czerwca 28, 2006 - lipca 11, 2006

Ciemność w południe - Janusz Sanocki Wysłane wtorek, 11, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

Akurat w momencie kiedy sięgnąłem, dla przypomnienia, do słynnej powieści Artura Koestlera "Ciemność w południe", najpopularniejszy polityk polski - premier Kazimierz Marcinkiewicz został przez swoją partię (czytaj: Jarosława Kaczyńskiego) ni z tego, ni z owego, odsunięty, a na jego miejsce nominacje na premiera dostał sam Wódz.

Oczywiście wszystko odbyło się zgodnie z partyjnym rytuałem, odwołany ni z tego, ni z owego Kaziu M., zadeklarował pełną lojalność wobec partii, sam złożył dymisję, odżegnał się od wszelkich buntowniczych myśli i uczynków, "żadnych tam klinów" nie będzie.
Tydzień wcześniej szef rządu państwa średniej wielkości urzędował, podejmował decyzje, planował, przyjmował i był przyjmowany, a tu nagle: bęc i po premierze. Jedna decyzja Wodza, jedno kiwnięcie palcem w bucie i ten, kto wczoraj był na czele politycznych rankingów, rządził rządem, mianował ministrów - sam leży w prochu i pyle. Już nie premier, a zwykły, szary poseł. Nawet nie żaden marszałek, ani przewodniczący komisji - po prostu - nikt. Nemo. Nieosoba. I co teraz z sondażami? Z umowami, negocjacjami? Jak to wszystko ma się do Konstytucji?
"Partia kieruje, rząd rządzi" - mówiła dewiza PRL, w której odbywały się wybory, był Sejm, rząd i premier, ba! - był nawet quasi-prezydent - Przewodniczący Rady Państwa.
Wszystko to oczywiście był pic na wodę. Prawdziwe decyzje podejmował Pierwszy Sekretarz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, który żadnej oficjalnej funkcji państwowej nie piastował. Z punktu widzenia zapisów Konstytucji PRL - pierwszy sekretarz PZPR był prywatną osobą, podobnie jak pozostali członkowie Biura Politycznego. W rzeczywistości to oni decydowali, kto będzie posłem, ustalając listy wyborcze, kto będzie premierem, przewodniczącym rady państwa, ministrem. Wystarczyła jedna decyzja "pierwszego", żeby premier wylatywał z fotela, a reprezentant narodu - poseł stawał sie nikim.
Co tu dużo gadać - od czasów PRL zmieniło się wiele, a jednak (prawie) wszystko pozostało po staremu. "Demokratyzacja IV RP" w stosunku do PRL, polega jedynie na tym, że zamiast jednej "mono-partii" mamy trzy-cztery "poli-partie" co wyborcom daje złudzenie wyboru. Wybór ustalonej listy partyjnej, to jednak wybór pozorny, bo poza jego zasięgiem pozostaje "Pierwszy", który tę listę ustala. W ten sposób tworzy się w partii władza dokładnie taka sama, jaką miał "Pierwszy" w PZPR.
"Pierwszy" z IV RP oczywiście może dostosować się do konstytucyjnych warunków - jeśli będzie miał taką ochotę - ale też może zrobić, co mu sie będzie podobało. Np. za konstytucyjnymi pozorami ustanowić niejawny system powiązań i władzy.
Przykład Marcinkiewicza - jego wzlot i upadek - jest właśnie tego typu zjawiskiem. Stworzony przez Kaczyńskiego na potrzeby chwili, jednym kiwnięciem palca przewodniczącego, zostaje wtrącony w niebyt. Kaczyński, który mówi o budowie IV Rzeczpospolitej, przejrzystości itp., sam wykorzystuje najbardziej zgubny dla państwa polskiego mechanizm - ciesząc się z ogromnej władzy, jaka wpadła mu w ręce. Nic dobrego oczywiście z tego nie wyniknie, a historia jak zwykle lubi się powtarzać.
Koestler w "Ciemności w południe", opisał psychologiczny mechanizm stalinowskich czystek. Bohater powieści - sławny rewolucjonista Rubaszow - jest wysokim funkcjonariuszem partii bolszewickiej. Zaczyna jednak przeszkadzać "Numerowi 1". Zostaje aresztowany oskarżony o szpiegostwo i działalność kontrrewolucyjną. Oskarżenia są absurdalne, jednak w logice partii prawdą jest to, co jest w danym momencie potrzebne, co służy jej interesom politycznym. Rubaszow jako wierny syn partii, "w imię dobra partii" przyznaje sie do wszystkich niepopełnionych zbrodni i zostaje skazany i rozstrzelany.
Jak widać najpopularniejszy polityk - Marcinkiewicz i tak miał szczęście. Pół wieku temu na samej dymisji na pewno by się nie skończyło.

Janusz Sanocki
Obywatelski Ruch na rzecz JOW


  • Janusz Sanocki był burmistrzem Nysy, jest jednym z liderów Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Poczytaj Mamie o PO, UW:
    Kto rządził stolicą? PZPR/SLD, UW, PO czy banda pruszkowska? - czyli o tajemnicach biurokracji warszawskiej
    Wysłane niedziela, 9, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Wyobraźmy sobie, że pewnego dnia media ogólnoświatowe przynoszą z porannymi wiadomościami do kawy i bułeczki informację o aresztowaniu byłego wiceburmistrza Londynu, może Berlina, może Waszyngtonu, może Paryża - za machlojki, ujawnione już przed laty przez "śledzi" żurnalistycznych, a które znalazły potwierdzenie w oficjalnym dochodzeniu policyjnym. Informacja mało już ciekawa, zwłaszcza w przypadku Paryża, gdzie nie był to wice, lecz sam burmistrz z partii socjalistycznej, a więc wszystko przebiegało "normalnie". Ale "news" jest. Istnieje w obiegu światowej oficjalnej plotki, ma "imprimatur" znaczących ośrodków rozdziału ciosów w nieustającej wojnie podjazdowej. Wchodzi w "dorobek" danego społeczeństwa, które - w wyniku tzw. demokratycznych mechanizmów wyłaniania swoich przedstawicieli do kasty urzędniczej - jest oceniane przez pryzmat wielojęzycznych dostawców wizerunku. Dzieje się tak w przypadku każdego państwa, nie omija też obrazu tworzonego dla Polski i jej mieszkańców. Co więc pomyśli sobie Austriak, Szwajcar, Norweg, Hiszpan, Włoch (no, tutaj może być wyjątkowo ulgowa taryfa...) i inni - kiedy w zgiełku medialnym dotrze przez zupełny przypadek do niego oficjalna plota o aresztowaniu na trzy miesiące byłego wiceprezydenta, jak z zadęciem typowym dla pozerów nadwiślańskich określają wiceburmistrza tutejsi czynownicy - wywodzącego się w dodatku ze "zdrowej, solidarnościowej" grupy "zwycięzców" bezkrwawego "przewrotu 1989 roku"? "OK. Czyli u Nich też wszystko normalne!" - zapewne sobie pomyśli i spokojnie przystąpi do porannej analizy machloj swoich tambylców biurokratycznego chowu.
    Spokojnie dlatego można przyjąć doniesienia z końca mijającego tygodnia o zaproszeniu nie do odrzucenia do skorzystania z gościny w pensjonacie przy warszawskiej ulicy Rakowieckiej, wystosowanego przez funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego dla Pawła B., jak się teraz określa urzędowo niegdysiejszego wiceburmistrza i współpracownika prezydentów Święcickiego oraz Piskorskiego. Pan Paweł został swego czasu okrzyknięty wysokim współudziałowcem tzw. układu warszawskiego, czyli nieformalnej koalicji rządzącej w latach 90. stolicą "polskiego regionu UE": post(?)komunistów, spadkobierców, a nawet czynnych wyznawców "socjalizmu z ludzką twarzą" z wieloimiennego ugrupowania ROAD/UD/UW oraz - w ostatnim okresie istnienia tego układu - Platformy Obywatelskiej, którą w licznej grupie zasilili stołeczni działacze zmarłej na uwiąd starczy Mumii Od Wolności, kiedy już poczuli, że pod starym szyldem skończył się czas konfitur. Pan Paweł zajmował się odpowiedzialnym odcinkiem w łańcuszku wydawania pieniędzy podatników warszawskich, bo nadzorował przetargi miejskie, które - tak się oczywiście pewnie przypadkiem, ale nad tą przypadkowości pracują już prokuratorzy, złożyło - wygrywał w dużej mierze jeden biznesmen.
    Gazety "Rzeczpospolita" i "Życie Warszawy" skoncentrowały się wreszcie, po latach, na wątku kryminalnym, w który jest zamieszany także pan Paweł, bo przed swoją gwałtowną śmiercią były przewodniczący Rady Gminy Centrum, znany z licznych alkoholowych i nie tylko, wyskoków, niegdysiejszy zaufany człowiek stołecznych struktur Unii Wolności, biznesmen Bogdan Tyszkiewicz dostarczył podczas zeznań w prokuraturze sporo materiału do przemyśleń dla funkcjonariuszy CBŚ, potwierdzającego wcześniejsze informacje od "skruszonego" świadka koronnego niejakiego "Masy", byłego bandziora grupy pruszkowskiej, o powiązania z którą jest podejrzewanych kilku znaczących osobistości z byłej "pezetperii", obecnie SLD.
    Czyli pokrótce: PZPR/SLD + Unia Wolności + Platforma Obywatelska + nadzorowany przez byłe komunistyczne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych "gang" pruszkowski. Nooo... może wreszcie coś na "skalę europejską", do której to wielkości przez tyle lat dążyły wszystkie "siły postempu" z wyżej wymienionych ugrupowań czerpiących nieustanne profity z umowy w willi resortu MSW PRL w podwarszawskiej Magdalence, określanej nie bez pewnej ironii przez warszawską ulicę "cudem przy okrągłym stoliczku".
    Nasz były kolega z warszawskiego Niezależnego Zrzeszenia Studentów, późniejszy "prezydencik" stolicy Paweł Piskorski został wystawiony na strzał w krzakach swej świeżo zasadzonej puszczy za pieniądze "podatników europejskich" przez trochę już wystraszonego poprzedniego prezydenta W-wy Marcina Święcickiego, który w wywiadzie dla "ŻW" zadenuncjował swego koalicjanta taki słowy w opisie świeżego aresztanta: "Był kontrowersyjną postacią, ale miał silne poparcie, m.in. ze strony Pawła Piskorskiego". Jak wszyscy wiedzą, kolega Paweł P. po stażu w NZS i rozpoczęciu oficjalnej kariery w "partii aferałów" Kongresie Liberalno-Demokratycznym, który później zlał się do środka Mumii Od Wolności, doznawał raz po raz przypływów niesamowitego fartu - mówiąc językiem nałogowych graczy gier hazardowych, najpierw doskonale radząc sobie na trudnym rynku handlu meblami antycznymi, później wyśmienicie odgadując trendy w spekulacjach akcjami na warszawskiej giełdzie, co doprowadziło go stolca w magistracie warszawskim, gdzie rozwinął swoje nadzwyczajne walory w pełnym stopniu, z powodzeniem dla losu własnej kariery lądując na stolcu tzw. CEP-a, czyli unijnego parlamentarzysty, którą to funkcję sprawuje po dzień dzisiejszy, choć został już usunięty z władz Platformy Obywatelskiej przez najwyraźniej zazdroszczących potęgi jego umiejętności kolegów partyjnych.
    Paweł B. zaś w drodze do wybitnie europejskiej w stylu kariery politycznej przebył dalekie jej odcinki - od Porozumienia Centrum, poprzez oczywiście też Unię Wolności po Platformę Obywatelską, która zrezygnowała z jego równie nadzwyczajnych usług w 2003 roku, po opublikowaniu przez dziennik "Rzeczpospolita" artykuł pt. "Towarzystwo wzajemnych inwestycji" na temat tzw. afery mostowej.
    Ta ciągnąca się od lat sprawa niewątpliwie najbardziej przyczyni się do pogłębienia "europeizacji" wizerunku Platformy Obywatelskiej, z całą pewnością ułatwi przygotowanie propagandowego ostrzału ugrupowaniu Populizm i Socjalizm, które w minioną sobotę - przy okazji pozbycia się ze stolca premierowskiego nauczyciela fizyki z Gorzowa Wielkopolskiego - przygotowało miejsce zsyłki dla najpopularniejszego według szamanów od politycznej pogody polityka polskiej sceny aktorów-amatorów właśnie nie gdzie indziej - tylko w Warszawie.

    Bo przecież nie od dziś wiadomo, że w Warszawie jej mieszkańców z autentycznym i np. przedwojennym rodowodem - jest tylu, co kot napłakał, dlatego tą flancującą się cały czas zbiorowością powinien zarządzać czynownik spoza lokalnych władz okupacyjnych...
    Ale - jak historia poucza - najlepsi byli... komisarze!


    Bracia Kaczyńscy pokazują, że to oni rozdają karty, a nie "cichy wspólnik" z PO - Łukasz Perzyna o zmianie na stanowisku premiera w rządzącym obozie koalicji PiS - Samoobrona - LPR Wysłane sobota, 8, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Bracia Kaczyńscy pokazują, że to oni rozdają karty, a nie "cichy wspólnik" z PO - Łukasz Perzyna o zmianie na stanowisku premiera w rządzącym obozie koalicji PiS - Samoobrona - LPR
    Wysłane sobota, 8, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "PiS udowodniło, że nie tylko nie traci popularności w sondażach, ale też wykazuje zdolność do zmiany, zmiany, której zabrakło, gdy u steru była niegdyś AW»S«. Błyskawiczne decyzje podjęte w trakcie posiedzenie Komitetu Politycznego PiS: zapowiedź rychłej dymisji premiera Marcinkiewicza i wskazanie na Jarosława Kaczyńskiego jako kandydata na nowego premiera, poskazują, że PiS nie zamierza prowadzić długiej polemiki medialnej na temat, kto będzie sternikiem nowego rządu. Dlaczego Jarosław Kaczyński zdecydował się zignorować wyniki sondaży popularności, z których wynika że politykiem cieszącym się największym zaufaniem jest premier Marcinkiewicz? Pewnie dlatego, że zna inne sondaże, na inny temat" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, na bieżąco niemal komentuje największe wydarzenie upływającego tygodnia - zmianę na stanowisku premiera rządu PiS.

    W nowych przepowiedniach szamanów sondażowych do sejmu weszłyby tylko PiS, PO, Samoobrona i SLD. Koalicja PiS z Samoobrona po prostu jest, realizuj się na naszych oczach, zaś PO nie ma zdolności koalicyjnej, która mogłaby utworzyć większość rządową. W ostatnim "pełnokrwistym" dniu swego urzędowania premier Marcinkiewicz odbył spotkanie z Donaldem Tuskiem - na terenie lidera PO, w Sopocie, o którym podobno nie wiedzieli Bracia K. Jak widać - to właśnie Donald Tusk "wpłynął" na wybór nowego premiera z PiS, ale czy nie będzie to zwycięstwo pyrrusowe? Nowy premier nie będzie na pewno premierem kompromisu, za jakiego uchodził także w gremiach PO Kazimierz Marcinkiewicz. Jarosław Kaczyński nie konsultował swego posunięcia ani z towarzyszem Lepperem, ani z Romanem Giertychem. A Polacy się już przyzwyczaili, że to Bracia Kaczyńscy rozdają karty i spodziewają się rządu silnego oraz sprawnego, a nie pozostającego w pewnym niedookreśleniu gabinetu Marcinkiewicza...

    Nagranie trwa prawie 10 minut i jest dostępne w Sieci do 21 VII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Jan Maria Władysław Rokita będzie musiał "wycharknąć cnotkę", a słynny ekspert od lotnictwa podziemnego zdecydować się, czy należy do durniów, czy łajdaków - Stanisław Michalkiewicz o wzbierającej fali nowego rozdania na lewicy postpost(?)komunistycznej, czyli "ezelde"-PD-ałów-platformersów Wysłane piątek, 7, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Jan Maria Władysław Rokita będzie musiał "wycharknąć cnotkę", a słynny ekspert od lotnictwa podziemnego zdecydować się, czy należy do durniów, czy łajdaków - Stanisław Michalkiewicz o wzbierającej fali nowego rozdania na lewicy postpost(?)komunistycznej, czyli "ezelde"-PD-ałów-platformersów
    Wysłane piątek, 7, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Fala upałów - ludziom mózgi się gotują z tego gorąca, ale walka wcale nie ustaje, wręcz przeciwnie - walka nie o władzę, ale o DEMOKRACJĘ dla szczęścia ludu - nie ustaje, a nawet staje się bardziej zacięta. Z tego powodu zachorował pan Prezydent na bardzo poważną, dotkliwą chorobę przewodu pokarmowego. Czy była to choroba dyplomatyczna, czy medyczna - co do tego są wątpliwości, bo akurat w tym czasie były obchody 60. rocznicy linczu na Żydach w Kielcach, a gdyby był zdrowy - to z pewnością tam by pojechał. Nie pojechał tam też pan premier nie pojechał tam też Marszałek Sejmu, chociaż co do jego stanu zdrowia nie było żadnego komunikatu, w związku z tym były tam władze pomniejszego wymiaru. A że akurat dzień w dzień zdarzył się szczyt w Weimarze Trójkąta - więc nie mógł i tam pojechać przecież pan Prezydent, sprawiając wrażenie, że cudownie ozdrowiał" - Stanisław Michalkiewicz tłumaczy meandry polityki wewnętrznej oraz międzynarodowej.

    Za komuny właściwej były używane metody razwiedki takie, że Partia zlecała jakiemuś gryzipiórkowi w "L'Hummanite" czy "Morning Star" na Zachodzie jakąś robótkę dziennikarską po to, by później "Trybuna Ludu" czy "Żołnierz Wolności" mogły przedrukować "głos opinii z Zachodu" na tematy zlecone, że w Polsce narasta fa..., no może nie jeszcze wtedy - ale "reakcyjnego podziemia". Być może tak było i ze znanym artykułem w "TAZ" berlińskim nt. pana prezydenta, by można było napisać i upowszechnić w ludzie wersję, ze Prezydent Kaczyński obraził się na Niemców z tak błahego powodu. W tym momencie ośmiu byłych ministrów spraw zagranicznych, w tym TRZECH współpracowników SS PRL, wysmażyło apel - list otwarty, w którym skrytykowali Prezydenta. Wydarzenie bez precedensu w światowej dyplomacji, ale to pokazuje, jacy durnie byli mianowani na takie stanowiska państwowe - albo łajdacy. No i podpisał się pod nim też pan Władysław Bartoszewski - czy należy do durniów, czy łajdaków - o to warto sie zapytać też przy okazji Jego ustąpienia z rady nadzorczej państwowego przedsiębiorstwa PLL LOT, gdzie był mianowany wcześniej przez post(?)komunistów jako słynny ekspert od lotnictwa podziemnego.
    Uaktywnił się też pan były prezydent Lech Wałęsa, u którego boku można było dostrzec dawno nie widzianego "Miecia" Wachowskiego. Pan Wałęsa gromko zadeklarował, że "jest gotów stanąć na czele nowego ruchu politycznego lub istniejącej partii". Pan Jan Maria Władysław Rokita będzie musiał więc "wycharknąć cnotkę", nawet jeśli będzie mu przeszkadzała...

    Nagranie trwa ponad 8 minut i jest dostępne w Sieci do 21 VII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Poczytaj Mamie o SLD:
    My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem!
    ...kto niby bowiem będzie nam sprawdzał tajniki kontraktów specjalnych w MSW i MON, jak już rozwiążą WSI?
    Wysłane piątek, 7, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Cytat podstawowy: "Obiektywnie socjaldemokracja jest umiarkowanym skrzydłem faszyzmu" Józef Stalin (Np. Onet.pl)


    Do resortów z rosyjska określanych jako "siłowe" Partia delegowała nie byle zwyczajnego towarzysza, lecz te bardziej wypróbowane i sprawdzone pod wieloma aspektami kadry, których przedstawiciele wykazali się przedtem wysoce odpowiedzialnymi postawami na innych "kierunkach frontu walki". Do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych PRL i później - w czasie PRL-bis, czyli lat 90. ubiegłego wieku - także i Administracji delegowani byli towarzysze, którym można było powierzyć "wyjątkowej wrażliwości" operacje komunistycznego i post(?)komunistycznego resortu sprawującego prawdziwą władzę na terenie opanowanym przez wyznawców marksizmu-leninizmu-stalinizmu-kwaśniewizmu-milleryzmu. Nadzór nad operacjami związanymi z np. wyprowadzaniem pieniędzy "publicznych", czyli z budżetu państwa, które - co trzeba cały czas przypominać - są niczym innym tylko w majestacie prawa zagarniętymi pieniędzmi podatników danego systemu fiskalnego, powierzyć można tylko odpowiednim "fachowcom". Takim osobnikiem na właściwym miejscu z całą pewnością był towarzysz wiceminister Ciećwierz Leszek, o którego wyczynach poinformowały w dniu dzisiejszym media mainstreamowe.

    Leszek Ciećwierz, były wiceminister spraw wewnętrznych i administracji w rządzie Leszka Millera, ma na karku prokuratora. Wydał publiczne pieniądze na zakup nieprzydatnych komputerów - doniósł m.in. w dzisiejszym wydaniu brukowy dziennik "Super Express".
    Prokuratura Okręgowa w Warszawie zarzuca mu niedopełnienie obowiązków i niegospodarność związaną z zakupem bez przetargu 2576 sztuk komputerów wartości ponad 12 mln złotych.
    za takie przetęstwo "białych kołnierzyków" (choć w tym przypadku - wybitnie czerwonych) grozi do 3 lat więzienia. O tej sprawie pierwszy napisał dziennik "Rzeczpospolita" w lipcu ubiegłego roku, kiedy szefem i partyjnym kamratem tow. ministra był tow. Ryszard Kalisz. Byłych biurokratów specjalnych z PZPR-owskiego chowu nie aresztowano, gdyż wyszli za kaucją - tow. Ciećwierz za pomocą 20 tys. złotych, były dyrektor Centrum Personalizacji Dokumentów i jego zastępca - po 80 tys. zł.
    Prokurator zarzuca Leszkowi Ciećwierzowi, że niepotrzebnie wydał z państwowej kasy pieniądze na zakup komputerów przez podlegające MSWiA Centrum Personalizacji Dokumentów. Dostawcę - firmę Wasko - wyłoniono bez przetargu, bo Ciećwierz uznał, że nie jest on konieczny. Gdy sprzęt trafił do urzędów - gdzie miał służyć do obsługi ludności - okazało się, że jest nieprzydatny.
    Przedstawiciel prokuratury nie chce zdecydować się publicznie na użycie słowa "korupcja", o której makabryczny wzrost został oskarżony rząd tow. Muellera (pisownia europejska nazwiska) Leszka i jego kamratów z SLD przez m.in. organizację analizującą ten aspekt życia społeczno-politycznego Transparency International.
    O towarzyszu specjalnym Ciećwierzu Leszku było głośno przy okazji przetargu na budowę Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców (CEPiK). W 2003 r. "Super Express" ujawnił, że MSWiA podpisało ten ważny kontrakt wielomilionowej wartości z południowoafrykańską firmą, której polskim przedstawicielem był międzynarodowy handlarz bronią, Bogdan Letowt. Jako przedstawiciel Cenzinu w 1991 r. Letowt próbował sprzedać polską broń do RPA - kraju objętego wtedy embargiem ONZ.

    W końcówce ustalonego w końcu lat 80. ub. wieku przy tzw. okrągłym stoliku pokerowo-brydżowym terminu zakończenia bezpośrednich rządów PZPR-SdRP-SLD w PRL-bis towarzysze musieli się skupić nad ostatnimi sprawami zabezpieczającymi przyszłość "biznesową" przemianowanych na Nową Burżuazję byłych współpracowników sowieckich okupantów Rzeczypospolitej, wygodnie przez ten okres dostosowanych do nowych warunków sprawowania władzy - tym razem - finansowej, daleko dotkliwszej dla poddanej ich rządom "masy społecznej" Nowej Wspaniałej Części Jeszcze Wspanialszej Nowej Ojropy - "regionu polskiego UE". Towarzysz Ciećwierz jest z całą pewnością dobrym i sprawdzonym współpracownikiem kolejnych "projektów biznesowych" post(?)komunistów...


    Przepraszam za Mazura - Krzysztof Mazur Wysłane piątek, 7, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W czasie gdy Adam Michnik nakazywał, aby "odpieprzyć się od generała", Zbigniew Bujak przeprosił za "Solidarność". Kto by się wówczas mógł spodziewać, że wspomniane przeprosiny zapoczątkują całą serię przeprosin, tym się charakteryzujących, że przepraszają nie ci, którzy zbrodnie lub niegodne czyny popełnili i w imieniu tych, którzy również nie byli w nie zamieszani, podczas gdy winowajcy albo pozostają nieznani, albo są znani - ale lepiej udawać, że ich nie ma. Tak też prezydent Kwaśniewski przeprosił w imieniu Polaków za Jedwabne, biskup Dziwisz w imieniu Kościoła "tych, którzy czują się poszkodowani", a prezydent Kaczyński zdążył przeprosić już nawet Ukraińców i Żydów, a przecież to dopiero początek jego kadencji.

    Mam ostatnio pewien dyskomfort psychiczny, gdyż jakiej by nie otworzyć rankiem gazety to albo nagłówek krzyczy, że "ścigany jest Mazur", albo lada dzień spodziewana jest "ekstradycja Mazura" i już nawet do tego kontekstu, w którym widzę codziennie nazwisko identyczne do swojego, zdążyłem się przyzwyczaić, gdy tu nagle dzień po obchodach pogromu kieleckiego głównym bohaterem wydania "GW" i "RZ" został kapral Mazur, przedstawiony przez te media jako wzorcowy przykład polskiego antysemity gromiącego w 1946 r. obywateli narodowości żydowskiej. W takiej przynajmniej konwencji został napisany artykuł Jana Tomasza Grossa, któremu życzliwej gościny użyczyła na swoich łamach "Rz". Tak się jednak składa, że dzień wcześniej tj. 4 lipca "Nasz Dziennik" zamieścił obszerny raport biskupa Kaczmarka, sporządzony dwa miesiące po kieleckiej tragedii, w którym również wątek kapral Mazura znalazł swoje dość jednoznaczne uwypuklenie, z tym, że według opinii informatorów biskupa Kaczmarka, kapral Mazur nie tyle był antysemitą, którego zaślepienie pchnęło do zabijania - co wyrachowanym kryminalistą w mundurze władzy ludowej, dla którego ludzkie życie było mniej warte od pieniędzy i kosztowności, które ci posiadali. Ale widocznie dla współczesnych najemników realizujących kejs pt. "upokarzanie Polski na arenie międzynarodowej" takie przedstawienie rabusia-mordercy jako typowego polskiego antysemity zabijającego - w wolnym czasie między śniadaniem a porą obiadową - Żydów, jest bardzo wygodną figurą retoryczną.
    Tymczasem IPN już kilka miesięcy temu opublikował pracę dokumentującą działania aparatu represji w Polsce powojennej i z tego opracowania, któremu nikt nie odmawia waloru naukowości wynika, że w okresie najgorszych stalinowskich prześladowań blisko 40 proc. składu osobowego najwyższego szczebla tego aparatu stanowili funkcjonariusze żydowskiego pochodzenia. Mimo upływu lat żyją jeszcze świadkowie tamtego czasu i o ile nie byli uwikłani w PRL-owski system, to wszyscy zgodnie przyznają to, co przez wiele lat próbowano przedstawiać jako bezpodstawne rojenia zwolenników spiskowych teorii. W tej sytuacji cyniczne jak u Grossa lub co najmniej - jak u innych - irytujące szukanie przyczyn w sadystycznej naturze Polaków lub ich ciemnocie opartej na historiach o "puszczaniu krwi" na macę może świadczyć jedynie o chęci odwrócenia uwagi od prawdziwej przyczyny lawinowo narastającej niechęci polskiego narodu do ludności żydowskiej w tamtym okresie. Jak nietrudno zauważyć, niechęć ta zawsze wzbierała w okresie i na terytorium, które w swoje władanie obejmowała władza radziecka, a dzisiaj już każdy wie, że władza radziecka ma na sumieniu więcej niewinnych ofiar niż system hitlerowski. I w odróżnieniu od hitlerowców, którzy eksterminowali głównie narody podbite, ludzie radzieccy zasadniczo mieli upodobanie w eksterminowaniu własnych obywateli. Biskup Kaczmarek pisząc swój raport na temat kieleckiego linczu, jeszcze nie wiedział, że rok później powstanie państwo żydowskie, ale powiązanie sterowanych przez żydokomunę antysemickich tumultów z tymi dążeniami jest z dzisiejszej perspektywy nadzwyczaj trafne.
    Stąd też jasne jest, że zapoczątkowana kampania "Strach"-u jest tylko kolejnym etapem pogromu dokonywanego na narodzie polskim i przykre jest, że ani rządu, ani prezydenta, którzy mamili nasz naród obietnicą przywrócenia godności, nie stać obecnie na twarde słowa prawdy wobec naszych oszczerców, chociaż stać ich na demonstrowanie własnej próżności w obronie dumy urażonej przez niemiecki odpowiednik "Trybuny Robotniczej", bo dla obecnej "Trybuny" to porównanie byłoby chyba jednak krzywdzące.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Z duszą duszno - Stanisław Michalkiewicz Wysłane piątek, 7, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Już Józef Stalin swoim przenikliwym umysłem zauważył, że nie ma nic gorszego, jak zawrót głowy od sukcesów. Od tamtej pory nic się nie zmieniło; zawrót głowy od sukcesów nadal jest głęboko szkodliwy, toteż pedagogika międzynarodowa dba o to, by żadnemu, a zwłaszcza niepowołanemu narodowi taka przypadłość się nie przytrafiła. Dlatego jak tylko zakończą się obchody Powstania Poznańskiego, które taki zawrót głowy od sukcesów mogłyby nam wywołać, zaraz rozpocznie się proces przywracania nas do bolesnej rzeczywistości. Zakrzątnął się wokół tego niestrudzony światowej sławy naukowiec Jan Tomasz Gross, obnażając w swojej kolejnej książce "Strach" wstydliwe zakątki czarnego sumienia narodu polskiego. Naród polski, jak wiadomo, jest narodem zbrodniarzy, tylko na skutek zawrotów głowy od sukcesów jeszcze o tym nie wie. Najwyższy zatem czas, by mu to uświadomić, wytarzać w smole i pierzu, wzbudzając w ten sposób poczucie winy, a kiedy już te zmiękczające kamienne polskie serca zabiegi się zakończą, można będzie pewnie przystąpić do kontynuowania rozmów o wiadomych rewindykacjach. Już nam tam specjaliści spenetrują nasze sumienia i "każdy grzech palcem wytkną, zademonstrują, święte pieczęcie złamią, powyskrobują", dzięki czemu żadna polska Schweine nie odważy się wierzgać przeciwko ościeniowi. Zdaje się, że taki mniej więcej scenariusz został już zatwierdzony, być może nawet przez samego laureata pokojowej nagrody Nobla pana Eliasza Wiesela, toteż myślę, że pan red. Adam Michnik trochę za późno się ze swoim protestem wybrał nawet jak dla ratowania pozorów.
    Kiedy się takie rzeczy ogląda ze Szwecji, można odnieść wrażenie oglądania scen z zamierzchłej przeszłości. Moi sztokholmscy przyjaciele oświecają mnie wszelako, że to mogą być pozory, bo "Szwed zaciska pięść w kieszeni". Czyżby już się nauczył, czyżby już został wytresowany, że to wolno myśleć, a tego za żadne skarby nie wolno, a jeśli nawet coś tam sobie i myśli bez pozwolenia, to pilnuje, żeby broń Boże się z tym przed nikim nie zdradzić? Wszystko to być może, ale to chyba zdarza się coraz rzadziej i raczej u przedstawicieli starszego pokolenia. Młodzież, jak się wydaje, myśli już po nowemu, dlatego z niczym nie musi się pilnować, niczego ukrywać, tylko swobodnie cieszyć się wolnością w granicach wybiegu.
    Akurat rozmawiałem z bardzo miłą studentką prawa uniwersytetu w Upsali, która opowiadała mi o pracy, jaką napisała na uczelni o przypadku pastora skazanego, jak wiadomo, na trzy miesiące więzienia za wygłoszenie podczas kazania poglądu, że homoseksualizm jest grzechem. Moja rozmówczyni w swojej pracy wskazała na konflikt między dwoma prawnie chronionymi wartościami: prawami homoseksualnej mniejszości i wolnością słowa. Przyznam, że trochę mnie to zdziwiło, bo nie przypuszczałem, że państwo powinno gwarantować obywatelom prawo do dobrego samopoczucia. Jeśli na przykład niewierny mąż zarazi cała swoją rodzinę wstydliwą chorobą, to czy prawo powinno chronić jego dobre samopoczucie, zabraniając rodzinnej większości wytykania mu tego lekkomyślnego postępku? To jednak był drobny szczegół w porównaniu ze sprawą zasadniczą, czyli wspomnianym konfliktem między domniemanymi prawami mniejszości a wolnością słowa. Młoda adeptka jurysprudencji najwyraźniej stanęła na stanowisku, że pastor owszem, może oczywiście głosić swoje kazania, skoro już nie może bez nich wytrzymać, ale powinien się pilnować, by nikogo w nich nie urazić, zwłaszcza - by nie urazić żadnej mniejszości. Jest to bardzo ciekawy pogląd również z punktu widzenia teologicznego. Oznacza bowiem, że wytykanie grzesznikom grzechów graniczy z przestępstwem przeciwko politycznej poprawności, a może nawet te granice przekracza. Wygląda na to, że między tradycyjnymi religiami, w których grzech, wina, skrucha i zadośćuczynienie odgrywają wielką rolę, a polityczną poprawnością, której najważniejsze przykazanie zabrania urażania kogokolwiek, konfrontacja jest nieuchronna.
    Nieuchronna wydaje się także konfrontacja politycznej poprawności z ludzką wolnością. Polityczna poprawność uważa za oczywiste, że jeśli jeden człowiek chce coś powiedzieć drugiemu, to musi uzyskać na to pozwolenie od trzeciego, który akurat sprawuje władzę publiczną. Istnienie tematów tabu i ich mnożenie stopniowo eliminuje z publicznego dyskursu wszelki autentyzm, co w konsekwencji zabija samą potrzebę rozmowy, bo i o czym tu rozmawiać, kiedy wszyscy tylko powtarzają dozwolone mantry? I pomyśleć, że Stalin wymordował kilkadziesiąt milionów ludzi dla osiągnięcia tego celu i - jak się okazało - bezskutecznie. Tymczasem socjaldemokraci, rezygnując z terroru, nie zrezygnowali z celu, osiągając go stopniowo, bez specjalnego sprzeciwu ludzi obłuskiwanych z wolności bez przerywania snu. Na pierwszy rzut oka wszystko jest z nimi w najlepszym porządku, a jednak poznana przypadkowo 94-letnia Czeszka, ongiś współpracownica polskich dyplomatów, dziś dożywająca swoich dni w pensjonacie dla starców, wprawdzie mówi, że jej dobrze, ale dodaje, że ludzie "nie mają duszy". To teraz chyba kolej na nas.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    IV MARSZ JOW NA WARSZAWĘ przełożony - uchwała Zarządu Stowarzyszenia JOW w sprawie odwołania tegorocznego Marszu na Warszawę Wysłane czwartek, 6, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Uchwała Zarządu
    Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego
    "Jednomandatowe Okręgi Wyborcze"
    Wrocław, 28 czerwca 2006 r.


    W ostatnich tygodniach do członków Zarządu dotarły liczne głosy kwestionujące celowość organizowania IV Marszu na Warszawę o JOW w dniach 12-13 lipca br. Wielu uczestników i działaczy Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych uważa, że

    po pierwsze: Marsz w tym terminie układałby się w ciąg licznych ostatnio manifestacji i demonstracji ulicznych, posiadających charakter głównie rewindykacyjny i których celem jest krytyka różnych działań obecnych władz państwowych. Nasz Ruch nie jest związany z żadną partią polityczną ani nie reprezentuje interesów żadnej szczególnej grupy społecznej czy zawodowej. Podnosimy postulat ustrojowy o zasadniczym znaczeniu dla wszystkich obywateli Rzeczypospolitej;

    po drugie: termin Marszu koliduje z rozpoczętą już kampanią wyborczą do samorządu terytorialnego, w którą zaangażowani są liczni uczestnicy Ruchu, a przede wszystkim wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast - Honorowi Patroni Ruchu JOW.

    W tej sytuacji Zarząd postanowił odwołać manifestację w dniach 12-13 lipca 2006 r. i przełożyć ją na dogodny termin po wyborach samorządowych.


    Przewodniczący Zarządu
    Janusz Sanocki


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


    UPRzejmy punkt widzenia (20) - Wojciech Popiela Wysłane czwartek, 6, lipca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Jest taktyka Tysowskiego i taktyka Piłsudskiego - stwierdził, mówiąc o telewizji, pan Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla "Naszego Dziennika". "Tysowski to był - przypominam, bo poza historykami mało kto to pamięta - dyktator Powstania Krakowskiego z 1846 roku, które po kilku dniach zakończyło się kompletną klęską. Ale zanim tak się zakończyło, zdołał on, mając z tysiąc uzbrojonych ludzi, wypowiedzieć wojnę wszystkim zaborcom. Moralnie można powiedzieć, że miał całkowitą rację. Tylko że tak się skończyło, jak się musiało skończyć. Piłsudski nie wyruszył, dajmy na to, ze Strzelcami w 1910 roku do Galicji, chociaż 80 lat wcześniej Zaliwski i Zawisza to właściwie uczynili, tylko czekał na wojnę, miał plany związane z przewidywanymi wydarzeniami politycznymi, szedł na różne, nawet trudne kompromisy - był przecież nawet współpracownikiem wywiadu austriackiego. Ale Piłsudski miał plan polityczny i działając racjonalnie, generalnie rzecz biorąc, odniósł sukces, i to jest właśnie ta różnica. Można iść w telewizji drogą Tysowskiego, i to się skończy klapą, a można działać mądrze, uznając realia, także te, które się nie podobają. IV Rzeczpospolitą trzeba budować w takich warunkach, jakie są".

    Ponownie więc mamy echo słów pani Gilowskiej: gra się tak, jak przeciwnik pozwala. A przeciwnik pozwala na coraz mniej. Z jednej strony z mozołem działające służby starają się utrzymać swoje dotychczasowe wpływy, z drugiej tyrania biurokratyczno-salonowego status quo. A do tego jeszcze wewnętrzne słabości. W świetle tego, stwierdzenie przypisywane panu Andrzejowi Urbańskiemu, do niedawna pracownikowi Kancelarii Prezydenta RP, że "najbliższe otoczenie premiera było zdecydowanie przeciwko ustawie o likwidacji WSI", jest tylko podsumowaniem, a nie wiadomością dnia.

    Z panem premierem w ogóle jest pewien problem. Podobnie z jego otoczeniem. Od początku pełnienia opłacanej przez nas funkcji prezesa Rady Ministrów pan Marcinkiewicz w charakterystyczny dla siebie sposób uśmiechając się, uprawiał propagandę sukcesu, co przy dłuższym słuchaniu powodowało odruchy niesmaku. Z czasem uśmiech zniknął. W marcu pan premier miał złożyć niektórym organizacjom żydowskim pewne obietnice. Jego urzędnicy najogólniej mówiąc, zaprzeczyli na piśmie. W przeciwieństwie do wspomnianych organizacji. Dlaczego premier nie odważył się powiedzieć wprost prawdy społeczeństwu, które płaci mu pensję? Czyżby z przyczyn wskazanych na początku przez pana Kaczyńskiego? Każdy wie, że niektóre organizacje żydowskie mają chętkę na nie swój majątek. Wiemy też, że polityka kolejnych parlamentów i rządów, w tym i rządu pana Marcinkiewicza, uzależnia Polski budżet od kupujących obligacje przez rząd emitowane. Środowiska żydowskie są wpływowe. Media, na które mają wpływ, mogą w ciągu dnia przez cały świat przetoczyć tak "czarny PijaR", że ofiara wpada w "czarną dziurę". Wszystko to wiemy i doceniamy ich umiejętności i możliwości. Czy jednak nie wypada w takiej sytuacji umniejszać rolę obligacji i mówić pewne rzeczy wprost, wytrącając z ręki możliwości specjalistom od "czarnego PijaRu"? Czy nie podobnie należało postąpić, zakładając czyste intencje, z panią prof. Gilowską? Skoro premier i otoczenie wiedzieli o sprawie od dawna, czy nie należało w dniu nominacji ogłosić sprawę i zneutralizować szantażystów? Nie zrobiono tego, by mieć bat także we własnym ręku, czy z innych przyczyn? Ogłaszanie, zaraz po zdymisjonowaniu pani Gilowskiej, zwiększenia liczby biurokracji skarbowej i wycofania się z próby naruszenia przywilejów "twórców" było zapewne także "uznaniem realiów, także tych, które się nie podobają". Zwłaszcza, gdy po stronie status quo stanął sam pan prezydent.

    Jeśli już o otoczeniu mowa. Czy rzeczywiście pan Neneman ze swoimi poglądami wprost z rządu pana Belki, to konieczność w rządzie IV RP, czy też taktyka piłsudczykowska omówiona przez pana Kaczyńskiego? Czy rację ma konsul RP w Kurytybie, pan Perlin mówiąc, że "Schnepf jest osobistym przyjacielem premiera Marcinkiewicza, który się we wszystkim go radzi i słucha", co potwierdził sam pan Marcinkiewicz na falach Radia Maryja - czy Zarząd Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polskich w Ameryce Łacińskiej twierdzący, że "oczywiście była to wierutna bzdura, co potwierdziło rychłe, bo dokonane w ciągu zaledwie paru tygodni od wypowiedzenia tych słów przez konsula Perlina, odwołanie R. Schnepfa ze stanowiska doradcy"? http://www.wirtualnapolonia.com/teksty.asp?TekstID=10693
    A może, to znów tylko piłsudczykowska taktyka premiera, który próbował Panu Bogu świeczkę i... no, wiadomo co.

    Odkąd zresztą pan premier odwołał pana Schnepfa, co poruszyło środowiska zagraniczne, a o czym donosił "Najwyższy CZAS!" (oraz wcześniej - nasza witryna - red. ASME), na Polskę spadła fala plag. Co prawda budynki naszego rządu nie są jeszcze ostrzeliwane przez helikoptery najpotężniejszej armii na Bliskim Wschodzie, ale poziom antysemityzmu znacznie przekroczył, wg "prasy międzynarodowej" i jej tutejszych "korespondentów", stan alarmowy. Do Naczelnego Rabina Polski, akurat w przededniu wizyty Papieża w obozie Auschwitz-Birkenau, podszedł człowiek, mówiąc "Polska dla Polaków". I akurat wtedy Naczelny Rabin zapragnął dyskusji w języku polskim, w wyniku czego doznał napaści, o czym dowiedzieliśmy się dobę po zdarzeniu - z wiadomości agencyjnych. Wkrótce potem przeciw faszyzmowi wystąpiła młodzież i doprowadzone na miejsce przez nauczycieli dzieci, a także ZNP i byli urzędnicy MEN z różowego nadania. Przepis na zwycięstwo był prosty: "Giertych do wora. Wór do jeziora". Raz jeszcze okazało się, że najgenialniejsze są najprostsze rozwiązania. (Co na to prokurator krajowy? Czy policja wykaże się taką sprawnością, jak w przypadku rozmówcy Naczelnego Rabina Polski? Czy pan prezydent przyjął ministra Giertycha i przekazał stosowne wyrazy? Czy premier zatroskał się stanem zdrowia osoby ze swojego rządu, której grożono śmiercią przez utopienie?)

    W sukurs temu rozwiązaniu na arenie międzynarodowej przyszedł pan Marek Edelman, który miał dać przepis "na sucho" rozwiązujący kwestię "faszyzmu" w Polsce. Na sucho, gdyż nie wszędzie znajdują się jeziora, a i worków może zabraknąć. Brzmiał on: Jeśli chcemy ocalić Polskę, moja rada brzmi, by chwycić za nóż i uderzyć tam, gdzie ich zaboli ("The Daily Telegraph"). Pan Edelman ma spore doświadczenie i wie, co mówi. W czasie walki z faszyzmem, w dobie nieufności i strachu nie ma czasu na dyplomację i rozważania. Cios wywołujący czasem coś więcej niż tylko ból jawi się jako ocalające wyjście z sytuacji. Można to zrozumieć. http://polish-jewish-heritage.org/Pol/maj_03_Bundowiec_Syjonistaq_GW.htm

    By tego było mało, pan Gross ogłosił, że Polacy mordowali po wojnie Żydów z przyczyn finansowych. W tym samym czasie pewien adwokat zażądał od polskiego rządu pieniędzy za przedwojenne obligacje. A tu jeszcze zbliża się 4 lipca i Kielce będą miały swój dzień w międzynarodowych mediach (http://www.echodnia.eu/swietokrzyskie/?cat=10&id=31466).

    Na nasze imienne listy w sprawie nieuprawnionych roszczeń niektórych organizacji żydowskich, skierowane do 560 parlamentarzystów polskich, odpowiedziały trzy osoby. W tym żaden z byłych członków UPR zasilających obecnie inne partie. Czy w związku z powyższymi i przyjęciem przez PiS taktyki piłsudczykowskiej nie należy rozważyć powołania pana Schnepfa choćby na wicepremiera? W zamian za pana Giertycha. W przeciwnym razie "Gazeta Wyborcza" wydrukuje jeszcze nie raz na pierwszej stronie wielkimi literami: WIELKI ZAMĘT.

    Póki co, walka trwa. Co będzie po jej zakończeniu? Jeśli koalicja wygra połowicznie, tj przetrwa, ale przegra kolejne wybory - kto przejmie we władanie Centralne Biuro Antykorupcyjne będące w istocie zalążkiem nowej służby specjalnej, mającej zaufanie aktualnej władzy i wymierzone przeciw dotychczas rządzącym, którzy do obecnego poziomu korupcji doprowadzili i zeń korzystali? Czy utrwalanie władzy państwa w gospodarce, edukacji, lecznictwie itd. jest korzystne dla przyszłych rządów np. SLD-PO? Dlaczego PiS nie chce zneutralizować wpływów salonu poprzez rynek? Znosząc bariery, dopuszczając konkurencję, znosząc przywileje, czyli wystawiając układ na walkę konkurencyjną, uszczuplić można jej władzę finansową, czyli realną. Czy PiS rzeczywiście myśli, że będzie rządziło wiecznie? Czy nakarmienie własnego otoczenia politycznego jest tylko wymogiem chwili, czy okaże się przyzwyczajeniem uniemożliwiającym rzeczywistą zmianę ustroju gospodarczego Polski?

    I jeszcze jedna uwaga, istotna dla osób przeciwnych wyrzekaniu się wolności za talerz zupy z kuchni państwa solidarnego vel socjalnego. Czy to idąc drogą Tysowskiego, czy Piłsudskiego - trzeba mieć "wojsko". Ludzie gotowi do walki o to, w co wierzą, są niezbędni. Ludzie posiadający broń adekwatną do czasów. Wówczas palną. Dziś finansową, medialną. Można co prawda siąść na brzegu rzeki i czekać, aż przeciwnicy spłyną z nurtem rzeki, ale trzeba bardzo długo żyć, co i tak nie gwarantuje wprowadzenia w życie rozwiązań, o jakie walczymy.

    Gdy już o rozwiązaniach o jakie walczymy mowa, warto pamiętać o tym, że premier i wicepremier (nie socjalliberalny pan Lepper, tylko ten "do wora") polskiego rządu deklarują chęć naśladowania pana Reagana i pani Thatcher. W książce "Moja wizja Ameryki" - którą zredagowali i do której teksty wybrali panowie Paweł Toboła-Pertkiewicz i Marek Jan Chodakiewicz, goszczący ostatnio z wykładem w siedzibie UPR, z którego jest dostępna TV relacja na ASME: http://www.asme.pl/115153039315879.shtml
    - znajdujemy taki fragment przemówienia pana Reagana:
    "W moim własnym mniemaniu byłem jedynie obywatelem, reprezentującym innych obywateli przeciwko instytucjom rządowym. Zwracałem się zawsze do ludzi, a nie do polityków. Zamiast zwykłego komitetu selekcjonującego poszukujących pracy, zażądałem komitetu obywatelskiego. Powiedziałem, że chcę administracji złożonej z osób, które nie dążą do zrobienia karier rządowych, które pierwsze powiedziałyby mi, że ich stanowisko jest zbędne. Stało się dokładnie to, czego oczekiwałem. Pewnego dnia młody człowiek, obecnie zatrudniony w przemyśle lotniczym, rozwiązał cały departament, a następnie zwrócił mi klucz do swojego biura. Powiedział mi, że jego departament nie był już potrzebny. Rzeczywiście, do chwili obecnej nigdy nie odczułem jego braku, a powiem nawet więcej - nie tęskniłem, gdyż nawet nie wiem gdzie się znajdował".

    I co na to opłacani przez nas panowie "wolnościowcy": Marcinkiewicz i Giertych?

    Tymczasem czerwony rząd Włoch porzuca ideały rewolucji. Zniesione zostaną limity na licencje dla taksówkarzy. Rząd zezwolił też na wprowadzenie prywatnej miejskiej komunikacji autobusowej. Do tego uproszczono procedury sprzedaży używanego samochodu lub motocykla, a także zniesiono dodatkowe opłaty notarialne. Kompetencje w tej sprawie powierzono gminom, które odpowiednie dokumenty wydawać będą bezpłatnie. Zezwolono na sprzedawanie leków (tych bez recepty) w supermarketach. Właściciele wszystkich sklepów będą też mogli w nich sprzedawać, co chcą, a nie tylko towar, na który otrzymali wymagane dotychczas zezwolenie. A nawet w swojej łaskawości rząd włoski zniósł limit piekarni, jakie mogą działać w mieście, a także ograniczenia w sprzedaży chleba (ponoć, co sześć godzin maksimum 60 kg). I choć z UPRzejmego punktu widzenia przypomina to łaskawość Lenina, który przeciągając gardło małego chłopca brzytwą, jedynie naciął naskórek - a mógł zabić - to trudno zaprzeczyć, że trącące komuną symbole w godle Republiki Włoskiej doznają niniejszym z rąk komunistów uszczerbku.

    I ten optymistyczny nastrój niech towarzyszy nam przez cały tydzień.

    Wojciech Popiela

    Publicystyka Wojciecha Popieli na ASME.


    Czeka nas gorące lato, towarzysz doktor Edelman wzywa do wycinania nożami "faszyzmu", a z pocieszeniem chrześcijańskim pośpieszył do byłej ministerki finansowej JE Józef Życiński - Stanisław Michalkiewicz o kolejnych "znakach czasów" w politycznym światku "polskiego regionu UE" Wysłane piątek, 30, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Czeka nas gorące lato, towarzysz doktor Edelman wzywa do wycinania nożami "faszyzmu", a z pocieszeniem chrześcijańskim pośpieszył do byłej ministerki finansowej JE Józef Życiński - Stanisław Michalkiewicz o kolejnych "znakach czasów" w politycznym światku "polskiego regionu UE"
    Wysłane piątek, 30, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Wydaje się, że jesteśmy w przededniu kanikuły, ale to chyba tylko pozory, cisza przed burzą, bo oto »światowej sławy historyk«, profesor zresztą, choć socjologii, ale »zdolny do wszystkiego« Jan Tomasz Gross napisał i wydal w Stanach Zjednoczonych książkę »Strach, antysemityzm po Auschwitz«. Książka podobno ma baaardzo pochlebne recenzje »ałtorytetach moralnych«, gdyż mówi o odrażających przejawach »organicznego, polskiego antysemityzmu« w związku z m.in. tzw. linczem w Kielcach w 1946 r. Recenzował ją m.in nagrodzony Noblem pisarskim Eliasz Wiesel, choć recenzje być może odbiją sie nawet na Tamtym Świecie, o czym zapewniają nas rozmaici nadgorliwcy" - Stanisław Michalkiewicz dokonuje przeglądu znaczących wydarzeń mijającego tygodnia w kraju i na świecie.

    W Polsce w związku ze zbliżającym się polską edycją tej książki zabrał głos towarzysz doktor Marek Edelman, który zwrócił uwagę "opinii międzynarodowej na "odradzający się polski faszyzm" i wezwał do wzięcia noża w rękę, by tym nożem "polski faszyzm wyciąć". Widać, że kampania upokarzania Polski w oczach "opinii międzynarodowej" się rozwija, stąd niezwykły wysyp "na polskich ulicach" faszystów i nazistów. Wygląda na to, z e czeka nas lato gorące, bo przecież nie skończy się to na 4 lipca, kiedy będą trwały obchody "pogromu kieleckiego", wydawnictwo "Znak" już o to zadba, wydając nowe dzieło "zdolnego do wszystkiego" "światowej sławy" historyka-socjologa Grossa, podobnie jak to było z jego poprzednią enuncjacją "Sąsiedzi" o Jedwabnym...
    Razwiedka też nie zasypia gruszek w popiele, sprawa pani ministerki finansowej Gilowskiej nabiera rozpędu, sama zainteresowana najbardziej dodaje osobliwego pieprzyku do tej historii według znanego na Lubelsczyźnie powiedzenia "ty mnie trzymaj, bo ja zaraz będę się wyrywał!", co znakomicie ilustruje buńczuczną postawę byłej pani minister... Oto z ostentacyjnymi chrześcijańskiej solidarności pośpieszył JE arcybiskup Józef Życiński!

    Nagranie trwa ponad 5 minut i jest dostępne w Sieci do 14 VII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Czy polityką "prawicowych" ugrupowań rządzą działacze post(?)komunistyczni? - Łukasz Perzyna o widocznych rysach w "monolitycznym" do niedawna wizerunku PiS Wysłane piątek, 30, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Czy polityką "prawicowych" ugrupowań rządzą działacze post(?)komunistyczni? - Łukasz Perzyna o widocznych rysach w "monolitycznym" do niedawna wizerunku PiS
    Wysłane piątek, 30, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Rozdźwięki w obozie rządzącym to zawsze dyżurny temat dla publicystów i komentatorów życia politycznego. Prawo i Sprawiedliwość było swego rodzaju wyjątkiem, bo w trakcie np. ubiegłorocznej kampanii parlamentarnej i prezydenckiej reprezentowało siebie jako zgrana drużyna. Drużyna Braci Kaczyńskich istniała naprawdę i wybory wygrała podwójnie, w odróżnieniu od werbalnej »drużyny Donalda Tuska«. PiS miało skłonności do prezentowania siebie jako monolitu. Bracia Kaczyńscy wykreowali obraz partii zwycięskiej, wodzowskiej, przypominającej trochę niegdysiejszą KPN. Istniały w nim jednak pewne »grupy sentymentalne«, jednak były to grupy raczej środowiskowe, nie różniące się zbytnio programem. Tak działo się niemal do ostatnich tygodni. W dwóch tematach: kwestii przyszłości Zyty Gilowskiej oraz gorszących afer korupcyjnych w polskim sporcie politycy PiS zaczęli mówić różnymi głosami" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME zwraca uwagę na ewidentne rysy na wizerunku ugrupowania rządzącego.

    Gdy premier Marcinkiewicz ogłaszał przyjęcie dymisji ministerki finansowej Zyty Gilowskiej, podkreślał, że czyni to w imię przyjętych zasad etycznych swojego ugrupowania, a więc - nie z własnego przekonania. Publiczną tajemnicą jest, że w poprzedzającym ową dymisję czasie nad premierem trwała intensywna praca ze strony środowiska Jarosława Kaczyńskiego. Oburzenie premiera nad sytuacją, w jakiej znalazła się była pani minister - brak działania ze strony sądu lustracyjnego - poskutkowało nieoczekiwanym oświadczeniem, że "czekamy na powrót pani Gilowskiej do rządu". Pierwszy minister jednak nie mógł zrealizować swojej uprzejmej zapowiedzi, gdyż nie można przecież zdymisjonować nowego ministra finansowego po zaledwie tygodniu jego urzędowania, bo wystawia to złe świadectwo na rynkach międzynarodowych. Drugie oświadczenie wypłynęło z biura parlamentarnego PiS, gdzie Przemysław Gosiewski powiedział, że Zyta Gilowska może powrócić do rządu - ale dopiero po dokonaniu lustracji.
    W sprawie ujawnionej wreszcie korupcji na dużą skalę w środowisku Polskiego Związku Piłki Nożnej, gdzie służby dokonały aresztowań prominentnych jego działaczy - też widoczny jest konflikt poglądów w PiS. Premier Marcinkiewicz chciałby zostać ojcem sukcesu Mistrzostw Europy w 2012, w których gospodarzami mogą być wspólnie Polska i Ukraina. Byłoby to olbrzymie przedsięwzięcie, skutkujące wielkimi inwestycjami w obu krajach. Minister sprawiedliwości Ziobro apeluje do działaczy PZPN o radykalne kroki, zaś minister sportowy Lipiec pokazuje się publicznie z prezesem Listkiewiczem i mówi o "ewolucyjnych krokach". Rozbieżność polega na jednoczesnym oczekiwaniu, że Listkiewicz "załatwi" we władzach europejskich piłki kopanej profity z organizacji Mistrzostw, z drugiej strony - do więzienia wsadzani są czołowi działacze związku czerpiącego kolosalne profity z kopania szmacianki. Politycy zgłaszają konkurencyjne wobec siebie opinie, ale na razie nie kopią się po kostkach, podtrzymując zasadę prymatu dyskusji nad bezwzględną walką personalną. Ale - jak długo jeszcze?

    Nagranie trwa ponad 18 minut i jest dostępne w Sieci do 14 VII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Cuciubabka z Gilowską - Krzysztof Mazur Wysłane piątek, 30, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Pogłoska o możliwych kłopotach lustracyjnych Zyty Gilowskiej pojawiła się już w 2004 r., czyli w okresie gdy trudno było jeszcze twierdzić o szantażu lustracyjnym wicepremiera od finansów, no, chyba że już wtedy ktoś wiedział, że pani profesor będzie pełniła te funkcje w rządzie złożonym z PiS-u, Samoobrony i LPR. Ale o tym, że taki właśnie będzie przyszły rząd, nie wiedzieli wtedy pewnie nawet najwięksi spece z WSI, zresztą skoro razwiedka miała wspierać PO, a dwa lata temu pani Gilowska była prominentną postacią tej partii, to mielibyśmy co najmniej prowokację z potrójnym dnem.

    Tymczasem pani Gilowska nie nagłośniła sprawy, mimo iż dziś sama twierdzi, że jawność jest jej największym sprzymierzeńcem i zamiast wystąpić do IPN-u o status pokrzywdzonego - udała się do tej instytucji pod rękę z Janem Maria Rokitą, który tak jak i sama zainteresowana - nie wytłumaczyli, co właściwie mieli tam do załatwienia i co rzeczywiście udało im się załatwić. Przypomina to nieco zachowanie profesora Kłoczowskiego, który również nie złożył wniosku do IPN-u, ale w zamian poprosił pracownika tejże instytucji o przejrzenie jego teczki. Na podstawie tego przejrzenia arcybiskup Życiński do dzisiaj opowiada, że nie ma w niej nic kompromitującego i w związku z tym słusznie pan profesor uczynił, nie występując osobiście o wgląd do tychże dokumentów. Zresztą być może pani wicepremier o taki status wystąpiła i może nawet go otrzymała, ale raczej należy w to wątpić, gdyż w ostatnich dniach z pewnością o tym usłyszelibyśmy.
    Później, jak wszyscy doskonale pamiętają, Donald Tusk "wygryzł" panią profesor z Platformy Obywatelskiej chyba tylko po to, by obecnie ubolewać nad nią jako ofiarą wewnętrznych walk w łonie PiS-u. Na takie dictum pani Gilowska bardzo szybko dała się przekonać, że "tak się gra jak przeciwnik pozwala" i ledwo zaczęła grać, a już w styczniu 2006 r. została wezwana na dywanik do urzędu Rzecznika Interesu Publicznego, który już wtedy - tak przynajmniej wynika z relacji stron - miał poważne wątpliwości co do prawdziwości lustracyjnego oświadczenia pani wicepremier. Te okoliczności dość znacznie osłabiają teorie o rewanżu ubeków zatrudnionych w MF, gdyż o ich personalia pani minister wystąpiła dopiero w maju, zresztą inni ministrowie, jak chociażby Wasserman, Dorn czy Ziobro, nieco bardziej angażują się w deubekizację, a mimo tego to nie w nich wymierzono prowokację, ale członka rządu najbliżej spowinowaconego z PO. O pozbyciu się agentów i lustracji w oświacie wiele razy wspominał również Giertych, wobec którego natężenie prowokacji jest znacznie większe niż wobec ministra finansów, a pomimo tego RIP wyciągnął kwity właśnie na Gilowską. Oczywiście polskim zwyczajem nie mogliśmy doczekać procesu, gdyż przed jego rozpoczęciem premier zdymisjonował wicepremierkę, a sąd lustracyjny nie wszczął z powodu tej dymisji postępowania. Okoliczność ta podobno wstrząsnęła panią profesor, która miała również zapowiedzieć wniosek o autolustrację, z góry jednakże podpowiadając publiczności, że taki wniosek nie dotyczy jej przypadku, gdyż według ustawy jest stosowany do osób, które pełniły funkcje publiczne przed 1997 r. Wygląda to, jakby pani wicepremier już robiła zastrzeżenia na wypadek, gdyby wniosku o autolustrację jednak nie złożyła i nie przyjęła zaproszenia premiera Marcinkiewicza na stanowisko wicepremiera ds. gospodarczych. A szkoda, gdyż w wypadku gdyby jednak powróciła do rządu, to być może sąd mógłby wznowić proces lustracyjny, co mogłoby stanowić doskonały materiał na scenariusz lustracyjno-rządowego "dnia świstaka". W całej sprawie jakby nieco bagatelizowany jest fakt, iż nawet sama pani wicepremier nie zaprzecza, że rozmawiała o sprawach służbowych z oficerem SB, który był mężem jej koleżanki. Więcej: pani profesor wiedziała nawet, że jest on pracownikiem resortu - tylko miała nadzieję, że zajmuje się przestępstwami gospodarczymi. Otóż jak na tak krótki okres trochę już za dużo tych "nieroztropnych gaduł", zresztą takie naiwne gadulstwo dziwnie mało koresponduje z wysokiej rangi funkcjonariuszem państwowym, od którego oddechu ma zależeć kurs złotego i samopoczucie "rynków finansowych".

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Do września zobaczymy jeszcze wiele interesujących spektakli na scenie politycznej - Janusz Korwin-Mikke o działaniach służb specjalnych Wysłane czwartek, 29, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Do września zobaczymy jeszcze wiele interesujących spektakli na scenie politycznej - Janusz Korwin-Mikke o działaniach służb specjalnych
    Wysłane czwartek, 29, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Ostatnio mówiłem, że służby specjalnie działają i teraz widać, co potrafią: sprawa z panią minister Gilowską jest w sposób oczywisty powiązana ze służbami, być może działa tu nawet odłam ABW z Krakowa i Szczecina, rozgrywka jest bardzo skomplikowana. Jest to rozgrywka wewnątrz służb specjalnych. Przypomina, że dwa lata temu odbyła się konferencja wszystkich służb w Magdalence, gdzie chciano dokonać podziału »terytorium«" - Janusz Korwin-Mikke komentuje najbardziej doniosłe wydarzenia z mijającego tygodnia na scenie politycznej "polskiego regionu UE".

    WSI zostanie wykończone do września - ale pozostanie problem, co zrobić z ABW, która będzie w tym momencie monopolistą. wszystko to ma swoje reperkusje wewnątrz rządu. Pani Gilowska była uważana za liberałkę - ale oczywiście bez przesady! Wiele lobby było zainteresowanych, by mieć cały czas wpływ na gospodarkę, a teraz miały go stracić - więc widać, jak źle się dzieje, gdy urzędnicy mają wpływ na nasze pieniądze. Kiedy jedno posunięcie ministra przekłada kilkanaście miliardów złotych z jednej kieszeni do drugiej - może okazać się, że warto wynająć kogoś, kto nawet ministra "wyśle na zieloną trawkę". Dobrze jeszcze, że nie pod nią...

    Nagranie trwa ponad 5 minut i jest dostępne w Sieci do 13 VII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Promocja homoseksualizmu jest walką z chrześcijańską cywilizacją Zachodu - zapis wykładu historyka z Columbia University Marka Jana Chodakiewicza o podłożu działań środowisk lewackich w społeczeństwach UE i USA Wysłane środa, 28, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Promocja homoseksualizmu jest walką z chrześcijańską cywilizacją Zachodu - zapis wykładu historyka z Columbia University Marka Jana Chodakiewicza o podłożu działań środowisk lewackich w społeczeństwach UE i USA
    Wysłane środa, 28, czerwca 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W związku z nasilającą się medialną promocją zboczeń w cywilizacji Zachodu, w której Rzeczpospolita jest zatopiona od początku swego istnienia, i nieporadnymi działaniami sparringpartnerów z ekstremalnych ugrupowań pokroju Ligi Polskich Rodzin, której prominentni przedstawiciele (jeden z nich zamarzył sobie nawet, że na wspomaganym przez siebie szumie wokół spraw genitalnych zdobędzie urząd Pierwszego Urzędnika naszej stolicy...) robią, co potrafią, by wspomóc sztucznie kreowane przez merdia zainteresowanie patologiami życia ludzkiego - proponujemy Państwu zapoznanie się z rejestracją TV ASME wykładu znanego i cenionego na prawicy historyka z Columbia University w Nowym Jorku Marka Jana Chodakiewicza, który został m.in. w roku 2003 uhonorowany przyznaniem Nagrody im. Józefa Mackiewicza za powieść "Ejszyszki".
    Marek Jan Chodakiewicz podczas wykładu w ramach cyklicznych spotkań w Centrali UPR w Warszawie przedstawił problem homoseksualizmu - jak na historyka przystało - w ujęciu permanentnej walki sił Rewolucji, czynionej przez kolejnych jej wyznawców dążących do likwidacji świata cywilizacji Zachodu, opartego na fundamentach chrześcijaństwa, najpełniej realizowanego przez Kościół katolicki.

    Polsko-amerykański historyk dokonuje w swym wykładzie przeglądu zjawiska homoseksualizmu na przestrzeni dziejów, od czasów starożytnych, począwszy od powstanie cywilizacji judejskiej, z której kanonów religijnych chrześcijaństwo w swych początkach przejęło wiele metod regulacji tego zboczenia, poprzez znane obyczaje cywilizacji helleńskiej, później rzymskiej. Dokonuje też pobieżnego przedstawienia funkcjonowania tego typu osobników o zaburzonej sferze seksualnej w cywilizacjach i społecznościach Wschodu: arabskiej, bramińskiej, bizantyjskiej czy japońskiej.
    Lewacka polityka promocji pederastii wspiera się wieloma pracami "naukowymi", wykonanymi głównie w czasie po tzw. rewolucji seksualnej, związanej z zamieszkami na uczelniach Zachodu (Ameryki i Europy Zachodniej) w roku 1968. Do mitów celowo rozpowszechnianych wśród najwyżej kształconej części społeczeństw zachodniej cywilizacji zaliczane są m.in. liczba w nich aktywnych sodomitów, na którą powołują się aktywiści Rewolucji. Mniej znany jest fakt, że najbardziej znane feminazistki są/były albo protestantkami albo żydówkami... Propaganda homoseksualna ma wiele wspólnych spraw z gnozą i sektami protestanckimi.
    Marek Jan Chodakiewicz obnaża fałsz dysertacji doktorskiej Margareth Mead z wysp Samoa, antropolożki z tej samej uczelni Columbia Univerisity, na której pracach po dziś dzień są k_rz_tałceni studenci uczący się socjologii, a która to dysertacja była po prostu konfabulacją nie znającej języka tubylców lesbijki, "nie lubiącej wieprzowiny" i nienawidzącej chrześcijaństwa, spisującej wyznania swoich nastoletnich partnerek seksualnych z "dziewiczych w stosunku do chrześcijaństwa wyspach".
    Drugim przypadkiem fałszerza aktywizmu pederastycznego był "profesor" Kinsey, który sporządził tzw. Raport Kinsey'a, jego pełny tytuł brzmiał "Zachowanie seksualne samca męskiego wśród homo sapiens sapiens", w którym postawił tezę, że w społeczeństwie aktywne akty homoseksualne uprawia 30% jego członków. Zapomniał tylko poinformować wszystkich, że próbą socjologiczną, na której bazował - byli więźniowie, a sam Kinsey lubował się w zachowaniach seksualnych określanych jako sado-masochizm, co zostało ujawnione po pośmiertnym otwarciu jego prywatnych zapisków.
    Kolejnym tego typu "uczonym" na Columbia University był przyjezdny "profesor" z Francji Michael Foucault, który zabierał swoich studentów do klubów pederastycznych, w których "bawił się z nimi", zarażając ich swoją chorobą. Zmarł na AIDS. Chodakiewicz miał z nim styczność i doświadczył jego wykładów. Foucault został okrzyknięty "ojcem moralnego relatywizmu", uważającym, że to katolicyzm sam wywołał seksualizm poprzez spowiedź w konfesjonale, a "rycerska miłość", "romantyzm", pogląd, że kobieta i mężczyzna mają wspólny pierwiastek duchowy - to były według niego bajdurzenia. Uważał, że Kościół katolicki spowodował to, co wcześniej sam zagrzebał, czyli instynkt pogański. Według niego - w życiu chodzi tylko o "szczytowanie", a naturą ludzką jest życie zwierzęciem" - pozostaje do dziś guru opcji radykalnie feministycznej i homoseksualnej.
    Dzisiaj pewne rejony wielkim miast Wschodniego i Zachodniego Wybrzeża USA przypominają Berlin lat 20. i 30. za czasów Republiki Weimarskiej - opisuje Chodakiewicz. Demonstracyjne obnoszenie się pederastów i dorabianie do tego typu zachowań ideologii - to jest znak takich czasów. Najbardziej rozpowszechniona wśród wszystkich społeczeństw świata jest opinia, że "naziści zrobili porządek z sodomitami". Krytycy partii nazistowskiej zapominają, że homoseksualiści wcale nie zostali potępieni przez ludzi przywódcy socjalistów narodowych Hitlera, gdyż pozostali na wysokich stanowiskach w Hitlerjugend oraz w SA i SS.
    Teraz jednym z przywódców permisywizmu w USA jest Ira Magasiner, tak, tak... guru Hilary Clintonowej ds. reform programu zdrowia, niegdysiejszy przywódca strajku na Brown University, gdzie jednym z czołowych postulatów było... rozbicie przegród w ubikacjach, by chłopcy i dziewczęta mogli wydalać "bez przeżytków burżuazyjnych", oraz - likwidacja stopni - jako przejaw "faszyzmu" na uczelniach.
    Obecnie np. w San Francisco w wyniku przemian demograficznych i społecznych mających początek w latach 70. ub. wieku zaczęły narastać kłopoty nie tylko społeczne ale i finansowe, gdyż w wyniku podwyżki czynszów spowodowanych wykupywaniem kwartałów miasta przez pederastów (nie mających zwykłych dla normalnych rodzin obciążeń finansowych) dokonuje się związana z tym drastyczna podwyżka czynszów. Ta "rewolucja" zaczęła się to od okolic uniwersytetów, ale teraz sięgnęła po inne okolice. Inne przejawy "wesołego życia" zboczeńców: tamtejsi epidemiolodzy alarmowali już od dawna, że np. łaźnia miejska była jednym wielkim rozsadnikiem chorób przenoszonych drogą płciową na tym terenie, a kiedy władze miejskie przystąpiły do jej zamknięcia - wybuchły zamieszki wywołane przez środowiska sodomickie. Chodakiewicz wspomina o charakterystycznej okoliczności - w czasie jego pierwszego obchodzenia parady z okazji Święta 11 Listopada, w 1982 roku - świętowało kilkanaście tysięcy osób, zaś trzy tygodnie potem było Halloween - na paradzie homoseksualistów pojawiło się milion osób oglądających paradę osobników "żyjących i cieszących się dniem dzisiejszym".
    O powiązaniach "Pink Undergound" i "Red Underground" w latach 30., 40. i 50. w Stanach Zjednoczonych, czyli zakładaniu jaczejek komunistycznych przez agentów SS ZSRS - historyk z Columbia University też o tym opowiadał podczas tego wykładu.

    Nagranie trwa ponad 1 godzinę minut i jest dostępne w Sieci do 12 VII 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.