, ale w Kościele katolickim były tysiące niezłamanych kapłanów - Łukasz Perzyna o sprawie "Delegata" Wysłane piątek, 11, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    W papierach SB każdy znajdzie coś dla siebie, ale w Kościele katolickim były tysiące niezłamanych kapłanów - Łukasz Perzyna o sprawie "Delegata"
    Wysłane piątek, 11, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Sprawa »Delegata«, zapoczątkowana wprawdzie przez dziennikarzy, ale bez reszty angażująca polityków - wskazuje na specyficzny stosunek Polaków do ich własnej historii. W tym samym czasie, gdy premier Kaczyński przerywa wypoczynek w Juracie, by pokazać się na tle muzeum w dawnym nazistowskim, niemieckim obozie w Sztuthofie, by pokazać, kto w naszej części Europy był agresorem, co wydaje sie nieodzowne gdy w Berlinie startuje wystawa Eryki Steinbach usiłująca pokazać Niemców jako »ofiary II Wojny Światowej«, nie jako sprawców - w Polsce toczy się dyskusja, kto z grona delegatów, którzy pojechali przed 25 laty do Ojca Świętego, był informatorem SB. Fachowcy, którzy badają spuściznę PRL-owskiej Służby Bezpieczeństwa, szacują liczbę agentów na 130 tysięcy. To dużo, choć trzeba pamiętać, że to był prawie 40-milionowy kraj, w którym niemal 10 milionów uczestniczyło w ruchu »Solidarności«, a były też ruchy antykomunistyczne konkurencyjne do »S«, choćby KPN. W Rumunii donosicieli Securitate było ponad 600 tysięcy, a była krajem znacznie mniej ludnym niż PRL" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, omawia sprawę dysproporcji w przekazach medialnych, związanych z najnowszymi podrygami walki byłych służb specjalnych PRL i odchodzących w przeszłość, związanych z PRL-bis.

    W Polsce mamy do czynienia z sytuacją wyjątkową i przedziwną. "Polska pokojowa rewolucja demokratyczna", która nie została przerwana nawet przez stan wojny jaruzelsko-polskiej, trwała 9 lat - ta rewolucja uzyskała uznanie i poklask w oczach świata. Czyżby ów symbol zwycięstwa nad sowieckim terrorem mieli zakwestionować sami Polacy? - zastanawia się Łukasz Perzyna. Nawet jeśli w delegacji do Jana Pawła II znalazł się jeden agent, może nawet trzech - jak sugeruje pytyjsko wypowiadający się były przewodniczący "S" Lech Wałęsa - to tak jak pastor Gauck, który był świetlaną postacią opozycji w NRD, tak w Polsce niewątpliwą rolę pełnił Kościół katolicki, a duchowym ojcem opozycji w okupowanym kraju był Stefan kardynał Wyszyński, więzień komunistycznych miejsc odosobnienia czasów terroru stalinowskiego. Oraz tysiące bezimiennych kapłanów, którzy NIE zostali złamani przez SB-eków. Dziś patrzymy na wizerunek Kościoła poprzez pryzmat sporu pomiędzy kurią krakowską a niezłomnym księdzem Isakowiczem-Zalewskim, badającym ciemne strony krakowskiego kościoła. Za granicą - jeśli w ogóle interesują się tym, co się dzieje w Polsce - na pewno są zdziwieni tym, że Polacy na pierwsze strony mediów wybijają działania agenturalne. A gdyby np. Nelson Mandela, też laureat Pokojowej Nagrody Nobla, porzucił sferę polityki i zaczął się publicznie zastanawiać, czy w jakiejś delegacji było trzech agentów, czy może tylko jeden...?

    Nagranie trwa prawie 17 minut i jest dostępne w Sieci do 25 VIII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Czy przedstawicie Kurii krakowskiej oczekują cudu, czy zbieżność daty likwidacji WSI jest przypadkowa? - Prezes UPR Wojciech Popiela o nikłych szansach na życie w nieciekawych czasach "polskiego regionu UE" Wysłane piątek, 11, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Czy przedstawicie Kurii krakowskiej oczekują cudu, czy zbieżność daty likwidacji WSI jest przypadkowa? - Prezes UPR Wojciech Popiela o nikłych szansach na życie w nieciekawych czasach "polskiego regionu UE"
    Wysłane piątek, 11, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Po klęsce suszy nadeszła klęska deszczu, na szczęście nie ma takiej klęski, której nie mogłaby zaradzić władza państwowa. Dlatego władza jeździ po kraju i... obiecuje, że »da« »naprawi« i »pomoże«... Według tych haseł odbywa się polityka rządowa, zwłaszcza że idą wybory. Jedynym pocieszającym faktem jest ponowna zapowiedź pana premiera Kaczyńskiego, że »kotwica budżetowa >minus 30 miliardów< zostanie utrzymana«. Jest ciekawe, jak jest prawdziwa głębokość zanurzenia tej kotwicy, bo kiedyś pani Gilowska mówiła o rządach SLD, że »ich oficjalna kotwica sięga 40 miliardów, a prawdziwa - 63«" - Wojciech Popiela, prezes UPR, zastanawia się, o ile wzrosną podatki za rządów PiS, by ci prawicawi etatyści mogli zrealizować swoje zapowiedzi wyborcze.

    Ostatnio przedstawiciele rządu zastanawiają, się, jak zatrzymać młodych Polaków w Polsce, by m.in. utrzymać przy życiu państwowy system ubezpieczeń. Wyjechało i nie płaci żadnych składek na ZUS około 1-2 milionów obywateli RP. Trzeba przypomnieć, że to Platforma Obywatelska najbardziej się cieszyła z możliwości zatrudniania za granicami Polski pozbawionych szans na normalne życie jej obywateli. Teraz PiS propaguje pomysł wprowadzenia dyskryminacji przedsiębiorców prowadzących już swoje interesy w stosunku do młodych, kończących studia i chcących podjąć wyzwanie pierwszej działalności gospodarczej.
    Już niemal wszyscy na świecie myśleli, że zagrożenie terroryzmem zostało oddalone, a tu ni z tego, ni z owego - terroryści zagrozili całemu światu z londyńskich lotnisk, wcześniej służby specjalne w Niemczech odnalazły "profesjonalnie przygotowane bomby, w których były porzucone egzemplarze Koranu" - zapewne dla wymowniejszej identyfikacji hipotetycznych zamachowców na rzecz idioten-media. Z podobnych powodów w wojnie "Izraela z Hezbollachem" wojska żydowskie rozsiały po całym Bejrucie ulotki, w których uprzejmie informują, w których dzielnicach nie powinno się przebywać.
    W Polsce też myślano, że służby specjalne, te wojskowe, zostały wzięte w karby, a tu dziennik "Rzeczpospolita" podłożył bombę medialną związaną z KO "Delegatem". Podobnie jak lotnictwo izraelskie, tropiący czarne owce w łonie kościoła krakowskiego ksiądz Isakowicz-Zalewski sprecyzował o jakie miejsca w Krakowie i w Watykanie chodzi, jeśli ktoś chce zadać pytanie o umiejscowienie agentów SB w łonie Kościoła katolickiego. Z rozbrajającym uśmiechem rzecznik kurii krakowskiej, ksiądz Nęcek powiedział, "że mamy wakacje, a wakacje są czasem odpoczynku". To jest szczera prawda - bo wakacje dla studentów trwają do 30 września, a zbieżność daty likwidacji WSI i powołania nowych służb wojskowych razem z zadekretowaniem "powstania IV RP" jest oczywiście przypadkowa...

    Nagranie trwa ponad 11 minut i jest dostępne w Sieci do 25 VIII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Skojarzenia - Krzysztof Mazur Wysłane czwartek, 10, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Kilkanaście miesięcy temu włączywszy w sobotnie przedpołudnie telewizor byłem świadkiem "emocjonującego" teleturnieju, polegającego na rozwiązywaniu krzyżówki. Jedno z haseł brzmiało mniej więcej "dawny asystent rycerza" i chodziło oczywiście o "giermka", były nawet podane dwie litery, na co odgadująca panienka najpierw wykrzyknęła, że to był pewnie "gierek", po czym gdy mina prowadzącej wskazywała, że jednak nie "gierek", w pośpiechu poprawiła się na "Gieremek". Z kolei jeden ze słuchaczy audycji radiowej (radio katolickie), na pytanie, który znany polityk ma dwa imiona, z tego jedno żeńskie, dopiero po podpowiedzi redaktora, że "Jan i Maria", natychmiast odparował, że to z pewnością Jan Maria... Mikke.

    Takich jak powyżej przykładów można przytaczać wiele, gdyż niestety to właśnie tacy uświadomieni politycznie - jak przykładowa teleturniejowiczka - wyborcy tworzą współcześnie w Polsce dominujący elektorat. Stąd też pewien pragmatyzm w głoszeniu ideologii jest potrzebny, aby zbytnim technokratyzmem nie zniechęcić takich ludzi do słuchania, zwłaszcza że większość odrzuca trud krytycznego oceniania rzeczywistości, ale nie odrzuca przystosowania, dlatego też często, aby być cool, trendy i jazzy - powtarza banały, które gęsto leją się z ust Lisa, Durczoka, Pochanke i innych "tuzów" dziennikarstwa oraz polityki.
    Upraszczanie pewnych ocen czy dość jednostronne przedstawiania faktów prowadzi jednakże do utrwalania niektórych szkodliwych dla nas Polaków przekonań. Także w pewnych sporach ideowych nie można wzorem przedstawicieli różowego salonu uciekać się do zadekretowania jednych poglądów jako jedynie słusznych i nie wymagających krytycznej analizy, a tych, którzy ośmielają się naruszyć pewne "prawicowe" tabu - skazywać na intelektualne getto w getcie. Takim prawicowymi tabu są od lat np. narodowe powstania, które można tylko czcić i świętować, bezkrytyczność wobec wielkości marszałka Piłsudskiego, idealizacja II RP, bezdyskusyjna niechęć do Rosji i bezmyślne zauroczenie Ameryką i co najmniej jeszcze kilka innych kwestii dzielących środowiska uznające się za prawicowe.
    Pewnie niektórzy czytelnicy przytoczoną na wstępie anegdotę znają, gdyż zdarzyło mi się ją już co najmniej raz przytaczać z innej okazji, tym razem wykorzystałem ów teleturniejowy przykład skojarzeń, gdyż sam zostałem posądzony o jeszcze bardziej prymitywny zasób skojarzeniowy. Otóż p. Waldemar Łysiak, którego eseje, felietony i powieści czytam od dobrych ponad dwudziestu lat (a i cytowałem w swojej publicystyce), złożył na łamach "GP" niby-donos na antysemitów, który w założeniu miał być "szyderką" z zawodowych filosemitów, ale niestety pod wpływem temperamentu polemicznego autora przerodził się w końcówce w faktyczny donos na "chłopców z NCz!", a na niżej podpisanego w szczególności. Autor "Szuańskiej ballady", na którego twórczości wyraźne piętno odcisnęła fascynacja "małym wielkim" cesarzem, zarzucił mi intelektualne pokrewieństwo z kapralem, któremu, jak wiadomo z licznych dowcipów, wszystko kojarzy się z d..ą, z tą różnicą, że mnie i innym chłopakom z "NCz!" wszystko kojarzy się z narodem wybranym. Odchodząc na chwilę od sedna polemiki, pomyślałem, że w dzisiejszych czasach nawet lepiej, aby człowiekowi wszystko kojarzyło się d..ą (wszak jak napisała "Trybuna", w rodzinnej miejscowości Leppera nawet "psy dupami szczekają") niż np. z Żydami. Gdyby dajmy na to taki Gibson zamiast 1,2 promila dał sobie w żyłę nawet dwa razy tyle tequili, ale po zatrzymaniu przez policję stanową łamiącym się głosem odpowiedział, że to z powodu nieludzkich aktów Hamasu na rdzenne żydowskich terenach - to z pewnością nikt nie dowiedziałby się o jego ekscesie, a może nawet powróciłby do łask wielu dotychczasowych krytyków.
    Można się domyślać, nawet mieć pewność, że p. Waldemarowi Łysiakowi chodziło nie tyle o lustrowanie żydów w rządzie Marcinkiewicza, tylko o urażone własne ego, bo co to za wolność słowa, kiedy nawet "niejaki K. Mazur" może sobie pozwolić na krytykę (P. Łysiak użył nawet określenia "kalumni", ale gdzie mi tam było do kalumni) znanego pisarza, zwłaszcza krytykę uzasadnioną. Każdy kto czytał felieton pt. "Putin in Kremlin", może dojść do wniosku, że argumentacja tam użyta - nawet jeśli czytać to w konwencji satyrycznej - jest delikatnie mówiąc, kiepska. Podobnie jak imputacje pochodzące z ostatniego felietonu pisarza, a dotyczące osoby ministra Wassermana, gdyż akurat to nazwisko w swoim tekście przytoczyłem w innym kontekście niż kontekst "liczenia Żydów w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza". Wprawdzie w "Międzynarodowym Żydzie" Henryka Forda pojawia się nazwisko "Wasserman", ale ja podzielam pogląd znajomego, który "twierdzi, że "wszyscy to Żydzi, ale Wasserman to nazwisko niemieckie".
    Najlepiej od razu ustalić, że mamy dwa salony: jeden lewicowy "różowy", a drugi prawicowy, "błękitny", na jednym będzie się czcić Saint Justa, Dolores Ibarruri, Allende i Kuronia - a na drugim Napoleona, Piłsudskiego, de Gaulla i Kuklińskiego. To będą ikony i podstawy niepodważalnych dogmatów, natomiast dyskutować i światłocienie będzie można dostrzegać u Wielopolskiego, Dmowskiego, Franco czy Jana Pawła II. Krytykować można "wojtylizm", ale nie "napoleonizm". Prawicową wersję historii będzie się przedstawiało wg metody porównawczej, tzn. jeżeli ktoś walczył przeciwko Napoleonowi, a jeszcze miał czelność pogromić "boga wojny", to będzie ten zły, podobnie każdy krytyk Piłsudskiego to będzie agent wpływów rosyjskich, a nieprzekonanych co do zasług płk. Kuklińskiego od razu wrzuci się do obozu afirmatorów Jaruzelskiego. Po co dyskutować z takimi np. "chłopcami z NCz!" czy jakimiś UPR-owcami, wiadomo, że UPR to Korwin-Mikke, a Korwin-Mikke to w najdelikatniejszej wersji dziwak, ergo "chłopcy z "NCz!" nawet jak mają rację - to przez przypadek, a tak w ogóle ta ich racja chociażby konsekwentnie głoszona od kilkunastu lat nabiera wagi prawdziwej racji - gdy zaczynają ją głosić jako swoją inne "poważne" partie i "poważni" politycy. Nie oznacza to, że wszystkie wymienione osoby i sposoby myślenia odnoszą się do sposobu argumentowania p. Łysiaka, ale chciałbym zwrócić uwagę na zastosowany przez pisarza sposób myślenia, który krytykę jego antyputinowskiego tekstu chciałby wywodzić nie z miałkości zawartych w swoim tekście argumentów, tylko w "zdradzie rasy aryjskiej". Co jak co, ale o zdradę rasy aryjskiej nigdy nie podejrzewałbym autora "Malarstwa białego człowieka"! Zresztą krytykować artykuł antyputinowski wcale nie oznacza zauroczenia kacapami (Można pisać "kacap" nieprawdaż? O "mośkach" to byłbym się już obawiał.), tak jak z faktu, że jeżeli p. Łysiak spiera się z p. Ziemkiewiczem o Balcerowicza, to któryś z nich ma blade pojęcie o polityce pieniężnej.
    P. Waldemar Łysiak już raz wymierzył mi lekką rózgę (patrz felieton z "GP" pt. nomen omen "Wolność słowa" z 22 marca 2006 r.) za tekst popełniony na łamach "NCz!", dodatkowo pisarz przypisał mi wyssany z palca zarzut pisania z zemsty za atak na "cara Najwyższego CZASU!". Nawet nie wiem czy "car" "NCz!" życzyłby sobie takiego zastępstwa, natomiast obowiązuje taka zasada, że dwa razy nie sądzi się za to samo przewinienie, więc o ile z szacunku do pisarza nie polemizowałem z pierwszą zaczepką, tak ostatnia polemika sprowokowała moje powyższe "something pojebałos". W końcu chodzi o to, byśmy byli "współpracownikami prawdy", a nie megalomaństwa

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Wróżenie z nazwisk - Krzysztof Mazur Wysłane czwartek, 10, sierpnia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Odnowiona "Gazeta Polska" wydrukowała niedawno esej Waldemara Łysiaka, w którym pisarz postanowił popastwić się nad aktualnym włodarzem Kremla, co nie byłoby niczym nowym ani szczególnym, gdyby nie wyjątkowo osobliwa argumentacja autora. Otóż p. Łysiak, którego nazwisko kończy się na "-iak", czyli tak samo jak dajmy na to nazwisko towarzysza ze znanego utworu Janusza Szpotańskiego, stwierdził, że co dobrego można spodziewać się po facecie, którego nazwisko kończy się tak samo jak nazwisko Lenin i Stalin.

    Jakiś czas temu pisałem, jak to Stanisław Mancewicz, redaktor "ulubionej" przez Łysiaka "GW", zlustrował Kornela Makuszyńskiego, którego "proza dla dorosłych, niewznawiana dziś... z wielkimi wartościami literackimi nie ma wiele wspólnego", zaś "zbieżność inicjałów Kornela Makuszyńskiego z jego najsławniejszym bohaterem Koziołkiem Matołkiem... wydaje się nieprzypadkowa". Miałem do tej recenzji także osobisty stosunek, powodowany tym, że również moje inicjały pokrywają się z inicjałami najsławniejszego literackiego bohatera Makuszyńskiego.
    Tym razem jednakże sprawa jest poważniejsza, gdyż końcówka nazwiska herbowego redaktora naczelnego "NCz!" również wykazuje niepokojącą zbieżność z końcówką nazwiska Putin, Lenin i Stalin, a smaczku sprawie dodaje fakt, że w jeszcze nieco wcześniejszym eseju zamieszczonym na łamach "GP" W. Łysiak określił naczelnego tygodnika tytułem "cara Najwyższego CZASU!", co wskazuje na wyraźny ślad rosyjski w najnowszej twórczości publicystycznej autora "Lepszego".
    Z przenikliwością najsłynniejszego autora wywiadów z samym sobą trudno polemizować, zwłaszcza, że jak P. Waldemar Lysiak zechce coś udowodnić, to w razie czego zacytuje samego siebie, ośmielam się wszak najciszej i najskromniej zwrócić uwagę, że Lenin to tak naprawdę był Uljanow czy jakoś podobnie a prawdziwe nazwisko Stalina kończyło się na "-szwili". Dlatego też lepiej byłoby pamiętać, że był również Stołypin i np. Puszkin, i chociaż niekoniecznie musieli oni lubić Polaków, to na tle Stalina i Lenina wyglądają całkiem korzystnie. W ZSRR wyrokami słynął prokurator Wyszyński, ale to nie jemu zawdzięczamy liczne ulice tego imienia, Piłsudski miał taką samą końcówkę nazwiska, jak Dzierżyński czy Chodorkowski, któremu w tymże eseju tak współczuje pogromca rodzimych "salonowców" i "nafciarzy". Zresztą jaka jest prawdziwa końcówka od "Chodorkowski", to wie pewnie tylko sam "Putin in Kremlin" mający dostęp do różnych dokumentów i metryk gromadzonych przez KGB czy jak to się tam teraz nazywa. Co by nie powiedzieć i napisać, w naftowym biznesie końcówki są nawet podobne, bo to Chodorkowski i Smołokowski, Abramowicz i Astrachanowicz, ale widać taka specyfika branży. Dziwne, że tak przenikliwy pisarz i publicysta idzie na łatwiznę, zamiast głębiej spenetrować owe zjawisko. Dajmy na to biznes bankowy: Gąsiorowski i Gusinski - nie tylko sama końcówka, ale i kontekst, wszak gęś to nie kaczka i pospekulować chyba jeszcze można. A co do biznesu bankowego, to niedawno rada Banku Światowego zatwierdziła na szefa tejże instytucji niejakiego Paula Wolfowitza, który zastąpił na tym stanowisku Jamesa... Wolfensohna. Gdy za cztery lata do władzy dorwie się Olejniczak z Napieralskim, to mamy gwarantowanego szefa BŚ. Będzie nim Mieczysław Wilczek.
    "Metro" wydawane przez Agorę opublikowało artykulik, w którym pisano o masowym procesie zmiany nazwisk w Polsce, przy czym jak donoszą autorzy tej sensacji, coraz częściej ludzie zmieniają nazwiska z powodów politycznych, o czym świadczy, że m.in. za przeszkadzające w samorealizacji uchodzi m.in. nazwisko: Kaczyński - nie Rywin - bo w Polsce podobno tylko dwie osoby takie nazwisko noszą - ale właśnie Kaczyński.
    Jak więc widać, temat jest przyszłościowy, gdyż za chwilę dojdzie problem noszących nazwisko kończące się na "-tych", "-per" i "-dzyk", jest to zresztą temat na nowy telewizyjny szoł z cyklu "Łabędziem być", wszak łabędź to nie małe brzydkie kaczątko czy inny temu podobny gatunek ludzi, tzn. pardon - ptaków strasznych. Z pewnością wszyscy na "-ski" przez wzgląd na Niesiołowski, prawdziwy zaś problem mają ci z końcówką na "-man", jak Wasserman.

    Krzysztof Mazur

    Tekst jest przedrukiem artykułu z tygodnika "Najwyższy CZAS!" sprzed kilku miesięcy, który wywołał gwałtowną polemikę publicysty "Gazety Polskiej" Waldemara Łysiaka.

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME