października 17, 2006 - października 29, 2006

W poszukiwaniu brakującego ogniwa - Krzysztof Mazur Wysłane niedziela, 29, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

Po niedawnej wypowiedzi prof. Giertycha nt. współczesnego rozwinięcia teorii Darwina zawrzało w różnych środowiskach, począwszy do naukowego po towarzystwo medialne, przy czym - jak można się łatwo domyślić - chodziło nie tyle o kwestionowanie niektórych postulatów ewolucjonistów, ale o fakt, że alternatywą ewolucjonizmu jest kreacjonizm. A mówiąc o kreacjonizmie - nie da się ominąć niewygodnego pytania o Stwórcę, o którego istnieniu i sprawczej woli liczne środowiska wolałyby nie wspominać, a to z tego powodu, że same przejęły rolę Kreatora rzeczywistości i czują się w tej roli na tyle dobrze, że wszelką konkurencję traktują jako śmiertelne zagrożenie. Dlatego też kreacjonizm został dość dawno okrzyknięty jako podejście nienaukowe, a jeżeli coś jest nienaukowe - to nawet niektórzy biskupi, jak np. abp Życiński z wyniosłym pobłażaniem odmawiają zwolennikom takiego nienaukowego poglądu prawa do artykułowania swoich hipotez (wytł. ASME). Nieprzypadkowo także przeciwnikami kreacjonizmu są te same środowiska, które sympatyzują z partiami lewicowymi lub libertyńskimi, odnoszą się wrogo do Kościoła lub popierają "kościół otwarty", tak samo jak popierają ideę społeczeństwa otwartego, co w warunkach polskich idzie często w parze z sympatią dla idei "grubej kreski" i współczuciem dla "pokrzywdzonych" przez "dziką lustrację".
I tu dochodzimy do ciekawych kombinacji wskazujących, że prawdziwym spiritus movens dla obrony jedynego prawdziwego i materialistycznego światopoglądu nie jest jakieś szczególne umiłowanie naukowego podejścia - ale wrogość wobec poglądu konkurencyjnego. A jest tak dlatego, że te same środowiska, które tak żarliwie bronią darwinizmu przed kreacjonistami - jednocześnie przez wiele lat zwalczają, jak mogą, tzw. darwinizm ekonomiczny lub społeczny. Łatwo można sprawdzić w archiwum czytelni publicznej lub archiwum codziennych publikatorów, ile razy "darwinizm" służył za epitet mający zdyskredytować poglądy wolnorynkowe lub konserwatywne.
Janusz Majcherek dokonując na łamach "Tygodnika Powszechnego" wykładni papieskiego nauczania - piał, że papież "...miał na myśli gospodarczy leseferyzm, darwinizm ekonomiczny oraz społeczno-moralny permisywizm", Krzysztof Lubczyński w dodatku do "Trybuny" krytykując poglądy Jana Winieckiego, pisał, że publicysta "Wprost" jest "propagandystą dzikiego darwinizmu społecznego w randze profesora ekonomii", a Lesław Michnowski - członek prezydium PAN - wywodził, iż "darwinizm społeczny (...) umożliwia (...) obciążanie słabszych, kosztami życia i rozwoju silniejszych części światowej społeczności" - dodając, że jest to "...krótkowzroczna, wysoce bezwładna i egoistyczna forma stosunków społecznych". Tego typu poglądy można znaleźć na wyciągnięcie ręki i ma się rozumieć - są to teorie zgodne ze światopoglądem naukowym...
W takim razie wychodzi na to, że hipotezy o pochodzeniu człowieka od szympansa, a wrony - od archeopteryksa są, pomimo, że brak na to jakichkolwiek dowodów, jak najbardziej naukowe, natomiast krytyka państwowych ubezpieczeń i podatków dochodowych pomimo dziesiątków przykładów ich szkodliwości i nieefektywności stanowi domenę - posługując się sformułowaniem niezastąpionego abp. Życińskiego - "wyznawców wiary w prostą ekonomię". Mamy więc nieoczekiwanie współistnienie dwóch rodzajów darwinizmu: tj. dobrego darwinizmu naukowego i złego darwinizmu - nienaukowego.
A co do darwinizmu społecznego, to mieliśmy ostatnio jego przykład przy okazji tragedii, która wydarzyła się po zajściach w jednym z krajowych gimnazjów. Oczywiście, przeciwnicy darwinizmu społecznego całą winę za powstałą tragedię chętnie przerzucają na nauczycieli i dyrekcję szkoły oraz w podtekście - na ministra edukacji, oburzając się na postulaty wprowadzenia odpowiedzialności adekwatnej do popełnionego czynu niezależnie od wieku winowajcy. W rozumieniu inżynierów społecznych darwinizmem społecznym jest właśnie nazywanie rzeczy po imieniu i domaganie się, aby czyn umyślny był odpowiednio karany, w imię zasady, że jeżeli ktoś był zdolny fizycznie i umysłowo do popełnienia czynu zabronionego, to powinien być również zdolny do poniesienia odpowiedniej kary. Ale oczywiście naprawiaczom świata wcale nie chodzi o to, by żyło się lepiej i bezpieczniej, gdyż tak naprawdę chodzi, jak zwykle, o kolejny element inżynierii społecznej, wszak jeżeli człowiek pochodzi do małpy, to dlaczego nie miałby tak jak przedstawiciele bocznej linii jego rodziny - siedzieć w klatce, oczywiście nie od razu takiej dosłownej z prętami i kłódką - ale na początek: w klatce zbudowanej z paragrafów?
I nie pomogą w tym przypadku nawet najbardziej oczywiste argumenty logiczne i dowody empiryczne, gdyż druga strona wcale nie dba o prawdę. Ten pokrętny sposób rozumowanie dobrze oddają końcowe wnioski niedawno publikowanego artykułu autorstwa pp. Aliny Cała i Adama Ostolskiego, a zatytułowanego: "Dmowski, prekursor oszołomów". Otóż spółka autorów swoje zarzuty wobec twórcy Narodowej Demokracji zwieńczyła stwierdzeniem, że wprawdzie Dmowski własnymi rękami nie pomagał hitlerowcom w przeprowadzeniu Holokaustu, ale - ponosi współodpowiedzialność za wymordowanie 90 proc. Żydów.
Gdyby jednakże przyjąć ten sposób wnioskowania i zacząć dochodzić, dlaczego kilkunastoletnie wyrostki zakładają nauczycielom kosze na głowę i nie mają na względzie wrażliwości innych osób, symulują w miejscach publicznych akty seksualne - szukając winnych w środowiskach reklamiarzy kondomów, proaborcyjnych aktywistach, zwolennikach szkół koedukacyjnych etc. - to z pewnością szukanie takich korelacji spotkałoby się z kolejną ofensywą selektywnych darwinistów.
Ale dzięki temu przynajmniej wiadomo: gdzie szukać słynnego brakującego ogniwa, gdyż z pewnością nie jeden, ale wiele jego egzemplarzy można bez trudu zidentyfikować właśnie w towarzystwie wyznającym religię "politycznej poprawności" i kreacjonizmu medialnego.
Przy czym z góry zaznaczam: nie bardzo można liczyć na niemałą podobno nagrodę za jego odnalezienie.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


"UPR nadzieją dla Polski" - wykład Wojciecha Popieli, prezesa UPR, w centrali Unii Polityki Realnej Wysłane niedziela, 29, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








"UPR nadzieją dla Polski" - wykład Wojciecha Popieli, prezesa UPR, w centrali Unii Polityki Realnej
Wysłane niedziela, 29, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Dzisiejsza wypowiedź posłanki PiS w Radiu Maryja utwierdziła mnie, że UPR jest szansą dla Polski, bo owa posłanka mówiąc o nowej ustawie o podatku dochodowym, opowiedziała o nowej definicji samochodu osobowego, która jest tak długa, że zajęłoby jej to kilka minut, by ją przytoczyć. Polska potrzebuje więc nadziei, dochodzi znowu do kolejnych aberracji gospodarczych, tym razem pod rządami prawicawego ugrupowania" - Wojciech Popiela, prezes UPR, rozpoczął swoje wystąpienie na temat przyszłości ruchu konserwatywno-liberalnego w "polskim regionie UE".

Polska potrzebuje m.in. bezpieczeństwa energetycznego, o czym cały czas zapewnia nas sprawujące władzę Prawo i Sprawiedliwość, ale nie słyszałem, by w trakcie spotkania w Lachti pan prezydent RP postawił się prezydentowi Putinowi w sprawie Gazociągu Północnego, owszem, podniósł sprawy praw człowieka i obywatel w Czeczenii, Gruzji i samej Rosji, za co ponoć »uratował honor Europy«. Minister rządu Jarosława Kaczyńskiego ds. tzw. służby zdrowia Zbigniew Religa pytany o powody chęci podniesienia składek na ubezpieczenia zdrowotne, odparł, że »tak jest w całej Unii Europejskiej«. Poza tym - nic. A więc - to znowu biurokraci z Brukseli są ograniczeniem suwerenności Rzeczypospolitej. A jedynie Unia Polityki Realnej od lat podnosi sprawę suwerenności państwowej. Rolnicy dostali »europejskie kartki na mleko« - »kwoty mleczne«, czyli limity dostaw udoju do punktów skupu, od urzędników brukselskich, a Ministerstwo Finansów wpadło na pomysł, że powinni zapłacić od tego podatek dochodowy, a nawet i podatek VAT. Tyle że w analogicznej sytuacji - każdy z nas, nie-rolników, jest od lat: płaci i podatek dochodowy, i jako "końcowy odbiorca VAT" - jest nim opodatkowany. Jedynie teraz rolnicy, jako jedna z ostatnich grupa podatników, zaczyna odkrywać "wspaniałości" Unii Europejskiej.
Kolejnym problemem są roszczenia niemieckie, które nie podlegają do dziś żadnemu uregulowaniu. Warto przypomnieć, że to Janusz Korwin-Mikke jako pierwszy zgłosił pomysł odszkodowań dla warszawiaków za bezprawne zniszczenia w trakcie II wojny światowej od spadkobierców III Rzeszy. Z drugiej, fizycznie i geograficznie, strony - można niedługo spodziewać się roszczeń ukraińskich... Roszczenia żydowskie są znane i nagłośnione przez Stanisława Michalkiewicza - od lat...

Nagranie I części trwa ponad 40 minut i jest dostępne w Sieci do 12 XI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




DO WYBORU: POMNIKOWY BRĄZ CZY PRAWDA HISTORYCZNA - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 26, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

Stałem na placu Zwycięstwa (dziś Piłsudskiego) w chwili, kiedy działacze Konfederacji Polski Niepodległej pod nieobecność Leszka Moczulskiego, zatrzymanego na 48 godzin przez SB, ogłaszali zawiązanie pierwszej w PRL po mikołajczykowskim PSL opozycyjnej partii politycznej. Byłem szczerze zdumiony. Tyle mi Jacek Kuroń nawkładał do głowy, że są to agenci SB, że mu w to uwierzyłem. A tu ci ludzie z Niną Milewską na czele wyraźnie się boją ubecji, z ulgą oddają ślicznej łączniczce do dużej torby swoje opaski z napisem "KPN". Tak się przekonałem, że Jacek mógł rzucić bezpodstawnie na bliźnich z konkurencyjnej struktury nawet tak ciężkie oskarżenie, jak zarzut współpracy z SB. Później zaprzyjaźniłem się z wieloma działaczami KPN, z Leszkiem Moczulskim i jego żoną Majką na czele i przestałem wierzyć Jackowi Kuroniowi na słowo w takich sprawach. W odróżnieniu od wielu działaczy opozycyjnej prawicy nie traktowałem Jacka Kuronia jako lewicowego szkodnika, życzyłem mu wszystkiego najlepszego, ale starałem się podczas jego sporów z prawicowcami zachowywać jak wieloletni przyjaciel rodziny wobec rozwodzących się i rzucających na siebie gromy małżonków.

Już w III RP spotkałem w Domu Literata na tłumnym zebraniu Juliana Stryjkowskiego. Gdzieś się spieszył, ale mijając mnie, przywitał się i zapytał, co porabiam. Odpowiedziałem, że wciąż jestem dziennikarzem w "Tygodniku Solidarność". "Jak pan może ?" - zapytał oburzony. "Z tymi Kaczyńskimi?!". I oddalił się pełen niesmaku. Nie dał mi sposobności wyjaśnić, że Jarosław Kaczyński od kilku lat już nie jest redaktorem naczelnym "Tygodnika", lecz jest nim Andrzej Gelberg i że znakomity pisarz powtarza niemądre plotki, które o nas rozsiewała "Gazeta Wyborcza", gdy po nastaniu Jarosława Kaczyńskiego wzywała do bojkotu "Tygodnika". Zapewniała, iż każdy dziennikarz, ba, nawet pracownik techniczny, który opuści organ prasowy Lecha Wałęsy, otrzyma zatrudnienie na świetnych warunkach finansowych w "Gazecie Wyborczej". Odeszli wtedy prawie wszyscy, nawet korekta. Ja podpisałem protest przeciwko odwołaniu Jana Dworaka wbrew woli zespołu, ale pozostałem w "Tygodniku", gdyż niechęć Adama Michnika do mnie była jeszcze większa niż chęć zaszkodzenia Wałęsie i Kaczyńskim.
Gdy umarł w marcu 1992 roku mój teść-partyzant, na cmentarzu wszyscy znajomi mnie pytali o to, czy to prawda, że "Tygodnik Solidarność" lada chwila padnie. Tak ogłosiła "Gazeta Wyborcza" piórem red. Smoleńskiego. Minęło od tej pory lat niemal 15 i jako dziennikarz wciąż istniejącego "Tygodnika" otrzymałem zaszczytne odznaczenie państwowe. Mam wobec tego prośbę do PT red. Smoleńskiego, by ogłosił teraz rychły upadek "Gazety Polskiej". Żywię nadzieję, że skutek będzie ten sam.
Środowisko "Gazety Wyborczej" było pełne oburzenia w związku z publikacją "Życia Warszawy" o rozmowach prowadzonych przez Jacka Kuronia z WRON-ą za pośrednictwem oficerów SB. Wprawdzie Lech Wałęsa potwierdził ten fakt, ogłaszając publicznie, iż to on upoważnił Jacka Kuronia do takich rozmów, ale to nie przeszkadzało w organizowaniu przez Partię Demokratów masowych wieców przy grobie Jacka Kuronia i zbiorowego odmawiania modlitwy "Ojcze nasz". Wprawdzie ta modlitwa zawiera ważne przesłanie: "I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom", ale ani w głowie to było organizatorom spotkania. Po wysłuchaniu serii inwektyw i jawnych kłamstw pod adresem ludzi ujawniających fakty z naszych dziejów najnowszych, w tym i z życia Jacka Kuronia, chciałoby się zaproponować premierowi Tadeuszowi Mazowieckiemu, by następnym razem zainicjował odmawianie Dekalogu ze szczególnym uwzględnieniem 8. przykazania: "Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu".
Przecież Jacek Kuroń całe swoje opozycyjne życie lubił rozmawiać z ubolami. Relacjonował mi rozmowy z nimi prowadzone nawet w przypadkach, kiedy w protokole przesłuchania zapisano, że odmawia zeznań. Do mnie miał z kolei pretensje o to, że odpowiadałem na pytania śledczego i można było przeczytać następnie w protokóle treść mych zeznań. W gniewie na mnie nie chciał mi nawet podać ręki podczas naszego przypadkowego spotkania na cmentarzu. Później z niejakim rozbawieniem przeczytałem jego wspomnienia pt. "Wiara i wina", gdzie opisuje, jak w więzieniu w Sztumie podał rękę (jako jedyny w celi) hitlerowskiemu zbrodniarzowi wojennemu. Ja nie uczestniczyłem w ich konspiracji i nie miałem niczego do ukrycia, więc zeznawałem o swoich własnych czynach. Jan Tomasz Gross sypał kolegów z konspiracji i opowiadał do protokołu bezeceństwa o swych koleżankach, ale na gniew Jacka Kuronia i Adama Michnika jakoś nie zasłużył.
Rozmowy Jacka Kuronia miały się przyczynić do wyeliminowaniu radykalnej konkurencji w dojściu do proponowanych przez gen. Kiszczaka rządowych konfitur. Dla eliminowania konkurencji w opozycji stosowano różne środki. Wobec mnie zastosowano w komunikatach KSS KOR cenzurę, zamieniając mnie w orwellowskie unperson, kiedy pominięto w komunikacie o zatrzymaniu przez SB po mszy katyńskiej w kościele św. Krzyża w kwietniu 1980 roku. Zatrzymano nas wraz z kolegą z Akcji Wiernych "Chrystus w środkach przekazu" Grzegorzem Liesem, ale do komunikatu trafił wyłącznie on. Konkurencji - jak widać - się nie reklamuje, bo to się nie opłaca.
Andrzej Gelberg opowiadał mi gorsze rzeczy z czasów stanu wojennego. Jako przedstawiciel MRKS zgłosił się do Jacka Kuronia do mieszkania po przesłane dla nich za jego pośrednictwem z Zachodu pieniądze na nielegalne radio "S". Porównali swoje połówki dolara i pasowały jak ulał. Następnie Jacek Kuroń zapytał Gelberga, czy są od Zbyszka Bujaka, na co ten nieopatrznie odpowiedział, iż są niezależną strukturą. Wobec tego, że nie byli swoi, nie dostali swoich pieniędzy.
Jarosław Kaczyński jako redaktor naczelny polecił Andrzejowi Gelbergowi opisanie sprawy, jak Adam Michnik i Zbigniew Bujak otrzymali nagrodę pieniężną Kennedych wraz z śp. księdzem Jerzym Popiełuszką - zabitym przez oficerów SB kapelanem "S". Chodziły słuchy, że żywi wykolegowali zmarłego. Gdy Gelberg opowiedział mi o swym zadaniu dziennikarskim, byłem tak poruszony, że zadzwoniłem do "Gazety Wyborczej". Nie mieściło mi się w głowie, by moi koledzy Adam i Zbyszek mogli tak postąpić. Chciałem zapytać o to Adama Michnika, ale odpowiedziano mi, że go nie ma. Rozmowę ze mną podjęła Helena Łuczywowa - moja dawna sąsiadka z osiedla Sadyba Fosy. Odpowiedziała mi, że mają pismo od Kennedych, iż wszystko jest w porządku. Poradziłem jej, aby dla zamknięcia ust oszczercom opublikowali to pismo. Odparła, że nie będzie przekonywać nikogo, iż nie zabiła własnej matki.
Po latach Andrzej Gelberg opowiedział grupie dziennikarzy "Tygodnika Solidarność" dalszy ciąg swego dochodzenia. Nagrał on na magnetofon relacje różnych ludzi, przede wszystkim rodziny księdza Jerzego w jego rodzinnej wsi. Kupili nawet psa, gdyż bali się napadu bandytów, ponieważ po ogłoszeniu w prasie o nagrodzie pieniężnej Kennedych we wsi mówiono, iż śpią na pieniądzach. Tymczasem nie dostali ani grosza. Następnie Andrzej Gelberg zapytał o to Zbigniewa Bujaka, który zagroził mu, że go zniszczy, jeśli piśnie choć słowo o tej sprawie. Andrzej Gelberg opisał rzecz w taki sposób, że cytował wyłącznie wypowiedzi różnych uwikłanych w nią osób bez swego komentarza. Kiedy zaniósł tekst naczelnemu czyli Jarosławowi Kaczyńskiemu, ten mocno poruszony zadecydował, że nie będzie walił adwersarzy poniżej pasa i schował artykuł do kasy pancernej.
Morał z tej sprawy jest taki, że teczki IPN nie są jedynym źródłem oczerniania ludzi bądź wyjaśniania ciemnych spraw. Takim samym źródłem może być również pamięć żyjących. Chętnie bym przeczytał wyjaśnienie owej sprawy przez jakiegoś rzetelnego dziennikarza, póki żyją osoby w nią uwikłane. Właśnie umarł śp. Waldemar Kuczyński - działacz "S" z Huty Warszawa, który mi opowiadał, iż podczas wizyty Edwarda Kennedy'ego w kościele św. Stanisława Kostki dopytywał się on ludzi, czy rodzina księdza Jerzego otrzymała należną jej część pieniędzy. Apeluję więc, aby ludzie znający sprawę wyjaśnili, jak to było naprawdę. Białe plamy w naszej historii najnowszej trzeba usuwać, ponieważ za jakiś czas ktoś będzie usiłował je przyczernić.

Antoni Zambrowski

Artykuł ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska" w formie mocno skróconej

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Prokurator literatem - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane czwartek, 26, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

Przed warszawskim sądem trwa proces czterech stalinowskich śledczych, którzy w latach 50. znęcali się nad oficerami WP, aresztowanymi pod fikcyjnym zarzutem uczestnictwa w tzw. spisku w wojsku. Na ostatniej rozprawie zeznawał jako świadek Zbigniew Domino. Potwierdził on, że oskarżeni działali bezprawnie, że stosowali niedozwolone metody śledcze. Domino w latach 50. sam był stalinowskim prokuratorem. W wojskowej prokuraturze pracował na różnych kluczowych stanowiskach do połowy lat 70., kończąc służbę dla ludowej Ojczyzny w stopniu pułkownika. Później przeszedł metamorfozę i został literatem.

Zbigniew Domino wydał wiele książek, tłumaczonych następnie na kilka języków świata. Wymieńmy tytuły: "Błędne ognie", "Brama niebiańskiego spokoju", "Bukowa Polana", "Wicher szalejący". W 2001 r. napisał "Polską Syberiadę", a w 2004 r. "Czas kukułczych gniazd". Ta ostatnia została uznana za książkę roku 2004, otrzymując nagrodę im. Reymonta, przyznawaną przez Związek Rzemiosła Polskiego. Domino odbierał wyróżnienie razem z innymi laureatami - Jerzy Ficowskim i Tomaszem Łubieńskim.
Podczas uroczystości mówił: - Jerzy Giedroyć powiedział kiedyś, że liczy się dzieło, a nie jego twórca. Ogromnie się cieszę, że moje dzieło zostało zauważone. "Czas kukułczych gniazd" Domino reklamował również w TVP 3.

AMBITNA LITERATURA

W internetowych recenzjach czytamy o "Syberiadzie...": "Narracja powieściowa w całości jest silna i czysta w wyrazie, przykuwa uwagę, zjednuje bohaterom powieści życzliwość i współczucie czytelnika. A obraz losów zesłańców, ukazany w szerszym kontekście sytuacji w ówczesnym ZSRR, postaw, nastrojów i lęków jego mieszkańców, uznać trzeba za sprawiedliwy i uczciwy, wolny od wszelkiej demagogii, urazów i uprzedzeń. Syberiada to utwór ambitny, zrodzony z autentycznego trudu pisarskiego i wiernej pamięci o własnych doświadczeniach życiowych autora. Będzie dla czytelników nieocenionym źródłem wiedzy o tym dramatycznym rozdziale polskich losów i silnym, głęboko wzruszającym przeżyciem".
"Powieść Zbigniewa Domino jest jednym z najobszerniejszych i najpoważniejszych w piśmiennictwie polskim ujęć »tematyki zesłańczej«, to znaczy losów ludzi »przesiedlonych« w głąb ówczesnego Związku Radzieckiego z zajętych przez Armię Czerwoną we wrześniu roku 1939 - w wyniku paktu Ribbentrop - Mołotow - ziem wschodnich II Rzeczypospolitej".
I jeszcze recenzja drugiej książki: "»Czas kukułczych gniazd« jest właściwie bezpośrednią kontynuacją »Syberiady Polskiej«, jej nieomal drugim tomem. Największą wartością tej powieści jest szerokie i wnikliwe zobrazowanie procesu wtapiania się przybyszów w nową dla nich sytuację cywilizacyjną, obyczajową, społeczną i polityczną, kształtującą się na zachodnich kresach Polski w pierwszym okresie powojennym. I proces ten obejmuje uchodźców czy też przesiedleńców z różnych stron. »Czas...« jest również pod wieloma względami odkrywczy. Ukazuje z wielką pisarską szczerością i odwagą tragedię niemieckiej ludności »Ziem Odzyskanych«. Ludność ta w dużym stopniu zbiegła jeszcze przed nadejściem Armii Czerwonej i Wojska Polskiego, ponosząc w toku tej ewakuacji wielkie straty i rozliczne cierpienia. Przejmuje goryczą tytuł powieści, bo oto niemal wszyscy wysiedleńcy-tułacze, w tym mieszkańcy Zielonego Pola, trafiają do cudzych »gniazd«, tyle że sami wychowują przywiezione z sobą lub zrodzone już w nowym miejscu osiedlenia, własne potomstwo".

PROKURATOR DO
ZADAŃ SPECJALNYCH


W internecie Zbigniew Domino figuruje wyłącznie jako autor książek. Tymczasem w czasach stalinowskich, jako prokurator, uczestniczył w egzekucjach oficerów ze "spisku w wojsku" - tego samego, o którym teraz opowiadał jako świadek w sądzie.
Domino urodził się 21 grudnia 1929 r. w Kielnarowej, pow. Rzeszów, syn Stanisława i Antonina z d. Kaplita. 21 czerwca 1949 r. zgłosił się ochotniczo do WP. Prawa uczył się przez rok na przyspieszonych kursach w Oficerskiej Szkole Prawniczej. Po ich ukończeniu został oficerem śledczym Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Poznaniu. Później pracował na różnych stanowiskach prokuratorskich w Zielonej Górze i w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej. W latach 1956 - 1959 był prokuratorem do specjalnych poruczeń NPW. W latach 1959 - 1963 pracował w prokuraturach Marynarki Wojennej, by w połowie lat 60. wrócić do Naczelnej Prokuratury Wojskowej. W 1967 r. był szefem Wydziału ds. Szczególnej Wagi NPW, a przez następne trzy lata szefem Oddziału V NPW ds. Zleconych. W latach 1969 - 1973 pracował jako prokurator Wojskowej Prokuratury Garnizonowej w Rzeszowie, a w latach 1973 - 1975 był oficerem do zleceń specjalnych Głównego Zarządu Politycznego WP. 10 kwietnia 1975 r. przeniesiony do rezerwy.
W 1966 r. Domino został pułkownikiem. Ukończył również prawo na Uniwersytecie Warszawskim (magister 1958), a doktoryzował się na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w 1967 r.

W KOMISJI MAZURA

W latach 1956 - 1957 Zbigniew Domino kierował sekretariatem Komisji Mazura, badającej przejawy łamania socjalistycznej praworządności w organach sądownictwa wojskowego w czasach stalinowkich. Już wtedy wskazywał m.in. na nadużycia w śledztwie w sprawie "spisku w wojsku".
Jeden z oskarżonych w tej sprawie - gen. Józef Kuropieska - tak pisał o swoim śledztwie: "W kilka dni później ponowiono ze mną rozmowy. Tym razem było dwóch kapitanów: obok poprzedniego jeszcze jakiś nowy, którego nazwisko - o ile dobrze pamiętam - brzmiało Domino. Postanowiłem również być ostrożny, czyniąc jednak aluzje, że wiele jest jeszcze interesujących kwestii w mojej sprawie".
25 stycznia 1956 r. kpt. Zbigniew Domino podpisał postanowienie o umorzeniu śledztwa wobec gen. Kuropieski, które zatwierdził Naczelny Prokurator Wojskowy, gen. Stanisław Zarakowski. W uzasadnieniu Domino napisał m.in.: "W śledztwie (poza krótkim okresem), a także na rozprawie Kuropieska nie przyznawał się do postawionych mu zarzutów. (...) W wyniku badań ustalono, co następuje: Śledztwo przeciwko Kuropiesce prowadzono prawie przez cały czas przy zastosowaniu niedopuszczalnych, niezwykle ostrych i brutalnych metod śledczych. Kuropieskę przesłuchiwano przeciętnie 18-20 godzin na dobę i na skutek braku snu miewał halucynacje. Przez wiele miesięcy przesłuchiwano go w pozycji stojącej, oblewano wodą, dawano mu zimnie posiłki, często osadzano w karcerze, grożono rozstrzelaniem, aresztowaniem rodziny itp. (...) Napisanie prośby do Najwyższego Sądu Wojskowego, w której przyznawał się do winy, Kuropieska motywuje obecnie chęcią ratowania własnego życia przed wykonaniem kary śmierci, które go niechybnie czekało w wypadku nieprzyznania się do winy".
O czasach stalinowskich i późniejszej swojej działalności w wojsku pułkownik-literat Zbigniew Domino nie pisze książek. A mogła by to być ciekawa lektura.

Tekst pierwotnie ukazał się w tygodniku "Najwyższy CZAS!".

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Zaczynamy od ping-ponga? - Stanisław Michalkiewicz Wysłane środa, 25, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

Wtorek 17 października był czarnym dniem dla Platformy Obywatelskiej. Nawet nie tylko dlatego, że jej wniosek o samorozwiązanie Sejmu został odrzucony, podobnie zresztą, jak identyczny wniosek SLD. To było bowiem jasne, kiedy w przeddzień ogłoszony został komunikat o ponownym zawiązaniu koalicji PiS-Samoobrona-LPR i wręczeniu przez prezydenta Kaczyńskiego Andrzejowi Lepperowi ponownej nominacji na wicepremiera i ministra rolnictwa. Przy okazji z satysfakcją stwierdzam, że nie tylko w Ameryce, ale i u nas ludzie rosną wraz z krajem i mój faworyt, którego karierę z niesłabnącym zainteresowaniem obserwuję, wpływowy mąż stanu, poseł Krzysztof Filipek, ma zostać podsekretarzem stanu w kancelarii premiera. Paradoksalnie, niektóre przepowiednie Włodzimierza Lenina zaczynają się sprawdzać dopiero w IV Rzeczypospolitej, ale wiadomo, że w koalicji, jak na wojnie - straty muszą być. Więc czarny dzień nastał nawet nie dlatego, że odrzucony został wniosek o samorozwiązanie Sejmu. Nawet nie dlatego, że jeszcze większą liczbą głosów odrzucony został drugi wniosek Platformy Obywatelskiej o odrzucenie w pierwszym czytaniu rządowego projektu ustawy budżetowej. Przeciwko temu wnioskowi głosował nawet SLD, co pokazuje, że pan przewodniczący Olejniczak, który "nie boi się" wyborów, jest mocny raczej w gębie. Czarny dzień nastał przede wszystkim dlatego, że tego dnia Jarosławowi Kaczyńskiemu na oczach całej Polski udało się wepchnąć Platformę Obywatelską w objęcia Sojuszu Lewicy Demokratycznej, zaś przewodniczący Donald Tusk również nie zdobył się na nic więcej, oprócz gorzkich żalów. Dodatkowo dzień ten ubarwiło żałobnym kolorem sadzy pierwsze, a kto wie, czy nie ostatnie poważne ostrzeżenie, jakie pod adresem Platformy Obywatelskiej wystosował jej ojciec-założyciel, b. agent "wywiadu gospodarczego", dr Andrzej Olechowski. Napisał on w "Gazecie Wyborczej" artykuł, nader krytyczne oceniający bezradność i defensywną strategię PO, kończąc swoją krytykę groźnie brzmiącą pointą, że jeśli tak dalej pójdzie, to nie ma innej rady, tylko trzeba będzie utworzyć "inną partię". Wygląda na to, że po roku miodowego miesiąca współżycia z Platforma Obywatelską razwiedka zamierza dokonać bilansu i jeśli wypadnie on niekorzystnie - odciąć partię Donalda Tuska od wszystkich szczodrobliwości, jakimi ją obsypała.
Echa krytycznej oceny Andrzeja Olechowskiego można było zauważyć już następnego dnia, kiedy to nawet TVN, stojąca dotąd na nieprzejednanie platformerskim stanowisku, zaczęła nagle odkrywać uroki obiektywizmu i niezaangażowania do tego stopnia, że nawet występujący w "Szkle Kontaktowym" ponurzy wesołkowie w rodzaju Krzysztofa Daukszewicza, jakimś szóstym zmysłem wyczuli, że odtąd wypada im śpiewać z trochę innego klucza. Musieli wyczuć, bo jak wiadomo, nikt nikomu w TVN takich instrukcji nigdy nie udziela ze względu na chwalebną wolność słowa, której do niedawna pilnował tam red. Milan Subotić. A przecież wesołkowie to dopiero początek, bo co będzie, kiedy pewnego dnia na przesłuchanie do red. Morozowskiego i Sekielskiego wezwany zostanie, dajmy na to, Bronisław Komorowski, ale zamiast relaksujących karesów obydwaj oficerowie frontu ideologicznego błysną mu w oczy lampą i warkną: "nazwiska, adresy, kontakty, bliskie spotkania trzeciego stopnia?" My, którzy przez funkcjonariuszy TVN byliśmy traktowani zwyczajnie i zwyczajowo, nabraliśmy odporności ("co cię nie zabije, to cię wzmocni" - mawiano w Hitlerjugend), ale Bronisław Komorowski mógł się wydelikacić. Trzeba będzie chyba przypomnieć sobie przykazania z "Małego konspiratora" z lat 70. Bronisław Komorowski powinien jeszcze pamiętać, że pierwsze przykazanie brzmiało, by nie chodzić na przesłuchania do SB bez pisemnego wezwania z podaniem numeru sprawy i wskazania, czy w charakterze podejrzanego, czy świadka, a jeśli świadka - to w czyjej sprawie. Że przykazanie drugie brzmiało, by na każde pytanie "odmawiać odpowiedzi z uwagi na możliwość narażenia na odpowiedzialność karną", bo już wtedy - i w porównaniu z okresem stalinowskim był to ogromny postęp - niezawisły Sąd Najwyższy orzekł, że nie można żądać wyjaśnień, w jaki to mianowicie sposób udzielenie odpowiedzi naraziłoby odpowiadającego na odpowiedzialność karną - i tak dalej. A cóż dopiero, kiedy od partii odwrócą się konfidenci, a na domiar złego - skończy się forsa od razwiedki?
W takich chwilach "on revient toujours a son premier amour", jak mówią Francuzi wymowni. I oto, chociaż groźby pana dra Olechowskiego na razie tylko zawisły w powietrzu, Prawo i Sprawiedliwość, na razie tylko w Warszawie, już rzuca Platformie Obywatelskiej linę ratunkową, proponując zblokowanie list w wyborach do Rady Warszawy i rad dzielnicowych. To taki rodzaj "dyplomacji ping-pongowej", jaką kiedyś zastosowali Chińczycy, próbujący nawiązać kontakt z Amerykanami po dziesięcioleciach bezkompromisowej wrogości. Ano; każdy rozumie, że i premier Jarosław Kaczyński też musi od razu zacząć pracować nad alternatywą wobec Samoobrony, która od niedawna z Ligą Polskich Rodzin stała się "jednym ciałem".

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Kompleks Wschodu czy Grand Oriente - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 25, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

Istnienie kompleksu zwykle rozpoznaje się po zachowaniu, które swoim przebiegiem czy intensywnością pozwala na przypuszczenie, iż może służyć stłumieniu jakiegoś lęku czy obawy, przy czym czasami mianem kompleksów określa się zwykłą spostrzegawczość i na odwrót to co jest przejawem zakompleksienia wynosi się do rangi nadzwyczajnych przymiotów. Niedawno Marek Edelman i Maria Janion, dwoje polskich Żydów, wystosowało protest w sprawie pomnika Romana Dmowskiego, który to atak na szczęście bardzo szybko odparował dr Jan Żaryn na łamach "Rz". Wypadek ten ilustruje jednakże ową dwoistość interpretacji, co jest cnotą, a co zespołem nerwic. Gdy bowiem znajdują się niechętni do nazwania ronda imieniem Jacka Kuronia - to jest to przejawem polskiej nietolerancji, gdy nietolerancyjni okazują się dawni kompani lub ideowi poplecznicy Kuronia - to jest to wyrazem ich obywatelskiego zaangażowania.

Ale wracając do rzeczy, podobno Polacy (jest taka "szkoła", która stany indywidualne każe przypisywać zbiorowościom) cierpią na pewien rodzaj kompleksu znanego kompleksem Damoklesa, od imienia dworzanina władcy Syrakuz Dionizosa Starszego. Tenże Damokles zazdrościł swojemu panu powodzenia i dostatku, narzekając przy tym na własne położenie i niedolę. Do czasu aż władca urządził ucztę i sadzając Damoklesa przy bogato zastawionym stole, zawiesił nad jego głową słynny miecz, gotowy w każdej chwili spaść na głowę dworzanina pławiącego się w chwilowej obfitości stołu. No bo faktycznie: niby zazdrościmy Amerykanom "poweru" i dobrobytu, a nie widzimy miecza "terroryzmu", zazdrościmy starej Europie (bez cudzysłowu, gdyż Europa jest stara dosłownie) - a nie chcemy dostrzec, ile dyskomfortu muszą wycierpieć przywódcy Francji czy Niemiec, przechodząc na "ty" z kremlowskim dzierżymordą czy "dopłacając" do naszych rolników itp.
Im dłużej człowiek obserwuje różne rodzime sytuacje, tym coraz częściej dochodzi do wniosku, że faktycznie coś z naszym narodem, rozumianym jako pewna statystyczna, uśredniona cecha, jest od rzeczy, przy czym nie na tyle od rzeczy, aby całkowicie wyginąć - ale na tyle żeby pasowało do nas tzw. twierdzenie o niemożności. Życie z kompleksami jest bardzo trudne, dlatego też co i rusz wyszukujemy sobie różne substytuty wielkości, a to w nieskończoność wspominając wiktorię pod Grunwaldem czy zwycięstwo na Wembley lub oszukując się światowym rezonansem sukcesów Małysza vel innego Kubicy. Stąd też pewnie bierze się niechęć do rzetelnego studiowania faktycznego przebiegu niektórych wydarzeń historycznych, opluwanie każdego, kto miałby pewne zastrzeżenia co do utrwalonej wersji wydarzeń czy wreszcie do trzeźwej oceny obecnej sytuacji politycznej i określenia tego, co zwie się czasami interesem państwowym i narodowym.
Przez ostatnie kilka dni niezwykłą - jak na polskie media - klakę zgotowano prezydentowi Kaczyńskiego, przy czym niezwykłość owej klaki przestaje dziwić, gdy zauważyć, że była ona reakcją na zachowanie naszego prezydenta wobec prezydenta Putina podczas kolacji w Lahti. Prezydent Kaczyński obrzydził Putinowi przystawki do "roboczego obiadu" wypominaniem Rosji nieuprzejmych stosunków z Gruzją oraz pacyfikowania Czeczenii. Na miejscu prezydenta Kaczyńskiego byłbym co najmniej zaniepokojony taką dawką wazeliny, w sytuacji gdy normą jest raczej atakowanie i podgryzanie "braci", z tym że jak należy się domyślać - naszym obecnym zadaniem w ramach światowego podziału pracy jest osłabianie Rosji poprzez umacnianie wrogów tego kraju, chociażby nawet byli na pasku Sörösa lub handlarzy narkotyków. Powstaje jedynie pytanie: co takiego nasz kraj osiąga poprzez takie demonstracje "siły" oprócz oczywiście łaskawości administracji amerykańskiej przejawiającej się w tym, że gdy polski premier będzie rozmawiał z panią Condolizą Rice, to prezydent Bush pomiędzy wizytą w ubikacji a umyciem rąk zdąży odbyć trzyminutowe spotkanie z szefem polskiego rządu? Wprawdzie prezydent tłumacząc polską politykę wobec Rosji, wspominał coś niecoś o różnicach cywilizacyjnych, ale prawdę powiedziawszy trudno sobie wyobrazić, w czym np. putinowska Rosja jest bardziej zdegenerowana od III RP.
Wprawdzie Putin to były agent wywiadu, ale w Polsce też nieprzypadkowo przyjęło się mówić o "UBekistanie", w Rosji łamie się "prawa człowieka", a w Stanach Zjednoczonych właśnie wprowadzono specustawy mające jak zwykle przeciwdziałać terroryzmowi, na podstawie których można przetrzymywać podejrzanego przez długi czas bez postawienia mu formalnych zarzutów. Demokracja tak w USA, jak w Rosji czy w Polsce - to ta sama lokalna odmiana mieszaniny manipulacji i populizmu. Można tak porównywać jeszcze dość długo, jednakże trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość każe dostrzec dużą dozę irracjonalnego poczucia wyższości cywilizacyjnej, opartego na błędnym przekonaniu, że nadal mocno tkwimy w obrębie cywilizacji łacińskiej z takimi jej cechami, jakie wyróżniał w swoich pracach np. Feliks Koneczny. Cywilizacja łacińska to wszak prymat samorządu nad państwem, etyki nad prawem, rodziny przed społeczeństwem, jednostki nad masą, te sama prawa dla rządzących i rządzonych etc. Przypominając o greckim pojęciu prawdy, nie sposób zadumać się nad ostatnimi wyczynami kościelnej hierarchii w obronie "pokrzywdzonych" współpracowników SB, zresztą najczęściej ci sami, którzy gorliwie bronią ubeckich kapusiów, tyle samo energii wykładają na przypominanie kagiebowskiej przeszłości Putina. Putin w KGB jest tak samo demonizowany, jak mocno do roli męża opatrznościowego wynoszony jest Andrzej Olechowski pracujący dla PRL-owskiego wywiadu - podległego służbom rosyjskim. Bodajże Seweryn Rzewuski, jeden z targowiczan walczący po stronie interweniującej "Semiramidy Północy", jak określano carycę Katarzynę II, na wiadomość, że wojska koronne pobiły Rosjan, miał wobec rosyjskich dowódców głośno powiedzieć: "Niech wiedzą kpy, jak biją Polacy". Trudno chyba o bardziej dosadny przykład politycznego zamotania, które - niestety - ciągnie się za nami do dnia dzisiejszego. Wszak powiedzonko Rzewuskiego można śmiało przedstawić jako credo naszej obecnej polityki wschodniej, chociaż najlepiej służy ona współczesnym targowiczanom stającym w obronie "kardynalnych" praw społeczeństwa otwartego. Tym sposobem próbując się dosiąść do bogatego stołu naszych nowych sojuszników, jeszcze zanim zdążyliśmy zakosztować wystawionych tam cymesów - już sami wieszamy nad swoimi głowami miecz na końskim włosiu.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


JAK JUGOSŁAWIA RATOWAŁA BYT PAŃSTWOWY POLSKI - Antoni Zambrowski Wysłane wtorek, 24, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

Na temat:

SPÓR O FEDERACJĘ BAŁKAŃSKĄ - cz. I

SPÓR O FEDERACJĘ BAŁKAŃSKĄ - cz. II

SPÓR O FEDERACJĘ BAŁKAŃSKĄ - cz. III

Zdajemy sprawę z tego, że do polskiego zwycięstwa nad Imperium Zła w październiku 1956 roku przyczyniła się nie tylko mądra i odważna postawa samych Polaków. Do naszego sukcesu w powstrzymaniu sowieckiej presji zbrojnej przyczynili się też zagraniczni sojusznicy polskiej odnowy, popierający prawo Polaków o decydowania o sobie bez uzyskania uprzedniej zgody na Kremlu. Edward Ochab - ówczesny (po zmarłym Bolesławie Bierucie, a przed Władysławem Gomułką ) I sekretarz KC PZPR opowiadał po latach Teresie Torańskiej o swych zabiegach celem pozyskania poparcia Mao Zedonga oraz innych przywódców chińskich komunistów dla polskiej sprawy. Chińscy komuniści poparli Polaków w decydującej chwili i premier Chin Czou En-lai odbył w styczniu 1957 r. tryumfalną podróż po Polsce, witany gorąco przez wdzięczne tłumy Polaków.

Mniej natomiast opinia publiczna wie o pozytywnej roli Jugosławii w tej samej sprawie. Jugosławia już nie istnieje i nie ma rzeczników w prezentowaniu swych zasług dziejowych. Tymczasem przywódcy powojennej Jugosławii dwukrotnie przyczynili się do ratowania bytu państwowego Polski (Świadomie unikam określenia "niepodległości Polski", gdyż PRL była bytem państwowym, natomiast nie była - w odróżnieniu od Jugosławii prezydenta Tita - państwem suwerennym wobec Kremla). Za pierwszym razem, w 1948 roku groziła Polakom utrata nawet formalnego statusu państwa niepodległego. Według jugosłowiańskich źródeł wynika, że na trójstronnej naradzie na Kremlu z udziałem przywódców komunistycznych z Bułgarii i Jugosławii Stalin rozważał plany włączenia wszystkich krajów satelickich Europy Wschodniej do Związku Rad poprzez system federacji (Po polsku można o tym przeczytać w wydanych na Zachodzie wspomnieniach Milovana Dżilasa - "Rozmowy ze Stalinem". Potwierdzają to i znacznie obszerniej o tym informują tacy znani autorzy jugosłowiańscy, jak prof. Vladimir Dedijer oraz Edvard Kardelj, których czytałem w oryginale). Stalin głośno rozważał wobec towarzyszy włączenie do Związku Rad Bułgarii i Jugosławii wraz z Albanią poprzez ich połączenie z Federacją Rosyjską, Rumunii i Węgier - poprzez sfederowanie z sowiecką Ukrainą oraz Czechosłowacji i Polski - poprzez ich sfederowanie z sowiecką Białorusią. Miał w ten sposób powstać nowy twór państwowy ze Stalinem na czele, ogarniający wszystkie kraje satelickie i wchłaniający je poprzez formalną federację z poszczególnymi republikami sowieckimi. Byłaby to następna wielka operacja państwowa na kształt skleconego przez Stalina w grudniu 1922 roku Związku Rad, oznaczającego przyłączenie do Rosji formalnie niepodległych republik sowieckich, jak Ukraina, Białoruś i Zakaukazie. Poprzez uprzednie utworzenie Federacji Zakaukaskiej Stalin przełamał opory komunistów gruzińskich, takich jak Budu Mdiwani, którzy chętnie przyjęli władzę z rąk rosyjskiej Armii Czerwonej, ale nie chcieli rezygnować z niepodległości sowieckiej Gruzji. Wówczas Stalin zmusił ich do sfederowania się z sowieckimi republikami Armenią i Azerbejdżanem i już w tym kształcie włączył do Związku Rad. Jednym słowem, groziło nam wchłonięcie przez Rosję poprzez skomplikowaną procedurę podwójnej federacji Czechosłowacji, Polski i Białorusi włączonych w kolejną federację, czyli Związek Rad. Była to więc inna perspektywa niż 17. republika sowiecka, o jakiej ostrzegało niepodległościowe podziemie w kraju oraz emigracja polityczna na Zachodzie, nie mniej wszelako groźna dla bytu narodowego Polaków.
Stalin postanowił, że pierwszym krokiem w tym kierunku będzie federacja Jugosławii i Bułgarii. Plan ten upadł ze względu na opór Jugosławii, która była jedynym państwem niepodległym w gronie państw komunistycznych Europy Wschodniej, zdolnym wskutek tego powiedzieć Stalinowi "nie". Za karę nastąpiło wydalenie Jugosławii z sowieckiego bloku i jej blokada gospodarcza. Jugosławię uratował wtedy przed inwazją sowiecką oraz zapaścią gospodarczą prezydent USA Harry S. Truman, który nie bacząc na okoliczność, iż miał do czynienia z komunistyczną dyktaturą, nawiązał z nią współpracę handlową i wojskową. Stalin, który liczył na obalenie Tita i przeżył bolesny zawód, odpowiedział czystką w kierownictwie krajów satelickich, ale zrezygnował z ich wcielania do Związku Rad. Zadowolił się pogłębieniem swej kontroli nad aparatem państwowym i wojskowym krajów satelickich, zwłaszcza nad ich aparatem represyjnym. Tak opór Jugosławii uratował samodzielny formalnie byt państwowy Polski i innych krajów satelickich. W Polsce jedną z ofiar czystki został Władysław Gomułka - usunięty ze stanowiska sekretarza generalnego KC Polskiej Partii Robotniczej (PPR) i uwięziony wraz ze swymi współpracownikami przez innych swych współpracowników, którzy z Bolesławem Bierutem na czele opowiedzieli się po stronie Kremla. W innych krajach satelickich odbyły się procesy pokazowe na kształt pokazowych procesów moskiewskich z lat stalinowskiej czystki lat trzydziestych. Były to procesy Trajczo Kostowa i towarzyszy w Bułgarii, Laszlo Rajka i towarzyszy na Węgrzech oraz Rudolfa Slansky'ego i towarzyszy w Czechosłowacji. Wszystkim im zarzucano zbrodniczą współpracę z "faszystowską kliką Tita" oraz wywiadami imperialistycznymi. Rudolfowi Slansky'emu (przed uwięzieniem osobą nr 2 w KPCz po prezydencie Klemencie Gottwaldzie) oraz kilku innym osobom o żydowskim rodowodzie dorzucono jeszcze zarzut syjonizmu. Główni oskarżeni we wszystkich tych krajach zostali skazani na śmierć i straceni.
Po śmierci Stalina w marcu 1953 roku po kilku latach przepychanek na szczytach władzy na czele władz partyjnych stanął Nikita Chruszczow. Postanowił on włączyć ponownie komunistyczną Jugosławię do grona państw obozu moskiewskiego. Odbył więc w maju 1955 roku podróż do Jugosławii, przepraszając od razu na lotnisku w Belgradzie marszałka Tita za oszczerstwa rzucane na niego z Kremla. Winą za to obarczył usuniętego z władz partyjnych i straconego w tajnym procesie jednego z współpracowników Stalina Lawrentija Berię. Tito i jego współpracownicy otwarcie odrzucili takie tłumaczenie, podnosząc osobistą odpowiedzialność Stalina za zerwanie z Jugosławią. Wówczas Chruszczow w imię jedności z komunistami jugosłowiańskimi potępił w tajnym referacie na XX zjeździe KPZR w lutym 1956 roku kult jednostki Stalina. Ten referat wywołał w ruchu komunistycznym wstrząs porównywany z trzęsieniem ziemi.
W Polsce w marcu 1956 roku zabrakło przywódcy trzymającego wszystkie dźwignie władzy, gdyż w Moskwie umarł uczestniczący w XX zjeździe KPZR Bolesław Bierut (Pani Natalia Modzelewska - wdowa po ministrze spraw zagranicznych PRL Zygmuncie Modzelewskim i matka prof. Karola Modzelewskiego opowiadała mi, że tow. Tomasz po przeczytaniu referatu Chruszczowa o Stalinie połknął wszystkie swoje pigułki nasenne i usnął na wieki). Wybrany na jego miejsce Edward Ochab zażądał od przywódców KPZR większego równouprawnienia dla Polski. Kreml odpowiedział poparciem dla konserwatywnej, czyli neostalinowskiej grupy w KC PZPR zwanej "natolińczykami". Sytuacja się zaostrzyła po krwawych rozruchach robotniczych w Poznaniu, które "natolińczycy" uznali za dowód knowań imperialistów zachodnich. Gdy reformatorska koteria we władzach partyjnych, czyli "puławianie" zaproponowali Edwardowi Ochabowi ustąpienie swego stanowiska Władysławowi Gomułce i ten wyraził na to zgodę, Kreml zaprotestował, uruchamiając sowieckie czołgi stacjonujące w Polsce. Natomiast przywódcy jugosłowiańscy przyjęli te propozycję z entuzjazmem, pamiętając, że tow. Wiesław padł ofiarą antytitowskiej czystki. Wywierali więc silny nacisk na Chruszczowa w obronie prawa Polaków do stanowienia o sobie. Zagrożony konfliktem - nawet zbrojnym - z Polakami i obawiając się ponownego zerwania stosunków partyjnych z Jugosławią, Chruszczow zatrąbił do odwrotu. Tak Jugosławia ponownie przyczyniła się do poprawy narodowego bytu Polaków zagrożonego przez moskiewski hegemonizm. Warto o tym pamiętać.

Antoni Zambrowski

Artykuł był pierwotnie zamieszczony w tygodniku "Gazeta Polska"

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Spadające wyniki sondaży cementują koalicję "chamów" z "warchołami" - Łukasz Perzyna o powodach braku zgody na samorozwiązanie parlamentu Wysłane sobota, 21, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |









Spadające wyniki sondaży cementują koalicję "chamów" z "warchołami" - Łukasz Perzyna o powodach braku zgody na samorozwiązanie parlamentu
Wysłane sobota, 21, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Kogo wprawił w zakłopotanie Jarosław Kaczyński, nawiązując na powrót koalicję z Samoobroną, którą miesiąc temu sam zerwał? Na pewno - tych swoich fanatycznych i wyrachowanych zwolenników, którzy po »aferze taśmowej« rzucili się do ataku na Samoobronę, że stała się narzędziem SS, "układu", na dziennikarzy - że też stali się narzędziami tychże, tylko - nie na Adama Lipińskiego, »intelektualisty PiS-owskiego«, który dał się ograć jak sztubak żonie producenta wędlin, która jeszcze przed kilkoma laty miała w dokumentach wykształcenie podstawowe. Ci dyżurni żurnaliści, bezkrytyczni publicyści liczący na posady w TV publicznej czy w przejmowanej przez PIS redakcji dziennika »Rzeczpospolita« ruszyli do ataku, który został uznany przez Jarosława Kaczyńskiego za falstart. Drugim ośrodkiem zawiedzionym na decyzji lidera PiS było PSL z Waldemarem Pawlakiem, które liczyło na profity w nowej koalicji" - Łukasz Perzyna analizuje wydarzenia ze scen teatru politykierskiego w mijającym tygodniu.

Na nich lista przegranych się kończy - uważa Łukasz Perzyna. Polacy w 60% deklarowali chęć pójścia na nowe wybory - choć na demonstrację Platformy w Warszawie przyszło kilkanaście tysięcy, jednak było to zwycięstwo pyrrusowe, bo odniesione na małych liczbach. W Warszawie przecież mieszka około 2 milionów ludzi. A na manifestację PO wyprowadziła na ulice stolicy swoich sympatyków z całej Polski.
Nowa-stara koalicja z Samoobroną, ośmieszająca PiS - bo przecież zaraz pojawiły się ponowne doniesienia medialne o pochodzeniu SO jak tworu służb specjalnych PRL, o doradcach Leppera z WSI, tymczasem mamy enetente cordiale PiS z Samoobroną - "chamów z "warchołami", jak się określali niedawno byli koalicjanci, tym razem okoliczności zawiązania koalicji wydają się mocno wiążące dla PiS, LPR i samej Samoobrony. Sondaże wskazywały na wspólny interes dla koalicjantów - ich zmniejszające się poziomy dla Wielkiej Układającej się Trójki, dla LPR nawet poniżej progu wyborczego, cementują sojusz. I to daje odpowiedź na pytanie o sens rozwiązania obecnego parlamentu...

Nagranie trwa prawie 12 minut i jest dostępne w Sieci do 4 XI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Apel w obronie dobrego imienia ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego Wysłane czwartek, 19, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

Na witrynie Fundacji im. Brata Alberta został zamieszczony Apel w obronie dobrego imienia ks. Tedeusza Isakowicza-Zalewskiego, określonego przez Jego Ekscelencję biskupa Tadeusza Pieronka "nad-UB-owcem", o czym w naszym serwisie poinformował m.in. Stanisław Michalkiewicz w swym TV felietonie z dnia wczorajszego.. Poniżej przedrukowujemy tekst Apelu - z intencją o jego jak najszerszym rozpropagowaniu.

Apel w obronie dobrego imienia ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego



My niżej podpisani zwracamy się z apelem w obronie dobrego imienia ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego.

Nie chcemy oceniać zaistniałego sporu, o którym od wielu miesięcy jest głośno w mediach, ale naszym moralnym obowiązkiem jest powiedzieć, że metody jakimi zwalczana jest osoba ks. Tadeusza budzą nasz zdecydowany sprzeciw. Szczególnie sprzeciwiamy się sformułowaniom jakie w tych dniach zostały podane do wiadomości wiernym Kościoła katolickiego. Publiczne bowiem nazwanie represjonowanego kapelana "Solidarności" i założyciela wielu dzieł charytatywnych "nad-UB-owcem" oraz "inkwizytorem, niemiłosiernym i bezwzględnym oskarżycielem" jest nie tylko wielką niesprawiedliwością, ale i naruszaniem jego godnośći osobistej i dobrego imienia. Co więcej, przez represyjny zakaz został on pozbawiony elementarnego prawa do obrony.
Ks. Tadeusz od początku swej ofiarnej służby kapłańskiej staje w obronie ludzi pokrzywdzonych, biednych, bezdomnych i niepełnosprawnych. Stawał również w obronie uwięzionych i prześladowanych, szczególnie w okresie stanu wojennego, gdy jego dzisiejsi oskarżyciele milczeli. Dlatego tym bardziej nie możemy pogodzić się z powyższymi metodami, które są sprzeczne z nauczaniem Jana Pawła II.
Apelujemy do wszystkich ludzi Dobrej Woli o wsparcie naszego apelu.

Chętnych do złożenia podpisu prosimy o przesłanie danych tj. imię i nazwisko - zawód, miejscowość na adres e-mail: fundacja@albert.krakow.pl

Redakcja witryny Antysocjalistycznego Mazowsza - ASME przyłącza się do tego Apelu.

Dziel i rządź - prof. Jerzy Przystawa Wysłane czwartek, 19, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

Tzw. ordynacja proporcjonalna, która ma tyle wspólnego z pojęciem proporcjonalności, ile drut kolczasty z heblowaną deską, jest mechanizmem dezintegracji i podziału sceny politycznej. Mechanizm ten wszędzie i zawsze - bez względu na różnice geograficzne, klimatyczne czy kulturowe - działa tak samo, a więc prowadzi do rozbicia partyjnego, wiecznych kłopotów z utworzeniem rządzącej koalicji, do słabego, nierządnego państwa. Taka jest matematyczna logika tego systemu dystrybucji miejsc w parlamencie. Ta logika sprawdza się od początku III RP, tak jak sprawdzała się w II RP, jak sprawdza się we wszystkich ościennych i nie ościennych państwach. Wszystko to zostało po tysiąckroć opisane w najróżniejszych opracowaniach uczonych politologów i socjologów, przede wszystkim zachodnich, ponieważ politolodzy i socjolodzy "wschodni" mają jeszcze niewiele doświadczenia z tą wiedzą, która rozwijała się głównie gdzie indziej. Jednak literatura na ten temat jest dostępna, jeśli nawet nie w naszych bibliotekach akademickich, to chociażby w internecie, dlatego zadziwia fakt, że wszyscy uczeni komentatorzy, zawsze ci sami, stale wynajmowani przez media do uczonych dywagacji przed kamerami na temat: "co teraz będzie? i szto diełat’?", zachowują się tak, jakby nigdy o tym nie słyszeli i niczego na ten temat nie czytali.
Kiedyś, kiedyś - jeszcze u zarania III RP - udzielając wywiadu dla włoskiego dziennika "Il Messagero", niezrównany Lech Wałęsa wyznał: "To ja podzieliłem »Solidarność« zawsze będę tworzył podziały, bo silny związek byłby przeszkodą na drodze reform". Jak na tym przykładzie widzimy, Lech Wałęsa samodzielnie odkrył starą rzymską zasadę sprawowania władzy: divide et impera! - dziel i rządź! Skąd jednak wiedział, że najlepiej służyć mu będzie właśnie tzw. ordynacja proporcjonalna? O niczym takim starożytni Rzymianie nie słyszeli, natomiast ordynacje, jakie nam od początków jego panowania aplikują nasi politycy, są tak skomplikowane i nie do pojęcia, że zrozumieć ich nie potrafią nie tylko prości elektrycy, ale nawet uczeni profesorowie uniwersytetów!
Promyk światła na wyjaśnienie tej zagadki rzuca opracowanie politologów irlandzkich z Uniwersytetu w Dublinie, który bacznie obserwowali polityczną ewolucję w Polsce i wyniki swoich obserwacji przedstawili w pracy pt. "Institutional Change and Persistence: The Evolution of Poland’s Electoral System, 1989 - 2001", opublikowanej w "The Journal of Politics" w 2004 roku. Opisują oni, że obie Wysokie Układające się Strony, zasiadające przy sławnym "okrągłym stole" w 1989, w jednakowym stopniu nie miały zielonego pojęcia o mechanizmach wyborczych i nie bardzo wiedziały, jaki sposób wyboru byłby najlepszy, aby ich interesy zostały w maksymalnym stopniu zabezpieczone. Na szczęście znaleźli się przynajmniej dwaj wybitni eksperci, profesorowie Andrzej Werblan i Stanisław Gebethner, którzy wytłumaczyli Kiszczakowi i Jaruzelskiemu, że jeśli wprowadzą w Polsce wybory w jednomandatowych okręgach wyborczych, jak w Wielkiej Brytanii czy USA, to zmiotą ich one ze sceny politycznej tak, że nawet plama nie pozostanie.
Tak się, na szczęście dla generałów, nie stało. Od początku istnienia III RP mamy tzw. system proporcjonalny, nieustannie zmieniany i "udoskonalany", zawsze z tym samym skutkiem, produkujący konflikty, swary i korupcję. Niedawno znany dziennikarz polityczny Adam Szostkiewicz powiedział w wywiadzie radiowym, że "jesteśmy skazani na ordynację proporcjonalną".
Skazani? Przez kogo? Widzimy wszyscy, jak ten system DZIELI. Ale pozostaje pytanie, na które warto by usłyszeć odpowiedź: a kto RZĄDZI Polską? Dla kogo, dla czyjej wygody te podziały są tworzone? I jak długo jeszcze?

18 października 2006

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Lobby Ojców-Konfidencjałów jest nadal silnie w polskim Kościele - Stanisław Michalkiewicz o zakazie wypowiedzi publicznych nałożonym na księdza Isakowicza-Zaleskiego Wysłane środa, 18, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |









    Lobby Ojców-Konfidencjałów jest nadal silnie w polskim Kościele - Stanisław Michalkiewicz o zakazie wypowiedzi publicznych nałożonym na księdza Isakowicza-Zaleskiego
    Wysłane środa, 18, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Wśród licznych opowieści, jak snuł Dobry Wojak Szwejk, jest i ta, o pewnym młodym człowieku, któremu podczas wizyty u narzeczonej zdarzyło się puścić bąka. Żeby uniknąć kompromitacji, zamordował tę narzeczoną i całą rodzinę - słowem wszystkich świadków sytuacji, ale na nic mu to nie pomogło, sprawa się wykryła, i niezależnie od tego, że został osądzony, skazany i powieszony, to jeszcze sprawa się wykryła i nie uniknął kompromitacji. Podobną sytuacją mamy dzisiaj z wczorajszą wypowiedzią JE kardynała Dziwisza, który nakazał milczenie księdzu Tadeuszowi Isakowiczowi-Zaleskiemu, a stało sie to w momencie, kiedy Ksiądz miał złożyć do druku książkę, w której ujawnia różne wstydliwe zakątki polskiego Kościoła. Widać po tej decyzji Jego Eminencji, że lobby Tajnych Współpracowników, ojców-konfidencjałów jest nadal silne w Kościele, i charakterystyczne jest to, że szalenie się uaktywnił JE biskup Tadeusz Pieronek, który swego czasu prowadził »misję ewangelizacyjną« wśród SB-eków, podczas której może i tam coś palił, ale na pewno »się nie zaciągał«. To pokazuje, że rację miał po stokroć Stefan Kisielewski, że nic tak nie gorszy jak prawda" - Stanisław Michalkiewicz komentuje najnowsze doniesienia z frontu walki o prawdę w największej instytucji zaufania publicznego.

    Ksiądz Isakowicz-Zaleski według hierarchów powinien zamilknąć, bo wprowadzi zgorszenie w Polskim kościele. Niestety gorsze konsekwencje będą z powodu opanowania Kościoła przez "spółdzielnię konfidentów". To, czego się nie udało dokonać Stalinowi i komunistom w latach 40., 50., 60. i 70. - między innymi, dlatego, że naród polski miał zaufanie do takich osobistości jak prymas Stefan Wyszyński i kardynał Wojtyła, późniejszy Ojciec Święty Jan Paweł II - trzeba będzie odrabiać przez lat kilkadziesiąt, a może ponad i sto - i żadne dziarskie miny prezentowane oraz wyzwiska, jakich użył prymas Glemp tego nie nadrobią... Nie jest wykluczone, że Stolica Apostolska zasięgała informacji na temat zaubeczenia polskiego kościoła, a szczególnie Episkopatu - podczas ostatniej wizyty premiera Jarosława Kaczyńskiego w Watykanie...

    Nagranie trwa ponad 5 minut i jest dostępne w Sieci do 2 XI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    UPRzejmy punkt widzenia (24) - Wojciech Popiela Wysłane środa, 18, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W książkach przygodowych, w których pojawiają się piraci lub zbóje lądowi, autorzy zamieszczają opis podziału łupów. Przed ograbieniem ofiary zbójnicy stanowią zgraną paczkę. Cel jest bowiem wspólny - okraść. Gorzej bywa później. O ile ofiara ujdzie z życiem, jej majątek staje się obiektem pożądania i podziału pośród napadających.
    I tu zaczynają się schody. Okazuje się często, że każda frakcja chciałaby wyrwać jak najwięcej, w efekcie dochodzi niejednokrotnie do kolejnej potyczki, tym razem już w kręgu zbójników. Każdy bowiem dba o interesy swojej frakcji i swojego zaplecza. Ofiarom towarzyszy cenna rada zbójów: płacz i płać. I tak od wieków.


    Trudno odeprzeć analogię pomiędzy zachowaniem zbójców i zachowaniem posłów debatujących nad zabraniem Polakom połowy ich pieniędzy do budżetu. Co do zabrania - właściwie wszyscy są zgodni. Różnią się o parę miliardów, ale zasada jest wspólna dla wszystkich, bez wyjątku.

    Sposoby odbierania nam naszej własności mają właściwie opracowane. Nie oznacza to oczywiście, by nie można było ich unowocześniać albo zwyczajnie - po chamsku lub warcholsku - podnieść akcyzę na benzynę o 25 gr, a na olej napędowy o 90 gr. Plus, oczywiście, 22 procent VAT. Podnoszenie akcyzy przez lata było najprostszym - i pozaparlamentarnym - prawem, z którego skwapliwie korzystali.

    Nie inaczej jest tym razem. Każdy jeden ma usta pełne troski realizowanej cudzymi pieniędzmi. I żadnemu nie przeszkadza ani "Nie kradnij!", ani "Nie pożądaj żadnej rzeczy bliźniego twego!". O ile można jeszcze zrozumieć socjalistów bezbożnych, których poprzednicy nie wahali się nawet mordować, by zabrać cudzą własność, o tyle postawa wszystkich pozostałych, czyli socjalistów pobożnych - może ciągle nieco dziwić.

    Z uwagi na powyższe papież Pius XI zauważył, że "nikt nie może być jednocześnie szczerym katolikiem i prawdziwym socjalistą", a ponieważ ich socjalizm - czyli okradanie nas - jest prawdziwy, pozostaje rozważyć w sumieniu kwestię szczerości. Niestety, zaraza socjalizmu rozpleniła się nawet w seminariach, stąd tak trudno dziś o równie jasną, jak w przypadku papieża Piusa, wypowiedź w niedzielnym kazaniu.

    Zmieniają się rządy, rozbijane są stare układy, a władza jak nas łupiła, tak robi to dalej, o czym podsumowując rok nowych rządów, pisał pan W. Łysiak. Dla zmylenia łupionych, dawni łupieżcy z KL-D, UD, UW, SK-L, AW"S" przybrali obecnie szaty obrońców ofiar fiskalizmu państwowego. I jak widać po dętych sondażach, wiele ofiar ulega tej mistyfikacji. A tu jeszcze "trupy" w panalesiakowej szafie cuchną coraz mocniej. Pośpiech dwóch liderów PO RP w rozwiązywaniu tego Sejmu jest jak najbardziej uzasadniony.

    Monopol medialny jest przełamany, czego dobrodziejstw doświadczają i sympatycy UPR. Również podatnicy dowiadują się o tak wielu nieprzyjemnych sprawach wynikających z wymiany ciosów. Póki obowiązywała zasada "wy nie ruszacie naszych, my nie ruszamy waszych", możliwości manipulacji były znacznie większe. Obecnie jak nie nagrania pani Beger, ukazujące "troskę o dobro Polski", to dokumenty z szafy Lesiaka. Jak nie komisja bankowa, rywinowa czy orlenowa, to stacja PKP dla pociągu pana Gosiewskiego. Czy Polacy wyciągną z tego taki wniosek, że zamiast dawać się okradać na przemian jednemu lub drugiemu układowi, lepiej wprowadzić wzorem rozdziału kościoła od państwa - rozdział polityki od gospodarki? Czy zrozumieją, że odcinając zdemoralizowaną klasę próżniaczą od jej pożywki, tj. wpływu na gospodarkę i zakusów na ich dochody - czyszczą życie publiczne z potencjalnych afer?

    O tym, jak ważne jest trwanie i coraz większa doniosłość głosu UPR, świadczy stopień zakłamania znaczenia pojęć i faktów. Najdobitniejszym przykładem był wyemitowany kilka dni temu wywiad z Polskim Radiu z unioposłem, panem Januszem Wojciechowskim ze skoligaconego z PiS - PSL "Piast", dawniej z PSL.

    Zachwycona pani redaktor zapytała, jaką to dobrą wieść z Parlamentu Europejskiego niesie pan unioposeł. Zapytany odparł, że bardzo dobrą, co całym swoim zachowaniem w trakcie rozmowy potwierdzała pani redaktor. Trzy "dobre" wiadomości brzmiały następująco. PE chce ograniczenia importu "owoców miękkich" spoza państw Wspólnoty, PE chce płacić grupom producenckim "owoców miękkich" do 100.000 euro (ok 0,4 mln zł), PE chce płacić producentom "owoców miękkich" w WE za "nie wprowadzanie" owoców do obrotu, w sytuacji "nadwyżki podaży nad popytem". Zachwyt pani redaktor był równie wielki, co zachwyt pana z PSL "Piast". Czy cieszyli się słusznie?

    By odpowiedzieć na to pytanie, przetłumaczmy z unioposłowego na nasze. PE dbający o "swobodną wymianę dóbr itd" pod wpływem "lobbystów" chce zastosować interwencjonizm (Ludwik von Mises: interwencjonizm nieuchronnie prowadzi do socjalizmu) polegający na niekorzystnym dla konsumentów WE ograniczeniu podaży malin, truskawek itp. Po prostu PE chce zmusić konsumentów, by kupowali drożej. PE chce płacić z naszych, podatników pieniędzy, osobom zajmującym się malinami i truskawkami za to, że zbiorą się w grupki i będą oferować swój towar drożej w imieniu grupy. Chce na ten cen wydać do 400.000 zł z naszych podatków na każdą grupkę - na "zorganizowanie się". Czy znajdą się chętni do wzięcia takich pieniędzy? Nie mam wątpliwości. PE wreszcie chce byśmy sami, w podatkach, płacili producentom tych owoców za to, że je zniszczą lub pokątnie sprzedadzą, w efekcie czego ceny w sklepach nie będą niższe. Mamy, zdaniem PE sami płacić za to, by... płacić drożej.

    Z wolnościowego punktu widzenia, są to najbardziej perfidne praktyki narzucane ustawową siłą przez władze, powodujące zubożenie konsumentów na całym obszarze WE. Perfidia ich jest tym większa, że przedstawiają to jako dobrodziejstwo. Niestety, wtórują im przedstawiciele mediów, których znajomość ekonomicznego elementarza jest bliska zeru lub po prostu boją się zadać trudnego pytania jaśnie unioposłowi. Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy - konsumenci rzadko kiedy wpłacają datki na kampanię wyborczą. Grupy producenckie (producenci z Polski stanowią ponoć 2/3 wszystkich dostawców w WE), którym wytnie się konkurencję, sprezentuje z naszych pieniędzy po 400.000 zł i wypłaci pieniądze za to, że nie dostarczą nam towaru, z pewnością znajdą numer konta właściwego unioposła, a może sam im go wyśle.

    Pozostaje tylko jedno pytanie - czy mamy dać się strzyc jak barany prowadzone na rzeź, czy tego typu szczwanym posłom, dopuszczającym się tego procederu od tylu lat powiemy w końcu "dość!"?

    Nie wiemy, co w najbliższych wyborach zrobią Polacy, którym będzie chciało się zagłosować. Wiemy, że z takim zorganizowanym okradaniem podatników pod płaszczykiem prawa, z taką - jak napisał F. Bastiat - zalegalizowaną grabieżą i jej rzecznikami UPR toczyła, toczy i będzie toczyć bój polityczny. Nie lubimy, gdy się nas okrada i jest nam obojętne, czy robi to PZPR, UD z KL-D, SLD, AW"S"-UW, PiS z PSL "Piast", PO-SLD, czy Parlament Europejski do spółki z brukselską biurokracją.

    Jeśli Państwo również nie lubicie być okradani - głosujcie na UPR. Mile widziane są też wpłaty na nasze konto wyborcze*. Utrzymujemy naszą działalność ze składek i darowizn, pracując poza pracą zawodową, czyli w wolnym czasie i społecznie na rzecz wspólnego dobra Polaków.

    Wojciech Popiela

    * Konto wyborcze - jak je zasilić? -
    http://www.upr.org.pl/main/artykul.php?strid=1&katid=378&aid=3808

    Za wszystkie wpłaty serdecznie dziękujemy!

    Publicystyka Wojciecha Popieli na ASME.


    Co możemy zrobić dla Polski? - wykład Stanisława Michalkiewicza o bieżących uwarunkowaniach politycznych i gospodarczych - Część II Wysłane wtorek, 17, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Co możemy zrobić dla Polski? - wykład Stanisława Michalkiewicza o bieżących uwarunkowaniach politycznych i gospodarczych - Część II
    Wysłane wtorek, 17, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Ojcem Samoobrony nie są żadne służby, tylko Leszek Balcerowicz. Ustawa o uporządkowaniu stosunków kredytowych wprowadziła zmienną stopę oprocentowania z 4% rocznie na 40% miesięcznie - to Lepper i jemu podobni stanęli w obliczu bankructwa z dnia na dzień. Gdyby służby specjalne »zrobiły« Samoobronę, to jej powstanie przypominałoby powstanie Platformy Obywatelskiej. Służby mogły się nim zainteresować dopiero potem - to prawda. Demokracja nie sprzyja jakości »elit« politycznych, raczej odwrotnie. Andrzej Lepper nie jest moim faworytem - takiego Go stworzył Pan Bóg, to nie jest wina, że On taki jest. To jest tylko ilustracja pewnego upadku świadomości politycznej i innej w naszym społeczeństwie... Czy pani Renata Beger byłaby posłanką przed wojną - takie sobie zadawałem i innym osobom pytanie. W każdym przypadku otrzymywałem odpowiedź taką samą - raczej nie miałaby takiej szansy. To wszystko trzeba odbudować, także duchowieństwo jest porażone tą samą chorobą" - Stanisław Michalkiewicz kontynuuje wykład "Co możemy zrobić dla Polski?".

    W tej części prezentujemy interakcje publiczności zgromadzonej na wykładzie Stanisława Michalkiewicza w centrali Unii Polityki Realnej, dyskurs prowadzony pomiędzy uczestnikami spotkania i jednym z głównych ideologów UPR.
    Kościół polski jest podzielony od dawna - wyraźnym tego dowodem były listy pasterskie opublikowane i głoszone w kościołach przed referendum w sprawie Anszlusu Polski przez Unię Europejską. Wtedy Episkopat powiedział, że "dobrze byłoby, żeby było dobrze". Jeśli nie ma się nic do powiedzenia - to powinno się milczeć, ale być może niektórzy członkowie Episkopatu chcieli zasygnalizować, że mają jednak coś na myśli. Wydaje się, że element zaangażowania się i lustracji pewnych członków hierarchii Kościoła ma swój wpływ - im bardziej był "postępowy" duchowny - tym większe jest prawdopodobieństwo, że miał "epizod agenturalny" w swoim życiorysie - zastanawia się Stanisław Michalkiewicz.
    Międzynarodowym atutem Polski jest jej położenie geograficzne. Widać było po 11 września w USA, że mieli swoją koncepcję okrążenia Festung Europa i nasz kraj miał być ważnym elementem w tym dziele. I to trzeba było wykorzystać, ale jak teraz miałaby być sytuacja niekorzystna dla RP - to możnaby wywiesić tylko białą flagę - ale najpierw powinniśmy spróbować. Po prostu spróbować wykorzystać wszystkie możliwości zaakcentowania własnej polityki, własnego zdania na forum europejskim, międzynarodowym - chociażby po to, by mieć spokojne sumienie, że zrobiliśmy wszystko, co było możliwe w naszej sytuacji, na którą tak wielkie ciśnienie przykładają zagraniczne ośrodki. Sprawa działań polskiej dyplomacji na Białorusi - za kadencji ministra Adama Rotfelda - jest według SM-a symptomatycznym dowodem popełniania wszelkich możliwych błędów przez przedstawicieli Rzeczypospolitej - tak wielkim błędem, że Stanisław Michalkiewicz zastanawia się, czy był to tylko błąd, czy działanie na rzecz innych ośrodków dyspozycyjnych... A taki przypadek pani wicepremier Gilowskiej zasiadającej ponownie w rządzie "partii lustracyjnej" - nie jest już groźny, w świetle lustracji - bo tylko możemy uśmiechnąć się, że nie doszło do jakiegoś wielkiego skandalu...

    Nagranie II części spotkania trwa ponad 55 minut i jest dostępne w Sieci do 31 X 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    SKANDAL Z WITOLDEM JEDLICKIM - Antoni Zambrowski Wysłane wtorek, 17, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Na temat:

    Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - Krzysztof Pawlak; "Rewelacje wyssane z palca. Rzecz o »Żydach i Chamach« Witolda Jedlickiego" - Antoni Zambrowski

    Zbliża się 50. rocznica wielkiej pokojowej rewolucji Polaków, pierwszego naszego zwycięstwa nad Imperium Zła, odniesionego w październiku 1956 roku. Na VIII plenum KC PZPR wybrano wtedy bez uprzedniego uzgodnienia z Kremlem na I sekretarza KC PZPR czyli na pierwsze stanowisko w państwie komunistycznym Władysława Gomułkę "Wiesława", więzionego w okresie stalinowskim za odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne. Wraz z nim wybrano w tajnym głosowaniu, co było zdarzeniem bez precedensu w państwie komunistycznym, zaproponowany przez niego skład personalny Biura Politycznego i sekretariatu KC PZPR. Ponieważ nie przewidziano w nim obecności zasiadających tam poprzednio działaczy z marszałkiem Konstantym Rokossowskim na czele, będących okiem i uchem Kremla, niespodziewanie do Warszawy przylecieli przedstawiciele zbiorowego kierownictwa na Kremlu z Nikitą Chruszczowem na czele. Na spotkaniu z kierownictwem partyjnym w Belwederze Chruszczow zapytywał dlaczego z władz partyjnych usuwa się wypróbowanych przyjaciół Związku Rad? Dla poparcia swych żądań Kreml uruchomił stacjonujące w Polsce jednostki pancerne, które parły na Warszawę. Do Zatoki Puckiej wpłynęła sowiecka eskadra okrętów wojennych. Polska nie ugięła się jednak pod tą presją i sowieckie czołgi musiały wrócić jak niepyszne do swych baz wobec twardej postawy niezliczonych rzesz robotników i studentów, deklarujących swe poparcie dla nowego - głoszącego suwerenność i demokratyzację - kierownictwa partyjnego. Z niczym wrócili też do Moskwy na swym Tu-104 przywódcy sowieccy. Tu i z powrotem - jak żartowali wtedy warszawiacy.
    23 października odbył się w Warszawie na placu Stalina, przemianowanym w plac Defilad, wielki wiec zwycięstwa, na którym przemówił jako tryumfator Władysław Gomułka. Po wiecu po mieście krążyły grupy młodzieży z biało-czerwonymi flagami, domagając się odesłania do Moskwy marszałka Rokossowskiego i uwolnienia z internowania w klasztorze księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Wszystkie te postulaty zostały rychło spełnione. Gdy ustała presja policyjna, rozpadły się w Polsce spółdzielnie produkcyjne, czyli kołchozy, zaś młodzież opuściła utworzony w okresie stalinowskim Związek Młodzieży Polskiej. Z zakładów pracy wycofano jawne placówki UB, poprzednio terroryzujące pracowników. Ponadto władze sowieckie zostały zmuszone do umorzenia polskiego zadłużenia wobec Związku Rad, jako rekompensata za dostarczany na Wschód za półdarmo polski węgiel. Były to namacalne zdobycze polskiego społeczeństwa.
    Tymczasem w grudniu 1962 roku, a zatem w sześć lat po październikowym zwycięstwie, na łamach paryskiej "Kultury" ukazał się obszerny artykuł Witolda Jedlickiego ogłaszający, iż całe październikowe zwycięstwo - to propagandowe oszustwo żydowskiej frakcji w PZPR. Artykuł ten nazywał się "Chamy i Żydy" i sugerował, że walki frakcyjne w PZPR w roku toczyli odpowiedzialni za stalinizm Żydzi przeciwko starającym się ich rozliczyć za te zbrodnie polskim komunistom, popieranym przez Nikitę Chruszczowa i sowiecką ambasadę. Zdaniem autora, żydowscy komuniści odpowiedzialni za zbrodnie stalinowskie w Polsce zręcznie wykiwali Polaków i w ten sposób zachowali swe wysokie stanowiska partyjne i państwowe. Wiarygodności tezom autora dodawał fakt, że wyjechał on z Polski na Zachód na żydowskich papierach w drodze do Izraela, dlatego jego zapewnienia, iż zarzuty antysemityzmu stawiane prosowieckim komunistom są absolutnie bezpodstawne, mogły być przyjmowane w dobrej wierze. Była to mistrzowska operacja propagandowa PRL-owskich i sowieckich służb specjalnych przygotowujących już wtedy czystkę szeregów partyjnych z elementów źle traktowanych na Kremlu. Oprócz "liberalnych" komunistów opowiadających się za reformami rynkowymi w PRL i demokratyzacją życia społecznego dostało się też od Witolda Jedlickiego księdzu Prymasowi Stefanowi Wyszyńskiemu, któremu autor bezczelnie zarzucił, iż idąc na ugodę z komunistami w październiku 1956 roku, ustanowił wzór dla katolickich oportunistów.
    Artykuł musiał przypaść do gustu red. Jerzemu Giedrojciowi, gdyż wkrótce został wydany w formie broszury pod tym samym tytułem. Nie poznał się on niestety na matactwach propagandowych Jedlickiego, które można - co do skali - porównywać z kłamstwami propagandowymi Jana Tomasza Grossa. Pierwsze i podstawowe matactwo Jedlickiego polegało na tym, że w tytule i tekście sugerował on, iż opowiadający się za większą suwerennością i demokratyzacją partyjni liberałowie zwani "puławianami" - to Żydy, zaś ich zwani pogardliwie chamami przeciwnicy - to rasowo czyści Polacy. Było to kłamstwo, gdyż owi "Żydy", czyli Polacy żydowskiego pochodzenia znajdowali się po obu stronach partyjnej barykady. O "natolińczykach" żydowskiego pochodzenia mówiono w 1956 roku z przekąsem "natolinerzy" i było ich niemało (Gdy działałem wtedy w Rewolucyjnym Związku Młodzieży, moi starsi koledzy, lepiej ode mnie zorientowani w układach personalnych w KC oraz KW PZPR, wymieniali wiele nazwisk prominentnych "natolinerów", których dziś już niestety nie pamiętam). Po drugie, Witold Jedlicki ukrywał w ślad za partyjną propagandą, że wielu towarzyszy partyjnych traktowanych jako rodowici Polacy miało pochodzenie obce - ukraińskie, białoruskie, nawet niemieckie, jak Artur Ritter-Jastrzębski lub Aleksander Burski. Wysyłający W. Jedlickiego na Zachód gen. Mieczysław Moczar naprawdę nazywał się Nikołaj Tichonowicz Diomko i choć urodził się w Łodzi, został ochrzczony w miejscowej cerkwi prawosławnej. Nie chcę kwestionować ich prawa do polskości, jeśli się czuli Polakami i podawali w dokumentach narodowość polską, ale takie same prawo do polskości mieli też Polacy o rodowodzie żydowskim, jeśli się istotnie Polakami czuli. Tymczasem tym ostatnim prawa do polskości odmawiała propaganda natolińska, a w ślad za nią Witold Jedlicki. Najważniejsze jednak było to, że obciążał on wbrew prawdzie odpowiedzialnością za zbrodnie okresu stalinowskiego wyłącznie członków frakcji (a właściwie nieformalnej koterii, gdyż tzw. centralizm demokratyczny istnienie frakcje w partii wykluczał) reformatorskiej, czyli puławian. Tymczasem obydwie koterie były uwikłane w zbrodnie okresu "błędów i wypaczeń". Tyle, że "natolińczycy" chcieli rozliczyć dla efektu propagandowego kilku kozłów ofiarnych o żydowskim rodowodzie, natomiast "puławianie" proponowali program reform rynkowych i demokratycznych, zabezpieczających przed nawrotem stalinizmu.
    Trzeba przyznać z uznaniem, że ówczesny dyrektor Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Jan Nowak (Zdzisław Jeziorański) - w odróżnieniu od red. Jerzego Giedroycia - poznał się na matactwach Witolda Jedlickiego i w dyskusji na falach RWE otwarcie mu je wytknął.
    Witold Jedlicki był osobą znaną w Warszawie jako członek kierownictwa głośnego klubu dyskusyjnego Krzywe Koło na Starym Mieście i następnie opublikował w Instytucie Literackim w Paryżu wartościową książkę o pracach tego klubu, zamkniętego przez władze komunistyczne w ramach odwrotu tow. Wiesława od Października '56. Wcześniej był on jednak konfidentem UB, o czym dowiedzieliśmy się z książki wspomnień premiera Jana Olszewskiego "Prosto w oczy", podyktowanych red. Ewie Polak-Pałkiewiczowej. Oszukał on swych kolegów z klubu, którzy zawierzyli jego próbie samobójstwa w znak protestu przeciwko presji UB, wymuszającego na nim współpracę. Tymczasem uzyskał on paszport zagraniczny na Zachód od gen. Mieczysława Moczara za cenę usługi propagandowej, wykonanej na medal.
    "Rewelacje" Witolda Jedlickiego posłużyły jako materiał propagandowy przygotowujący grunt pod antysemicką czystkę rozpętaną po kilku latach, bo w 1967 i 1968 roku najpierw w Ludowym Wojsku Polskim przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego oraz gen. Józefa Urbanowicza, a następnie przez gen. Mieczysława Moczara w aparacie partyjnym i państwowym PRL. Tak żydowski emigrant do Izraela przyczynił się do antysemickiej czystki, która oznaczała kompromitację naszego kraju w oczach cywilizowanego świata, choć była prowadzona na wyraźne zlecenie Kremla przez jego agenturę w Polsce.
    Natomiast dzięki imprimatur red. Jerzego Giedroycia - pierwszego wydawcy "Chamów i Żydów" praca Witolda Jedlickiego przysłużyła się kompromitacji pierwszego wielkiego pokojowego zwycięstwa Polaków nad Imperium Zła w oczach samych Polaków, gdyż pokolenia polskich opozycjonistów uczyły się najnowszej historii Polski z powielanych w drugim obiegu kolejnych wydań tego paszkwilu na Październik '56.
    Napisałem w 1986 roku obszerny artykuł pod wymownym tytułem "Rewelacje wyssane z palca", w którym wykazałem kłamliwość tez Witolda Jedlickiego, szczególnie jego krytyki postawy księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Przez wiele lat nie mogłem, mimo poparcia braci Kaczyńskich przebić się z nim na łamy prasy drugiego obiegu, aż wreszcie na wiosnę roku 1989 został on opublikowany przez drugoobiegowe Warszawskie Zeszyty Historyczne (nr 2). Niestety, został kompletnie przemilczany przez środki przekazu, już wkrótce uwolnione od komunistycznej cenzury. Stało się tak zapewne dzięki wpływom rodzonego brata Witolda Jedlickiego, czyli prof. Jerzego Jedlickiego z okołokorowskiego Towarzystwa Kursów Naukowych. Dziś stoi on na czele stowarzyszenia "Otwarta Rzeczypospolita" tropiącego (a jakże!) antysemityzm na prawicy. Za obronę prawdy historycznej przeciwko kłamstwom szerzonym przez prof. Jana Tomasza Grossa w sprawie mordu na Żydach w Jedwabnem w lipcu 1941 roku zostałem napiętnowany w raporcie Otwartej Rzeczypospolitej przez Sergiusza Kowalskiego jako wojujący antysemita. Natomiast przyjaciel prof. Jerzego Jedlickiego Adam Michnik zdjął piętno antysemity z organizatora bezprzykładnej antysemickiej i w jeszcze większym stopniu antypolskiej czystki z jej organizatora - gen. Wojciecha Jaruzelskiego.

    Antoni Zambrowski

    Artykuł ukazał się - w skróconej wersji - w tygodniku "Gazeta Polska".

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Pochwała Judasza - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 17, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W środowisku dziennikarskim popularne jest powiedzenie, że "dobrze czy źle - byle z nazwiskiem". Jest ono zrozumiałe o tyle, że obecność w publicznym dyskursie zapewnia sławę. Ale sława niekoniecznie musi być zaszczytna, co zauważył Jarosław Iwaszkiewicz, opatrując jedną ze swych powieści tytułem "Sława i chwała". Chwała nie jest tym samym, co sława, a najlepszym dowodem trafności tego spostrzeżenia jest postać Judasza. Niewątpliwie zdobył sławę, podobnie jak prefekt Judei Poncjusz Piłat, ale ta sława nie przynosi zaszczytu ani jednemu, ani drugiemu. Judasz stał się symbolem podstępu i zdrady, podobnie jak Piłat - tchórzostwa w obliczu próby. Judaszowi nic nie pomogła okoliczność, że był skrupulatny w sprawach pieniężnych, podobnie jak Piłatowi - jego zamiłowanie do higieny, które skłoniło go nawet do wybudowania Judejczykom w Jerozolimie wodociągów, o co zresztą powzięli do niego śmiertelną urazę. Jednak po upływie dwóch tysięcy lat musimy chyba zrewidować dotychczasową ocenę Judasza, bo na tle choćby przedstawicieli współczesnych elit polskich, jego postać zaczyna nabierać spiżowej szlachetności.

    "Dawniej ludzie mniej mieli kultury, lecz byli szczersi" - zauważył Tadeusz Boy-Żeleński i trudno odmówić mu racji, kiedy obserwujemy reakcję posła Jana Marii Rokity, czy b. prezydenta Lecha Wałęsy na dokumenty wyciągnięte z szafy płk. Jana Lesiaka. Warto na marginesie przypomnieć, że jest to ten sam oficer SB, z którym Jacek Kuroń, z osobistego upoważnienia Lecha Wałęsy, prowadził swoje słynne "negocjacje". Nic zatem dziwnego, że po transformacji ustrojowej płk Lesiak został zweryfikowany jak najbardziej pozytywnie przez bojowników o wolność i demokrację, a następnie dopuszczony do, że tak powiem, konfidencji tak wielkiej, iż powierzono mu delikatne zadanie dokończenia eliminowania "ekstremy" już nie ze struktur podziemnych, jak w negocjacjach postulował Jacek Kuroń, tylko zwyczajnie - z życia politycznego. Do konfidencji zaś dopuścili płk. Lesiaka funkcjonariusze nowych służb, którzy przeszli tam niemal bezpośrednio z obdżektorskiego ruchu "Wolność i Pokój", w którym wybitną pozycję zajmował ówczesny szef Urzędu Rady Ministrów Jan Maria Rokita. Warto podkreślić, że Jan Maria Rokita nie miałby najmniejszych szans na uzyskanie takiego stanowiska bez rekomendacji przywódców Unii Demokratycznej w osobach m.in. Jacka Kuronia i "drogiego Bronisława". Kto wie nawet, czy powierzenie mu tak odpowiedzialnej funkcji nie nastąpiło pod warunkiem włączenia podległego mu aparatu państwa do eliminacji z politycznej sceny ugrupowań, których obecność z punktu widzenia interesów "lewicy laickiej" była niepożądana? Gdyby nasze domysły okazały się trafne, to nietrudno byłoby wykazać jego podobieństwo do postaci Judasza, przynajmniej w stosunku do dawnych kolegów z antykomunistycznego podziemia. Misja Judasza polegała bowiem nie tylko na wydaniu swego Mistrza, ale również, a może przede wszystkim na tym, że będąc żydowskim patriotą, posłużył się Rzymianami, by Pana Jezusa usunąć z życia publicznego.
    Jednak nawet i w tej sytuacji niekoniecznie musi on zasługiwać na potępienie. Warto bowiem zwrócić uwagę, że również w polskim Kościele zapanowała ostatnio atmosfera szalenie, powiedziałbym, jurydyczna. Udziela się ona nawet dzieciom, przez których usta przemawiają podobno duchy; bywa, że dobre, ale bywa - że złe. Otóż okazało się, że kiedy nauczyciele mówią w szkole, że np. dwa razy dwa równa się cztery, dzieci pytają ich, czy mają na to świadków, a jeśli nie - w ogóle nie przyjmują tego do wiadomości. W takiej atmosferze musiało dojść do przełomowego odkrycia w dziedzinie teologii moralnej, jakiego dokonała komisja, na polecenie JE abpa Józefa Życińskiego sprawdzająca fałszywe pogłoski o rzekomej współpracy osób duchownych i świeckich ze Służbą Bezpieczeństwa. Jest ono szczelnie obudowane rozmaitymi sofizmatami, jednak można spod nich wydestylować jego rewolucyjny sens, że moralne jest wszystko to, co nie pozostawia śladów, zwłaszcza w postaci pisemnego zobowiązania do współpracy, pokwitowań pieniężnych i własnoręcznie napisanych raportów. W świetle tego odkrycia musimy ponownie przyjrzeć się Judaszowi, bo w gruncie rzeczy trudno nam znaleźć w nim jakąkolwiek winę. Czy Judasz podpisał zobowiązanie do współpracy? Nic o tym nie wiemy, a w każdym razie w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej żadna komisja na taki dokument nie natrafiła. Podobnie ze sprawą pieniędzy. Ewangeliści wprawdzie mówią o 30 srebrnikach, które jakoby Judasz pobrał od arcykapłanów jako zapłatę za czynności operacyjne, ale żadne pokwitowania się nie zachowały, więc prawdopodobnie mogą to być zwykłe pomówienia ze strony ewangelistów, opierających się na dokumentacji spreparowanej przez kapłanów, którzy prawdopodobnie zarejestrowali Judasza fikcyjnie, dla ukrycia malwersacji przy zakupie pola garncarzowego. A od kiedy to ci arcykapłani są dla nas źródłem prawdy? Czy w ogóle może być co dobrego z Sanhedrynu? Owszem, nie da się ukryć, że w kontaktach z członkami Sanhedrynu Judasz mógł zachować się lekkomyślnie, ale z całą pewnością nie pisał żadnych raportów, bo nie jest nawet pewne, czy w ogóle umiał pisać. Słowem - jeśli nawet coś tam i palił, to na pewno się nie zaciągał, więc mógłby zostać autorytetem moralnym.
    W tej sytuacji jedyny kłopot z tym, że właściwie nie wiadomo, dlaczego się powiesił, zamiast po prostu energicznie zaprzeczyć tym wszystkim oszczerstwom, zaś oszczerców zaciągnąć przed sąd, najlepiej pod przewodnictwem Poncjusza Piłata, który nakazałby oczyścić Ewangelie z insynuacji i pomówień. Dzisiaj każdy autorytet moralny tak właśnie by zrobił, więc jedyną winą Judasza było rozdwojenie osobowości; z jednej strony wyprzedzał swoją epokę, ale z drugiej - głęboko tkwił w jej przesądach, zwłaszcza co do tak zwanego honoru.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Powrót do przeszłości - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 17, października 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "To, co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie: więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem..." - pouczał biblijny mędrzec, jakby odnosząc się do tworzonej właśnie kolejnej koalicji rządowej, której cechą charakterystyczną ma być to, że układającymi się są te same partie, który tworzyły do niedawna pierwszą koalicję, a kilka miesięcy wcześniej tzw. pakt stabilizacyjny. Jak widać, polska scena rządowo-parlamentarna zdołała zaledwie w ciągu niespełna roku obrócić się trzy razy dookoła, aby ostatecznie wrócić do tego samego miejsca, z którego rozpoczynano rozmowy pod koniec ubiegłego roku. Oczywiście do końca bieżącego roku pozostało jeszcze dwa i pół miesiąca - a przed nami wybory samorządowe, dlatego też nie jest powiedziane, że koalicja sklecona obecnie dotrwa do sylwestra. Z pewnością dużo w tej materii będzie zależało od wyników wspomnianych wyborów do samorządów terytorialnych.

    Niezależnie od tego wymiana ognia pomiędzy stronami politycznego konfliktu staje się coraz gwałtowniejsza, do kontrataku przeszedł nawet Jan Maria Władysław, który w wywiadzie udzielonym "Życiu Warszawy" stwierdził, że w sprawie tzw. inwigilacji prawicy jest jeszcze "tajemnica strzeżona przez braci...", która to "tajemnica" zdaje się być bronią podobnego kalibru do tej, którą strona rządowa nazywa "porażającą wiedzą". Rokita decydując się na wysunięcie argumentu "tajemnicy braci", musiał zapewne otrzymać "cynk" i to zapewne nie od przypadkowego dziennikarza śledczego, ale od samego Konstantego Miodowicza, pełniącego dotychczas rolę szarej eminencji PO w temacie informacji sekretnych i półjawnych. Dlatego też zgodnie z tym czego należało oczekiwać, w poniedziałek pojawiła się informacja o doniesieniu złożonym przez ministra Wassermana, a wskazującym na istnienie bliźniaczej "grupy Lesiaka" zidentyfikowanej na podstawie odnalezionych materiałów ABW. Nie mogło się obyć bez przecieku wskazującego, że inicjatorem, a co najmniej świadomym jej istnienia był właśnie Konstanty Miodowicz. No to piłeczka jest po drugiej stronie i zobaczymy, gdzie ją jutro odbiją platformersi.
    Z kolei stare przysłowie powiada, że gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, które to zjawisko w trakcie działań wojennych jest określane jako "friendly fire" i ze skutkami takiego przyjacielskiego albo raczej koalicyjnego ostrzału mieliśmy do czynienia w ubiegłym tygodniu, kiedy to Radio Maryja nagłośniło sprawę "wpuszczenia w szczaw" kandydatów na radnych, których na listy PiS-u rekomendowali dawni prominentni secesjoniści z LPR. W związku z tym wydarzeniem o. Rydzyk stan partii Romana Giertycha określił jako agonalny, ubolewając zarazem nad kolejnym przejawem "korupcji politycznej" w szeregach PiS-u, chociaż zamiast argumentu "korupcji politycznej" użyte zostały argumenty teologii politycznej. Widać więc, że jedynym spoiwem tworzącego się porozumienia jest strach przed wyborczą weryfikacją, a trwałość drugiej koalicji będzie zależała od wyniku wyborczego partii rządowych. Liczba wariantów jest w tym przypadku dość ograniczona, gdyż wiele wskazuje, że z trójki PiS, Samoobrona i LPR - na największe poparcie w skali kraju może liczyć PiS, drugie miejsce raczej przypadnie Samoobronie, a trzecie LPR-owi. Niewiadomą stanowi jedynie skala udzielonego poparcia, natomiast w dwóch przypadkach przyśpieszone wybory będą raczej pewne. Chodzi o sytuację, gdy PiS pomimo ostatnich sondaży utrzyma relatywnie wysokie poparcie - nawet pomimo nieznacznej przegranej z PO oraz o sytuację, gdy niezależnie od wyniku PiS-u wysokie poparcie utrzyma Samoobrona. Liderzy PiS-u zdają sobie sprawę, że konieczność nieustannej walki o większość i związane z tym polityczne "korumpowanie się" rozmienia na drobne ich hasła IV RP. Dlatego też nawet przegrywając nieznacznie następne wybory, ale utrzymując pozycję silnej opozycji mającej poparcie prezydenta - może w konsekwencji więcej zyskać niż w sytuacji trwania u władzy za cenę koalicyjnych kompromisów i "zużywania" popularności.
    Z kolei wyraźnie widać, że Lepper swój powrót do rządu traktuje niczym przedwojenne Niemcy traktat wersalski i wyzyska najbliższą okazję, aby politycznie odegrać się na "większym bracie". Przyzwoity wynik Samoobrony w nachodzących wyborach może być impulsem do zerwania pod byle pretekstem drugiej koalicji, tak jak to zresztą miało miejsce niedawno i powalczenia o lepsze zabezpieczenie swojej partyjnej przyszłości, gdyż niewątpliwie tak jak PiS traci w koalicji z Samoobroną - tak Samoobrona może utracić swój postkomuszy elektorat w koalicji szermującej hasłami anty-peerelowskimi.
    Widać, że najlepszym gwarantem trwania nowej koalicji będzie sytuacja, gdy zarówno PiS jak i Samoobrona osiągną wyborczy wynik poniżej swoich oczekiwań, co dla PiS-u może oznaczać poparcie poniżej 20 proc., a dla Samoobrony - poniżej wyniku uzyskanego w poprzednich wyborach, tj, poniżej granicy ok. 10 proc. Można więc mówić o istnieniu pewnego paradoksu politycznego, wyrażającego się w zdaniu, że trwałość koalicji parlamentarnej jest tym większa, im mniejsze poparcie elektoratu dla tworzących ją partii. Paradoks ten został potwierdzony już za czasów rządów AW"S" i SLD, które długi czas funkcjonowały jako rządy mniejszościowe, a premier Belka i minister Hausner oficjalnie popierali nawet partię teoretycznie konkurencyjną wobec ugrupowania, które dało im mandat do rządzenia.
    Póki co, Roman Giertych zapowiedział grupowanie list PiS-u, Samoobrony i LPR w wyborach samorządowych, a to oznacza, że wyborczy wynik partii Kaczyńskiego może zostać dodatkowo podrasowany głosami Ligi, zwłaszcza że w niektórych województwach partia ta ma rzeczywiście małe szanse na przekroczenie pięcioprocentowego progu. Oznaczałoby to de facto szybsze wchłonięcie "ligowców" i gdyby PiS-owcom udało się jeszcze dostatecznie osłabić pozycję Leppera, to zagospodarowanie tej sceny według pierwotnego zamysłu zostałoby zakończone, a termin wyborów zostałby uzależniony od koniunktury na rynku sondaży. Co do politycznej szczerości Kaczyńskich - trudno mieć jakiekolwiek złudzenia, wszak w niedawnym wywiadzie dla "Polityki" premier zwierzał się redaktorce Paradowskiej, że widziałby na prawej stronie miejsce dla partii o konserwatywnym obliczu, ale o bardziej wolnorynkowych poglądach niż PiS. Premier Kaczyński snując takie wizje, westchnął jednakże z ubolewaniem, że obecnie takiej partii nie widzi, co może jest i prawdą, gdyż częstym objawem polityków jego pokroju jest widzenie selektywne. Zresztą tak się składa, że jak ktokolwiek taką partię w PiS-ie wcześniej dostrzegał - to jedynie po to, aby ją podzielić i wchłonąć. Zwracam na to uwagę, gdyż wielu wierzy, że jeśli nie samemu, to przy boku silniejszego partnera uda się zrealizować wolnorynkowe projekty gospodarcze, zachowując jednocześnie własną tożsamość, a nawet wzmacniając pozycję polityczną. Skutki takiej naiwności doskonale zilustrował Jan Brzechwa w wierszu o igraszkach błotnych świni i bociana - "kto z kim przestaje takim się staje/ Na pewno znacie te obyczaje", co nie oznacza oczywiście całkowitego unikania kąpieli błotnych. Wszak dzisiejszy sejm i jego polityczne okolice to niekończący się Przystanek Woodstock.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME