września 20, 2006 - września 28, 2006


Czy PPR/PZPR może zostać uznana za organizację przestępczą i kim byli komuniści, późniejsi władcy PRL? - Piotr Gontarczyk o swojej najnowszej książce "Kłopoty z historią"
Wysłane czwartek, 28, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Odpowiadając na pytanie o przestępczy charakter działań komunistów, można prosto wyliczyć: jest kodeks karny, który mówi »za próbę oderwania części Rzeczypospolitej dożywocie albo KS, za działalność na rzecz obcego państwa - dożywocie czy KS«. Moją główną książkę »Polska Partia Robotnicza. Droga do władzy (1941 - 1944)«, tworzoną jako doktorat, obecnie bym pogłębił i przygotował w znacznie ostrzejszej formie. Gdy ją pisałem, będąc wychowany na mitach wytworzonych w PRL, nie byłem pewien, czy czasem mocno nie przesadzam, np. opisując wyprawy Grzegorza Korczyńskiego na Żydów po lasach na Lubelszczyźnie. Po dwóch latach stwierdzam, że jest to książka niesłychanie łagodna. Dziś już wiadomo o prawie tysiącu Żydów zamordowanych przez »towarzyszy leśnych« - z których co najmniej dwóch dostało wyroki kary śmierci już W PRL za zbrodnie wojenne - ale oczywiście wyroków nie wykonano, bo »swoich« nie ruszano, a nawet sprawom całkowicie ukręcano łeb" - mówił na spotkaniu w Centrali Unii Polityki Realnej Piotr Gontarczyk, pracownik Instytutu Pamięci Narodowej.

Historyk w swym najnowszym zbiorze zajmuje się przywracaniem prawdziwego wizerunku komunistycznych watażków z okresu II Rzeczypospolitej - późniejszych władców PRL, którzy w oczach współczesnych im Polaków uchodzili za zwyczajnych kryminalistów i bandytów i morderców, co znajduje potwierdzenie w faktach zachowanych m.in. w archiwum KC PPR/PZPR - są dostępne pokwitowania odbioru przez najwyższych aparatczyków komunistycznych zrabowanych precjozów przez np. Mieczysława Moczara vel Nikołaja Diomkę w latach powojennych (sic!). Także wiadomo już o wielokrotnych morderstwach obywateli polskich, AK-owców, zwykłych ludzi - także żydowskiego pochodzenia dokonywanych przez "partyzantów" AL-GL, którzy poza akcjami rabunkowo-bandyckimi nigdy nie przeprowadzili jakiejkolwiek akcji zbrojnej przeciw okupantowi niemieckiemu.

Oto, co sam PT Autor pisze w słowie wstępnym do książki:

"Publicystyką historyczną zajmuję się 10 lat. W okresie tym napisałem kilkadziesiąt tekstów dotyczących rozmaitych wydarzeń z najnowszej historii. Znaczną część z nich opublikowałem w nieistniejącym już »Życiu«, ale dostęp do innych artykułów - dal osób spoza wąskiego grona naukowców, którzy bywają w specjalistycznych bibliotekach - jest bardzo utrudniony. Także i ci ostatni nie zawsze pamiętają, co kto napisał 10 lat temu.
Dorastają też kolejne generacje młodych ludzi, z których - daj Bóg,jak największa - część interesuje się historią. Wielokrotnie spotykałem się z sytuacją, kiedy w rozmowie z naukowcem czy studentem odwoływałem się do - jak mniemałem - oczywistej wiedzy historycznej z moich tekstów i widziałem, że mój interlokutor był wyraźnie zaskoczony. Po którymś takim wydarzeniu z kolei, ktoś podsunął mi myśl, by najważniejsze swoje teksty zebrać i wydać w formie książkowej.
Powtórna publikacja okazała się dobrą okazją do poprawienia istotnych błędów, zawinionych zarówno przez rozmaite redakcje, jak i powstałych z winy autora. Niektóre artykuły, które wcześniej ukazały się w formie znacznie okrojonej, tu opublikowałem w całości. Niekiedy, jak w przypadku »Rzeczpospolitej« czy »Gazety Wyborczej«, są to ich inne wersje. Do tego wszystkiego dołożyłem dwa teksty, których nigdzie nie opublikowałem.
Tematyka prezentowanych artykułów jest ściśle powiązana z moimi naukowymi zainteresowaniami. Są to wiec teksty dotyczące spraw polsko-żydowskich w XX w. ze szczególnym naciskiem na związane z tym kontrowersje. Szczególnie dużo miejsca poświęciłem sprawie książki Jana Tomasza Grossa »Sąsiedzi«, którą, co zawsze podkreślałem, można bardziej traktować jako przejaw intelektualnej patologii niż poważne dzieło naukowe.
Drugi, znacznie ważniejszy obszar moich poszukiwań, to kwestie związane z komunizmem, historią Polskiej Partii Robotniczej i Polski Ludowej. Piszę więc o KPP w latach 30., partyzantce komunistycznej, a także o ludziach wykreowanych przez PRL. Zbiór artykułów uzupełniają teksty dotyczące częstych problemów, przed którymi staje naukowiec zajmujący się historią XX w. Są to zarówno kwestie dotyczące miejsca historii w życiu publicznym, sprawy metodologiczne, jak i moje spory z tym, co mi się w historiografii polskiej nie podoba. Spieram się wiec z luminarzami nauki PRL pokroju Eugeniusza Duraczyńskiego czy też Jerzym Eislerem, którego działalność intelektualną, a w szczególności propozycje warsztatowe, trudno traktować inaczej, jak zagrożenie dla wiarygodności nauki.
Kilka uzupełniających książkę tekstów wiąże się z tak z historią, jak i moimi zainteresowaniami politologicznymi. Mowa oczywiście o problemie lustracji.
Oddając tę książkę do druku, mam nadzieję, że jej lektura będzie doświadczeniem przyjemnym, kształcącym i ciekawym. tego Państwu i sobie ze szczerego serca życzę".

Nagranie trwa ponad 42 minuty i jest dostępne w Sieci do 12 X 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Czy ktoś przytomny mógłby powierzyć pp. posłom Lepperowi i Begerowej 550 tysięcy złotych? - Janusz Korwin-Mikke o scenariuszu końca tzw. III RP, czyli PRL-bis Wysłane środa, 27, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Czy ktoś przytomny mógłby powierzyć pp. posłom Lepperowi i Begerowej 550 tysięcy złotych? - Janusz Korwin-Mikke o scenariuszu końca tzw. III RP, czyli PRL-bis
Wysłane środa, 27, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze wielcy politycy byli całkiem małymi politykami, startował w wyborach pan Wałęsa, tow. Kwaśniewski - ktoś mnie zapytał, co się stanie, jak wygra jeden czy drugi - powiedziałem, że to wybór między dżumą a cholerą. Wszyscy się przekonali, że czy to rządził jeden, czy drugi - nic się nie zmieniło. Potem były ostatnie wybory - jedni mówili, że jak wygra PiS, będzie kompletna ruina kraju, inni mówili, że tak będzie, jak wygra Platforma. Gospodarka rozwija się MIMO rządów jednych czy drugich - Państwo zanadto przejmują się teatrem dziejących się na Waszych oczach. Oczywiście, że partie rządzące są atrapami grup w bezpiece - jak partia sie zużyje i ludzie nie chcą na nią głosować, to sobie powołują nową, mają swoich agentów w telewizji - promują w ciągu dwóch tygodni nową. Na niejakie szczęście - między tymi grupami istnieje walka o pieniądze. Popatrzmy na ostatni teatr pt. »Przekupywanie posłów Samoobrony«. Tow. Lepper w sposób bardzo cwany zabezpieczył się przed defekcją z Jego partii - i ma oczywiście absolutną rację - weksle są absolutnie ważne" - Janusz Korwin-Mikke analizuje medialny spektakl dla gawiedzi spragnionej prostych i łatwych tłumaczeń dziwnych zjawisk rozgrywających się w w budynku "polskiego parlamentaryzmu".

"Ja bardzo cenię Pana leppera za... khem... pewne rzeczy, ale jego posłowie wiedzieli, co podpisują, i w sumie dziwię się, że takim ludziom można powierzać głosowanie w ważnych naprawdę sprawach. Sam bym mu nigdy nie zawierzył na tyle, by mu pożyczyć 550 tysięcy złotych. W ogóle - śmiejmy się, bo nie wiadomo, czy ta "III RP" przetrwa jeszcze dwa tygodnie..." - podsumowuje znane wydarzenia z telewizyjnych "faktów samoobronnych" Janusz Korwin-Mikke.

Nagranie trwa prawie 5 minut i jest dostępne w Sieci do 11 X 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Konfidenci - Razem z Platformą! - Stanisław Michalkiewicz o możliwych trzech scenariuszach napisanych przez razwiedki dla Polski Wysłane wtorek, 26, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Konfidenci - Razem z Platformą! - Stanisław Michalkiewicz o możliwych trzech scenariuszach napisanych przez razwiedki dla Polski
Wysłane wtorek, 26, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Proszę Państwa, właśnie minęła 15. rocznica śmierci Stefana Kisieleewskiego - znanego w swoim czasie, dzisiaj już trochę mniej - mędrca, dzięki któremu spora część współczesnych z nim Polaków nie straciła rozumu do końca. Stefan Kisielewski był klasykiem, w odróżnieniu od tych ludzi wyznających »mądrość etapu«, że jego przemyślenia są mądre zawsze - zaś »człowieka etapu« - dezaktualizują się wraz z przemijaniem etapu. Myśli Stefana Kisielewskiego są aktualne do dziś - najlepszym przykładem jest Jego felieton pt. »Historia tubki z klejem« - znakomita metafora nie tylko gospodarki socjalistycznej, ale także wszystkich późniejszych interwencjonizmów państwowych. To jest dowód na to, jak pozorna jest dzisiejsza tzw. transformacja ustrojowa, bo Jego felieton jest do dziś aktualny. Stefan Kisielewski pogardzał socjalizmem, dzisiaj rządzą cały czas socjaliści pobożni i bezbożni, dlatego nie znalazłby dla siebie na pewno miejsca na współczesnej scenie politycznej" - Stanisław Michalkiewicz przypomina osobę założyciela Unii Polityki Realnej i z Jego dorobku wywodzi komentarz dla aktualnych zdarzeń na scenie politykierskiej "polskiego regionu UE".

Proroctwa wspierały Stanisława Michalkiewicza przed trzema miesiącami, bo widać, jak razwiedka przystępuje do wysadzania w powietrze rządu Jarosława Kaczyńskiego. Oficerowie razwiedki uwijają się jak w ukropie, także oficerowie frontu ideologicznego w merdiach. Włączony został w te działania także Trybunał Konstytucyjny, towarzysz Andrzej Lepper także wykonuje zadania zlecone przez razwiedkę, oczywiście także widać działania "przyjaciół zza granicy" - zgodność przy ocen polskiego rządu w prasach rosyjskiej oraz niemieckiej jest znamienna, ostatnio taką zgodność widać było przy okazji paktu Ribbentrop - Mołotow.
Jarosław Kaczyński musi przekupić teraz pana Waldemara Pawlaka, prezesa PSL/ZSL. Są trzy możliwości-scenariusze: zostanie utworzona koalicja PiS-LPR-PSL razem ze zmianą na stanowisku Marszałka Sejmu albo uzyska aprobatę wniosek o samorozwiązanie Sejmu, albo zostanie utworzona koalicja PO-SLD-Samoobrona-PSL, która przeprowadzi wniosek o konstruktywne wotum nieufności, czyli obali rząd PiS i powoła rząd z "płemiełem z Krakowa", któremu szalenie taka możliwość imponowałaby...
Taka koalicja pouchylałby wszystkie ustawy stanowiące zrąb tzw. IV RP. Takim preludium do tego scenariusza jest zapowiedziana "Wielka Demonstracja" w Warszawie, w kolorze ponoć "błękitnym", co wpisuje się w szereg przedsięwzięć inspirowanych przez CIA, amerykańską razwiedkę, co stawia nas w obliczu pytania, co tak właściwie załatwili w Waszyngtonie Bracia Kaczyńscy?
Trzeba zwrócić uwagę, KTO będzie brał udział w tej "wielkiej demonstracji", bo Platforma Obywatelska z pewnością może liczyć na udział w niej konfidentów, którzy dostaną na tą okazję szczególny rozkaz "Razem - z Platformą!"...

Nagranie trwa ponad 10 minut i jest dostępne w Sieci do 10 X 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Nie będzie faszyzm pluł nam w twarz! - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 26, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

W poniedziałkowy poranek 18 września media podały informację o zatrzymaniu przez Centralne Biuro Śledcze Emila Wąsacza, b. ministra skarbu w rządzie premiera Jerzego Buzka. Przyznam się szczerze, że jestem zdumiony, iż w ogóle doszło do tego zatrzymania. Jak bowiem wiadomo, Centralne Biuro Śledcze jest na usługach obecnej koalicji rządowej, której politycznym kierownikiem jest Prawo i Sprawiedliwość, na czele którego stoi premier Jarosław Kaczyński, narzucający Polsce "kaczyzm", będący jedną z niezliczonych odmian podnoszącego właśnie głowę faszyzmu. Tak w każdym razie przedstawia to Salon i salonowe media, wyrażające, jak wiadomo, zarówno w tej, jak i we wszystkich innych sprawach, punkt widzenia razwiedki. W takiej sytuacji Emil Wąsacz powinien zwyczajnie odmówić zatrzymania tak samo, jak prezes Narodowego Banku Polskiego Leszek Balcerowicz odmówił stawienia się przed sejmową komisją śledczą. Zebrał za to mnóstwo pochwalnych recenzji od autorytetów moralnych i publicystów, bo ignorując wezwanie faszystowskiej komisji sejmowej, nie tylko postąpił słusznie i mężnie, stając w pierwszym szeregu szermierzy wolności i demokracji, nie tylko pedagogicznie - pokazując wszystkim innym właściwy sposób postępowania z faszystowskimi komisjami sejmowymi, ale również elegancko - jak to przymilnie ujął red. Tomasz Wołek w "Gazecie Wyborczej" - "z powściągliwą godnością". Doprawdy szkoda, że tej "powściągliwej godności" w decydującym momencie zabrakło Emilowi Wąsaczowi, który pozwolił się zatrzymać faszystowskim siepaczom.
Ano, trudno; co się stało, to się nie odstanie. Na wieść o zatrzymaniu Emila Wąsacza razwiedka okazała wielkie zaniepokojenie, któremu dała wyraz za pośrednictwem telewizyjnej stacji TVN. Trudno się dziwić i to z kilku powodów. Po pierwsze, sejmowa komisja śledcza badająca sprawę prywatyzacji PZU również miała zastrzeżenia co do roli min. Wąsacza, chociaż wtedy wcale nie była jeszcze faszystowska. Po drugie - zatrzymanie bywa przeżyciem traumatycznym i nigdy nie wiadomo, jak taka trauma może wpłynąć na zatrzymanego. Niektórzy mimo zatrzymania nie tracą owej "powściągliwej godności", o której wspomniał red. Tomasz Wołek i nie puszczają pary z ust, ale innym wydaje się, że świat się zawalił, wpadają w panikę objawiającą się w niepohamowanym gadulstwie, co oczywiście może pociągać za sobą rozmaite komplikacje. Dopóki to się nie wyjaśni, to nawet wicepremier Andrzej Lepper z tego wszystkiego już nie wie, czy spotkał się z Donaldem Tuskiem, czy wprost przeciwnie - nie spotkał, więc cóż tu dopiero mówić o osobach i środowiskach bliżej zainteresowanych w swoim czasie sposobem prywatyzowania PZU?
Na wszelki tedy wypadek należy dać tak zwany odpór i jeśli pan Emil Wąsacz w swoim odosobnieniu ma dostęp do mediów, to już wie, że w sukurs ruszył mu cały Salon. Red. Witold Gadomski z "Gazety Wyborczej" udzielił powszechnie obowiązującej wykładni, że zatrzymanie ma charakter polityczny i stanowi element brudnej gry przedwyborczej. O co konkretnie w tej grze chodzi - tego już nie powiedział, ale nietrudno się domyślić. Zwyczajem faszystów, chodzi o zastraszenie autorytetów moralnych i skłonienie ich do ponownego przemyślenia swoich politycznych zaangażowań i wyborów. Kiedy, dajmy na to, taki autorytet moralny dostanie przez telefon komórkowy wiadomość: "uciekaj, wszystko wykryte!", to gotów jest zawrócić w miejscu i pełnym gazem gnać w kierunku najbliższego przejścia granicznego. Powtarzanie się takich czy podobnych sytuacji grozi niepowodzeniem nawet najstaranniej przygotowanej strategii wyborczej i dlatego, w imię pluralizmu, demokracji i stabilizacji politycznej sceny, konieczne będzie wylanie jakiejś oliwy na fale wywołane podnoszeniem głowy przez znienawidzony faszyzm. Wydaje się, że recepta red. Gadomskiego, chociaż prosta, może okazać się nie tylko wystarczająca, a nawet zbawienna. Nie trzeba niczego wyjaśniać, wystarczy tylko działaniom prokuratury przypisać intencje polityczne. Podobnie postępował jeden z bohaterów "Przygód dobrego wojaka Szwejka", na wszystkie pytania odpowiadając pytaniem: "czy chcecie, żebym sobie wyrwał serce z piersi?" Gdyby pan min. Wąsacz przyswoił sobie tę taktykę, mnóstwo ludzi odetchnęłoby z ulgą i znowu mogłoby zachowywać się z "powściągliwą godnością", która - jak to widzieliśmy w przypadku prezesa Balcerowicza odmawiającego stawienia się przed komisją śledczą - działa na faszyzm obezwładniająco.



Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Wszystko w rękach konia - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 26, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

Podobno przed decydującym o złotym medalu olimpijskim przejeździe Jana Kowalczyka na olimpiadzie w Moskwie nieżyjący już komentator sportowy Jan Ciszewski miał powiedzieć, że "teraz wszystko w rękach konia". Przypomniał mi się ten zabawny lapsus podczas czytania wywiadu z posłanką Renatą Beger, od której zawisł nie tylko los koalicji, ale i los ojczyzny i która w związku z tym "czuje na sobie dużą odpowiedzialność", gdyż musi "zdecydować, co będzie lepsze dla kraju...". Większość tzw. elektoratu kojarzyła dotąd panią Begerową właściwie tylko z jednym oświadczeniem o podtekście seksualnym, w którym apetyt posłanki na uciechy cielesne został porównany do apetytu konia na owies. Ale okazuje się, że od tego czasu posłanka dojrzała nie tylko emocjonalnie, ale i wzrosła jej pozycja polityczna, gdyż "obie strony obiecują stanowiska i świetlaną przyszłość", przy czym świetlana przyszłość - to np. fakt, "że jeszcze przez trzy lata będę brała diety".

Ale posłanka Beger dzielnie stawia odpór takim pokusom, mając świadomość tego "czym jest stanowisko w stosunku do wieczności", nie precyzując jednakże czy chodziło jej o fakt, że stanowisko nie jest wieczne, czy że jest to zbyt nisko wycenione stanowisko. O tym, że pomimo górnolotnych zapewnień, chodzić może jednak o gotowiznę, świadczy może przyznanie, że "mam swoje kredyty i marzenia, na które potrzeba pieniędzy" i pomimo, że posłanka zapewnia, że pieniądze i realizowane za nie marzenia są nieważne - gdy chodzi o konflikt sumienia, to naprawdę nie trzeba specjalnej dociekliwości, aby dostrzec ten przebłysk autentyzmu, gdy padają kwestie finansowe. Widać to chociażby po zamieszaniu, jakie wywołuje sprawa ewentualnej egzekucji zobowiązań zabezpieczonych wekslami, wszak nieprzypadkowo przewodniczący Lepper użył tego argumentu w momencie, kiedy część posłów jego klubu zaczęła hamletyzować. Gdyby przewodniczącemu Samoobrony chodziło o uzysk finansowy, to siedziałby cicho i wystąpił do firmy windykacyjnej dopiero po decyzji posłów jego klubu, tymczasem ogłoszona w mediach akcja wypełniania weksli miała wyraźnie pomóc posłom w podjęciu decyzji na "to be". To, że wspomniane weksle pełnią funkcję dyscyplinującą, świadczy chociażby zaangażowanie w sprawę marszałka Marka Jurka, który próbował pomóc niezdecydowanym w podjęciu decyzji na "not to be" (oczywiście "not to be" w klubie Samoobrony) poprzez postraszenie związku Samoobrona prokuratorem generalnym i głoszeniem ekonomicznej, i prawnej herezji w stylu "weksle są bez wartości". Co ciekawe - marszałek nie nadał takiego tempa sprawdzeniu czy przypadkiem weksli niepełnych nie podpisali członkowie innych klubów poselskich, gdyż swego czasu wieść gminna niosła, że podobne "lojalki" podpisywali np. posłowie klubu LPR? Jest to w ogóle bardzo ciekawy syndrom, gdyż wydawałoby się, że jeżeli poseł RP wobec kogokolwiek zaciąga jakieś zobowiązanie - to wobec swoich wyborców, ale obecne wydarzenia świadczą, że wyborcy są podmiotem zaliczonym do ostatniej kategorii zobowiązań.
Stąd też pozornie wydawałoby się, że rację miał kardynał Dziwisz pouczający w niedzielnej homilii polityków przed złym traktowaniem narodu, który sobie na takie traktowanie "nie zasłużył". No właśnie: czy aby na pewno naród sobie na zasłużył? Każdy wie, na kogo głosował w ostatnich wyborach i podczas wszystkich wyborów, jakie miały miejsce w minionych siedemnastu latach i tak samo każdy indywidualnie powinien sobie obecnie zrobić odpowiedni rachunek sumienia. Leppera, Pawlaka, Senyszyn i innych gwiazdorów realizujących swoje marzenia za nasze pieniądze ktoś jednak wybrał i jeżeli dzisiaj los narodu zależy od decyzji takiej tytanki myśli, jak Renata Beger - to niezależnie od tego jaką decyzję pani poseł podejmie, będzie to równie zła wiadomość dla narodu. A "można to wyczytać z wyrazu twarzy konia, gdy jest zbliżenie" - jak twierdził pewien trener specjalizujący się m.in. w "leczeniu" koni z problemami psychicznymi.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Długonogie Barbiesy rozkraczone nad Powstaniem Warszawskim Wysłane poniedziałek, 25, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

"...Jeno wyjmij mi z tych oczu
szkło bolesne - obraz dni
który czaszki białe toczy
przez płonące łąki krwi.
Jeno odmień czas kaleki
zakryj groby płaszczem rzeki
zetrzyj z włosów pył bitewny
tych lat gniewnych
czarny pył"

K. K. Baczyński

Polityka historyczna jest niewzruszonym punktem programowym rządzącego w koalicji narodowo-populistycznej głównego ugrupowania PiS. Jest też sztandarowym aktem strzelistej legitymizacji liderów tej partii jako bezpośredniej - w jej mniemaniu - kontynuatorki tradycji i chwały Niepodległej Rzeczypospolitej, rządów na emigracji w Londynie, zachowania ciągłości Państwa Polskiego, które symbolicznie zostało podkreślone przekazaniem insygniów państwowych z rąk Prezydenta RP Ryszarda Kaczorowskiego Prezydentowi Lechowi Wałęsie wybranemu już w niepodległej (?) Rzeczypospolitej, której liczbę z sadomasochistyczną satysfakcją sytuują ci sami reprezentanci PiS jako III, a którą coraz więcej analityków życia społecznego Polaków raczej jest skłonnych mianować do rangi zaledwie PRL-bis.

Jednym ze sztandarowych osiągnięć, i w dodatku już zrealizowanym w niemal 100 procentach, polityki historycznej PiS jest Muzeum Powstania Warszawskiego, które po latach przepychanek o projektowany dla niego, jako miejsce historycznie doskonale uzasadnione, budynek-ruinę dawnego Banku Polskiego SA, znalazło przytułek na warszawskiej Woli, w byłej stacji zasilania trakcji tramwajowej, stając się w wyniku intensywnej promocji zarówno administracji samorządowej, podległej ówczesnemu prezydentowi Warszawy Lechowi Kaczyńskiemu, jak i państwowej - już po przenosinach byłego prezydenta stolicy na stolec w Pałacu Prezydenckim - pierwszą namacalną realizacją zapewnień przedwyborczych o nadejściu ekipy "prawicowej", która jak żadna z poprzednich miała dokonać rewizji symboli narodowych, wykoślawionych przez ponad 40 lat okupacji sowiecko-komunistycznej, przywracając m.in należną rangę polskiemu Holokaustowi, którego najbardziej tragicznym momentem było Powstanie Warszawskie - celowo używam tego słowa, dla podkreślenia nieustających prób zawłaszczenia tego pojęcia przez jeden zaledwie, dość licznie wyposażony w hucpiarskich przedstawicieli, naród.
Muzeum PW zostało szczodrobliwie wyposażone w środki pieniężne, zostało w fantastycznym tempie zaprojektowane i urządzone w budynkach pofabrycznych, i do dziś jest jednym z najczęściej odwiedzanych przez wszystkie roczniki Polaków miejsc na turystycznej mapie muzealnej stolicy. Niezaprzeczalny sukces. Tym bardziej cieszy, że został przygotowany właściwie już w ostatniej chwili, kiedy pokolenie Kolumbów w dużej części opuściło nasz gorszy świat doczesny, przenosząc się do krainy wiecznej młodości i w sferę współczesnej mitologii. Stanowi jednak kamień milowy w zarządzaniu społeczną świadomością i wyznacza jej dobry kierunek, całkowicie zbieżny z intencjami założycieli II Rzeczypospolitej i nieliczną warstwą autentycznych jej kontynuatorów.
Dla osób kultywujących pamięć o bohaterstwie żołnierzy Armii Krajowej, jako siły zbrojnej podziemnego Państwa Polskiego i innych, dużo mniejszych ugrupowań zbrojnych, biorących udział w Powstaniu Warszawskim, ma szczególne znaczenie sposób używania nowej placówki muzealno-badawczej, tak wyczekiwanej przez wiele rodzin warszawiaków przez lata komunistycznych rządów w stolicy. Miejsca, gdzie zostały zebrane pamiątki i trwałe ślady, choć wytworzone współcześnie, o ludziach, dzięki którym możemy być dumni z kart naszego niezłomnego w znoju walki o wolność i niepodległość społeczeństwa, narodu. Miejsca martyrologii Polaków, obywateli Państwa Polskiego. I z tym niestety, im dłużej trwa "państwowotwórcza" akcja ugrupowania PiS, wykorzystująca do doraźnych, nikłych zaś w skali kreacji symboliki Tradycji - jest coraz gorzej.

Kampania samorządowa w stolicy trwa w najlepsze. Kandydat namaszczony przez PiS - były premier, zdymisjonowany przez lidera Jarosława Kaczyńskiego na potrzeby utworzenia koalicji z m.in. partią "porządku okrągłostołowego" Samoobroną, skupiającą jak mało która partia, m.in byłych funkcjonariuszów PRL-owskich SS, służb specjalnych - w swej promocji sięgnął po świeżo utworzony symbol legitymizacyjny rządów swego najnowszego ugrupowania.

Już dawno widać było, że nachalna wręcz promocja obecnie urzędującego w warszawskim ratuszu urzędnika z aktem dymisji w życiorysie Kazimierza "Dymisjonarza" Marcinkiewicza wywołuje w tzw. elektoracie warszawskim odwrotne nastroje od projektowanych przez sztab wyborczy Populizmu i Socjalizmu w ramach trwającej kampanii wyborczej do samorządów. Z całą pewnością zastanowiło to wyżej umocowanych w partyjnej hierarchii PiS urzędników piastujących obecnie stolce w administracji państwowej, co wywołało efekt w postaci wycofania się przez kancelarię premiera z patronatu nad imprezą Miss World. Ciąg coraz słabszych pomysłów na wykorzystanie tej prywatnej imprezy międzynarodowej sfory "menażerów" do celów promocji kraju i jego stolicy potwierdzał z dnia na dzień obawy otoczenia lidera PiS Jarosława Kaczyńskiego o zaistnienie nawet celowego działania osób zaangażowanych w obsługę występów nastoletnich panienek z całego świata, mającego na celu dyskretne acz skuteczne skompromitowanie wysokich przedstawicieli organizacji, którzy byliby widoczni w trakcie jej medialnych wejść w świadomość społeczną. Na taki stosunek do całości konkursu promocji pychy i jarmarcznej tandety wskazuje dość słabe zaangażowanie telewizji państwowej TVP, której prezes Bronisław Wildstein dopiero w ostatniej chwili zgodził się na umieszczenie w ramówce sprawozdań z poszczególnych odcinków serialu rozgrywającego się w tym roku w Polsce, a i to właściwie z ostatnich jego momentów. O ile Jarosława Kaczyńskiego nie było widać prawie w ogóle przy omówieniach wizyt panienek w różnych miejscach, o tyle pełniący funkcję prezydenta m.st Warszawy Kazimierz Marcinkiewicz dosłownie nie ustawał w wysiłkach, jak i podległe mu Biuro Promocji Warszawy, w dosłownym zużyciu każdej sekundy têt-a-tete girlasek z żurnalistami na potrzeby podkreślenia własnego zaangażowania na rzecz konkursu światowych missek.
Do skandalu doszło w piątek, podczas "zwiedzania" MPW przez wesołą czeredę realizatorów konkursu Miss World wraz z podopiecznymi, ubranymi dość frywolnie, w kuse spódniczki podkreślające oczywiście niezaprzeczalne zapewne walory młodego wieku uczestniczek imprezy polegającej na eksponowaniu daru natury albo - Opatrzności Bożej, jak kto woli. Konkursu pychy i gry emocji-instynktów lokowanych zazwyczaj w cywilizowanych społeczeństwach w okolicach jarmarcznych występów schlebiającym ludycznym formom rozrywki.
Nastoletnie panienki, w otoczeniu goryli zwyczajowo obstawiających tego typu występy, zostały zaproszone przez Biuro Promocji m.st. Warszawy w celu nagłośnienia istnienia Muzeum PW z okazji kolejnego dnia odwiedzin miasta, w którym będzie rozstrzygał się finał konkursu. Mimo uprzedzeń kierownictwa placówki, organizatorzy finału Miss World przygotowali swoje podopieczne w "standardowy sposób" - czyli maksymalnie eksponując walory ich kobiecości, co w połączeniu z wyjątkowym charakterem miejsca zwiedzania dało efekt piorunujący, co zostało natychmiast dostrzeżone przez opiekunów. Doszło do niemal rękoczynów, kiedy międzynarodowo doskonale znający się na swoim fachu "meneczerzy" zorientowali się, że typowo towarzyszący misskom fotoreporterzy i żurnaliści dostaną materiał do żeru niepochlebnie stawiającego w oczach opinii publicznej "meneczmęt" imprezy. Dobitnie zostało to odnotowane w dzienniku "Życie Warszawy", który dał tytuł relacji "W Muzeum Powstania było goło i wesoło", także brukowiec "Gazeta Wyborcza", której fotoreporter spotkał się ze zdecydowaną akcją ochroniarzy, opisała brutalność zachowania ochrony. Swoją wzmiankę zamieściła stołeczna część dziennika "Rzeczpospolita". Jednym słowem - został skandal zarejestrowany we wszystkich liczących się dystrybucjach papierowych mediów. W mediach elektronicznych - sprawa została natychmiast wyciszona.
Winę za incydent ponosi zarządca terenu, którym w tym przypadku były połączone siły dyrekcji Muzeum i Biura Promocji - skandalem nie jest sam fakt przybycia grupy rozdokazowanych nastolatek, ale instrumentalne traktowanie pamięci ofiar Powstania Warszawskiego, ich rodzin i kompletny brak wyczucia powagi miejsca przez politycznych dysponentów Muzeum, którzy chcieli zdyskontować moment rewii rozkraczonych długonogich lalek Barbie nad ikoną Polski Walczącej - słynnej kotwicy z literą "P" w symbolu - multikulturalnej i medialnej tandety.
Jest nim pełniący funkcję prezydenta Warszawy Kazimierz Marcinkiewicz i jego sztab wyborczy.

Ofiary życia Alka Dawidowskiego, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Janka Bytnara - by wymienić tylko znanych powszechnie w pamięci wszystkich powojennych pokoleń chłopaków z Szarych Szeregów, stanowiących "brylanty", którymi strzelali Polacy w znienawidzonego okupanta Warszawy - z pewnością nie poszły na marne, tak jak chcieli tego sami bohaterscy harcerze - najmłodsi żołnierze powstańczej armii Państwa Polskiego. Rzeczpospolita, po kilkudziesięciu latach, jest w pewnym stopniu niepodległa, jej obywatele cieszą się wieloma swobodami, czcząc swoich bohaterów z lat podwójnej okupacji ich kraju w XX wieku.
Jest niepodległa także wolnością do czynienia skandali - przez tych, którzy uzurpują sobie jedynie słuszną - jak to wyraził mimowiednie poseł Suski z PiS, głosząc nabór "genetycznych patriotycznie kandydatów do członkostwa w partii PiS" - chęć reprezentacji spadku II Rzeczpospolitej, jej Tradycji i chwały.
Polska i polskość - wytrzyma także i namolnych, dławiących się swoją rolą pełną farsy, kandydatów do urzędów Rzeczypospolitej.

Krzysztof Pawlak


KTO TU KŁAMIE?! - Antoni Zambrowski Wysłane niedziela, 24, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

W komentarzu na pierwszej stronie "Gazety Wyborczej" z dnia 30 sierpnia Adam Michnik pisze: "Coraz ciekawiej się robi w naszej ojczyźnie pełnej patriotyzmu, wartości katolickich. Rewolucja moralna rozwija się w najlepsze". I po kilku zdaniach, które chętnie bym zacytował, ale pomijam z braku miejsca, dochodzi do meritum: "Teraz »Życie Warszawy« informuje na pierwszej stronie: »Jacek Kuroń negocjował z bezpieką«". Na stronie 18. tejże "Gazety Wyborczej" Lech Wałęsa potwierdza ten fakt: "Prawda. Prowadził negocjacje, bo go osobiście do tego upoważniłem. Nie tylko zresztą Jacka Kuronia. Robiło to jeszcze dwadzieścia zaufanych osób. Za zadanie mieli prowadzić wszelkie rozmowy, także z SB. Przecież nam chodziło o odblokowanie drogi do wolności. Dla takiego celu można rozmawiać z samym diabłem".

Mimo to Adam Michnik komentuje: "Redakcja »Życia Warszawy«, tytułując tak tekst raportów oficerów UB o Jacku - człowieku, który jest polskim bohaterem narodowym, który spędził dziewięć lat w komunistycznych więzieniach - postąpiła podle. Tym ludziom nie powinno się podawać ręki". Pytam więc, za co? Za to, że napisali prawdę, którą Lech Wałęsa potwierdza?
Ale Adam Michnik konkluduje: "Chociaż Jacek, który wszystkim podawał rękę i wszystkim wybaczył, pewno by wybaczył także tym draniom".
Chciałbym zakwestionować fakt, że Jacek Kuroń wszystkim podawał rękę. Mnie na oczach Adama Michnika ręki nie podał. Było to 1 listopada 1971 roku na Cmentarzu Powązkowskim w miejscu, gdzie teraz jest grób Jacka. Do Jacka i towarzyszących mu osób doszedłem w towarzystwie Karola Modzelewskiego i przywitałem się z nimi, podając kolejno rękę. Gdy kolej przyszła na Jacka, odwrócił się do mnie plecami i odmówił podania ręki. Zapytałem więc: "Traktujesz mnie jak majora Bartczaka?".
Bo majorowi Bartczakowi niegdyś Jacek również nie chciał podać ręki w Pałacu Mostowskim, o czym sam nam opowiadał. Major Bartczak w owym czasie odpowiadał za śledzenie opozycji.
Pożegnałem się ze wszystkimi obecnymi oprócz Jacka, ponownie podając im rękę i odszedłem. Było mi głupio. Po chwili dogonił mnie Jacek Kuroń i przeprosił. Na jego prośbę wróciłem do towarzystwa, czyli oprócz wymienionych - do Gajki Kuroniowej z małoletnim w owym czasie synem Maćkiem, Jana Józefa Lipskiego oraz Krzysztofa Śliwińskiego. Jak się okazało, Gajka, Karol Modzelewski oraz Adam Michnik wsiedli na Jacka za takie potraktowanie mnie i poniekąd zmusili do przeproszenia za afront. Tej sceny Adam Michnik nie mógł zapomnieć, gdyż mimo przeprosin byłem długo w stanie szoku, a z cmentarza wracaliśmy do śródmieścia razem. Jackowi poszło o to, że w śledztwie w marcu 1968 roku składałem zeznania, zamiast ich odmawiać. Wyjaśnię, że nie będąc uczestnikiem Ruchu 8 marca i nie mając nic do ukrycia, jeśli chodzi o moje czyny, składałem wyjaśnienia, starając się jedynie nie sypać osób postronnych. Jacek - jak się później okazało - wybaczył Janowi Tomaszowi Grossowi oraz innym osobom z Ruchu 8 marca, które się w śledztwie załamały i sypały bliźnich, natomiast spostponował mnie. Później podczas lektury wspomnień Jacka pod tytułem "Wiara i wina" dowiedziałem się, że w więzieniu w Sztumie jako jedyny w celi podał rękę na pożegnanie więzionemu w Polsce zbrodniarzowi niemieckiemu. Ja pod wpływem przeżytego szoku już nigdy pierwszy nie wyciągnąłem ręki na powitanie Jacka, choć byłem od niego starszy wiekiem. Taka jest prawda. Nie bardzo rozumiem, po co Adam Michnik jej zaprzecza. Możliwe, że w następnych latach Jacek podawał rękę następcom majora Bartczaka. Ale nieraz ział nienawiścią do swych przeciwników na prawicy. Dziś lewica chce go umieścić na swych sztandarach i stąd awantury o niego. Gdy ojca Maksymiliana Kolbego wynoszono na ołtarze, protestował przeciwko temu i to na łamach "Tygodnika Powszechnego" nasz wspólny przyjaciel Jan Józef Lipski. Nikt go wtedy nie wyzywał od drani. Adam Michnik również mógłby się dziś pohamować.
Jacek Kuroń jak wszyscy ludzie miał swe zasługi i swoje błędy. Jest dziś częścią naszej wspólnej historii. A historię trzeba rzetelnie badać, a nie świadomie fałszować dla wybielania miłych swemu sercu bohaterów.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Polską nadal rządzą służby specjalne, afery gospodarcze są wynikiem działania SS - Janusz Korwin-Mikke o "Polsce Kaczyńskiego i Polsce Tuska" Wysłane niedziela, 24, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Polską nadal rządzą służby specjalne, afery gospodarcze są wynikiem działania SS - Janusz Korwin-Mikke o "Polsce Kaczyńskiego i Polsce Tuska"
Wysłane niedziela, 24, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Partie polityczne są agenturami służb specjalnych. Jeśli jakaś partia staje się bezużyteczna, np. taką stała się AW»S«, to sie partie likwiduje i zakłada nową. Mając swoją agenturę w telewizji, promuje się ją szybko i po dwóch tygodniach ma już »powodzenie«. Oczywiście są to wszystko środowiska akceptujące porozumienie »okrągłego stołu«, bo jak któraś nie akceptuje go, to może sobie mówi do tysiąca ludzi, albo tak jak na tej sali i to wszystko. A jedno wystąpienie w telewizji słyszy 10 milionów. Ale służby się pokłóciły i dlatego - i tylko dlatego - stało się to, co dzisiaj obserwujemy na scenie politycznej. Jeśli widzicie Państwo aferę z panem Wąsaczem, to przecież pan Wąsacz nie dla siebie te miliony brał, tak samo jak to było z panem Gawronikem. Myśl, że podobnie było z panem Niemczyckim, Kulczykiem - nie obracali swoimi pieniędzmi" - Janusz Korwin-Mikke podczas wykładu w cyklu spotkań zorganizowanych przez Unię Polityki Realnej objaśnia prawdopodobną wizję rozgrywających się na oczach społeczeństwa "przemian kończących III RP (PRL-bis) i rozpoczynających tzw. IV RP".

Afery są tylko dlatego możliwe, bo firmy są własnością państwową, i dlatego politycy nadal chcą, by były państwowe, bo mogą dalej rozkradać majątek podatników. Jak państwo mówi, że zaczyna wspomagać np. turystykę (słynne "działanie" Polskiej Organizacji Turystyki), to na pewno znaczy, że zaraz nałoży jakiś np. dwuprocentowy podatek i będą kradli z nowego źródła.
Rozbicie WSI będzie oczywiście jakąś cezurą. nastąpi rozbicie pewnej struktury, układu. Ale - na miejsce nowej służby już wiadomo, że powstaną dwie. Jak się PZPR-eria rozwiązała, to natychmiast powstały cztery partie i było potrzeba cztery razy więcej urzędów dla obsadzenia swoich pretorianów. "Ja jednak znam Jarosława Kaczyńskiego, i wiem, że nic nigdy nie ukradnie, jest uczciwy, natomiast jest otoczony różnymi ludźmi, którzy z niejednego pieca chleb jedli i nie był to zazwyczaj chleb prywatny" - zauważa JKM. W jednej z "prywatyzacji" padła na przykład konkretna suma 20 milionów euro, którą podzielili się trzej politycy. Zysk osławionej spółki J&S sięga rocznie miliardów dolarów. Kto z obecnych i dotychczasowych tzw. polityków oprze się takim zawrotnym górom pieniędzy?
Na Węgrzech doszło przed paroma dniami do ulicznych rozruchów. Na pewno są tam jacyś miejscowi Korwin-Mikkowie, ale nikt im nie wierzy od lat, jak w Polsce JKM-owi, że państwo ich okrada. Dopiero gdy powiedział to jeden z tych prawdziwych złodziei i oszustów, akurat z partii komunistycznej - to JEMU natychmiast uwierzono... Tam tak samo jak i w Polsce - działają nie tylko rodzime służby specjalne, grę prowadzą wywiady państw obcych. Ktoś niewątpliwie tą "białą rewolucją" tam steruje i nie jest wcale wiadomo, czy pojawiający się tam liderzy nie są - lub będą - doskonałymi agentami wywiadów. ONI mają telewizję, media... 90% procent ludzi kierują się tym, co widzą w telewizji i głosuje na tych, którzy mają największe plakaty... JKM nie wierzy w możliwość demokratycznej naprawy państwa, to musi już samo zbankrutować, bo ONI mają już za dużo władzy...

Nagranie trwa ponad 43 minuty i jest dostępne w Sieci do 8 X 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




"Porcato" ante portas! - prof. Jerzy Przystawa Wysłane sobota, 23, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

Od chwili usunięcia Andrzeja Leppera z rządu politycy PiS zaczęli mówić o nowej ordynacji wyborczej, na wzór tej, jaką na swoją zgubę wprowadził w tym roku "silny człowiek" włoskiej sceny politycznej Silvio Berlusconi. Wydawało mu się, że przy pomocy kolejnej sztuczki wyborczej "wykiwa" swoich konkurentów i zapewni sobie władzę na następną kadencję. Niestety, jak to w życiu i polityce bywa, w efekcie wykiwał sam siebie, a do władzy doszedł jego konkurent Romano Prodi. Przy okazji, jednak, wykiwani zostali i włoscy wyborcy, którzy w 1993 roku, na drodze powszechnego referendum, jednoznacznie opowiedzieli się za jednomandatowymi okręgami wyborczymi. Wtedy też tzw. klasa polityczna znalazła sposób na oszukanie obywateli i zamiast JOW wprowadzili tzw. mattarellum (od nazwiska Mattarello, gdyż to deputowany Sergio Mattarella wpadł na ten "genialny" pomysł). Także i teraz Włosi od razu ochrzcili ten nowy pomysł wyborczy dźwięcznymi nazwami, takimi jak "porcato" (po włosku "świństwo") oraz "truffarellum" (od słowa "truffa" - "oszustwo"). I takie samo ŚWIŃSTWO chce nam dzisiaj zafundować partia, która się ochrzciła mianem "Prawo i Sprawiedliwość".

Na czym to Porcato polega? Otóż 630 miejsc we włoskiej Camera (sejm) dzieli się pomiędzy partie polityczne, które uzyskały co najmniej 4% głosów wyborców. Partie te mogą łączyć się w "bloki" (PiS już nam te "bloki" narzucił w ordynacji wyborczej do rad gmin) i ten "blok", który uzyska największą liczbę głosów, bez względu na to, czy to będzie 29% - jak PiS w ostatnich wyborach, czy 12% - jak UD w wyborach 1991, dostanie do podziału co najmniej 340 miejsc w Izbie (a więc co najmniej 54%). Oczywiście, gdyby "blok" zdobył poparcie więcej niż 54% wyborców, to dostanie jeszcze więcej mandatów. Wyborcy włoscy w ogóle nie mają nic do gadania odnośnie kandydatów - głosują tylko na partię i partia sama ustala, komu oddaje mandat poselski! Takie oto "porcato" zafundował swoim rodakom Silnio Berlusconi i takie samo "truffarellum" chce nam dzisiaj zafundować Jarosław Kaczyński.

Możliwe, że mu się to uda. Dla mnie jest rzeczą istotną, czy zrobi nam to ŚWIŃSTWO za naszym przyzwoleniem, czy też będzie jasne, że robi to wbrew swoim rodakom, którzy powiedzą mu bez ogródek, co o tym myślą. Chodzi mi tu, rzecz jasna, co o tej sprawie raczą myśleć polscy inteligenci, ludzie wykształceni w najróżniejszych dyscyplinach, a jeszcze tacy, którzy zawsze gotowi są pouczać innych. Za komuny też mieliśmy katedry prawa konstytucyjnego i wybitnych profesorów tej dyscypliny, z których podręczników muszą się nadal uczyć studenci. Już jeden z nich - ponoć najwybitniejszy (!) - Stanisław Gebethner dał dzisiaj głos w gazecie "Rzeczpospolita" i absolutnie nie widzi on w tym żadnego pogwałcenia zasad konstytucyjnych równości i proporcjonalności. To pogwałcenie dostrzega Andrzej Lepper, ale to - jak wiemy - warchoł i rozrabiaka, więc kto by takiemu wierzył? Na szczęście inny konstytucjonalista z tej samej wspaniałej uczelni, Piotr Winczorek, twierdzi, że jakby ta zgodność z Konstytucją była wątpliwa. No, a co o tym może powiedzieć Trybunał Konstytucyjny - nawet nie chcę myśleć, po wspaniałym wyroku, jaki zapadł w sprawie sejmowej komisji śledczej! (Już nie tylko jest zabronione konstytucyjnie przesłuchiwanie Leszka Balcerowicza, ale w ogóle niekonstytucyjne jest zadawanie "podchwytliwych pytań", "długie przesłuchania", "pytania nie na temat" itd., itp.) Więc z Trybunałem Konstytucyjnym to loteria większa niż z Samoobroną: uda się Jarosławowi Kaczyńskiemu utworzyć "większość parlamentarną" po stronie partii profesora Gebethnera, czy przeciwnie? Ale to chyba nie wielkie zmartwienie: jak znam życie, to najpierw zmienią ordynację i przeprowadzą wybory, a potem będą się martwić tym, co na ten temat sądzą profesorowie zasiadający w TK. Poza tym: kiedy Trybunał znajdzie czas? Oczywiście, sprawę Leszka Balcerowicza rozpatrzył natychmiast, ale z innymi tak pięknie być nie musi. Ze strony internetowej TK możemy się dowiedzieć, ze w ciągu ostatnich sześciu lat do TK wpłynęło 12.860 spraw, z których zdążył rozpatrzyć jedynie 3320. Tylko w tym roku wpłynęło już 1134 spraw. Tak więc pole manewru jest tu ogromne i o niezgodność porcata z Konstytucją RP specjalnie martwić się nie potrzebujemy.

Nas ta sprawa interesuje wyłącznie z punktu widzenia interesów polskiego narodu i demokracji w Polsce. Jeszcze raz i jeszcze raz przypomnę, co w książce "Bunt mas" napisał hiszpański filozof i socjolog, Jose Ortega y Gasset:

Zdrowie demokracji, każdego typu i każdego stopnia, zależy od jednego drobnego szczegółu technicznego, a mianowicie: procedury wyborczej. Cała reszta to sprawy drugorzędne. Jeśli system wyborów działa skutecznie, jeśli dostosowuje się do wymogów rzeczywistości, to wszystko jest w porządku, natomiast jeśli tego nie robi, to demokracja zaczyna się walić, chociażby cała reszta działała bez zarzutu... Instytucje demokratyczne nie oparte na autentycznych wyborach, są niczym.

Polskim inteligentom nazwisko Ortega y Gasset mówi nie wiele, a system wyborczy jeszcze mniej. Uważają oni, że skoro w każdych wyborach zmienia się ordynację wyborczą, a w polskiej klasie politycznej nic się nie zmienia - mamy te same gadające głowy, które w taki sam sposób usiłują nam zrobić wodę z mózgu - to, najwyraźniej, ordynacja wyborcza nie ma tu nic do rzeczy. Otóż to jest błąd: zmieniają nam za każdym razem procedury wyborcze, ale zawsze w ramach tego samego, jak to się ładnie mówi PARADYGMATU: odarcia posła z osobistej odpowiedzialności. Tak twierdził inny wielki socjolog i filozof polityki Karl Popper. W czasie batalii o JOW w Wielkiej Brytanii napisał: "ordynacja proporcjonalna odziera posła z osobistej odpowiedzialności. Czyni zeń maszynkę do głosowania, a nie myślącego i czującego człowieka". Koniec. Kropka.

Politykom silnym, o instynkcie wodzowskim, jak Jarosław Kaczyński czy Leszek Miller, "osobista odpowiedzialność" posłów przed wyborcami do niczego nie jest potrzebna, a właściwie może im tylko przeszkadzać. Nie rozumieją oni jednak tego, że system list partyjnych jest, w gruncie rzeczy, sprzeczny z z koncepcją charyzmatycznego przywódcy stojącego na czele państwa, albowiem jest to przepis na "słaby rząd i słabe państwo". Taki system jest dobry dla polityków gładkich, bez wyrazu, ugodowych, bezkonfliktowych. Wśród plejady premierów polskich, za równo w II, jak i w III RP, mamy takich postaci bez liku. Idealny był tutaj Kazimierz Marcinkiewicz, przymilny "brat łata", "do różańca i do tańca". Niestety, albo "stety", Jarosław Kaczyński takim politykiem nie jest i być nie chce. On naprawdę chce rządzić i decydować samemu. On chce być drugim Marszałkiem Piłsudskim. Wypadałoby więc, żeby zrozumiał, iż Marszałek Piłsudski miał ten sam problem! Ordynacja proporcjonalna dla ludzi takich jak Piłsudski to jest wyłącznie kłoda pod nogami! To jest ordynacja dla gabinetowych graczy, wiecznych "uzgadniaczy", specjalistów od godzenia ognia z wodą i rozmywania odpowiedzialności. Tak można rządzić w kraju takim jak Szwecja czy Finlandia, gdzie na ulicach ludzi się nie spotyka, gdzie wszystko jest poukładane, gdzie rządu, tak naprawdę, mogłoby wcale nie być.

Silny, wyrazisty polityk, jeśli chce być przywódcą państwa demokratycznego, potrzebuje autentycznego poparcia obywateli, a nie sztuczek, umizgów, przekupstwa i szantażu, którymi zmusza do posłuszeństwa niesfornych poddanych. W ordynacji proporcjonalnej czasem silni politycy dochodzą do władzy, ale tak jak Piłsudski, Hitler czy Mussolini - nieuchronnie przechodzą na stronę dyktatury. Autentyczny, silny polityk, który chce sprawować władzę w warunkach demokracji, musi się odwołać do wyborów w jednomandatowych okręgach wyborczych. Jak Charles de Gaulle, Margharet Thatcher czy Winston Churchill.

Może jest ktoś, kto to podpowie Jarosławowi Kaczyńskiemu, póki ma szansę, żebyś coś dobrego dla Polski zrobić? Dzisiaj ma okazję stać się prawdziwym mężem stanu, przeprowadzić autentyczną naprawę państwa, przejść do historii jako jeden z tych, który nie zmarnował okazji, jaką mu Historia dała. Dzisiaj takiej reformie nikt się nie sprzeciwi, a o kłopotach z profesorami typu Stanisław Gebethner czy Marek Safjan już mówiłem. Zafundowanie nam popłuczyny po włoskim porcato nie przyniesie ani Polsce, ani jemu niczego dobrego. Zniknie w niepamięci, jak tylu innych i pewnie tylko dzieci będą się uczyły o "Dwóch takich co ukradli księżyc", a potem zostali premierem i prezydentem, tylko nikt nie będzie nawet pamiętał, jak się nazywali.

Wrocław, 23 września 2006

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    BRĄZ CZY PRAWDA?! - Antoni Zambrowski Wysłane sobota, 23, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W swoim czasie w latach 90. na łamach "Gazety Wyborczej" red. Wojciech Tochman opisał moją znajomą z Komitetu Prymasowskiego pomocy więzionym za przekonania - poetkę opozycyjną śp. Barbarę Sadowską jako pijaczkę zadającą się z wieloma mężczyznami ku utrapieniu jej nastoletniego syna, śp. Grzegorza Przemyka. W imieniu oburzonych szkolnych przyjaciół Grzesia replikowałem na łamach prawicowego dziennika "Głos", że są to obrzydliwe praktyki dziennikarskie i zadałem retoryczne pytanie: co powiedzieliby w "Gazecie Wyborczej", gdybym opisał Jacka Kuronia - jako pijaka, zaś Adama Michnika jako dziwkarza lub na odwrót. Rozumiem więc intencje prof. Andrzeja Friszkego z Instytutu Pamięci Narodowej, który na łamach dziennika "Rzeczpospolita" z dnia 28 sierpnia br. daje odpór autorowi artykułu o grzesznym życiu prywatnym opozycjonistów w PRL red. Tomaszowi Pompowskiemu. Rozumiem szlachetne intencje wybitnego historyka, którego szanuję i darzę szczerą przyjaźnią, ale pozwolę sobie się z nim tu nie zgodzić. Wszak jak przekonywał jeszcze przed wojną Tadeusz Boy-Żeleński, prawda historyczna o ludziach wielkich jest ważniejsza od brązu ich pomników. Prof. Friszke pisze, że trzeba było zadać sobie wiele trudu, by w teczkach SB znaleźć materiał potwierdzający grzeszne życie opozycjonistów. Tymczasem ja bez zaglądania do teczek mogę opowiedzieć wiele pikantnych historii z życia tzw. lewicy laickiej i nawet wysunąć hipotezę roboczą, iż taka postawa wobec zasad mieszczańskiej moralności opartej na Dekalogu wynikała z założeń ideowych lewicy laickiej. Lewica tradycyjnie odrzucała zasady chrześcijańskiej moralności, więc nie ma co się dziwić, że ich nie przestrzegała. Jacek Kuroń pisał wprawdzie o dekalogu dla niewierzących, ale były to puste deklaracje bez pokrycia. W życiu codziennym nagminnie zdarzały się jemu i jego przyjaciołom kłamstwa i obłuda, która jak wiadomo - jest hołdem składanym przez grzech cnocie. Prof. Andrzejowi Friszkemu nie mieści się to w głowie, gdyż w odróżnieniu od działaczy tzw. lewicy laickiej jest on pobożnym chrześcijaninem i przykładnym ojcem rodziny.
    Znałem się i przyjaźniłem przez wiele lat z Jackiem Kuroniem, Adamem Michnikiem i wieloma innymi wybitnymi działaczami tego kierunku ideowego w opozycji demokratycznej i wiele mógłbym opowiadać na ten temat. Jeszcze dłużej miałem sposobność przyjaźnić z żoną Jacka Kuronia Grażyną z Boruckich Kuroniową, którą - podobnie jak ogół jej przyjaciół - szczerze podziwiałem (Piszę, iż znałem ją dłużej niż Jacka, gdyż starałem się jej pomagać w czasach, kiedy Jacek przez wiele lat siedział w więzieniu). O moim stosunku do niej świadczą moje argumenty wypowiadane wobec ich syna Maćka, z którym jako studentem historii i członkiem kierownictwa Niezależnego Zrzeszenia Studentów siedziałem w jednej celi w obozie internowania w więzieniu w Białołęce. Namawiałem go, by przyjął chrzest święty i dał mi sposobność zostania jego ojcem chrzestnym, o co prosiła mnie niegdyś jego matka, kiedy miał on rozpocząć naukę w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Maciek odmawiał jako przekonany ateista i w wówczas mówiłem mu, że przez niego będą trudności w procesie beatyfikacyjnym jego matki po jej śmierci (Nie zadawaliśmy sprawy, że to tak prędko to nadejdzie w skutek choroby, jakiej nabawiła się podczas internowania z ręki "człowieka honoru" gen. Czesława Kiszczaka). Advocatus diaboli - mówiłem - podniesie sprawę, iż nawet nie ochrzciła swego syna. Nie udało mi się go namówić, tym bardziej nawrócić, ale nie ustaję w powtarzaniu, że Gajka Kuroniowa była przykładną żoną i matką oraz męczennicą stanu wojennego i że w czasie internowania powróciła na łono Kościoła Powszechnego, modląc się żarliwie o swego męża i syna. Opowiadała mi o tym Teresa Kłosówna ze Szczecinka, która siedziała z nią w jednej celi w obozie internowania w Gołdapi. Widziałem ją zresztą sam na własne oczy modlącą się na grobie swego teścia, pana Henryka Kuronia podczas jego pogrzebu.
    Jacek Kuroń wiele pisał o swej miłości do Gajki i pewnie całkiem szczerze, ale nie przeszkadzało mu to w robieniu skoków w boki. Nie robił on tajemnic ze swego zamiłowania do alkoholu, natomiast jego otoczenie zawsze komentowało jego zamiłowanie do płci odmiennej. Opowiadała mi moja urodziwa sąsiadka z osiedla - w owym czasie żona naszego wspólnego z Jackiem przyjaciela, współpracownika KSS "KOR", jak na KOR-owskiej prywatce Jacek podczas tańca zaproponował jej zmianę lokalu. Odpowiedziała mu: "O Boże, sam wielki Kuroń czyni mi takie propozycje! Niestety, Jacku, z najwyższym żalem muszę ci odmówić. Wieczorem komentowało by to Radio Wolna Europa i z tej audycji o naszym spotkaniu dowiedziałby się mój mąż". Sam zresztą pamiętam, jak w 1972 roku zjawiłem się na balu opozycyjnym w mieszkaniu Ani Dodziukówny i jej ówczesnego męża Janka Lityńskiego, mając u boku świeżo poślubioną Ankę z Malareckich. Najwidoczniej zachwyciła ona swą urodą Jacka, bo po krótkiej chwili doszedł do niej i zaproponował, by mówili do siebie per ty. Po paru latach, gdy odzyskałem mieszkanie w Warszawie, zostałem zaproszony na huczne urodziny do Jacka 3 marca. Gdy przyszedłem sam, zapytał: a gdzie twoja żona? Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że pilnuje małe dzieci. Więcej na urodziny do Jacka nie zostałem zaproszony. Wtedy w naiwności swojej pomyślałem, że są to platoniczne hołdy, ale później z obcowania z kolegami z lewicy laickiej przekonałem się, iż wyznają oni ideały utopijnych socjalistów (opisane również w "Manifeście komunistycznym" Karola Marxa i Fryderyka Engelsa) o wspólnocie żon. Z tym być może zastrzeżeniem, jakie panują w każdym społeczeństwie wyznającym równość: "co twoje, to moje, ale od mego - wara!".
    Nie chciałbym, by PT czytelnik ASME sobie pomyślał, że lewicowa opozycja demokratyczna w PRL miała monopol na grzeszne życie. Ryba, jak wiadomo, psuje się od głowy. O romansach wiecznego premiera PRL Józefa Cyrankiewicza rozprawiało się zupełnie otwarcie, zwłaszcza gdy miał on od czasu do czasu jakieś wypadki drogowe podczas przejażdżek samochodowych z młodymi panienkami. Tow. Wiesław, czyli Władysław Gomułka uchodził za wzór cnót, ale po obaleniu go przez stoczniowców z Wybrzeża w grudniu 1970 roku wyszło na jaw, że po odstawieniu na bok swej partyjnej żony Zofii alias Liwy ze Sztokenów Gomułkowej żył przykładnie ze swą sekretarką. Okazała się ona mu wierną również w trudnych jego chwilach, gdyż po bolesnej dymisji przepisała (jak podał wydawca) jego wydane pośmiertnie już w III RP wspomnienia.
    Również ja sam doświadczyłem na własnej skórze obyczajów Służby Bezpieczeństwa, gdy w czasie solidarnościowego karnawału w grudniu 1980 roku szef mojej wyżej wymienionej żony Anki, tow. Janusz Łącki korzystając z zarządzonej przez nią separacji władował się po mocno zakropionej libacji do jej łóżka, nie krępując się moją obecnością. Awantura, którą w poczuciu bezkarności wywołał, zakończyła się wyrzuceniem go z pracy ze stanowiska kierownika działu produkcji specjalnej w dyrekcji Zjednoczenia BUMAR przez miejscową organizację "Solidarności". Gdyby nie "S", uszło by mu pewno na sucho. Nie muszę dodawać, że sprawa zakończyła się rozwodem. Takie były uroki działalności opozycyjnej w PRL.

    Antoni Zambrowski

    Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku "Najwyższy CZAS!".

    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Na wybory - coś dla ducha! - Stanisław Michalkiewicz Wysłane sobota, 23, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Ogłoszony został termin wyborów samorządowych. W państwie demokratycznym każde wybory są wielkim wydarzeniem. Wybory samorządowe może nawet większym od innych, bo uczestniczy w nich znacznie więcej kandydatów niż, dajmy na to, w parlamentarnych. Pomyślmy tylko: ponad 2000 rad gminnych i miejskich, ponad 300 rad powiatowych i 16 sejmików wojewódzkich - a przecież jeszcze są zarządy gmin, no i wybory na burmistrzów oraz prezydentów miast. Ileż to posad do obsadzenia, ile pieniędzy do rozdzielenia! Kto wygra, ten obsadzi i rozdzieli. Nic więc dziwnego, że każdy, kto choć trochę interesuje się dobrem Polski, pragnie wziąć udział w jego podziale i w ten sposób rozwiązać sobie jeśli nie wszystkie, to przynajmniej część problemów socjalnych na najbliższe cztery lata. Dlatego właśnie wybory samorządowe są wielkim wydarzeniem, przede wszystkim w wymiarze jednostkowym. W zależności bowiem od ich wyników jedne żony zaprenumerują sobie "Twój Styl", zaczną się fitnesować, masować i bywać na rautach, a inne, których mężowie przegrają, będą przeżywać bolesny powrót do beznadziejnej rzeczywistości. Inni przyjaciele wygrają przetargi i dostaną koncesje na hurtownie spirytusu, a innych zacznie nękać prokurator i komornik. Jedne panienki już na Boże Narodzenie dostaną w prezencie złotą biżuterię, podczas gdy inne będą znowu się rozglądać "komu dziś dać". Jedne płomienne romanse od pierwszego wejrzenia się narodzą, inne znowu - gwałtownie zakończą, słowem - będą wielkie zmiany. Tymczasem - jak zauważył Stanisław Cat-Mackiewicz - o ile dla gracza, który rozbił bank w Monte Carlo, to wydarzenie oznacza zasadniczą zmianę w życiu, o tyle kasyno zamknie roczny bilans tak samo, jak w latach poprzednich. To porównanie pokazuje, jak wiele racji miał ojciec Tomasz Rostworowski SJ, który w stalinowskim więzieniu we Wronkach ułożył był piosenkę "Pesymiści": "My jesteśmy pesymiści / Naszym hasłem dąb bez liści / Źle było, źle będzie / W Polsce zawsze i wszędzie / Oprócz nas wszyscy są w błędzie". Następne zwrotki są jeszcze gorsze, aż nie wiem, czy powinienem je przytaczać, bo popatrzcie Państwo sami: "Same szuje są u steru / Od komuny, aż do kleru. / Źle było..." - i tak dalej.
    Na razie jednak, za sprawą kandydatów, narasta euforia. Główną jej przyczyną jest nadzieja na - jak to ujął prof. Milton Friedman - "nadmiar środków płynnych". Prof. Friedman porównywał bowiem inflację z alkoholizmem i stwierdził, że i w jednym, i w drugim przypadku jest tak samo. Najpierw - nadmiar środków płynnych i euforia, a potem - depresja. Warto o tym pamiętać, kiedy obserwujemy przekomarzania pana Andrzeja Leppera z panem Wojciechem Mojzesowiczem, kto jest "najważniejszy w rolnictwie". Chodzi oczywiście o to, w czyim ręku pozostanie rozlewnia owych "środków płynnych", którymi szczwani politycy korumpują wyborców, na ogół nieświadomych tego, że pieniądze, którymi właśnie są obdarowywani, zostały im najpierw przez tych spryciarzy ukradzione. Na to nic poradzić nie można; małą mądrością rządzony jest ten świat i pewnie dlatego tamten jest podobno o niebo lepszy.
    Ale "nie samym chlebem żyje człowiek" i dlatego też politycy próbują korumpować wyborców również strawą duchową. Jak wiadomo, nie ma większej radości, jak widok cudzego upadku. Wielu ludzi gorąco pragnie, by każdemu było przynajmniej tak samo źle, jak im, co u nas nazywa się "sprawiedliwością społeczną", a co Chińczycy nazywają "chorobą czerwonych oczu". Ta choroba musi być w Polsce bardzo rozpowszechniona, skoro większość opowiada się np. za utrzymaniem progresji w podatku dochodowym i tylko pozostałości chrześcijańskiego obyczaju powstrzymują ludzi przed rzuceniem hasła: "zjadaj bogatych!". Zapotrzebowanie na strawę duchową jest więc co najmniej takie samo, jak na "środki płynne" i z tego powodu podczas każdych wyborów partie obiecują przeprowadzenie dekomunizacji. Teraz też pojawiły się takie pomysły, a podobno nawet gotowe projekty, które "zaraz po wyborach" na pewno "wejdą w życie".
    Przyznam się ze wstydem, że w początkach lat 90. też w to wierzyłem, też myślałem, że to wszystko naprawdę, aż latem 1992 roku przekonałem się, że tylko tak się mówi, żeby było ładniej, że "nie o to chodzi, by złowić króliczka, ale by gonić go". Latem 1992 roku Sejm powołał był nadzwyczajną komisję do ordynacji wyborczej i koledzy posłowie z UPR poprosili mnie, bym przygotował projekt. Ponieważ, jak wspomniałem, myślałem, że z tą dekomunizacją, to naprawdę, przygotowałem projekt ordynacji dekomunizującej, jednak bez użycia tego słowa. Zaproponowałem większościowe głosowanie w dwóch turach; w pierwszej turze do zdobycia mandatu potrzebna była bezwzględna większość głosów w okręgu, a w drugiej - większość zwykła. Rzecz polegała na tym, że w okresie między pierwszą a drugą turą, na oczach wyborców tworzyłyby się przyszłe koalicje, a właściwie jedna: wszyscy przeciwko SLD. W tej sytuacji SLD, podobnie jak Front Narodowy we Francji, dysponując 20 procentami poparcia, nie wprowadziłby do Sejmu ani jednego posła. Nastąpiłaby więc dekomunizacja bez użycia tego słowa. Kiedy śp. poseł Lech Pruchno Wróblewski referował ten projekt na posiedzeniu komisji, posłowie Miller i Cimoszewicz w lot zorientowali się, jakie śmiertelne niebezpieczeństwo nad nimi zawisło. Ale niepotrzebnie się martwili, bo ten projekt został natychmiast odrzucony przez posłów "solidarnościowych", którzy w komisji mieli przytłaczającą większość. Przekonałem się wtedy, że tak naprawdę, to dekomunizacji nikt nie chce, że to tylko takie "makigigi" przedwyborcze dla naiwniaków.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Wyborcza rosyjska ruletka w możliwych przedterminowych wyborach jest krokiem w kierunku JOW - Łukasz Perzyna ocenia zakończenie koalicji PIS-Samoobrona-LPR Wysłane sobota, 23, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Wyborcza rosyjska ruletka w możliwych przedterminowych wyborach jest krokiem w kierunku JOW - Łukasz Perzyna ocenia zakończenie koalicji PIS-Samoobrona-LPR
    Wysłane sobota, 23, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Jarosław Kaczyński długo musiał się tłumaczyć z zawarcia koalicji z Samoobroną Andrzeja Leppera. Jak się wydaje - z zerwania tej koalicji tłumaczyć się będzie znacznie krócej. Adresatem jego telewizyjnego wystąpienia było tak naprawdę te kilkudziesięcioro posłów i posłanek, którzy z dietami poselskimi nie chcą się rozstać i pozostali przy PiS-owskim zaproszeniu do »większości rządzącej«. W poprzedniej kadencji sporo mówiło się o tzw. posłach dietetycznych, którzy za pomocą pobierania diet regulują należności komornikom" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje powody podejmowanych przez posłów ekskoalicjantów decyzji o zmianie barw klubowych.

    Sporo takich "nieszczęśników", "wiejskich biznesmenów" jest/było w Samoobronie Andrzeja Leppera, dlatego tak łatwo było przedstawicielom ekskoalicjanta kaperować ich widokiem jeszcze trzyletniego okresu pobierania podatniczej krwawicy. PiS-owi pozostały dwie drogi: utworzyć koalicję "rządzącą" z odpryskami poselskimi z nowo tworzonego klubu Ruchu Ludowo-Narodowego lub przystać na przedterminowe wybory parlamentarne, z zaproponowaną nową ordynacją wyborczą, opartą o zasadę rosyjskiej ruletki, która stanowi jednak krok w stronę jednomandatowych okręgów wyborczych, gdyż wprowadza zasadę "wygrywający bierze wszystko".

    Nagranie trwa ponad 10 minut i jest dostępne w Sieci do 6 X 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Dzień Pabiedy kolektywnego transportu europejskiego! Wysłane czwartek, 21, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Po raz kolejny odbędzie się 22 września feta promująca "postępy europeizmu" na naszym kontynencie, jedna z wielu odgórnie zarządzonych "spontanicznych uroczystości" mających na celu wykreowanie "nowego człowieka europejskiego" i "ducha europejskiego" jako składowej usilnie poszukiwanej przez pozostających w cieniu mentorów w dziecięcych fartuszkach "kultury europejskiej".
    W kilkudziesięciu stolicach Unii Europejskiej został zarządzony alarm z powodu tzw. Europejskiego Dnia Bez Samochodu.
    To dość proste skojarzenie: Stany Zjednoczone - dominacja transportu indywidualnego, opartego na samochodzie; Nowa Wspaniała Europa - transport kolektywny, uzupełniony o propagowane przez niedojrzałych Czerwonych, czyli Zielonych ich przejętego w latach tzw. rewolucji kulturalnej lat 60. ub. wieku wzorca transportowego z komunistycznych Chin: roweru - ma na celu wdrukowanie (termin socjotechniczny) w społeczną świadomość poddawanych kolejnemu eksperymentowi socjalistycznemu społeczeństw Unii podstawowych różnic mających dzielić "wrednych odszczepieńców" oraz "krwawych imperialistów" z Ameryki Północnej od oczywiście pokojowo i pacyfistycznie nastawionych poddanych brukselskiej demokracji centralistycznej.
    Z tej okazji rodzi sie jak zwykle pytanie: czy zarządzenia Związku Socjalistycznych Republik Europejskich są już prawnie obowiązujące? Warto dlatego zwrócić uwagę na jakość ich wykonania przez urzędującą w warszawskim magistracie kastę biurokratów oraz czynnie aspirujących do przejęcia nad nią władzy kandydatów-reprezentantów gangów politycznych w zbliżających się wyborach samorządowych. Do tej pory Warszawa miała chlubną i zaszczytną pozycję na samym końcu w kategorii wykonywania biurokratycznych poleceń towarzyszy komisarzy z Brukseli dotyczących promocji transportu kolektywnego, który w świetlanej przyszłości panującego w całym NOWYM WSPANIALYM SWIECIE komunizmu (jedynie dla potrzeb obecnego stanu przejściowego miedzy "kapitalizmem" a formą ostateczną ukrytego pod maską eurosocjalizmu) miał stanowić szczytowe osiągnięcie myśli kolektywistycznej.
    Można z łatwością zauważyć na ulicach wielu miast "polskiego regionu UE", że mania propagowania rozwiązania chińskich towarzyszy - rower dla każdej rodziny jako szczyt marzeń wzorowego obywatela NOWEGO WSPANIAŁEGO SWIATA - została przeszczepiona na "grunt" młodych hunwejbinów Unii Europejskiej - i teraz Szanowny Pełniący Funkcję Prezydenta, "Dymisjonarz" Marcinkiewicz K. - który własnoręcznie i własnonożnie wręczał ulotki o Europejskim Dniu Bez Samochodu na jednym ze skrzyżowań Pragi (nie Warszawy! - kandydatowi mylą się nawet tak podstawowe różnice w lokalnym kolorycie...) w minionych dniach, o czym podał dziennik "Rzeczpospolita" - będzie aktywnie i odpowiedzialnie wdrażał w życie mentorskie zalecenia operatorów wszystkich marionetek (Puppet Masters - ktoś o nich coś jednak czytał...) z partii Populizm i Socjalizm dotyczące jak najszybszego "przyswojenia" przez biurokrację warszawską "tryndów" z nowej Centrali, tym razem z zachodu Europy.
    Będzie w tym dziele wspierany - oczywiście - przez Szanowną Kandydatkę "Hiannę" G-W. z Platformy Ratunkowej dla Obywateli, która w rozpędzie do udowodnienia swej "europejskości" na wyższym poziomie niż p.f. "Dymisjonarz" będzie "udawać się" w tym dniu do biura wyborczego w nowej, dynamicznie opływowej fryzurze (o czym podało dzisiejsze wydanie dziennika "Życie Warszawy") na krajowo składanym z części wyprodukowanych w Chińskiej Republice Ludowej bicyklu z napędem żaglowym, bo o sile własnych łydek i ud - w tak poważnym wieku (wyborczym) lepiej nawet w jej przytomności nie wspominać...

    Żeby było wszystko do kupy, jak trzeba w każdym porządnym opisie - potrzebni są jeszcze Żydzi. Można więc spodziewać się startu maratonu urzędniczych dwupedałów (dwojga płci mimo wszystko, co pozostaje jeszcze do uzgodnienia z Wysoką Radą Europy w ramach akcji afirmatywnej środowisk pederastycznych, czy nie powinno sie położyć większego nacisku w propagandzie na cechę feminazistyczną uczestniczek-urzędniczek maratonu) z ulicy Mordechaja Anielewicza z prologiem vis a vis Ratusza, czyli z okolic ŻIH, gdzie zawsze można wpisać do księgi życzeń i zażaleń pozdrowienia dla byłej dyrektorki Stowarzyszenia ŻIH, p. Grażyny Pawlak...

    Krzysztof Pawlak

    Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


    LUSTRACJA WEDŁUG JACKA KURONIA - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 21, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Środowisko "Gazety Wyborczej" od lat było wrogie lustracji agentów SB. Przed kilkoma tygodniami odcinała się od lustracji red. Teresa Bogucka, której właśnie sprezentowano wyniesione przez uboli z archiwum MSW i przypadkiem znalezione w piwnicy teczki donosów na jej osobę. Dzięki temu zdołała namierzyć jednego z donosicieli, ale tak ogólnie jest, jak cała jej redakcja, przeciwna lustracji. Nie żyjący już guru tego środowiska Jacek Kuroń napisał całą książkę przeciwko lustracji dokonanej przez min. Antoniego Macierewicza 4 czerwca 1992 roku. Nosi ona tytuł "Spoko! czyli kwadratura koła" i została wydana w lewicowym wydawnictwie BGW. W tej książce Jacek Kuroń opisuje m.in., jak w restauracji sejmowej płakał tego dnia wraz z Grażyną Staniszewską - posłanką Unii Demokratycznej, umieszczoną na liście domniemanych TW przez ludzi min. Macierewicza. Opisuje też sejmową konferencję prasową, podczas której deklarował, iż wierzy ludziom, a nie teczkom archiwum kiszczakowego MSW.

    I w tej samej książce Jacek Kuroń demaskuje jako agentkę SB bez żadnych po temu dowodów w postaci dokumentów moją tzw. więzienną narzeczoną z Bractwa Otrzeźwienia przy kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu Danusię B. z Pruszkowa.
    Jacek Kuroń opisuje szczegółowo swe czynności dnia 1 sierpnia 1985 roku. Była to rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, więc najpierw po południu udał się na cmentarz wojskowy na Powązki, jak to czynił za życia jego tragicznie zmarłej żony Grażyny. Następnie przeszedł na pobliski cmentarz katolicki, gdzie jest pochowania Gajka, jak bliscy nazywali Grażynę. Tam, jak pisze, "było pusto, siedziałem na płycie nagrobka, rozmawiałem z nią i płakałem". (str. 170) Później przypomniał sobie, że tego dnia z więzienia wychodzi Seweryn Jaworski - zastępca Zbigniewa Bujaka w Zarządzie Regionu Mazowsza NSZZ »Solidarność«, więc spodziewając się go w kościele św. Stanisława Kostki, podjechał na Żolibórz. »Trafiłem na wieczorną modlitwę przy grobie, później uściskałem się z Sewerynem«". Chodzi oczywiście o grób śp. księdza Jerzego Popiełuszki, przy którym co wieczór modlili się członkowie Bractwa Otrzeźwienia.
    Dalej Jacek Kuroń pisze: "Już w czasie modlitwy usłyszałem obok siebie młody, dźwięczny głos i zobaczyłem lekko rudą, bardzo zgrabną dziewczynę. Skojarzenia miałem, wstyd przyznać, policyjne. Pomyślałem mianowicie: co też robi w tym bractwie śliczna młoda dziewczyna? Nie żeby inne były brzydkie, ale ta była całkiem nowa. Od dawna sądziliśmy, że agentom najłatwiej trafić do nas przez wielkomiejskie duszpasterstwa. Wszelka konspiracja rodzi myślenie paranoidalne".
    Dziewczyna była istotnie bardzo urodziwa, ale wbrew relacji Jacka Kuronia nie jedyna młoda i ładna wśród nas. Ta po prostu nawinęła się na swoje nieszczęście Jackowi Kuroniowi na oczy. Nie była też nowa w naszym gronie. Ja znałem ją jako łączniczkę i kolporterkę nielegalnych pisemek co najmniej od roku. Ponieważ zaczynaliśmy miesiąc otrzeźwienia i przygotowywaliśmy się do pikietowania sklepów monopolowych, ustaliliśmy z jej szefową w konspiracji Magdą Góralską - grafikiem z zawodu, działaczką podziemnej "S" i KPN, że Danusia będzie w razie mego aresztowania moją "narzeczoną więzienną", czyli jako rzekoma narzeczona będzie korespondowała ze mną oraz będzie odwiedzała mnie w więzieniu w dniach widzeń. Zgodnie z zapisem w dowodzie osobistym byłem rozwodnikiem, czyli osobą stanu wolnego i miałem prawo do narzeczonej. Już wcześniej cudem uniknęliśmy z przewodniczącym naszego Bractwa Marcinem Przybyłowiczem uwięzienia w Piekarach Śląskich. Pojechaliśmy tam na masową Pielgrzymkę Mężczyzn i Młodzianków w ostatnią niedzielę maja małym fiatem brata Marcina dla nawiązania kontaktu z takim samym Bractwem Otrzeźwienia w tym górniczym mieście. Wraz z nami zabrali się dwaj hutnicy z huty Warszawa, by na pielgrzymce wystąpić jako poczet sztandarowy "S" z huty. Po pielgrzymce trafiliśmy za to na komendę MO, obydwaj hutnicy zostali natychmiast skazani przez miejscowe kolegium do spraw wykroczeń, mnie zaś i Marcina uratowały stemple o zatrudnieniu w innych niż Huta instytucjach. Ale po wywołaniu zdjęć z przemarszu pocztów sztandarowych SB postanowiła ukarać również mnie, gdyż innemu naszemu koledze z Huty imieniem Włodek znana aktorka Hanna Skarżanka przykleiła teatralne wąsy i założyła słoneczne okulary. Włodek był znacznie wyższy i mocniejszej ode mnie budowy, ale ubecji chodziło raczej o odfajkowanie wykonania zadania wobec przełożonych niż o wytropienie właściwego winowajcy. Liczyłem się więc z perspektywą odsiadki za Włodka w więzieniu i dla tego potrzebowałem narzeczonej dla utrzymywania kontaktu ze światem poza kratami.
    Dalej Jacek Kuroń pisze: "Po rozejściu się duszpasterstwa kilka osób zaszło do mnie, bo mieszkam o parę kroków. Oni, jako że ślubowali trzeźwość, pili herbatę, ja - alkohol. W pewnym momencie okazało się, że jest bardzo późno i mieszkające za miastem dziewczyny muszą u mnie nocować". Tu sprostuję, że były u Jacka cztery osoby: Magda Góralska oraz dwie jej współpracownice Danusia i Basia, jedna z Pruszkowa, zaś druga z Błonia. Czwartym byłem ja. W nocy Magda postanowiła wróć do domu taksówką, więc zabrałem się z nią, gdyż musiałem wyprowadzić na dwór moją sukę wilczycę. Dziewczęta zostały na noc. "Jedną z nich była ta Śliczna. Druga wyszła wcześnie rano, Śliczna została i to jakby na dłużej. Okazało się, że ma dyżury na Piwnej, a kiedy wyszliśmy na spacer, powiedziała, że jest łączniczką Bujaka. Sprawdziłem: ani u św. Stanisława Kostki, ani na Piwnej nic o niej nie wiedzieli. Podobno przeniosła się właśnie z Płocka i zgłosiła się do pracy. Przyjmowali oczywiście wszystkich chętnych, bo inaczej nie można. A z Bujakiem to była nieprawda".
    Tu Jacek Kuroń bredzi jak Piekarski na mękach. Najwidoczniej dyktował wspomnienia na magnetofon w stanie wskazującym na spożycie whisky, jak wtedy podczas przyjęcia na naszą cześć. Dziewczyna przyszła w moim towarzystwie i była ze mną na ty, więc wystarczyło mnie o nią zapytać. Nie musiał zatem pytać o nią na Piwnej w Komitecie Prymasowskim. Tam ją pomylono z inną Danusią, tym razem urodziwą blondynką. Ta istotnie dojeżdżała autostopem z Włocławka. Natomiast Danusię B. znano zarówno w Komitecie Prymasowskim, jak i w różnych duszpasterstwach przy kościele św. Stanisława Kostki. W dodatku Jacek spotykał ją na Piwnej podczas pikietowania sklepów monopolowych, które rozpoczęliśmy 14 sierpnia tegoż roku. Przychodził on na nasze pikiety, nie wiem, czy z solidarności z naszą akcją, czy też by z nią się umówić. W każdym razie widywałem go tam w czasie jej obecności w asyście naszej pikiety. Toteż dalszy ciąg wspomnień Jacka zakrawa na skandal. Opisuje on wizytę Danusi u siebie w najbliższą niedzielę po 1 sierpnia, gdy miał on w swym mieszkaniu konspiracyjne zebranie w sprawie druku podziemnego pisma. Zauroczony dziewczyną, Kuroń zaprosił ją wbrew zasadom konspiracji na owe zebranie. Następnego dnia z samego rana przyszli do niego dwaj pułkownicy SB, którzy już słyszeli o tematyce zebrania. Po powrocie z przesłuchania Kuroń zastał u siebie wbrew oczekiwaniom nie Danusię B., lecz Joannę Szczęsną, "której - jak powiada - opowiedziałem całą tę historię i swoje podejrzenia na wszystkie mikrofony zainstalowane od 1961 roku w ścianach mojego domu". Wiedząc o podsłuchach, mimo to organizował odpowiedzialne zebrania konspiracyjne w zasięgu ubeckich mikrofonów. I dalej komentuje o owych pułkownikach SB: "Zgodnie z przewidywaniami Śliczna już nigdy więcej nie pojawiła się ani u mnie, ani na Piwnej, ani nigdzie. Jeśli była agentką, bo przecież nie wiem na pewno, to strasznie spaprali jej możliwości tylko po to, żeby przede mną zaszpanować". Jacek Kuroń najwyraźniej łże, gdyż z Danusią miałem stały codzienny kontakt zarówno w kościele św. Stanisława Kostki oraz podczas pikietowania sklepu monopolowego na Piwnej. Zachowało się zdjęcie, na którym jest obecna podczas pikietowania. Zachowało się również zdjęcie i z jego obecności podczas naszej akcji. Pisałem zgodnie z umową do niej listy z więzienia, ale mi nie odpowiedziała na nie. Okazało się później, że miała w Pruszkowie prawdziwego narzeczonego, który był przywódcą miejscowej organizacji "S". Wyszła wkrótce za niego za mąż i pokazywała koleżankom z Bractwa swe zdjęcia ślubne. Po ukazaniu się książki "Spoko!" w 1992 roku jedna z nich zadzwoniła do mnie i powiedziała, że Jacek Kuroń rozszyfrował w naszym gronie ubeczkę.
    Jest to jednak zbyt okrutna kara za to, że dziewczyna nigdy więcej nie pojawiła się w mieszkaniu u Kuronia. I to wymierzona w książce poświęconej krytyce lustracji.

    Antoni Zambrowski

    PS. Za Życia Jacka Kuronia opisałem w krótkich słowach tę samą sprawę w tygodniku "Najwyższy CZAS!", w n-rze 44/99.

    Tekst pierwotne ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska".

    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Szekspiry majtek damskich - Stanisław Michalkiewicz Wysłane czwartek, 21, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Co tu dużo gadać; literatura wyprzedza u nas tak zwane życie pod każdym względem. Taki, dajmy na to Stefan Żeromski napisał powieść "Syzyfowe Prace" w tym samym roku, kiedy Teodor Herzl zwołał do Bazylei pierwszy Kongres Syjonistyczny (1897), więc nie mógł w żaden sposób wiedzieć o dzisiejszych perypetiach ministra Giertycha z lewacką łobuzerią, wysyłającą na protestacyjne demonstracje dzieci, w towarzystwie starszej panny Kazimiery Szczukówny. A jednak włożył w usta furmana wiozącego panią Borowiczową do gimnazjum w Klerykowie słowa, które dopiero dzisiaj możemy śmiało uznać za prorocze: "to są ciężkie czasy dla oszwiate". Jakże mają nie być ciężkie, skoro nawet wybitna przedstawicielka warszawskiego (demi) mondu uniwersyteckiego, pani profesor Magdalena Środa, filozofka i etyczka, w polemice z Ludwikiem Dornem obraża się za "wykształciuchów", twierdząc, że wicepremier płynie na fali odwetu "roszczeniowej prowincji", która nie dojrzała do samodzielności. Zarzut braku samodzielności i roszczeniowości w ustach pani Środy brzmi trochę dziwnie, bo, o ile mi wiadomo, ona też zawsze była na państwowej posadzie. Jeśli zatem mamy filozofki i etyczki tak mało spostrzegawcze, że nie zauważają belki we własnym oku i słonia w menażerii, to nic dziwnego, że i dla "oszwiate", również tej uniwersyteckiej, nadeszły ciężkie czasy. Powiedzmy sobie szczerze, że "wykształciuchy", na określenie utytułowanych czytelników "Gazety Wyborczej", to byłby niezasłużony komplement, ponieważ większość produkcji tego demi-mondu, to tylko propagandowa tandeta, często wytwarzana zresztą przez tych samych filutów, co doktoryzowali się za Stalina z "centralizmu demokratycznego", a więc czegoś, czego nigdy nie było, nie ma i nie będzie. Czyż zatem Stefana Żeromskiego przed ponad stu laty nie wspierały proroctwa, kiedy przewidział "ciężkie czasy dla oszwiate"?
    Z jednej strony mamy "ciężkie czasy dla oszwiate", a z drugiej - "powstała (...) straszliwa wiedza, że byt się zgęszcza i rozrzedza" - co też przed laty przewidział Janusz Szpotański w proroczym poemacie "Bania w Paryżu". Tej "straszliwej wiedzy" dostarczyły nam m.in. "skisłe szekspiry majtek damskich" a ostatnio - również kalesonów męskich, czyli szermierze wszechświatowej rewolucji seksualnej, co to chcieliby na 69 sposobów spenetrować cały ludzki ród. Dzięki legislacyjnemu i finansowemu wsparciu ze strony porażonych polityczną poprawnością umiłowanych przywódców Eurosojuza, próbują nie bez powodzenia wtłaczać ludziom do głowy swoje seksualne fantasmagorie tak samo, jak kiedyś sowieciarze wtłaczali politgramotę. Młodsi tego już nie pamiętają, więc przypomnę jedną taką mantrę: "Partia Lenina simwoł swabody, partia nasza - sowiest` i czest`, partia eto sierdce i rozum naroda, budiet, była i jest". Biskupi niby przeciwko temu protestują, ale raczej dla pozorów, i tylko półgębkiem, bo drugą połowę ust mają już zalepioną złotym plastrem, a wiadomo, że nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem. Ta "straszliwa wiedza", podobna do zawartości "Małego Słownika Filozoficznego Akademii Nauk ZSRR" z 1953 roku (kto cierpi na depresję, niech to sobie poczyta, a zaraz poczuje przypływ optymizmu), z uwagi na krzewienie jej przez utytułowanych hucpiarzy, trochę konfunduje nie tylko ludzi prostych, ale i "wykształciuchów" w niezawisłych sądach.
    Oto niezawisły sąd w Poznaniu, najwyraźniej zacukany elokwencją profesora Hołdy, doszedł do wniosku, że poseł Jacek Tomczak i senator Przemysław Aleksandrowicz "znieważyli" gojów i lesbijki porównaniem homoseksualizmu do pedofilii i zoofilii, i zmusił ich do zawarcia ugody, w wyniku której będą musieli oświadczyć, że homoseksualista, to nie zoofil. Tak przynajmniej relacjonują to gazety. Obawiam się, że zmuszenie obydwu polityków do złożenia oświadczenia takiej treści, jest krzewieniem przez sąd ciemnoty. Szczupłe ramy felietonu nie pozwalają mi rozwinąć w pełni teoretycznej polemiki ze "straszliwą wiedzą", więc na przykładzie wyjaśnię, że zatwierdzone przez sąd oświadczenie może być oczywiście nieprawdziwe. Na ogół przyjmuje się, że zoofil, jeśli nawet kocha się z kozą, to płci przeciwnej do płci własnej. Ale przecież "tak wcale być nie musi" - jak w 2001 roku słusznie twierdził Sojusz Lewicy Demokratycznej. Któż zabroni zoofilowi płci męskiej doprowadzić do czynu nierządnego kozła - również płci męskiej? Nikt mu nie zabroni, zwłaszcza jeśli będzie właścicielem tego zwierzęcia, a taką pewność można wydestylować z argumentum a maiori ad minus (komu wolno uczynić więcej, temu wolno uczynić mniej): skoro właścicielowi kozła wolno go zarżnąć, to tym bardziej... i tak dalej. W takim jednak przypadku będzie zoofilem i homoseksualistą jednocześnie, quod erat demonstrandum. Ufam tedy, że poznańska iustitia jednak się opamięta, przestanie pozwalać wodzić się za nos różnym utytułowanym filutom i z relatywistycznego trzęsawiska wydobędzie się na twardy grunt prawa rzymskiego, zaś obydwaj politykowie pokażą - jak oczekiwał Jan Chryzostom Pasek - że są "nie jerozolimską, ale polską szlachtą".

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Węgierska przestroga - prof. Jerzy Przystawa Wysłane środa, 20, września 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Gazety w Polsce głoszą, że rozruchy na Węgrzech spowodowało przyłapanie węgierskiego premiera na kłamstwie, podczas gdy, w rzeczy samej, Ferenc Gyurcsany akurat mówił prawdę, tyle tylko, że była to prawda o tym, jak systematycznie okłamuje się Węgrów. Jest rzeczą niezmiernie optymistyczną i pocieszającą, że ta nowa rebelia węgierska jest rebelią przeciwko kłamstwu, że nie brak chleba czy kiełbasy, ale nieobecność PRAWDY w życiu publicznym naszych węgierskich bratanków, sprowokowała ich do tak gwałtownych wystąpień. Polska "służba" dziennikarska, która już niemal całkowicie przyzwyczaiła się do tego, że kłamstwo stało się normą w życiu publicznym Polaków, natychmiast wyruszyła na pomoc politykom węgierskim, ogłaszając, jak zawsze, że rozruchy na Węgrzech mają charakter chuligański, że dokonywane są rozboje i grabieże. Ciekawostką jest tylko, że furia węgierskich demonstrantów skierowała się przeciwko telewizji. To tam przede wszystkim poszli i tam dokonywali zniszczeń, rozbijając urządzenia i sprzęt tak zasłużony w systematycznym okłamywaniu węgierskiej opinii publicznej. Warto, żeby i nad tym pomyśleli dziennikarze pracujący w polskich mediach, a w telewizji w szczególności. Warto, żeby pomyślał o tym prawdomówny i dzielny Bronisław Wildstein, szef TVP, jak i jeszcze bardziej prawdomówny i dzielny Krzysztof Czabański, szef Polskiego Radia. Obaj oni bowiem, podobnie jak i wielu innych, pozycję swoją budują na legendzie "niezależności dziennikarskiej", wyniesionej z czasów podziemnego oporu. Podziemny opór był skierowany przeciwko komunizmowi, a komunizm w całości ucieleśniał kłamstwo. Na tej zasadzie, na zasadzie przeciwieństwa, ludzi występujących przeciwko komunie prostoduszny naród przyjmował jako głosicieli prawdy. Niestety, ostatnie 17 lat okazało się latami wielkiego społecznego rozczarowania. Pół wieku systematycznej tresury w kłamstwie przyniosło plon okropny - kłamstwo weszło nam w krew i żyć bez niego nie sposób. Ustrój oparty w całości na kłamstwie upadł, ale zatruł i zanieczyścił społeczeństwa i narody, i ta straszna spuścizna odciskuje bez przerwy swoje piętno na naszym życiu publicznym - zarówno społecznym, jak i państwowym.

    Zakłamana, nieujawniona jest prawda o tym, jak doszło do transformacji systemowej, Magdalenki, "okrągłego stołu", rozbicia "Solidarności". Nadal nie wiemy, kto i jakie role tam odgrywał, na rzecz kogo pracował i dlaczego, na czym polegały sekretne "negocjacje" i "sondaże", jaki był klucz doboru "negocjatorów" i reprezentantów. Chociaż Instytut Pamięci Narodowej istnieje już wiele lat, to jego uczeni fachowcy wydają się zajmować najróżniejszymi drobiazgami, ujawnianiem jakichś personalnych skandali, lecz do istoty rzeczy wolą nie dotykać się.
    Zakłamana, nieujawniona, wykoślawiona jest prawda o samym przebiegu transformacji ustrojowej, o genialnym planie genialnego Leszka Balcerowicza i wszystkim, co wiąże się z tym. Komisja Zawiszy niby deklaruje, że zajmie się tym, ale zamiast tego kompromituje się na jakichś bataliach o jakiś "Case", zamiast Leszkiem Balcerowiczem zajmuje się panią Balcerowiczową. Ukryta, zakłamana jest prawda o jądrze tej transformacji, jaką była "operacja FOZZ", jej charakter i katastrofalne dla Polski konsekwencje. Od tej tematyki media publiczne uciekają jak od dżumy, ale oczywiście, tylko dlatego, że od ujawnienia prawdy uciekają przede wszystkim politycy i cały polityczny establishment. Po 13 latach sądowego prześladowania autorów książki "Via bank i FOZZ" zapadł wreszcie wyrok, który oddala wszystkie zarzuty przeciwko nam podnoszone. Nie wiadomo jednak, czy świadczyć to ma o tym, że niezawisły sąd stał się zwolennikiem prawdy, czy też dlatego, że gangsterom i przestępcom powinęła się noga, a główny "operator FOZZ", Dariusz Przywieczerski, na wszelki wypadek wolał uciec z kraju i ukryć się nie wiadomo gdzie. W tym gigantycznym kłamstwie o transformacji ustrojowej uczestniczą politycy, prokuratury i niezawisłe sądy, ale z równą gorliwością uczestniczą w nim "instrumenty kłamstwa" - jakimi są media publiczne i "niezależni wydawcy". Wznowienia naszej książki o FOZZ odmówiło ponad 30 "niezależnych" wydawców, na organizowane przez nas konferencje prasowe w różnych miastach nie widzieli powodu pofatygować się przedstawiciele mediów, a ci którzy przyszli (bardzo nieliczni), nie odważyli się napisać niczego na temat tego, co na tych konferencjach usłyszeli.

    Zakłamana, wykoślawiona, ukryta jest prawda o ustroju Rzeczypospolitej. O tym, że najważniejszy akt ustrojowy, jakim jest ordynacja wyborcza do Izby Ustawodawczej, gwałci nasze prawa obywatelskie, odbiera nam podstawowe prawo - bierne prawo wyborcze, że wszystkie stosowane do tej pory procedury wyborcze gwałcą konstytucyjne zasady, i że z tzw. pięcioprzymiotnikowych wyborów do Sejmu w Polsce przestrzegana jest jedynie zasada tajności. Przedstawiciele polskiego rządu i parlamentu rozjeżdżają się po świecie, ucząc "niedorozwinięte kraje" demokracji, podczas gdy w Polsce zamiast demokracji mamy partiokrację - nieudolne rządy coraz to innych partyjnych koterii, które, tak naprawdę, wiszą w powietrzu, pozbawione zaplecza i poparcia obywateli. Telewizja Pana Wildsteina, tak jak i Radio Pana Czabańskiego zamknięte są na głucho przed tą fundamentalną problematyką ustrojową. Polakom nie wolno poruszać sprawy wyborów parlamentarnych, jakie odbywają się w Anglii, Kanadzie czy USA, a najwyżsi urzędnicy państwowi kłamią na ten temat, hucpiarsko patrząc nam w oczy.
    Nie wiem, skąd nabrali przekonania, że tak można w nieskończoność, że ich władza jest wieczna, że tak będzie zawsze. Wydawałoby się, że historia ostatnich 17 lat powinna ich, jak najbardziej, przekonać, że taki pogląd jest z gruntu fałszywy! Gdzie są dzisiaj Mazowiecki, Bielecki, Oleksy, Cimoszewicz, Olszewski, Buzek, Suchocka, Krzaklewski, Belka, Miller? Gdzie są wspaniałe partie polityczne UD, UW, KPN, ROP, POC, WAK, BBWR, AW"S", ZChN i tyle innych?
    Sytuacja w Polsce pod żadnym względem nie różni się korzystnie od sytuacji na Węgrzech. Może tylko tym, że na Węgrzech zabrakło wystarczającej liczby "parasoli ochronnych", takich np. jakie rozbita "Solidarność" i hierarchia Kościoła trzymały nad "procesem przemian". "Solidarność" już dawno zapłaciła straszną cenę za ten "parasol" i dzisiaj już żadnej roli w życiu publicznym nie odgrywa. Kościół płaci cenę cały czas, ale Kościół jest wielki i wiele już przetrzymał, więc Hierarchowie mogą uważać, że i to przetrzyma. Tylko czy ta cena jest naprawdę konieczna?
    Polska, w odróżnieniu od Kościoła, nie jest wieczna i nie ma zagwarantowanej Opieki Boskiej. Polska istnieje i będzie istnieć tylko tak długo, jak tego będą chcieli Polacy i jak długo za utrzymanie Jej istnienia będą gotowi złożyć nawet najwyższe ofiary. Na razie młodzi Polacy opuszczają swój kraj i jadą szukać szczęścia gdzie indziej. Ten eksodus się skończy. Jeśli nie powstrzymają tego sami Polacy, to kres położą rządy krajów, które dzisiaj wydają się temu sprzyjać.
    Przykład sowieckiego imperium udowodnił, że potęga kłamstwa, choć wielka, nie jest jednak, na dłuższą metę, przemożna. Trzeba kocioł otworzyć, wpuścić świeże powietrze, wreszcie trzeba będzie powiedzieć prawdę. Polska dzisiaj wydaje się uśpiona, polska młodzież wydaje się całkowicie zajęta czym innym, głupawe awantury w Sejmie i wokół niego wydają się odwracać naszą uwagę od spraw istotnych, dziennikarska "brać" stara się utrzymać uwagę publiczną w napięciu przy sprawach na to nie zasługujących. Do czasu.

    Dzisiejsze wypadki na Węgrzech powinny stać się ostrzeżeniem. Ta para pod kotłem się wzbiera. Już sztuczki z wyborami i majstrowanie przy ordynacjach nie wystarczą. Jeśli chce się uniknąć wybuchu - trzeba otworzyć media dla autentycznej debaty publicznej. Trzeba dopuścić do głosu Prawdę.

    Wrocław, 19 września 2006

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW