maja 17, 2006 - maja 26, 2006

CHAMY I ŻYDY RAZ JESZCZE - Antoni Zambrowski Wysłane piątek, 26, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

Odpowiedź Antoniego Zambrowskiego na książkę Witolda Jedlickiego "»Chamy« i »Żydy«":


Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - posłowie Autora
Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. VIII (ostatnia) - i zapowiedź uaktualniającego posłowia
Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. VII
Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. VI
Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. V
Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. IV
Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. III
Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. II
Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. I

Pan Marian Miszalski w świątecznym numerze "Najwyższego CZASU!" ("NCz!" nr 15-16/06) wziął w obronę Stanisława Michalkiewicza i słusznie. Niestety w artykule swym zatytułowanym "Śladami Bermana i Brystygierowej" wprowadza on w błąd czytelników, gdy wraca do sprawy słynnego paszkwilu politycznego Witolda Jedlickiego, pisząc: "Z tych samych powodów słynną analizę polityczna marca '68 »Chamy i Żydy« pióra profesora Jedlickiego, zamieszczoną w paryskiej »Kulturze« (nr 12, rok 1962) nazywają uporczywie w »Wyborczej« pamfletem...". Otóż pan Marian w swym zapamiętaniu polemicznym pomylił parę rzeczy. "Chamy i Żydy" nie są analizą wydarzeń marcowych 1968 roku, które wyprzedziły o lat kilka, o czym świadczy data ich publikacji przytoczona przez pana Mariana, lecz paszkwilem na pierwsze pokojowe zwycięstwo Polaków nad sowieckim Imperium Zła odniesionym w październiku 1956 roku. Przyniosło to zwycięstwo szereg namacalnych korzyści Polakom w postaci rozwiązania założonych pod przymusem kołchozów, rozpadu stalinowskiego Związku Młodzieży Polskiej, wycofania jawnych komórek UB w zakładach pracy, a przede wszystkim uwolnienia księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego z internowania w klasztorze w Komańczy.

W roku 1962 agent wpływu gen. Mieczysława Moczara (wł. Nikołaja Tichonowicza Diomki) Witold Jedlicki został wysłany na żydowskich papierach na Zachód. Umieścił on paszkwil na październikowe zwycięstwo Polaków w 1956 roku na łamach paryskiej "Kultury", sugerując, iż żadnego zwycięstwa nie było, zaś Polacy dali się wystrychnąć na dudków. Znakomici psychologowie z MSW dobrze wykalkulowali, że "Książę pan", czyli red. Jerzy Giedrojc nabierze się na antykomunistyczną retorykę paszkwilu. Liczyli też na niechęć księcia pana do księdza Prymasa, którego Witold Jedlicki atakował bezpardonowo z pozycji nieprzejednanego antykomunizmu, co było bezczelnym zabiegiem polemicznym ze strony agenta UB (O współpracy Witolda Jedlickiego ze stalinowskim UB opowiedział red. Ewie Polak-Pałkiewiczowej premier Jan Olszewski. Koledzy z Klubu Krzywego Koła dali się nabrać na nieudane samobójstwo Jedlickiego w proteście przeciwko ubeckim szantażom i uznali w swej naiwności, iż godzien on jest ich zaufania). Zadaniem Jedlickiego było wmówienie jego czytelnikom, że uczestnicząca w walkach frakcyjnych w łonie kierownictwa PZPR wewnątrzpartyjna koteria proreformatorska zwana "Puławianami" - to w istocie stalinowcy, zaś promoskiewska koteria zwana "Natolinem" - to ludzie antystalinowskiego Nikity Chruszczowa. Uczestnicy wydarzeń październikowych wprawdzie pamiętali, że Kreml (i w tym Nikita Chruszczow) konsekwentnie usiłował powstrzymać przemiany w Polsce i to w obronie stanowisk "natolińczyków" we władzach partyjnych podjął próbę interwencji zbrojnej, uruchamiając 19 października 1956 roku sowieckie czołgi i okręty wojenne, ale gen. Moczar i jego zausznik W. Jedlicki liczyli na krótką pamięć Polaków po upływie kilku lat od tych wydarzeń.
Najważniejszym atoli zadaniem propagandowym Jedlickiego było wmówienie czytelnikom, iż proreformatorscy "puławianie" - to "Żydy", zaś ich przeciwnicy z "Natolina" - to "chamy" i rodowici Polacy. Było to oczywiste kłamstwo, ponieważ Żydzi oraz Polacy żydowskiego pochodzenia znajdowali się w obydwu zwalczających się koteriach (Nie mówię o frakcjach, gdyż stalinowski "centralizm demokratyczny" je wykluczał). "Natolińczyków" żydowskiego pochodzenia nazywano wtedy z przekąsem "natolinerami". Poza tym W. Jedlicki ukrywał przed czytelnikami i tę okoliczność, że wśród "rodowitych" Polaków w "natolińskim" gronie było masa osób białoruskiego, ukraińskiego i nawet niemieckiego pochodzenia z Mieczysławem Moczarem alias Nikołajem Diomką na czele.
Wysłanie Witolda Jedlickiego z jego misją propagandową na Zachód w roku 1962 świadczyło, że obóz promoskiewski już wtedy przygotowywał czystkę elementów "niebłagonadiożnych", czyli źle ocenianych na Kremlu we władzach PRL oraz w LWP pod pozorem dymisjonowania Żydów. Władysław Gomułka (w odróżnieniu od jego poprzednika Bolesława Bieruta) nie pozwalał Moskwie interweniować przy podejmowaniu decyzji personalnych. Dlatego konspiracyjnie działający obóz promoskiewski przygotowywał wstrząsy społeczne w PRL, by wykorzystać je dla wywierania nacisków na Gomułkę. O planowaniu wieloletnim w działaniach obozu promoskiewskiego świadczy afera gen. Zygmunta Duszyńskiego, usuniętego z MON wskutek dętego skandalu szpiegowskiego na wiele lat przed wydarzeniami marcowymi 1968 roku. Gen. Duszyński - rodowity Polak, partyzant z GL i AL, był źle widziany w Moskwie, gdyż w odróżnieniu od gen. Wojciecha Jaruzelskiego miewał własne zdanie w sporach z sowieckimi generałami. Moskwa planowała usunięcie marszałka Mariana Spychalskiego - osobistego przyjaciela tow. Wiesława i zastąpienie go swym "człowiekiem", czyli gen. Jaruzelskim, ale na drodze jego awansu stał starszy od niego stopniem gen. Duszyński. Więc go usunięto w atmosferze skandalu obyczajowo-szpiegowskiego. Następnie w 1968 roku Gomułka musiał odwołać marszałka Spychalskiego pod naciskiem moskiewskiej agentury krzyczącej na zebraniach partyjnych oficerów LWP, że nie będą służyć pod "Mońkiem". "Mońkiem" tym miał być rodowity Polak Marian Spychalski, ożeniony z rodowitą Polką, okrzyczaną podobnie jak i on Żydówką. Cała kampania czystki w LWP pod kierownictwem gen. Jaruzelskiego oraz w organach władzy cywilnej i partyjnej pod kierownictwem Moczara-Diomki prowadzona była w atmosferze nagonki na elementy syjonistyczne, ale uderzała głównie w Polaków cieszących się złą opinią w Moskwie. Jak mawiał mój kolega z celi więziennej Piotr Żebruń: "nie ten Żyd, kto Żyd, lecz kogo Partia wskaże". Kampania antysemicka odgrywała rolę zasłony dymnej, kryjącej prawdziwe cele koterii moskiewskiej. Najlepszym przykładem ówczesnych manipulacji była sprawa gen. Tadeusza Bończa-Pióry, pochodzącego z polskiej i katolickiej rodziny ziemiańskiej i za to dręczonego przez Informację Wojskową w okresie stalinowskim, a wydalonego z LWP przez gen. Jaruzelskiego po tym jak Centralna Komisja Kontroli Partyjnej usunęła go z szeregów PZPR za rzekome ukrycie przez niego żydowskiego nazwiska Feder.
Żydowskie lobby polityczne, o którym z takim gniewem pisze pan Marian, od lat akcentuje antysemicki wydźwięk nagonki marcowej 1968 roku, pomijając jej antypolskie aspekty. Jacek Kuroń - przywódca Ruchu 8 Marca zaproponował nawet w III RP, by dzień 8 marca obchodzić nie jako dzień polskiego studenta broniącego godności narodowej Polaków, lecz jako dzień żydowskiego emigranta. Zwracałem wielokrotnie uwagę, że pamięć żydowskich emigrantów należy czcić nie 8 marca, lecz w dzień hańby Gomułki czyli 19 marca, kiedy to tow. Wiesław publicznie wezwał Żydów (ku uciesze władz Izraela), by wyjeżdżali z PRL do "ziemi obiecanej".
Chciałbym też zwrócić uwagę na qui pro quo, zawinione przez pana Mariana, gdy wymienia jako autora "Chamów i Żydów" prof. Jedlickiego. Otóż prof. Jerzy Jedlicki - rodzony brat Witolda Jedlickiego, stoi dziś na czele Stowarzyszenia "Otwarta Rzeczypospolita", zarzucającego polskiej prawicy antysemityzm. W imieniu tego stowarzyszenia dziennikarz "Gazety Wyborczej" Sergiusz Kowalski w raporcie o języku nienawiści zaatakował mnie za moje słowa prawdy o sprawie mordu na Żydach w Jedwabnem zamieszczone na łamach "Najwyższego CZASU!", "Tygodnika Solidarność" oraz "Naszej Polski" i nawyzywał mi od antysemitów (Dla równowagi nawyzywał mi też od Żydów i nie udzielił mi odpowiedzi na pytanie, na jakiej podstawie mnie tak zaklasyfikował). Podobnie postąpił ostatnio tygodnik "Przekrój" w ramach kampanii przeciwko Radiu Maryja. Dziennikarz red. Piotra Najsztuba poprosił mnie o informacje o mym wieloletnim przyjacielu prof. Jerzym Robercie Nowaku, atakowanym wielokrotnie przez "Gazetę Wyborczą". Niezadowolony z mej obrony jego działalności publicystycznej, nawyzywał prof. Jerzego Roberta Nowaka od antysemitów (podając dla równowagi, iż są ludzie, którzy upierają się, że jest on Żydem o prawdziwym nazwisku Moryc Nauman), zaś mnie zaliczył do Żydów, którzy go wspierają. Gdy go zapytałem, na jakiej podstawie mnie tak zaklasyfikował, odpowiedział, że jest gotów mnie przeprosić, ale tego oczywiście nie uczynił. I to wszystko w ramach walki z prawicowym antysemityzmem. Wyobrażam sobie, co by było, gdybym ja sobie pozwolił na nazwanie Żydami kogokolwiek z tamtej strony barykady.

Antoni Zambrowski

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


55 lat temu komuniści zlikwidowali IV Zarząd Główny Zrzeszenia WiN
Bohaterowie na śmierć - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI
Wysłane piątek, 26, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

Wyroki śmierci na twórcy IV Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość - płk. Łukaszu Cieplińskim i jego sześciu współpracownikach były konsekwencją aresztowań przez bezpiekę w listopadzie 1947 roku. Razem z tragedią IV ZG skończyła się historia WiN jako organizacji o zasięgu ogólnopolskim. W miejsce tej największej niepodległościowej konspiracji antykomunistycznej w 1948 roku Urząd Bezpieczeństwa utworzył fikcyjną V Komendę Główną WiN w ramach prowokacyjnej operacji o kryptonimie "Cezary". Została ona ostatecznie zlikwidowana w 1952 roku. W terenie - do końca lat 50. działało jeszcze wiele poakowskich oddziałów - np. ROAK, KWP, Wileński Ośrodek Mobilizacyjny, ale nie obejmowały one swoim zasięgiem całego kraju, mając jedynie zasięg regionalny.

Po rozwiązaniu Armii Krajowej przez gen. Leopolda Okulickiego 19 stycznia 1945 roku zaczęto tworzyć ściśle zakonspirowane struktury do walki przeciwko nowej, sowieckiej okupacji. Najpierw powstała organizacja "Nie" ("Niepodległość"), następnie Delegatura Sił Zbrojnych (DSZ). Koncepcja przekształcenia organizacji wojskowej (DSZ) w zrzeszenie polityczne, nawiązujące do wzorów "Nie", pojawiła się wśród zakonspirowanych dowódców AK na przełomie maja i czerwca 1945 roku, kiedy na podstawie porozumień jałtańskich miał powstać Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej.
2 września 1945 roku, z inicjatywy przywódców krajowej konspiracji poakowskiej, utworzono Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość (WiN - pełna nazwa: Ruch Oporu Bez Wojny i Dywersji Wolność i Niezawisłość). Na czele stanął płk dypl. Jan Rzepecki ps. Ożóg, Ślusarczyk.

OPÓR PRZECIWKO
SOWIETYZACJI POLSKI


Inicjatywa utworzenia nowej organizacji była reakcją na terror komunistycznej bezpieki i NKWD oraz wynikała z poczucia moralnej odpowiedzialności dowódców za trwających w konspiracji i w lesie żołnierzy AK. Zakładano, że będzie to działająca w konspiracji organizacja polityczna, stawiająca sobie za cel mobilizację społeczeństwa do zachowania niezłomnej postawy niepodległościowej przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi.
Ideą WiN było doprowadzenie do wolnych wyborów w Polsce, gwarantowanych przez postanowienia jałtańskie. Wtedy żołnierze mieli bezpiecznie wrócić do domów.
"Rozładowanie lasów" napotykało jednak na szereg trudności. Komunistyczny terror zataczał coraz szersze kręgi. Ujawnionych w wyniku amnestii AK-owców "ludowa" władza aresztowała i skazywała na wieloletnie wyroki, często na karę śmierci. Dlatego też, w strukturach WiN, zwłaszcza w województwach wschodnich, działały wywodzące się z AK oddziały partyzanckie. Miały one silne oparcie w terenie, gdyż społeczeństwo dobrze wiedziało, że WiN-owcy kontynuują dzieło Armii Krajowej.
Mimo działania oddziałów zbrojnych, walczących z przedstawicielami nowej, "ludowej" władzy i likwidujących komunistycznych konfidentów i szpicli, Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość z założenia nie miało charakteru wojskowego, lecz cywilny i obywatelski. Celem była zatem nie walka zbrojna, lecz opór moralny przeciwko sowietyzacji Polski poprzez przestawienie działań na tory propagandy niepodległościowej, infiltrację komunistycznych struktur władzy oraz wywiad na rzecz Rządu RP na Wychodźstwie (choć organizacja nie miała charakteru rządowego, utrzymywała z rządem londyńskim kontakty kurierskie i korespondencyjne).
Przywódcy WiN stawali na czele oddziałów partyzanckich nie po to, żeby je prowadzić do boju, lecz bezpiecznie zdemobilizować i pomóc żołnierzom "urządzić się" w cywilu. Był to zatem kolejny etap procesu demontażu wojennej struktury organizacyjnej AK.
Wyrazem cywilnego charakteru organizacji była również przewidziana w regulaminie formalna obieralność władz, rezygnacja przez przywódców z używania stopni i tytułów wojskowych (m.in. rezygnacja z tytułu komendanta na rzecz prezesa odpowiednich szczebli), częściowa zmiana nazewnictwa wewnątrz organizacyjnego (choć utrzymano obszary i okręgi).

BEZPIEKA ROZBIJA WIN

Kolejne Zarządy Główne WiN były w latach 1945 - 1947 rozbijane przez bezpiekę. Już w listopadzie 1945 roku taki los spotkał I Zarząd Główny WiN, rozpracowany przez NKWD i UB. Przywódcy trafili do katowni bezpieki. Rzepecki, ulegając złudzeniu, że możliwe są pertraktacje z MBP, podjął w więzieniu decyzję o ujawnieniu organizacji w zamian za gwarancję nie represjonowania jej członków. W styczniu 1947 roku, w procesie I Zarządu Głównego WiN, płk Jan Rzepecki został skazany na karę ośmiu lat więzienia i był więziony, z przerwami, do 1955 roku. Pozostałym współtowarzyszom niedoli komunistyczny sąd wymierzył kary od dwóch do 12 lat więzienia, a jedna osoba dostała karę śmierci (wyroku nie wykonano). Zostali oni następnie ułaskawieni przez Bieruta.
Konspiracyjni przywódcy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość sprzeciwili się stanowisku płk. Rzepeckiego w kwestii ujawniania, gdyż zdawali sobie sprawę, że bezpieka nie będzie dotrzymywać swych obietnic. Dlatego postanowili kontynuować pracę niepodległościową.
Nowym przywódcą organizacji został płk Franciszek Niepokólczycki ps. Halny, dotychczasowy prezes Obszaru Południowego, który stanął na czele II ZG WiN, powołanego na przełomie 1945 i 1946 roku. "Halny" uznał zwierzchnictwo Rządu RP i zdecydował o rozszerzeniu działalności wywiadowczej dla potrzeb Sztabu Naczelnego Wodza w Londynie.
Pod jego kierownictwem ugrupowanie osiągnęło apogeum swoich możliwości organizacyjnych - szacuje się, że jego stan liczebny wynosił ok. 20-30 tysięcy ludzi. WiN objął zasięgiem cały kraj i zdobył dominującą pozycję w polskim podziemiu. Kierownictwo WiN miało nawet nadzieję, że uda się zalegalizować Zrzeszenie, nadzieje jednak okazały się płonne. Zweryfikował je przebieg (powszechny terror) i wyniki sfałszowanego przez komunistów referendum w czerwcu 1946 roku. Wiadomo już było, że wbrew ustaleniom jałtańskim, tak samo będzie z planowanymi wyborami. Wobec zaistniałej sytuacji politycznej przywódcy WiN musieli zmienić taktykę. Po czerwcu 1946 roku położono nacisk na informowanie opinii światowej o sytuacji w Polsce.
W październiku 1946 roku Franciszek Niepokólczycki znalazł się w komunistycznym więzieniu. Podczas procesu, odbywającego się w dniach 11 sierpnia - 10 września 1947 roku w Krakowie został skazany, wraz z innymi przywódcami II ZG WiN i kilkoma działaczami Polskiego Stronnictwa Ludowego, na karę śmierci.
Rozbicie II Zarządu Głównego nie oznaczało końca Zrzeszenia WiN. Jesienią 1946 roku próbę odtworzenia ogólnopolskiej struktury WiN podjął ppłk Wincenty Kwieciński ("Głóg", "V-T"), prezes Obszaru Centralnego. Już w grudniu 1946 i w styczniu 1947 roku nastąpiły aresztowania. W procesach znów zapadły wyroki śmierci. Rozbicie III ZG WiN było fragmentem kampanii terroru przed sfałszowanymi przez komunistów wyborami do Sejmu (19 stycznia 1947 roku). Złowrogie żniwo bezpieki i brak reakcji Zachodu na oczywisty fakt fałszerstw wyborczych spowodowały, że Polacy przestali wierzyć w pokonanie komunistów i odsunięcie ich od siłą zdobytej władzy. Ułatwiło to rządzącym ogłoszenie sejmowej ustawy o amnestii 22 lutego 1947 roku, umożliwiającej też ujawnienie oddziałów partyzanckich. Do 25 kwietnia skorzystało z niej ok. 23 tys. członków WiN i innych organizacji, co oznaczało zakończenie działań partyzanckich i konspiracyjnych na masową skalę, a bezpiece ułatwiło infiltrację podziemia.

HEROIZM IV ZARZĄDU

Dramatyczną próbę odbudowania po raz kolejny rozbitego Zrzeszenia podjął płk Łukasz Ciepliński ps. Ostrowski, prezes Obszaru Południowego, stając w styczniu 1947 roku na czele IV Zarządu Głównego WiN. Decyzja była trudna z wielu powodów. Ciepliński zdawał sobie sprawę, że oczekiwany wybuch III wojny światowej raczej nie nastąpi i w tych warunkach dalsze pozostawanie w konspiracji jest problematyczne. Obawiał się ponadto prowokacji NKWD i UB, które chciały za wszelką cenę wniknąć do konspiracji niepodległościowej i przejąć jej kierownictwo. Uważał jednak - i traktował to jako obowiązek dowódcy - że musi chronić swoich żołnierzy. Zostali z nim ci, którzy odmówili skorzystania z upokarzającej amnestii, gdyż w przypadku ujawnienia groziło im więzienie i w najlepszym razie wyrok kilkunastu lat pozbawienia wolności. Za swój główny cel Ciepliński uznał ograniczenie walki zbrojnej i dalsze prowadzenie działalności propagandowej oraz wywiadowczej przez utrzymanie łączności z Zachodem, przede wszystkim z Rządem RP.
Prezesura Cieplińskiego była najbardziej heroicznym okresem w historii WiN. Coraz większe były represje wobec antykomunistycznego podziemia i jedynej legalnie działającej opozycyjnej partii - PSL. Komuniści zaczęli również likwidować PPS, aby wkrótce doprowadzić do połączenia podporządkowanych sobie socjalistów z PPR-em i stworzyć PZPR. W tych trudnych warunkach Cieplińskiemu udało się odtworzyć struktury WiN. Otwarto nowe szlaki przerzutowe na Zachód za pośrednictwem zagranicznych delegatur WiN (w Monachium, Paryżu, Londynie, Sztokholmie, Rzymie i USA).
Kierownictwo IV Zarządu WiN zostało aresztowane pod koniec września 1947 roku. Wszyscy przeszli okrutne śledztwo - prowadzone pod nadzorem NKWD, po którym większość została skazana na karę śmierci. Wyroki wykonano w piwnicy więzienia mokotowskiego strzałem w tył głowy 1 marca 1951 roku.

OPERACJA "CEZARY" -
UBECKA PROWOKACJA


Dramat WiN-owców nie zakończył się z rozbiciem IV Zarządu Głównego. Między grudniem 1947 roku a lutym 1948 roku bezpieka zmontowała tzw. V Komendę Główną WiN, która składała się z funkcjonariuszy lub agentów UB. Zdrajcą, który umożliwił prowokację, był Stefan Sieńko "Wiktor", "Tadeusz", kierownik Biura Studiów tego Zarządu, a jednocześnie agent UB, prawdopodobnie już od końca 1946 roku. Komunistom udało się to - czego obawiał się m.in. płk Łukasz Ciepliński - przechwycenie przez UB kierownictwa krajowego podziemia (bezpieka pozostawiła na wolności niektóre grupy, a nawet - poprzez Sieńkę - zakładała nowe) oraz kontrolowanie i inspirowanie Delegatury Zagranicznej WiN. Ofiarą operacyjnej gry bezpieki padło wielu niewinnych ludzi, którzy z patriotycznych pobudek angażowali się w działalność niepodległościową w latach 1948 - 1952. MBP i NKWD wykorzystało ich, aby następnie osądzić i skazać.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


ROSJA: NAJNOWSZE ORĘDZIE PREZYDENTA PUTINA - Antoni Zambrowski Wysłane piątek, 26, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

10 maja, nazajutrz po uroczystych obchodach 61. rocznicy zwycięstwa aliantów nad hitlerowskimi Niemcami, prezydent Rosji Władimir Putin wygłosił na Kremlu przed Zgromadzeniem Federalnym doroczne orędzie o stanie państwa. Wysłuchało je w samo południe według czasu moskiewskiego w sali marmurowej Kremla ponad tysiąc dostojnych gości, reprezentujących Dumę Państwową, senatorów oraz przedstawicieli społeczeństwa rosyjskiego. Przemówienie prezydenta trwało dokładnie godzinę i kilka minut. Transmitowała je na żywo moskiewska telewizja, dzięki czemu miałem możność wysłuchania jego treści i zrelacjonowania go odbiorcom ASME. Prezydent Putin odczytał orędzie według przygotowanego przez jego kancelarię tekstu, kilkakrotnie dodając po kilka improwizowanych zdań komentarza. Unika on bowiem mówienia z głowy dłuższych przemówień, nie ufając zapewne swym umiejętnościom oratorskim. W telewizyjnych sprawozdaniach ze wspólnych z prezydentem posiedzeń rady ministrów lub innych narad dostojników, którym przewodniczy, widać, jak Putin wygłasza swe nawet krótkie wypowiedzi, odczytując je z przygotowanego uprzednio gotowca.
Doroczne orędzie prezydenta Putina jest ważnym wydarzeniem w życiu urzędowym Federacji Rosyjskiej, gdyż wypowiadane w nim dezyderaty są traktowane jako polecenia, przewidziane do bezwarunkowego wprowadzenia w życie. Tak je traktują zarówno premier Michaił Fradkow oraz ministrowie, jak i deputowani Dumy Państwowej oraz gubernatorowie. W ubiegłym roku prezydent postulował zmianę trybu powoływania gubernatorów, uprzednio wybieranych w wyborach powszechnych przez ogół obywateli danego regionu. Życzenie prezydenta zostało natychmiast spełnione i obecnie kandydatów na gubernatorów proponuje prezydent Putin, zaś zatwierdzają ich większością głosów deputowani miejscowej Dumy. Zdyscyplinowało to gubernatorów, niegdyś niezależnych od władzy centralnej w Moskwie i umocniło pozycję prezydenta Federacji Rosyjskiej wobec nich. Zeszłoroczne posunięcie Putina miało na celu nie tylko umocnienie władzy centralnej wobec regionów, zwłaszcza o ludności nierosyjskiej, jak w republikach autonomicznych nadwołżańskich lub Północnego Kaukazu. Putinowi chodziło też o rozwiązanie kwadratury koła przy wyborze wspólnego prezydenta w republice o mieszanym (w dodatku skonfliktowanym) składzie etnicznym, jak w autonomicznej republice Dagestan na zachodnim brzegu Morza Kaspijskiego na Północnym Kaukazie.
Orędzie prezydenta Putina składało się z trzech podstawowych członów tematycznych. Pierwszy zawierał postulaty dotyczące gospodarki narodowej Rosji i jej rozwoju. Przed dwoma laty - w takim samym orędziu o stanie państwa Władimir Putin wysunął program podwojenia krajowego produktu brutto w Rosji w ciągu 10 lat. Teraz przekonywał swych słuchaczy, że jest to program ze wszech miar wykonalny. Putin mówił o gospodarce ze znajomością rzeczy (jest z wykształcenia prawnikiem i ekonomistą), ale przede wszystkim jako osoba, mająca realny wpływ na decyzje podmiotów gospodarczych. Choć Rosja aspiruje do miana kraju o gospodarce rynkowej, jego wypowiedź na tematy gospodarcze przypominała raczej referaty odpowiedzialnych za rozwój gospodarczy sowieckich premierów lub przewodniczących Gospłanu w najlepszych czasach Związku Rad. Zresztą prezydent, mówiąc o sukcesie rosyjskiego Gazpromu, który obecnie jest trzecią co do wielkości korporacją w świecie, sam przyznał, że stało się tak dzięki pomocy władz państwowych. By umocnić sukces, prezydent Putin zaproponował utworzenie w Rosji własnej giełdy towarowej dla gazu oraz ropy naftowej i prowadzenie tam notowań cen nie w dolarach lub euro, lecz w rublach.
Drugi ważny człon tematyczny orędzia, to problemy kryzysu demograficznego w Rosji. Jak stwierdził prezydent, co roku ludności rosyjskiej ubywa o 700 tys. osób. Powołując się na najnowszy wywiad Aleksandra Sołzenicyna dla tygodnika "Moskowskije Nowosti", w którym jest mowa o zachowaniu istnienia narodu jako najważniejszym zadaniu państwa, prezydent Putin zaproponował środki umacniające rodzinę, w tym podwojenie co miesięcznych zasiłków na pierwsze dziecko do 1,5 tys. rubli (44 euro) oraz na drugie dziecko do 3 tys. rubli. Propozycja ta wywołała największy rezonans społeczny w środkach przekazu.
Trzeci człon tematyczny orędzia dotyczył nakładów budżetowych na obronę. Putin pochwalił się swymi dokonaniami w zakresie zdolności bojowej sił zbrojnych w porównaniu z ich kompletnym upadkiem po rozpadzie Związku Rad. Przypomniał, że rosyjskie nakłady na zbrojenia w wymiarze bezwzględnym znacznie ustępują odpowiednim nakładom Wielkiej Brytanii lub Francji, zaś USA przewyższają Roję 25-krotnie. Mimo to oświadczył, że nie będzie się popełniało błędów z czasów ZSRR, kiedy nakłady na wojsko miały priorytet kosztem potrzeb ludności oraz innych gałęzi gospodarki narodowej. Stwierdził, że rosyjskie siły zbrojne muszą być zdolne do stawiania czoła konfliktom globalnym oraz kilku nawet konfliktom lokalnym w jednym czasie, gdyż w świecie grasuje - jak się wyraził - "towarzysz wilk, który słucha i gryzie". Była to aluzja do Stanów Zjednoczonych, których nie wymienił wszelako z nazwy, ale zarzucił im łamanie praw człowieka, gdy w grę wchodzi ich interes państwowy. Oczywiście nie przyszło mu do głowy, że jest to zarzut obosieczny, gdyż Rosja w większym jeszcze stopniu łamie prawa człowieka w imię swych interesów imperialnych.

Antoni Zambrowski

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


O rotmistrzu Pileckim część prawdy - Tadeusz M. Płużański Wysłane czwartek, 25, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

O rotmistrzu Pileckim na ASME:

60. rocznica wyzwolenia KL Auschwitz - Czy były "polskie obozy koncentracyjne"? Dobrowolnie do Auschwitz, Rotmistrz Witold Pilecki - więzień nr 4859 - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego - 01.02.2005

Widok z okna - artykuł TADEUSZA M. PŁUŻAŃSKIEGO - 30.12.2004

Ojciec i syn - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego - 29.11.2004

Mordercy rotmistrza Pileckiego - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego - 2.09.2004

Strzał w tył głowy - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego - 27.05.2004

Ciężka praca śledzia - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego - 21.05.2004

Kobiety męczone przez UB - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego - 20.04.2006

Procesu stalinowca ciąg dalszy - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego - 08.12.2003

Napluć w twarz - artykuł Tadeusza M. Plużańskiego - 28.09.2003

Początek procesu stalinowskiego prokuratora Czesław Ł. - morderca sądowy - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego - 29.06.2003

Kurier Witolda - artykuł TADEUSZA M. PŁUŻAŃSKIEGO - 09.06.2003

Precedensowy proces - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego - 27.05.2003

Prokurator od zadań specjalnych - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego - 4.11.2002

Kto zakapował rotmistrza Pileckiego? - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego - 04.02.2002

Prawnicy II RP, komunistyczni zbrodniarze - 07.01.2002

W poniedziałek 15 maja Telewizja Polska, w najlepszym czasie antenowym - po godz. 20. pokazała sztukę Ryszarda Bugajskiego pt. "Śmierć rotmistrza Pileckiego". Reżyser - znany szerokiej widowni głównie z genialnego "Przesłuchania" - scenariusz o Pileckim napisał osiem lat temu. O bohaterskim rotmistrzu chciał nakręcić film, lecz z braku funduszy musiał zadowolić się spektaklem w Teatrze Telewizji. Trzeba zatem docenić fakt, że projekt - choć siłą rzeczy zmieniony - w ogóle ujrzał światło dzienne. W czasach, kiedy narodowe dzieje cały czas są spychane na margines, sztuka o jednym z naszych największych bohaterów narodowych jest swego rodzaju ewenementem. Dobrze również, że "Śmierć rotmistrza Pileckiego" miała swoją prapremierę za granicą - na festiwalu Polskich Filmów w Los Angeles w kwietniu br. obraz - jak donosiła prasa - odniósł sukces. Niech na świecie wiedzą, że Polacy nie gęsi - też swoich bohaterów mają, nie mniej odważnych niż wymyślony James Bond. Największe pochwały zdobył odtwórca roli Witolda Pileckiego - Marek Probosz, polski aktor od kilkunastu lat pracujący w Stanach Zjednoczonych (polskim fanom seriali znany z tasiemca "M jak miłość").

Brawo dla Bugajskiego. Powinniśmy być dumni - wreszcie w polskiej telewizji publicznej - prócz produktów Hollywoodu - możemy obejrzeć dużą dawkę polskiej historii. I na pewno profesjonalnie przygotowanej - w końcu nazwisko reżysera. Wreszcie mamy to, na co czekało tak wielu. Wreszcie na Woronicza zagościła prawda. Białe plamy znikają. Niestety, i piszę o tym z dużą przykrością, tak nie jest (jeszcze chwilę trzeba poczekać). A może mam zbyt duże wymagania, aby prawdę historyczną przedstawiać rzetelnie? No i temat trudny, bo jak niesamowite, wielowątkowe losy tak wybitnego i skomplikowanego człowieka, obfitujące w tyle heroicznych zdarzeń, pokazać w dwie godziny? Ale wcześniej było przecież "Przesłuchanie"…
Przez cały tydzień po projekcji wiele osób pytało mnie, jako historyka i syna jednego ze współoskarżonych w procesie, jaki komuniści urządzili "grupie szpiegowskiej Pileckiego" (* patrz ramka - przyp. ASME) w 1947 r. - Tadeusza Płużańskiego - o co w tym wszystkim chodzi? Czy Pilecki to święty polskiego patriotyzmu (określenie mojego śp. ojca), czy raczej wariat, fantasta, a może i kapuś? Czy rzeczywiście uwierzył w słowo honoru szefa Departamentu Śledczego MPB, płk. Józefa Różańskiego, który nadzorował śledztwo (ze spektaklu jednoznacznie nie wynika, że to on faktycznie - w porozumieniu z najwyższym kierownictwem partii i bezpieki - wydawał wyroki)? Czy zakapował przyjaciół? Dlaczego na procesie Pilecki tryska zdrowiem i energią, a inni oskarżeni dowcipkują i robią głupie miny? Czy to sala sądowa, czy jakiś cyrk? Kim właściwie byli oskarżeni (o większości nie dowiadujemy się niczego), a kim oskarżyciele? Kto decyduje, jaka jest hierarchia, struktura zależności? Dlaczego AK-owcy mordowali AK-owców? Kiedy właściwie odbywał się proces?
Sztuka Bugajskiego na te i wiele innych pytań nie odpowiada, mnoży za to wątpliwości. Czy to celowy zabieg reżysera, żeby co prawda pokazać bohatera, ale zarazem podkreślić, w jakich to skomplikowanych czasach przyszło mu żyć, że nie było jednoznacznych wyborów, jasnego podziału na dobro i zło, różnic między katem i ofiarą? Reżyser - mniej lub bardziej świadomie - zaciera te granice, stara się "zrozumieć" oprawców, wybielając ich.
Spektakl robi niestety wrażenie, jakby był robiony pod tzw. postępową opinię publiczną. O tym, że "właściwie" zrozumiała ona intencje autora, mogą świadczyć recenzje w niektórych gazetach. "Polityka" napisała: "Reżyser kontrapunktem dla niezłomnej postawy głównego bohatera (…) czyni zmagania ze sobą prowadzącego ustawiony proces sędziego Hryckowiana (…), złamanego przez UB byłego akowca". "Gazeta Wyborcza": " (…) to orwellowski, przerażający świat, w którym sędziowie i oskarżyciele boją się nie mniej niż ich ofiary".
Czy rzeczywiście tak należy rozumieć piękną, a zarazem tragiczną historię rotmistrza Witolda Pileckiego, człowieka niezłomnego, w czasie niemieckiej okupacji dobrowolnego więźnia Auschwitz, uznanego na Zachodzie za jednego z najodważniejszych ludzi świata, a w "ludowej" Polsce skazanego za to przez komunistów na karę śmierci? Nic bardziej błędnego.
Rotmistrz Pilecki, mimo tortur (w sztuce widać zerwane przez ubeckich "manikiurzystów" paznokcie), nikogo nie wydał. Założona przez niego grupa, podlegająca II Korpusowi gen. Władysława Andersa i związana ze Zrzeszeniem Wolność i Niezawisłość, wpadła wskutek prowokacji kapusia (rzekome plany zamachów na "mózgi" MBP). Bezpieka, aresztując - dzień po dniu - jej członków, wszystko o nich wiedziała. Pilecki podjął jedynie prywatną grę z Różańskim, mając zapewne cień nadziei, że przekona go do swoich racji. Co prawda - mógł myśleć: to jeden z głównych prześladowców ludzi walczących o wolną Polskę, uosobienie sowieckiego zła, ale przecież też jest człowiekiem, a w dodatku nosi polski mundur, który powinien do czegoś zobowiązywać... W spektaklu brak kluczowych słów, zapisanych przez rotmistrza w wierszu "Dla Pana Pułkownika Różańskiego" (Mokotów, 14 maja 1947 r.): "Dlatego więc piszę niniejszą petycję, by sumą kar wszystkich - mnie tylko karano, bo choćby mi przyszło postradać me życie - tak wolę - niż żyć wciąż, a w sercu mieć ranę".
Nie ma też choćby najmniejszego odniesienia do sprawy zasadniczej - dlaczego właściwie Pilecki musiał zginąć? Przecież niektórym udawało ujść z życiem z rąk ubeckich oprawców? Odpowiedź znajdujemy w aktach sprawy - notatce, którą sporządził Komar - "agent celny" (kapuś, który wyciągał informacje od współwięźniów w celi): "Pileckiemu proponowano rolę Rzepeckiego [płk Jan Rzepecki, prezes I Zarządu Głównego WiN, który z więzienia namawiał AK-owców do ujawniania się - red.], ale on stwierdził, że nie będzie się kajał, przyznawał do niepopełnionej winy".
W sztuce zabrakło też, charakterystycznego dla niezłomnej postawy rotmistrza stwierdzenia, wypowiedzianego po ogłoszeniu wyroku: "Śmierci się nie boję". Zamiast tego mamy szereg niuansów procesowych, których przeciętny widz nie jest w stanie zrozumieć. Szczególnie razi to przy braku dobrze zarysowanego kontekstu historycznego przedstawianych wydarzeń.
Nie można nie odnieść się do postaci morderców - jakże wyeksponowanych w sztuce. Zarówno przewodniczący składu sędziowskiego - ppłk Jan Hryckowian, jak i oskarżający prokurator (wówczas major) Czesław Łapiński to ludzie wyzbyci skrupułów, usłużni karierowicze, cyniczni mordercy zza biurka, a nie - jak chce nam wmówić Bugajski, a za nim przychylni recenzenci - ludzie pełni wątpliwości, zastraszeni i złamani przez system, a wręcz jego ofiary. Nie byli głupkami i prostakami z awansu społecznego, jak pokazuje ich reżyser: zagubiony prokurator, bezwiednie powtarzający frazesy o szpiegostwie i zaprzedaniu się przez oskarżonych obcemu wywiadowi, w końcu biedaczyna oszukany przez przełożonych, którzy obiecali mu, że żaden wyrok śmierci nie zostanie wykonany; obok pijący ciągle wódkę i walący nożem w stół sędzia. Otóż ludzie ci - jeśli się tylko chce, można to łatwo sprawdzić - pochodzili z inteligenckich domów, przed wojną studiowali prawo (choć Łapiński nie zdążył go skończyć, skończył za to podchorążówkę). Nie byli zatem bezwolnymi narzędziami w machinie zbrodni, pionkami w ręku okrutnych przełożonych, ale w pełni świadomymi i aktywnymi współtwórcami stalinowskiego systemu bezprawia. Hryckowian skazał na śmierć co najmniej 16 AK-owców, zyskując miano jednego z najkrwawszych sędziów. Również dla prokuratora Łapińskiego nie była to pierwsza sprawa - wbrew jego twierdzeniom, że "wyznaczono go przypadkowo, w ostatniej chwili, bo inny prokurator zachorował". Już chwilę po wojnie oskarżał w komunistycznym sądzie kapturowym (Wydział do Spraw Doraźnych białostockiego Sądu Okręgowego, który w okresie swojego funkcjonowania - od lutego do czerwca 1946 r. - skazał na śmierć co najmniej 151 niewinnych osób - najwięcej ze wszystkich wydziałów doraźnych w kraju). Potem, jako nie byle kto, bo szef Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Łodzi, skazywał żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego, kpt. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca". Prokuratorka IPN, oskarżając Łapińskiego kilka lat temu o mord sądowy na rotmistrzu Pileckim, mówiła: "Miał pełną świadomość bezprawności swoich działań". Co na to Bugajski? "Uwierzył" powtarzanym do końca życia jak mantra kłamstwom Łapińskiego. A podobno przygotowywał sztukę na podstawie materiałów IPN...
Czy szef największego sądu wojskowego w stalinowskiej Polsce - WSR nr 1 w Warszawie - musiał prosić podległych sobie strażników o przepustkę dla swojej żony? To bzdura. Hipokryzję Hryckowiana pokazuje jedynie scena (zresztą jedna z nielicznych udanych), kiedy matka oskarżonego Płużańskiego, a moja babcia, błaga Hryckowiana o łaskę dla syna, a ten odpowiada: "gdyby to ode mnie zależało", po czym dyktuje drugiemu sędziemu (Józefowi Badeckiemu, też nie przygłupowi, ale przedwojennemu prawnikowi, a potem krwawemu oprawcy) dodatkową, wynikającą jedynie ze swojej nadgorliwości, opinię: "Z uwagi na popełnienie przez skazanych Pileckiego i Płużańskiego najcięższych zbrodni zdrady stanu i Narodu, pełną świadomość działania na szkodę Państwa i w interesie obcego imperializmu, któremu całkowicie się zaprzedali (...) skład sądzący uważa, że ci obaj na ułaskawienie nie zasługują". Istnieje też relacja, idealna do sfilmowania, w której poznajemy prawdziwego prokuratora Łapińskiego. Po procesie mówi do zrozpaczonej, proszącej o pomoc żony rotmistrza, Marii Pileckiej: "Pani mąż to wrzód, który trzeba wyciąć". Dlaczego w spektaklu nie ma tej sceny?
Biorąc w obronę prokuratora i sędziego, Bugajski eksponuje ich przynależność do AK w czasie wojny - obaj byli oficerami (Hryckowian za zasługi dostał Krzyż Walecznych; jego żona Stanisława - w filmie rozhisteryzowana prostaczka - miała nawet Virtuti i była adiutantem gen. Fieldorfa "Nila"). Przypomina to znany m.in. z "Gazety Wyborczej" zabieg - kiedy np. zakazywała "atakować" krwawą stalinowską prokurator Helenę Wolińską, gdyż w czasie wojny była w warszawskim gettcie.
Hryckowian zmarł w chwale zacnego warszawskiego adwokata w 1975 r., Łapiński, też późniejsza chluba palestry, stanął co prawda przed sądem III RP, ale wyroku nie doczekał (zmarł z wysoką emeryturą mundurową w 2004 r.). Bugajski tę chwałę im przywrócił. Zapomniał jeszcze dodać, że ci biedni byli AK-owcy za prawomyślne przeprowadzenie procesu Pileckiego dostali nagrodę - awansowali (to jedyna obietnica, jakiej dotrzymał w rozmowie na korytarzu z oskarżycielem Łapińskim Naczelny Prokurator Wojskowy Stanisław Zarako-Zarakowski - dla widzów wyjaśnienie - to ten, co tak dziwnie zaciągał po rosyjsku).
Jeśli już przyjąć wersję Bugajskiego, że sędzia i prokurator bali się, to właściwie czego? W sztuce pojawia się sugestia, że mógł ich spotkać los Pileckiego, czyli, że za jakikolwiek sprzeciw mogli zapłacić głową. Tyle tylko, że funkcjonariuszy stalinowskiego systemu bezprawia nie skazywano w sowieckiej Polsce na śmierć. Nie musieli brać udziału w sądowej "farsie", mogli odejść, zrezygnować (dotyczy to również broniących oskarżonych adwokatów, trzeba by właściwie powiedzieć adwo-"katów", których rola została akurat dobrze pokazana). Była to zatem kwestia wyboru. Rotmistrz AK Witold Pilecki wybrał walkę o niepodległość Polski, kapitan AK Jan Hryckowian i major AK Czesław Łapiński wybrali (z własnej woli, bez przymusu, co potwierdzają dokumenty) służbę komunistom. Konsekwencją pierwszego wyboru było więzienie i śmierć, drugiego hańba wyroków na polskich patriotów. Rotmistrz Pilecki, maltretowany w ubeckich kazamatach (ogromu cierpień, prowadzących do prób samobójczych, nie pokazuje sztuka Bugajskiego), do końca życia pozostał wierny ideałom: Bóg, Honor, Ojczyzna, idąc - z podniesioną głową - drogą XV-wiecznego ascety Tomasza a Kempis (ten kluczowy wątek został akurat pokazany). Za te ideały oddał życie w więzieniu mokotowskim w Warszawie 25 maja 1948 r., zamordowany strzałem w tył głowy (to akurat przejmująca scena).
Reżyser Ryszard Bugajski, w ramach cyklu pokazującego w Teatrze Telewizji historię Polski, chce teraz opowiedzieć losy dwóch kobiet - Danuty Siedzikówny "Inki", sanitariuszki z antykomunistycznego oddziału "Łupaszki", zamordowanej - jak Pilecki - strzałem w tył głowy i łączniczki "WiN" Emilii Malesy "Marcysi", która - oszukana przez komunistów - popełniła samobójstwo. Czy w nowych spektaklach, nazwanych "docu-dramami", czyli dramatami faktu, odnajdziemy prawdę? Czy IPN znów przyłoży rękę do tych produkcji?

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Artykuł ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska"

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Poprawność przekracza barierę gatunkową - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 23, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

Odpowiedź Antoniego Zambrowskiego na książkę Witolda Jedlickiego "»Chamy« i »Żydy«":

Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - posłowie AutoraHistoryczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. VIII (ostatnia) - i zapowiedź uaktualniającego posłowiaHistoryczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. VIIHistoryczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. VIHistoryczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. VHistoryczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. IVHistoryczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. IIIHistoryczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. IIHistoryczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. I

Niedawno w kręgach głownie tzw. warszawki zawrzało, gdy Jarosław Kaczyński przyznał, iż środowisko "Gazety Wyborczej" wywodzi się w kolejnym pokoleniu wprost ze środowiska Komunistycznej Partii Polski. Chociażby na podstawie tej ostatniej diagnozy lidera PiS-u można wnioskować, że nadal w słowniku politycznym pewne określenia lub konstatacje uchodzą za niewskazane. W tym przypadku takim oczywistym stwierdzeniem byłoby przyznanie, że wyjątkową nadreprezentację działaczy KPP stanowili komuniści o żydowskich korzeniach, stąd też logicznym byłby w konsekwencji wniosek o nadal trwającej walce pomiędzy "Chamami" a "Żydami" (patrz ramka - ASME). Tymczasem Jarosław Kaczyński zauważając ciągłość środowiska "GW" z rodowodem KPP, zaznaczył, że ciągłości tej nie rozumie jako walki Puławian z Natolińczykami (oczywiście wybierając te bardziej eleganckie określenia obu frakcji), lecz postrzega ja jako realizację przez wskazaną grupę wyłącznie celów środowiskowych ze szkodą dla państwa.
Tymczasem Witold Jedlicki w swoim - jak to niektórzy nazywają - pamflecie traktującym o Klubie Krzywego Koła dość jasno i przekonująco (niezależnie od motywów i inspiracji temu przyświecających) opisywał mechanizm nie tylko walki Puławian z Natolińczykami, ale także pewien styl działania Puławian, do którego należało "zawsze zaczynanie »od góry« społeczeństwa. Każdy działacz tej grupy miał prywatne powiązania z jakimiś środowiskami intelektualnymi lub artystycznymi, przeważnie warszawskimi. Każdą plotkę, każdą sugestię, każdą inspirację puszczano w obieg przede wszystkim tymi kanałami; dopiero później rozchodziły się one po całym społeczeństwie i po całym kraju". To wtedy właśnie, tzn. w okresie październikowej "odwilży", czyli dokładnie pół wieku temu utwierdzeniu uległ również pewien mechanizm odwracania publicznej uwagi od konkretnych przewin równie konkretnych osób, a mechanizm ten polegał na okrzykiwaniu antysemitą każdego, kto chociażby głośniej upominał się o wyjaśnienie takiej czy innej sprawy z okresu stalinowskiego. "Ten kto żądał ukarania ubeka-nieżyda, też był okrzykiwany antysemitą. (...) Do akcji zmobilizowano prasę. Zaapelowano do różnych ludzi cieszących się autorytetem, którzy zaczęli publikować artykuły na temat antysemityzmu. Najlepiej spełnił jednak swoje zadanie bodajże Jerzy Broszkiewicz, który podkreślił, że antysemityzm »dawno już przekroczył progi komitetów partyjnych«. O takie wskazywanie palcem przecież chodziło. Zainspirowano też na wielką skalę prasę zachodnią..." - pisał na początku lat 60. Jedlicki i niezależnie od tego, jakie sądy "chodzą" o autorze cytowanej opinii, opis ten wypisz-wymaluj idealnie pasuje do dzisiejszych metod stosowanych przez rodzone jak i ideowe dzieci Puławian. Nieprzypadkowo tedy "le madame" Szczuka żali się zachodnim żurnalistom, że jej tutaj nienawidzą, bo "jest feministką i Żydówką", chociaż nie musiała podawać narodowości, wszak już dawno jej "siostra" Kinga Dunin stwierdziła, że kobieta była i jest "Żydem świata", a jeśli kobieta - to co dopiero kobieta-feministka!

Stereotyp potwierdzony

Kilkanaście tygodni temu ukazało się na rynku IPN-owskie opracowanie dotyczące kadr UB i SB wykazujących się swoją sprawnością na froncie utrwalania władzy ludowej i zdobyczy socjalizmu. I bodajże po raz pierwszy w naszej najnowszej historii praca ta w sposób naukowo udokumentowany potwierdziła powszechne w ludzie przekonanie o istnieniu tzw. żydokomuny, co z braku konkretnych faktów było dotychczas wielokrotnie przytaczane jako wyraz trwającego polskiego, ludowego antysemityzmu i rasowych uprzedzeń. Otóż z materiałów archiwalnych wyszło, że blisko 40 proc. proc. funkcjonariuszy zatrudnionych w centralnych organach UB i na najwyższych szczeblach dowodzenia legitymowało się żydowskim pochodzeniem. Tymczasem zasłużony dla lustracji IPN-owski historyk, dr. hab. Antoni Dudek z recenzji wspomnianej pozycji zamieszczonej na łamach "Wprost" napisał, że "książka rozprawia się też z różnymi stereotypami, z których najtrwalszym jest pogląd o tym, że w UB było więcej Żydów niż Polaków. Ocena ta jest fałszywa nawet w odniesieniu do 450-osobowego korpusu kadry kierowniczej MBP, w którym Żydów było 37 proc., Polaków prawie 50 proc., a oficerów sowieckich ponad 10 proc.… Żydzi rzeczywiście odgrywali dużą rolę w kierownictwie MBP, ale teza, że odpowiadają oni za większość zbrodni UB jest - w świetle omawianej publikacji - nadużyciem. Najczęściej ubekami byli pochodzący z polskiej wsi młodzi chłopcy, mający za sobą kilka klas szkoły podstawowej…". Idąc za stwierdzeniem dr. Dudka, równie dobrze skutkami dotychczasowych rządów można obciążyć kilkaset tysięcy drobnych urzędników do szczebla młodszego referenta włącznie, wszak posłów ministrów i innych partyjnych i okołorządowych oligarchów było zawsze góra kilka setek co najwyżej kilka tysięcy, a cała biurokracja zatrudnia kilkaset tysięcy osób. Ale człowiek trzeźwo myślący z pewnością zauważy, że każde środowisko polityczne od ręki zamieniłoby kilkaset tysięcy urzędników, od naczelnika wydziału w dół, na kilkaset miejsc w sejmie, senacie i kancelarii prezydenta. Nie trzeba nawet uciekać się do takich rozbiorów logicznych, gdyż inny historyk Andrzej Kaczyński parający się podobnymi zagadnieniami i mniej więcej w tym samym czasie na łamach "Rz" trochę ze zdziwieniem konstatuje, że "w tej księdze na nowo i dokładnie wyjaśnione zostało zagadnienie dotyczące liczby osób pochodzenia żydowskiego w centrali MBP. Według niej, był to odsetek wyższy - ponad 37 procent - niż dotychczas przyjmowano (od dziesięciu do dwudziestu kilku procent), przy niespełna połowie osób pochodzenia polskiego (w MBP wypełniano rubrykę "narodowość)...". Również Andrzej Kaczyński tematu nie rozwinął, ale z jego krótkiego opisu można wnioskować, że cytowane "odkrycia" nieco badaczy jednak zaskoczyły, a tonowanie rasowych akcentów w oficjalnych zapowiedziach książki miało - jak można się domyślać - wyłącznie charakter swoistej autocenzury, podyktowanej obawą o wywołanie dodatkowego klangoru ze strony opiniotwórczych środowisk wywodzących się z KPP.

Rabinizacja polskiej polityki

Powszechnym sposobem przedstawiania swoich racji stało się, "aby język giętki powiedział to, co akurat jest nam na rękę", czyli jak mawiał najsłynniejszy z braci Marx - "takie mam właśnie poglądy, a jak się wam nie podobają, to mogę mieć inne". Z wcześniejszego wywodu wynika, że jeszcze zanim Zachód opanowała nowomowa i religia politycznej poprawności, w Polsce metody tej walki politycznej z powodzeniem testowali już Puławianie.
Jednakże najgorszym przykładem konwergencji stosowanych metod przez teoretycznie zwalczające się stronnictwa ideowe jest swoista rabinizacja życia politycznego w wykonaniu reprezentantów prawej strony sceny politycznej.
Ks. prof. Waldemar Chrostowski przedstawiając meandry dialogu chrześcijańsko-żydowskiego, zwracał uwagę na charakterystyczne podejście strony żydowskiej do faktów historycznych mające swoje źródło w żydowskiej haggadzie. W tym znaczeniu dla Żydów historia opierała się nie na faktach, ale na opowiadaniu o faktach, które to opowiadanie niekoniecznie musiało mieć z tymi faktami coś wspólnego na zasadzie związku logicznego. W ostatnim półroczu mieliśmy do czynienia z taką właśnie haggadą odnoszącą się do egzegezy fiaska koalicyjnego związku PiS z PO, sukcesów rządu Marcinkiewicza i działań opozycyjnego rządu "cieniasów" czy chociażby zwycięskich batalii prowadzonych w imię dbałości o polski interes narodowy - a z drugiej strony obrony staus quo pod pretekstem obrony niezależności NBP czy naszego wizerunku w Europie i na świecie. Cały czas można obserwować, że nie mamy do czynienia z faktami, ale z opowiadaniem o faktach, ledwo minął kwartał po kiepskim gospodarczo ubiegłym roku, a już słyszymy opowieści o gospodarce rozpędzonej jak lokomotywa. Rzeczywiście, gospodarcza lokomotywa mknie w tempie InterCity, gdyż wsiąść do niej mogą jedynie zamożniejsi i to jedynie w kilku największych miastach.
Ale rozmyciu uległy nie tylko kategorie polityczno-gospodarcze, gdyż erozja w tych obszarach jest prostą konsekwencją rozmycia związków logicznych w procesie dochodzenia do tego, co nazywamy prawdą. Przywoływany już wcześniej ks. prof. Chrostowski dowodził, że judaizm rabiniczny powstał jako reakcja na chrześcijaństwo i jest w swej istocie głęboko antychrześcijański. Dowodzą tego chociażby kręte drogi dialogu chrześcijańsko-żydowskiego, prostowane m.in. przez takich naprawiaczy świata jak ks. Czajkowski. Tymczasem prezydent Polski wystosował list do rabinów, którzy zorganizowali sobie w Warszawie w synagodze Nożyków konferencję, na której debatowali po hebrajsku o koszernej żywności, edukacji i oczywiście o żydowskim holokauście. Oczywiście nikt nie powinien zabronić organizowania konferencji nawet prowadzonej w języku suahili, ale nie każda taka konferencja spotkałaby się z odpowiednia rewerencją najwyższego urzędu w państwie.
Z drugiej strony, jeżeli przyjąć, że judaizm rabiniczny jest w opozycji do chrześcijaństwa, to czy honorowanie takich seminariów specjalnymi listami uwierzytelniającymi nie jest aby przypadkiem jednym z przejawów kapitulanctwa?
Trudno też z optymizmem śledzić rozwój wypadków i towarzyszących im komentarzy po ujawnieniu agenturalnej przeszłości ks. Czajkowskiego. To, że, że stwierdzenia typu: "Jest pytanie komu wierzyć; czy interpretacji dokumentu dokonanej przez autora artykułu, czy księdzu Czajkowskiemu, który twierdzi, że nie pisał tych donosów. Ja wierzę księdzu Czajkowskiemu" - padają z ust Satnisława Krajewskiego, który jest współprzewodniczącym Rady ze strony żydowskiej, można jeszcze zrozumieć, wszak kto nie chciałby mieć po stronie przeciwnej uległego negocjatora? Trudno natomiast wyłowić jakiś jednoznaczny sens wypowiedzi prymasa Glempa, który ks. Czajkowskiego miał ocenić jako "wrażliwego na drugiego człowieka" i to właśnie owa "wrażliwość pchnęła go tak dalece, że wierzył, iż będzie robił coś dobrego". Mieliśmy już więc "gadułę", a teraz mamy niezbyt roztropnego wrażliwca - wypociny Dana Browna przy tłumaczeniach rodzimych "Jankowskich", "Dominików" i "Delt" to niegroźne bajdurzenia. Jak więc widać, haggada, czyli opowiadanie o faktach trwa w najlepsze i można się obawiać, że nie zmieni tego nawet nieustająca komisja prawdy i sprawiedliwości.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Rząd izraelski nie może patrzeć ze spokojem na bezeceństwa ministra Giertycha - Stanisław Michalkiewicz o nowym wymiarze polityki pan-europejskiej Wysłane wtorek, 23, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Rząd izraelski nie może patrzeć ze spokojem na bezeceństwa ministra Giertycha - Stanisław Michalkiewicz o nowym wymiarze polityki pan-europejskiej
Wysłane poniedziałek, 22, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Nie jest tak źle, jak można by przypuszczać. W poprzednim felietonie wyrażałem przypuszczenie, że skoro księdzu Czajkowskiemu przydarzył się casusu pascudeus, mogą wystąpić reperkusje w dialogi polsko-żydowskim, ale nic nie słyszeliśmy, żeby ksiądz Czajkowski zrezygnował z współprzewodniczenia w komisji dialogowej w Polskiej Radzie Chrześcijan i Żydów, bo chyba nie zamierza zrezygnować, i słusznie, bo tak wysoko postawionego konfidenta trudno by znaleźć na jego miejsce, a gdyby był konfident jakiś pośledniejszy, to »strona żydowska« mogłaby odnieść to jako objaw lekceważenia, a teraz nawet ten dialog jakby się intensyfikował. Właśnie nieoceniona »Gazeta Wyborcza« doniosła, że rząd izraelski rozważa »indywidualny bojkot ministra Giertycha«, ministra edukacji rządu polskiego" - Stanisław Michalkiewicz komentuje najnowsze wydarzenia medialne z "polskiego regionu UE".

Być może zapowiedziane działanie wobec ministra Giertycha wynika z uczynków tego urzędnika, prowadzącego do skasowania dofinansowania przez podatników polskich przybudówek młodzieżówek komunistycznych w rodzaju Związku Młodzieży Socjalistycznej, która jako przybudówka Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej jak gdyby sobie nic - istnieje, niezależnie od "transformacji 16 lat" odbywającej się na naszych zdumionych oczach. Dlatego też pewnie "młodzież" się skrzykuje SMS-ami i urządza imprezy przeciw ministrowi Giertychowi, bo to nie jest żadne "pokolenie Jana Pawła II", tylko imprezowicze ganiający z imprezy na imprezę, dofinansowani przez nieświadomych niczego podatników. Tak samo byli dofinansowani "zgłębiający tajemnice płci" markietanci od pana dewianta Roberta Biedronia w kwocie 19 tysięcy euro, pochodzących z funduszów Unii Europejskiej, gdzie goje i lesbijki zgłębiali te zadziwiające tajemnice przez kilka dni. Nic więc dziwnego, że rząd izraelski nie może patrzyć ze spokojem na takie bezeceństwo patrzeć i wprowadza "indywidualny bojkot" odpowiedzialnego za to ministra...

Nagranie trwa ponad 5 minut i jest dostępne w Sieci do 5 VI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Referat "Primus Inter Pares" prof. Jerzego Przystawy, jednego z liderów Obywatelskiego Ruchu na rzecz JOW, z konferencji krakowskiej "Model przywództwa" Wysłane poniedziałek, 22, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

Szanowni Państwo

W dniach 18 - 19 maja miałem okazję uczestniczenia w konferencji naukowej pt. "Model Przywództwa", zorganizowanej przez Instytut Politologii Akademii Pedagogicznej im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie. Wzięli w niej udział głównie pracownicy naukowi w dziedzinie różnych nauk społecznych i humanistycznych, z ok. 20 ośrodków akademickich w Polsce. Wygłoszono 40 referatów, które zostały opublikowane w pokaźnym tomie zatytułowanym "Model Przywództwa" pod redakcją głównego organizatora, prof. dra hab. Andrzeja Piaseckiego. Wszystkie prace były recenzowane przez zespół recenzentów, których nazwiska są tam wymienione.

Miło mi poinformować, że mój referat pt. "Primus Inter Pares - uwagi w kwestii przywództwa republikańskiego" i który tutaj załączam, był referatem otwierającym konferencję.

Tematyka wystąpień była bardzo szeroka i informację szczegółową znaleźć można na stronie internetowej. Dla mnie najbardziej interesujące był szereg wystąpień w sesji pt. "Przywództwo w lokalnej rzeczywistości", gdzie przedstawione zostały wyniki różnych badań nad jakością naszych elit lokalnych i samorządowych. Mgr Katarzyna Radzik z UMCS w Lublinie, w swoim referacie, dokonała porównania sytuacji w Polsce i w Anglii, co szczególnie polecam inicjatorom akcji w sprawie ordynacji wyborczej do samorządów lokalnych. Mgr Barbara Węglarz z Instytutu Politologii AP w pracy pt. "Piętnaście lat z mandatem" zajęła się grupą wójtów i burmistrzów pełniących tę funkcję przez czwartą kadencję z rzędu. W sesji uczestniczyło kilku wójtów z tej grupy i z satysfakcją informuję, że wszyscy oni, bez wahania, zadeklarowali poparcie dla Ruchu JOW i dołączyli do grona Honorowych Samorządowych Patronów JOW.

Pozdrawiam serdecznie
Jerzy Przystawa




Jerzy Przystawa
Uniwersytet Wrocławski


Primus inter pares:
uwagi w kwestii przywództwa republikańskiego

I. Wstęp


Model lidera, jakiego naród poszukuje i jakiego jest w stanie zaakceptować, musi być zgodny z jego kulturą, duchem, tradycją, a może nawet cywilizacją w tym sensie, w jakim proponuje ten termin Feliks Koneczny. Innego rodzaju lider będzie do przyjęcia dla Niemców, inny dla Rosjan, inny dla Chińczyków czy Hindusów. Jak się wydaje, ani Hitler, ani Piotr Wielki, ani Mahatma Gandhi nie mieliby czego szukać w Polsce i nie zostaliby zaakceptowani. Dlatego moje uwagi ograniczę do sytuacji polskiej, do polskiej tradycji kulturowej, społecznej i politycznej.
Nie ulega dla mnie wątpliwości, że zasadniczym składnikiem tradycji Rzeczypospolitej jest tradycja republikańska i demokratyczna, budowana systematycznie przez wieki istnienia Królestwa Polskiego i I Rzeczypospolitej, a po Jej upadku - kultywowana i pielęgnowana w tradycji narodowej. W czasach nowożytnych, w budowaniu ustroju republikańskiego Polska wyprzedziła wszystkie kraje Europy i Świata, podejmując trud konstrukcji demokratycznego państwa, jakiego prekursorami były tylko antyczne demokracje Grecji i Rzymu. Jak się wydaje, fakt ten nie jest powszechnie uznawany, nie tylko w świecie, ale przede wszystkim w Polsce. Np. Stefan Bratkowski [1] korzeni Rzeczypospolitej upatruje w Republice Francuskiej, w koncepcjach Monteskiusza i rewolucji francuskiej, nie wspominając ani słowem o dorobku państwowotwórczym i ustrojowym Polaków.
Ten dorobek ustrojowy jest rzeczywiście imponujący. [2,3] Od Ludwika Węgierskiego, który nadaje sejmikom regionalnym prawo nakładania podatków (1384), poprzez "Neminem captivabimus" (1433), jaki wyprzedza angielskie "Habeas corpus" o 246 lat; dwuizbowy Sejm Walny (1493), akt "Nihil Novi" (1505), "Formula Processus" (1523) wyprzedzający kodeks napoleoński o 281 lat, do "Konfederacji Warszawskiej" (1573) - mamy do czynienia z systematycznym procesem rozwijania demokracji, a więc zrównywania w prawach obywatelskich coraz szerszych rzesz, nie tylko szlachty, ale mieszczan, a nawet wolnych chłopów. Zasadniczym elementem tego procesu jest kwestia tolerancji religijnej, która jest europejskim i światowym ewenementem, umożliwiająca innowiercom nie tylko swobodne wyznawanie religii, ale i zajmowanie najwyższych stanowisk państwowych. Niewątpliwie w tej ewolucji istotną rolę odgrywa idea "równości obywatelskiej", która zakorzenia się w polskiej mentalności, co znalazło wyraz w porzekadle "Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie". Jeszcze bardziej znamiennym wyrazem tej postawy jest uchwała Sejmu 1638, który zabronił szlachcie polskiej używania jakichkolwiek tytułów. Na 225 lat przed pojawieniem się "O duchu praw" Monteskiusza, I Rzeczpospolita posiada już monteskiuszowski trójpodział władz, gdzie "Przywódca - Król" jest rzeczywiście "Pierwszym Obywatelem".
Na szczególne podkreślenie zasługuje niezwykła cecha tego oryginalnego procesu ustrojowego: jest to proces całkowicie pokojowy. Jest to wysiłek intelektualny i państwowotwórczy Polaków, którzy w otaczającym ich świecie nie mają gdzie szukać wzorów. Przeciwnie, to Paweł Włodkowic i towarzyszący mu intelektualiści polscy, na Soborze w Konstancji (1414 - 1418) formułują podstawy prawa międzynarodowego. To delegacja Sejmu Rzeczypospolitej, z Janem Zamoyskim, Adamem Konarskim, Olbrachtem Łaskim i innymi przywozi do Francji (1573) "Postulata Polonica". We Francji demokracja wyłania się dopiero pod koniec XVIII wieku z krwawego żniwa rewolucji francuskiej, podobnie jak w Ameryce z rewolucji i wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych, a w Anglii - z reakcji na krwawą tyranię Tudorów i Stuartów.
Oczywiście, ten przekrój wydarzeń nie ma stworzyć wrażenia, że I Rzeczpospolita stanowiła jakiś ideał demokracji i wolności, że proces budowania republikańskiego i demokratycznego państwa przebiegał bez najróżniejszych wynaturzeń i deformacji. Odwołuję się tutaj jedynie do rozwiązań konstytucyjnych i uważam, że mamy prawo przeprowadzać tu analizę porównawczą: jak te sprawy wyglądały za najbliższymi i najdalszymi granicami Rzeczypospolitej i z kogo Polacy owych czasów mieli brać przykład? Nie może też być zarzutem postawionym legislatorom i prawodawcom polskim tamtego okresu to, co się stało w XVIII wieku. I nie można też wątpić, że ten proces ustrojowy, rozwijający się przez pokolenia, nie pozostał bez wpływu na postawy Polaków i nie odcisnął się na mentalności i świadomości zbiorowej naszego narodu. Jak pisze Norman Davies: "Inspiracją (tego procesu) była zakorzeniona wiara w wolność jednostki i swobody obywatelskie, która - jak na owe czasy - była czymś wyjątkowym" (ref. [3] s. 427). Twierdzę, że to właśnie ta zakorzeniona wiara stanowi istotny powód, dla którego w tradycji polskiej tyran, autokrata, człowiek nie liczący się ze zdaniem obywateli, nie mógł liczyć na poważanie i szacunek, a zatem nie mógł też zostać zaakceptowany jako przywódca. Skrajnym niewątpliwie, przejawem tych postaw była zasada "liberum veto", o której z uznaniem pisze historyk brytyjski, opisując proces podejmowania decyzji przez Sejm: "Jednakże proces, dzięki któremu ta zgraja uzbrojonych jeźdźców ostatecznie osiągała jednomyślną decyzję, wybierając jednego spośród dziesiątków kandydatów i jedną spośród dziesiątków opinii, można opisać jedynie jako akt zbiorowej intuicji" (ref. [3], s. 439). (...)

Całość do pobrania z naszego serwera. Formaty pliku - WORD lub RTF

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Kogo reprezentują prominenci "jedynie wybranych" na stanowiskach rządowych na świecie i za ile, czyli jak "sze kręcił" sekretarz stanu Ryszard Schnepf Wysłane poniedziałek, 22, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Odnośniki wewnętrzne:

    Janusz Korwin-Mikke 2 razy - o Prezesie USOPAŁ Janie Kobylańskim... - 24.03.2005

    O Janie Kobylańskim i dziennikarstwie "śledczym" tabloida "Gazeta Wyborcza" - wypowiedź dr. Jerzego Achmatowicza - 5.08.2004

    TV ASME:

    TV-felieton Stanisława Michalkiewicza o oficerach frontu ideologicznego na stanowiskach żurnalistycznych i ich cymbalistach - 23.03.2005

    Odnośniki zewnętrzne:

    Kampania pomówień, obelg i kłamstw - tygodnik "Głos"

    Strona główna witryny USOPAŁ

    O tym można już pisać - można od 19 maja 2006 albo - od 21 miesiąca ijar 5766, jak kto lubi, kiedy to witryna World Jewish Congress wydała odredakcyjny komentarz-notkę o niepowodzeniu misji polsko-żydowskiego urzędnika (?) Ryszarda Schnepfa w staraniu się przed rządem - w którym został umocowany przez sprawującą obecnie w Polsce władzę partię Prawo i Sprawiedliwość, choć to nie jest już taki pewne, czy tylko przez działaczy PiS - o wysoką gratyfikację dla swoich ziomków, którą mieli dostarczyć polscy podatnicy.
    Z łatwością pod wskazanym adresem czytamy:

    "Delay in Polish restitution likely after resignation of minister
    19 May, 2006
    The resignation of a Polish Cabinet minister may delay the passage of a restitution bill for Jewish property, JTA reports. Secretary of State Ryszard Schnepf quit this week after a newspaper article in which he was quoted as saying that Poland’s prime minister wanted the country to join in a German-Russian oil pipeline. Schnepf, whose father was the head of the Polish Jewish community during the Communist regime, was in the midst of negotiating the details of a law that would compensate Jews for the confiscation of their property by the Nazis and Communists. Meanwhile, a meeting that was to take place on the compensation bill earlier this week between prime minister Kazimierz Marcinkiewicz and leaders of the Claims Conference was canceled. Gideon Taylor, executive vice president of the Claims Conference, told JTA: »We are concerned that the departure of secretary of State Schnepf will delay the process, and we are urging the Polish government to move rapidly to introduce and improve the proposed legislation«".

    Nie jest to jedyna dzisiejsza ciekawostka o znaczącym rozmiarze, gdyż merdia krajowe - w tym przypadku akurat wybraliśmy ciężko zaangażowaną w sojusz z brukowym dziennikiem "Gazeta Wyborcza", sieciową wypustkę koncernu ITI, zwanego życzliwie przez warszawską ulicę "walterownią" od nazwiska jednego z niegdysiejszych prominentów medialnych PRL, czyli Onet:

    "Izraelskie ministerstwo spraw zagranicznych rozważa indywidualny bojkot ministra edukacji Romana Giertycha. Taką informację podał największy izraelski dziennik »Idijot Ahoronot«.
    Gazeta określa wicepremiera Giertycha jako »polskiego, antysemickiego nacjonalistę«. (...) Dziennik podaje, że w zakresie działalności ministerstwa leży kształtowanie wiedzy młodych Polaków o Holokauście, zapobieganie antysemityzmowi, (...). Izraelski MSZ nie potwierdził jednak informacji o zamiarze bojkotowania Romana Giertycha".

    Co takiego znajduje się w duszy tak wielu prominentnych przedstawicieli narodu, który wciąż ogłasza, że jest "jedynym wybranym", że tak łatwo i bezmyślnie daje się kompromitować przez swoich znamienitych reprezentantów oraz z jakąś chyba masochistyczną, perwersyjną przyjemnością wywołują lub starają się wywoływać odruchy niechęci wśród wielu członków różnych społeczności na całym niemal świecie? Zaangażowanie byłego sekretarza stanu w Kancelarii Urzędu Rady Ministrów Ryszarda Schnepfa, "którego tate był głową polskiej społeczności podczas panowania reżimu komunistycznego", a który - będąc urzędującym wysokim funkcjonariuszem administracji rządowej państwa polskiego - jednocześnie występował przed polskim rządem jako emisariusz środowiska wysuwającego żądania "kompensacji majątku, skonfiskowanego przez nazistów i komunistów", majątku zupełnie obcych osób pochodzenia żydowskiego dla wysuwających żądania pod adresem polskich rządów (!), zamordowanych nie przez zmitologizowanych już niemal nazistów, tylko przez Niemców - jest wprost zaprzeczeniem zasady bezstronności służby cywilnej, co z całą pewnością było zasadniczym powodem dymisji tego biurokraty. Bardziej wymownego przykładu konfliktu interesów trudno doprawdy ostatnio się doszukać w wysokich sferach urzędniczych.

    Gdy PT Odbiorcy ASME przypomną sobie wielokrotnie podnoszoną przez prawicowe (także i przez naszą witrynę) i prawicawe media sprawę wieloletniego konfliktu ówczesnego ambasadora w Urugwaju Schnepfa (usuniętego z placówki po interwencji MSZ w związku z nieprawidłowościami, jakich dopuścił się w trakcie sprawowania funkcji ambasadora w Urugwaju. MSZ i Prokuratura uznały, że "swoim zachowaniem naruszył" on "wewnętrzne przepisy MSZ oraz wprowadził w błąd Ministerstwo, jak też naruszył elementarne normy etyczne") z przewodniczącym USOPAŁ Janem Kobylańskim, prezesem Polonii Ameryki Południowej i Środkowej, którego to ambasador Schnpef oskarżał wraz z merdiami krajowymi o niepotwierdzone, acz haniebne czyny z czasów II Wojny Światowej i z okresu powojennego, zrównując go z tzw. szmalcownikami, czyli kreaturami wydającymi okupantom niemieckim polskim obywateli pochodzenia żydowskiego (nie byli to tylko Polacy, także sporo Żydów, także na usługach hitlerowców - vide tzw. żydowskie gestapo w Warszawie lat okupacji). Więcej w naszych odnośnikach wewnętrznych ↑*.
    Co takiego zmusza tych ludzi do zamieszczania głupstw w postaci sugerowania szczególnej dbałości Ministerstwa Edukacji Narodowej w przeciwdziałaniu antysemityzmowi, co jednym tchem jest wymienione w powiązaniu do nowego ministra tego resortu, z miejsca okrzykniętego "polskim antysemickim nacjonalistą"? Sumienni obserwatorzy obrotowej sceny politycznej "polskiego regionu UE", jak konserwatywni liberałowie określają tę naszą część Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, doskonale wiedzą, że drugiego tak pilnującego się członka polskiego parlamentu, by choć głoską nie narazić się "międzynarodowej opinii publicznej" w postaci zespołów redakcyjnych amerykańskich i europejskich mediów w dużej części pozostających pod kontrolą "kapitału ponadnarodowego" - z trudnością znaleźć pod adresem przy ulicy Wiejskiej w Warszawie. A charakterystyczne zainteresowanie gazety "Idiot Achronot", jak można by strawersować błędnie podany przez żurnalistę PAP-ki jej tytuł, młodym politykiem z emfazą podkreślającym swoje przywiązanie do rodzinnie pojmowanego, przesadnie zdefiniowanego "interesu polskiego", który został urzędnikiem nadzorującym państwowe placówki oświatowe - wpisuje się w niekończący się od lat koncert wzbudzania zniecierpliwienia wśród większości obywateli Rzeczypospolitej, co znowu przywodzi na myśl zakazaną przez te same, prominentne dla swojej nacji środowiska tzw. teorią spiskową oraz wzbudza zdumienie nad wymienioną wcześniej skłonnością do autokompromitacji.

    Oczywiście, nie tylko Żydzi mają w swojej społeczności ludzi, którym z trudnością przychodzi posługiwanie się darem Bożym, jakim jest wolna wola oraz umysł analityczny. Wśród Polaków także są tacy, dla których występowanie poza chórem wujów śpiewających na jedną melodię podaną przez kapelmistrza o międzynarodowym zasięgu jest zadaniem ponad siły, o czym przekonuje nie tylko polskich obserwatorów życia robaczkowego elit politykierskich "polskiego regionu UE" znamienity przedstawiciel rządzącego ugrupowania Prawo i Sprawiedliwość, pierwszy minister Kazimierz Marcinkiewicz, udzielający wywiadu dziennikarzowi włoskiej gazety "Corrierre della sera", która rozmowę tę opublikowała w dzisiejszym swym wydaniu, co też podajemy do wiary za "Onetem":

    "(...) Zapytany o zarzuty antysemityzmu wobec Radia Maryja, Marcinkiewicz powiedział: »W Polsce istnieją precyzyjne przepisy, zabraniające podżegania do wrogości między rasami i są one respektowane. Wyraziłem wobec Marka Edelmana moje osobiste ubolewanie z powodu antysemickich deklaracji, rozpowszechnionych przez rozgłośnię«. [Edelman apelował do premiera o wyeliminowanie ksenofobii i antysemityzmu z programów tego radia - PAP] (...)".

    Dla mniej zorientowanych w temacie należy się wyjaśnienie, że towarzysz Edelman (były bojowiec lewackich środowisk w getcie warszawskim, ostatni żyjący szef tej części walczących Żydów, dość małej w porównaniu do Żydowskiego Związku Wojskowego, współpracującego z Armią Krajową), poczynił swoje uwagi po wywołaniu histerii merdialnej przez główny organ "saloniku warszowerskiego" "Gazetę Wyborczą" w związku z wypowiedzią także i naszego publicysty Stanisława Michalkiewicza na falach Radia Maryja, w której ów znamienity komentator życia politycznego wskazał na zobowiązanie się właśnie premiera Marcinkiewicza przed panem Dawidem Harrisem, dyrektorem Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego, domagającym się realizacji żydowskich roszczeń majątkowych - do "zakończenia sprawy do końca tego roku", o czym można przeczytać m.in. w felietonie Stanisława Michalkiewicza na ASME.
    Tak więc nie tylko zaangażowanie się podwładnego premiera Marcinkiewicza - w trakcie sprawowania przez niego funkcji państwowej - w działania wymierzone w poddanych tej władzy WSZYSTKICH podatników polskich, niezależnie od kwestii ich pochodzenia narodowościowego, ale także kilka już wystąpień samego pierwszego urzędnika Rzeczypospolitej - wystarczają do wyjątkowo głębokiej refleksji nad prawdziwymi celami powodującymi tymi dziś już znanymi z wyjątkowego zainteresowania tą sprawą osobistościami ugrupowania PiS - przynajmniej w sprawie, którą Stanisław Michalkiewicz zawiera w części swych okazjonalnych "studiów nad żydofilią", sprawie, która na tym etapie została wycenioną przez giętkich rachmistrzów "strony żydowskiej" na... ponad 60 miliardów dolarów.

    Krzysztof Pawlak

    Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


    "Młodzi" się "skrzykują" - starzy - podjudzają - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 22, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Mam nadzieję, że tym razem ani Rada Etyki Merdiów, ani Stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita, ani Stowarzyszenie im. Jana Karskiego z Kielc, ani żaden inny ormowiec politycznej poprawności nie oskarży mnie tym razem o antysemityzm za użycie w tytule słowa: "podjudzają". Zatem - incipiam. W poprzedni sobotni wieczór doszło w Warszawie do burd na ulicach, głównie w rejonie Starego Miasta, gdzie bandy młodych chłopaków demolowały ogródki piwne, wybijały szyby i niszczyły różne uliczne urządzenia; słupki, znaki drogowe itp. Policja wprawdzie opanowała sytuację, ale zostało to poprzedzone dość zażartymi walkami. Najwyraźniej "młodzi" wcale przed policją nie kucają, podobnie zresztą, jak i we Francji. Tam "młodzi" Arabowie i Senegalczycy mniej więcej co 20 miesięcy zaczynają palić samochody i demolować swoje przedmieścia, żeby w ten sposób zmusić francuskich eunuchów z tak zwanego "rządu" do podwyższenia haraczu, jaki ci eunuchowie wypłacają im z pieniędzy odebranych francuskim podatnikom. Policja robi wiele hałasu, puszcza w ruch syreny i różne inne zabawki, ale tak naprawdę, to tylko dokumentuje straty. Niechby tak, Boże uchowaj, jakiś Algierczyk czy Senegalczyk został poturbowany, to podejrzanego policjanta oblazłoby całe stado obrońców praw człowieka i życia by mu nie starczyło na tłumaczenie się przed rozmaitymi gestapówkami z haskich czy innych samozwańczych "trybunałów". W rezultacie Francuzi, ogłupieni przez postępowych "zasrancen", zdobywają się już tylko na idiotyczne "marsze przeciw przemocy", na widok których "młodzi" Afrykanie dostają bólów brzucha ze śmiechu.
    Okazało się, że na warszawską burdę "młodzi" przy pomocy SMS-ów i internetu "skrzykiwali się" już od kilku dni, zupełnie tak samo, jak na manifestacje przeciwko objęciu stanowiska ministra edukacji przez Romana Giertycha. Skąd "młodym" przyszło do głowy, żeby protestować przeciwko Giertychowi? Znikąd; "młodym" dzisiaj nic samo do głowy nie przychodzi, nie takie to czasy, żeby myśleć samodzielnie. "Młodzi" bowiem, to nie kategoria wiekowa. To raczej osobliwa formacja umysłowa, jeśli w ogóle użycie tego określenia może być w tym przypadku adekwatne. Dzisiaj "młodzi" nie zrobią niczego, jeśli najpierw, dajmy na to, pani Justyna Pochanke, guwernantka komercyjna, albo pani Monika Olejnik - guwernantka publiczna, albo inni funkcjonariusze razwiedki, nie podszepną im dyskretnie, co ma im przyjść do głowy. "Młodzi" bowiem, w zdecydowanej większości, traktują świat jako gigantyczne przedsiębiorstwo przemysłu rozrywkowego, co niektórzy błędnie biorą za zaangażowanie polityczne, gorliwość religijną czy narodowe sentymenty. Tymczasem, jak się wydaje, jest to tylko upodobanie do imprezowania, przy czym temat imprezy ma znaczenie drugorzędne. Raz to jest żałoba po Janie Pawle II, innym razem - "parada równości" gojów i lesbijek, orkiestra "Jurka Owsiaka", a z braku laku - niechby i mecz "Wisły" z "Legią", który sam w sobie nie ma żadnego znaczenia, bo i tak forsa trafi tam, gdzie miała trafić, ale to znakomita okazja, by zademonstrować "wolę mocy", wypić i zakąsić. Nawiasem mówiąc, te "skrzykiwania się" na burdy pod pretekstem meczów są jeszcze najbardziej spontaniczne. Nie można tego już powiedzieć o "skrzykiwaniu się" np. na demonstracje przeciwko Giertychowi.
    Kolejność wydarzeń była bowiem następująca: najpierw Abraham Foxman, przewodniczący Żydowskiej Ligi Antydefamacyjnej, wyraził swoje wysokie niezadowolenie z faktu, że do rządu polskiego weszli politycy "nacjonalistyczni". Co prawda pan Foxman też jest nacjonalistą, a nawet więcej - jest szowinistą, ale najwyraźniej i sam uważa, że jemu wolno, a innym nie, no i ogłupiały świat, dla świętego spokoju od klangoru, też się temu rasistowskiemu stanowisku już nie sprzeciwia. Skoro tedy został wysłany sygnał od Najwyższej Władzy, to w Polsce szalenie zaktywizował się pan Marek Borowski, przewodniczący Socjaldemokracji Polskiej, zrzeszającej dezerterów z SLD, którym się wydawało, że w ten sposób zatrą ślady komunistycznej przeszłości. Skwapliwie dołączył pan Olejniczak, no i oczywiście - szef Partii Demokratycznej w osobie pana Janusza Onyszkiewicza, ongiś hetmana Rzeczypospolitej Obojga Narodów, tzn. starszego i młodszego. Ta communis opinio doctorum przełożyła ogólnikowe zastrzeżenia pana Foxmana na język rewolucyjnej praktyki i dzięki temu, przy nieocenionej pomocy razwiedki (która środowiska "młodych" chyba też agenturalnie penetruje?), przez całą Polskę przetoczyła się fala manifestacji, podczas których "młodzi" dawali do zrozumienia, że Gietrych "musi odejść", żeby zrobić miejsce - no właśnie, dla kogo? Pewnej wskazówki w tym zakresie udziela obecność na jednej z manifestacji pana prof. Michała Głowińskiego z Instytutu Badań Literackich PAN, który wśród niezliczonych zalet i przymiotów ma i tę, że "urodził się w rodzinie żydowskiej". Oczywiście na te manifestacje ich "młodzi" uczestnicy "skrzykiwali się" przy pomocy SMS-ów i internetu, zupełnie tak samo, jak na burdy w Warszawie, co wskazuje na daleko idące podobieństwa między obydwoma "imprezami". Zauważenie tych podobieństw nie wymaga specjalnej spostrzegawczości; zwracał na nie uwagę już stalinowski oberprokurator Andriej Wyszyński, mówiąc o "elementach socjalnie bliskich", które pielęgnują ideał "wolnej szkoły" w postaci kosza na śmieci na głowie nauczyciela i ideał "wolnego miasta" w postaci kosza na śmieci w wybitym oknie obrabowanego sklepu z wódką.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Finał kariery populisty? - Łukasz Perzyna o DOKTORZE, WICEPREMIERZE, PRZEWODNICZĄCYM, MARSZAŁKU, TOWARZYSZU Andrzeju Lepperze, ministrze z serialu dla rolników "Na Wspólnej 30" Wysłane niedziela, 21, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Finał kariery populisty? - Łukasz Perzyna o DOKTORZE, WICEPREMIERZE, PRZEWODNICZĄCYM, MARSZAŁKU, TOWARZYSZU Andrzeju Lepperze, ministrze z serialu dla rolników "Na Wspólnej 30"
    Wysłane niedziela, 21, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Każda klasa polityczna znajduje sposób na swoich radykałów. Co prawda Jan-Marie Le Pen pokonał w wyborach prezydenckich pokonał niespodziewanie w pierwszej turze Lionela Jospina, urzędującego premiera socjalistów, podobnie jak było to ze Stanisławem Tymińskim i Tadeuszem Mazowieckim, ale w drugiej turze został już zupełnie "rozjechany" przez Jacquesa Chiraka z hasłami »Francja w niebezpieczeństwie«, »Większość w obronie demokracji«, które wyciągnęły z domów nawet tych, którzy zwykle do wyborów się nie kwapili. Podobnie było w Austrii, gdzie do rządów został dopuszczony Jörg Heider, po czym pod presją mediów, biznesu, różnego rodzaju rozgrywek wytrawnych polityków - doprowadzono do rozłamu w partii Heidera i do pozbawienia go przywództwa. Jarosław Kaczyński, polityk sam określający się jako »centrowy«, nie interesujący się »politycznymi fantomami«, zdecydował się na dopuszczenie Andrzeja Leppera do władzy" - Łukasz Perzyna, komentator i publicysta "Tygodnika Solidarność" oraz naszej witryny ASME, opisuje profetycznie dalszą karierę bossa Samoobrony.

    Teraz tow. Lepper staje przed nieporównanie do poprzednich lat poważniejszym zadaniem - obejmuje jedno z newralgicznych ministerstw. Sam z pewnością nawet nie będzie zarządzał nowo opanowanym Ministerstwem Rolnictwa, pewnie będzie to robił Marek Zagórski. Jako wiceminister i sekretarz stanu uchroni tow. Leppera przed kompromitacjami w codziennych sprawach przy znanym "braku kultury kancelaryjnej" przewodniczącego Samoobrony. Z przeprowadzonego "bilansu otwarcia" wynikły przeprosiny nowego szefa urzędu rolniczego za działania, a raczej - ich brak - poprzedniej ekipy. W Polsce nie działają filary polityki rolnej, obiecane rolnikom w momencie Anszlussu RP przez Związek Socjalistycznych Republik Europejskich, jak konserwatywni liberałowie określają UE: dopłaty bezpośrednie - opóźnione, kary dla producentów za przekroczenie "kwot mlecznych"... Towarzysz minister Lepper do tej pory oferujący od ręki wsi rozwiązanie wszystkich jej problemów - teraz kaja się, przeprasza i mówi, że "będzie się starał"... Sprawa rent strukturalnych jest całkowicie pogrzebana - nie ma środków finansowych na kontynuowanie tego programu. Politycy PiS manewrem osadzenia na rolniczym stolcu ministerialnym watażki z Samoobrony pokazali, że tow. Lepper nie jest nikim nadzwyczajnym, jest tylko jednym więcej populistą, a jego notowania nigdy nie osiągną już poziomu z przeszłości.

    Nagranie trwa ponad 12 minut i jest dostępne w Sieci do 4 VI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    UPRzejmy punkt widzenia (15) - Wojciech Popiela Wysłane niedziela, 21, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Był m.in. konkurs gotowania, gdzie role męskie odgrywały kobiety, a żeńskie mężczyźni". Gdzie? Na warsztatach "Czy potrzebujemy płci?". Kto i ile za to zapłacił? My, unijni, w tym polscy, podatnicy. W sumie około 80.000 złotych. Komu? To akurat dla podatników, którzy pracowali w ubiegłym tygodniu i via rząd opłacają takie imprezy, jest bez znaczenia. Tym bardziej, że jak zapewnia wiceprezes Kampanii Przeciw Homofobii "były tam osoby hetero, homo i biseksualne", czyli dla każdego coś miłego, nie licząc dyskryminacji zoofilów i innych dewiantów, którzy wkrótce zdobędą się na odwagę i zaczną walczyć o swoje prawa. Być może doczekamy czasów, że pan z kozą będą mogli adoptować dzieci i małe kozy. Nie? A gdyby 15 lat temu ktoś powiedział nam o dwóch "tatusiach" adoptujących w majestacie "prawa" synka - uwierzylibyśmy? Dewiantów, gdyż TVP w "Wiadomościach" nadała wypowiedź pana doktora, który stwierdził z okazji wypowiedzi pana europosła, że "seksuologia wyróżnia dwa odrębne odchylenia seksualne, czyli dewiacje. Jedną jest pedofilia, drugą homoseksualizm".

    Temat ten przewinął się w mijającym tygodniu pośród wielu innych, o wiele ciekawszych. Z hukiem powróciła sprawa agentów SB związanych z Kościołem. W związku z tym najwyższy czas, by historycy i politycy zrobili to, co do nich należy i w ramach narodzin IV RP uwolnili życie publiczne od dominacji "Ewangelii Judasza" nad słowami "poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli". Najwyraźniej ulubieńcy "salonu" będą spadać z piedestału jeden po drugim, zacząć więc można od salonowców. Co prawda ks. arcybiskup Życiński uwija się jak w ukropie, ale zgodnie z zapowiedzią ks. Isakowicza-Zaleskiego, po wizycie Papieża może zabraknąć czasu na zwoływanie konferencji prasowych, w trakcie których można z ust arcypasterza usłyszeć kwiatki w stylu: "dr Grajewski z IPN przejrzał na prośbę profesora Kłoczowskiego jego teczki i stwierdził, że zarzuty o współpracy z SB są bezpodstawne". To zabawne, że profesor sam już nie pamięta (od rozwiązania SB minęło trochę czasu), czy donosił SB - tylko prosi kogoś, by przejrzał, co zachowało się w niektórych teczkach i na tej podstawie dał znać profesorowi, czy był donosicielem... Z drugiej strony, zasięg infiltracji dokonanej przez SB ilustruje żarcik, jaki swojemu oficerowi prowadzącemu miał przekazać w roku 1978, wprost z korytarzy Akademii Teologii Katolickiej, ks. Czajkowski: "Obecny papież Jan Paweł II ma powrócić do Polski za pięć lat, z chwilą jego przybycia powita go premier, mówiąc - dziękujemy Wam, kapitanie Wojtyła". Czyżby w ATK rzeczywiście myśleli, że każdy, po najwyższy nawet szczebel, może być na liście płac SB, czy tylko kapusie wymyślali to dla uspokojenia resztek sumienia? Historycy mieliby łatwiej, gdybyśmy dowiedzieli się wreszcie, kim jest pan Adam Michnik? Dlaczego pan Adam Michnik od 12.04.1990 do 27.04.1990 miał wraz z panami Ajnenkielem, Holzerem i Krollem (z których co najmniej jeden figurował w kartotekach jako TW) dostęp do materiałów SB? Do jakich? Czy robili kopie i odpisy? Dlaczego nie ma protokołów z tych działań? Czy pośród 3,5 miliona teczek, panowie znaleźli to, co ich interesowało? Czy "salon" został zebrany i funkcjonował w III RP na podstawie tej wycieczki do przeszłości? A skoro już o agentach mowa, to czy pan minister Ziobro mógłby za pomocą swoich służb przekazać Polakom, kto kłamał w sprawie Olina - pan Milczanowski czy Oleksy? Mija 10 lat więc chyba już można powiedzieć prawdę? Na pierwsze strony gazet wrócił też pan Wałęsa, który jeździ po kraju i pyta ludzi czy ma wrócić do PO-lityki. O ile "skład" nie pomylił w "Najgorszym" panu Waldemarowi Łysiakowi numerów ewidencji SB agenta "Bolka", to myślę, że niezależnie od woli ludności miast i wsi, powrót na łamy gazet całego świata pan Wałęsa ma pewny. Stenogramy, zwłaszcza to co wykreślono, z posiedzeń sejmu w maju, czerwcu i lipcu roku 1992 budzą ciągle zadumę nad ojcostwem "młodej polskiej demokracji".

    Agenci SB nie stanowią dla Polski takiego zagrożenia, jak - wg "spontanicznej młodzieży" - pan Roman Giertych, przeciw któremu ciągle manifestują. Ale nie tylko oni. W ubiegłym tygodniu pojawiły się pytania, dlaczego UPR nie przyłącza się do manifestacji popierającej legalizację marihuany. Odpowiadam: jeśli uznamy (i będziemy się domagać), że politycy mogą pozwalać ludziom, którzy płacą im pensje - na palenie, picie czy jedzenie czegoś, to dajemy im prawo do nie pozwalania, co ma aktualnie miejsce. Według UPR - politykom nic do tego. A palaczy marihuany ostrzegam - jeśli rząd zalegalizuje Wam "marychę", to policja ścigać będzie jej uprawę poza legalnym systemem ze zdwojoną siłą, ponieważ na "legalną" rząd wraz z parlamentem i prezydentem nałożą VAT i akcyzę wyższą niż na wódkę i papierosy razem wzięte. Czy doprawdy chcecie, by rząd Was okradał? A może ta manifestacja prolegalizacyjna to inspiracja Ministerstwa Finansów?

    Skoro o MF mowa, to pani minister Zyta Gilowska ogłosiła dla magazynu "Forbes", że Polski nie stać na socjalizm Andrzeja Leppera. Słusznie. Czy jednak Polskę i Polaków stać na kontynuację socjalizmu przez panią Zytę Gilowską i pana Kazimierza Marcinkiewicza? Czy 30 mld deficytu rocznie to już kapitalizm? Czy rządowo-parlamentarne zadłużanie Polaków, także rękami obecnej koalicji, już w kwocie około 50.000 złotych na jedną pracującą osobę - to kapitalizm pani Gilowskiej i panów Belki, Balcerowicza, Kołodko i innych profesorów z PZPR, czy wstrętny socjalizm pana Leppera, też niegdyś z PZPR? Czy VAT 22-proc. to kapitalizm, czy może tendencja niemiecka (VAT z 16 na 19 proc.), to lepszy, unijny kapitalizm? Czy koncesje i zezwolenia - to kapitalizm? Czy tysiące stron unijnych bzdur - to kapitalizm? Czy podania rolników o jałmużnę (z kieszeni podatników) i rysowanie po zdjęciach satelitarnych, gdzie i co zasiali - to kapitalizm? Czy pochłanianie przez budżet 50 proc. PKB - to kapitalizm? Czy dalszy przymus ZUS wobec rozkradzionych składek dwóch pokoleń Polaków - to kapitalizm? Pytania można mnożyć, ale czy trzeba udowadniać, że Polaków nie stać na żaden socjalizm, a nie tylko na "socjalizm pana Leppera"? Pan premier znany z robienia kroku w przód i w tył, i z opowiadania każdemu tego, co chce usłyszeć (np. pan Edelman przeczytał od pana Marcinkiewicza o ubolewaniu w związku z zaistniałym ostatnio przypadkiem wypowiedzi antysemickiej na antenie Radia Maryja choć, co ciekawe - pan J. Kaczyński wypowiedział się całkiem odwrotnie...), powiedział w siedzibie giełdy, że ulży przedsiębiorcom w zakładaniu firm i zawieszaniu działalności. Wcześniej rząd zapowiedział, zdaje się, że zlikwiduje przedsiębiorcom ryczałt i kartę podatkową? Czy dawanie lewą ręką tego, co odbierze się prawą - da efekty pozytywne dla całej gospodarki - zobaczymy. Póki co, rząd przypisuje sobie zwiększenie wzrostu produkcji. O ile wzrosną w roku przyszłym zabrane nam przez rząd do budżetu pieniądze, jeszcze nie wiadomo. Wiadomo jednak, że rząd do spółki z parlamentem i prezydentem zabierze nam więcej niż w roku obecnym. Wszytko dlatego, że Polski nie stać na "socjalizm Andrzeja Leppera"... Drapieżny socjalizm zdolny jest zabrać 100 procent dochodów i całe PKB do budżetu. Jak nazwać socjalizm zabierający ok. 75 proc dochodów pracowników najemnych i połowę PKB? III i IV RP?

    Odpowiedź na to da być może "niezależny, anglojęzyczny tygodnik ekonomiczny prezentujący aktualne informacje o przemianach w polskiej gospodarce". Co tydzień bowiem "»Warsaw Business Journal« dostarcza swym czytelnikom obiektywnych i kluczowych wiadomości z zakresu finansów, ekonomii i gospodarki, pomagających podejmować właściwe i kompetentne decyzje biznesowe". Z tegoż WBJ dowiedziałem się, że grono słuchaczy Radia Maryja powiększyło się o urodzonego w Polsce pana Abrahama H. Foxmana, dyrektora Anti-Defamation League. Skąd bowiem wiedziałby że "on Radio Maryja, listeners are told that Jews are sabotaging the struggle for democracy in eastern Europe, that the "Holocaust industry" is robbing Poland of its assets, and that - most fantastic of all - Pope Benedict XVI has condemned Radio Maryja only because he is a German, and therefore terrified that powerful Jews will label him an anti-Semite"? Co jeszcze ciekawsze, artykuł, w którym pomstuje on na nowych koalicjantów PiS, okraszony był na stronach amerykańskich dość złośliwym ujęciem panów Giertycha i Leppera, natomiast na stronie WBJ ten sam tekst zdobił rysunek stojącego przy tablicy pana (Giertycha?), który biało-czerwonym wskaźnikiem pokazuje na narysowany kredą krzyż i narysowanego orła z polskiego dawnego godła. To trochę nie odpowiada planowanym zmianom MEN w programach szkolnych, w których ma być pogłębiana wiedza o Holokauście, więc nauczyciel powinien wskazywać np gwiazdę Dawida czy coś takiego. Swoją drogą to prawdziwy skandal i czysty faszyzm vel "skrajna prawicowość", że w szkole w Polsce nauczyciel wskazuje orła i krzyż. Okropność, na którą słuszną uwagę zwraca ZNP i pozostali czerwonoarmiści. To tak, jakby w szkole amerykańskiej ktoś eksponowal gwiaździsty sztandar, a dzieci recytowały każdego dnia "I pledge Allegiance to the flag of the United States of America and to the Republic for which it stands, one nation under God, indivisible, with Liberty and Justice for all".

    Dla uspokojenia można oddać się tylko sztuce. Na Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Złotniczej w Legnicy pojawiła się "sztuka" w postaci monstrancji z prezerwatywą zamiast hostii. "Artysta" jest z Holandii. Ciekawe, że "artysta" nie zdobył się, na przykład, na umieszczenie w zużytej prezerwatywie złotej gwiazdy Dawida. Z pewnością miałby zapewniony rozgłos światowy. Pan dyrektor opłacanej przez podatników Galerii Sztuki w Legnicy Zbigniew Kraska mógłby powiedzieć ponownie, że nie jest cenzorem i te czasy już się skończyły. A pani Anda Rottenberg mogłaby ponownie objaśniać, że zakazy nic nie dają, a politycy i sądy nie powinni wpływać na twórczość, bo to jest walka z wiatrakami. Tym bardziej, że przekraczanie norm zapewnia artystyczny rozwój. "Artyści" skądś jednak wiedzą, że zyskanie w ten sposób światowej sławy mogłoby być dla nich ostatnią sławą w życiu i jakoś wolą bezcześcić monstrancje, krzyże i inne symbole związane z chrześcijaństwem albo żenić Pana Jezusa z Marią Magdaleną i czynić z nich "najdłużej żyjący ród na świecie" (sic!). Czyżby liczyli na chrześcijańskie miłosierdzie, czy może na sowitą zapłatę i uznanie wrogów chrześcijan?

    Zanim przejdę do spraw UPR i konkursu, który znów ma zwycięzcę, chciałbym zakończyć wątek polski i światowy czymś budzącym nadzieje. Oto osoba z unijnego świecznika, pan Borrell, stwierdził, że wynegocjowany po dwóch latach budżet stanowi 1,05 proc. dochodu narodowego brutto krajów wspólnoty. Ocenił, że to absolutne minimum, ale nie jest to budżet na miarę ambicji Europy. Unia wydaje na obywatela 26 centów dziennie. To, wg pana Borrella mało. Naszą nadzieję budzi to, że to ciągle tak mało. Swoją drogą, pan Borrell udaje, że nie wie, ale każdy czytający te słowa wie, że tych 26 centów dziennie na obywatela, które ma doprowadzić Polskę - mającą szansę na nieco ponad 2 złote dziennie na obywatela! - do poziomu unijnego raju, nie wydaje żadna Unia - tylko podatnicy 25 krajów. Niby drobna różnica, ponieważ to tylko 26 centów dziennie, ale ta różnica w słowach pokazuje, że albo pan Borrell i jego „Unia” czują się właścicielami naszych pieniędzy, albo w celach propagandowych używają kłamliwego języka.

    Teraz obiecane sprawy z UPR. Spotkałem się ostatnio z pytaniami czy UPR ma coś wspólnego ze "Stowarzyszeniem Koliber". Odpowiadam: organizacyjnie nic, choć to stowarzyszenie propaguje podobne poglądy na gospodarkę i sprawy ideowe. UPR ma Sekcję Młodzieżową UPR, która wg regularnych doniesień z Okręgów ma się coraz lepiej. W większych miastach są to nawet grupy kilkunastu, kilkudziesięciu osób. Osoby chcące przyłączyć się do Sekcji, proszone są o kontakt z członkiem Rady Głównej UPR panem Grzegorzem Grockim lub wejść na zakładkę Sekcji na stronie głównej UPR (po lewej). W najbliższy "łikend" SM UPR zaprasza na majówkę do Poznania!

    Rozpoczęliśmy zapowiadaną wcześniej akcję zbierania podpisów w związku z obywatelską inicjatywą ustawodawczą dotyczącą możliwości odpisywania kosztów czesnego na studiach od podatku. Dochodzą mnie sygnały o dużym zainteresowaniu władz uczelni prywatnych i państwowych, a także studentów płacących obecnie za siebie, i w podatkach, za swoich kolegów ze studiów "bezpłatnych". Osoby chcące przywrócić namiastkę sprawiedliwości w tej kwestii proszone są o zgłaszanie się do prezesów Okręgów i Oddziałów UPR. Formularz znajduje się TU, a bliższe informacje zamieściła najszybciej UPR w Kaliszu.

    W najbliższych dniach wybieramy się do Parlamentu z listem otwartym dla każdego z parlamentarzystów, w sprawie bezpodstawnych żądań niektórych organizacji żydowskich. Jeśli ktoś z Państwa chce się przyłączyć do tej akcji i odpowiedzieć na apel pana Stanisława Michalkiewicza, to na stronie zachodniopomorskiej UPR znajdą Państwo wzór listu. Nie bądźcie obojętni! Jak mówił pan prezydent Reagan: Jeśli nie my, to kto? Jeśli nie teraz, to kiedy?

    I wreszcie UPRagnione rozwiązanie zagadki. Autorem słów, podanych przez pana Macierewicza po polsku, był pan Roman Prodi, obecnie premier włoskiego rządu, w którym pełno ludzi podających się za komunistów. Ciekawe, czy nacjonalizację przeprowadzać chcą metodą bezpośrednią, czy pośrednio - przez podatki. Znajomym z Włoch można podpowiedzieć, jak radzić sobie w komunie, mimo że makaron będzie na kartki. Co na to miłująca pokój i wolność Bruksela? Czy włoska komuna otrzymała coś na kształt "moskiewskiej pożyczki", o której polskiej odmianie nikt z PZPR właściwie nic nie wie? W każdym razie nie wiedzą "usta prawdy" pana Kwaśniewskiego. Zwyciężyła i nagrodę otrzyma pocztą panna Olivia Piotrzkowska (lat 6!) z Gdańska. Gratuluję! Poprzednia nagroda trafiła do Krakowa, a uczestnicy, których tym razem nie wypisuję z uwagi na liczbę odpowiedzi, piszą z Polski i spoza jej granic (np. z Dublina). Wszystkim dziękuję i serdecznie pozdrawiam!

    Kolejna zagadka, jak podpowiadają mi uczestnicy, powinna być znacznie trudniejsza, stąd proszę o czas na jej przygotowanie.

    W bieżącym tygodniu czeka Polskę wizyta Papieża Benedykta XVI i zapewne wiele wydarzeń politycznych, o których w kolejnym naszym UPRzejmym spotkaniu.

    Wojciech Popiela

    Publicystyka i nagrania TV ASME Wojciecha Popieli na ASME.


    Poczytaj Mamie o SLD:
    My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem!
    ...Dokumenty tzw. pożyczki moskiewskiej przekazanej przez towarzyszy z KPZR "koalicjantom" z PZPR/SdRP - SLD
    Wysłane sobota, 20, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Cytat podstawowy: "Obiektywnie socjaldemokracja jest umiarkowanym skrzydłem faszyzmu" Józef Stalin (Np. Onet.pl)


    Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro ujawnił dzisiaj na konferencji prasowej, liczące 2,5 tys. stron, materiały ze śledztwa w sprawie tzw. moskiewskiej pożyczki dla PZPR z 1990 r.

    Dzielimy się z Państwem tymi materiałami jako jedni z pierwszych w polskiej części Sieci. Dokumenty te obrazują skalę współpracy, a mówiąc zwyczajnie - kolaboracji Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej z sowieckimi okupantami Polski, także - wpływ sowieckich jeszcze wtedy Służb Specjalnych ZSSR na scenę polityczną tzw. III RP, którą - jak dowodnie widać dzięki tym i innym zapisom - nie bez żadnej przesady, a wręcz słusznie polska ulica określała jako PRL-bis...
    KPZR przekazała 1,2 mln dolarów USA i 500 mln starych złotych w styczniu 1990 r., z naruszeniem prawa dewizowego, ostatniemu I sekretarzowi KC PZPR Mieczysławowi F. Rakowskiemu. Miały one posłużyć następczyni PZPR - Socjaldemokracji RP w operacjach przedwyborczych. W przekazaniu pośredniczyło KGB.

    Dokumenty są w formie plików PDF.

    Akta Główne Prokuratury Wojewódzkiej W-wa t. I

    Akta Główne Prokuratury Wojewódzkiej W-wa t. II

    Akta Główne Prokuratury Wojewódzkiej W-wa t. V

    Akta Główne Prokuratury Wojewódzkiej W-wa t. VI

    Akta Główne Prokuratury Wojewódzkiej W-wa t. III

    Akta Główne Prokuratury Wojewódzkiej W-wa t. IV

    Akta Nadzoru Departamentu Prokuratury W-wa t. I

    Akta Nadzoru Departamentu Prokuratury t. II.

    Akta Nadzoru Departamentu Prokuratury t. III

    Akta Nadzoru Prokuratury Apelacyjnej Warszawa

    Akta Podręczne Prokuratury Wojewódzkiej W-wa t. I

    Akta Podręczne Prokuratury Wojewódzkiej W-wa t. II

    Akta Podręczne Prokuratury Wojewódzkiej W-wa t. III

    Akta Podręczne Prokuratury Wojewódzkiej W-wa t. IV

    Dodatkowe kopie Departamentu Prokuratury


    IV MARSZ JOW NA WARSZAWĘ - 28 CZERWCA 2006! Wysłane piątek, 19, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Drodzy woJOWnicy!

    Decyzja podjęta. 28 czerwca w Warszawie będziemy manifestować na rzecz wprowadzenia gruntownej reformy ustroju Rzeczypospolitej.
    Doceniamy bowiem wszystkie dobre dążenia polityków reprezentujących różne nurty w obecnym Sejmie. Jednak prawdziwa zmiana może nastąpić dopiero po ustanowieniu zdrowego fundamentu demokracji, zdrowego systemu wyłaniania elity politycznej. Takim fundamentem jest JOW.
    Postarajmy się, żeby 28 czerwca było nas w Warszawie jak najwięcej. Niech z każdego ośrodka przyjedzie choć jeden autokar.
    Plan nasz jest następujący. Zjeżdżamy się w przeddzień - 27 czerwca do Grodziska, gdzie robimy zlot Ruchu JOW i koncentracje przed wjazdem do Warszawy.
    W Grodzisku odbędzie się konferencja, a potem śpimy w śpiworach i na karimatach w centrum sportowym.
    Rano 28 wyjazd do Warszawy, zbiórka na placu Zamkowym o 11.00
    O 12.00 rozpoczynamy manifestację na placu pod Kolumną Zygmunta, a ok. 13.00 wymarsz pod Sejm. Ok. 15.00 zakończenie manifestacji i powrót do domu.
    Zaczynamy przygotowania.

    Pozdrawiam wszystkich

    Janusz Sanocki
    Obywatelski Ruch na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


    Ostatnią rzeczą, jakiej należałoby życzyć polskiemu katolicyzmowi, jest, by przewodnictwo nad nim przejęli byli współpracownicy PRL-owskiej Służby Bezpieczeństwa - Stanisław Michalkiewicz o konfuzji środowisk "ałtorytetów moralnych" wywołanej ujawnieniem Tajnego Współpracownika SB księdza profesora Michała Czajkowskiego Wysłane czwartek, 18, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Ostatnią rzeczą, jakiej należałoby życzyć polskiemu katolicyzmowi, jest, by przewodnictwo nad nim przejęli byli współpracownicy PRL-owskiej Służby Bezpieczeństwa - Stanisław Michalkiewicz o konfuzji środowisk "ałtorytetów moralnych" wywołanej ujawnieniem Tajnego Współpracownika SB księdza profesora Michała Czajkowskiego
    Wysłane czwartek, 18, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "W środowisku »ałtorytetów moralnych« zapanowała ogromna konsternacja w związku z ujawnieniem w »Życiu Warszawy«, że prof. Michał Czajkowski, człowiek niezwykle czynny w kręgu dialogu polsko-żydowskim, okazał się 24-letnim tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Był to tak ważny agent, że jego prowadzenia podjął się sam tow. pułkownik Adam Pietruszka, który został skazany za sprawstwo kierownicze mordu na księdzu Jerzym Popiełuszce, a nawet »mówi się«, że był obecny w dniu zamachu na Ojca Świętego Jana Pawła II na placu św. Piotra w Watykanie. Chyba w najbliższym czasie nie będzie komu reprezentować »strony katolickiej« w owym dialogu polsko-żydowskim na odpowiednim poziomie. To taka dziwna historia, że »stronę katolicką« reprezentował akurat konfident SB - kto w takim razie reprezentuje stronę żydowską? Ale o to już niech się martwi »strona żydowska«" - Stanisław Michalkiewicz komentuje wstrząsającą sceną okołopolitykierską "polskiego regionu UE" wiadomość o zdradzie osławionego kapłana Kościoła katolickiego.

    Jeszcze na razie nie wiadomo, co "myślimy" na ten temat - najważniejsze persony "moralne" pierwszego dnia nie zabrały głosu: "Gazeta Wyborcza" nie zabrała właściwie głosu na ten temat, ale objawiły się w niej "osoby niewierzące", akurat w dziale religijnym redakcji. Oto pan Jan Turnau "nie wierzy", oczywiście - tym rewelacjom tak samo partner księdza Czajkowskiego w komisji ds. dialogu polsko-żydowskiego, pan Stanisław Krajewski - też "nie wierzy".
    Ksiądz biskup Pieronek uznał ujawnienie tych rewelacji o księdzu Czajkowskim jako "czyn nieetyczny". Widać, że według JE biskupa Pieronka nie jest nieetycznym czynem czynem donoszenie na księdza Popiełuszko i w ogóle bycie wieloletnim agentem PRL-owskich SS-manów, ale kto wie, co mają myśleć o tym katolicy?
    Stanisław Michalkiewicz zaczyna poważnie myśleć, że JE arcybiskup Życiński "mógł się otrzeć o oficerów Służby Bezpieczeństwa" - jako człowiek skrytykowany przez JE arcybiskupa lubelskiego jako "prymitywista moralny" przed dwoma laty za ujawnienie konfidenta SB, profesora Kłoczowskiego. Być może JE arcybiskup, że podobnie jak JE biskup Pieronek - "palił, ale się nie zaciągał"...
    Zabrał też głos trzeci z Wielkiej Trójki Medialnych Hierarchów - JE arcybiskup Gocłowski z kościoła gdańskiego. Też "nie daje wiary" w takie rzeczy. Warto zwrócić uwagę, że ci trzej hierarchowie byli zdecydowanymi przeciwnikami Radia Maryja...

    Nagranie trwa ponad 6 minut i jest dostępne w Sieci do 1 VI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Czym się różni IV Rzeczpospolita od III? Ten nowy projekt polityczny ma za zadanie odzyskać suwerenność RP - I część debaty politycznej z udziałem red.red. Stanisława Michalkiewicza i Krzysztofa Wyszkowskiego Wysłane czwartek, 18, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Czym się różni IV Rzeczpospolita od III? Ten nowy projekt polityczny ma za zadanie odzyskać suwerenność RP - I część debaty politycznej z udziałem red.red. Stanisława Michalkiewicza i Krzysztofa Wyszkowskiego
    Wysłane czwartek, 18, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "IV Rzeczpospolita występuje obecnie jako hasło i jednocześnie jako projekt polityczny. To hasło pojawiło się w końcowej fazie rządów SLD, w fazie, gdy SLD odciął się od własnego rządu - tow. Marka Belki. Pierwszym publicystą, który użył tego określenia, był Paweł Śpiewak z Platformy Obywatelskiej. Żeby zrozumieć te pojęcie a także na czym polegała III Rzeczpospolita, należy cofnąć się w czasie aż do roku 1980. Wtedy nastąpił masowy, społeczny »bunt przeciw partii«, w wyniku którego Partia zaczęła się rozpadać. Niszę władzy wypełniły służby specjalne PRL. Symbolem upadku znaczenia politycznego Partii było internowanie I sekretarza Edwarda Gierka przez tow. generała Jaruzelskiego. Końcówka lat 80. była hegemonią tajnych służb wojskowych na polskiej scenie politycznej" - mówił Stanisław Michalkiewicz w pierwszym wystąpieniu podczas debaty w klubie politycznym w podwarszawskim Ursusie.
    "Transformacja ustrojowa została »szczęśliwie« przeprowadzona, tak szczęśliwie, że tajne służby wojskowe przetrwały w stanie nienaruszonym wszelkie meandry aż do dnia dzisiejszego. Dzięki pracom sejmowych komisji śledczych przekonaliśmy się, że afera Michnik-Rywin-Miller nie była wyjątkiem jako post(?)komunistyczny mechanizm sprawowania władzy, a Grupy Trzymające Władze wiodły swoje nici do Wojskowych Służb Informacyjnych. III Rzeczpospolita nie była suwerenną form państwowości polskiej, gdyż właśnie istnienie GTW i sprawowanie przez nią władzy realnej, traktującej zasoby narodowe i państwowe jako własne żerowisko, dzielącej się wewnątrz po uważaniu tym żerowiskiem, ewentualnie odstępującej ich część jakimś obcym czynnikom w zamian za utrzymanie wpływu politycznego i pozycji społecznej - dobitnie to wszystkim uświadomiło. Te wpływy są ujawniane teraz przed naszymi zdumionymi oczami" - opisywał niedawną przeszłość redaktor Michalkiewicz.

    "Absolutnie zgadzam się z kwestią poruszoną przez redaktora Michalkiewicza, że różnicę między IV a III Rzeczpospolitą stanowi kwestia suwerenności jako zasada podstawowa. Historia Polski niesuwerennej zaczyna się jednak daleko wcześniej, bo aż w czasach "potopu" szwedzkiego. Niezależność II Rzeczpospolitej można określić jako okres pomiędzy rokiem 1926 a 1935, czyli datą śmierci marszałka Piłsudskiego, gdyż później Polska stała się bardzo zależna od gwarancji aliantów. Jesienią zeszłego roku rząd został zbudowany pod dyktando PIERWSZEGO - poza premierem Janem Olszewskim - polityka, nie-agenta, czyli Jarosława Kaczyńskiego, został wybrany PIERWSZY prezydent, który nie jest odnotowany w archiwach służb specjalnych jako agent, następnie była nominacja pana Kurtyki na stanowisko prezesa IPN, później pan Wildstein został prezesem państwowej telewizji... Początek - jest, ale dotychczasowa, ponad 300-letnia historia walki Polaków o niepodległość nie daje pewnej odpowiedzi na pytanie, czy społeczeństwo polskie umie ją utrzymać i docenić swych bohaterów. Na razie dla każdego zdrajcy istnieje możliwość np. kandydowania do najwyższych urzędów RP, jeśli tylko przyzna się publicznie do swej zdrady. Dzielę się z Państwem swoim przeświadczeniem, że na razie mamy za mało przesłanek, by wyrażać nadzieję, że IV Rzeczpospolita stanie się państwem suwerennym" - zastanawiał się redaktor Krzysztof Wyszkowski.

    Obaj dyskutanci podkreślali, że istotnym brakiem, wyłomem w odzyskiwaniu tego podstawowego atrybutu państwowości w ostatnich latach było zrzeczenie się Polski wielkiej części swej suwerenności na rzecz brukselskiej administracji, a Unia nie jest gwarantem jej zachowania w przyszłości.
    Niniejsze nagranie TV ASME jest pierwszą częścią zapisu debaty politycznej, jak odbyła się w podwarszawskim Ursusie w dniu 16 maja 2006 r.

    Nagranie trwa ponad 1 godzinę i jest dostępne w Sieci do 1 VI 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Poznajemy kolejne okoliczności bezpieczniackiego mordu księdza Popiełuszki, który był otoczony takimi zdrajcami jak ksiądz Czajkowski - Krzysztof Wyszkowski, jeden z założycieli Wolnych Związków Zawodowych lat 70.-80. dziennikarz i działacz opozycyjny, o ujawnieniu 20-letniej współpracy z SB "księdza od dialogu polsko-żydowskiego" Wysłane środa, 17, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |