października 25, 2005 - listopada 2, 2005

Komunistyczna wierchuszka bezkarna? - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane środa, 2, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Jak się mają dziś PRL-owscy dygnitarze z wojskowo-agenturalną przeszłością? Podrzędni ubole i "oficerowie" Informacji Wojskowej są skazywani za swoje przestępstwa (symboliczne kary), ale ich mocodawcy mogą spać spokojnie. Tak jest w przypadku trzech generałów - Jaruzelskiego, Kiszczaka i Milewskiego. Ich procesy trwają już kilkanaście lat i nic nie wskazuje na to, aby miały się szybko zakończyć.

Pod koniec września gen. Jaruzelski znów zeznawał przed katowickim sądem jako świadek (nie oskarżony!) w sprawie pacyfikacji kopalń "Wujek" i "Manifest Lipcowy" w grudniu 1981 r. Oskarżonych jest 17 funkcjonariuszy (16 byłych zomowców i były wiceszef KW MO w Katowicach). Proces toczy się już po raz trzeci, gdyż dwa pierwsze wyroki uchylał sąd apelacyjny.
Podczas ostatniego przesłuchania Jaruzelski zeznał, że o tragedii w kopalni dowiedział się post factum, od gen. Kiszczaka podczas posiedzenia tzw. dyrektoriatu (przedstawiciele rządu, KC PZPR, MSW i wojska) i wiadomość ta była dla niego szokiem. Po raz kolejny podważył ustalenia prokuratury, że do górników strzelał (bezpośrednio, żeby zabić) pluton specjalny ZOMO. Gdyby tak było, ofiar byłoby znacznie więcej, ale strzelano z pewnością w obronie własnej, w powietrze, a ofiary były przypadkowe. Jaruzelski, również po raz kolejny, wyraził żal wobec rodzin zamordowanych górników, ale rodziny, po raz kolejny, jakoś mało się żalem generała przejęły.
Przeciwko Jaruzelskiemu toczy się jeszcze jedna sprawa - o decyzję, która m.in. umożliwiła masakrę w śląskich kopalniach, czyli o wprowadzenie stanu wojennego. Postawienia przed sądem ówczesnego szefa rządu, I sekretarza PZPR i szefa Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego nie wyklucza katowicki Instytut Pamięci Narodowej. To właśnie WRON wydała Radzie Państwa polecenie podpisania dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego. Jeśli prokuratorzy udowodnią, że Jaruzelski przekroczył przysługujące mu uprawnienia, które wynikały z konstytucji PRL, będzie oznaczało to, że popełnił przestępstwo, kwalifikowane jako zbrodnia komunistyczna. Dla pięciu członków Rady Państwa akty oskarżenia są już gotowe. Dla Jaruzelskiego jeszcze nie, gdyż generał skutecznie - jak do tej pory - zasłania się zagrożeniem interwencją sowiecką. Dzieje się tak mimo, iż historycy już dawno ustalili, że generalska wersja wydarzeń jest nieprawdziwa. Czym innym jest jednak wiedza historyczna, czym innym prawniczy paragraf.

MARTWY PRECEDENS

Z kolei kolega gen. Jaruzelskiego, gen. Kiszczak odpowiada za przyczynienie się do śmierci dziewięciu górników w kopalni "Wujek" i ciężkiego zranienia 25-ciu w kopalni "Manifest Lipcowy". W marcu ub.r. Sąd Okręgowy w Warszawie wydał precedensowy wyrok (pierwszy raz w III RP komunistyczny dygnitarz został skazany) i wymierzył mu karę czterech lat więzienia (na mocy jakiejś dziwnej amnestii karę zmniejszono o połowę). Sąd uznał tym samym znaczenie tajnego szyfrogramu ZW-I-01486/81, w którym szef MSW - bez żadnej podstawy prawnej - "przekazał swoje uprawnienia w zakresie decyzji o użyciu broni palnej dowódcom oddziałów i pododdziałów MO".
Precedensowy wyrok okazał się jednak martwy. Kiszczak - oczywiście - odwołał się i sprawa wróciła do ponownego rozpatrzenia. Jaka była podstawa prawna? Sędziowie uznali, że skoro czyn zarzucany generałowi może być traktowany jako zbrodnia komunistyczna, to w myśl ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej sprawą tą powinien się zająć pion śledczy IPN. W przeciwnym razie prokuratura powinna ją umorzyć z uwagi na przedawnienie.
Katowicka prokuratura złożyła jednak zażalenie na tę decyzję do Sądu Apelacyjnego w Warszawie.
- Kiedy prokuratura prowadziła śledztwo w tej sprawie, nie było jeszcze IPN. Rozstrzygnięcie, czy jest to zbrodnia komunistyczna, czy nie, powinno zapaść przed sądem - powiedział prokurator Tomasz Tadla.
We wrześniu br. (podobnie, jak Jaruzelski) Kiszczak znów stanął przed sądem. Powtórzył, że nie wyraził zgody na użycie broni w czasie pacyfikacji "Wujka", a jego szyfrogram jest bez znaczenia, gdyż... nie powoływał się na niego żaden funkcjonariusz. Kiszczak twierdził, że 16 grudnia 1981 r., w dniu masakry, rozmawiał telefonicznie z komendantem wojewódzkim milicji w Katowicach, płk. Jerzym Grubą, który informował o dramatycznej sytuacji w kopalni: "Dopiero wówczas dowiedziałem się, że istnieje taka kopalnia, jak kopalnia »Wujek«, że jest pacyfikowana, że są ranni milicjanci i że proszą o zgodę na użycie broni" - mówił Kiszczak. Z kolei o rannych w kopalni "Manifest Lipcowy" dowiedział się dopiero po akcji w "Wujku".

PROWOKACJĄ W KISZCZAKA

Mimo nalegań Gruby Kiszczak stanowczo zabronił użycia broni, a do tego polecił wycofać z terenu kopalni milicję i wojsko. Grubie odmówił także wiceszef MSW, gen. Władysław Ciastoń.
Godzinę później Gruba znów zadzwonił do Kiszczaka i powiedział, że w kopalni są zabici i ranni. Już po pacyfikacji Gruba zapewniał Kiszczaka, że sam zgody na strzelanie nie wydał, ale - jak się teraz okazuje - Kiszczak mu nie uwierzył. Dziś generał przyznaje, że choć decyzja o odblokowaniu strajkujących w stanie wojennym zakładów zapadła na szczeblu centralnym, to prowadzenie konkretnych operacji należało do struktur wojewódzkich milicji. Bezpośrednio Gruby jednak nie obwinia.
A zatem, jeśli nie Gruba, kto zadecydował o strzelaniu do górników? Kiszczak nie wyklucza "prowokacji służb specjalnych państw ościennych" lub przeciwnych mu polskich towarzyszy: "Do października 1984 roku myślałem, że panuję nad wszystkimi podległymi mi służbami. Kiedy jednak doszło do porwania i zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki przez SB, zorientowałem się, że są w ten sposób m.in. przeciwko mnie podejmowane prowokacje. Nie wykluczam, że takie sytuacje miały miejsce wcześniej. Nie wykluczam, że taka sytuacja miała miejsce w kopalni »Wujek«" - powiedział Kiszczak.
A kto strzelał? Kiszczak nie wie, ale kiedyś słyszał, że mógł to zrobić Pluton Specjalny ZOMO, oczywiście w obronie własnej (taką samą wersję przedstawia Jaruzelski). A zatem, ofiary są, ale winnych cały czas brak.

ODSUNIĘTY ZA NADMIAR PRACY

Podobne kłopoty są z gen. Mirosławem Milewskim. Równo rok temu historyk prof. Andrzej Paczkowski ujawnił notatkę tow. Wiesława Górnickiego z narady w Urzędzie Rady Ministrów (25 października 1984 r.), która wskazuje na gen. Milewskiego jako na inspiratora porwania i zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki. Na tych łamach pisaliśmy już, że informacja ta nie była "trzęsieniem ziemi", jak tego chciał gen. Jaruzelski i większość "polskich" mediów, ale raczej próbą odwrócenia uwagi od prawdziwych sprawców zbrodni. Historycy IPN nie uznali notatki za dowód przeciwko Milewskiemu, ale za poszlakę, potwierdzającą tylko jedną z hipotez. Dr Jan Żaryn: - Jest bardzo prawdopodobne, że i generał Jaruzelski, i generał Kiszczak byli doskonale poinformowani o przebiegu całej operacji. Pozostaje tylko pytanie, czy zbrodnia była zaplanowana w 100 proc. i czy miała się zakończyć tak, jak się zakończyła, czyli śmiercią księdza Popiełuszki.
Dla prokuratora Andrzeja Witkowskiego notatka nie jest zaskoczeniem: - Tego rodzaju wersja była już uwzględniona i zweryfikowana w toku śledztwa prowadzonego jeszcze w 1991 r. Wówczas Witkowski chciał objąć zarzutami nie gen. Milewskiego - ale gen. Jaruzelskiego i Kiszczaka i... został nagle odsunięty od sprawy. Do śledztwa wrócił po 10 latach, w 2001 r. jako prokurator lubelskiego IPN. W wywiadzie zamieszczonym w "Biuletynie IPN" (styczeń 2003 r.) ujawnił inną notatkę, znalezioną w dokumentach Urzędu ds. Wyznań z sierpnia 1984 r., w której Jaruzelski polecił "wzmóc działania wobec ks. Popiełuszki". Efekt był taki, że Witkowskiego znów odsunięto od śledztwa. Szef pionu śledczego IPN, prof. Witold Kulesza utrzymuje, że Witkowski miał po prostu za dużo pracy.
Pytany o notatkę Górnickiego, Milewski odpowiadał: "Mówię uczciwie i szczerze - ja nigdy nikogo nie zabiłem, nigdy. Mimo że były nawet ciężkie sytuacje, że trzeba było strzelać".

"CIĘŻKIE SYTUACJE" GENERAŁA

Owe "ciężkie sytuacje" Mirosława Milewskiego rozpoczęły się w 1944 r., kiedy jako 16-letni chłopak (urodził się w 1928 r. w Lipsku nad Biebrzą; po drugiej stronie rzeki, nieopodal Suchowoli, przyszedł na świat ks. Jerzy Popiełuszko) rozpoczął pracę w bezpiece, najpierw w PUBP w Augustowie. Jako funkcjonariusz WUBP w Białymstoku w marcu 1947 r., w Miłkach koło Giżycka, Milewski aresztował żołnierza Armii Krajowej Czesława Burzyńskiego i wydał go NKWD. W areszcie NKWD w Mińsku Burzyński był sądzony za działalność przeciwko Związkowi Sowieckiemu, zdradę... sowieckiego państwa i... nielegalne przekroczenie granicy, co było zarzutem najbardziej absurdalnym. Burzyńskiego skazano początkowo na karę śmierci, zamienioną następnie na 20 lat "zesłania do robót katorżniczych". Po śmierci Stalina, w 1954 r. napisał skargę, informując o swoim bezpodstawnym aresztowaniu i skazaniu. Sowieci wypuścili go na wolność dopiero w 1957 r. (po 11 latach ciężkich robót w kopalni węgla w Workucie stracił zdrowie, wzrok). Rok później jego prześladowca Mirosław Milewski pracował już w centrali MSW.
Z oskarżenia Burzyńskiego, przed Sądem Rejonowym w Giżycku, toczy się proces Milewskiego. Kilka lat temu prokurator stwierdził bowiem, że Milewski, aresztując Burzyńskiego, dopuścił się czynu bezprawnego (żołnierze podziemia niepodległościowego podlegali wówczas amnestii z 22 lutego 1947 r.), związanego "ze szczególnym udręczeniem wobec wydania pokrzywdzonego władzom obcego państwa". Aresztowanego dręczono również psychicznie i fizycznie.
Po czterech latach procesu (1998 - 2001) sąd orzekł: "Oskarżony współpracował z NKWD. Dowodom trudno zaprzeczyć", ale w sprawie Burzyńskiego uniewinnił Milewskiego (tu dowody okazały się niewystarczające; sędziowie nie mogli ustalić, czy ówczesny Milewski to dzisiejszy Milewski).
Po odwołaniu prokuratora sprawa została uzupełniona, m.in. o zeznania nowych świadków. W końcu postępowanie przejął Instytut Pamięci Narodowej. W lutym 2004 r. pion śledczy IPN w Białymstoku skierował do giżyckiego sądu ponowny akt oskarżenia przeciwko generałowi. Milewskiemu grozi do dziesięciu lat więzienia. Tego kolejnego procesu swojego prześladowcy Burzyński nie dożył, zmarł dwa lata temu.

ZMIECIONY PRZEZ "ŻELAZO"

Od 1958 r. Milewski był zatrudniony w centrali MSW jako wicedyrektor, potem dyrektor departamentu. Między październikiem 1980 r. a lipcem 1981 r. w "imieniu klasy robotniczej" (z wykształcenia był inżynierem-rolnikiem) sprawował funkcję ministra spraw wewnętrznych (zastąpił go Kiszczak). Resortem faktycznie kierował już wcześniej - od początku lat 70. W książce "bohatera PRL", czczonego także w III RP - Edwarda Gierka "Przerwana Dekada" czytamy o ówczesnym szefie SW Stanisławie Kowalczyku: "Stał się on tylko malowanym ministrem, któremu się tylko wydawało, że pełni tę funkcję. Resortem zaczął rządzić Milewski, on też dawał Kowalczykowi tylko te informacje, które miały trafić na jego ręce".
Karierę polityczną Milewski zaczynał w PPR, by później - naturalną koleją rzeczy takich osobników - znaleźć się w PZPR. W latach 1980-85 był członkiem Biura Politycznego, a od lipca 1981 r. do maja 1985 r. sekretarzem KC. Odpowiadał za milicję. Generałem brygady MO został w 1971 r., a generałem dywizji w 1979 r.
Milewski był bez wątpienia jedną z najbardziej wpływowych osób w komunistycznym państwie. Jego nazwisko pojawia się nie tylko w kontekście zabójstwa księdza Popiełuszki, ale również Grzegorza Przemyka, wprowadzenia stanu wojennego (optował za twardą rozprawą z "Solidarnością"; w tej sprawie zeznawał w III RP w charakterze świadka przed komisją odpowiedzialności konstytucyjnej) i afery "Żelazo", ujawnionej niedługo przed śmiercią kapelana "Solidarności". Przypomnijmy, że afera ta dotyczyła zrabowania przez politycznych gangsterów (funkcjonariuszy wywiadu PRL-owskiego, kierowanego przez Milewskiego) i zawodowych gangsterów ze świata przestępczego w latach 60. i 70. dużych ilości złota i kamieni szlachetnych z "imperialistycznego" wówczas Zachodu. Towarzyszyły temu napady i morderstwa. Właśnie pod pretekstem "Żelaza", w połowie 1985 r., gen. Milewskiego usunął z partii gen. Jaruzelski (w ramach rozgrywek na szczytach władzy; do dziś panowie nie przepadają za sobą, a Jaruzelski nie waha się mówić o Milewskim w kontekście śmierci ks. Jerzego). W 1990 r. Milewskiemu i sześciu innym osobom (gangsterom z obu grup) zarzucono korupcję na wielką skalę przez przyjmowanie korzyści majątkowych. Dokumenty w tej sprawie zostały jednak zniszczone (przez pogrobowców PRL), a śledztwo - z powodu przedawnienia - umorzone (przez prokuratora III RP). Zaiste owo przedawnienie jest cudownym rozwiązaniem dla różnej maści gangsterów.
I jeszcze jeden fakt z życia Milewskiego. W 1980 r. zawiózł do Moskwy szefowi KGB Andropowowi listę osób przewidzianych do internowania po wprowadzeniu stanu wojennego.
Dlaczego Mirosław Milewski odpowiada tylko za jedną sprawę i to najbardziej odległą - sprzed pół wieku? Po pierwsze - znaleźli się świadkowie, którzy chcieli zeznawać. Po drugie - zachowały się akta. Może ktoś uznał, że nie są takie ważne, bo kto będzie sięgał 50 lat wstecz, kiedy główne funkcje Milewski pełnił w latach 80.? A może po prostu najwygodniej było oskarżyć generała MSW "tylko" o wsadzenie za kraty żołnierza AK, co w porównaniu z jego późniejszą działalnością może wydawać się błahostką.

CHOROBY LOKOMOCYJNE
I ZABURZENIA PAMIĘCI


Ponowny proces Milewskiego przed Sądem Rejonowym w Giżycku nie rozpoczął się 30 września ub.r., z powodu wielu chorób oskarżonego. Dopiero po pół roku, w marcu br. sąd doszedł do wniosku, że choroby nie są takie straszne i Milewski może przyjeżdżać z Warszawy (gdzie mieszka) i zeznawać. Proces miał ruszyć jeszcze na wiosnę (sędzia mówił, że termin ten byłby najdogodniejszy dla świadków, w większości mieszkańców okolic Augustowa, którzy są starzy i schorowani, i dotarcie na rozprawy w zimie było by dla nich dużym problemem), ale, rzecz jasna, nic z tego nie wyszło. Obrońca generała, mecenas Jakub Śmietanko, zawiadomił sąd, że nie mógł dotrzeć do sądu, gdyż... zepsuł mu się samochód.
Następny termin - wrzesień 2005 r. Tym razem do sądu zwolnienie lekarskie przesłała córka Milewskiego, która przedstawiła się jako jedyna opiekunka ojca i według jego zapewnień tylko ona mogła go dowieźć na rozprawę. Sąd uznał niestawienie się oskarżonego za usprawiedliwione i nakazał mu stawić się w giżyckim sądzie 13 października.
Radosław Ignatiew, prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (badając sprawę Jedwabnego, nie bał się przyznać, że mord inspirowali Niemcy), który jest oskarżycielem w procesie, oburzał się na odraczanie procesu z powodów wskazywanych tylko przez jedną stronę - stronę oskarżaną. Ignatiew stwierdził, że następnym razem, aby nie przedłużać procedury, "będzie odpowiednio reagował, wykorzystując w tym celu istniejące możliwości kodeksowe".
13 października. Przełom w sprawie. Prokurator Ignatiew nie musiał reagować. Milewski przyjechał na rozprawę, a do tego przyznał: - Brałem udział w aresztowaniu żołnierza AK i przekazałem go do siedziby UB w Białymstoku.
Oświadczeniem tak zaskoczył swojego adwokata, że ten stwierdził tylko, iż generał ma zaburzenia pamięci i odmówił jego dalszej obrony. Rozprawę przerwano bezterminowo, a oskarżony ma trzy tygodnie na znalezienie nowego adwokata.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Komentarz (0)

Głosujący w poprzedniej ankiecie ASME wybrali realny wariant rządu PiS: samodzielne tworzenie gabinetu Wysłane środa, 2, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Skończyliśmy zbieranie głosów do poprzedniej ankiety ASME dotyczącej możliwości powołania rządu zdominowanego przez ugrupowanie PiS. W pierwszych dniach wyrażali Państwo jeszcze nadzieję (większość głosów na I pozycję) na utworzenie koalicji PiS-PO, choć opcja koalicji PiS-LPR-PSL-Samoobrona też uzyskiwała sporo poparcia. Dopiero w minionym tygodniu, kiedy już stały się jasne zamierzenia "szalupy ratunkowej UW" o chęci zagarnięcia przez Platformę Obywatelską resortów strategicznych: MSWiA oraz MS - zaczęła zwyciężać opcja rządu samodzielnego, mniejszościowego, uzyskując poparcie ponad 40%. I tak już pozostało:



Zapraszamy Państwa do oddawania głosów w nowej ankiecie ASME, w której będzie można wyrazić oczekiwania dotyczące polityki całego obozu "sanatorów" z ugrupowania PiS: na czym powinni się skupić w najbliższych miesiącach politycy i eksperci premiera Kazimierza Marcinkiewicza oraz prezydenta-elekta RP Lecha Kaczyńskiego. Ankieta jest dostępna na stronie głównej Antysocjalistycznego Mazowsza.

Komentarz (0)

Melodyję zmącam - Stanisław Michalkiewicz Wysłane środa, 2, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

No, to już "po harapie". Kolejnym prezydentem Polski został Lech Kaczyński, wygrywając z Donaldem Tuskiem przewagą prawie 10 procent głosów. Trzeba to podkreślić w sytuacji, gdy wszystkie sondażownie jeszcze na tydzień przed wyborami przewidywały zwycięstwo Donalda Tuska, a co bardziej gorliwe - nawet z 10-procentową przewagą nad Lechem Kaczyńskim. Mamy zatem dwie możliwości: albo w tych sondażowniach siedzą matoły, albo skorumpowani konfidenci razwiedki. Braku profesjonalizmu oczywiście z góry wykluczyć nie można; na przykład podczas wieczoru wyborczego w TVN pani socjolog nie zauważyła słonia w menażerii, w postaci różnicy między województwem opolskim i podkarpackim. W woj. opolskim wysoko wygrał Donald Tusk, a w podkarpackim - Lech Kaczyński. Wśród różnych przyczyn pani profesor nie odważyła się wskazać na okoliczność, iż w Opolskiem jest najliczniejsza i najlepiej zorganizowana mniejszość niemiecka. Mimo to jednak wolę uprzejmie przypuścić, że chodzi raczej o agenturę i łajdactwo. Przypominam, że u schyłku PRL, na rozkaz gen. Jaruzelskiego "badaniem opinii publicznej" zajmował się płk Stanisław Kwiatkowski, który zorganizował te sondażownie pod kątem potrzeb razwiedki. W tegorocznych wyborach wyszło szydło z worka i najlepszym wyjściem z sytuacji byłoby rozpędzenie tego skorumpowanego towarzystwa, bo lepiej nie mieć żadnych informacji niż zafałszowane. Ja w każdym razie nie zleciłbym im żadnych badań, nawet za złotówkę i apeluję do wszystkich podatników, żeby oprotestowywali każdą próbę wyrzucania publicznych pieniędzy na tę agenturę.
Wiadomość o wygranej Lecha Kaczyńskiego została przyjęta z wyraźnym rozczarowaniem i ledwie ukrywaną irytacją przez prawie wszystkie media, co było ukoronowaniem ich łajdackiej stronniczości, jaką wykazały się w tegorocznych wyborach. Potwierdza to podejrzenia, że - podobnie jak sondażownie - również media, zwłaszcza te bardziej wpływowe, naszpikowane są agenturą, niczym sztufada słoniną. Charakterystyczne jest również to, że - chyba po raz pierwszy od 1968 roku - opinia Salonu jest identyczna z opinią razwiedki. Wygląda na to, że dla potrzeb tych wyborów, w których stawką było przetrwanie układu "okrągłego stołu", nastąpiła pełna mobilizacja agentury również w Salonie. Rozczarowanie i irytację widać także w komentarzach prasy niemieckiej, która zarzuca nowemu prezydentowi "nacjonalizm". Widać, że nie tylko w Związku Sowieckim obowiązywał "internacjonał"; w UE też. Ten jednobrzmiący ton pudeł rezonansowych pokazuje, że nasza razwiedka dostroiła się już do niemieckiej. W tyle nie pozostaje również "Gazeta Wyborcza", piórem red. Pacewicza wyrażając oczekiwanie, że Lech Kaczyński będzie realizował... program Platformy Obywatelskiej. Najwyraźniej lobby żydowskie też dostraja się do oczekiwań niemieckich, co zresztą widać było już wcześniej po posunięciach pana min. Adama Rotfelda.
Wspominam o tych spontanicznych reakcjach, bo "z obfitości serca usta mówią" i pokazują one, co naprawdę myślą ci wszyscy, którzy związali swoje nadzieje ze zwycięstwem Donalda Tuska. Oczywiście będą oni teraz udawali kurtuazję, a nawet można będzie odnieść wrażenie, iż podlizują się nowemu prezydentowi, ale to tylko pozory. Kto raz był królem, zawsze zachowa majestat - mówią Francuzi i stalinowca ani konfidenta nic nie zmieni, chyba że śmierć lub cud. Dlatego i Salon, i media, i razwiedka wykorzystają każde potknięcie prezydenta, zwłaszcza gdy sam dostarczy im okazji, np. składając bratu meldunki o "wykonaniu zadania". W ogóle wydaje się, że braciom Kaczyńskim łatwiej było wygrać wybory niż będzie skonsumować to zwycięstwo. Można bowiem powiedzieć, że drzwi do IV Rzeczypospolitej pomogło im otworzyć dwóch ludzi: ojciec Tadeusz Rydzyk i Andrzej Lepper. Bez poparcia pierwszego PiS w żadnym wypadku nie wygrałby wyborów parlamentarnych, podobnie jak bez poparcia obydwu - Lech Kaczyński nie wygrałby wyborów prezydenckich. Problemem jest to, że PiS uważa, iż nie może ryzykować innej koalicji niż z Platformą Obywatelską, z dwóch powodów: że taka koalicja oznacza otwartą wojnę z Salonem, mediami i razwiedką, a po drugie - że byłaby kłopotliwa sama przez się, z uwagi na - powiedzmy - egzotykę Samoobrony. Uzależnienie Prawa i Sprawiedliwości od partii, w której funkcyjnymi są wyrokowcy, byłoby osobliwością nawet w Polsce, gdzie do wielu rzeczy zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Ale, skoro my to wiemy, to tym bardziej wie to Platforma Obywatelska, która już przyjmuje w związku z tym strategię balansowania na granicy wyjścia z koalicji, próbując w ten sposób spychać PiS do defensywy. Wprawdzie Platforma nie będzie mogła w ten sposób narzucić realizacji własnego programu, ale liczy na zablokowanie obalenia układu "okrągłego stołu", bo tak naprawdę - tylko to jest ważne, a nie żadne tam "liberalizmy" czy "społeczeństwa solidarne", bo na takie manewry nie ma miejsca w warunkach Anschlussu, gdzie prawa ustanawiane są w Brukseli. Oczywiście bracia Kaczyńscy nie są dziećmi, a zwłaszcza Jarosław ma wybitny dryg do politycznej intrygi, ale obiektywną granicę możliwości wyznacza tu interes obydwu partii. Platforma nie może dopuścić do obalenia układu "okrągłego stołu", bo wtedy traci rację bytu. Jeśli zatem nie będzie mogła inaczej, to pójdzie na zerwanie koalicji, obalenie rządu i rozpisanie nowych wyborów, w czym będzie miała poparcie i Salonu, i mediów, i razwiedki, i Żydów, i Niemców. Ryzykuje niewiele - bo tylko zmianą szyldu, który - jestem o tym głęboko przekonany - razwiedka już przygotowuje. Takie są, niestety, konsekwencje zgody na Anschluss, którą Prawo i Sprawiedliwość w swoim czasie wyraziło.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Komentarz (2)

Święto Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny - AD 2005 Wysłane wtorek, 1, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

Święto jakże chrześcijańskie, katolickie, także jakże - polskie. Tradycją chowane pokolenia Polaków zawsze czciły swoich czcigodnych poprzedników, przodków, dzięki którym zachowały swoją dumną odrębność i szacunek innych narodów Rzeczypospolitej, która w swej niegdysiejszej potędze chroniła pod swe skrzydła wielu przedstawicieli religii niechrześcijańskich oraz społeczności, które złożyły się na nowożytne narody.

Idziemy w te dni na cmentarze, gdzie spoczywają doczesne pozostałości po naszych bliskich, gdzie i nasze ciała w swoim czasie zostaną złożone. Zostawiamy przy nich gorejące ogniki jako wyraz nieustającej pamięci o Nich. Wspominamy.
Składamy kwiaty, zapalamy lampki także na zbiorowych miejscach pamięci o tych, którym nie dane było powrócić do swych miejsc rodzinnych - w polskiej historii, tak bardzo naznaczonej okrucieństwem wywodzącym się z zaborczych działań sąsiadów Rzeczypospolitej, wiele jej cór i synów pozostało w obcej ziemi. Od niedawna możemy oddawać hołd także tym, którzy zginęli z ręki kolaborantów sowieckich okupantów Polski: "Msza św. w intencji pomordowanych w okresie terroru komunistycznego 1944 - 1956 odprawiona została we wtorek w kościele św. Katarzyny na warszawskim Służewcu. Uroczystość poświęcona była zmarłym spoczywającym na cmentarzu przy kościele, ofiarom represji stalinowskich. Od 1945 roku do połowy lat 50. na łące w pobliżu kościoła pogrzebano potajemnie około 2 tys. osób, straconych w warszawskim więzieniu przy ul. Rakowieckiej". - o czym przypomniał m.in. dziennik "Rzeczpospolita". Na Cmentarzu Wojskowym na warszawskich Powązkach od kilku lat istnieje pomnik upamiętniający ofiary kaźni komunistycznej, przy którym oddawaliśmy cześć potajemnie tam pochowanym więźniom politycznym czasu panowania poprzedników obecnej formacji post(?)komunistów - Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Socjaldemokracji Polskiej. Ten i inne pomniki znaczące krwawe ślady na drodze do odzyskania niepodległości powstały w czasie istnienie tzw. PRL-bis, zwanej też III Rzecząpospolitą - to konkretny wymiar różniący ten okres od okupacyjnej Polskiej Republiki (Rzeczypospolitej) Ludowej. W tym roku na warszawskiej Pradze, przy katedrze pw. św. Floriana przybył pomnik bohaterskiego księdza Skorupki - kapelana wojsk polskich broniących przedmieść Warszawy przed nawałnicą bolszewicką 1920 roku. Tu też rozbłysły ogniki pamięci. Zostawiamy też dowody pamięci na grobach tych, którzy już nie mają swoich rodzin.

Towarzysząca w tych chwilach zaduma nad przemijającymi w miarę upływu czasu sporami politycznymi czy środowiskowymi pozbawia je ostrości oraz zawraca myśli aspirujących do przewodnictwa społeczeństwu ku podstawowemu i eschatologicznemu porządkowi. Stanowi moment refleksji nad własnym w nim dziełem oraz skłania do próby odpowiedzi na pytanie o ich ocenę dokonaną przez przyszłe pokolenia. To jest największy wymiar tego święta, dzięki któremu możemy - my, dziedzice polskości - cały czas zachować łączność z odeszłymi na wieczną służbę pokoleniami Polaków.

AD 2004 - 2005 pozostawili nam wskazówki na przyszłe lata:

- Wielki Syn Narodu Polskiego, oddany na służbę całej ludzkości - Ojciec Święty Jan Paweł II, biskup Karol Wojtyła. Odszedł 2 kwietnia o godzinie 21.37, w wigilię niedzieli Miłosierdzia Bożego;

- Generał Stanisław Skalski, lotnik Września 1939, jeden z tych "niewielu, którzy uczynili tak wiele dla Wielkiej Brytanii", więzień komunistycznej bezpieki, skazany na karę śmierci; odszedł 12 listopada 2004 r.;

- Jan Nowak Jeziorański, żołnierz Września 1939, ostatni kurier, który wrócił z Londynu przed powstaniem warszawskim, powstaniec warszawski, w latach 1952 do 1976 kierownik Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa - medium istotnie wpływającym na demontaż systemu okupacji sowieckiej Rzeczypospolitej, odszedł 20 stycznia 2005 r.;

- Edward Moskal, szef Kongresu Polonii Amerykańskiej, zapoznany krytyk Jana Nowaka-Jeziorańskiego, wpływowy inicjator wielu programów popierających aspirację Polski do struktur zachodniej Europy i NATO, odszedł 22 marca 2005 r..

Krzysztof Pawlak


Komentarz (1)

Kto opóźnił nadejście IV RP? - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 31, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Jak pewnie wielu jeszcze pamięta, 4 czerwca 1989 r. aktorka Joanna Szczepkowska ogłosiła Polakom, że "właśnie skończył się komunizm", które to oświadczenie stało się w późniejszych latach pretekstem do wielu pobłażliwych w tonie aluzji do bieżących wydarzeń politycznych, gdyż każdy kto miał trochę oleju w głowie, wyraźnie dostrzegał, że mechanizmy rządzące III RP stanowiły jedynie bardziej wyrafinowaną mutację PRL-u. Nie wiem, czy uchodzący za prawicowca Jan Pospieszalski prowadzący audycję telewizyjną pt. "Warto rozmawiać" oświadczając w następny dzień po II turze wyborów prezydenckich, iż "oto obudziliśmy się w IV RP", zdawał sobie sprawę, że został - zapewne mimowolnie - narzędziem cezury IV RP tak jak wypowiedź p. Szczepkowskiej stała się symbolem początku III RP. No cóż, niektórzy twierdzą, że artyści mają szczególnie rozbudowaną inteligencję emocjonalną, która jest taką psychiczną odmianą sprawiedliwości społecznej, faktem jest, że także wielu komentatorów politycznych i polityków gotowych jest werdykt wyborców z 23 października traktować jako "nowy początek".

Zastanawiałem się również nad tym problemem, zwłaszcza że niedawno na tych łamach starałem się udowadniać, że prawdziwą cezurą IV RP mogłaby być jedynie fundamentalna zmiana ustrojowa, np. istotna zmiana konstytucji, zmiana systemu wyborczego, zakaz deficytu budżetowego itp. Delimitacja systemów ustrojowych nie jest zajęciem łatwym, zapewne ustrojową linią demarkacyjną trudno byłoby określić pierwsze przemówienia prezydenta elekta czy podziękowania jego brata skierowane m.in. do Ryszarda Bugaja i Adama Gierka, co zresztą w przypadku tego ostatniego nie może być jakimś wielkim zaskoczeniem, gdyż hasła "Polski solidarnej" przypominają słynne hasło programowe Edwarda Gierka: "No to jak, towarzysze – pomożecie?...". Praktycznie w tym samym czasie gdy Pospieszalski oznajmiał rodakom, że obudzili się w IV RP, jedna ze stacji komercyjnych nadawała film największego "mistyka" współczesnego kina M. Night Shyamalana pt. "Znaki", którego credo sprowadzało się do często cytowanej przez p. Michalkiewicza tezy śp. ks. Bronisława Bozowskiego, że "nie ma przypadków, są tylko znaki". Kierując się tą sugestią, należałoby trochę zrehabilitować znaczenie inteligencji emocjonalnej i na ostatnie wydarzenia spojrzeć właśnie pod kątem owych znaków. Moim skromnym zdaniem nic tak nie oddało symboliki ostatecznego werdyktu elektoratu jak casus p. Jana - palacza c.o. z Legnicy, o którego istnieniu dowiedziała się 23 października cała Polska. Otóż jak pewnie większości wiadomo, p. Jan - palacz z Legnicy, dzierżył klucze do jednego z tysięcy rozsianych po całym kraju lokali wyborczych i przypadek chciał (a jak wiadomo - nie ma przypadków, są tylko znaki), że nawalił budzik p. Jana, przez co drzwi do lokalu zostały otwarte kilkanaście minut później niż przewidywały postanowienia i uchwały organów państwowych. Wszystko być może skończyłoby się na krótkiej, roboczej odprawie na poziomie rzeczonej lokalnej komisji, ale PKW mając na uwadze, że telewizja publiczna jak i komercyjna TVN kilkadziesiąt sekund po godz. 20.00 miały podać przedwstępne wyniki wyborów, podjęła decyzję o wydłużeniu ciszy wyborczej o 20 minut właśnie z powodu wspomnianego zajścia w Legnicy. Tym samym skromny palacz z Legnicy, a właściwie jego budzik - w niezamierzony sposób odsłonili pewną istotną prawdę o ustroju III RP. Przede wszystkim należałoby zauważyć, że PKW z zasłużonym dla III RP przewodniczącym Ferdynandem Rymarzem podejmując decyzję o wydłużeniu ciszy wyborczej, uznała, że informacja mediów o wynikach sondaży powyborczych mogłaby wpłynąć na wynik głosowania poprzez kilkunastominutowe głosowanie w jednym skromnym obwodzie głosowania! Jak to miałoby niby wyglądać? Ano, chyba tak, że setki osób w Legnicy, którzy nie poszli do urn do 20.00, siedzieliby z uszami przy głośnikach telewizorów i kilka minut po 20.00 poinformowani, że prowadzi Kaczyński - w te pędy, tak jak stali, ruszyliby szturmem do komisji, by oddać głos, mimo że wcześniej albo z powodów ideowych, albo z braku przekonań i lenistwa do urn nie poszli. Zakładając, że taka nagła mobilizacja byłaby w ogóle możliwa i ludziska zdążyliby dopaść urny przed 20.20, to warto zapytać: co byłoby, gdyby PKW zignorowała awarię budzika palacza z Legnicy i nie poinformowała przez wszystkie media o wydłużeniu czasu głosowania w danym obwodzie? Ciekawe, że żadne media, które 20 długich minut musiały trzymać Polskę na bezdechu, a Lechowi Kaczyńskiemu przedłużały możliwość zameldowania o wykonaniu zadania, nie poinformowały, ilu wyborców głosowało w Legnicy między 20.00 a 20.20. Ale właściwie nie chodzi w tym wszystkim o to czy PKW postąpiła słusznie, czy nie, ważne - dlaczego tak postąpiła i dlaczego budzik palacza z Legnicy wstrzymał nadejście IV RP o 20 minut? Oczywiście powodem tym był fakt, że wyniki wyborów ogłaszają media i gdyby nie fakt, że PKW zezwoliła na prowadzenie pod lokalami wyborczymi wywiadów ankietowych, sponsorowanych przez tzw. układ medialny, to nie byłoby problemu z dwudziestominutowym opóźnieniem jednej z komisji wyborczych, wyniki z 10 proc. obwodów, czyli z próby 1,5-milionowej, kilkunastokrotnie większej i bardziej wiarygodnej od sondaży, zostały podane już przed 23.00 (pierwotnie przewidywano, że będzie to możliwe wkrótce po 22.00), więc o co tyle krzyku i forsy wydanej na sondażownie? Otóż zdecydował zapewne prime time, gdyż co innego oznacza dla telewizji godzina 20.00, a co innego godzina przed północą, co oznacza, że PKW zezwala sondażowniom prowadzić badania przed lokalami, by telewizja mogła natychmiast ogłosić i to koniecznie we wspomnianym "prime time", kto został prezydentem, by ten w zaaranżowanym orędziu do narodu mógł zastrzegać się, że jako "prawdopodobny prezydent...." ...i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie budzik palacza c.o.

I sprawa druga, bardziej istotna. Otóż okazuje się, że pomimo ciszy wyborczej firma sondażowa prowadząca badania przed lokalami, regularnie (w praktyce co godzinę) podawała wyniki wyborów swoim sponsorom, ci zaproszonym do swoich redakcji i studiów gościom, ci innym znajomym, tamci sztabom wyborczym, tak, że liderzy PiS-u mogli zgromadzonym jeszcze podczas ciszy wyborczej podpowiadać, że za chwilę wystąpi przed nimi prezydent Polski. I właśnie ten fakt najlepiej oddaje istotę III RP, gdyż cisza wyborcza obowiązywała oficjalnie, natomiast niektórych nie obowiązywała, a jak się można domyślić - nie obowiązywała także wielu z tych, którzy w komisjach śledczych dużo rozprawiali o grupach trzymających władzę, a mimowolnie do porządku dziennego przechodzą nad istnieniem równych i równiejszych. Równych obowiązuje cisza wyborcza tak jak wszystkie zresztą głupie i szkodliwe prawa III RP, równiejsi mogą mieć dostęp do zaplecza demokracji, gdyż nawet jak zrobią użytek z informacji - to przecież dla dobra demokracji. Pisałem nie tak dawno w związku z casusem "zastępcy pośredniego" Cimoszewicza, że naczelną zasadą ustrojową III RP jest "co wolno wojewodzie, to nie tobie smro...", to znaczy: obywatelu równy w prawach i obowiązkach. Przypadek palacza c.o. z Legnicy ową ustrojową hipokryzję symbolicznie zaznaczył w ostatnim dniu III RP i dał do zrozumienia, że tym co się w tej dziedzinie z pewnością w IV RP zmieni, to ci, którzy od tej chwili będą równiejsi. Równy będzie palacz z Legnicy, przez którego - a nie przez sondaże i media - cisza wyborcza została niemiłosiernie wydłużona o całe 20 minut. Równiejsi będą znajomi króliczka, można być prawie pewnym, że nadal największą rolę w doborze kadr będą odgrywały nie kwalifikacje, ale to kto, gdzie, kiedy i przy kim stał... A właściwie - to przy kim stoi obecnie, gdyż polityka PiS-u jest bardzo podobna do polityki założyciela rodu Rothschildów, który swoich synów porozsyłał po wszystkich znaczących stolicach Europy tak, że niezależnie od tego kto był w danej chwili górą, rodzina zawsze miała "dojścia" potrzebne do realizacji zamierzonego przedsięwzięcia.

Usłużne media już doniosły, że kandydatką premiera Marcinkiewicza na ministra finansów ma być pani prof. Lubińska, zapewne tylko przypadkowo niegdysiejsza kierowniczka jego seminarium doktorskiego i spiritus movens szkoły wyższej funkcjonującej w rodzinnym mieście premiera (chociaż sprężyną przedsięwzięcia to był raczej premier Marcinkiewicz, a pani profesor - warunkiem ustawowym). Pani profesor uchodziła również niegdyś za "liberałkę" i należała do UW. Także pierwsza ujawniona twarz nowej kancelarii prezydenta - pani Jakubiak, jak się okazało - pracowała w kancelarii czołowego działacza liberałów z KLD, p. Kurczewskiego, a pracę w kancelarii prezydenta Warszawy zdobyła, gdyż jej nazwisko znalazło się na karteczce spisanej przez Jerzego Woźniaka z romantyczną adnotacją: "polecam ci to, co mam najlepszego". Ciekawe, co powiedziałby np. poseł Wasserman, gdyby odnalazła się słynna kartka od ministra Ungiera do ministra Kaczmarka, a na niej oprócz nazwisk znajdowałaby się adnotacja "polecam ci to, co mam najlepszego"? Zapewne nie miałby wątpliwości, że rzecz ocierałaby się o protekcję, ale co tam szczegóły - najwięcej o stanie rzeczy i powadze sytuacji mówi fakt, że pani Jakubiak jest specjalistką od rewalidacji po kierunku "pedagogika specjalna".

Jak zwykle niezastąpiony w diagnozach sytuacji okazał się poseł Michał Kamiński, który zapytany o ocenę sondażowych przekrętów, stwierdził, że taka pomyłka to kompromitacja i frajerami będą ci, którzy wyłożą jeszcze kiedyś pieniądze na zlecenia dla firm przeprowadzających badania przedwyborcze. Frajerem to jest pan poseł Kamiński, jeżeli faktycznie wierzy, że "przestrzelenie" szacunków było - posiłkując się formułą, jaką użyto w sprawie słynnego oświadczenia majątkowego Cimoszewicza - "nieświadomą pomyłką"! Sondaże przedwyborcze były jak najbardziej świadomym łgarstwem, a firmy wiedziały, za co biorą pieniądze - tak jak i zleceniodawcy wiedzieli, za co płacą. Mimo, że nie jestem wielkim zwolennikiem nieustających komisji śledczych, to przydałaby się na początek jakaś komisja, która gruntownie zbadałaby kulisy kampanii wyborczej. Ale czy w obnażaniu kulisów demokracji byłaby zainteresowana zwycięska partia, która oficjalnie na marketing wyborczy przeznaczyła ponad 35 mln zł? Jeszcze nie daj, Panie Boże, a okazałoby się, że przekonanie wyborców do idei "polski solidarnej" jest zasadniczo wypadkową pieniędzy pochodzących z kieszeni podatników, którymi futruje się kieszenie macherów od public relations.

Nieprzypadkowo również dzień po wyborach na prezydenta RP, które potwierdziły kompromitację, a właściwie - polityczną usłużność największych sondażowni, p. Lena Kolarska-Bobińska wysmażyła na łamach "Rz" łzawy artykulik pt. "Czerwona kartka wyborcza", którego sens sprowadzał się w zasadzie do odwrócenia uwagi od medialno-sondażowej porażki, jak zwykle zwracając uwagę publiczności na "niską frekwencję i brak więzi polityków z narodem". Pani profesor "od spraw publicznych" zaapelowała oczywiście o utworzenie - jakżeby inaczej! - Państwowego Instytutu Wyborczego, który zajmowałby się m.in. "promowaniem postaw obywatelskich" i "edukacją obywatelską, zwłaszcza młodzieży". No jasne! Zwłaszcza, że za kilka lat tacy wyborcy wyedukowani obywatelsko przez Państwowy Instytut Wyborczy z postawą "wypromowaną" przez Narodowy Ośrodek Sondażowy z pewnością nie dopuściliby, by wyniki głosowania były inne niż te przepowiadane przez "obop-y" i inne "najmimordy" z medialnego towarzystwa wzajemnej adoracji. Gdyby nadszedł taki dzień, to nawet p. Jan z Legnicy mógłby spać spokojnie bez obawy, że jego budzik opóźni nadejście zmiany ustrojowej.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Komentarz (1)

Koalicja SLD-PO-PSL ukarała warszawiaków za wybór Polaków: prezydentem RP Lech Kaczyński Wysłane sobota, 29, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Minister gospodarki zabrał pieniądze na budowę kolejki" - donosi swoim czytelnikom warszawski dziennik "Życie Warszawy" w dniu dzisiejszym. Warto się zapoznać z tym doniesieniem, zresztą podchwyconym przez inne gazety.

"Minister Jacek Piechota z SLD na koniec swojej kadencji wymierzył stolicy siarczysty policzek – w piątek po południu zatwierdził decyzję o nieprzyznaniu miastu pieniędzy na budowę metra. (...) 6 października członkowie krajowego komitetu sterującego przy ministrze gospodarki i pracy orzekli, że Warszawa pomocy na metro nie potrzebuje i że jej nie dostanie. Sztandarową inwestycję stolicy zepchnęli na ostatnie, dziesiąte miejsce w kolejce projektów oczekujących na dofinansowanie.
Pieniądze mógł dać miastu Jacek Piechota. Wystarczyłoby, żeby odrzucił wnioski ekspertów. On jednak je zatwierdził. Władze Warszawy osłupiały.
- Ze smutkiem i zażenowaniem przyjmuję to, co się stało. Decyzja ministra ma charakter czysto polityczny - mówi teraz zastępca prezydenta miasta odpowiedzialny za inwestycje, Sławomir Skrzypek (...)".
Co jest jeszcze bardziej ciekawe - nad wyraz nieprzyjazny obecnej ekipie warszawskiego ratusza bulwarowiec "GW" rozwija tę szaradę:
"W Ministerstwie Gospodarki i Pracy po raz kolejny zebrał się wczoraj Krajowy Komitet Sterujący. Przedstawiciele najbardziej zurbanizowanych regionów mieli podpowiedzieć ministrowi, jak podzielić 115 mln euro przeznaczonych na rozwój transportu publicznego w siedmiu największych aglomeracjach. (...) Trzy tygodnie temu członkowie Komitetu Sterującego głosami głównie przedstawicieli SLD, PO i PSL (wytł. ASME) przesunęli jednak metro na ostatnią pozycję, bo tylko wtedy pieniędzy starczyłoby na wszystkie pozostałe projekty.
Wczoraj pieniądze dla metra próbował jeszcze ratować Bogusław Kowalski, poseł LPR, który trzy tygodnie temu w ogóle nie pojawił się na posiedzeniu Komitetu Sterującego, bo był w Londynie.
- Starałem się zmienić ten niekorzystny dla stolicy podział pieniędzy. Poparło mnie kilka osób z komitetu, ale minister Piechota był nieugięty - opowiada Bogusław Kowalski, poseł LPR, były wicemarszałek województwa. Jego zdaniem tuż przed odejściem minister powinien tę decyzje pozostawić następcy. - Tu szło o politykę. Chodziło o upokorzenie obecnych władz Warszawy - uważa Kowalski. (...)".

Codziennie podziemna kolejka metropolitalna przewozi ponad 280.000 użytkowników - w znakomitej większości obecnych mieszkańców Warszawy (choć - czy warszawiaków - to już dyskusyjne). Stanowi swoistą oś komunikacyjną miasta, wzdłuż której pęcznieją ceny terenów oraz lokali mieszkalnych i użytkowych. Tak samo będzie w dalszych jej - już według nomenklatury starych warszawiaków - pod-warszawskich, bielańskich rejonach przyszłej obecności. Tak samo będzie wzdłuż kolejnych tras: Zachód-Wschód oraz Obwodnicy. Ten gest swoistej koalicji anty-metrowej post(?)komunistycznej-"lyberalnej"-mlekourzędniczej jest m.in. dowodem na warunkowany profitami politycznymi brak chęci rozwoju stolicy i jedynego mogącego nawiązać równorzędną walkę z innymi metropoliami europejskimi miasta Polski przez werbalnie "liberalną" Platformę Obywatelską - niedoszłą koalicjantkę w sumie populistycznego i socjalizującego ugrupowania PiS na scenie (scenie, panie Rybiński: SCENIE!) politykierskiej RP.

I jak tu być Małym Antysocjalistą - gdy socjaliści żoliborscy są bardziej liberalni niż werbalni "lyberałowie" wielo-polscy?


Komentarz (4)

Meisterstück Braci Kaczyńskich - nawet gdyby musieli z winy Platformersów utworzyć rząd mniejszościowy! - Łukasz Perzyna o możliwych rozwiązaniach patu gabinetowego niedoszłej koalicji PiS - P Wysłane sobota, 29, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Meisterstück Braci Kaczyńskich - nawet gdyby musieli z winy Platformersów utworzyć rząd mniejszościowy! - Łukasz Perzyna o możliwych rozwiązaniach patu gabinetowego niedoszłej koalicji PiS - PO Wysłane sobota, 29, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Bracia Kaczyńscy, zwłaszcza Jarosław - od lat uchodzą za najlepszych analityków sceny społecznej. Gdy na początku lat 90. ostrzegali przed plagą zawłaszczania państwa i korupcji w Polsce, ówczesna rządząca Unia Demokratyczna odpierała zarzuty, odpowiadając, że »pewne patologie zwykły towarzyszyć rozwojowi kapitalizmu« i w miarę wzrostu dochodu narodowego będą zanikać. Afery - Orlenu, te wszystkie lokalne ośmiornice SLD-owskie, ze świętokrzyską i opolską na czele potwierdziły, że to Kaczyńscy mieli rację. Dziś stają wobec historycznej próby, która określi ich miejsce w życiu publicznym na wiele lat. Podwójne zwycięstwo wydaje się, że nie było oczekiwane przez Braci Kaczyńskich" - Łukasz Perzyna, publicysta naszej witryny oraz "Tygodnika Solidarność" zastanawia się nad rozwojem sytuacji na scenie politycznej "polskiego regionu UE" i przezwyciężeniem kryzysu niedoszłej koalicji PiS-PO.

Jarosław Kaczyński nie uzyskał 41% poparcia dla swojej listy, ale - 26% głosów, przecież - pierwszy wynik, ale po czterech tygodniach staliśmy się świadkami największego Jego sukcesu: w walce dwóch ludzi odwołujących się do tradycji solidarnościowej, niepodległej, patriotycznej, w wyborach już większościowych, Jego brat Lech uzyskał poparcie WIĘKSZOŚCI Polaków. Część tego poparcia została jednak roztrwoniona - bo niektóre sondaże dawały ponad 30% wynik i Platformie, i PiS-owi. To jest pierwsza poważna przesłanka dla Braci Kaczyńskich: zwykli Polacy chcieli obdarzyć zaufaniem OBA ugrupowania, które w przyszłości deklarowały zawiązanie koalicji.
Dzisiaj PiS ma Prezydenta RP, który w wigilię Wigilii obejmie Urząd. Ma też stolec premiera, Marszałkiem Sejmu jest członek PiS, Marszałkiem Senatu jest człowiek, który poparł kandydata Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. W tej kampanii padło hasło "Pełna Odpowiedzialność" ponoć miał je ukuć kardynał Henryk Gulbinowicz, ale - dla potrzeb Platformy Obywatelskiej, jako rozwinięcie skrótu PO. Z woli wyborców przekształciło się w krzywym zwierciadle - w hasło PiS, które "wzięło wszystko".
Dzisiaj wydaje się, że PiS zdecydowało się na rządy bez Platformy, ale doszło do tego w wyniku obstrukcji przedstawicieli "liberałów". Można sobie wyobrazić już czarny scenariusz dla ekipy PiS, biorąc pod uwagę komentarze dochodzące z łam prasy zachodniej, oczywiście głównie niemieckiej - Francuzi znacznie mniej się interesują tą częścią Europy, bardziej ich obchodzi Hiszpania, Portugalia czy Włochy, do których jeżdżą na wakacje. Już dzisiaj współpracownicy prezydenta-elekta mówią, że Lech Kaczyński będzie musiał intensywnie jeździć po stolicach Zachodniej Europy, by zatrzeć niechętne mu, panujące w lewicowych gabinetach "Ełropki" socjalistycznej nastroje. W krajowej dziedzinie będą zapewne musieli polegać na doraźnych sojuszach, ale przez to, że ugrupowania np. LPR czy Samoobrona są stosunkowo słabe - mogą uzyskiwać wymierne poparcie dla konkretnych projektów. A nawet w ten sposób mogą zostać zwolnieni z realizacji postulatów "socjalnych", którymi epatowali mniej wyrobiony elektorat w trakcie euforii kampanii wyborczej...

I w ten sposób może okazać się, że był to prawdziwy meisterstück Braci Kaczyńskich!

Nagranie trwa ponad 16 minut i jest dostępne w Sieci do 12 XI 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Poczytaj Mamie o SLD:
My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem!
...bo tow. specjalny Ungier M. nie zrobił w sumie nic, co byłoby naprzeciwko naszym celom (i naszych przyjaciół!), a chcom go nienawistniki zawiesić... na przyzakładowej tablicy chwały w prokuraturze!
Wysłane piątek, 28, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Cytat podstawowy: "Obiektywnie socjaldemokracja jest umiarkowanym skrzydłem faszyzmu" Józef Stalin (Np. Onet.pl)


Poczytaj Mamie o PZPR/SLD/SDPl: My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem! ...bo jak się już podajemy do dymisji - to tylko ze względu na... nasze błendy w krzewieniu wartościów rodzinnych, np. ojcowskich - tow. specjalny Ungier M. winny zaniedbań w dozorze syna!
Nie jest to już sprawa pachnąca żywicą i nowością, dlatego wydawałoby się, że nie musimy poświęcać jej zbytniej uwagi. Zabawnym zbiegiem okoliczności była sporego zasięgu awaria energetyczna, która miała miejsce w Katowicach na kilka godzin przed posiedzeniem prokuratury w tym mieście, składającej akt oskarżenia wobec byłego bardzo bliskiego współpracownika lokatora Pałacu Namiestnikowskiego. Nie przeszkodziła jednak w pracach tego urzedu. Jest jednak specjalny aspekt dotyczący byłego "kapciowego" towarzysza prezydenta Olka "Disko Polo" Kwaśniewskiego, który dzięki nieustannej medialnej promocji w czasie sprawowania swojej funkcji może wciąż liczyć na doniosłe wyniki popularności w społeczeństwie PRL-bis. Towarzysz specjalny Marek U. (-ngier) był wyjątkowym zaufanym post(?)komunistycznego "prezia", posiadając uprawnienia wglądu do tajemnic państwowych, nad którymi konstytucyjną pieczę pełni urząd prezydencki, czyli - tajników operacji wojskowych służb operacyjnych. Proszę zwrócić uwagę - to tow. Ungier miał ten przywilej, nie tow. "prezio". Analogicznie było w przypadku tandemu "ałtoryteta moralnego", "prezia" Wałęsy - "kapciowego" Wachowskiego. Dlatego tak ważna jest dla obecnie formułującego się rządu zdominowanego (a może - autorskiego, mniejszościowego) przez polityków PiS przejęcie dostępu do archiwów WSI, która to służb specjalna jest w nieustającym ogniu (słusznej) krytyki od kilkunastu lat ze strony środowisk antykomunistycznych jako odpowiedzialna za niezliczoną już liczbę przestępstw popełnionych przez jej funkcjonariuszy w trakcie "przemian gospodarczych", poczynając na aferze FOZZ (kłaniają się tu pp. Przystawa i Dakowski z Ruchu Obywatelskiego n/rz. JOW), a kończąc na "zamieszaniu" z rurociągiem Brody - Płock i sprawie rurociągu jamalskiego. Najpierw zagrożenie pozycji, potem usunięcie tow. Ungiera z Pałacu Namiestnikowskiego na wiosnę tego roku w pewnym stopniu osłabiło kontrolę "obozu prezydenckiego" nad "wiejskimi" przedstawicielami "środowisk gospodarczych PRL-bis", co już istotnie zmieniło np. tok prac nad uzyskaniem w końcu przez Polskę tzw. niezależności energetycznej.
O kolejnej odsłonie w sprawie tow. specjalnego Ungiera oczywiście poinformowały m.in. serwisy WP i Onet.pl w dniu dzisiejszym:


"Marek Ungier oskarżony o ujawnienie tajemnicy i fałszywe zeznania

Były szef gabinetu prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego Marek Ungier odpowie przed sądem za ujawnienie tajemnicy państwowej oraz składanie fałszywych zeznań. Prokuratura Okręgowa w Katowicach skierowała do sądu rejonowego akt oskarżenia przeciwko niemu - poinformował jej rzecznik Tomasz Tadla. Ungierowi grozi do pięciu lat więzienia.

Według prokuratury były szef gabinetu prezydenta miał ujawnić tajemnicę państwową, informując byłego ministra skarbu Wiesława Kaczmarka o działaniach podjętych wobec niego przez służby specjalne w związku z rzekomym przyjęciem przez niego łapówki. Fałszywe zeznania miał złożyć w postępowaniu dotyczącym PKN Orlen.
Śledztwo przeciwko Ungierowi było konsekwencją spotkania znanego biznesmena Jana Kulczyka z Władimirem Ałganowem, rosyjskim szpiegiem w Wiedniu w lipcu 2003 r. Po powrocie do Polski Kulczyk miał poinformować szefa Agencji Wywiadu Zbigniewa Siemiątkowskiego, że - według Ałganowa - były minister skarbu Wiesław Kaczmarek i były szef Nafty Polskiej Maciej Gierej przyjęli od Rosjan 5 mln dolarów łapówki za pomoc w prywatyzacji Rafinerii Gdańskiej.
- Informacja ta - zdaniem szefa wywiadu - była na tyle istotna, że nadano jej klauzulę »ściśle tajne«. Zainicjował on działania służbowe w Agencji Wywiadu po to, żeby zweryfikować te informacje - powiedział Tadla.
(...) W czasie śledztwa katowicka prokuratura zbadała obieg dokumentów w Kancelarii Prezydenta i wyodrębniła grupę osób, które mogły mieć związek ze sprawą. Z jej ustaleń wynika, że z informacją tą zapoznał się Ungier, posiadający certyfikat bezpieczeństwa, dotyczący informacji niejawnych.
- Zapoznając się z tą informacją przekazał ją prezydentowi. Odbyło się to w ten sposób, że 5 sierpnia poleciał on do Juraty, gdzie Kwaśniewski spędzał urlop. Tego samego dnia wrócił do Warszawy. Następnie zadzwonił do Wiesława K. i zaprosił go na rozmowę. Ta rozmowa odbyła się w Pałacu Prezydenckim 7 sierpnia - powiedział Tadla. Właśnie w czasie tej rozmowy - zdaniem prokuratury - Ungier miał powiedzieć Kaczmarkowi, że w sprawie rzekomej łapówki prowadzone są działania przez służby specjalne.
- Jest to niewątpliwie naruszenie tajemnicy państwowej, dlatego że klauzula »ściśle tajne«, naniesiona na informację przekazaną przez Agencję Wywiadu, nie była bezcelowa. Była po to, by chronić tę informację w sposób najwyższy z możliwych przewidziany przez polskie prawo, tymczasem dowiedziały się o niej osoby nieuprawnione, przy czym osoba jak najbardziej zainteresowana tą sprawą - podkreślił Tadla. Dlatego prokuratura uznała, że Ugnier przekroczył swoje uprawnienia i zdradził tajemnicę państwową.
Drugi zarzut wobec Ungiera dotyczy składania fałszywych zeznań w innym prowadzonym przez katowicką prokuraturę śledztwie - w sprawie zatrzymania w 2002 r. ówczesnego szefa PKN Orlen Andrzeja Modrzejewskiego. Jest jednak także pośrednio związany z rzekomą łapówką. Będąc przesłuchiwany jako świadek w tej sprawie zeznał nieprawdę, że nic mu nie wiadomo na temat rzekomej łapówki oraz że nic nie wie na temat prowadzonego postępowania w tej sprawie - powiedział rzecznik prokuratury. (...)".


Komentarz (0)

Medialne wycie lewicowych Europejsczyków do wyboru Lecha Kaczyńskiego na prezydenta RP - Mirosław Szczupakowski Wysłane czwartek, 27, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Co to się porobiło w tej pełnej postępowego szczebiotu Ełropce!: oto na DEMOKRATYCZNY wybór nie zgadzają ci, którzy jednocześnie krztuszą się rykiem o braku tolerancji i poszanowania reguł demokratycznych właśnie w stosunku do nich samych. Francuscy dewianci chcą protestować u siebie, w Paryżu, bo w Polsce Polacy wybrali sobie na prezydenta człowieka, który przez poważną część życia walczył z komunistycznymi totalitarystami o wolność, takze i dla takich jak oni, by prypomnieć tylko akta osobowe w kartotece "Hiacynt", utworzone przez MSW-owskich bandytów w celu szantażu osobników o spaczonym zachowaniu seksualnym. Taka wiadomość przyniesiona została przez serwis Kościół.pl dzisiaj:
Wybór na prezydenta w Polsce Lecha Kaczyńskiego deklarującego swe przywiązanie do tradycyjnych wartości chrześcijańskich, jak i wcześniejsze doniesienia o jego poglądach i krokach podejmowanych w sferze życia publicznego już wzbudziły rozgorączkowanie środowisk homoseksualnych na zachodzie Europy. Kaczyński, uważany za homofoba, stanie się bohaterem Paryża już w sobotę 29 października.

Internetowy magazyn gejów i lesbijek we Francji podał komunikat o planowanej na ten dzień wielkiej manifestacji protestu przeciwko wyborowi i prezydenturze Lecha Kaczyńskiego. L'International gay and lesbian association (ILGA - Międzynarodowe Stowarzyszenie Gejów i Lesbijek) oraz l'Interassociative LGBT (ta organizacja skupia także transwestytów i biseksualistów) ogłosiły, że planowana manifestacja odbędzie się na rogu ulic Telleyrand (siedziba Ambasady RP) i Constantine, w Paryżu o godzinie 18.30. Jest to szczególnie symboliczne dla Polaków miejsce. Tu bowiem w latach osiemdziesiątych odbywały się manifestacje poparcia dla Solidarności oraz sprzeciwu wobec istniejącego w Polsce reżimu komunistycznego.

Przypomnijmy, że wcześniej księża - przedstawiciele arcybiskupstwa Paryża złożyli w sądzie wniosek o ukaranie przedstawicieli jednej z organizacji popierających homoseksualizm, którzy urządzili sobie w katedrze Notre-Dame parodię ślubu, a spotkawszy się ze sprzeciwem księży pobili jednego z nich na dziedzińcu przed kościołem. Sąd odrzucił skargę w całości.


Komentarz (0)

PGB WZYWA DO DEBATY I OCENY WIARYGODNOŚCI OŚRODKÓW BADANIA OPINII PUBLICZNEJ Wysłane czwartek, 27, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Największymi przegranymi minionych, tegorocznych podwójnych wyborów w Polsce okazały się. tzw. sondażownie. We wszystkich środowiskach, zarówno we zwycięskim ugrupowaniu PiS, jak i w przegranych pozostałych rozległy się głosy o kompletnym blamażu ośrodków prognozowania "pogody wyborczej", których szacunki zostały "przestrzelone" niekiedy o niemal kilkanaście punktów procentowych. Dla tej dość wpływowej wśród tzw. inteligencji grupy "pracowników umysłowych" rozpoczął się okres gorączkowych poszukiwań winnych tego stanu rzeczy, co zaowocowało m.in. wieloma, natychmiast transmitowanymi w środkach masowego rażenia, po kolejnych odsłonach wyników głosowań, "dyskusjami nad możliwymi błędami w aparaturze pomiarowej". Głosy dyżurnych "socjometrów", publikowane czy ukazywane na ekranach, najczęściej nic nikomu nie wyjaśniły, co pogłębiło tylko stan frustracji środowiska.
Inaczej podszedł do tego najbardziej od kilku lat wiarygodny ośrodek pomiarów społecznych, Polska Grupa Badawcza, zrzeszająca Biuro Badania Opinii i Rynku Estymator oraz Ośrodek Badań Wyborczych. Z ich inicjatywy wczoraj został wystosowany list do prezesa "publicznej" TVP o podjęcie konkretnych środków zaradczych nieubłaganemu dramatycznemu spadkowi zaufania do jakichkolwiek szacunków w orbicie badań politycznych, dokonywanych przez "sondażownie". Dalej już podajemy za witryną Polskiej Grupy Badawczej:


Polska Grupa Badawcza wzywa do publicznej debaty na temat roli i sposobów publikowania sondaży politycznych w kampanii wyborczej. PGB chce także obiektywnej oceny wiarygodności ośrodków badania opinii publicznej - poinformował w środę PAP Marcin Palade z PGB.
"Nie ulega wątpliwości, że mamy do czynienia z kryzysem zaufania dla instytucji badawczych. Jeśli chcemy je odbudować, to powinna się odbyć publiczna debata na ten temat" - powiedział Palade.
PGB wystosowała w sprawie debaty list do prezesa TVP, jego kopie otrzymają także liderzy największych partii politycznych. Według założeń, w dyskusji mieliby wziąć udział politycy, socjologowie, politolodzy i przedstawiciele firm socjometrycznych. "Telewizja publiczna jest najlepszym miejscem na debatę. Jest to medium popularne i obdarzone największym zaufaniem społecznym" - dodał.
Szef PGB zaznaczył, że taka dyskusja zorganizowana w TVP dobrze wpisałby się także w misję telewizji, jaką jest informowanie społeczeństwa. "Telewizja szeroko prezentowała sondaże i teraz widzom należy się wyjaśnienie, dlaczego ich wyniki były tak mało precyzyjne" - podkreślił Palade.
Jak pokazały porównania przedwyborczych sondaży - zarówno parlamentarnych, jak i prezydenckich - prognozy większości ośrodków badawczych były dość dalekie od rzeczywistych rezultatów wyborów. Np. w drugiej turze wyborów prezydenckich ośrodki badawcze do ostatniej chwili wykazywały przewagę Donalda Tuska. Jedynym sondażem wskazującym na możliwe zwycięstwo Lecha Kaczyńskiego był opublikowany w PAP w piątek przed wyborami sondaż PGB.
Wcześniej badania PGB zostały docenione przez Centrum im. Adama Smitha, które oceniało pracownie badawcze przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego. Centrum przeanalizowało wyniki sondaży przeprowadzanych w czerwcu 2004 przez 7 ośrodków badawczych. Po porównaniu ich z rzeczywistymi wynikami wyborów okazało się, że najprecyzyjniej przewidziała wyniki PGB.
Zdaniem dr. Jacka Chołoniewskiego - socjologa z PGB, takie wyraźne różnice między prognozami a wynikami w większości ośrodków wynikają w dużej mierze z metodologii badań. "To chyba głównie kwestia metodologii - my mamy inną niż reszta ośrodków. Jeśli wyniki są najbliższe rzeczywistości - to nasza metodologia jest chyba lepsza" - argumentował socjolog.
PGB przeprowadza swoje sondaże metodą wywiadu ulicznego, zaś większość ośrodków pyta swoich respondentów w domach lub przeprowadza ankiety telefoniczne. Metoda stosowana przez PGB, zdaniem Chołoniewskiego, zapewnia większą anonimowość respondentom. "Nasza metoda ma też swoje wady - ale przy sondażach politycznych lepiej pytać na ulicy niż mniej anonimowo w domu" - ocenił socjolog.
Dodatkowo, według Paladego, w Polsce ankiety przeprowadzane telefonicznie nie zapewniają reprezentatywności próby. "Europejskie Stowarzyszenie Badaczy Rynku i Opinii w swoich dokumentach zaleca, by sondaże telefoniczne przeprowadzano tam, gdzie nasycenie telefonami wynosi 85-90 na 100 dorosłych mieszkańców. W Polsce - uwzględniając telefonię stacjonarną i komórkową, wynosi ono około 73 na 100" - tłumaczył Palade.
Dodał, że przy sondażach telefonicznych wystąpi wyraźna nadreprezentacja wyborców zamożniejszych, lepiej wykształconych i mieszkających w dużych miastach. "To może wyjaśnić, dlaczego przecenione zostały wyniki Platformy Obywatelskiej i Tuska, mających najwięcej sympatyków właśnie wśród wykształconych mieszkańców miast" - podsumował.

Treść listu przedstawicieli PGB do prezesa TVP Jana Dworaka:

"Szanowny Panie Prezesie

W związku z kompromitującymi środowisko badawcze prognozami w zakończonych wyborach parlamentarnych i prezydenckich, które znacząco odbiegały od rzeczywistych wyników głosowań, apelujemy o niezwłoczne przeprowadzenie na antenie TVP publicznej debaty. Tematem przewodnim dyskusji z udziałem polityków, socjologów, politologów i przedstawicieli firm socjometrycznych powinna być rola i sposób prezentacji sondaży w mediach, a także obiektywna ocena wiarygodności ośrodków badawczych.
Z poważaniem
Jacek Chołoniewski Marcin Palade
Do wiadomości:
Pan Jarosław Kaczyński - Prezes PiS
Pan Donald Tusk - Przewodniczący PO
Pan Andrzej Lepper - Przewodniczący SRP
Pan Wojciech Olejniczak - Przewodniczący SLD
Pan Marek Kotlinowski - Przewodniczacy LPR
Pan Waldemar Pawlak - Prezes PSL
Pan Marek Borowski - Przewodniczący SDPL"


Komentarz (0)

"Lyberałowie kunserwatywni" czyli ujawnione żądze SS-mańskie "szalupy ratunkowej UW" Wysłane czwartek, 27, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Zerwanie rozmów koalicyjnych wymowni i giętcy szefowie PO tłumacza nieco sarkastycznym komentarzem: "Oni do królowania - my do pracy".
Wyborcom Platformersów do niedawna zdawało się, że lyberalno-kunserwatywni ich reprezentanci powinni mieć czekających na zapleczu znakomicie przygotowanych fachowców do objęcia ministerstw takich, jak gospodarka, finanse infrastruktura i jako namaszczeni medialnie lyberałowie zrobią w nich porządek raz-dwa. Przeciez rasowy liberał czuje swą powinność od momentu samookreślenia się i stosuje rozwiązania najprostsze: przy gospodarce nie będzie zbyt wiele majstrować.
Ostatnie rozmowy za pomocą wyjątkowo uczynnych dla PO mediów pomiędzy reprezentantami "lyberałów" i PiS wykazują, ze politykom Platformy najbardziej zależy na... tylko jednym jedynym resorcie.
Dokładnie taki rozwój sytuacji opisał już przed dwoma dniami Stanisław Michalkiewicz, współpracownik ASME, jeden z najlepszych analityków sceny politykierskiej od jej początków niknących w mrokach zalegających pod okrągłym meblem ustawionym dla gawiedziej hecy w komnacie Pałacu Namiestnikowskiego w 1989 roku przez współpracowników tzw. generała MO Czesława Kiszczaka (obecnie kryminalisty niezatwierdzonego sądownie).
Ktoś mniej zorientowany w niuansach obrotowej sceny kabaretów politykierskich, których występami jesteśmy nagradzani od lat 16, mógłby pomyśleć, ze "lyberałom" powinno zależeć na resortach społecznie roszczeniowych, których finanse mogliby trzymać krótko, aby mieć wolną rekę w gospodarce i jej finansach. Tylko że nie o ten mieszek z łakociami biją się chuopcy z PO.
Okazało się nagle, że niemal całej wierchuszce PO najbardziej zależy na Ministerstwie Spraw Wewnętrznych - nawet bez pozostałego członu Administracji, którą zaoferował kandydata na premiera Marcinkiewicz, tym samym przed przyszłorocznymi wyborami samorządowymi pozbawiając swoje ugrupowania realnego wpływu na dysponowanie znaczącymi środkami finansowymi oraz wypróbowaną "kadrą" urzędniczą w terenie.
Okazało się, ze "lyberałom" z PO trudno będzie zajmować się gospodarką jako taką bez jednoczesnej kontroli nad sprawami normalnie mało związanymi z liberalną koncepcją rządów, jak służby specjalne, policja, czy sądownictwo. Powyborczy sprawdzian deklaracji szerokim gestem sypanych w twarz wyborcom w trakcie kampanii wykazał, że PO jest partią gromadzącą osobników o zadziwiającym każdego liberała gospodarczego rozmachu działań ekonomicznych, obejmujących zapewne ekonomikę współpracy z resortami "siłowymi", jak je określają praktyczni Rosjanie.
Dlaczego więc - widząc nieumotywowane ideologicznie apetyty liderów PO na kierowanie dalekimi od ich naturalnych zainteresowań aparatami państwowymi - najwyraźniej już niedoszli koalicjanci z PiS mieliby rezygnować z "premii władzy", która zawsze zostaje przy dzierżącym ster rządów I ministrze gabinetu, zwyczajowo nazywanym premierem. Gdyby takiemu na ten przykład byłemu post(? - ha, ha...)komunistycznemu premierowi Leszkowi "Kanzelohrowi" Muellerowi (pisownia europejska nazwiska) zaproponowano pozbycie się kontroli nad UOP/ABW&AW przez SLD na rzecz - dajmy na to: Samoobrony (bliźniacze ugrupowanie dla SLD, składające się z III szeregu PZPR-owców), Polmosy z wielu miast miałyby zapewniony zbyt przez lata, znajdując gorliwych nabywców wśród pomysłodawców szukających zapomnienia o przyczynie swej klęski życiowej oraz regularnych nadawców przesyłek z przeprosinami na dwór "mniejszego prezia".

Zgranie tej ostatniej karty przez liderów PO - widziane przez szerokie masy ich wyznawców dzięki nieustannej obecności środków masowego rażenia, bezmyślnie oczywiście emitujące, wydające, nagłaśniające minuta po minucie największe zakręty negocjacji PO-PiS, nie pozostanie bez wpływu na stan tej organizacji, a próby wywołania kolejnej histerii związanej z możliwością ogłoszenia przedterminowych wyborów przez komunistycznego "gwoździa do trumny" w osobie Olka "Disko Polo" Kwaśniewskiego, dzielnie wspierającego byłego kandydata PO Donalda Tuska w drodze do stolca w Pałacu Namiestnikowskim, dołoży granitowy głaz na miejscy i czasie politycznego pochówku "szalupy ratunkowej Unii Wolności", jak doskonale została u swych początków określona formacja "lyberałów kunserwatywnych" na scenie polskich kabaretów politykierskich.


Komentarz (0)

Poczytaj Mamie o SLD:
My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem!
...bo to w końcu jest umorzenie dla tow. Kalisza R., a nie zamorzenie głodem politykierskim tak znamienitego PZPR-owca!
Wysłane czwartek, 27, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Cytat podstawowy: "Obiektywnie socjaldemokracja jest umiarkowanym skrzydłem faszyzmu"Józef Stalin (Np. Onet.pl)


Kamrat Kalisz R. dostał wystarczające poparcie swoich wyznawców post(?)komunistycznych, by uciec sprawiedliwości politycznej, która dosięgła wielu jego mniej ciężkozbrojnych towarzyszy walki oraz "ciot rewolucji", choć już taka Jakubowska "P(remier)-uff" Ola nie ma wiele powodów do zadowolenia. Ale to nie o niej tym razem wiadomośc nadał m.in. serwis WP w dniu dzisiejszym, tylko o wyroku w sprawie zwyczajowego zachowania publicznego kamratów z byłej PZPR, obecnie – SLD, pomawiających swych przeciwników o wszystko co najgorsze. Rzadki to widok obecnymi czasy, dlatego warto zwrócić uwagę na rozstrzygnięcie białostockiego sądu:

"Ryszard Kalisz musi zapłacić 8 tys. zł zadośćuczynienia
Warunkowe umorzenie postępowania, ale nakaz zapłaty 8 tys. zł zadośćuczynienia - taki wyrok w sprawie z powództwa prywatnego białostockiego radnego Jacka Żalka przeciwko ministrowi spraw wewnętrznych Ryszardowi Kaliszowi zapadł przed Sądem Okręgowym w Białymstoku.

Sąd rozpatrywał apelacje obu stron od wyroku sądu pierwszej instancji i jego orzeczenie utrzymał w mocy. Sąd zmienił jedynie zapisy dotyczące kosztów sądowych. Wyrok jest prawomocny.
Sprawa dotyczyła zarzutu pomówienia, a związana była z zajściami w czasie wiecu wyborczego Aleksandra Kwaśniewskiego pięć lat temu w Białymstoku, gdzie doszło do przepychanek zwolenników i przeciwników prezydenta.
Kilka dni później w jednej z rozgłośni radiowych na temat okoliczności tych wydarzeń mówił ówczesny szef sztabu wyborczego prezydenta, Ryszard Kalisz. Jego wypowiedzią poczuł się dotknięty Jacek Żalek, wtedy szef podlaskiego sztabu wyborczego kontrkandydata Aleksandra Kwaśniewskiego, Mariana Krzaklewskiego".

Kiedy panowała szczęśliwa dla kolaborantów moskiewskich okupantów Rzeczypospolitej epoka władzy kolejnych genseków PZPR-erii taki wyrok po prostu nie był możliwy. Ba, nie doszłoby nawet do wprowadzenia podobnej sprawy na wokandę - oto wymierna, rzeczywista różnica pomiędzy PRL właściwą a dzisiejszą PRL-bis...


Komentarz (0)

Poczytaj Mamie o SLD:
My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem!
...no bo jak cokolwiek przykrego mogłoby spotkać taaaak zasłużonego towarzysza broni jak Z. Siemiątkowskiego, któren po prostu wykonywał zadanie Egzekutywy? "Przekroczenie uprawnień"? To MY stanowimy uprawnienia! "PO-czyścić sobie umowę"? A który to byzneSSmen nie robił tego w trakcie tych już ponad dwudziestu lat nieprzerwanych rzędów lewicy?
Wysłane czwartek, 27, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Cytat podstawowy: "Obiektywnie socjaldemokracja jest umiarkowanym skrzydłem faszyzmu"Józef Stalin (Np. Onet.pl)


Nie ustał jeszcze zgiełk bitewny po bezlitosnej walce przedwyborczej, w której poległ taaaaaak zasłużony towarzysz specjalny Z. Siemiątkowski, były szef chuopców na posyłki dla towarzysza Leszka Muellera, zwanego pieszczotliwie w "kręgu trzymających wadze" (bezbłędna pisownia) "Sztalowym Kanzelohrem", w skrócie "Sztalocha", a już się posypały na jego skromną i mało pojemnościową głowę niezasłużone gromy ze strony czujących zmianę kierunku wiatr historii równie zasłużonych prokuratorów, którym zapewne przykład byłego post(?)komunistycznego ministra Sadowskiego spędza sen z oczu podczas nocnych dyżurów w kazamatach przy ulicy Koszykowej w Warszawie. Rozpisały się na ten temat różne media, a to dziennik "Życie Warszawy", a to dziennik "Rzeczpospolita"...:

"Siemiątkowskiemu postawiono zarzuty

Zbigniew Siemiątkowski jest podejrzany o przekroczenie uprawnień w sprawie zatrzymania byłego szefa Orlenu Andrzeja Modrzejewskiego.
Taki zarzut postawiła mu prokuratura w Katowicach. Jej zdaniem, Siemiątkowski, wówczas szef Urzędu Ochrony Państwa, wydał polecenie przekroczenia uprawnień podwładnym, a w konsekwencji bezprawnego zatrzymania Modrzejewskiego.
­ Przestępstwo polegało na tym, że użył podległych mu służb po to, aby nie dopuścić do podpisania kontraktu handlowego przez byłego szefa PKN Orlen i po to, aby doprowadzić do jego odwołania z tej funkcji - oświadczył Tomasz Tadla, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Katowicach. Prokurator wyjaśnił, że Siemiątkowski, rozkazując zatrzymać Modrzejewskiego, wiedział, że łamie prawo.
Siemiątkowski nie przyznał się do winy. Za popełnienie takich przestępstw może grozić mu do pięciu lat więzienia. Były szef UOP jest trzecim podejrzanym w tej sprawie. Katowicka prokuratura postawiła już zarzuty pułkownikowi Mieczysławowi Tarnowskiemu - byłemu wiceszefowi UOP oraz pułkownikowi Ryszardowi Bieszyńskiemu, byłemu szefowi zarządu śledczego UOP i ABW. Obaj oficerowie nie przyznali się do winy. (...)".

"AFERA ORLENU
Siemiątkowski nadużył władzy nad UOP


Katowicka prokuratura postawiła zarzuty Zbigniewowi Siemiątkowskiemu, byłemu posłowi SLD i szefowi UOP
Według prokuratury Siemiątkowski przekroczył swoje uprawnienia, używając w 2002 r. UOP do zatrzymania prezesa Orlenu Andrzeja Modrzejewskiego.
- Użył podległych mu służb specjalnych po to, aby nie dopuścić do podpisania kontraktu ze spółką J&S przez ówczesnego szefa PKN Orlen oraz aby doprowadzić do odwołania go z tej funkcji - tłumaczy rzecznik Prokuratury Okręgowej w Katowicach Tomasz Tadla. Prokuratorzy ustalili, że Siemiątkowski wydał polecenie pułkownikowi Ryszardowi Bieszyńskiemu, ówczesnemu szefowi zarządu śledczego UOP, aby »uruchomił odpowiednie procedury służbowe, których finałem było zatrzymanie Modrzejewskiego«. Bieszyński miał naciskać w tej sprawie prokuratorów z Warszawy. Modrzejewski został zatrzymany, a sąd uznał, że bezpodstawnie.
Siemiątkowski odmówił składania wyjaśnień. (...)".

Nie dość, że jedna z tajemnic w tzw. aferze Orlenu otarła się o w sumie - mało wysoko lotnego, ale za to wiernego towarzysza walki tzw. generała MO Czesława Kiszczaka (obecnie na etacie kryminalisty niezatwierdzonego), to jeszcze nienawistni od niedawna, byli podwładni prokuratorscy Zbigniewa S. (-iemiątkowskiego) starają się wkraść w łaski nowej rzeczywistości, błyskawicznie i bez oglądania się na skutki (możliwość szybkich ponownych wyborów z "łaski Olka »Disko Polo« Kwaśniewskiego"), ogłaszając kolejne zarzuty dla tego biednego chuopca, który kiedyś tam próbował po prostu POMÓC kolegom i koleżance w trudnej sytuacji biznesowej. No bo któryż z byzneSSmenów i byzneSSłumanek nie miał trudności w tak szybkim, piętnastoletnim zaledwie - przebranżowieniu się z meandrów Służby do niemal niepojętej dla nich Działalności? Informacjami o tym niecnym dla byłych PZPR-owców działaniu młynów sprawiedliwości już nie "proletariackiej" podzieliły się m.in. serwisy Onet.pl i WP z dn. 27.10.2005 r.:

"Postawiono zarzuty Siemiątkowskiemu
(...) Prokuratorzy postawili byłemu szefowi AW zarzut ujawnienia tajemnicy państwowej i spowodowania przecieku ze śledztwa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego wobec spółki PERN zarządzającej ropociągami.
W marcu 2004 r. funkcjonariusze ABW z Bydgoszczy podsłuchali rozmowę Renaty K. (działaczki SLD i znajomej Siemiątkowskiego) z płockim przedsiębiorcą Markiem G., który miał zlecenia z PERN. Powołując się na rozmowę z ministrem od służb specjalnych, Renata K. miała poradzić przedsiębiorcy, by »poczyścił sobie« umowę z państwową firmą. Według dziennika »Rzeczpospolita«, w stenogramie z podsłuchu pada nazwisko Siemiątkowskiego.
W grudniu 2004 r. sprawa wyszła na jaw - w wyniku prac sejmowej komisji śledczej ds. PKN Orlen".

"Prokuratura postawiła zarzuty byłemu szefowi ABW
Zarzut złamania tajemnicy państwowej postawiła byłemu szefowi ABW Zbigniewowi Siemiątkowskiemu Prokuratura Apelacyjna w Poznaniu. Siemiątkowski został przesłuchany w charakterze podejrzanego.

Jak poinformował prok. Andrzej Laskowski, Siemiątkowskiemu zabrano paszport i wyznaczono 20 tys. zł poręczenia majątkowego. (...)".

I jak w obliczu tak jawnej zdrady i złamania lojalności kamraci z "ezelde" mają się przygotowywać do kolejnych wyborów - na rozkaz wydany dziś tow. dymisjonata "prezia" Olka "Disko Polo" Kwaśniewskiego? Nu, kak?


Komentarz (0)

Poczytaj Mamie o SLD:
My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem!
... bo co z tego, że posłanka Ostrowska była "ululana", skoro publicystka i zasłużona "ciotka rewolucji" Paradowska - była trzeźwa!
Wysłane czwartek, 27, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Cytat podstawowy: "Obiektywnie socjaldemokracja jest umiarkowanym skrzydłem faszyzmu"Józef Stalin (Np. Onet.pl)


Powstał nowy Sejm, w którym byli kolaboranci sowieckich okupantów Polski mają jednak swoją ponaddziesięcioprocentową reprezentację, podczas gdy przed wyborami parlamentarnymi wcale nie było pewne, czy w ogóle ich przedstawiciele zostaną posłankami i posłami. Zadecydowały o tym wymierające zbyt powoli "osiedla mieszkaniowe MO i KBW", wiernie i karnie oddające swoje głosy na władców PRL i obecnej PRL-bis. Radość z takiego obrotu spraw z pewnością była przyczyną standardowego jak na znamienitych przedstawicieli tego ugrupowania "partii władzy" stylu fetowania "zwycięstwa" i próby odreagowania przedwyborczego stresu związanego z niewątpliwym strachem przed czekającymi w przeciwnym przypadku rozliczeniami politycznymi oraz - w dużej części przypadków - także karnymi. Informacją o alkoholowych występach zasłużonej "cioty rewolucji", posłanki Małgorzaty Ostrowskiej, podzielił się serwis dziennika "Super Express" z 27.10.2005 r., komentując nagranie telewizyjnej stacji TVN:

"Oto jak się bawi reprezentantka narodu
We wtorkową noc posłanka SLD Małgorzata Ostrowska zafundowała dziennikarzom kompletny kabaret. Pijana w sztok tańczyła, śpiewała i zapraszała przedstawicieli mediów na drinka.
W nocy z wtorku na środę, kiedy dziennikarze czekali w holu hotelu poselskiego, aż zejdzie do nich kandydat na premiera Kazimierz Marcinkiewicz, Małgorzata Ostrowska piła w sejmowej restauracji.
- Posłanka była kompletnie ululana. Mam nadzieję, że więcej nic takiego nie będzie mi dane oglądać - mówi anonimowy dziennikarz. Ostrowska żartowała sobie ze swojej obecnej sytuacji i z tego, że teraz musi być w opozycji. Dowcipkowała z naradzających się, niedoszłych koalicjantów i próbowała włączyć do zabawy zażenowanych dziennikarzy. W finale tego kabaretu, odśpiewała »Oto idzie pierwsza para«.
Wszystko zarejestrowali reporterzy TVN. (...)".

W materiale wyemitowanym w programie informacyjnym TVN występowała także inna "zasłużona ciotka rewolucji", sztandarowa publicystka saloniku warszawerskiego, niejaka Paradowska z niszowego pisma dla młodzieży lewackiej "Polityka", która - co nie omieszkali pokazać reporterzy "walterowni" zapewne dla kontrastu - była trzeźwa!


Komentarz (0)

Poczytaj Mamie o SLD:
My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem!
...bo bal na naszej niezatapialnej szalupie trwa od kilkudziesięciu lat! Starosta policki Ćwiacz umie wypić i zakąsić na koszt podatnika-sąsiada!
Wysłane czwartek, 27, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Cytat podstawowy: "Obiektywnie socjaldemokracja jest umiarkowanym skrzydłem faszyzmu"Józef Stalin (Np. Onet.pl)


Wierni pretorianie Leszka "Kanzelohra" Muellera (pisownia europejska nazwiska), Józefa "Olin" Oleksego czy Olka "Disko Polo" Kwaśniewskiego nie występują oczywiście ze swoimi skeczami tylko na najbardziej znanej, ogólnopolskiej scenie kabaretowej - w świetle jupiterów największych środków masowego rażenia. Ich mniej osławieni kamraci zadowalają się rolami podrzędnymi, jednak czasem też przyciągającymi uwagę mało czym już umiejącej się zdumieć widowni. Oto jeden z lokalnych możnowładców SLD, starosta policki Henryk Ćwiacz, szef Samorządowego Forum Lewicy Demokratycznej, wykonał nieprzemijający numer pt. "My z »ezelde, my z ezelde, reakcji nie boimy siem!«", o czym doniosły serwisy WP i dziennika "Kurier Szczeciński" z dn. 18.10.2005 r.:

"Skandaliczne zachowanie starostów w drodze do Brukseli

"Wybitnie chamskie" tak zachowanie kilku zachodniopomorskich starostów udających się do Brukseli określił jeden ze świadków-uczestników wyjazdu studyjnego do Parlamentu Europejskiego.
Jak powiedział Leszek Ozimek z »Gazety Goleniowskiej«, który uczestniczy w wyjeździe, w poniedziałek na trasie Szczecin-Bruksela kilku starostów zachowało się w autokarze »nieelegancko, a nawet agresywnie«.
Już na początku podróży grupa starostów piła w autokarze alkohol. Potem były śpiewy, wykrzykiwanie niecenzuralnych słów. Gdy jeden z dziennikarzy próbował zwrócić uwagę samorządowcom, został obrzucony niewybrednymi epitetami. Doszło nawet do gróźb pod jego adresem - opisuje wydarzenia podczas podróży Ozimek. (...)
Zdaniem świadka skandalicznego zachowania starostów, prowodyrem i najbardziej aktywnym uczestnikiem incydentu był starosta z podszczecińskich Polic Henryk Ćwiacz. (...)
Przewodniczący rady powiatu polickiego Cezary Arciszewski powiedział, że 28 października, na najbliższej sesji radni zajmą się sprawą starosty. Pytany, czy możliwe jest, by rada odwołała starostę odparł, że nie wyklucza takiej sytuacji. (...) W podróży studyjnej oprócz starostów m.in. z Polic, Drawska Pomorskiego, Wałcza, Goleniowa, Kamienia Pomorskiego i Świdwina, biorą udział przedstawiciele mediów z Zachodniopomorskiego i Lubuskiego, a także uczniowie zachodniopomorskich szkół".

"Brukselska wycieczka starostów
»Na bani« do Europy


W BRUKSELI mieli zobaczyć, jak wygląda wspólna Europa.
Jak wyobrażają sobie godne reprezentowanie Zachodniopomorskiego pokazali już na starcie. Trzech starostów było kompletnie pijanych, czwarty na dodatek agresywny i wulgarny.
W poniedziałkowy poranek, na zaproszenie europarlamentarzysty Bogusława Liberadzkiego, wyjechał ze Szczecina do Brukseli autokar z samorządowcami i dziennikarzami. Celem był Parlament Europejski. Późnym popołudniem »Kurier« otrzymał informację od uczestników wyjazdu, że większość z podróżujących do Brukseli starostów jest pijana i awanturuje się w autokarze. Tak zachowywali się starosta drawski, wałecki i goleniowski. Wszelkie rekordy pobił ponoć starosta policki, Henryk Ćwiacz, który na dodatek był agresywny w stosunku do niepijących.
(...) Parlamentarzysta dodał także, iż autokar kilkakrotnie musiał się zatrzymywać, aby pijane towarzystwo choć trochę doprowadzić do porządku.
(...) Kandydatów na ten wyjazd typował konwent starostów. (...)
W wycieczce biorą udział dziennikarze prasowi, radiowi i telewizyjni. Ekscesy samorządowców w autokarze zostały zarejestrowane przez kamery i aparaty".

W tydzień po szumnej autoprezentacji starosty polickiego szerszej publiczności nadeszła wiadomość o niewielkich, jedynych jak na razie konsekwencjach normalnego dla PZPR/SLD zachowania podczas pełnienia przez ich reprezentantów funkcji publicznych, o czym powiadomił m.in. serwis WP z dn. 24;.10.2005 r.:

"Starosta policki Henryk Ćwiacz, który z kilkoma innymi starostami w autokarze pił alkohol, jadąc do Brukseli na zaproszenie eurodeputowanego Bogusława Liberadzkiego, zrezygnuje ze swej funkcji - poinformował przewodniczący rady powiatu polickiego Cezary Arciszewski.
Przewodniczący wyjaśnił, że starosta poinformował go, iż złoży rezygnację na najbliższej sesji rady powiatu, tj. 28 października. Jak wyjaśnił Arciszewski, radni będą musieli przyjąć rezygnację starosty, ale zgodnie z przepisami będą to mogli zrobić dopiero na kolejnej sesji. Musi ją zwołać przewodniczący, ale jeśli nie zrobi tego przed upływem miesiąca, to rezygnacja starosty, bez konieczności przegłosowania jej, zostanie przyjęta automatycznie (...)".

Do wyborów samorządowych pozostał rok. W tegorocznych wyborach parlamentarnych kamraci z "ezelde" utrzymali się w Sejmie na poziomie ponad 10% poparcia wiernego elektoratu "milicyjnych i KBW-owskich osiedli mieszkaniowych". Być może niektórzy z b. towarzyszy PZPR-owców przeczuwając nikły wynik w przyszłorocznym głosowaniu - korzystają z ostatnich chwil, by pobalować na koszt sąsiadów-podatników?


Komentarz (0)

Stanisław Michalkiewicz powrócił do UPR Wysłane środa, 26, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Szanowni Państwo

Miło mi poinformować, że P. Stanisław Michalkiewicz od dn. 25.10.2005 jest z powrotem członkiem UPR. Przypominam, że na wiosnę 2005 r. P S. Michalkiewicz złożył rezygnację z członkostwa w UPR, protestując przeciw kierunkowi, ku któremu odchylały Unię Polityki Realnej działania ówczesnych władz.
Większość członków UPR nie kryła swej nadziei, że po wyborach i po zmianach, które nastąpiły w partii, powróci On w nasze szeregi. W tej sprawie zwróciła się też do Niego Rada Główna UPR.

Stanisław Żółtek
Wiceprezes UPR


Komentarz (5)

Platformie Obywatelskiej będzie zależeć na utrzymywaniu PiS w niepewności co do lojalności koalicjanta - Stanisław Michalkiewicz przypomina o zależności PO od "saloniku" i państw ościennych Wysłane wtorek, 25, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Platformie Obywatelskiej będzie zależeć na utrzymywaniu PiS w niepewności co do lojalności koalicjanta - Stanisław Michalkiewicz przypomina o zależności PO od "saloniku" i państw ościennych Wysłane wtorek, 25, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Jak ten czas leci - zaledwie drugi dzień mamy po zakończeniu II tury wyborów prezydenckich, a już wie3my, że możemy między bajki włożyć te wszystkie zapewnienia o »eksperymencie liberalnym«, a to o »państwie socjalnym«. Otóż dzisiaj wyjaśniło się, o co chodzi naprawdę. Chodzi o to, zresztą chodziło o to zanim tow. Cimoszewicz zrezygnował z kandydowania, bo p. Tusk był »faworytem zastępczym«, także dla razwiedki, dla saloniku, dla mediów, czy dla Niemiec - to już nie wiadomo, bo być może dla nich był »nie zastępczym«... A więc chodziło o czy układ okrągłego stołu zostanie obalony, czy podtrzymany, zapewniając dla jego beneficjantów kolejne pięć lat »dobrego fartu«, znane z 16 lat poprzednich, zapewnionych przez michnikowszczyznę i wałęsiactwo" - Stanisław Michalkiewicz komentuje najnowsze wydarzenia na scence politykierskiej w wydaniu juz obozu post(?)solidarnościowego.

Nie chodzi o tyle już o teczki IPN-u, tylko o OBECNĄ agenturę, która jest utrzymywana w mediach, sondażowniach, wojsku, administracji i tak dalej... Kto panuje nad agenturą - ten ma pełnię władzy. Ten widoczny już pierwszy kryzys w niedoszłej jeszcze koalicji PO-PiS ma takie podłoże. Pan Marcinkiewicz mówi, że "władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy", a tu Rokita "chce chociaż dyferencjał", trawestując słowa Grześkowiaka.
Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że gdyby odpuścił sobie władzę nad służbami specjalnymi, wtedy całą ich rewaloryzację diabli wezmą i obalenie układu "okrągłego stołu" - też. Platforma Obywatelska oczywiście też to wie i będzie walczyła o utrzymanie michnikowszczyzny i wałęsiactwa za wszelką cenę. Zapewne za pomocą nieustannych dociągnięć do momentu rozpadu koalicji. W ten sposób żadnego swojego programu - jakby go kiedykolwiek miała! - nie będzie w stanie zrealizować, żadnego "eksperymentu liberalnego" nie będzie. Będzie stosować strategię balansowania na granicy rozpadu koalicji, by doprowadzić do zablokowania TEGO punktu programu PiS. Jeśli się jej to nie będzie udawać - pójdzie na rozpad całego parlamentu, na przedterminowe wybory. W tym będzie miała poparcie całego saloniku, zagenturyzowanych mediów, no i oczywiście - państw ościennych, które z powodu strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego, które przypomina nam o związkach fryderycjańsko-katarzyńskich.

Nagranie trwa ponad 8 minut i jest dostępne w Sieci do 8 XI 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Bo to źli ludzie, ci wyborcy Kaczyńskiego, byli... - piszą w Europce salonikowej Wysłane wtorek, 25, października 2005 przez Krzysztof Pawlak

Uważany przez wiele osób za prawicowy, w tym także przez naszego znamienitego publicystę Stanisława Michalkiewicza dziennik francuski "Le Figaro" obruszył się na prezydencki wybór Polaków, o czym poinformował swoich odbiorców m.in. serwis Onet.pl, pisząc:
"Lech Kaczyński został wybrany dzięki poparciu skrajnej prawicy i populistów z Samoobrony. (...) Gazeta pyta się jednak, co myśleć o publicznych podziękowaniach brata prezydenta-elekta i jednocześnie przewodniczącego największej partii w polskim parlamencie Jarosława Kaczyńskiego dla ojca Rydzyka, szefa wpływowego Radia Maryja, »które siłą ksenofobicznych i antysemickich ataków zmobilizowało (do głosowania na Kaczyńskiego) wszelkiego pokroju fundamentalistów?«. Czy nowy prezydent Polski będzie »zakładnikiem« ekstremistów, którzy zapewnili mu zwycięstwo? (...)".
Jest rzeczą cały czas zdumiewającą, jak publicyści i żurnaliści (te słowo przecież jest kalką francuszczyzny) z "francuskiego regionu UE" łatwo przechodzą do porządku dziennego nad wypieranymi ze świadomości społecznej swojego narodu ciemnymi kartami historii Francuzów ostatnich chociażby kilkudziesięciu lat. Nie odnosząc się już do sprawy oficera Dreyfusa, wystarczy przecież lekko przemknąć się ponad okresem intensywnej współpracy rządu Vichy z okupantem niemieckim w wyłapywaniu swoich współobywateli o żydowskich korzeniach, o gorliwej kolaboracji policji francuskiej na terenie okupowanym w "dziele Ostatecznego Rozwiązania" zarządzonego przez "światłych Germanów", by wylądować w okresie lat ostatnich, kiedy na terenie V Republiki z dość dużą częstością płoną synagogi oraz ulegają regularnej dewastacji kirkuty.
W obliczu takich informacji, stale napływających z zachodniej części Europy, stawianie zarzutów, które oczywiście nie są poparte żadnymi konkretnymi faktami, środowisku, które dysponuje jedyną szeroko rażącą radiowo-telewizyjną stacją medialną, pozostającą poza głównym nurtem środków masowego oddziaływania, wydaje się być czynem niezbyt roztropnym i daje do myślenia, czy czasem nie jest to kolejny reportaż pisany pod kątem konkretnego zamówienia.
Przeglądając wydanie internetowe tego dziennika z łatwością można ujrzeć, z jakiego to źródła czerpią swoje informacje jego żurnaliści. Opierając się na wynurzeniach takich osobistości warszawerskiego saloniku jak Lena Kolarska-Bobińska czy Eugeniusz Smolar z całą pewnością trudno zachować wyrobnikom pióra z tej redakcji jakikolwiek umiar, ni pisząc już o dążeniu do bezstronności.

Zwolenników spiskowej teorii świata uraduje zaś mało nagłaśniana, choć dość łatwo dostępna informacja, że na tegorocznym spotkaniu Bilderberg-mannów w Rottach-Egern, Niemcy, 5-8 maja, obok kumpla z "polskiego regionu UE" Andrzeja "MUSTA" Olechowskiego (cały czas określanego w zachodnioeuropejskim saloniku jako szef PO) siedział wydawca "Le Figaro" Nicolas Beytout.
Czekamy teraz na łagodne i jednocześnie namolne upomnienia publicystów oraz "ałtorytetów moralnych" z Niemiec, by Polacy nie palili w piecach Żydami, bo to nieładnie i nie po "europejskiemu"...

Krzysztof Pawlak


Komentarz (2)