maja 8, 2006 - maja 17, 2006


Poznajemy kolejne okoliczności bezpieczniackiego mordu księdza Popiełuszki, który był otoczony takimi zdrajcami jak ksiądz Czajkowski - Krzysztof Wyszkowski, jeden z założycieli Wolnych Związków Zawodowych lat 70.-80. dziennikarz i działacz opozycyjny, o ujawnieniu 20-letniej współpracy z SB "księdza od dialogu polsko-żydowskiego"
Wysłane środa, 17, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Wiadomość o księdzu Czajkowskim jako wieloletnim agencie Służby Bezpieczeństwa - TW »Jankowski« - jest naprawdę wstrząsająca. Jego rola w kształtowaniu opinii publicznej, w życiu publicznym, politycznym - była bardzo ważna. Jeżeli pamięta się że działał w sferze dialogu polsko-żydowskiego, to była to także rola międzynarodowa. Jego popędliwość, z jaką włączał się ze swoim antypolonizmem, biorąc udział w najgorszych oskarżeniach Polaków - nagle uzyskuje swoje przynajmniej częściowe wytłumaczenie w jego zdradzie. Mnie jednak najbardziej zajmuje wątek jego udziału w spisku SB przeciw księdzu Popiełuszcze. Do tej pory nie były znane tak fenomenalne okoliczności mordu SB-eckiego na Księdzu, jakim była współpraca księdza Czajkowskiego z oprawcami ze służb specjalnych PRL" - Krzyztof Wyszkowski komentuje najbardziej bulwersującą wiadomość z dzisiejszego dnia o agenturalnej współpracy znanego kapłana tzw. kościoła otwartego, osoby kreowanej przez część mediów na autorytet moralny, wielokrotnie nagradzanej i odznaczanej prestiżowymi wyróżnieniami, duszpasterza, wychowawcy kleryków i studentów, emerytowanego profesora uniwersytetu i asystenta kościelnego jednego z najważniejszych pism katolickich - jak opisuje go dr Tadeusz Witkowski, redaktor naczelnym rocznika "Periphery: Journal of Polish Affairs", w dzisiejszym wydaniu dziennika "Życie Warszawy".

Ksiądz Czajkowski nadal się nie przyznaje do tej współpracy, a więc - nadal jest agentem, czuje się agentem w dalszym ciągu! Podobnie jest w sprawie agenta SB, TW "Bolka", który też nie ma odwagi cywilnej, by stanąć w pełnym oświetleniu przed polskim społeczeństwem. To prawda, że taki czyn doprowadziłby takich ludzi do śmierci cywilnej, a więc poniekąd ich reakcja jest wytłumaczalna. Ujawnienie pełnych akt o toczącym wiele ciał publicznych i poszczególnych osób raku współpracy z komunistycznymi służbami specjalnymi jest jednak zadaniem obecnych władz, gdyż z kolejnych doniesień medialnych widać, że penetracja m.in. polskiego kleru przez spadkobierców stalinowskiego Urzędu Bezpieczeństwa było znacząca.
Do takich spraw należy też sprawa wydawnictwa "Stella Maris", która w tak dotkliwy sposób dotknęła Kościół gdański, jego kurię, co spowodowało największe obciążenie od czasów II wojny światowej tej części polskiego kościoła katolickiego. Wyjaśnienie wielu spraw inwigilacji patriotycznych duchownych doprowadziłoby z pewnością do uzdrowienia struktur Kościoła, w części znieprawionego przez funkcjonariuszy PRL...

Nagranie trwa ponad 11 minut i jest dostępne w Sieci do 31 V 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Wołomin, 07.06.2006 r.: Konferencja Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych - prof. Mirosław Dakowski, Bartłomiej Michałowski Wysłane wtorek, 16, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

Konferencja "Wołomin za podziałem Polski? - Na Jednomandatowe Okręgi Wyborcze!" odbędzie się w środę, 7 czerwca br. o godzinie 18.30 w Miejskim Domu Kultury w Wołominie. Organizatorem akcji jest Stowarzyszenie "Nasza Sprawa" - www.ns.org.pl.
Prelegentami będą prof. Mirosław Dakowski oraz Bartłomiej Michałowski.


Jednomandatowe Okręgi Wyborcze to idea polegająca na wybieraniu reprezentantów politycznych, np. posłów, senatorów i radnych po jednym w danym okręgu wyborczym.

Obecnie coraz więcej ludzi i grup społecznych przyłącza się do starań o zmianę ordynacji wyborczej i zniesienie obecnego systemu partyjnego, upatrując w JOW-ach lekarstwa na kryzys polityczny w naszym kraju.

Konferencja nt. JOW ma na celu przybliżenie mieszkańcom Wołomina tej idei, oraz zaproszenie do dyskusji na temat szans i zagrożeń z niej płynących. W celu zapewnienia odpowiedniej ilości materiałów na ww. spotkanie, prosimy o zgłoszenie swojej obecności mailem pod adres stowarzyszenie@ns.org.pl

Stowarzyszenie "Nasza Sprawa"

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Marszałek Sejmu zarejestrował Obywatelski Komitet Inicjatywy Ustawodawczej nad wprowadzeniem ordynacji jednomandatowej w ordynacji wyborczej do rad gmin, rad powiatów i sejmików województw Wysłane wtorek, 16, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

Szanowni Państwo

Z radością informujemy, że, 12 maja u Marszałka Sejmu zarejestrował się Obywatelski Komitet Inicjatywy Ustawodawczej.

Tym samym rozpoczynamy oficjalną kampanię na rzecz okręgów jednomandatowych w wyborach samorządowych jak i przede wszystkim ZBIERANIE DALSZYCH 99.000 PODPISÓW pod ustawą.

Liczymy bardzo na Państwa pomoc i zaangażowanie!!!

Przesyłam materiały:

- projekt ustawy
- tezy do projektu
- tabelę porównującą ordynację obowiązującą i naszą propozycję
- ZATWIERDZONY FORMULARZ DO ZBIERANIA PODPISÓW

Materiały i informacje na temat naszej inicjatywy dostępne są również na
stronie: www.jednomandatowe.org

KAŻDY MOŻE SIĘ WŁĄCZYĆ W NASZĄ INICJATYWĘ! POMÓŻCIE NAM ZBIERAĆ PODPISY!!!
TO JEST SPRAWA NAS WSZYSTKICH!!!

Zbierz jak najwięcej podpisów i wyślij:

Marta Jackowska - Sekretarz inicjatywy
ul. Szpitalna 5/5
00-031 Warszawa, pok.14

Sekretariat inicjatywy, czynny 9-20:
ul. Szpitalna 5/5, wejście w bramie na lewo, III piętro, drzwi na lewo od schodów, pok.14

Kontakt telefoniczny:
828 91 28 wew.126
502 733 753
Adres e-mail:
jednomandatowe@poczta.onet.pl

Pozdrawiam
Jan Jagielski





Projekt

USTAWA

z dnia ........... 2006 r.
o zmianie ustawy Ordynacja wyborcza do rad gmin, rad powiatów i sejmików województw oraz o zmianie niektórych innych ustaw

Art. 1

W ustawie z dnia 16 lipca 1998r. - Ordynacja wyborcza do rad gmin, rad powiatów i sejmików województw (Dz. U. z 2003 r., nr 159, poz. 1547, z 2004 r., nr 25, poz. 219, nr 167, poz. 1760, z 2006 r., nr 17, poz. 128) wprowadza się następujące zmiany:

1) dodaje się art. 2a w brzmieniu:
"2a. Radni wybierani są w jednomandatowych okręgach wyborczych".;

2) w art. 53 ust. 1 otrzymuje brzmienie:
"1. Obwodowa komisja wyborcza ustala, na podstawie ważnych kart do głosowania, liczbę głosów nieważnych oraz liczbę głosów ważnie oddanych, w tym liczbę głosów oddanych na poszczególnych kandydatów.";

3) w art. 54 w ust. 1:
1.pkt 7 otrzymuje brzmienie:
"7) głosów ważnie oddanych na poszczególnych kandydatów".
2.skreśla się pkt 8;

4) w art. 62 ust. 2 skreśla się wyrazy "ze wskazaniem oznaczenia listy kandydatów";

5) w art. 64f:
a) ust. 3 otrzymuje brzmienie:
"3.Pełnomocnika wyborczego komitetu wyborczego i pełnomocnika finansowego komitetu wyborczego powołuje się spośród osób wchodzących w skład komitetu wyborczego wyborców z zastrzeżeniem ust. 3 a".
b) dodaje się ust. 3 a w brzmieniu:
"3a Funkcję pełnomocnika wyborczego i pełnomocnika finansowego może pełnić ta sama osoba. Pełnomocnikiem komitetu wyborczego może być także kandydat, z zastrzeżeniem art. 82 a".
c) w ust. 4 zdanie pierwsze wyrazy: "co najmniej 20 podpisów" zastępuje się wyrazami "co najmniej 10 podpisów".
d) w ust. 5 zdanie pierwsze wyrazy: "co najmniej 1.000 podpisów" zastępuje się wyrazami "co najmniej 500 podpisów".

Pobierz projekt Ustawy z witryny Jednomandatowe - odnośnik bezpośredni




Tezy do obywatelskiego projektu ustawy wprowadzającej okręgi jednomandatowe w wyborach samorządowych
[Ustawa o zmianie ustawy z dnia 16 lipca 1998 r.
Ordynacja wyborcza do rad gmin, rad powiatów i sejmików województw]

wersja 6 kwietnia 2006


Inicjatorzy proponują wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do wszystkich szczebli samorządu terytorialnego: rad gmin, rad powiatów oraz sejmików wojewódzkich. Zakładamy, że istniejące przepisy ordynacji pozostaną w mocy (dotyczące m.in. liczby radnych i dostępu do mediów publicznych). Proponowana przez nas nowelizacja wprowadziłaby następujące zasady:

1. Okręgi wyborcze
Każda gmina, powiat i województwo podzielone zostaną na ilość okręgów wyborczych odpowiadającą ilości radnych wybieranych na danym szczeblu samorządu.
Podział na okręgi wyborcze zostanie dokonany w taki sposób, by liczba mieszkańców w każdym okręgu jednomandatowym była sobie równa. Liczba ta będzie wynikiem podzielenia liczby mieszkańców gminy (powiatu lub województwa) przez ustaloną dla tej rady (sejmiku) liczbę wybieranych radnych. Odstępstwa od tak określonej normy przedstawicielstwa dopuszcza się w granicach +/- 20 procent tej normy.

Uzasadnienie
Dążąc do zachowania jednakowej normy przedstawicielstwa, konieczne jest zachowanie pewnej elastyczności, którą naszym zdaniem określa próg +/- 20%. Dzięki tej elastyczności możliwe jest wyznaczanie granic okręgów wyborczych tak, by na swojego radnego mogli głosować mieszkańcy tego samego osiedla, wsi lub miasta.

2. Zgłaszanie i rejestracja kandydatów
Zgłoszenie kandydata może zostać dokonane przez wyborcę, który co najmniej od jednego roku mieszka w danym okręgu wyborczym. Wymagane jest poparcie 10 wyborców w przypadku gmin liczących do 20 tysięcy mieszkańców, 30 wyborców - w gminach powyżej 20 tysięcy mieszkańców oraz w przypadku wyborów do rad powiatów. W wyborach do sejmików województw wymagane jest uzyskanie podpisów 50 wyborców.

Uzasadnienie
Proponowany przez nas tryb zgłaszania kandydatów eliminuje istniejące w obecnej ordynacji bariery, które utrudniają zgłaszanie kandydatów wyborcom nie działającym w partiach politycznych. Niemożliwe jest wystawienie tylko jednego kandydata w miejscowościach powyżej 20 tysięcy mieszkańców, gdzie konieczne jest przedstawienie listy z kandydaturami co najmniej pięciu osób. Ponadto do zgłoszenia kandydatów niezbędne jest powołanie pięcioosobowego komitetu wyborczego, który uzyska poparcie 20 osób, a następnie zebranie pod listą kandydatów 150 podpisów (200 dla powiatów i 300 dla sejmików). Te wymogi formalne preferują dysponujące organizacyjnym aparatem partie polityczne i właściwie uniemożliwiają start w wyborach lokalnym inicjatywom obywatelskim, np. grupie wyborców, która chce mieć swojego przedstawiciela z osiedla, a niekoniecznie ma ambicje i możliwości zdobywania mandatów w innych częściach miasta. (...)

Przejdź do podstrony z Tezami witryny Jednomandatowe




Tabela porównawcza systemów wyborczych
Przejdź do podstrony z tabelą porównawczą ordynację obowiązującą i propozycji ordynacji JOW-owskiej na witrynie Jednomandatowe




ZATWIERDZONY FORMULARZ DO ZBIERANIA PODPISÓW
Pobierz formularz do zbierania podpisów z podstrony witryny Jednomandatowe - odnośnik bezpośredni


Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

Stoliczka apostolska? - Stanisław Michalkiewcz Wysłane poniedziałek, 15, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

We czwartek 4 maja telewizja Polsat nadała program "Co z tą Polską", prowadzony przez red. Tomasza Lisa, z udziałem m.in. kierownika Katolickiej Agencji Informacyjnej, red. Marcina Przecziszewskiego i publicysty Bohdana Cywińskiego. Program nacechowany był gospodarską troską o Radio Maryja, żeby w niczym nie uchybiło powinnościom katolickiej rozgłośni, a pewnego akcentu komicznego dodawała debacie okoliczność, że najbardziej o tę sprawę zatroskany wydawał się pan dr Marek Edelman. Ale, jak to mówią, Spiritus flat ubi vult, więc nie powinniśmy się specjalnie dziwić, jeśli na użytek programu red. Lisa, jakby na jakieś społeczne lub inne zamówienie, dmuchnął akurat z Łodzi. Zresztą mniejsza o to, bo podczas programu doszło do wymiany zdań między panem Przeciszewskim i Cywińskim, którą chciałbym tu w skrócie przypomnieć.

Marcin Przeciszewski: Podstawowy zarzut Stolicy Apostolskiej (...) to jest kwestia, że Radio Maryja nie szanuje podstawowej zasady poszanowania dla autonomii politycznej.
Bohdan Cywiński: Głos z Watykanu to nie jest taki głos zupełnie nie mający cech echa z Warszawy. Obaj sobie zdajemy z tego sprawę. Prawda?
Tomasz Lis: To znaczy, ze Watykan jest inspirowany przez określone kręgi w Warszawie?
Bohdan Cywiński: Tak.
Marcin Przeciszewski: Podjąłbym głęboką polemikę z panem Bohdanem Cywińskim. (...) Wydaje mi się, że nie ma pan prawa dezawuować Stolicy Apostolskiej, mówiąc, że jej stanowisko odbija tylko kręgi tzw. warszawki. Myślę, że pan powinien za to po prostu przeprosić.
Bohdan Cywiński: Ja chyba jednak nie przeproszę.

Chodzi oczywiście o list, który w kwietniu rozesłał do biskupów polskich JE abp Józef Kowalczyk, nuncjusz apostolski w Warszawie. W liście tym Ekscelencja, powołując się na stanowisko Stolicy Apostolskiej, poddał krytycznej ocenie Radio Maryja. Przy tej okazji niektóre dzienniki podały informację, jakoby Ekscelencja do swego listu dołączył kopię wspomnianego listu "z Watykanu", ale zdaje się, że żadnej "kopii" nie było. Rozesłanie tego listu zostało bardzo nagłośnione przez media uczestniczące w nagonce na Radio Maryja i posłużyło do stworzenia wrażenia, jakoby "Watykan" nakazał zrobić z toruńską rozgłośnią porządek. Wypowiedź Bohdana Cywińskiego, że "ten głos z Watykanu" i tak dalej dowodzi, że - po pierwsze - wie on na ten temat znacznie więcej niż zdecydował się powiedzieć przed kamerami Polsatu, zarówno co do samej "inspiracji" listu, jak i "określonych kręgów" w Warszawie, którym taką inspirację bez żadnych wątpliwości przypisał. Po drugie - wygląda na to, że Bohdan Cywiński wie, iż o tej inspiracji, a także o "kręgach" biorących w niej udział, poinformowany jest również red. Marcin Przecieszewski ("Obaj sobie zdajemy z tego sprawę. Prawda?"). Po trzecie - że red. Przeciszewski próbował przywołać Bohdana Cywińskiego do porządku, żeby nie tylko powstrzymał się od dalszych niedyskrecji na ten temat, ale również - żeby natychmiast złożył samokrytykę za to, co już powiedział. Wyglądało na to, że red. Przeciszewski był spłoszony, iż powiedziane zostało coś, co nigdy nie miało przedostać się do publicznej wiadomości.
W tej sytuacji wypada postawić kilka pytań, które - miejmy nadzieję - nie pozostaną bez odpowiedzi. Po pierwsze - Kto tak naprawdę przysłał do JE nuncjusza wspomniany list "z Watykanu"? Czy jego autorem był, dajmy na to JEm Anioł kardynał Sodano, czy jakiś niższy rangą dygnitarz Sekretariatu Stanu, czy wreszcie - jakiś referent z tej dykasterii, posługujący się tylko firmowym jej papierem? Po drugie - czy autor wspomnianego listu napisał do na prośbę jakichś "kręgów" w Polsce, czy z własnej inicjatywy? Po trzecie - czy wspomniane "kręgi" działały z własnej inicjatywy, czy też może wykonywały polecenie lub prośbę jakichś, dajmy na to, służb lub organizacji zainteresowanych pacyfikacją Radia Maryja? W świetle tego, co w niezwykle skąpych słowach powiedział Bohdan Cywiński, nie można wykluczyć, iż ów list, który stał się głównym argumentem w nowej fali nagonki na Radio i nacisku na katolicką opinię w Polsce, był rodzajem mistyfikacji, obliczonym na wywołanie zaporowego efektu propagandowego, że to niby sama "Roma locuta". Warto zatem, byśmy wiedzieli, co to właściwie była za "Roma" i kto ją wywołał z Warszawy.
Pewnej wskazówki dostarcza nam nieoceniona "Gazeta Wyborcza", informując w numerze z 9 maja o wystąpieniu JE abpa Józefa Życińskiego, który na specjalnie zwołanej konferencji prasowej skrytykował Bohdana Cywińskiego za ujawnienie, że stanowisko "Watykanu" było inspirowane i oznajmił, że "nuncjusz mówi głosem Kościoła", który jest dla katolików "zobowiązujący". Dlaczego akurat JE abp Życiński uznał się za powołanego do przywołania Bohdana Cywińskiego do porządku? Przecież nie pełni w Episkopacie Polski żadnej funkcji, która uzasadniałaby zabieranie przezeń głosu w imieniu całego Kościoła. To prawda, ale Ekscelencja jest przewodniczącym Rady Programowej Katolickiej Agencji Informacyjnej w Warszawie (wiceprzewodniczącym jest JE bp Tadeusz Pieronek), której szefem jest red. Marcin Przeciszewski, prawdopodobnie doskonale o warszawskiej inspiracji watykańskiego listu poinformowany. Czyżby zatem tropy inspiracji prowadziły do KAI? Wykluczyć tego z góry nie można tym bardziej, że właśnie red. Przeciszewski wydawał się bardzo spłoszony możliwością ujawnienia przez Bohdana Cywińskiego kolejnych niedyskrecji i z tego powodu wzywał do do opamiętania i samokrytyki. Gdyby tak było, mielibyśmy do czynienia z podstępną próbą wykorzystania autorytetu Stolicy Apostolskiej do dezorientowania katolickiej opinii w Polsce na niecałe dwa miesiące przed wizytą Benedykta XVI w naszym kraju, dokonaną przez kręgi próbujące tworzyć tutaj jakąś samozwańczą "stoliczkę apostolską".

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


UPRzejmy punkt widzenia (14) - Wojciech Popiela Wysłane niedziela, 14, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

Jeszcze wspomniane poprzednio 150.000 naszych Sympatyków nie zdążyło wypełnić deklaracji członkowskiej, wpłacić składki (za dwanaście miesięcy wynosi 120 zł.) i aktywnie działać w swojej ulubionej partii poczynając od przygotowań do najbliższych wyborów, a już wygląda na to, że droga UPR do objęcia władzy w Polsce stoi otworem.

Władzę w demokracji (pomijając moc "liczących głosy") zdobywa partia, której program odpowiada największej liczbie głosujących. Identyfikują się z nim i głosują na głoszących go. Co nastąpiło w Polsce? "Istnieje już tylko jeden model gospodarczy, ultraliberalny i jest on realizowany przez obie te (PiS i PO) partie. Co więcej, również społeczeństwo uznało ten model za jedyny możliwy i nie ma żadnych złudzeń. Wie, że na państwo nie ma co liczyć i każdy powinien wziąć swoje sprawy we własne ręce". Tak opisała wywód ("Polska bez lewicy?", "GW" z 25.04) Igora Janke "konserwatywno-liberalnego publicysty" - jak go nazwała - osoba o czarującym uśmiechu, Kinga Dunin.
Jeśli więc wierzyć "konserwatywno-liberalnemu publicyście" panu Janke, pani Dunin i zmagającej się z konkurencją "Gazecie Wyborczej", w której to wszystko się ukazało, objęcie przez osobę z UPR funkcji prezesa rady ministrów i prezydenta jest kwestią czasu. Cierpliwość jest siostrą mądrości.
Jeśli wierzyć, bo już w styczniu tego roku "Dziennik Polski" pisał na pierwszej stronie pod tytułem "Kłamcy z »Wyborczej«" m.in.: "»Gazeta Wyborcza« chciałaby, aby rzeczy w Polsce biegły, tak, jak chce tego jej wydawca. Dzięki Bogu od dłuższego już czasu wpływ »Wyborczej« na przebieg wydarzeń w kraju jest coraz bardziej nikły. Jej obłudne wskazania w dziedzinie etyki i moralności nic już prawie nie znaczą, bo nie da się udawać przyzwoitego, idąc pod rękę z Urbanem, Kiszczakiem, Jaruzelskim i łkać nad losem Maleszki. Łkać może dlatego, by nie chciał powiedzieć coś więcej. Panowie z »Wyborczej«. Pilnujcie swego poletka kłamstw, doprawdy jest czego".
Najzabawniejsze, że pani Kinga Dunin nazywa kogoś publicystą konserwatywno-liberalnym za opowieści o realizowanym w Polsce gospodarczym modelu ultraliberalnym, co do tej pory było w Polsce domeną publicystów i polityków postkomunistycznych, socjalistycznych i innych uważających, że wszystko na prawo od Lenina i Trockiego to dziki kapitalizm z krwiożerczymi kapitalistami, którzy myślą dzień i noc tylko o jednym: oszukać i okraść klientów tak, by popamiętali (najlepiej, by umarli od sprzedanych im posiłków i napojów) i... nigdy już niczego od nich nie kupili.
Ultraliberalny śmiech to zdrowie, ale pora rzucić okiem na mijający tydzień. Lewica polska i unijna z narastającą furią i coraz bardziej zorganizowanie atakowała wicepremiera Giertycha ("ultrakatolika") i - lżej - wicepremiera Leppera broniącego socjalizmu w rolnictwie jak niepodległości. I choć "Polska nie ma dzisiaj - wg pana Donalda Tuska - prezydenta", to telewizja rządzona przez, oczywiście złego z wiadomych przyczyn, pana Wildsteina pokazała jakiegoś człowieka o nazwisku Lech Kaczyński i zapowiedziała, że to Prezydent RP. Widać, że ten Wildstein to niezłe ziółko i ma słowa pana Tuska za nic. Polska się wstydzi! A pan Lech Kaczyński wystąpił w ostentacyjnym towarzystwie "flagi Unii Europejskiej" zasłaniającej ćwierć ekranu i opowiadał o tym, że jest szansa na różne zmiany, w tym uzdrowienie finansów publicznych. Wg pani minister Gilowskiej, 500 mld długu to już fakt. Wolne i niezależne media nie poświęcają jednak takiej drobnostce zbytniej uwagi. Na marginesie telewizyjnego wystąpienia: "Dla mnie flaga czeska jest dominująca, nie do zastąpienia i nie powinna być zasłonięta przez żadną inną flagę" - powiedział kiedyś prezydent Czech, z którym nasz (nie licząc votum separatum pana Tuska) prezydent był już w styczniu "na najlepszej drodze" do zaprzyjaźnienia się.
Inna przyjaźń ma się gorzej. Przyjaciel pana premiera, sekretarz stanu w jego kancelarii Ryszard Schnepf podał się do dymisji. Ponoć z powodu bałtyckiej rury. Wcześniej pan Premier bronił go przed Polonią, która kilka miesięcy temu pisała: "nagle, niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba, dociera do nas porażająca informacja, że jeden z tych, którzy nie tylko, że szkodzili nam tu na obczyźnie, ale przede wszystkim szkodzili naszej Ojczyźnie - niejaki p. Ryszard Schnepf, były ambasador RP w państwach Ameryki Łacińskiej, zostaje mianowany na stanowisko sekretarza stanu przy premierze K. Marcinkiewiczu. Wszyscy Polacy, mieszkający tu w Ameryce Łacińskiej, pytaliśmy - co się stało? Co to ma oznaczać? Czyżby powrót do »starego«?".
W sobotę pan prezydent Ukrainy zachęcił, by nie liczyć krwi litr do litra, tylko wyciągnąć rękę. Polski Prezydent cytował fragment "Ojcze nasz". Skoro przywołujemy odpuszczanie win, to bez szacunku dla ofiar i policzenia krwi (skrupulatnego co do jednej osoby, jeśli chodzi o wieś Pawłokoma) trudno mówić, o jakie winy chodzi i co się odpuszcza. Zwłaszcza gdy prosi się o odpuszczanie nie swoich win i mówi o ich odpuszczaniu nie do winowajców. Chyba, że uznamy obcą naszej cywilizacji zasadę "krew jego (...) i na syny nasze". Czy na lipiec zaplanowano już cytowanie "i odpuść nam" na bezkresach Wołynia usianych dziesiątkami tysięcy ciał Polaków? Czy Ukraina pozwoli nam dokończyć liczenia zapoczątkowanego w pracy pana Władysława Siemaszko i pani Ewy Siemaszko? Czy winni, którym "odpuszczamy", zostaną ujawnieni, czy też zyskają uprawnienia kombatanckie?
Do obfitości wydarzeń doszły jeszcze sprawy korzeni partyjnych: cała Polska dowiedziała się że PO i Samoobronę zakładały służby specjalne. O aktualnych mutacjach PZPR i UD wiadomo od dawna. Padały nazwiska. Mówi się o komisji śledczej. Czy nie prościej byłoby ogłosić, których partii nie zakładały służby PRL i III RP, ewentualnie służby obce?
W cieniu medialnych przebojów przez przedsiębiorczą Polskę przetacza się powoli unijny rak biurokracji, który nie pozwala większości krajów "starej Unii" rozwijać się szybciej niż 1-2 procent. Obowiązek zapinania pasów w autobusach i karetkach pogotowia to tylko kosztowny, medialny fajerwerk. O wiele poważniejsze sprawy dzieją się w przedsiębiorstwach, które otrzymują kolejne informacje o obowiązujących przepisach, kontrolach biurokratów, kontrolach produkcji itd., a wszystko to na koszt... przedsiębiorcy. Nawet osoby uprawnione do certyfikowania mówią, że godzi to wprost w polskich przedsiębiorców, których nie będzie stać na dostosowanie się to tych wymogów, by rozpocząć produkcję, tym bardziej, że dziwnym zbiegiem okoliczności przy opracowaniu brukselskich papierkowych wymogów biorą udział przedstawiciele firm "starej Unii", nie mających interesu w powstawaniu tańszej konkurencji na wschodzie. I nie zmieni tego wyrzucanie pieniędzy unijnych podatników na finansowanie bzdurnych szkoleń, składających się często z wręczania publikacji, wycieczek i kosztowania trunków - najszybciej rozwijającej się branży w Polsce. Polak potrafi - tylko jakim kosztem?
Jakby tego było mało, gazety donoszą że wkrótce po wizycie - wg kryteriów gazet francuskich: ultrakatolika - Papieża Benedykta XVI z Europy najedzie Polskę "armia gejów", jako że "geje ciągną na marsz do Polski". Do tej pory w historii naprzeciw armii stawała armia. Należy więc sądzić, że pan minister Sikorski i pan minister Dorn wystawią przeciw armii homoseksualistów armię żołnierzy i policjantów, którzy zrobią z nimi to, co należy do ich obowiązków. Nie powinno być z tym żadnych problemów. Z uwagi na charakter nadciągającej armii, powinny wystarczyć nawet pałki lub broń gładkolufowa. Wygrana w tej wojnie jest właściwie pewna. Pewniejsza niż w piłce nożnej.
Pora na rozwiązanie zagadki. Odpowiedzi padały różne, ale chodziło o pana premiera Kazimierza Marcinkiewicza, który akurat wczoraj przyłączył się do pochodu ultraunioentuzjastów z okazji 1-majowego przyłączenia Polski do UE trzy lata temu. Wówczas, w przeddzień 1 maja 2004, prezydent Klaus, z którym PiS-owi ponoć po drodze, powiedział: "Za kilka dni nasze państwo przestanie istnieć jako niezależna i suwerenna jednostka. (...) To jest tak oczywiste, że wie o tym każde małe dziecko". W Czechach.
Jako nauczyciel i kurator idący w pochodzie, pan premier wziął sobie pewno do serca słowa Güntera Verheugena do nauczycieli polskich: "Duch narodu kształtowany jest w szkołach i to od polskich nauczycieli będzie zależeć, czy przyszłe pokolenia charakteryzować będzie duch europejski, czy duch narodowy. Polska będzie mogła być reprezentowana w Unii Europejskiej tym lepiej, im więcej osób będzie miało odpowiednie poglądy w kwestiach Unii Europejskiej. Jestem pewien, że uda nam się wychować wiele osób, które staną się Europejczykami".
Włodzimierz Bukowski, legenda sowieckiej opozycji, wymieniony przez Breżniewa za chilijskiego komunistę, potwierdza ten cel UE: "Celem powstania ZSRS było stworzenie nowej rzeczywistości historycznej, człowieka radzieckiego? Jaki jest cel istnienia Unii Europejskiej? Tym celem jest stworzenie nowej rzeczywistości historycznej, Europejczyka".
Dodatkowo o UE jako narzędziu polityki niemieckiej mówiła pani premier Margaret Thatcher, która też napisała: "Powołanie do życia Unii Europejskiej było największą głupotą naszych czasów". Czy takiej głupocie można beztrosko mówić "tak"?
"Jeśli miałbym powiedzieć najkrócej, jak jest z Polską w UE. To mogę powiedzieć tylko trzy słowa: yes, yes, yes" - powiedział wg PAP, powołujący się u progu prezesowania Radzie Ministrów na pana Reagana i panią Thatcher, pan premier Marcinkiewicz w czasie sobotniej "Parady Schumana".
Dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w tej zabawie za odpowiedzi i pozdrowienia, a byli to Państwo: Mikołaj Materne, ssr, Ryszard Płatek, Waldek, Piotrek, Grzegorz Oleszczuk, Marek Kołcon, Marcin Wasilewski, Andrzej Sokół, Andrzej Saramowicz, Jarosław Kornaś, Piotr Brożek, Zbigniew Zentara, julek, Konrad Turzyński, Tomasz Łuczak, Marek Szymanowski, Filip Berdycki, Dariusz Kijok, Adam Kaczmarczyk, Marcin, Paweł Szczurek, Tomasz Szczerbina, Provinzialverband Schlesien, Karol Podwalny, Aleksander Chromik, Robert Kabata i Krzysztof Zakrzewski, który jako pierwszy nadesłał prawidłową odpowiedź. Za to też otrzymał już obiecaną nagrodę.
Z uwagi na powodzenie poprzedniego konkursu - kolejna zagadka. Kto jest autorem tych słów i jaką pełni obecnie funkcję (główną) w swoim w kraju: "Polska powinna wybić sobie z głowy, iż będzie mogła korzystać z przywilejów gospodarczych Unii, a bezpieczeństwo narodowe oprzeć na sojuszu z USA". Odpowiedzi proszę kierować na mail prezes@upr.org.pl, podając dodatkowo swoje dane.
Na koniec retoryczne pytanie: czy PiS i sojusznicy odważą się choć spróbować przywrócić w kodeksie karę śmierci dla morderców? Gotowy projekt UPR z zebranymi podpisami leży w sejmowych szufladach.

Wojciech Popiela

Publicystyka i nagrania TV ASME Wojciecha Popieli na ASME.


Wyrób elitopodobny - Krzysztof Mazur Wysłane sobota, 13, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

W ostatnich latach mieliśmy istny wysyp listów protestacyjnych, listów w obronie, apeli podpisanych przez intelektualistów, przejawów oburzenia środowiskowego przekazywanego za pośrednictwem mediów itp., co diagnozy o zejściu intelektualistów ze sceny politycznej stawiają pod dużym znakiem zapytania. Inną sprawą jest, że treść owych publicznych wystąpień rzeczywiście wskazuje na intelektualny uwiąd tychże najlepszych przedstawicieli narodu, przy założeniu, że cokolwiek miało uwiędnąć, gdyż trudno przyjąć do wiadomości, że regres mógłby być tak szybki i drastyczny.

Po słynnym liście profesorów w obronie Leszka Balcerowicza, po raz kolejny zawrzało w środowisku profesorskim, ale i nie tylko, gdyż pod protestami podpisują się również inni przedstawiciele tzw. wolnych zawodów. Myliłby się ten, kto oczekiwałby, że jest to kolejny protest w obronie zagrożonej demokracji, państwa prawa etc. Otóż nasze elity przestraszyła wizja ograniczenia możliwości zaliczanie wyższych kosztów uzyskania przychodów stanowiących uboczny skutek ich twórczego wysiłku. Oczywiście większe koszty uzyskania przychodów, jak to ma miejsce np. przy takich typach umów jak zlecenia czy w szczególności - o dzieło, powodują wydatne zmniejszenie podstawy opodatkowania i tym samym znaczne zmniejszenie podatku należnego, co powodowało, że np. nauczyciel akademicki lub inny artysta od dużej części swoich uczelnianych dochodów płacił tytułem podatku dochodowego jedynie połowę tego, co zapłaciłby przy umowie o pracę. Obniżanie podatków jest oczywiście godne pochwały, szczególnie w sytuacji dużego przeciążenia fiskalnego, problem wszak w tym, że gros tych profesorów, adiunktów, dziennikarzy artystów scen itd. od zawsze wyraźnie brzydzi się postulatami ekonomii podażowej. A przecież, jak można było przeczytać w wysoko nakładowej prasie, przeciwko projektom MF opowiedziało się już prawie 10 tys. uczelnianych twórców, dyskretnie strzegących praw autorskich do swoich skryptów, których i tak nikt nie chce wydawać czy semestralnych programów nauczania, których nikt - nawet oni sami - nie realizuje, artystów zazdrośnie strzegących praw do swojego wizerunku i teatralnej ekspresji czy dziennikarzy połowę swoich przychodów inwestujących w napisanie felietonu - "Jak ciasto biorą gazety w palce/ I żują, żują na papkę pulchną,/ Aż papierowym wzdęte zakalcem,/ Wypchane głowy grubo im puchną". Oczywiście, czym innym prawo autorskie zakazujące publikowania bez zgody autora czy umożliwiające czerpanie korzyści z odtwarzania czyjegoś utworu, a czym innym - twierdzenie jakoby wytworzenie tego dzieła kosztowało twórcę połowę jego zarobku. Jeżeli prawdą jest, że tygodnik "Wprost" płaci Leszkowi Millerowi takie stawki za jego "błyskotliwe" komentarze, jak niegdyś podawały konkurencyjne media, to były premier rzeczywiście drogo płaci za swoje osiągnięcia na nowej niwie zawodowej.
Oczywiście, jak zawsze, tak i teraz oburzenie środowiska nie jest wyrazem postępującej sympatii dla idei liberalizmu gospodarczego, ale wyrazem utrzymującej się hipokryzji tzw. elit, gardłujących za państwem współczującym pod warunkiem, że za owo współczucie zapłaci ktoś inny, najlepiej sam potrzebujący.
W związku z kończącym się okresem rozliczeń podatkowych za 2005 r. programy telewizyjne, jak i szpalty gazet pełne były - zapewne płatnych - ogłoszeń różnych dobro czyniących organizacji, począwszy od takich, które rzeczywiście mogą wydawać się potrzebne, a skończywszy na zinstytucjonalizowanych oznakach infantylizmu, a zapewne i życiowego cwaniactwa. Wszystkie te organizacje pożytku publicznego przekonywały nas, aby jeden procent podatku pozostałego do zapłacenia przekazywać nie na konto urzędu skarbowego, ale na konto tejże organizacji, która w zamian będzie finansowała leczenie chorych dzieci, edukację biednych, ratowanie koni i inne godne naśladowania działania, na które z założenia brakuje środków w systemie "bezpłatnej" opieki zdrowotnej, "bezpłatnego" szkolnictwa, państwowej pomocy społecznej i innych obszarach państwowej charytatywności. Oczywiście o tyle, ile podatnicy przekażą na konta organizacji pożytku publicznego, zmniejszą się wpływy budżetu państwowego, a przecież nie jest aż tak dobrze, aby wierzyć, że również w takiej samej skali zmniejszy się zaangażowanie państwa w dziedziny finansowane przez prywatne inicjatywy, wspomagane podatkowymi odpisami. Z jednej strony zewsząd słychać o płacowych żądaniach lekarzy, pielęgniarek, górników, o problemach z dopięciem budżetu i zakotwiczeniem deficytu, a z drugiej - słyszymy zachęty do uszczuplania tego budżetu pod pretekstem pomagania potrzebującym i wszyscy naiwni życzyliby sobie, aby jak najwięcej podatków zamiast do budżetu powędrowało na konto takiej czy innej fundacji. W normalnym państwie ludzie płacą niskie podatki na cele, które rzeczywiście państwo ma realizować, a potrzebujących czy to bezpośrednio, czy za pośrednictwem różnych organizacji ku temu powołanych - wspierają z własnej, nieopodatkowanej kieszeni, co jest oczywiste, normalne i wskazane do stosowania, ale nie w Polsce.
Jak zresztą ma być normalnie, skoro Piotr Styczeń, wiceminister budownictwa, na pytanie dziennikarza "Gazety Prawnej" o realność programu budowy 3-4 mln nowych mieszkań odpowiada: "...Proszę sobie wyobrazić, jak wyglądałaby Polska, gdyby jednocześnie rozpoczęto budowę trzech milionów mieszkań? Wszędzie mielibyśmy dźwigi, a kapitał lokowany byłby w nieruchomościach mieszkaniowych. Inne branże nie otrzymywałyby z rynku odpowiednich strumieni finansowych". I oczywiście nowy rząd nie może nam zrobić tej przykrości oglądania samych dźwigów budowlanych, dlatego też dla naszego dobra obiecane 3-4 mln nowych mieszkań nie powstanie, swoją drogą - w cytowanej wypowiedzi najsmutniejsze jest to, że pan minister chyba naprawdę wierzył, że te mieszkania budowałby... rząd. A z drugiej strony, skoro ktoś serio głosił o budowie tych mieszkań, to czy nie mógł na etapie kreślenia owej wizji uwzględnić w krajobrazie zurbanizowanym ową nieestetyczną mnogość dźwigów i uciekający z innych branż kapitał? Ale i w tym wypadku rząd zastosował ucieczkę do przodu, gdyż po oczekiwanej rekonstrukcji rządu problemem ma zająć się partia Leppera, wprawdzie specjalizująca się dotychczas w rozwalaniu i burzeniu, ale przynajmniej działająca w branży.
O swojej branży pamięta również były piłkarz Roman Kosecki, a obecnie czcigodny poseł, który w wywiadzie dla "Rz": tak przedstawił swoje cele polityczne "Chciałbym też wprowadzić do ustawy samorządowej zasadę, że gmina musi przeznaczać na sport, na kluby niezawodowe na swoim terenie, określoną część swojego budżetu. Teraz nie ma takiego obowiązku. Jest napisane, że może, ale nie musi. Chciałbym, żeby to było sprecyzowane - trzy procent z budżetu miasta czy gminy". A czemu, szanowny panie pośle, wzorem składki na ubezpieczenie zdrowotne - nie ustalić obowiązkowej składki na sport, skoro rząd ma budować stadiony na EURO-2012, to taki nowy podatek byłby czytelnym sygnałem dla właściwej komisji, które rządy poważnie traktują swoje kandydatury na organizatorów wspomnianej imprezy? Nie bez znaczenia jest tu fakt, że były reprezentacyjny piłkarz jest posłem z list Platformy Obywatelskiej (poseł nawet w jednym z fragmentów wywiadów mówi "A my, Platforma...") niosącej na sztandarach wyborczych hasło obniżenia i uproszczenia podatków - "I oto idą, zapięci szczelnie,/ Patrzą na prawo, patrzą na lewo./ A patrząc - widzą wszystko oddzielnie/ Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo...".

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Pełen uspokajających wieści warszawki poranek, czyli wreszcie nie ma przymusu wyboru kolejnego zarządcy naszego ciężko doświadczonego miasta Wysłane piątek, 12, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

Dzisiejszy poranek przyniósł kolejną wiadomość, pogłębiając pewność, że wyborcy w zeszłorocznym głosowaniu postąpili roztropnie, wręczając legitymizację do władzy w ręce przedstawicieli ugrupowania PiS, skromnie i życzliwie określanego przez warszawską ulicę mianem Populizmu i Socjalizmu. Dziennik "Życie Warszawy przyniósł rozważania nad "pewniakami" kandydackimi do tegorocznych, jesiennych wyborów samorządowych, w których elektorzy wybiorą także i tip-top-urzędnika magistrackiego, którego funkcja może służyć jako wygodna skocznia do zaszczytów najpierwszych i najwyższych, jak to przykład Lecha Kaczyńskiego, prezydenta minionego warszawskiego i obecnego Rzeczypospolitej Czwartej (oczywiście) wskazuje. Dlatego spekulacje o jakości wystawionych w szranki osobistości "warszawskich" mają swój walor wyjątkowy i stanowią powód do wielu nocnych Polaków rozmów w atmosferze napiętej, rozluźnianej czym tam kto lubi.

Formacja werbalnych konserwatystów "lyberalnych" Platforma Obywatelska, koligująca się coraz częściej (przynajmniej w sejmowych przepychankach), a także z lubością w przeszłości - z mastodontami socjalizmu realnego, tzw. ezelde, wybrała na swój pogrzeb kandydaturę "naszej Hani kochanej", która dzierży ten tytuł w zastępstwie nieobecnej już w kręgu politykierskim premierki Suchockiej. To taka sobie wiadomość dla ich przeciwników z wielu stron, gdyż przyspieszy uwiąd tzw. układu warszawskiego, którego istnienie w stolicy było powodem wielu problemów PO, w ostatnich tygodniach doprowadzając do eksmisji unio-europejskiego "leśnika", byłego prezydenta Warszawy Pawła Piskorskiego z jej szeregów. W każdym razie ta propozycja zwalnia konserwatywnych liberałów od dalszych rozważań nad jej poparciem, co redukuje ból głowy od spodziewanego ambarasse de richese. Rezerwowa pozycja posłanki Julii Pitery jak na razie wydaje się być nieniepokojona przez zawiadowców nabierającej wody niegdysiejszej szalupy ratunkowej dla szczurów z Mumii od Wolności, toteż sprawę można uznać za zamkniętą.

Enuncjacje żurnalistów warszawskiej gazety co do oferty ugrupowania PiS zostały przyjęte przez obserwatorów sceny politycznej z niekłamanym zdziwieniem, bo kandydatura Zyty Gilowskiej nie była brana dotąd pod uwagę ze względu na znane od lat jej zainteresowanie posadą w Narodowym Banku Polskim, co wydaje się być bardziej dalekosiężnym celem, jeśli chodzi o późniejsze zwieńczenie międzynarodowej już, profesjonalnej kariery obecnej premierki w rządzie pana Marcinkiewicza, choć jeszcze w zeszłym roku - w pełnym nadziei układzie rządowym rodem z PO. Artykuł wzbudził natychmiastowe reakcje. Premier Marcinkiewicz w odpowiedzi na niego oświadczył, "że nie widzi możliwości, by Gilowska przestała być ministrem finansów". Sama zainteresowana: "»Nie mam takiego planu« - powiedziała Gilowska, pytana, czy zamierza kandydować". "Jarosław Kaczyński, prezes Prawa i Sprawiedliwości, kategorycznie zaprzeczył, że minister finansów - Zyta Gilowska zamierza odejść z rządu i startować w wyborach prezydenta Warszawy", co tym razem podała witryna WP. Informacja okazała się więc być zwyczajnym szczurem dziennikarskim, a Brat Przewodniczący na pytania śledczych prasowych, kto będzie kandydatem PiS na prezydenta stolicy, odpowiedział, że tego jeszcze nie może powiedzieć. Wskazuje to na oczywisty kłopot, jaki ma te ugrupowanie z wyłonieniem "biorącej" osobistości ze swych szeregów, co znowu zwalnia kibiców tej pasjonującej, prezydenckiej rozgrywki z obowiązku wykazywania się entuzjazmem przy jesiennej elekcji, biorąc pod uwagę doniesienie "ŻW": "Dwa tygodnie temu pole manewru kierownictwu PiS ograniczył prezydent Lech Kaczyński, zawężając wybór do trzech osób: Andrzeja Urbańskiego, Zbigniewa Romaszewskiego i właśnie Zyty Gilowskiej". Pozostali dwaj panowie, mimo najszczerszych chęci, nie wzbudzą już emocji nawet u zagorzałych fanów "prawicawej" formacji Braci K.

Konserwatywni wyborcy o rozwiniętym ponad średnim poczuciu misji narodowej mogliby pomyśleć o kandydaturze młodego, wojowniczo usposobionego działacza Ligi Polskich Rodzin, ale cóż po niej, jak jest to - obserwując jego wieloletnie poczynania - dość monotonnie zorientowany "markietingiarowiec", bo choć udało się mu i jemu podobnym spopularyzować nazwę naszego miasta wśród wielu mieszkańców Europy i nawet Ameryki Stanów Zjednoczonych, gdzie w grodzie świętego Franciszka mieści stolica światowej sodomii, i należy z pełnym obiektywizmem uznać jego wysiłki za sukces, to tak ukierunkowana aktywność pozostawia wrażenie pewnego niedosytu wśród zdecydowanej większości seksualnej warszawiaków-wyborców, zaś dozgonną wdzięczność odczuwają jedynie zapewne warszawscy sodomici, których uczynił swoim obiektem zainteresowania i stałych, publicznych inklinacji. Jednostronność tej reklamy nasuwa podejrzenia, że za rządów imć (powstań, strzał z obcasa) prezydenta Wierzejskiego (spocznij, można oddychać) nawet wskaźniki Miejskiego Systemu Informacji zostałyby zmienione na ulubioną przez niego formę pałki, z pozostawionymi częściami: typową niebieską - informacyjną o nazwie danego pasa drogowego, bordową - o przynależności lokalnej danej ulicy, dodane zaś zostałaby np. czerwona, z zawołaniem pana posła "Nie dla pedałów", tak jak ma to w zwyczaju wywieszać na drzwiach do swojego biura poselskiego. Zaś największe zmiany dotknęłyby funkcjonariuszów Straży Miejskiej, których kompania z wydzielonego oddziału nadzoru moralności publicznej, przebranych w sukienki i z torebkami na wygolonych ramionach, na rogach ulic wypatrywałaby oznak i prób jawnej deprawacji przechodniów.

Ledwie dysząca formacja byłych kolaborantów sowieckich okupantów Polski - SLD/PZPR będzie próbować swych sił w maskującym przebraniu, o czym doniósł dziennik "Rzeczpospolita", opisując zgłoszenie kandydatury burmistrza pod-warszawskiej środowiskowo i mentalnie cały (i jeszcze dłuuugi) czas dzielnicy Bemowo, towarzysza Włodzimierza Całki, który ukrywa się w barwach stowarzyszenia Nasze Miasto. Jest to kandydatura - jak zwykle u post(?)komunistów - mało poważna, choć niewątpliwie cieszy przynajmniej jednego "prawicawca" - tamtejszego młodego radnego z tzw. kolibra, który tak wiele mu zawdzięcza przez lata przychylnej współpracy na niwie samorządowej. Kandydat tow. Całka może więc liczyć na jeden pewny głos swego wiernego wyborcy.

W posumowaniu - nie będzie chyba potrzeby wybrania się do lokalu wyborczego, zasypanego opadłymi listami kandydackimi, bo jakość ofert jak na razie nie powoduje żadnego skoku adrealiny w krwioobiegu, co potwierdza postawioną na początku tezę o dobrym i usypiającym wyborze dokonanym w przeszłej jesieni.

Za to dzisiaj - oczywiście w Warszawie, przy ulicy Wiejskiej, posłowie uchwalili ustawę o powołaniu Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Jego szef, niegdysiejszy uczestnik Niezależnego Zrzeszenia Studentów na Uniwersytecie Warszawskim, Mariusz Kamiński zadeklarował się, że w żadnym przypadku partyjny interes nie będzie powodował jego działaniami i z najwyższym obiektywizmem będzie analizował wszystkie zgłoszone i wykryte staraniem funkcjonariuszy nowej służby specjalnej "IV RP" akty korupcji. Dlatego ze spokojem oczekiwać należy szybkiego zainteresowania się podwładnych kolegi Mariusza i Jego samego - najnowszym, wielce wątpliwym pomysłem urzędników ze stołecznego magistratu, którym rządzą fachowcy z ugrupowania Prawo i Sprawiedliwość. Chodzi oczywiście o plagiat pkonceptu posłanki Sobeckiej z Ligi Polskich Rodzin, która z okazji Dnia Dziecka (i Małego Pioniera Wielkiej Polski) ma ochotę tresować społeczeństwo na wzór czasów wydawałoby się już minionych, czyli - próbę wprowadzenia jednodniowej prohibicji na terenie administracyjnym naszego Miasta Nieujarzmionego w związku z przyjazdem Ojca Świętego Benedykta XVI. Warto chyba w tym miejscu zauważyć, że zbieżność stosunku do obywateli wśród wielu reprezentantów tzw. prawicy z typowo komunistycznym i socjalistycznym traktowaniem człowieka jak pozbawionego wolnej woli bydlęcia, jest doprawdy zadziwiająca. Jak wszystkie bez wyjątku doświadczenia historyczne uczą - wprowadzanie jakiejkolwiek ograniczeń w sprzedaży używek powodowały jedynie wzrost zarobku, a nawet pojawienie się go w ogóle wśród zorganizowanych lub nie przestępców oraz ludzi wykorzystujących takie okazje do "prac dorywczych". Także i w tym przypadku zachodzi podejrzenie o (być może nieumyślnym, z głupoty, ale - przecież to niemożliwe, przecież to fachowcy z PiS, prawda?) współdziałanie "białych kołnierzyków", pomysłodawców takich zakazów z osobnikami o zdecydowanie wypaczonej etyce, podlegającym zwyczajowemu zainteresowaniu prokuratur na całym świecie..

Pośle, a niedługo - urzędniku Kamiński - do roboty, czyń swą powinność!

Krzysztof Pawlak

Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


Jarosław Kaczyński nie chce powtarzać błędów Mariana Krzaklewskiego - Łukasz Perzyna o pierwszych starciach o realną władzę w koalicji PiS-Samoobrona-LPR Wysłane czwartek, 11, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Jarosław Kaczyński nie chce powtarzać błędów Mariana Krzaklewskiego - Łukasz Perzyna o pierwszych starciach o realną władzę w koalicji PiS-Samoobrona-LPR
Wysłane czwartek, 11, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Z końcem zeszłego tygodnia ostatecznie wyjaśniła się sprawa koalicji większościowej w Polsce, a już w tygodniu następnym PiS zwołało konferencję prasową poświęconą tej sytuacji. Tematem tej pierwszej, w nowej sytuacji, przygotowanej przez posłów PiS, publicznej prezentacji była »potrzeba i sposób przeciwdziałania przestępstwom przeciw dokumentom«. Jest jedna okoliczność: dokumentów nie wytwarza opozycja, tylko - rządzące ugrupowania, władza. Przeciw komu była więc wymierzona ta konferencja? Nie przeciw reprezentantom PIS oczywiście, lecz o patrzenie na ręce któremu z nowych koalicjantów. Przedstawicielom LPR? Raczej nie" - Łukasz Perzyna, publicysta i komentator "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME zajął się analizą wczesnych oznak kształtowania się stosunków pomiędzy koalicjantami większościowego rządu Marcinkiewicza.

Skoro odkreślamy z tej linii frontu grubą linią PiS i LPR - to w grę może wchodzić tylko trzeci koalicjant - Samoobrona. Na początku mijającego tygodnia jej przewodniczący Andrzej Lepper zaczął przebąkiwać o chęci zaprezentowania swoich kandydatów do stanowisk wojewodów. A wśród nich są tacy osobnicy, którzy mają wielomilionowe długi i ciągnące się za sobą postępowania prokuratorskie. Jarosław Kaczyński od razu - w przeciwieństwie do jego poprzednika z czasów AW"S" Mariana Krzaklewskiego - stanowczo powiedział "NIE!". Wojewodów powołuje "żelazny Ludwik" Dorn, którego lojalność wobec Jarosława Kaczyńskeigo jest znana od lat. Jeśli się bierze sojusznika, który jest postrzegany jako kompromitujący, to nie powinno się pozwalać na jakąkolwiek próbę szantażu z jego strony, co jest znaną od lat metodą Samoobrony walki o stołki dla swoich partyjnych warchołów, finansowane przez polskich podatników. Dlatego Kaczyński stał się mądry mądrością byłego "premiera z tylnego fotela" niechlubnej pamięci koalicji AW"S"-UW.
Kto ma wojewodów w państwie - ten sprawuje władzę - a władzę teraz sprawuje Prawo i Sprawiedliwość...

Nagranie trwa prawie 14 minut i jest dostępne w Sieci do 25 V 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




MEN - OMEN prof. Jerzy Przystawa Wysłane czwartek, 11, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

Słońce naszych oczu, czułość naszych serc, elita elit - ukochana nasza młodzież studencka - wyległa na ulice Warszawy, aby całą potęgą swoich pięknych głosów protestować przeciwko powołaniu pana Romana Giertycha na urząd ministra edukacji narodowej. Protest był gwałtowny i widowiskowy, a wszystkie dzienniki telewizyjne go pokazywały z satysfakcją, co samo w sobie bardzo dobrze świadczy o wolności i niezależności naszych mediów: kiedy chcą, to pokazują, a kiedy nie chcą, to nie. Jak wolność, to wolność.
Atakowany z takim hałasem, premier-minister wykazał się poczuciem humoru. Indagowany przez dziennikarzy, zapytał: "A dlaczegóż to studenci mnie się czepiają? Przecież ich ministrem jest profesor Seweryński, to do niego powinni iść z protestami!".
I słuszna jego racja. Ministerstwo Edukacji Narodowej, którym od 5 maja włada pan premier Giertych, jest ministerstwem całkiem nowym, "prosto spod igły", powstałym dokładnie tego samego dnia, kiedy zawiązana została zbawienna KOALICJA WIĘKSZOŚCIOWA PiS-u, Samoobrony i LPR. Koalicja natychmiast zlikwidowała Ministerstwo Edukacji Narodowej i Nauki, a w jego miejsce powołała: Ministerstwo Edukacji Narodowej, którym od paru dni zarządza Roman Giertych oraz Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, którym zarządza prof. Michał Seweryński i któremu, faktycznie, od 5 maja, podlegają studenci szkół wyższych.
Z drugiej strony trudno się dziwić naszej młodej elicie, że tych subtelności nie rozumie, ponieważ trudności z tym mają także ich profesorowie, a nawet rektorzy. Przeprowadziłem ankietę wśród rektorów i profesorów, pytając, jakie i ile ministerstw zarządzało naszymi dziećmi tylko od początku tego roku szkolnego (który przecież jeszcze się nie skończył!) i NIKT nie potrafił od razu podać prawidłowej odpowiedzi! Ja sam też, oczywiście, nie odpowiedziałbym prawidłowo, gdybym nie zadał sobie trudu sprawdzenia. Liczba ta wynosi CZTERY, czyli ostatnio przechodzimy z rąk do rąk średnio raz na dwa miesiące! Rok szkolny rozpoczynaliśmy pod rządami Ministerstwa Edukacji Narodowej i Sportu, które zaraz podzielono na Ministerstwo Edukacji Narodowej i osobne Ministerstwo Sportu, aby już od listopada połączyć MEN z Ministerstwem Nauki i Informatyzacji w Ministerstwo Edukacji i Nauki, które właśnie w czasie majowego weekendu apiać podzielono na MEN i MNiSzW.
Na próżno zatem straszymy nasze dzieci tym okropnym Giertychem, bo chociaż może nawet jest okropny, to wielkiej krzywdy nikomu zrobić nie jest w stanie, ponieważ posada jego diablo niepewna, a fotel wysoce niestabilny. Warto bowiem, żeby młodzież miała świadomość, że od 1989 roku rządziło oświatą już 15 ministrów edukacji (czy jak tam się nazywali), co daje jednego ministra, średnio, na jeden rok i jeden miesiąc. Nie wydaje się więc bardzo prawdopodobnym, żeby Roman Giertych się na tym stanowisku specjalnie narządził.
Prawdę mówiąc, to samo da się powiedzieć o człowieku jeszcze bardziej okropnym od Giertycha, tj. o jego koalicyjnym wicepremierze Andrzeju Lepperze, który jest 18. ministrem rolnictwa od 1989 roku, co pokazuje, że rolnikami jeszcze trudniej rządzić niż studentami, bo na tym stanowisku nawet jednego roku wytrwać nie podobna!
A co z trzecim wicepremierem, prof. Zytą Gilowską? Trzeci to przecież minister finansów w tym samym roku szkolnym (a przecież jeszcze nie wieczór!). No cóż, na stronie internetowej Ministerstwa Finansów znajdziemy listę wszystkich ministrów Nowej Polski i okaże się, że pani profesor jest, ni mniej, ni więcej, tylko 17. ministrem finansów Rzeczypospolitej! Co rok - prorok (finansowy)!
Wczoraj (10 maja, masowy protest lekarzy i pielęgniarek) na wszystkich programach telewizyjnych widzieliśmy uśmiechniętą buzię ministra zdrowia, prof. Zbigniewa Religi. Od 1999 roku, kiedy to Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej zamieniono w Ministerstwo Zdrowia (spuszczając w inny kanał tzw. Opiekę Społeczną), prof. Religa jest 10. ministrem (na niecałe siedem lat!), trudno się więc dziwić, że z rozbawieniem traktuje tę sytuację. Wie przecież doskonale, że może tylko pozorować decyzje i pracę i może obiecywać, co chce, bo i tak nie ma obowiązku tych obietnic dotrzymywać. Oddał się zresztą całkowicie "do dyspozycji premiera" i spokojnie czeka, kiedy przekaże pałeczkę swojemu zmiennikowi, a jemu pozostanie tylko inkasowanie odprawy i ministerialnej gaży.
Nie lepiej przedstawia się sprawa z innymi członkami rządu. Premier Marcinkiewicz jest zaledwie 12. premierem RP od 1989 roku, ale na wszystkich innych posadach ministerialnych ruch jest dużo większy. Wyjątkiem jest tylko Ministerstwo Spraw Zagranicznych, w którym p. Fotyga jest zaledwie 10. ministrem. Nie wiem, dlaczego? Może istnieją jakieś sekretne zalecenia Unii Europejskiej, że ministrowie spraw zagranicznych nie powinni być wymieniani częściej niż raz na półtora roku?
W świetle tych faktów naprawdę trudno się dziwić, że oni do tej "władzy" garną się, jak misie do miodu: pieniądze porządne, praca lekka, odpowiedzialność żadna. Trzeba codziennie podpisać stos papierów, więc ręka boli, ale bywają bardziej męczące zajęcia. Czasem podpisze się nie ten papier, który trzeba, ktoś podniesie rwetes i trzeba się tłumaczyć za nie swoje winy, minister jednak zawsze potrafi znaleźć tego, kto mu ten papier podsunął. I w ten sposób, jak pisał w niesłusznych czasach niesłuszny poeta*:
"Od idioty do idioty
idzie sobie, panie złoty,
papier.
Wreszcie w męce, w wielkim pocie
zwróci idiota idiocie
papier".
Wygląda na to, że spraw tych nie rozumieją ani hałłakujący przeciwko Giertychowi studenci, ani lepiej od nich wykształceni lekarze, ani ciemni górnicy czy rolnicy, którzy przyjeżdżają do Warszawy, łamią barierki i popełniają wykroczenia, tłukąc się z Bogu ducha winnymi policjantami. Te manifestacje chętnie nagłaśniają telewizje i radia, by potem urządzać przed kamerami różne "prosto w oczy", z których wynika zawsze jedno: kołdra jest za krótka! Nie można zadowolić wszystkich: i górników, i hutników, i lekarzy, i rolników, a lista jest niebywale długa. Jak zresztą można coś zaradzić, skoro sam pan minister mówi, że przychyliłby im nieba, ale cóż on może!
Ruch Obywatelski na rzecz JOW od lat wysuwa propozycję zerwania z tym absurdem ustrojowym i całą tą niedorzeczną konstrukcją. Wprowadzenie zasady wyborów do Sejmu wyłącznie w jednomandatowych okręgach wyborczych, jak robią to w Wielkiej Brytanii i innych krajach, doprowadziłoby przynajmniej do takiej sytuacji, że mielibyśmy JEDEN RZĄD NA JEDNĄ KADENCJĘ PARLAMENTARNĄ! Premier takiego rządu odpowiedzialny byłby przed NARODEM, a nie, jak teraz, przed pociągającym za sznurki partyjnym bossem. Ministrowie takiego rządu nie pojawialiby się jak przysłowiowe "króliki z kapelusza", gdzie premier rządu jeszcze rano nie jest w stanie powiedzieć, kogo po południu powoła na ministra tego czy innego resortu.
Taka reforma jest możliwa. Jej koncepcja jest prosta, jej zrozumienie nie wymaga doktoratu z filozofii, jej wprowadzenie nic nie kosztuje. Można ją wprowadzić w każdej chwili, wystarczy tylko chcieć. Nic więc dziwnego, że kiedy manifestuje w Warszawie Ruch na rzecz JOW, to wszystkie kamery telewizyjne patrzą gdzie indziej, a z jego uczestnikami nie przeprowadza się żadnych "prosto w oczy", "rozmów w toku", żadnych "co z tą Polską" ani "warto rozmawiać". Tamte audycje są tylko dla dyskusji problemów nierozwiązywalnych, gdzie wszyscy mogą się popisać erudycją i troską, i z których nic nie wynika. Konkretne rozwiązanie, którego wprowadzenie nie kosztuje ani złotówki? Sprawdzone w świecie? A kysz, przepadnij!

Wrocław, 11 maja 2006

* Konstanty Ildefons Gałczyński "14 Grussen aus Polen"

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Jan Maria Rokita jest tylko łysą odmianą Andrzeja Leppera - nieformalny doradca JE Prezydenta RP Stanisław Michalkiewicz o wystąpieniu JE Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Wysłane środa, 10, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Jan Maria Rokita jest tylko łysą odmianą Andrzeja Leppera - nieformalny doradca JE Prezydenta RP Stanisław Michalkiewicz o wystąpieniu JE Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego
    Wysłane środa, 10, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Jeszcze w czasach głębokiej komuny Krzysztof Teodor Toeplitz napisał taki pogardliwy dla inteligentów felieton, że ci gdyby nawet chcieliby zrobić demonstrację, domagając się »pracy i chleba«, to napisaliby na transparencie, że nie domagają się chleba, tylko »poproszę pieczywko«. Dzisiaj pan prezydent okazał się takim typowym inteligentem rodem z tego felietonu Toeplitza, gdyż wygłaszając orędzie do Narodu, zamiast powiedzieć narodowi co i jak, zaczął się usprawiedliwiać przed Narodem z tego, że Prawo i Sprawiedliwość nie zawarło koalicji z Platformą Obywatelską" - Stanisław Michalkiewicz "na gorąco" komentuje wystąpienie Prezydenta w telewizji dzisiejszego wieczora.

    Najwyraźniej pan Prezydent ma jakieś kompleksy wobec tej medialnej tłuszczy, która podnosi nieustający klangor, zresztą już widać gołym okiem, że czyniony pod dyktando "strategicznych partnerów" - Niemiec i Rosji, podobnie jak to czyniła w XVIII wieku hołota jurgieltnicza, więc pan prezydent nie powinien się poniżać do tłumaczenia się z tego, że Platforma Obywatelska nie objęła w Polsce rządów. Nie ma powodów, by przyjmować za dobrą monetę idiotyzmów wygłaszanych przez pana Donalda Tuska, że "powinniśmy się wstydzić". To m.in. przez niego Polska "stoi w dryfie" od 2002 roku.
    Pan Tusk bierze pieniądze od Rzeczypospolitej, współdziałając z jej ukrytymi wrogami - twierdzi Stanisław Michalkiewicz. Pozytywnym elementem orędzia pana Prezydenta było to, że powiedział, jakie ustawy do uchwalenia uważa za priorytetowe: likwidacyjną wobec WSI i o utworzeniu CBA, pierwsza jest znakomita, druga nie wzbudza entuzjazmu Stanisława Michalkiewicza.
    Pan Donald Tusk chyba czuje pismo nosem, bo jak zwykle mówi, że "jest przeciwko", ale... jednocześnie deklaruje, że "jak zwykle będzie współpracował"...

    Nagranie trwa ponad 5 minut i jest dostępne w Sieci do 24 V 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    W MORDĘ GO I NOŻEM - Antoni Zambrowski Wysłane środa, 10, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Kilkunastoosobowa grupa wyrostków brutalnie pobiła w Moskwie znanego śpiewaka Zaura Tutowa, posiadacza zaszczytnego tytułu "Zasłużonego artysty Rosji". W wyniku odniesionych obrażeń śpiewak trafił do szpitala. Przyczyną pobicia był wygląd śpiewaka, zdradzający jego kaukaskie pochodzenie. By nie było wątpliwości, napastnicy wznosili okrzyki o treści rasistowskiej i nacjonalistycznej, domagając się, by wracał czym prędzej na Kaukaz (Wezwany na miejsce przestępstwa oficer moskiewskiej milicji nie krył solidarności z napastnikami. Powiedział, że to całkiem słuszne hasło). Władze północno-kaukaskiej Republiki Kabardyno-Bałkarskiej z jej prezydentem Arsenem Kanokowem na czele wystąpiły w obronie swego kolegi, który pełni obowiązki ministra kultury w jej rządzie. Oświadczyły one, że wypływające z szowinistycznych pobudek ataki na obywateli Federacji Rosyjskiej są nie do przyjęcia. Chodzi oczywiście o obywateli Rosji narodowości nierosyjskich.
    Zauważmy gwoli jasności, że ataki rosyjskich chuliganów na emigrantów z innych krajów również są nie do przyjęcia. W Petersburgu skazano właśnie na dość łagodne kary grupę skinów za napad na rodzinę tadżycką i zakłucie nożami na śmierć małej córeczki z tej rodziny. Ministrów rządu kaukaskiej republiki autonomicznej w składzie Federacji Rosyjskiej bardzo boli fakt, że szowiniści rosyjscy nie traktują ich jako swych rodaków, lecz jako obcych.
    Hasło "Rossija dla russkich", czyli Rosja dla ludzi narodowości rosyjskiej - jest dla wielonarodowej Federacji Rosyjskiej hasłem samobójczym, zwłaszcza w dobie kolonialnej wojny w Czeczenii, zagrażającej rozszerzeniem się na cały teren Północnego Kaukazu. Oznacza ono samoograniczenie państwa rosyjskiego do granic dawnego Wielkiego Księstwa Moskiewskiego. Nie można wszelako wymagać zbyt wiele rozumu politycznego od chuligańskich wyrostków, bezmyślnie powtarzających za dorosłymi nacjonalistyczne hasła.
    Przed kilkoma dniami sąd w Moskwie skazał na karę kilkunastu lat więzienia moskiewskiego 20-latka, który wtargnął do synagogi i nożem zranił ośmiu obecnych tam starozakonnych. Również on chciał Rosji tylko dla "russkich". A tych "russkich" jest co roku o milion mniej.
    Ormianie na całym świecie, przede wszystkim w niepodległej postsowieckiej Armenii, obchodzili niedawno 91. rocznicę ludobójstwa tureckiego na chrześcijańskich Ormianach i Assurach. Tego dnia w Rosji pobito dotkliwie ormiańskiego reżysera teatralnego oraz zasztyletowano w moskiewskim metrze ormiańskiego nastolatka.
    Boże, przywróć rozum tym, którzy nie wiedzą, co czynią.

    Antoni Zambrowski

    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Demokracja odwrotnie proporcjonalna - Janusz Sanocki Wysłane wtorek, 9, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Nie mam nic do Romana Giertycha i Andrzeja Leppera. Nie podzielam histerii, jaką rozpętały wokół nich tzw. liberalne media. W niektórych sprawach trudno - wiem, że to zgrzyt dla ucha przyzwyczajonego do delikatnej muzyczki politycznej poprawności - odmówić racji ich poglądom.
    Problem polega jednak nie na tym, czy podobają nam się jednostkowe punkty programu LPR, czy Samoobrony, ale co się większości społeczeństwa w tych partiach nie podoba. Każde głosowanie jest bowiem tyleż głosowaniem "za" co i oddaniem głosu "przeciw" danej opcji.
    W systemie jednomandatowym sprawa jest jasna. Głosuję za kandydatem Abackim, bo więcej cech jego programu i osobowości mi odpowiada, a przeciw Babackiemu, u którego więcej mi się nie podoba.
    W ordynacji "proporcjonalnej" jest podobnie, tylko sprawa rozgrywa się między partiami. Jeśli jestem za PiS-em, to jestem przeciwko SLD, przeciwko (choć może w innym stopniu) LPR, Samoobronie i innym.
    O tym, na ile wyborca głosując za jedną partią, jest jednocześnie przeciwko innym, mogą świadczyć wybory do Senatu, gdzie wyborcy mogli głosować na kandydatów kilku partii. Jak wiadomo, wygrało te wybory PiS, uzyskując połowę mandatów, a drugie miejsce zajęła PO (34% miejsc). Za LPR opowiedziało się 7%, a Samoobrona dostała 3% mandatów. Wyborcy wyraźnie nie chcieli, żeby PiS współrządziło z Lepperem czy Giertychem, woleli, żeby to była koalicja PO-PiS.
    Fakt, że LPR otrzymała 7% poparcie, oznacza, że ok. 93% Polaków nie chce jej u władzy. Podobnie jest z Samoobroną.
    Takie są uparte fakty i nic do tego nie ma, że akurat mnie Giertych nie przeszkadza. Przeszkadza za to zdecydowanej większości Polaków i dlatego jego obecność w rządzie będzie sposobem na reanimację partii, które już zdawałoby się nigdy nie wrócą - jakiejś Socjaldemokracji, kolejnej wersji Mumii Wolności itd.
    Jarosław Kaczyński pozyskując tych polityków do koalicji i oddając im pod kontrolę ważne dla państwa i obywateli dziedziny życia, lekceważy wolę społeczeństwa i jednocześnie osłabia swój rząd.
    Oczywiście prezes PiS stoi w sytuacji bez wyjścia, w której znalazł się na skutek absurdalnego mechanizmu wyborczego tzw. ordynacji proporcjonalnej, nie dającej nigdy jednoznacznego rozstrzygnięcia wyborczego. Jej pozorna zaleta, polegająca rzekomo na odzwierciedleniu preferencji wyborców, okazuje się czystą fikcją. W gruncie rzeczy jest dokładnie odwrotnie. "Proporcjonalny" system wyborczy prowadzi do uzyskiwania - wbrew woli społeczeństwa - przez ugrupowania marginalne nieproporcjonalnie dużego wpływu na sprawy państwa.
    Jarosław Kaczyński - który jest zwolennikiem ordynacji proporcjonalnej, a wrogiem Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, pokazuje nam, jak irracjonalne czasem bywają działania nawet wybitnych polityków. W jego najlepiej pojętym interesie leżałoby bowiem poparcie JOW, zmiana ordynacji wyborczej i jak najszybsze ponowne wybory posłów do Sejmu w JOW. Kierowany przez niego obóz polityczny uzyskałby w tak wybranym parlamencie najprawdopodobniej przewagę umożliwiającą samodzielne rządzenie krajem. Tymczasem Kaczyński - przeciwny JOW, próbuje ułożyć układankę, która nikomu dotąd się nie udała.
    Zawarcie koalicji tylko na chwilę maskuje źródła konfliktu między uczestnikami rządowego układu, które stały się przecież przyczyną rozpadu "paktu stabilizacyjnego". Mniej więcej wiosną przyszłego roku konflikt wybuchnie ze zdwojoną siłą, grzebiąc przewagę PiS i torując drogę do władzy premierowi Andrzejowi Lepperowi. Przypomnijcie sobie wówczas, że to przepowiedziałem.

    Janusz Sanocki

  • Janusz Sanocki był burmistrzem Nysy, jest jednym z liderów Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    UPRzejmy punkt widzenia (13) - Wojciech Popiela Wysłane wtorek, 9, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Liczba rejestrowanych przez urzędników bezrobotnych maleje. Inwestycje rosną. Wiosna w pełni. Rząd ma upragnioną większość. Co na to UPR?

    Dla uzyskania lepszej perspektywy warto spojrzeć na bieżące sprawy z oddali. Na początek z Brukseli. Komisja Europejska ogłosiła, że w roku 2006 "unijne fundusze" mogą sięgnąć 1,2 proc. PKB Polski. Znaczna część tych "unijnych" pieniędzy pochodzić będzie z naszych podatków przekazywanych do Brukseli. Tymczasem zewsząd słyszymy, że te 1,2 proc. naszego PKB ma dźwignąć Polskę na niespotykane wyżyny rozwoju. Czy tak samo wielkie nadzieje wiążemy z podwyżką pensji o 1,2 procent, gdy dodatkowo podwyżka współfinansowana jest z naszej drugiej kieszeni?

    Drugie spojrzenie z… przyszłości. Dzisiejsza liczba wicepremierów, wiek ministra i tym podobne problemy za 30 lat będą bez znaczenia. Znaczenie będą miały znane już dziś liczby. Wzrost polskiego PKB w roku 2005 wyniósł wg Komisji Europejskiej 3,2 procent. Wzrost zadłużenia skarbu państwa polskiego wyniósł w tym czasie ok. 38 miliardów złotych t.j. 9 procent. Polacy rękami Sejmu, Senatu i Prezydenta zadłużani byli w roku 2005 w tempie trzy razy szybszym niż się bogacili. Jak będzie w roku bieżącym i w latach następnych? Gdy poprosiłem o komentarz do tych cyfr osoby ze "świata finansów" będące prelegentami "Trendu Gospodarczego Newsweeka" usłyszałem jedynie, że rząd stanowi konkurencję dla banków. Nikt nie zechciał odnieść się do faktu zbliżania się w tempie kilku miliardów miesięcznie do granicy zadłużenia wynoszącej pół biliona złotych i wpływu tego faktu na bieżące możliwości rządzenia w Polsce.

    Ale i taki wzrost i takie zadłużenie pozwalają rządzić. Oto w roku 2002 SLD-owski rząd RP udzielił biednemu jak mysz kościelna rządowi… Chińskiej Republiki Ludowej kredytu w wysokości 85 mln dolarów. W tym samym roku ten sam rząd udzielił kredytu Federalnemu Rządowi Federalnej Republiki Jugosławii w kwocie 50 mln dolarów. Kredyt udzielony przez rząd RP spłacany ma być przez 14 lat po dwóch latach okresu karencji i oprocentowany na poziomie 0,75%. Dla porównania rząd RP sprzedaje obligacje dwuletnie z obietnicą oprocentowania około 3,7 proc. w skali roku. W roku obecnym rząd RP ponownie udzielił kredytu Serbii i Czarnogórze. Wszystko to dla naszego dobra. Z jednej strony, wg opłacanego z naszych podatków podsekretarza stanu w Ministerstwie Finansów, "nasi przyjaciele z Serbii i Czarnogóry będą mogli dzięki temu kredytowi zrealizować bardzo ważne dla nich przedsięwzięcia w infrastrukturze i rolnictwie". Z drugiej zaś może się to przyczynić do "promocji polskiego eksportu" i innych dobrodziejstw używanych zawsze jako argument za bezlitosnym łupieniem polskiego podatnika.

    A tymczasem protestują lekarze. Media przekazują jedynie hasło: wyższe płace. Lekarze doskonale wiedzą jednak, że w obecnym systemie żadne pieniądze niczego już nie zmienią. Przepadną tak jak miliardy poprzednich. Tak jak nie można było oczekiwać od państwowej "Społem" ogarnięcia całego handlu po roku '89, tak samo nie można się dłużej łudzić, że oparty na socjalistycznych zasadach "system ochrony zdrowia" poradzi sobie z postępem w medycynie, naciskiem firm sprzedających sprzęt, leki i ubezpieczenia i normalną chęcią lekarzy i pielęgniarek, by zarabiać pieniądze adekwatne do wykonywanej pracy i możliwości finansowych klientów - pacjentów. Potrzeba odważnego kroku uwalniającego system od państwowego pośrednictwa generującego patologię i niewydolność. Trzy kromki chleba, jajko na twardo, łyżka majonezu i kawałek masła jako niedzielna kolacja podawana pomiędzy godziną czwartą a piątą w warszawskim państwowym szpitalu pokazuje możliwości obecnego systemu. Radiowy głos przedstawicielki pielęgniarskiej "Solidarności", że polskich pacjentów nie stać na "współpłacenie" - ukazuje jedną stronę medalu. Drugą są kwoty zabierane tym samym pacjentom, a finansujące "bezpłatność" i kwoty trafiające bezpośrednio z kieszeni pacjenta do kieszeni personelu. A jeszcze inną sprawą zastanawiający fakt, że lekarzowi "na etacie" nie można zapłacić 3 tysiące, lecz tysiąc, ale temu samemu "na kontrakcie" biedny szpital można zapłacić 6 tysięcy. Czy objęcie stanowiska szefa NFZ przez pana Sośnierza, mającego niegdyś związki z UPR i wizję naprawy systemu zmieni tę sytuację?

    Polska ma nowy rząd. Wolne i niezależne media atakują go za sam fakt istnienia. Ciekawe, że nie atakowały tak zajadle, gdy do władzy dochodziła przepoczwarzona PZPR, gdy "Magister" kłamał, zataczał się w Charkowie itd. Ciekawe, że media przez tyle lat nie zainteresowały się zawartością i weryfikacją teczek SB, choć zdjęcia ministra, buntownika w młodości są w stanie zdobyć w dwa trzy dni. Obiektywizm aż razi po oczach i uszach na papierze i w eterze.

    Najciekawsze są chyba ataki na objęcie Ministerstwa Indoktrynacji Dzieci i Młodzieży, inaczej MEN, przez pana Giertycha. W atakach tych ustami atakujących objawiono Polakom prawdę o tym ministerstwie. Atakujący podnoszą, że przez narzędzia, jakie daje to ministerstwo, można z Polskich dzieci zrobić Młodzież Wszechpolską. Wiedzą, co mówią. Można było zrobić Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, można było Szkolne Koła Europejskie, więc zapewne można i Młodzież Wszechpolską. Przypominam więc propozycję UPR: niech szkoły w Polsce będą niezależne od państwa i jego urzędników. Niech zależą od rodziców i nauczycieli. Oddajmy im ich pieniądze i niech wybiorą najlepszą drogę rozwoju dla własnych dzieci. Tymczasem nowy minister zapowiedział uczynienie z nauczycieli "funkcjonariuszy publicznych". W ramach "drogi ku thatcheryzmowi" zapewne.

    Premiera Leppera nie czepia się nikt, a w każdym razie nie za objęcie Ministerstwa Rolnictwa. Jest rolnikiem i wie, jak zajmować się sobą i sobie podobnymi. Zwłaszcza gdy ma się do dyspozycji pieniądze wszystkich Polaków i nadzieję na wiele worków wypchanych euro. Zgodnie z wytycznymi Brukseli, gdzie jak gdzie, ale w rolnictwie - bez socjalizmu nie można. Uśmiech budzi tylko płynąca z eteru naiwna wiara, że nowe władze MR sprawią, że grupy interesów nie będą robiły interesów za pomocą informacji, pozwoleń i pieniędzy przepływających przez MR. Jeśli nie grupy związane z SLD, to inne. System pozostaje bowiem bez zmian, zmiana nastąpiła tylko przy wodopoju.

    Co na to zwolennicy wolności? Prócz kolejnego tygodnia, w którym będziemy zarabiać na utrzymanie naszych nowych panów, najwyższa pora na zwieranie szeregów do kolejnych wyborów. Z uwagi na pogłoski, że pan Piskorski zajmie PO, w której pokładał nadzieję i pan Olechowski, konkurencją swojej nowej formacji, UPR będzie mogła dać zwolennikom IV RP wolnościową alternatywę. Warunkiem sukcesu jest by wszyscy dający nam dobre rady i kibicujący nam włączyli się do wspólnej pracy. Młodzież do pracy w Sekcji Młodzieżowej UPR. Jest nas około 150.000. To, z uwagi na skład tych tysięcy - siła mogąca zmienić Polskę. Chętni stanąć na czele tych zmian proszeni są o pilne zgłaszanie się do okręgów i oddziałów. Tracony czas nie gra na korzyść sprawy wolności w Polsce. Dotychczasowi wojownicy sprawy wolności mają coraz mniej sił w samotnej walce... Stanie, jak dotąd, obok wystarczy, by to się nie powiodło! Nie ma na co czekać. Nikt za nas tego nie zrobi!

    Na koniec wiosenna zagadka z nagrodą: o kogo chodzi? Był członkiem NSZZ "Solidarność", przez wiele lat pracował jako nauczyciel. W latach 1990 - 1992 był kuratorem w Kuratorium Oświaty. Po obaleniu rządu premiera Olszewskiego, w roku 1992 został wiceministrem edukacji narodowej w rządzie Hanny Suchockiej. W latach 1993 - 1995 pracował jako konsultant i wicedyrektor Wojewódzkiego Ośrodka Metodycznego.
    Pierwsza osoba, która przyśle prawidłową odpowiedź (tytuł: ZAGADKA) na adres prezes@upr.org.pl otrzyma nagrodę książkową.

    Wojciech Popiela

    Publicystyka i nagrania TV ASME Wojciecha Popieli na ASME.


    Stanisław Michalkiewcz w Zachodniopomorskiem - 08-09 maja Wysłane poniedziałek, 8, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    KOSZALIN, 8 maja

    17.00 - 18.00 - konferencja prasowa dla lokalnych mediów
    Miejsce: Sala Konferencyjna Radia Koszalin, ul. Piłsudskiego 41;

    18.00 - 20.00 - spotkanie otwarte z mieszkańcami Koszalina, pt. "Wolność, Własność, Sprawiedliwość"
    Miejsce: Sala Konferencyjna Radia Koszalin, ul. Piłsudskiego 41.

    KOSZALIN, SŁUPSK, 9 maja

    Koszalin


    11-13 - spotkanie dla studentów Politechniki Koszalińskiej, pt. "A kiedy Ty wyjedziesz do pracy w Irlandii? Stanisław Michalkiewicz o tym, dlaczego w Polsce trudno znaleźć pracę".
    Miejsce: Aula Wydziału Ekonomii i Zarządzania PK, ul. Kwiatkowskiego 6E

    Słupsk

    18.00 - otwarte spotkanie w Civitas Christiana, ul. Paderewskiego.

    Organizatorzy zapraszają na spotkania otwarte wszystkich sympatyków i chętnych do poznania i dyskusji ze Stanisławem Michalkiewiczem - publicystą także i naszej witryny ASME.


    Trzech dni nie starczyło... czyli same sukcesy w rządzie pod słusznym przewodem w pełni rozkwitłego jednego dnia tysiącem kwiatów Populizmu i Socjalizmu Wysłane poniedziałek, 8, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Same sukcesy rządu pod egidą prawicawego ugrupowania Populizm i Socjalizm! Trzy dni nie minęły od drżącym głosem (Autentyczne! Ludzie to widzieli na ekranach telewizorów!) wypowiedzianej przysięgi przez tow. Leppera Andrzeja o służbie Narodowi/Społeczeństwu (niepotrzebne skreślić), zakończonej formułą dla post(?)komunistów lekko przekształconą w "Tak mi dopomóż Buk!" - a ten nieoceniony CZTEROKROTNIE już prawomocnie skazany warchoł oraz samorodny (no, z cichą pomocą...) talent politykierski granatem oderwanym od samej brony zdał pierwszy egzamin w zadaniu wytyczonym mu przez uśmiechniętych i szczęśliwych byłych sekretarzy POP i wyższych szarż, z którymi miał później do czynienia.

    "Wicepremier i minister rolnictwa Andrzej Lepper zapowiedział w Sygnałach Dnia, że złoży skargę do Strasburga przeciwko polskiemu rządowi, jeśli zostanie uznany za winnego pomówienia trzech polityków. (...) Mimo że jestem członkiem rządu wystąpię przeciwko polskiemu rządowi, przeciwko sądom w Polsce. Wystąpię, bo to jest niespotykane na skalę światową, żeby z trybuny sejmowej nie można było pytań zadać. Przecież to jest skandal [- krzyczał wzburzony tow. Lepper. Przyp. KP]" - donosi w pierwszych ciepłych promieniach 8 maja giełda żurnalistyczna, w tej formie zacytowana przez ośrodek walki ideologicznej w postaci tzw. walterowni, a konkretnie jej oddziału pod nazwą Onet.pl. Paradne, nieprawdaż? Minister (sługa) ledwo co mianowany - już z ozorem leci do "wyższej, zagranicznej instancji" na "krzywdę, panocku, siem mi dziejącom" z powodu swojego rozpuszczonego jak dziadowski bicz ozora, za co po latach bierze wciry przed rozbawioną widownią. Największy rechot dobiegnie zza granic "polskiego regionu", gdzie takiej krotochwili jeszcze chyba nie widzieli, ale co z lubością zostanie wpisane w obraz "koalicji populistyczno-szowinistycznej", której taki, a nie inny wizerunek kreśli z zaciętością spora część obcoplemiennych ośrodków walki politycznej, dla pozorów określana redakcjami żurnalistycznymi. To, że jest to wielki koalicjant prawicawego ugrupowania, ale jednak ukazywanego tamże jako prawicowe, od razu wobec którego europejska lewizna stanęła dęba i okoniem - a jednocześnie minister od pługa i brony - stanowi i stanowić będzie samą esencję żartów i docinków, które już w tej chwili, kiedy ja tu stukam w klawisze, tam tak samo rodzą się przy szybszych maszynach przeliczeniowych i edytorach tekstów. Sukces! No, sam cymes i szafranem sypany sukces towarzysza Leppera! Kiedy minionej nocy zastanawialiśmy się w kręgu redakcyjnym przy wydaniu kolejnego numeru poczytnego tygodnika prawicowego nad ogólnym stosunkiem do ledwo co zadzierżgniętej koalicji, jego naczelny kręcąc z niezadowoleniem głową, nie umiał zdecydować się, jak powinien odnosić się mieć do tej hybrydy, obecnie rządzącej Polską. Kiedy wyraziłem uprzejmą wątpliwość, że nie jestem do końca również pewien, czy ten warchoł nie jest aby wspaniale uplasowanym osiołkiem (konie to zwierzęta szlachetne) "trojańskim ezelde", przy której tak wiernie przecież warował przez lata minione - sam nie mogłem w najśmielszych wyobrażeniach przypuszczać, że tak szybko uzyskam pierwsze oznaki potwierdzenia wahań co do jakości i umiejętności politycznych jego rozgrywających partenrów z PiS. A jednak. Trzech dni nie stało...

    Minuty dosłownie później niektórzy zgięli się w kolejnym paroksyzmie wesołości. Wysoki minister administracyjny i wewnętrznego, niezachwianego porządku Dorn Ludwiczek nie wytrzymał też tych nawet trzech dni i wydusił z siebie po ciężkim zastanowieniu na falach eteru w Radiu Zet (co zrelacjonowała z ukontentowaniem oczywiście tzw. walterownia w postaci witryny Onet), że "nie chciałby, aby dzieci wychowywano w ramach światopoglądu, który reprezentuje Młodzież Wszechpolska". Przed trzema dniami dostał ich z dobrodziejstwem inwentarza w ramach prezentu zachwalanego przez swoich kompanionów partyjnych jako jedyny możliwy "układ" mający szansę znieść dotychczasowy "układ" bezpieczniacko(a więc niejako obecnie pokrewny do sługi Dorna)-post(?)komunistyczny, ale - nie! Nie mógł wytrzymać, i "z buta" wygarnął dla poklasku, co ma na wątrobie, bo nie przecież - na umyśle! Proszę patrzeć i podziwiać, proszę Państwa - oto prominentny przedstawiciel partii określanej przez warszawską ulicę mianem (z małym moim zaczynnym wkładem sprzed lat już czterech) Populizmu i Socjalizmu, partii "ostoi i porządku", "sanatorów", restauratorów "powagi i odpowiedzialności" w polityce "prawej strony" sceny trup aktorskich - oto w całej okazałości JE Ludwik DORN! (Oklaski)

    Sukcesy koalicji PiS-SO-LPR ze wskazaniem na głównych winowajców leją się w coraz cieplejszych godzinach poranka dnia dzisiejszego jak z wodospadu: oto przez pół roku pojętni i zdolni jak Maciek gazdowej, ale za to nieustępliwie wesolutcy jak szczypiorek na wiosnę reprezentanci swego elektoratu, posłowie "prawicy" dołożyli kolejny kamyczek pracującym na własny rachunek obywatelom "regionu polskiego UE", zapewne w nadziei, iż ci zdecydują się wreszcie na porzucenie swych utopijnych zajęć i powrócą na garnuszek państwowego wiktu, który bierze się mojżeszowo-dornowym sposobem oczywiście - z nieba, na wezwanie prawicawych, ale za to "propaństwowych" Przodowników Ludu. W lipcu 2005 post(?)komuniści uchwalili nowelizację ustawy o rentach i emeryturach, podnoszącą obciążenia fiskalne (bo jak je inaczej prawdziwie określić?) dla zaradnych osób w starszym wieku, ale też często podejmujących pracę w złudnej nadziei na umożliwienie sobie i swoim najbliższym związania końca z końcem przed dniem wypłaty świadczeń państwowych. PÓŁ ROKU! Tyle czasu zajęło znawcom i erudytom "państwowości" zorientowanie się, że coś nie jest tak z przyszłością dużej części potencjalnego elektoratu w przyszłych wyborach. "Od czerwca 200 tys. przedsiębiorców zapłaci czterokrotnie wyższą składkę ZUS. 800 tys. czeka kosztowniejsze rozliczanie z fiskusem (...). Od 1 czerwca 200 tys. dorabiających do renty przedsiębiorców będzie musiało co miesiąc płacić pełną składkę ZUS: zamiast 170 zł, aż 717 zł. (...) Posłowie przyznali, że się "pomylili". Zapowiadali zmianę przepisów" - donosi witryna WP, a Onet uzupełnia: "Niemiłą niespodziankę Ministerstwo Finansów ma także dla 800 tysięcy przedsiębiorców, którzy dziś rozliczają się ryczałtem lub kartą podatkową. Zamiast ryczałtu bądź karty małe firmy będą musiały rozliczyć się tzw. księgą przychodów i rozchodów, która dla drobnych firm jest czarną magią. Za jej prowadzenie zapłacą więc biurom rachunkowym".
    PÓŁ ROKU - by się dowiedzieć, co czeka ludzi na rządzonych przez "sanatorów" terytorium... Fachowcy!!!

    Dalsze same sukcesy w rządzie PiS-Sama Brona-LPR! Oto - jak prorokują żurnaliści - gwałtownie zmniejszy się bezrobocie w "polskim regionie UE" i co bardziej energiczne oraz wartościowsze dla zleceniodawców jednostki będą miały okazję powstrzymania się przed wyjazdem za wyśnioną pracą na zmywaku tudzież kelnerstwie w Europie Zachodniej i zatrudnienia się w rodzimym kręgu gospodarki wysoce uspołecznionej, związanej z wyjątkowo bliskimi kontaktami interpersonalnymi, a w ogóle - w wymarzonym przez sporą część "nowo-wykrztałceńcow" dziale bankowości stosowanej. Media (tym razem też spod znaku fachowców z tzw. walterowni, a ci się przecież znają na rzeczy, ooo taaak...!) - Onet donoszą: "Żeby zarobić na windykacji, firmy muszą zatrudniać nowych pracowników. Dlatego ich liczba powiększy się w tym roku o 30 procent. (...)" Trzydzieści procent! Tysiące ludzi! Każdy się cieszy, włącznie z dłużnikami, bo ci też wiedzą, że suma sumarum - przyczynią się do wzniesienia stopy wzrostu, przynajmniej w sektorze finansowym, na wyższy i społecznie bardziej adekwatny poziom. Poziom wzrasta już - w tej chwili nawet, gdyż ludzie zaciągają kredyty na zakup psów systemu rotweiler, których komornicy się boją i trudno je zabrać właścicielowi na poczet długu, a wiec - gospodarka - pędzi z zawrotną prędkością, dzięki nie komu innemu, tylko światłym poczynaniom rządu premiera Marcinkiewicza, jak on sam skromnie zauważył w wywiadzie dla super"trendowatej" gazety "Der Dziennik" w ten sam piątek, kiedy zyskiwał nieocenionych współpracowników z Samej Brony i Ligi Polskich Rodzin...

    Jeden dzień, proszę państwa, jeden dzień! A nawet - dokładnie jego połowa! Co przyniosą kolejne godziny? Zapewne pasmo kolejnych sukcesów.

    Olé! (trzeba uczyć się nowych języków...)

    Krzysztof Pawlak

    Publicystyka Krzysztofa Pawlaka na ASME


    Fejginięta znowu smrodzą? - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 8, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Stefan Kisielewski zanotował w swoich „Dziennikach” taką oto anegdotę. Dyrektor szkoły w czasie lekcji spotyka na boisku ucznia Aaronka. - Dlaczego nie jesteś w klasie? - Bo logiki nie ma - odpowiada Aaronek. - Jak to nie ma logiki, co to ma znaczyć? - domaga się wyjaśnień dyrektor. - Bo, panie dyrektorze - wyjaśnia Aaronek - ja się zesmrodziłem i pan nauczyciel wyrzucił mnie za drzwi. I teraz oni siedzą tam w tym smrodzie, a ja jestem na świeżym powietrzu. Była to taka aluzja do emigracji Żydów po tzw. wydarzeniach marcowych w 1968 roku.

    Bo rzeczywiście; z polecenia Stalina komunizm w Polsce robili Żydzi, już choćby z tego prostego powodu, że innych komunistów było ci u nas jak na lekarstwo. W latach 40. i 50. wbijała tubylcom zasady „socjalistycznej demokracji” trójka wszechwładnych cadyków: Jakub Berman,
    Roman Zambrowski i Hilary Minc. Oprócz nich było oczywiście mnóstwo cadyków drobniejszego płazu, ot. np. taki Marian Naszkowski, niby cywil („cywił ci ja, cywił”), a nawet... generał. Oto, co pisze o nim Stefan Kisielewski: „Wiceminister spraw zagranicznych Naszkowski, enkawudysta, politruk, wróg bezlitosny wszystkich w tym ministerstwie liberałów, dostał kopa (w 1968 roku - SM) i poszedł na pozbawione znaczenia stanowisko redaktora „Nowych Dróg”. (...) Naszkowski Żyd (mówili, że Ormianin), teść Tykocińskiego, który uciekł na Zachód z Berlina, ale bez żony, bo ta wróciła. Nic mu to nie pomogło - poza tym facet okropny”. Wreszcie inni cadykowie w UB dziesiątkowali tubylców, wykonując w ten sposób polecenie tow. Ponomarienki. Zauważył on jeszcze bodaj w roku 1944, że mimo niemieckiej okupacji, na terenie Polski nadal jest jeszcze co najmniej 2 mln mężczyzn zdolnych do walki, więc dla większego bezpieczeństwa sowieckiego panowania, trzeba coś z nimi zrobić. Toteż najbardziej niebezpiecznych AK-owców zapakowano na Majdanek, potem do wagonów i wywieziono w głąb Rosji, a resztą zajęły się w UB Fejginy i ich tubylczy pomagierzy. Nawiasem mówiąc, teraz też „Gazeta Wyborcza” bardzo się cieszy, że „młodzi ludzie” wyjeżdżają z Polski do pracy w Anglii lub Irlandii. Wiadomo, że wyjeżdża element najbardziej ruchliwy, energiczny, który w razie czego... Czasy się zmieniły, Kołyma na razie zamknięta, ale przecież i w tych warunkach można realizować politykę demograficzną. Więc kiedy po 1956 roku najważniejsi cadykowie odeszli w tzw. odstawkę („Bo Berman oraz Minc Hilary / Ludowej władzy dwa filary / Leżą strzaskane Gnoma ręką / I nawet im nie wolno jęknąć”), to płk Anatol Fejgin, jako „parch pro toto”, został nawet skazany na więzienie, ale ostatecznie nic złego mu się nie stało, jeśli nie liczyć tego, że, podobnie jak i my, musiał wywąchiwać to, co zostało nasmrodzone.
    Z tym komunizmem okazało się, że to było nieporozumienie, że do świętych ksiąg wkradł się błąd drukarski, bo tak naprawdę, to nie chodziło o demokrację socjalistyczną, tylko demokrację pluralistyczną, która charakteryzuje się tolerancją i w ogóle. Takiego odkrycia dokonały fejginięta, stając z tego tytułu znowu na czele demokratycznych przemian i ponownie mentorując tubylcom, oczywiście już nie z rekomendacji Stalina, tylko razwiedki, z którą dogadały się przy okrągłym stole. Wprawdzie w demokracji pluralistycznej przynależność narodowa podobnież traci wszelkie znaczenie, ale np. w takiej „Gazecie Wyborczej” chyba jednak nie do końca? No a w „Newsweeku? A w „Przekroju”? A w Fundacji Batorego? Skoro można by takie przykłady mnożyć, to może jednak przynależność narodowa wcale nie traci na znaczeniu? W końcu narody nadal istnieją, a skoro istnieją, to mają swoje narodowe interesy, a skoro mają swoje narodowe interesy, to może się przecież zdarzyć, że np. interes żydowski będzie całkiem inny niż, dajmy na to, polski. I co wtedy? Ano, wtedy trzeba będzie dokonać wyboru i właśnie w tym miejscu zaczyna się problem. Bo oto nasze fejginięta, pod pretekstem internacjonalizmu, ale oczywiście już nie tamtego, „proletariackiego”, ale nowego, „europejskiego”, rozpoczęły energiczną walkę z „ksenofobią”, która zaczyna przypominać tamtą poprzednią walkę z „reakcją”. Oczywiście już nie w imię „socjalizmu”, tylko „tolerancji”, ale - powiedzmy sobie szczerze - cóż to za różnica, kiedy walka z „ksenofobią” znowu przekracza ramy perswazji i sięga po argument prokuratora, sądu i więzienia? Krótko mówiąc, na naszych oczach zaczyna wznosić się fala terroru, która, niczym ongiś widmo komunizmu, znów krąży po Europie. Szwedzki pastor dostaje trzy miesiące więzienia za powiedzenie w kazaniu, że homoseksualizm jest „grzechem”, David Irving w Austrii dostaje trzy lata za książkę napisaną 17 lat temu, u nas dr. Dariusz Ratajczak, za przedstawienie studentom poglądów rewizjonistów Holokaustu skazany za „kłamstwo oświęcimskie”, śledztwo wszczęte przez toruńską prokuraturę przeciwko niżej podpisanemu pod tym samym zarzutem za ujawnienie bezzasadnych żydowskich roszczeń wobec Polski, a przecież w kolejce czeka jeszcze prof. Jerzy Robert Nowak - m.in. za zdemaskowanie łgarstw „profesora” Grossa czy prof. Bogusław Wolniewicz - za niezależne poglądy. Kolizja interesów narodowych popycha fejginięta do wściekłych ataków na Radio Maryja - jedyne miejsce, gdzie Polacy mogą jeszcze przemawiać własnym głosem, a podobnie jak kiedyś fejginom sekundowały Sowiety - dzisiaj fejginiętom sekundują Niemcy, pielęgnujący "strategiczne partnerstwo z Rosją".

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    W sferze idei ten rząd może mieć osiągnięcia, w gospodarce dominować raczej będzie socjalizm - Prezes UPR Wojciech Popiela o nowych twarzach w koalicji rządowej Wysłane poniedziałek, 8, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    W sferze idei ten rząd może mieć osiągnięcia, w gospodarce dominować raczej będzie socjalizm - Prezes UPR Wojciech Popiela o nowych twarzach w koalicji rządowej
    Wysłane poniedziałek, 8, maja 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Na pewno wielu z Państwa wie, jakie problemy może sprawiać 17-letnia córka i w związku z tym wie, co w związku z tym za problemy może sprawia 17-letnia nasza młoda polska demokracja. Oto »najczarniejsza czerń«, żeby zacytować »ałtoryteta moralnego« Marka Edelmana i pana medialnego Tomasza Lisa - dochodzi do władzy i to wszystko w majestacie prawa (!). Córki zaczynają być niesforne w takim wieku i dopóki jeszcze chodzą za rączkę, i słuchają poleceń - wszystko jest w porządku, ale kiedy zaczynają nie wracać o ustalonej porze - wtedy zaczyna się problem W Polsce powstał ten problem, bo powstał »chadecko-populistyczno-narodowy« rząd, który z pewnością nie jest narodowy. Komentarze koncentrują się na dwóch osobach - wicepremierach Lepperze i Giertychu" - Wojciech Popiela, prezes UPR, komentuje nową parlamentarną i rządową większość "prawicawą".

    Donald Tusk, przywódca partii, która lubi określać jako "konserwatywno-liberalna", od razu stwierdzi, że PiS jest winien temu, że wychowawcą naszych dzieci jest będzie Roman Giertych. To ukazuje "wolnościowe" podejście pana Donalda Tuska. Jeśli podobno "wolnościowiec" twierdzi, że urzędnik, jaki jest minister MEN, może być wychowawcą "naszych" dzieci - to po pierwsze: i słowo "naszych" jest tu nie na miejscu w ustach "wolnościowca", i wychowawca-urzędnik - wychowawcą dzieci w Polsce, zważywszy, że pan Donald Tusk nie protestował, kiedy ministerką edukacyjną była eks(?)-komunistka Łybacka i jej poprzednicy z PZPR, która była partią kolaborantów sowieckich opresorów Polaków, a osobiście - lansowała swój sadystyczny pomysł objęcia przymusową "opieką szkolną" i wyjęcia spod kurateli rodzicielskiej dzieci od piątego roku życia.
    Przewodniczącemu Tuskowi przeszkadza jednak tylko Giertych. Z punktu widzenia programu UPR urzędnicy nie powinni pośredniczyć w pobieraniu wiedzy pomiędzy nauczycielami a uczniami. Gdyby realizowano program wolnościowy w Polsce, co pan Tusk miał wielokrotnie okazję czynić dotychczas w Polsce jako wielokrotny poseł - mógł wprowadzić system wolnościowy, w którym rząd i urzędnicy nie mieliby wpływu na szkoły, i wtedy nie rządziłby Jego dziećmi i dziećmi innych obywateli żaden urzędnik, nawet pan Giertych czy towarzyszka Łybacka, tylko sam wybierałby najlepszego edukatora dla pociech.
    Minister edukacyjny Giertych jest dobrą przeciwwagą dla wypowiedzi tow. komisarza unijnego Verheugena, który przed kilkom laty miał czelność powiedzieć, że szkoły w Polsce mają za zadanie wychować "nowego Europejczyka", co jako żywo przypomina wezwania sowieckich okupantów Rzeczypospolitej do niegdysiejszej hodowli "człowieka sowieckiego".
    Tow. Lepper Andrzej został ministrem rolnictwa - będzie robił rolnikom "dobrze" za pomocą naszych pieniędzy, zostaną oczywiście utrzymane dopłaty do zasiewów, do hektarów, czyli czysty socjalizm. W gospodarce nie należy w związku z tym rządem oczekiwać niczego dobrego...

    Nagranie trwa ponad 10 minut i jest dostępne w Sieci do 21 V 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.