lutego 11, 2006 - lutego 21, 2006

"Może niektórzy z księży i palili, ale na pewno się nie zaciągali"! - oświadcza JE biskup Pieronek - Stanisław Michalkiewicz o długiej tradycji "tradytorów" i "donatystów" w Kościele powszechnym Wysłane wtorek, 21, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Historia się powtarza, przeważnie jako farsa oczywiście, warto więc cofnąć się głęboko, aż do czasów starożytnych i przypomnieć sobie, jak to w czasach niedługich po Chrystusie, na początku IV wieku Kościół został rozdarty na dwie frakcje - na tle »lustracyjnym«, jak byśmy dzisiaj to określili - na frakcję »donatystów« i »antydonastystów«. Wtedy to cesarz Dioklecjan u schyłku swego panowania wydał aż cztery edykty przeciw chrześcijanom, a chodziło o to, by zabierać, głównie prezbiterom, egzemplarze Nowego Testamentu. Wielu z nich przypłaciło swój opór męczeństwem, ale byli tacy, którzy się ulękli pogróżek i tortur, i Pismo Święte oddali, i takich nazywano »tradytorami«. Za następnego cesarza Konstantyna Wielkiego, jeszcze przed Edyktem Mediolańskim, rozpoczęły się spory, co zrobić z z tymi, co się »tradowali«, czy powinni mieć takie same prawa, jak wszyscy inni" - Stanisław Michalkiewicz pochyla się nad najnowszymi enuncjacjami wysokich hierarchów Kościoła katolickiego.

Ponieważ konflikt się nasilał, ci, którzy uważali, że "tradytorom" należy przebaczać, nie mieli innego wyjścia, tylko zaapelowali do Konstantyna, by użyczył swoich wojsk - do spacyfikowania "donatystów". Dzisiaj w Polsce jest nie inaczej: podobny problem występuje wśród prezebiterów, którzy są podejrzewani o współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa PRL. Żaden się nie przyznaje, bo takie hasło rzucił w listopadzie i grudniu 2004 roku JE arcybiskup Życiński, a chwilę później utworzył Komisję Prawdy i PO-jednania, która dłuuugie lata będzie oczywiście badać wszystkie te "przypadki", a jak będą one "badane", to oczywiście nikt oprócz Komisji do materiałów nie będzie miał dostępu.
Oto JE biskup Pieronek oświadcza dla tygodnika "OZON", że "niektórzy może i palili, ale na pewno się nie zaciągali"! "A w ogóle wszyscy palili" - oświadcza JE biskup Pieronek, ale Stanisław Michalkiewicz przypomina, że zna takich, którzy w ogóle nie palili...
Od razu zabiera głos redaktor Turnau, główny teolog "Gazety Wyborczej" - w końcu nikt tak się nie troszczy o Kościół katolicki, jak "GW"! - wystąpił do Episkopatu polskiego ze stanowczą petycją, by ten potępił "dziką lustrację". A wiadomo, że "dzika lustracja" tym różni się od "lustracji cywilizowanej", że w tej drugiej "tradytorzy", jako osoby z "towarzystwa" są oczyszczane z wszelkich podejrzeń.
Drugi temat felietonu Stanisława Michalkiewicza to sprawa skazania "kłamcy kryształowego" wczoraj w Austrii Dawida Irwinga, który w czasie trzech miesięcy pobytu na koszt podatników austriackich w zakładzie resocjalizacyjnym "zrozumiał swoją powinność" i złożył samokrytykę przed sądem. Ale władze austriackie i niemieckie z pełną atencją dbają o reputację swoich narodów, że są one odpowiedzialnymi mordercami oraz współpracownikami morderców Żydów!

Nagranie trwa ponad 8 minut i jest dostępne w Sieci do 10 III 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Poczytaj Mamie o SLD:
My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem!
... bo to tylko Kronika nasza Towarzy-&-ska: dla posłanki minionej Szynalskiej dwa lata (jak dla siostry... w zawiasach), a dla towarzysza URZĘDUJĄCEGO prezydenta Piotrkowa Trybunalskiego Matusewicza nieprawomocny przecież zakaz pełnienia "funkci" na pięć lat (no i 4 lata na koszt podatników...)
Wysłane poniedziałek, 20, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

Cytat podstawowy: "Obiektywnie socjaldemokracja jest umiarkowanym skrzydłem faszyzmu" Józef Stalin (Np. Onet.pl)


Także:

Poczytaj Mamie o PZPR/SLD: My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie
boim siem! ...bo kiedyś to za takie błachie przewinienia nie szło się na partyjny dywanik! Posłanka Szynalska R. z "ezelde" upolowała na szosie... 18-latka

Zaczęło się! Idący na pasku faszyzującej kliki bankrutów politycznych, stanowiący hańbę dla publicznie i demokratycznie wysoko uznanego za zawód zaufania społecznego sędziowie z okolic Warszawy poszli na lep antykomunistycznych podszeptów i wykonali morderczy spektakl na towarzyszce Szynalskiej, OSOBIŚCIE zasłużonej dla wielu wybitnych kameraden z centralnej Polski, skazując ją na karę dwóch lat (w zawieszeniu na pięć) za incydentalny wpadek, jaki jej się przytrafił okazjonalnie i jednorazowo przed dwoma laty, kiedy to student (pewnie z jugendówki PiS-iorskiej!) dokonał aktu zamachnięcia się na przejściu dla pieszych na rozpędzony w poszukiwaniu straconego cennego czasu posłanniczego, na drodze krajowej wiodącej bezpośrednio do parkingu przy ulicy Wiejskiej. Miniona posłanka, towarzyszka Szynalska będzie musiała - dodatkowo udręczona przez popleczników karłów reakcji - wynająć szofera, by móc się przemieszczać po polskim regionie UE w sprawach najwyższej wagi socjaldemokratycznej i agitować za dalszym pogłębieniem wielorakich i wytężonych stosunków z przodującą klasą decydencką Nowej Wspaniałej Europy. Szczytem zaś nietolerancji ze strony lejących wiadomą wodę na młyn rewanżyzmu antykomunistycznego, niezawisłych jeszcze w obliczu wzbierającego gniewu ludu europejskiego i posłusznych swym nowym panom sędziów pruszkowskiej karykatury wymiaru tzw. sprawiedliwości było przyznanie racji z przyczyn oczywistych nie mającemu jej, wynajętemu tzw. biegłemu toksykologowi, który zapewne w odruchu bezprzykładnej niechęci (i mowy nienawiści!) do wielokrotnie już na naszych łamach opisywanej, naturalnej dla kamratów PZPR-owskich metody nieustannego testowania poziomu lojalności wewnątrzgrupowej za pomocą produktów krajowego przemysłu monopolowego (bo partyjniacy zawsze wspierali narodowe w formie działania "naszego" przemysłu!), przedstawił jawnie wrogą jedynej klasie wybranej do rządzenia interpretację chuchu posłanki. Minionej, to fakt - ale za to wielokrotnej (trzy kadencie)! A więc - do adrema! Jak podał serwis Onet-u:

"Była posłanka skazana za jazdę po pijanemu
Na karę 2 lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5 lat oraz odebranie prawa jazdy na 3 lata skazał w poniedziałek sąd w podwarszawskim Pruszkowie byłą posłankę Renatę Szynalską (SLD, później niezrzesz.).
Sąd uznał, że jest ona winna spowodowania wypadku samochodowego w stanie nietrzeźwym - miała powyżej 0,8 promila alkoholu we krwi.
Sąd skazał ponadto b. posłankę na karę 7 tys. zł grzywny i ok. 9 tys. zł nawiązki dla pokrzywdzonego - potrąconego przez nią przechodnia na przejściu dla pieszych. (...)
Sędzia powołała się na opinię biegłego toksykologa, który na podstawie tzw. badań retrospektywnych wydychanego powietrza (Szynalska została poddana badaniu alkomatem około cztery godziny po wypadku), stwierdził, że oskarżona w chwili wypadku miała od 0,8 do 1,2 promila alkoholu we krwi. »Trzeba podzielić opinię biegłego« - powiedziała sędzia.
Zdaniem sądu, nie można dać też wiary wyjaśnieniom oskarżonej, że ktoś w serwisie samochodowym, gdzie trafiła po wypadku, dolał jej alkoholu do kawy. »Osoba dorosła wyczułaby alkohol w napoju« - podkreśliła sędzia.
Szynalska nie stawiła się na ogłoszenie wyroku. (...)".

Należy przy tej okazji odnotować szczególnie szybką reakcję redakcji wspaniałego dziennika "Życie Warszawy" (pod właścicielskim kierownictwem wypróbowanego Pana Sołowowa), która pospieszyła dzisiaj, tj. 20.02.2006 r. z odsieczą, publikując jak raz artykuł o możliwych przyczynach lekkiej niedyspozycji minonej posłanki SLD, towarzyszki Sz., w którym wskazuje na społecznie już rozległy problem agresji kobiet w stosunku do mężczyzn:
"Kobiety biją coraz częściej
O połowę wzrosła liczba pań znęcających się nad najbliższymi

Już nie tylko mężczyźni biją swoich bliskich. Panie też coraz chętniej wcielają się w rolę domowych oprawców. Zdaniem specjalistów, to zjawisko będzie się nasilać. (...)
Dlaczego nasila się przemoc w wykonaniu kobiet? - Tak jak u mężczyzn, w 80 proc. przypadków odpowiedzialny jest za to alkohol, a także trudna sytuacja ekonomiczna, np. brak pracy - przekonuje Andrzej Nagiel (...)".
Z pewnością przerażająca perspektywa utraty opłacanego przez społeczeństwo stanowiska posłanniczego przez tow. Sz. mogła i musiała oczywiście dla wszystkich Prawdziwych Demokratów - wpłynąć na jej determinację, by odreagować niesłychaną postawę studenta (pewnie z jugend-PiS!) wtargnuj..., wtargające..., no: wtargniętego na pasy dla pieszych w Nadarzynie!

Tej formy pomocy nie doświadczył niestety (!) wypróbowany i również wybitny towarzysz z Piotrkowa Trybunalskiego, którego sędziowscy kolaboranci "kaczowszczyzny" i sitwy anty-lewicowej zlinczowali publicznie w robotniczym mieście Łuodź, o czym doniósł swym odbiorcom serwis WP z 15 lutego 2006 r.:
"Prezydent Piotrkowa Trybunalskiego skazany na cztery lata więzienia
Na karę czterech lat więzienia i 25 tys. zł grzywny skazał Sąd Okręgowy w Łodzi urzędującego prezydenta Piotrkowa Trybunalskiego Waldemara Matusewicza, oskarżonego o łapownictwo. Sąd zabronił też Matusewiczowi pełnienia funkcji publicznych przez pięć lat. (...)
Łódzka prokuratura oskarżyła Matusewicza, że w latach 1999- 2000, kiedy był marszałkiem województwa łódzkiego z ramienia SLD i miał wpływ na obsadę stanowisk, zażądał ponad pół miliona złotych i przyjął prawie 43 tys. zł łapówek od ówczesnego prezesa Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Łodzi Marka K. oraz osób powiązanych ze spółkami-córkami Funduszu. Łapówki - zdaniem prokuratury - przyjmował zarówno w gotówce, jak i w formie opłacenia rachunków w restauracjach. Część z tych pieniędzy miała zasilić konto SLD".

Tak więc widzicie, towarzysze! Walka przybiera na sile, w miarę jak czyni nieubłagane z powodów histerycznej dialektyki i dekonstrukcji społecznej postępy - SOCJALIZM!

Czymajta siem! Sie ma! "Che", "Che", "Che"...kajcie unijnego wyzwolenia!


Komentarz (0)

Hercklekoty i zimne poty - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 20, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Praca posła ciężka, szczera. Z rana poseł się ubiera; fagas listy mu otwiera, on tymczasem się wybiera... do Puchera". Na samą myśl, że tak dobrze zapowiadająca się "ciężka i szczera" praca dla Polski może gwałtownie się zakończyć, wielu posłów dostawało tzw. hercklekotów i budziło się w środku nocy w kałuży zimnego potu. Z tego punktu widzenia nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że rozwiązanie Sejmu nie byłoby zgodne z interesem ukochanej ojczyzny. Z drugiej jednak strony każdy objaw stabilizacji politycznego zaplecza rządu przyprawiał o takie same hercklekoty wszystkich pieszczochów układu "okrągłego stołu", a już specjalnie - razwiedkę i jej konfidentów, uplasowanych w bezpiecznych, ekologicznych niszach, wydrążonych w tym celu w organizmie państwowym. Toteż kiedy podpisany został Pakt Stabilizacyjny między rządzącym PiS-em, Samoobroną i LPR, nie tylko zatwardziałe w swojej twardej opozycyjności Platforma Obywatelska i SLD, ale również Salon i autorytety moralne ze wszystkich stajni zawyły jednym głosem, jakby już gilotyna obcinała im ogony. W ostatniej chwili uruchomiona została drażliwość sędziowska, a nawet profesorowie prawa w specjalnym oświadczeniu zarzucili ministrowi Ziobro nawrót do czasów PRL. Do końca nie wiadomo, czy była to krytyka, czy pochwała, bo wielu sygnatariuszów protestu za pierwszej komuny miało niepowtarzalny okres dobrego fartu. Np. prof. Wiesław Skrzydło, jako ofiara komunistycznego reżimu, w okresie stanu wojennego został nawet zmuszony do zostania I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Lublinie! Któż lepiej od takiego specjalisty może wiedzieć, co przypomina czasy PRL, a co nie?
Pakt Stabilizacyjny w punkcie 4. stwierdzał, że "umawiające się strony postanawiają, że bez uzgodnienia polegającego na wyrażeniu zgody przez wszystkie umawiające się strony nie będą składać w Sejmie projektów ustaw nie wymienionych w załączniku, ani też nie będą popierać w żadnej formie (tzn. także w formie wstrzymywania się od głosu lub też nie uczestniczenia w głosowaniu przez posłów należących do klubów parlamentarnych umawiających się stron), takich ustaw zgłoszonych przez inne podmioty". Pakt został podpisany 2 lutego, a już w tydzień później przewodniczący LPR Roman Giertych oświadczył, że posłowie LPR poprą projekty ustaw podatkowych, których zgłoszenie zapowiedział w imieniu Platformy Obywatelskiej poseł Jan Rokita. Intencją tych projektów była destabilizacja finansów publicznych, już i tak naprężonych wskutek "becikowego" i innych form rozdawnictwa pieniędzy uprzednio skonfiskowanych podatnikom. Nawiasem mówiąc, takie inicjatywy uważam za dowód wyjątkowej i wołającej do nieba hipokryzji, bo nawet wypłata jednorazowo 1000 zł tytułem "becikowego", jest nędznym ochłapem rzuconym rodzinom, które przez kilkanaście lat muszą w związku z tym płacić 22-procentową stawkę VAT na artykuły dla dzieci. Niestety, większość ludzi w Polsce tych związków przyczynowych nie dostrzega, dzięki czemu partie polityczne mogą nie tylko żerować na ich naiwności, ale jeszcze zaskarbiać sobie wdzięczność oszukanych i ich głosy. Więc mimo, iż intencja inicjatyw ustawodawczych Platformy Obywatelskiej była oczywista, lider LPR zapowiedział jej poparcie.
Wyobrażam sobie, jak ta deklaracja ucieszyła razwiedczyków i wszystkich agentów razwiedki, ulokowanych we wspomnianych ekologicznych niszach. Wyjaśniło się, że ten cały Pakt Stabilizacyjny nie wart jest funta kłaków, bo jego sygnatariuszom przyświecają zupełnie odmienne cele i w związku z tym nie traktują się jak sojusznicy, niechby i tymczasowi, ale jak śmiertelni wrogowie. Potwierdziło się też, że polityczne przywództwo PiS jest bardzo podobne do sytuacji, kiedy to Kozak złapał Tatarzyna. Skoro bowiem ustawy muszą być uzgodnione przez wszystkich sygnatariuszów, to wystarczy trochę wpłynąć, dajmy na to, na Samoobronę, żeby wszystkie groźnie brzmiące inicjatywy albo skutecznie zablokować, albo pozbawić wszelkiej ostrości. Okazuje się, że ze zła wiele dobra zrobić się nie da, a przy okazji degrengolada podszytej razwiedką demokracji politycznej, a zwłaszcza systemu parlamentarno-gabinetowego odsłoniła się w całej okazałości. Żeby trochę zatrzeć to nieprzyjemne wrażenie, Jarosław Kaczyński postanowił, z udziałem wszystkich obywateli w charakterze statystów, odegrać komedię ratowania Rzeczypospolitej. Niczym w niepoprawnej z punktu widzenia postępowej teologii pobożnej pieśni ("lecz kiedy ojciec rozgniewany siecze, szczęśliwy kto się do matki uciecze!"), zaprezentował się w scenicznej postaci Jarosława od Nieustającej Pomocy, za którego wstawiennictwem Prezydent powstrzymał karzącą rękę nieubłaganej sprawiedliwości. Pretekstem do wstawiennictwa był aneks do punktu czwartego, ale czyż aneksu nie można zlekceważyć tak samo, jak i punktu? Jasne, że można, więc nie ulega wątpliwości, że zaplecze polityczne rządu premiera Marcinkiewicza będzie teraz brnęło od kryzysu do kryzysu z częstotliwością co najmniej tygodniową, a może nawet większą, bo przecież prezydent Kaczyński będzie miał okazję skrócenia kadencji Sejmu dopiero za rok, a przez ten czas i posłowie, i razwiedka zapomną o hercklekotach i zimnych potach. "Praca posła ciężka, szczera; z rana poseł się ubiera, fagas listy mu otwiera, on tymczasem się wybiera... do Puchera"!

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Komentarz (0)

O wolny rynek w polityce polskiej - prof. Jerzy Przystawa Wysłane poniedziałek, 20, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

O, Polsko! Póki Ty duszę anielską
Będziesz więziła w czerepie rubasznym,
Póty kat będzie rąbał Twoje cielsko,
Póty nie będzie Twój miecz zemsty strasznym.

Juliusz Słowacki "Grób Agamemnona"

Po cichu minęła 17. rocznica otwarcia "okrągłego stołu", a więc i okazja do refleksji nad sensem tamtych wydarzeń i poszukania odpowiedzi na pytania, które wielu z nas od tamtych czasów sobie stawia. Pracuje pełną parą Instytut Pamięci Narodowej, setki historyków przegląda akta, zaskakują nas rewelacje odnajdywane tu i tam, ale nic mi nie wiadomo, żeby dotyczyły one spraw, moim zdaniem, najważniejszych.
Jest dzisiaj rzeczą prawie oczywistą, że zarówno Wybory Czerwcowe 1989 r., jak i "okrągły stół" stanowiły jedynie fasadę umów i porozumienia określonego w szczegółach wcześniej, w trakcie sekretnych spotkań w Magdalence, które ciągnęły się co najmniej od września 1988 roku. Pierwsze spotkanie "robocze", w "szerszym gronie", odbyło się w Magdalence, po południu, 16 września 1988. Oczywiście, ta narada robocza poprzedzona była innym spotkaniami, "w węższym gronie", które odbywały się co najmniej od lata 1988 r. Uczestnicy tych narad mieli pełną świadomość fasadowości zarówno wyborów powszechnych, jak i "okrągłego stołu". Protokół z narady w dniu 17 marca 1989 r. notuje słowa Stanisława Cioska: "Wybory to będą igrzyska dla ludu, ale chleba z nich nie będzie. Trzeba to robić szybko". Odpowiada mu Bronisław Geremek: "Jesteśmy gotowi iść do tego ślubu i małżeństwa, chociaż już nie jest takie świeże. Ale wola z naszej strony jest".
Ludzie "prości" i "prostolinijni", jak Lech Wałęsa czy Władysław Frasyniuk, którzy dopiero później stali się wielkimi oratorami, ale w tamtych czasach mieli jeszcze trudności z publicznym przemawianiem, byli zdania, że skoro wszystko jest uzgodnione, to "okrągły stół" jest czystą formalnością i, tak naprawdę, stratą czasu. "Czerwoni" jednak znali siłę i znaczenie pompy i celebry. Widowisko musi być na odpowiednią miarę i przekonywujące. "Po co nam jeszcze gadać" - denerwuje się Wałęsa, "niech sekretarz KC odczyta wspólne stanowisko i szlus!". Inaczej widzi to Aleksander Kwaśniewski: "Poważnie mówiąc, 2 razy 2 głosy po 10 minut, byłoby nonszalancją i lekceważeniem wagi »okrągłego stołu«. Musimy nadać temu wydarzeniu wagę i jakość". Nie przekonuje to Wałęsy: "Ja powiem tylko dwa zdania: Dobrze, że się to już skończyło. Mam nadzieję, że już w to nie wdepnę". Kwaśniewski ripostuje: "Jak moja żona to usłyszy w telewizji, to mnie tak op…li za zmarnowanie czasu, że aż strach".
Jak widzimy były to proste, bezpośrednie, szczere rozmowy "jak Polak z Polakiem", podlewane zresztą płynem, który zawsze sprzyja polskiej otwartości i wylewności. W tych komfortowych warunkach "elita Polaków", niezwykle skromna liczbowo, ustaliła kurs nawy państwowej na długie lata i rozstrzygnęła zasadnicze kwestie sprawowania władzy, doboru kadr, selekcji elit. Mamy więc prawo pytać: kim byli i skąd się wzięli ci najważniejsi Polacy i jaki mieli tytuł do rozstrzygania o naszym losie w historycznej perspektywie? Oczywiście, moje pytanie nie dotyczy reprezentantów establiszmentu komunistycznego, którzy te umowy przygotowali, spotkania zorganizowali z zamiarem przekazania władzy drugiej stronie. Kim była ta "druga strona" i kogo reprezentowała?
Powszechnie uważa się, że tą drugą stroną była "Solidarność" i że to jej przedstawiciele zasiadali zarówno przy tych smacznie zastawionych stołach pałacyków w Magdalence, jak i gdzie indziej. Fakty historyczne mówią jednak co innego.
Związek "Solidarność" na swoim I Zjeździe Krajowym wyłonił władze krajowe - ludzi, którym powierzył prawo reprezentowania go. Delegaci na Zjazd Krajowy zostali wyłonieni w wyborach w swoich zakładach pracy i w regionach, a na Zjeździe wybrano Przewodniczącego, Komisję Krajową, jej Prezydium i Krajową Komisję Rewizyjną. Prezydium liczyło sobie 18 członków, cała KK - 89 i KKR - 21, razem 128 członków władz krajowych. Kto i ilu z nich uczestniczyło w podejmowaniu decyzji o losach naszego Kraju w historycznych negocjacjach magdalenkowych i okrągłostołowych?
We wszystkich sekretnych negocjacjach uczestniczyło 42 panów (panie, niestety, dopuszczone nie zostały!), w tym 16 reprezentowało tzw. stronę opozycyjno-solidarnościową. Byli to: Z. Bujak, W. Frasyniuk, B. Geremek, M. Gil, Lech Kaczyński, J. Kuroń, W. Liwak, T. Mazowiecki, J. Merkel, A. Michnik, A. Pietrzyk, E. Radziewicz, H. Sienkiewicz, A. Stelmachowski, W. Trzeciakowski, i Lech Wałęsa. Tylko CZTERECH z nich było członkami Komisji Krajowej Związku: Bujak, Frasyniuk, Merkel i Wałęsa. Inaczej mówiąc: tylko co najwyżej jeden na dziesięciu panów podejmujących decyzję o kształcie Polski i jej ustroju na długie lata, posiadał rzeczywisty mandat społeczny. Dzisiaj wiemy, że przynajmniej w stosunku do dwóch z nich istnieją poważne wątpliwości, co do ich roli w "Solidarności" i ich związków ze Służbą Bezpieczeństwa.
Nie inaczej przedstawia się sprawa z tymi, którzy uroczyście zasiedli do podpisywania kontraktu "okrągłego stołu", a następnie, w czerwcowych wyborach do Sejmu i Senatu. Z jednym wyjątkiem - który tylko potwierdza regułę, każdy z kim Andrzej Wajda sfotografował Lecha Wałęsę, został wybrany posłem lub senatorem! Razem wybrano 260 kandydatów Lecha Wałęsy. W tym gronie znalazło się 12 (słownie dwunastu) członków krajowych władz Związku Solidarność: M. Gil, Z. Janas, J. Jungiewicz, J. Merkel, J. Onyszkiewicz i H. Wujec w Sejmie, oraz A. Kralczyński, B. Lis, K. Modzelewski, A. Pietrzak, R. Romaszewski i A. Tokarczuk w Senacie. Tylu też zasiadło do zdjęcia w Pałacu Namiestnikowskim, gdy z pompą podpisywano "porozumienie".
Z którejkolwiek strony spojrzymy na te liczby, nie mamy wątpliwości, że dokonana została niesamowita czystka w Związku "Solidarność", czystka, która wyeliminowała ok. 90% zarówno członków wybranych władz krajowych, jak i szeregowych solidarnościowców. Uprawnione więc jest pytanie: kto naprawdę dokonał tej czystki i według jakich kryteriów? Albowiem to z tej magdalenkowej garstki wypączkowała obecna elita polityczna Polski.
Komunizm upadł, bo był to system negatywnej selekcji elit. Negatywna selekcja, kontynuowana przez pokolenia, doprowadziła do sytuacji, że dalsze jego utrzymanie było niemożliwe. Nie wytrzymywał konkurencji z wolnym światem na żadnym polu, nie pomagało wysyłanie dzieci sekretarzy na studia do Ameryki, Kanady czy Holandii. Z takim doborem elit można jakiś czas przetrwać - na dłuższą metę wiedzie donikąd. Kraj, który chce się liczyć w wyścigu cywilizacyjnym i politycznym, musi się otworzyć na wszystkie talenty, na wszystko to najlepsze, co się rodzi nie wiadomo, gdzie i kiedy. Ameryka dlatego góruje nad innymi, że tam tę prawdę zrozumiano na samym początku.
Najważniejszą z elit jest elita polityczna i tu jest kłopot. Wałęsa, Frasyniuk, Bujak - ludzie bez wykształcenia, wiedzy i doświadczenia, którzy podjęli się rozstrzygać o losie: Polski na długie lata, przekonują nas, że aby być politykiem nie trzeba nic umieć, że poprzeczka leży na ulicy i każdy jest w stanie ją przeskoczyć. "Gdybym się w szkole lepiej uczył, to zostałbym inżynierem i byłbym nikim" - ta wypowiedź naszego Laureata Nagrody Nobla jest nadal wskazówką dla wielkiej liczby tych, którym się marzy "przeskakiwanie przez płot". Ale to fałsz, złudzenie, nieprawda. Tylko WOLNY RYNEK POLITYCZNY, tylko rzetelna, uczciwa konkurencja, tylko publiczna konfrontacja umiejętności stanowi prawidłową drogę do rozwoju kraju, tak politycznie, jak gospodarczo, naukowo i kulturowo.
Byłoby pięknie, gdyby Lech Aleksander Kaczyński, trzeci kolejny Prezydent z naboru w Magdalence, zechciał zrozumieć, że partyjne dobieranie "drużyny", to zabieg doraźny i dalece niewystarczający. Polska to duży i bogaty kraj, rodzi się w nim codziennie wiele talentów. Tym talentom trzeba otworzyć drogę. Przede wszystkim do polityki, bo ona decyduje o życiu kraju. Wolny rynek w polityce to nie jest żaden urząd antykorupcyjny ani przeglądanie teczek, to prawidłowy mechanizm selekcji - to jednomandatowe okręgi wyborcze. Tylko w ten sposób potrafimy rozbić "czerep rubaszny" i uwolnić polską "duszę anielską", o której pisał Poeta.

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Komentarz (0)

    Kosztowna filozofia kosztów - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 20, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Niedawne skokowe wzrosty cen ropy, dyskusje nad wysokością akcyzy na paliwa oraz niezadowolenie Brukseli z powodu jej czasowego obniżenia w naszym kraju, a także zapowiedź kolejnych, wiosennych wzrostów cen benzyny ponownie zwróciły uwagę na te ważne problemy, ważne także dlatego, że podobno trwają wytężone prace nowym urządzeniem naszego systemu fiskalnego, w którym, jak wiadomo podatki odgrywają kluczową rolę.

    Z okazji tejże reformy wystąpiła publicznie minister Zyta Gilowska, która zapytana o możliwość obniżenia obciążeń podatkowych, oznajmiła - jak to ma ostatnio w zwyczaju, w stylu pytyjskim - że z reformą podatkową jest jak z reformą służby zdrowia, tj. chodzi o to, by przy okazji tej operacji miał szansę przeżyć również pacjent. Zapewne pacjent-podatnik obniżenie obciążeń fiskalnych przeżyłby całkiem spokojnie, a nawet mógłby się poczuć nieco lepiej, więc zapewne tym pacjentem z kolejnego bon motu pani minister był budżet państwa. Już minister Turgot na okazję opisywanej okoliczności mawiał, że gęsi należy tak skubać, by jak najmniej syczały, niestety współcześni socjal... tfu, specjaliści od finansów publicznych jakby zapominają, że o ile gęsiom pierze odrasta nawet, kiedy śpią, podobnie jak owcom wełna, tak pieniądze na naszych kontach nie chcą się same reprodukować.

    Samoobrona podatkowa

    Jak w jednym ze swoich studniówkowych programów oznajmił premier Marcinkiewicz, pakt stabilizacyjny został zawarty, gdy "jego rząd mniejszościowy utracił większość w parlamencie", a jak wiadomo - większą większość dla obecnego rządu gwarantuje partia Andrzeja Leppera. Aby nie było, że Samoobrona poleciała do rządu po konfitury, prawie natychmiast nagłośnieniu poddano odnowione pomysły tej partii na "wzrost gospodarczy", takie jak powszechny podatek alimentacyjny, podwyższony podatek od dywidend czy podatek obrotowy mający "załatać dziurę budżetową". O ile pomysł płacenia przez wszystkich podatników alimentów na dzieci bezrobotnych inseminatorów należałoby pominąć litościwym milczeniem, o tyle idea podatku obrotowego jest na tyle ważna, że składanie w tym zakresie inicjatywy w ręce fachowców od Leppera może skutecznie osłabić debatę nad tym rodzajem opodatkowania działalności gospodarczej. Podatek obrotowy jest często niesłusznie traktowany jako relikt dawnego systemu, co jest oczywiście nieprawdą, gdyż podatek obrotowy był i w wielu krajach jest nadal podstawowym rodzajem podatku pośredniego. Podatek ten został zastąpiony podatkiem VAT po raz pierwszy we Francji w 1954 r. a to głównie z powodu śrubowania kolejnych stawek podatku obrotowego, na skutek czego opodatkowanie kilku faz obrotu zwielokrotniało koszt, a tym samym cenę produktu lub towaru. Podatek VAT stanowić ma niejako gwarancję, że opodatkowanie obrotu nie przekroczy pewnej arbitralnie ustalonej granicy, która, jak wiadomo, jest obecnie również przedmiotem przetargów między poszczególnymi krajami członkowskimi UE. W związku z tym, że przy podatkach pośrednich, a szczególnie przy podatku VAT, jego płatnicy są jedynie podatnikami formalnymi, gdyż rzeczywisty koszt tego podatku ponosi konsument, dlatego też osoby prawne, podobnie jak inne podmioty gospodarcze, płacą również podatek dochodowy, który, jak pokazuje historia, był zawsze początkowo ustalany na bardzo wysokim poziomie, po czym w wyniku powszechnej ucieczki od opodatkowania i spadku wpływów budżetowych z tytułu tego typu opodatkowania, i coraz głośniejszego syczenia skubanych, rządy stopniowo obniżały te stawki, co z kolei wywołało niedawno w Europie dyskusje nt. dumpingu podatkowego i konieczności ustalenia minimalnej wysokości tego typu obciążenia. Na szczęście prawo UE nie usztywniło regulacji w tym zakresie w takim stopniu, jak w przypadku VAT, dlatego też i póki jeszcze można, pożądanym byłoby takie ukształtowanie sytemu podatkowego, aby nawet przy zachowaniu priorytetów solidarnego vel budżetowego podejścia do państwa rzeczywiście znacznie uprościć system podatkowy.

    Jak nam Le-pp-er ulży

    Jaki można było usłyszeć, eksperci Leppera zaproponowali, aby obniżyć podatek dochodowy od osób prawnych z 19 do 10 procent, a w następstwie tej ulgi, pachnącej zdaniem fachowca Kazimierza Zdunowskiego "rajem podatkowym", należałoby wprowadzić 2,5-procentowy podatek obrotowy. Kłopot z większością "cudotwórców gospodarczych" polega na tym, że z powodu własnych ograniczeń intelektualnych nie potrafią zrozumieć uwarunkowań i konsekwencji proponowanego rozwiązania, stąd też celują koncepcjami, stawkami, aby było później z czego się targować. Właśnie posłanka Murias i radna Dzierżak z Ligi Polskich Rodzin wymyśliły, aby do becikowego w wersji PiS i drugiego w wersji LPR and PO dołożyć swoje becikowe obowiązujące na ich terenie łowieckim (mowa oczywiście o łowieniu elektoratu), bo co tam 2 czy 3 miliony dla budżetu miasta... Proponowana wysokość tego lokalnego becikowego będzie oczywiście świadomie zawyżona, aby "było z czego ustępować", gdy się lewica nie będzie chciała zgodzić; naiwne panie nie pomyślały jednakże, co będzie, gdy wrażliwa społecznie lewica przegłosuje ich zawyżone propozycje, tak jak PO przegłosowała propozycje LPR.
    A Lepper wymyślił, że nam ulży, gdy obniży podatek dochodowy od osób prawnych z 19 do 10 procent, przy jednoczesnym wprowadzeniu podatku obrotowego w wysokości 2,5 procent. Otóż podatek obrotowy jest funkcyjnie powiązany z podatkiem dochodowym w takim zakresie, w jakim marża dochodu jest związana z obrotem. O tym, że tak jest, świadczą chociażby obecnie obowiązujące przepisy o podatku zryczałtowanym, gdzie stawki wynoszą od 3 proc do 20 proc. przychodów w zależności od rodzaju działalności. Jeżeli dla przykładu uznamy, że w zakresie wolnych zawodów przychód jest praktycznie równy dochodowi, to 20-proc. stawka od przychodów może odpowiadać 20-proc. stawce podatku dochodowego, jeżeli w handlu marża wynosi dajmy na to 15 proc., to 3-procentowy podatek od obrotu oznacza de facto 20-proc. podatek od dochodu itd. Dlatego też dla większości typów działalności, w których niższa marża jest rekompensowana wyższym obrotem, 2,5-proc. podatek obrotowy oznaczałby w rzeczywistości średnio kilkunastoprocentową podwyżkę podatku dochodowego, co oznacza, że podatek dochodowy zostałby obniżony z 19 do 10 procent, a wprowadzony tylnymi drzwiami podatek obrotowy podwyższałby faktycznie te obciążenia o kilkanaście procent. Tak więc stawka górna podatku od osób fizycznych zostałaby podwyższona do 50 procent, podatek od dywidend z 19 do 30 procent, a obniżony z 19 do 10 procent podatek dochodowy od osób prawnych faktycznie zostałby podwyższony do minimum 30 procent.
    Tak też wygląda "chiński syndrom" marszałka Leppera made in Poland. Rozwiązaniem jest zastąpienie podatku dochodowego od osób prawnych degresywnym podatkiem obrotowym w wysokości do 1 procenta przychodów i podatku dochodowego od osób fizycznych podatkiem przychodowym. Idea tego pomysłu zasadza się na wyeliminowaniu z prawa podatkowego formuły kosztów uzyskania przychodów, ale wątpliwe czy socjalliberałowie i liberałowie chrześcijańscy dojrzeli do zrozumienia tego problemu. W każdym razie, aby nie było, że nikt nie mówił.

    Błogosławione skutki wysokich cen

    O tym, że "cudotwórczość gospodarcza" dotyka nie tylko po-pegeerowskich socjalliberałów, świadczy artykuł Macieja Grabowskiego, wiceprezesa Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, zatytułowany "Czy opodatkowanie paliw musi być wysokie?". Pytanie zdawałoby się retoryczne zwłaszcza dla tak wybitnego "badacza gospodarki rynkowej", któż pomyślałby jednakże, że aż tak retoryczne, wszak według autora: "Krótka odpowiedź na postawione w tytule pytanie brzmi: nie tylko muszą, ale i powinny. Przemawiają za tym argumenty ekonomiczne, ekologiczne i związane z bezpieczeństwem energetycznym". Jakie to argumenty ekonomiczne, ekologiczne i energetyczne przemawiają za tym, abyśmy na stacjach benzynowych płacili krocie za litr ropy lub benzyny? Ano takie, że wysokie ceny tych paliw powodują, że więcej myślimy o innych niż niska cena energii przewag konkurencyjnych takich np. jak lepsze zasoby pracy i lepszy kapitał społeczny. No to z pewnością nam ulżyło, teraz kiedykolwiek będziemy spoglądać na szybko obracający się licznik dystrybutora, wystarczy, że pomyślimy, iż dzięki temu polepsza się nasz kapitał społeczny i od razu z większą wyrozumiałością wesprzemy budżet pozostawioną w kasie fiskalnej akcyzą, VAT-em, a może i obrotowym. Oczywiście, im wyższa cena paliw, tym mniej jeździmy, a dzięki temu niższe są "koszty wypadków, a więc szkody powypadkowe oraz koszty rehabilitacji ofiar" a także "koszty budowy i odtworzenia infrastruktury". Problem tylko, że im mniej jeździmy, tym mniejsze wpływy z VAT-u i akcyzy, a może i kapitał społeczny przez to trochę się degraduje, ale jest to problem, który nie zajmuje "badaczy gospodarki rynkowej", którzy nadal dowodzą, że im wyższe ceny paliw, to przede wszystkim mniejsze jest zużycie paliwa; im mniejsze zużycie - tym jesteśmy bardziej niezależni energetycznie. Z tego ktoś mniej doświadczony mógłby wyciągnąć logiczny wniosek, że gdybyśmy w ogóle nie kupowali i nie jeździli, to bylibyśmy krajem o najlepszej infrastrukturze drogowej, a przy okazji doskonale niezależnym energetycznie od Rosji.
    Oczywiście doświadczony badacz gospodarki rynkowej takiej skrajnej hipotezy nie postawi, ale nie powie również, gdzie leży ta optymalna granica wyznaczona wysokością ceny za ropę, ilością zakupionego paliwa, jakością infrastruktury i wskaźnikiem niezależności energetycznej kraju. Im mniej kupujemy, tym bardziej jesteśmy, a tym mniej kupujemy - im drożej, taką oto nową doktrynę upowszechniają penetratorzy prawideł gospodarki rynkowej i należy zauważyć, że taka filozofia może całkiem dobrze wkomponowywać się do ogólnej doktryny polskiego systemu personalizmu społecznego.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Komentarz (0)

    CZARNA LISTA "GAZETY WYBORCZEJ" - Antoni Zambrowski Wysłane niedziela, 19, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    We wtorkowym numerze "GW" z dnia 7 lutego br. w artykule "Czarne listy o. Rydzyka" opisana została w słowach pełnych obywatelskiego niepokoju prelekcja prof. Jerzego Roberta Nowaka w wypełnionej sali domu kultury w podwarszawskim Pruszkowie. Obok zdjęcia prof. J. R. Nowaka "GW" zamieszcza króciutką jego notkę biograficzną, pełną przeinaczeń. Gwoli ścisłości przytaczam ją w całości: "Jerzy Robert Nowak. Autor ponad 40 książek i 1,4 tys. publikacji prasowych. W obszernej nocie biograficznej umieszczonej w internecie nie podaje niewygodnego faktu ze swego życiorysu - pod koniec lat 80. był we władzach krajowych Stronnictwa Demokratycznego, satelickiej partii PZPR.
    Jego książki mają opinie antysemickich. Tytuły mówią wszystko: »Kogo muszą przeprosić Żydzi«, »Sto kłamstw Jana Tomasza Grossa o żydowskich sąsiadach i Jedwabnem«, »Przemilczane zbrodnie«. Nowaka regularnie drukuje tygodnik »Niedziela« oraz »Nasz Dziennik«. Ma on też swój cykliczny »przegląd wydarzeń politycznych miesiąca« w Radiu Maryja i TV Trwam. Z wykształcenia historyk, w latach 60. Był zaangażowany w działalność opozycyjną na UW, wybitny znawca Węgier".
    Gdybym ja pisał biogram prof. Jerzego Roberta Nowaka - mego wypróbowanego przyjaciela od lat 40-tu, zupełnie inaczej niż GW rozłożyłbym akcenty. Jerzy Robert pochodzi z Terespola, z pogranicza polsko-białoruskiego i katolicko-prawosławnego, stąd jego wyjątkowe wyczulenie na sprawy narodowe. W Warszawie podczas studiów mieszkał w akademiku i czuł się prowincjuszem m.in. wobec wywodzących się z elity partyjnej "komandosów" Adama Michnika, z którymi już wtedy współpracował. Wtedy też debiutował w studenckim piśmie "Nowy Medyk". Od rewolucji węgierskiej października - listopada 1956 roku, stłumionej przez sowieckie czołgi, był zafascynowany sprawami węgierskimi, opanował więc biegle język i problematykę tego kraju. W sposób bardzo zręczny przeciwstawiał zainicjowane przez Janosa Kadara reformy rynkowe (zainspirowane przez polską dyskusję ekonomiczną lat 60., zignorowaną przez Gomułkę i Gierka) nieudolnej polityce kolejnych ekip kierowniczych PZPR. Po ukończeniu studiów wyższych pracował jako pracownik naukowy w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, jako osoba bezpartyjna unikając skutków rozgrywek frakcyjnych w nadzorującym go MSZ. W 1966 roku po głośnym liście polskiego Episkopatu do biskupów niemieckich brał udział w warszawskich obchodach Millenium chrześcijaństwa w Polsce, m.in. w manifestacji młodzieży katolickiej na Krakowskim Przedmieściu, rozpędzonej pałkami przez ZOMO. Po wyodrębnieniu się z grona "komandosów" naszego "bogoojczyźnianego" kółka dyskusyjnego, brał regularnie udział w jego pracach. Po moim aresztowaniu przez SB w marcu 1968 roku nie bał się wystąpić jako świadek obrony na moim procesie w lutym 1969 roku. Po moim zwolnieniu z zakładu karnego dzięki amnestii jako jeden z nielicznych moich przyjaciół utrzymywał ze mną regularne kontakty towarzyskie (Gdy telefonowałem do niego do Instytutu, podawałem zamiast nazwiska swój pseudonim dziennikarski Antoni Zakrzewski i nie było wsypy). W 1981 roku podczas solidarnościowego "karnawału", zdając sobie sprawę z niemożliwości założenia w Instytucie organizacji związkowej "S", wpadł z kolegami na pomysł założenia tam koła Stronnictwa Demokratycznego celem podważenia monopolu organizacyjnego miejscowej POP PZPR. Nie w końcu lat 80., lecz po "okrągłym stole" w 1989 został wybrany do nowych władz odnowionego SD, które z satelity PZPR przekształciło się w partnera "Solidarności" w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. "Gazeta Wyborcza" po prostu szuka tu przysłowiowej dziury w całym.
    Bezpodstawny też jest zarzut antysemityzmu stawiany przez "GW" jego książkom. Wręcz przeciwnie: prof. Jerzy Robert Nowak ma wielkie zasługi w przypominaniu Polakom pozytywnych sylwetek słynących z polskiego patriotyzmu Żydów bądź Polaków żydowskiego pochodzenia, zupełnie przemilczanych przez niechętne Polsce kręgi żydowskie. Prof. J .R. Nowak – bez charakterystycznej u wielu ślepoty na jedno oko – widzi i odnotowuje zarówno jednych, jak i drugich.
    Polemizowałem na łamach tygodnika "Nasza Polska" z jego cyklem artykułów "Kogo muszą przeprosić Żydzi", ale zarzucałem prof. J. R. Nowakowi nie antysemityzm, którego u niego nie uświadczysz, lecz pewne błędy warsztatowe. Chodziło o to, że prof. J. R. Nowak zaliczył do Żydów na podstawie bałamutnych źródeł historycznych szereg znanych mi osobiście osób pochodzenia aryjskiego, należących do głośnej w 1956 roku proreformatorskiej koterii we władzach PZPR, zwanej wtedy "puławianami". Prof. J. R. Nowak zbytnio zaufał rewelacjom znanego działacza Klubu Krzywego Koła Witolda Jedlickiego, wysłanego jako agent wpływu gen. Mieczysława Moczara (wł. Nikołaj Tichonowicz Diomko) na Zachód, gdzie w Instytucie Literackim paryskiej "Kultury" wydał swój głośny paszkwil na Październik 1956 pod tytułem "Żydy i chamy". W swoim czasie poddałem krytycznemu rozbiorowi jego treść pod wymownym tytułem "Rewelacje wyssane z palca", wydane przez drugoobiegowe "Warszawskie zeszyty historyczne" w 1989 roku. Dziś je można przeczytać jedynie w ASME. Prof. J. R. Nowak wyżej cenił "rewelacje" W. Jedlickiego, niż moją jego krytykę. Pogodził nas raport Otwartej Rzeczypospolitej, na czele której stoi brat Witolda Jedlickiego Jerzy.
    Co się tyczy stu kłamstw Jana Tomasza Grossa, to krytyka jego rozreklamowanej przez "GW" "pracy" ma tyleż wspólnego z antysemityzmem, co praca J. T. Grossa z prawdą historyczną.
    "Gazeta Wyborcza" nie lubi prof. Jerzego Roberta Nowaka i to jej prawo, ale to nie powód, by wypisywać o nim uwłaczające mu kłamstwa. Takie kłamstwo trafia jak bumerang w jego kolporterów.

    Antoni Zambrowski

    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Komentarz (0)

    Kto ma tworzyć politykę zagraniczną w czasie rządów PiS? - Łukasz Perzyna o zdumiewającej uległości Braci Kaczyńskich w stosunku do ministra zagranicznego Stefana Mellera Wysłane sobota, 18, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Kto ma tworzyć politykę zagraniczną w czasie rządów PiS? - Łukasz Perzyna o zdumiewającej uległości Braci Kaczyńskich w stosunku do ministra zagranicznego Stefana Mellera Wysłane sobota, 18, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Rządu Kazimierza Marcinkiewicza nie stworzyli aparatczycy PiS, znalazło się w nim miejsce dla ludzi zupełnie nie identyfikowanych z tym ugrupowaniem. Minister Religa był nawet kontrkandydatem w wyborach prezydenckich Jarosława Kaczyńskiego. Jedną z takich postaci, obcych zapleczu Braci Kaczyńskich, okazał się Stefan Meller. »Minister zagraniczny« nie cieszył się specjalną estymą środowisk byłych ZChN i Porozumienia Centrum, wypominano mu różne sprawy, także i to, że był w rządzie SLD, zaś syn jest naczelnym redaktorem miesięcznika erotycznego, »demoralizującego polską młodzież«" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje umiejętnie rozegraną przez ministra zagranicznego Stefana Mellera akcję samoobrony własnego dobrego imienia.

    Minister Meller jest jednak osobistością większą i bardziej kontrowersyjna niż bywała na rozkładówce tego miesięcznika artystka Katarzyna Skrzynecka. Umiejętnie sprzedał żurnalistom pogłoski o swojej dymisji. W środę wygłosił przemówienie w sejmie dotyczące polskiej polityki zagranicznej, okrzyknięte nawet przesz spolegliwych pismaków mianem "exposé". Przy okazji tego wydarzenie objawiła się rzadko ostatnio widoczna zdolność kompromisu ze strony Braci K. Ci sami Kaczyńscy dwukrotnie niedawno wymusili posłuszeństwo "koalicjantów", czyli okazali sztywność kręgosłupa, wobec Mellera wykazali anielską wręcz cierpliwość. A przecież PiS ma kilku znakomitych kontrkandydatów: chociażby sekretarz stanu Ryszard Schnepf, znakomicie widzialny w warszawskim establiszmencie, Paweł Zalewski, Zbigniew Giżyński - historyk dyplomacji, świeży poseł tego ugrupowania... Minister Meller wygłosił dorzeczne i umiarkowane wystąpienie sejmowe, w którym nie pozwolił sobie na krytykę swoich szefów. Jest znanym historykiem, w czasie PRL miał nawet zasłużoną kartę, którą można zapisać po stronie prześladowanych "po 1968 roku", w czasie stanu wojennym jako prorektor PWST robił, co mógł, aby ułatwiać życie zatrzymanym przez ZOMO studentom.
    Ale skąd w sporze ideologicznym, nasilonym przez Braci Kaczyńskich i podniesionym do rangi "tworzenia IV Rzeczypospolitej" - taka silna pozycja byłego członka PZPR?

    Nagranie trwa ponad 14 minut i jest dostępne w Sieci do 4 III 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)

    Jak obywatelom RP zabrać pieniądze na brakujące "becikowe" 11 miliardów zł za pomocą akcyzy - Wojciech Popiela, prezes UPR, o wynikach "studniówki" premiera Marcinkiewicza Wysłane środa, 15, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |






    Jak obywatelom RP zabrać pieniądze na brakujące "becikowe" 11 miliardów zł za pomocą akcyzy - Wojciech Popiela, prezes UPR, o wynikach "studniówki" premiera Marcinkiewicza Wysłane środa, 15, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Rozpoczęły się zimowe Igrzyska w Turynie, natomiast w Polsce mamy najwyraźniej igrzyska bardzo gorące, wręcz upalne - w poniedziałek Polska »wybuchła«, po czym zaraz się zmroziła - pan Prezydent miał rozwiązać parlament. Jak Państwo przesłuchają media - okaże się, że wszyscy zaczęli mówić o »zagrożeniu nowymi wyborami«, a dawniej mówiono, że jest to »święto demokracji«. Okazuje się, że demokracja niesie ze sobą zagrożenia, od czasu kiedy PiS może wnieść w nią nieco swoich rozwiązań" - Wojciech Popiela, prezes Unii Polityki Realnej, podsumowuje dokonania "100 dni" rządu PiS pod wezwaniem pana Marcinkiewicza.

    "Tak bladego pana Romana Giertycha jeszcze nie widziałem, a towarzyszowi Lepperowi opalenizna chyba jeszcze nie zeszła opalenizna letnia, ale na wszelki wypadek do telewizji został wydelegowany tow. Filipek. Widać wyraźnie ,że partie stabilizacyjne zostały przemaglowane przez PiS przed kamerami, ale najwyraźniej została napiętnowana Platforma Obywatelska, tak, by w Polsce już nikt nie miał wątpliwości, którą pan Prezydent wskazał wprost i wyraźnie jako główną przyczynę rządu mniejszościowego" - przypomina znane wydarzenia medialne Wojciech Popiela.
    Kilka dni wcześniej pan premier Marcinkiewicz ogłaszał "studniówkę", co z tego wynika dla Polski? Najwyraźniej nie jest tego wiele. To powiedział któryś z żurnalistów: jest to piękny zwyczaj, by dać wytchnienie na trzy miesiące każdemu rządowi, ale jak napisali pp. Miltonowie w "Tyranii status quo", w czasie około sześciu miesięcy po wyborach na fali euforii można jeszcze czegoś dokonać i zmienić - ale później już tyrania "status quo" bierze górę - zobaczymy, czy tak się stanie i w tym przypadku...
    My będziemy mieli w tym roku jeszcze wybory samorządowe - PiS i do tego oczywiście sie przygotowuje, by zmienić coś "na dole", by ukrócić wielokadencyjność w tych wyborach.
    A na razie rząd premiera Marcinkiewicza jest znany jedynie z podwójnego "becikowego" - a poza tym - z niczego... Armia zawodowa? Likwidacja WSI? Dla zwykłego śmiertelnika - nic nowego. W Ministerstwie Finansów - po staremu...

    Nagranie trwa ponad 12 minut i jest dostępne w Sieci do 2 III 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)

    Mistrz zagrań taktycznych Jarosław Kaczyński intrygował, intrygował, aż - przeintrygował - Stanisław Michalkiewicz o efektach "paragrafu 22" w postaci dodanego załącznika 4a do Paktu Stabilizacyjnego, zawartego pomiędzy PiS a LPR i Samoobroną Wysłane wtorek, 14, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Mistrz zagrań taktycznych Jarosław Kaczyński intrygował, intrygował, aż - przeintrygował - Stanisław Michalkiewicz o efektach "paragrafu 22" w postaci dodanego załącznika 4a do Paktu Stabilizacyjnego, zawartego pomiędzy PiS a LPR i Samoobroną Wysłane wtorek, 14, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Zainscenizowane przedstawienie pod tytułem »Ratowanie Rzeczypospolitej« właśnie się zakończyło patetycznym wystąpieniem pana Prezydenta w postaci oświadczenia, że »Sejmu nie będzie rozwiązywał w obliczu umocnienia się Paktu Stabilizacyjnego«. Przypomnę, że »umocnienie Rzeczypospolitej« polegało na dopisaniu aneksu w postaci punktu 4a do punktu 4. Chodzi o to, że we wszystkich możliwych materiach, jeśli ma być wprowadzona jakaś ustawa - może być ona wprowadzona jedynie za zgodą WSZYSTKICH TRZECH uczestników Paktu, czyli jest to powrót zasady liberum veto, co oznacza, że zwycięzcą tego zamieszania wychodzi tow. Andrzej Lepper, gdyż bez Jego zgody niczego w państwie nie można zrobić" - Stanisław Michalkiewicz komentuje wydarzenia medialno-polityczne wczorajszego "orędziowego poniedziałku".

    Na tym tle rodzi się pytanie, czy projektowana przez rząd i zapowiadana przez Prawo i Sprawiedliwość likwidacja Wojskowych Służb Informacyjnych w ogóle się odbędzie, bo zdaje się, że wystąpiły z tym już jakieś pierwsze trudności, a nie można sadzić, że "wieś" miałaby jakieś specjalnie wielkie kłopoty w przekonaniu jeśli nie samego tow. Andrzeja, nie mówiąc już o pozostałych członkach Samoobrony, których wystarczy po prostu zmilitaryzować, a wszystko będzie w najlepszym porządku.
    Jarosław Kaczyński intrygował, intrygował, aż "przegryzł się na drugą stronę". Sytuację polityczną można zobrazować staropolskim porzekadłem "Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn...". Na tym tle groteskowo wyglądają enuncjacje "premiera z Krakowa", który trawestuje słowa marszałka Petaina z 1941 roku, kiedy to wódz Francji powiedział tow. socjaliście narodowemu Adolfowi Hitlerowi, że "Pokój oparty na upokorzeniach nie może być trwały".
    W poniedziałek odniósł więc wielkie zwycięstwo tow. Lepper, gdyż jeśli można było złamać punkt 4., tym bardziej będzie można złamać i dodany aneks, dlatego mamy przed sobą 12 miesięcy, które "będą bardzo wesołe"...

    Nagranie trwa ponad 5 minut i jest dostępne w Sieci do 1 III 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)

    Sztuka medialno-polityczna "Orędzie Prezydenta do PT Członków Rady Stabilizacyjnej" - wrażenia młodszego stopniem Bywalca Wysłane wtorek, 14, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W poniedziałek wieczorem telewizja, za przeproszeniem - publiczna, czyli TVP1 zwykła nadawać dla zanikającej ponoć, bardziej wyrobionej widowni, Teatr TV, a wczoraj miała jak raz być emitowana sztuka o samobójcach z polskiej japiszonerii, co być może miało być znaczącym sygnałem i wyrazem stanu ducha żurnalistów i oficerów frontu ideologicznego zatrudnionych nieustannie i już wielopokoleniowo przy warszawskiej ulicy Woronicza. Aliści wypadki na scenach teatralnych, niekoniecznie zaludnionych przez absolwentów PWST, biegną znowu szybko, więc tytuł zdjęto z wirtualnego afisza i zaciekawionej publiczności zaserwowano obraz zatytułowany "Orędzie Prezydenta RP do Narodu". Dla wielu obserwatorów życia robaczkowego tzw. warszawski było to frapujące wydarzenie.
    Przez ulice (dosłownie) opustoszałej stolicy "polskiego regionu UE" przetoczyła się wichura wścieklicy żurnalistycznej, kiedy w godzinach popołudniowych jeden z aktorów trupy pod wezwaniem PiS wypuścił szczura medialnego, że w wieczornych godzinach Prezydent RP wygłosi Orędzie, w którym być może powiadomi Naród o skróceniu kadencji parlamentu, ledwo co w zeszłej jesieni powołanego do życia. Wścieklica była przeraźliwie widoczna w tzw. mediach elektronicznych, gdyż serwisy informacyjne wszystkich stacji telewizorowych jak i radyjnych wypełniał bełkot zdezorientowanej żurnalisterii pokrywający brak jakichkolwiek przekazów wyjaśniających jak grom z pustego nieba zesłane niespodziewane zamieszanie.
    TVP1 zaserwowała więc szybką inscenizację dramatu w dwóch aktach o wymiarze też, jak zdjęta tragedia, niemal epickim i podobnej do sztuki aktorów naturalnych wymowie pt. "Samobójstwo na własne życzenie LPR i Samoobrony" w reżyserii nieocenionej jak zawsze przez wydział sztuk magicznych z też warszawskiej ulicy Batorego stopnia Prowadzącej żurnalistki Moniki O.
    Występowali w głównych rolach tow. Filipek z S-O oraz brat Roman z rodzinnej ligi.
    Kiedy napięcie doszło do zenitu, przy przedłużającym się antrakcie został wreszcie zaprezentowany, wytęskniony przez wszystkich zainteresowanych, Bohater Wieczoru.
    Prezydent RP Lech Kaczyński zaprezentował się dostojnie na ekranie i wygłosił krótki spicz, który właściwie można podsumować do ulubionej frazy z ulubionej przez Braci Kaczyńskich epoki II Rzeczypospolitej - czyli sanacji, kiedy zawołaniem panów pułkowników było "Byczo jest!". Byczo więc było według Pana Prezydenta Kaczyńskiego, dlatego że został zawarty Pakt Stabilizacyjny, który On powagą swego urzędu właśnie pobłogosławił na oczach i uszach czekającej z ostatecznym napięciem widowni, wystawiając oceny ze sprawowania jego uczestnikom na stopień "dobry", a nawet "bardzo dobry", i wyrażając nadzieję na dotrzymanie Umowy w przyszłości przez wszystkie Wysokie Układające się Strony. Mimochodem wspomniał, że żadnego parlamentu rozwiązywać nie będzie.
    W Krakówku ponoć słychać było silny huk odgłosu padającego, zemdlonego ciała i szelest toczącego się aksamitnego kapelutka.

    Rachunku za czyszczenie ekranu telewizora nie będę przysyłał pod adres Pałacu Prezydenckiego, bo za efekty mej bujnej wyobraźni - przywiodłej mnie do wizji ciężkiej pracy sprzątaczy, po opuszczeniu studia na Woronicza przez tow. Filipka i brata Romana zatrudnionych przy wycieraniu do sucha kałuż potu z podłogi pod krzesłami Szanownych Gości - płacę sam.

    Ależ to był czarowny wieczór, proszę Państwa! AUTOR! Autor! autor!... BIIIIIIIIIIIIIS!

    Krzysztof Pawlak


    Komentarz (0)

    Mistrz zagrań taktycznych Jarosław Kaczyński zrobił, co chciał z koalicjantami - Janusz Korwin-Mikke o "orędziowych" wydarzeniach medialnych Wysłane wtorek, 14, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Mistrz zagrań taktycznych Jarosław Kaczyński zrobił, co chciał z koalicjantami - Janusz Korwin-Mikke o "orędziowych" wydarzeniach medialnych Wysłane wtorek, 14, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Jak wszystkim, którzy mnie słuchają, ale i innym - Jarosław Kaczyński jest mistrzem od zagrań taktycznym i właściwie nie powinno się dziwić, że ludzie dają się mu nabierać, bo przecież jest dobrym pokerzystą. Było zupełnie oczywiste, że w interesie PiS nie było robienie ponownych wyborów: PiS ma idealną sytuację, rządzi, jak chce, koalicjanci mu się ścielą do stóp, jak będzie chciał zrobić coś bardziej wolnorynkowego - to Platforma też czeka. Nawet nie mają odpowiedniej liczby swoich ludzi do obsadzenia wszystkich urzędów" - Janusz Korwin-Mikke komentuje medialno-polityczne zamieszanie z poniedziałku.

    Jak wiadomo - agentura nie lubi PiS-u, dlatego muszą najpierw rozbić agenturę - co pewnie potrwa do sierpnia. Temu dajmy na razie spokój. Natomiast gdzie indziej zdarzyło się coś optymistycznego: w Głogowie miejscowy PiS nie posłuchał się Jarosława Kaczyńskiego i do wyborów samorządowych idzie w koalicji z LPR i PO. Jest to wymarzona przez UPR sytuacja - jak w Partii Republikańskiej w USA...

    Nagranie trwa ponad 3 minut i jest dostępne w Sieci do 28 II 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)

    Manewry pozorantów - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 13, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Od momentu parafowania Paktu Stabilizacyjnego, walka o wolność słowa w Polsce zaostrza się, niczym walka klasowa w Sowietach za Stalina. "Niezależni dziennikarze", którzy dotychczas dopuszczali się rażącej stronniczości, nagle zaczęli drapować się w płaszcze Konrada. Jak dotąd nikomu nie udało się przelicytować red. Gaudena z "Rzeczpospolitej", który zamieścił karykatury Mahometa. "Gazeta Wyborcza" bardzo go za to piórem red. Marcina Bosackiego chwali, powołując się na opinię Orwella, że wolność słowa obejmuje również swobodę mówienia rzeczy nieprzyjemnych dla innych. To oczywiście prawda, ale problem jest w tym, że i red. Bosacki i "Gazeta Wyborcza" i red. Gauden nie są w swojej zapamiętałości szczerzy. Podobnie jak wtórujący im Aleksander Smolar, narzekający na "terror", wprowadzany przez wyznawców islamu. Ale przecież nie tylko wyznawcy islamu wprowadzają terror w zakresie swobody wypowiedzi. Znacznie wcześniej i jeszcze bardziej dotkliwy terror wprowadzili wyznawcy judaizmu i menażerowie holokaustowej industrii. Przecież to nie "islamiści" założyli w Wiedniu centralę policji myśli, która monitoruje i represjonuje w Europie wszystkie wypowiedzi nieprzyjemne dla Żydów czy Izraela. To nie muzułmanie grozili Marlonowi Brando, czy szczuli na Mela Gibsona. Czyż "Gazeta Wyborcza" nie wyrażała aprobaty dla penalizacji tzw. kłamstwa oświęcimskiego? Nie wzięła udziału w nagonce na dra Dariusza Ratajczaka? Czyż to nie ona właśnie w zaciekłej, rzec by można - zoologicznej nietolerancji dla wszelkich wypowiedzi "antysemickich" nie da się wyprzedzić nikomu? Gdyby "Gazeta Wyborcza" opublikowała, dajmy na to, jakieś złośliwe karykatury Mojżesza, skrytykowała represje stosowane wobec historyków-rewizjonistów Holokaustu, zażądała zlikwidowania wiedeńskiego gestapo i zaczęła wykazywać tolerancję wobec antysemityzmu, to jej walka o wolność słowa wyglądałaby bardziej wiarygodnie. W przeciwnym razie mogą zrodzić się podejrzenia, że z tymi karykaturami Mahometa w gazetach dla Europejczyków nie tyle chodzi o manifestowanie wolności słowa, co raczej o sprowokowanie narodów muzułmańskich do antyeuropejskich wystąpień, by dzięki temu rządy państw europejskich łatwiej dały się namówić do wzięcia udziału w montowanym przez rząd izraelski najeździe na Iran. Jeśli ktoś uważa, że taka podejrzliwość jest przesadna, to niech przypomni sobie kryzys sueski z roku 1956.
    Zresztą po cóż sięgać od razu do przykładów z wielkiej polityki, kiedy w mniejszej polityce dzieje się podobnie? Przyjrzyjmy się przygotowaniom do zakończenia badania przyczyn katastrofy budowlanej w Chorzowie. Oto najpierw nieśmiało, a teraz coraz częściej i głośniej słychać opinie, że przyczyną tej katastrofy były "ruchy gruntu". Ano, wszystko jest możliwe, zwłaszcza w sytuacji, kiedy właściciel zawalonej hali, firma Międzynarodowe Targi Katowickie należy do Grupy Expomedia, której właścicielem jest żydowska familia Shashoua. Czyż ewentualne żądanie odszkodowań od tej firmy nie zostałoby aby uznane za najjaskrawszy przejaw "organicznego polskiego antysemityzmu"? W obliczu takiej możliwości nawet najtwardszymi przedstawicielami "organów" targa bezkształtny niepokój, a w tej sytuacji uznanie "ruchów gruntu" za przyczynę katastrofy jest coraz bardziej prawdopodobne. Jak o tym pisał Mickiewicz? "Policmajster powinność swej służby zrozumiał"? Naturalnie żaden z "niezależnych dziennikarzy", tak "współczujących" ofiarom i zajętych walką o "wolność słowa" ani się o tym nie zająknie. A jużci! "Dałaby świekra ruletkę mu!". Każdy wie, że bezpieczniej jest walczyć o prawo wystawiania Matki Boskiej z rogami, Jezusa Chrystusa z telefonem komórkowym czy wreszcie - krzyża z umęczonym penisem, bo Kościół katolicki już nie może nadążyć z przepraszaniem Żydów, że jeszcze istnieje, a dodatkami kombatanckimi w dzisiejszych ciężkich czasach nikt przecież nie pogardzi. "W pysk dadzą sobie napluć za tyle a tyle; gębę potem obetrą, a forsę przeliczą". To co prawda o giełdziarzach, ale azaliż tylko dla giełdziarzy Pan Bóg stworzył rzeczy smaczne?
    Właśnie 6 lutego minęła 17. rocznica rozpoczęcia obrad "okrągłego stołu". Warto przyjrzeć się tym razem ówczesnej "stronie rządowej". Cofając się do 1980 roku, nie możemy wykluczyć, że właśnie wtedy "partia wewnętrzna", czyli tajne służby wojskowe i cywilne zdominowały "partię zewnętrzną", która zwyczajnie się rozleciała. Bezpieczniacy przeprowadzili stan wojenny, zaś symbolicznym znakiem marginalizacji partii było internowanie Gierka. Zabójstwo ks. Popiełuszki stworzyło bezpieczniakom wojskowym: Jaruzelskiemu i Kiszczakowi okazję wzięcia pod kontrolę bezpieczniaków cywilnych. Symbolem przejęcia tej kontroli było usunięcie arcyubeka Mirosława Milewskiego. Odtąd Wojskowe Służby Informacyjne, to najtwardsze jądro PRL-u, jako niekwestionowany hegemon politycznej sceny, robią i "okrągły stół i "transformację ustrojową", przez którą przechodzą nietknięte i kręcą całym państwem, gospodarką, Salonem i większością mediów aż do dnia dzisiejszego. Podpisanie Paktu Stabilizacyjnego stwarza możliwość rozwiązania tej struktury, będącej kręgosłupem układu "okrągłego stołu". Czyż w tej sytuacji można się dziwić, że zaostrza się walka kla..., tj. pardon - oczywiście walka o wolność słowa?

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


    Komentarz (0)

    Nie pozwól, aby z Nich żartowano - Krystyna Greń Wysłane niedziela, 12, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Na początku lutego, w czasie, gdy czytający prasę bulwersowali się zamieszczeniem w "Rzeczpospolitej" domniemanych karykatur Mahometa i reakcjami muzułman na wcześniejsze ich publikacje w prasie skandynawskiej, koncern medialny postanowił po dłuższym czasie wznowić wydawanie pop-kulturowego magazynu młodzieżowego "Machina". Ostre wejście przygotowano według pomysłu: skandalizujemy, a skandal odbiorą ci, którzy się zgłoszą; dystrybucja papierowego magazynu o numerze zerowym miała odbywać się na zamówienie przesłane przez internatów na adres portalu będącego internetowym wydaniem pisma.
    Gdzie jest skandal? Okładkę wypełnia przetworzony obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, której dano twarz znanej z burzliwego życia piosenkarki o pseudonimie Madonna, a w miejsce twarzy Jezusa wstawiono twarz córki tejże "artystki", Lourdes. Obok wizerunku na okładce pojawiają się napisy zapowiadające treść pisma, dalekie od pobożności.
    Nie jest to pierwszy, ale kolejny w długiej serii przypadek profanacji wizerunku drogiego każdemu katolikowi, a tym razem użyto obrazu znanego na całym świecie i będącego ikoną polskiego katolicyzmu.
    Rzecz została zauważona przez internautów, młodych katolików, spotykających się w wirtualnej przestrzeni na forach dyskusyjnych. Reakcja była spontaniczna i natychmiastowa. Już 4 lutego utworzono witrynę http://tolerancja.net, na której do chwili obecnej prowadzona jest akcja obrony wartości świętych dla społeczności wierzących katolików, chrześcijan.
    Metodą jest bojkot. Bojkot całego koncernu Point Group, który pismo wydaje, bojkot reklamodawców, bojkot samego magazynu. W sieci WWW trwa gorąca dyskusja między internautami, którzy rozsyłają maile z informacją o akcji, konsultują sposoby działania, zbierają ważne informacje.
    Jest pełna jednomyślność i determinacja co do istoty sprawy: trzeba działać, gdy szydzi się z naszej wiary, gdy profanuje się wizerunki Jezusa Chrystusa i Matki Bożej. Chrześcijanin nie wybierze ataku zbrojnego, zamachu na życie i godność bliźniego; na to liczą wszelkiej maści prowokatorzy. Czy może chrześcijanin zrobić coś, co inaczej dotknie cynicznych szyderców? Może! Może nie dać mu swoich pieniędzy! Dlaczego miałby je dawać swoim napastnikom, paść swych wrogów?! Może nie kupować usług wrogich firm ani towarów produkowanych przez producentów, którzy poprzez reklamę zasilają szyderców finansowo.
    I tym razem, w tej akcji o to chodzi. My nie damy im zarobić, przyłączcie się i wy, też nie dajcie. Nie karmmy naszych wrogów!

    Czy to działa? Okazuje się, że tak. Działa! Spośród kilku wielkich reklamodawców natychmiast wycofały się Orange (7 lutego) i Philips (8 lutego), tych zatem firm bojkot nie obejmuje.
    Swoją decyzję Orange uzasadnił następująco: "Szanowny Panie, prezentując swoją ofertę handlową magazyn »Machina« nie przedstawił nam swojej okładki, niestety. Jego przedstawiciele nie wspominali również o tym, że zamierzają drwić z czyichkolwiek uczuć religijnych. »Machina« - zgodnie z przedstawionymi założeniami miała być pismem pop-kulturalnym mówiącym o muzyce, filmie i kulturze. Dlatego właśnie zdecydowaliśmy się zamieścić tam nasze ogłoszenia reklamowe skierowane do młodzieży. W związku z zaistniałą sytuacją zrezygnujemy z publikowania kolejnych reklam w tym magazynie". Uzasadnienie Philipsa jest podobne.
    Kogo obecnie bojkotujemy? Bo, to oczywiste, przyłączamy się do bojkotu. Oto - produkty i usługi grupy Point Group, w tym: BTL Point Group (agencja "marketing services"), Media Point Group (media prasowe i internetowe, m.in.: "Dlaczego", "Sporootym", "Dlatego", "Warsaw Point", "Machina", Korba.pl), Mobile Point Group (agencja marketingu mobilnego), Online Point Group (agencja usług interaktywnych), Distribution Point Group (departament usług dystrybucyjnych i logistycznych), Studio Point Group (studio usług graficznych).
    Także - bieżących reklamodawców: TP SA, Adidas, piwo Beck's, onet.pl, Siemens, Levis, Tlen.pl, Pepsi.
    Sytuacja w sobotni wieczór 11.02.: witryna www.tolerancja.net notuje po kilkanaście tysięcy wejść dziennie. Banery informujące o bojkocie i artykuły zamieszczają solidarnie redakcje portali internetowych (m.in. "Gość Niedzielny", SiećMiłości.pl, Fidelitas.pl, Wiara.pl, "Wirtualna Polonia"). Spływają kolejne maile z deklaracjami bojkotu wobec firm nadal nim objętych.
    Na koniec: akcja bojkotowa powstała całkowicie spontanicznie, w reakcji na powtarzające się i nasilające działania, skupione na profanacji wizerunków świętych dla katolików oraz teksty szydzące z naszej wiary. Co jakiś czas jesteśmy boleśnie tym dotykani. Do zwycięstwa zła wystarczy, aby dobrzy ludzie nie robili nic. Czy coś zrobimy? Czy kiwniemy palcem? Ruszymy głową?
    Katolicy działający poprzez internet stwierdzili, że trzeba działać i to stanowczo. Robią to bardzo dobrze i energicznie. Na chwałę Panu!

    Krystyna Greń

    PS. Sprzeciw wobec okładki "Machiny" wyrazili natychmiast oo. Paulini z Jasnej Góry, a także Episkopat Polski oraz Rada Etyki Mediów.


    Komentarz (0)

    UPRzejmy punkt widzenia (6) - Wojciech Popiela Wysłane niedziela, 12, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Ludzie dzielą się na kapitalistów i socjalistów. Jedni i drudzy potrzebują pieniędzy. Różnią ich tylko metody zdobywania. Jeżeli kapitalista potrzebuje pieniędzy, ostro zabiera się do pracy. Jeżeli socjalista potrzebuje pieniędzy, rzuca robotę i innych namawia, by poszli w jego ślady. (...) W naszym społeczeństwie wszystko stoi na głowie. U nas też każdy potrzebuje forsy, jednak powszechnie uważa się, że nie uchodzi rozmawiać o pieniądzach, a robić je - to przestępstwo" (Wiktor Suworow, "Akwarium").
    "Prawo do pracy jest jedynym poważnym prawem, (...) tymczasem prawo to jest (...) konfiskowane na każdym kroku. Przeciwko bezrobociu - »strukturalnemu«, jak i »koniunkturalnemu« - czas już, wraz z hasłem robót publicznych, wysunąć hasło ruchomej skali roboczogodzin. Związki zawodowe i inne organizacje masowe winny powiązać zatrudnionych i bezrobotnych solidarną odpowiedzialnością zbiorową. Dana praca dzielona jest na wszystkie robotnicze ręce, zgodnie z czym określa się wymiar roboczego tygodnia. Średni zarobek każdego robotnika pozostaje ten sam co i przy dawnym roboczym tygodniu. Płaca zarobkowa, przy surowo zabezpieczonym minimum, podąża za ruchem cen. Żadnego innego programu na obecny katastrofalny okres przyjąć nie wolno. (...) tylko bank państwowy będzie mógł ustalić dla farmerów, rzemieślników i drobnych handlowców warunki ulgowego, tj. taniego kredytu". (Lew Dawidowicz Trocki, "Program przejściowy")
    Jak doniósł w części biznesowej portal INTERIA.PL, Ministerstwo Finansów przedstawiło pierwszą odsłonę zmian w systemie podatkowym. O ile zyskają akceptację parlamentu, w którym rząd ma liberalną większość, wejdą w życie od przyszłego roku. Pakt stabilizacyjny taką większość zapewnił. Większość można uznać za liberalną, ponieważ PiS wysunęło na stanowisko premiera osobę uchodzącą tam za liberała wzorującego się na pani premier Thatcher i panu prezydencie Reaganie: pani wicepremier Zyta Gilowska jest chrześcijańską liberałką, sam pan Lepper ogłosił się socjalistycznym-liberałem, co jest według pana Rosatiego przyszłością świata, a i książkowe poglądy gospodarcze szefa LPR mogą na polskim tle uchodzić za liberalne. Tak więc Ministerstwo Finansów ogłosiło, że proponowane zmiany, korzystne dla podatników, będą kosztowały budżet państwa około 11-12 miliardów złotych. W tłumaczeniu na nasze - Polakom zostać ma dzięki tym propozycjom 11 miliardów w kieszeniach.
    Przedstawione propozycje zakładają m.in.: wycofanie się ze złodziejskich pomysłów przymusu montowania kas fiskalnych niemal wszędzie, na temat czego UPR zorganizowała w swoim czasie ogólnopolską akcję protestacyjną taksówkarzy, częściowe zniesienie podatku od spadków i darowizn, waloryzacja progów podatkowych, odejście od akcyzy na kosmetyki, obniżenie składki rentowej o 3 punkty procentowe, ułatwienia w przekazywaniu 1 procenta podatku na dopuszczone przez rząd cele.
    Wszystko to brzmi przyjemnie dla ucha. Niestety - nie dla kieszeni polskich podatników. Pani wicepremier, pytana na konferencji o "źródła finansowania kosztów budżetowych tych zmian" miała odpowiedzieć: nie wiem. Resort cały czas szuka pieniędzy na realizację pomysłów pani minister. Gdzie szuka tych 11 miliardów? A gdzie może je znaleźć? W kieszeni polskich podatników. I robi się jaśniej. Co prawda, jak argumentował panu Stanisławowi Michalkiewiczowi śp. pan Krzysztof Dzierżawski - lepiej, gdy wielki ciężar dźwigamy pod górę w plecaku niż przywiązany sznurem do szyi, tym niemniej widać, że rząd mający za sobą liberalną większość stosuje prowadzącą do poniewierania się w piekle zasadę: daje i nieco innym sposobem - odbiera. Utwierdza w tym przekonaniu pomysł likwidacji akcyzy na samochody i wprowadzenie podatku ekologicznego, a zwłaszcza uzasadnienie tej ustawy i omówienie jej skutków. Charakterystyczne, że brakuje tam omówienia skutków dla kupującego - podatnika. Są skutki dla budżetu, skutki dla producentów samochodów, skutki dla blacharzy i założenie, że, przynajmniej na papierze, uda się zedrzeć z podatnika więcej, choć w praktyce może wyjdzie na to samo co z akcyzy.
    Tymczasem dla pomyślności Polski i Polaków potrzeba zmian daleko korzystniejszych niż okraszane becikowym zamienianie siekierki na kijek. Potrzeba likwidacji przymusu ZUS i wolnego wyboru ubezpieczeń, zniesienia koncesji, zezwoleń i pozwoleń, oddania ludziom ich pieniędzy i pozostawienia w rękach polityków oraz biurokracji jedynie dziedzin związanych z administracją i używaniem siły. Potrzeba konkurencyjności w dziedzinach objętych dotychczas państwowym nadzorem i praktycznie monopolem, wycofania się państwa z działalności gospodarczej. Potrzeba wolności zamiast skutego socjalizmem i życzeniowością etatyzmu, który przy okazji kolejnych wyborów może być znów do dyspozycji SLD czy innego przepotworzenia PZPR czy towarzyszy "okrągłego stołu".
    "Podczas pobytu w Krakowie lider PiS Jarosław Kaczyński wywiedział się przeciwko sprzedaży (prywatyzacji) firm komunalnych, takich jak wodociągi, MPEC i komunikacja miejska. Na spotkaniu w Klubie »Pod Gruszką« powiedział: wolę szybkie, punktualne i bezpieczne państwowe koleje francuskie niż niebezpieczne i niepunktualne sprywatyzowane koleje angielskie. O wypowiedź w sprawie epidemii prywatyzacji firm komunalnych (także w Krakowie) zaapelowali członkowie Samorządnego Krakowa (...). Sprzeciw wobec wyprzedaży firm komunalnych jest jednym z podstawowych celów programowych Stowarzyszenia »Samorządny Kraków«" (9 lutego 2002, biuletyn "Samorządny Kraków").
    "Trzeba zmienić model państwa, które musi być nakierunkowane na dobro obywateli i rodziny, a nie na zysk. (...) Pakt stabilizacyjny daje możliwość wypracowania w ciągu 12 miesięcy ustaw, które zmienią obecny model pomocy społecznej, ale na wdrożenie nowego potrzeba wielu lat". Jednym z elementów nowego programu ma być "bardziej sprawiedliwy podział zysków, bo obecna rozpiętość płac jest niezdrowa i nieuzasadniona społecznie" (Barbara Niemiec, luty 2006, z wypowiedzi na konferencji "Ku zamożnemu społeczeństwu" (sic!) zorganizowanej w siedzibie Zarządu Regionu Małopolskiej "Solidarności").
    Czas pokaże, czy prekursorzy IV RP wyjdą poza krąg niemożności i zejdą z drogi ku zamożności wiodącej przez nowy model pomocy społecznej. Póki co, w przytaczanej przez "Życie Warszawy" wypowiedzi, pan Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha stwierdził, że "być może koszty, jakie trzeba będzie zapłacić za stworzenie trwałej większości parlamentarnej będą mniejsze niż korzyści, jakie uzyskamy dzięki szansie przeprowadzenia reform systemowych. Mamy oddzielną administrację, która ma dzielić środki dla najbardziej potrzebujących, a która przejada jedną trzecią tych pieniędzy. W tym kontekście wprowadzenie senioralnego, na które rocznie potrzeba miliard złotych, nie jest dużym zagrożeniem dla gospodarki. Natomiast jeśli administracja państwowa zacznie poszerzać kontrolę nad gospodarką, to jeszcze bardziej będzie rosnąć szara strefa. W końcu ubiegłego roku po raz pierwszy Główny Urząd Statystyczny poinformował, ile stworzono miejsc pracy w... szarej strefie".
    A tymczasem w mijającym tygodniu kolejne setki, a może tysiące wykształconych w Polsce osób, dzięki osiągnięciom dotychczasowych rządów - wyjechały "za chlebem" poza granice Polski...

    Wojciech Popiela


    Komentarz (0)

    Rok psa Leppera - Krzysztof Mazur Wysłane sobota, 11, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    W czasie gdy w sejmowych zakamarkach czaili się puczyści, premier kontynuował gospodarskie wizyty po kraju, a marszałek Lepper wizytował Chiny, kraju gdzie statystycy przez pomyłkę zaniżyli tamtejszy PKB, a gdy pomyłkę skorygowali - to okazało się, że kraj ten nie jest siódmą tylko już czwartą potęga gospodarczą na świecie. Wydawałoby się "daj Boże" wszystkim takie pomyłki, ale niestety - mandarynom z "Gazety Wyborczej" "socjalistyczne marzenie" nie wywietrzało jeszcze z półgłówek zauroczonych teoriami Jeremiego Rifkina.

    Dlatego też Leppera wracającego z Chin przywitał komentarz gazety zatytułowany "Lepper buduje drugie Chiny", w którym "zachwycenie" przewodniczącego Samoobrony "niskimi kosztami pracy, niskimi podatkami, obniżeniem ZUS" napotkało miażdżącą krytykę. Jej głównym elementem było to, że "takich rzeczy nie wygaduje nawet chińska propaganda". I rzeczywiście, gdyż chińska propaganda polega na tym, że wzrost gospodarczy szacuje się na 8 proc., po czym po roku chińscy oficerowie ideologiczni ze skruchą przyznają, iż z powodu przejściowych trudności z metodologią liczenia okazało się, że wzrost ten wyniósł 16 proc. Cóż za kompromitacja, nie to co u nas, u nas w Polsce, a tym bardziej w obszernych gmaszyskach Eurostatu - taka konfuzja byłaby nie do pomyślenia, u nas w Europie, gdzie policja ostrą amunicją strzela jedynie przez pomyłkę na juwenaliach, statystycy szacują, że wzrost wyniesie 5 proc., po czym co najwyżej stwierdzają, iż wyniósł 3,5 proc (wersja dla europejskich tygrysów) lub, że wyniesie 1,15 proc., a wyniósł 0,85 proc. (wersja dla dojrzałych demokracji zachodnich).
    Co oburza jeszcze redaktorów "GW", to fakt, że "zgodnie z chińską tradycją o starych rodziców dba nie państwo, lecz dzieci", że "w Chinach obowiązuje polityka jednego dziecka", a "starość bez emerytury, gdy ma się tylko jedno dziecko - Pan to sobie wyobraża?"... To rzeczywiście skandal, że o rodziców muszą dbać dzieci, a nie państwo, ale nawet pomijając ten drażliwy wątek państwa jako kibucu, należałoby zauważyć, że w Europie pomimo, że państwo nie prowadzi "polityki jednego dziecka", ba!, nawet wypłaca becikowe, to tak jakoś od wielu lat "polityka jednego dziecka", a nawet polityka "bez dziecka" rozwija się w najlepsze. A czy Pani redaktor Kruczkowska wyobraża sobie, co to oznacza w repartycyjnym systemie ubezpieczeń emerytalnych?
    W Chinach "są pacjenci, których nie przyjmuje się do szpitala, bo nie mają pieniędzy" - a w Polsce pacjentów przyjmuje się do szpitala, po czym nie podaje się im leków, bo są za starzy albo chorują nie na to na co według NFZ powinni chorować. W Chinach "są dzieci, które nie chodzą do szkoły, bo rodziców nie stać na 10 dol. czesnego", w Polsce mamy zadekretowane powszechne studia licencjackie, których absolwenci masowo zapadają na takie choroby cywilizacyjne jak dysleksja, dyskalkulacja i dysonans poznawczy.
    Komentarz wstępny z pierwszej strony odsyła chętnych do pogłębienia swojej wiedzy o niedoli nieszczęsnych Chińczyków na str. 2., gdzie red. Uhlig pisze o "odbieraniu chłopom ziemi " i "krwawo tłumionych buntach, zabijanych ludziach" a red. Kuźmicz donosi, że pracownik w fabryce elektroniki "jeśli przyśnie ze zmęczenia - straci rękę" oraz na str. 11., gdzie znajdziemy barwny opis potyczek adwokata walczącego "o odszkodowania dla bezrękich i beznogich ofiar specjalnej strefy ekonomicznej Shenzhen".
    Niestety, mandaryni z "GW" mający ambicje kontrolowania naszych myśli nie potrafią upilnować linii swojej gazety, gdyż na str. 24. tego samego wydania gazety można przeczytać artykulik pt. "Oszczędny jak Chińczyk" autorstwa tej samej pani red. Kruczkowskiej, która we wstępniaku tak ubolewa nad "chińskim holokaustem" czynionym rękami tamtejszych faszystów-przedsiębiorców. Tym razem jednakże p. redaktor wspominając, że 29 stycznia rozpoczyna się w Chinach Rok Psa, potrafiła zauważyć, że państwo chińskie niczego Chińczykom nie gwarantując, jednocześnie "nie wyciąga ręki po pieniądze obywateli", dzięki czemu "Chińczycy odkładają grosz do grosza" i "na kontach mają 1,7 bln dol.", czyli "tyle, ile wynosi roczny PKB Francji i czterokrotnie tyle co w Polsce". Dalej można przeczytać, że "w Chinach istnieje już klasa średnia (65-240 mln osób)", która "jest względnie zamożna", chociaż "ma węża w kieszeni", "w Chinach jest pod dostatkiem dobrych prywatnych szkół i przedszkoli oraz nowoczesnych szpitali", "urynkowione szpitale same na siebie zarabiają", a "chińscy rodzice odejmują sobie od ust, by zapewnić dziecku odpowiednie wykształcenie".
    Czyli jednak jak dobrze spojrzeć, to mimo, że odejmują sobie od ust, to jednak kształcą swoje dzieci, skoro są nowoczesne szkoły i szpitale - to jednak ma kto do nich uczęszczać i w nich się leczyć poza członkami Biura Politycznego. Skoro jest od 60 do 240 mln ludzi zamożnych, to jest to jednak spory odsetek populacji nawet tak licznej jak chińska, a skoro pan adwokat - "mściciel robotników Chinach" "niemal zawsze wygrywa" prowadzone sprawy - to widocznie i z tym zamordyzmem i wyzyskiem nie jest do końca tak, jak chcieliby widzieć nasi wrażliwi demokraci. Ciekawe czy p. Zhou Litai podjąłby się roli oskarżyciela w procesie przeciwko generałowi Jaruzelskiemu lub Kiszczakowi, nie mówiąc już o wygraniu sprawy?
    Ale niestety tak to już jest, jeżeli rzeczywistość chce się dopasować do wyznawanej ideologii, a jeżeli rzeczywistość nie przystaje do ideologii politycznej poprawności zabarwionej socjalistyczną homofilią - to wzorem leninowskiej zasady - tym gorzej dla rzeczywistości. Nie jest to rzecz nowa, gdyż już na początku XX w. autor cytowanej niedawno przeze mnie komunistycznej broszury zatytułowanej "Głód-mocarz" potrafił na tej samej stronie zmieścić dwie następujące uwagi: (1) "obecnie zostało już stwierdzone, że w latach, kiedy panuje głód, więzienia są przepełnione. A ileż razy to się zdarza, że w wielkich miastach ludzie popełniają przestępstwa w oczach przechodniów umyślnie, aby się dostać do więzienia (...), byleby tylko dostać się do »ciepłego i gościnnego« domu - do więzienia", (2) "Z jakiejkolwiek strony będziemy rozpatrywali kapitalizm, wszędzie zauważymy to samo - owoce jego to rozpusta, występek i śmierć. Przestępcy duszą się w więzieniach...". Tak więc z jednej strony ludzie z głodu popełniają przestępstwa, aby dostać się do "ciepłego i gościnnego" więzienia tak, by przetrwać zimę, a z drugiej strony przestępcy - jakżeby inaczej: owoce kapitalizmu - duszą się w więzieniach. Coś mi się wydaje, że podobna logika dotyczy również postępowych obserwatorów chińskich przemian. Biedni Chińczycy giną z głodu i padają z wycieńczenia w obozach pracy, ale mimo wszystko masowo ciągną do tego "ciepłego i gościnnego" więzienia Shenzhen, zwanego dla niepoznaki specjalną strefą ekonomiczną.
    Jedno jest pewne, przewodniczący Lepper "zachwycony" niskimi kosztami pracy, niskimi podatkami, ZUS-ami itp. natychmiast po przejściu odprawy bagażowej energicznie przystąpił do forsowania 800-złotowego zasiłku dla każdego oraz wspierania senioralnego, rolniczego, oświatowego, paliwowego i innych pomysłów zmniejszających koszty pracy i podatki.
    W Chinach rozpoczyna się Rok Psa, a w Polsce - kolejny rok pod psem.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Komentarz (0)

    Pokerowa zagrywka Jarosława Kaczyńskiego zablokowała "histeryczne pojednanie się" Różowych i Czerwonych - Łukasz Perzyna o nieznanym sondażu z czasu zawarcie "paktu stabilizacyjnego" Wysłane sobota, 11, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |