stycznia 17, 2006 - lutego 3, 2006

Żurnaliści do żuru, literaci do literatek, a merdia - do d***, czyli następna hucpa na Syjamie? Wysłane piątek, 3, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

Bywalcy budynku sejmowego mieli wczoraj okazję do podreperowania swojego poczucia humoru po męczących tygodniach parlamentarnego chocholego tańca. Odbyło się w nim podpisanie tzw. paktu stabilizacyjnego pomiędzy Samoobroną, Ligą Polskich Rodzin i posiadającym swój rząd ugrupowaniem prawicawym Prawo i Sprawiedliwość. Nie byłby to żaden wyjątkowy news, gdyby nie jedna okoliczność. Wysokie Umawiające się Strony zaprosiły do uwiecznienia parafowania tego momentu jedynie żurnalistów z kręgu mediów niezależnych od "saloniku warszowerskiego", pozostających pod przemożnym wpływem redemptorysty Ojca Dyrektora Tadeusza Rydzyka, czyli kamerzystę i dźwiękowca TV TRWAM, reportera nasłuchowego Radia Maryja oraz dziennikarza gazety "Nasz Dziennik".

No i zaczęło się. Jak podaje m.in. serwis Onet: "Szefowa SDP Krystyna Mokrosińska uważa, że uprzywilejowanie jednego nadawcy jest niezgodne z zasadami wolnej konkurencji. Jej zdaniem, złamana została ustawa o dostępie do informacji publicznej, która zobowiązuje partie do informowania o sprawach publicznych.
W ocenie publicysty Janusza Rolickiego, parafowanie umowy jedynie w obecności dziennikarzy telewizji »Trwam«, Radia Maryja i »Naszego Dziennika«, można przyjmować jako »znak złowrogiej przyszłości«. Zdaniem publicysty tygodnika »Wprost« Bronisława Wildsteina, obecność jedynie trzech mediów może oznaczać, że mają one być »gwarantem tego paktu«.
Według socjologa prof. Ireneusza Krzemińskiego, sposób zawarcia umowy, to kolejny sygnał, który świadczy o »zrastaniu się władz państwowych z mediami jednoznacznie katolickimi«".

Niechętna mediom "toruńskiego ośrodka informacji", szefowa SDP Krystyna Mokrosińska, lewacki publicysta, były "rednacz" fanzinu środowisk UB-ecko-milicyjnych "Trybuna" Janusz Rolicki i dyżurny socjolog(/żka? - kto ich tam, "kochających..." wie...) prof. Ireneusz K. - zgodnie "dali odpór" tak jak się po nich spodziewano, czyli nihil novi sub sole. Warto jednak przy tej okazji zastanowić się nad współczesną rolą tzw. merdiów, jakiego pojęcia używa i które szeroko już spopularyzował nasz redakcyjny współpracownik Stanisław Michalkiewicz.
Mamy dobę "mcluhanowskiej medialnej wioski", w której "środek przekazu sam jest przekazem". Sam twórca tego pojęcia wyjaśnia, że "jednostkowe i społeczne konsekwencje działania każdego środka przekazu (...) wynikają z nowych proporcji wprowadzonych w nasze życie przez każde z przedłużeń as samych lub też przez każdą z nowych odmian techniki". Sprowadzając ten akademicki ton do poziomu strawnego dla dzisiejszych "wyk_rz_tałconych" troglodytów - oznacza to m.in., że media mają ambicje kreowania rzeczywistości, z czego nad wyraz chętnie korzystają - pozostając w stu procentach w służbie swych właścicieli. Swoimi działaniami żurnaliści chcą wywołać u odbiorców przekazu określone reakcje, najchętniej pozostające z nimi w ścisłej korelacji. Znowu sprowadzając do prostego obrazu: jeśli dziennikarze bojkotują kogoś - tak samo powinni postępować odmóżdżeni odbiorcy ich relacji. Raz udaje się im to lepiej, raz gorzej - w zależności od poziomu warsztatu, czyli umiejętności wpływu.
Jest jednak - jak zawsze - jedno "ale".
Żurnaliści istnieją TYLKO na tyle, ile czytają/odbierają ich przekazy ich czytelnicy/odbiorcy. I nic więcej. Choćby nie wiadomo, jak się starali "zaznaczyć swoje oburzenie", po nawet stosunkowo krótkim czasie "bojkotu" odbiorcy papki medialnej po prostu uznają, że redakcje go stosujące to po prostu kiepscy rzemieślnicy słowa i przeniosą swoje zainteresowanie do miejsc, gdzie mogą pożądane przez siebie informacje uzyskać. Do KONKURENCJI (o ile takowa istnieje). W tym przypadku - do nadawców przekazu spod znaku redemptoryzmu stosowanego.
Ale ponieważ w obecnym okresie do tego jednego z najstarszych zawodów świata trafiło już młode pokolenie wyrobników słowa, które zostało wyszkolone w błędnym poczuciu wyższości z racji uprawianej publicznej, za przeproszeniem, profesji - to rozżalenie po zastosowanej wobec nich defenestracji ma oczywiście indywidualnie dość wysoki poziom. Choć dopiero po pewnym czasie niektórzy z nich zrozumieją, że była to dobra lekcja pokory, która w przyszłości może zaowocować pogłębieniem refleksji, czyli poprawie warsztatu.
Nawet gdyby przedstawiciele Wysokich Umawiających się Stron zechcieli podpisać jakiś akt dajmy na to - w oparach wygódki czy chlewika pomalowanych w skośne, biało-czerwone pasy i wytapetowanych kartami "obowiązków polskich", bo takie okoliczności przyrody według nich stanowiłyby dobrą oprawę dla rangi tego dokumentu - i w związku z tym przy tej intymnej czynności woleliby pozostawać w trójnasób sami albo w towarzystwie tylko zaufanych sprawozdawców - to jak najbardziej mają do takiego kroku prawo, o czym najoczywiściej zapomnieli szkoleni przez "wykładowców śledczych" żurnaliści nowego chowu. Liberalism über alles! - o czym też zapomnieli wyznawcy tego nowo-starego prądu estetycznego w merdiach, rzucając swoje narzędzia przed drzwi do sali, w której trwała przygotowana dla nich konferencja prasowa. Nie było oczywiście żadnego "bojkotu" redakcji telewizyjnych stacji TVN, TVP, Polsatu, radiowych publicznego Polskiego Radia, stacji prywatnych typu RMF, Radio Zet i innych, prasowych brukowców "Faktu", Gazety Wyborczej" z przyległościami, "Super Ekspressu", "Życia Warszawy" i innych - ze strony przedstawicieli tych trzech ugrupowań: zaproszenie na konferencję prasową dostali WSZYSCY, którzy chcieli.
Tak naprawdę to wydarzyło się jedno: "salonik warszowerski" dostał kolejnego prztyczka w nos i z merdialnym rykiem głosi na miarę czterech ścian, w którym jest uwięziony na własne życzenie - ból, który odczuwa po kolejnej odsłonie detronizacji.

Krzysztof Pawlak


Komentarz (0)

Kto za kim stanie w "psychologicznej wojnie domowej", wywołanej na zlecenie oficera prowadzącego środowiska "konserwionnych liberałów"- Stanisław Michalkiewicz o szykującej się, spektakularnej rozgrywce mało intelektualnej Wysłane wtorek, 31, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |






Kto za kim stanie w "psychologicznej wojnie domowej", wywołanej na zlecenie oficera prowadzącego środowiska "konserwionnych liberałów"- Stanisław Michalkiewicz o szykującej się, spektakularnej rozgrywce mało intelektualnej Wysłane wtorek, 31, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Trzydniowa żałoba narodowa po katastrofie budowlanej w Chorzowie uciszyła jazgot polityczny, na jego miejsce wkradł się jazgot medialny: guwernantki telewizyjne i radiowe, czyli medialne - przesłuchują polityków. Dzisiaj w radiu słuchałem przesłuchania pani Jolanty Piątkowskiej ministra Spraw Wewnętrznych, który jąkał się w odpowiedzi na pytanie, czy wszystkiego dokonał, żeby zapobiec tej tragedii. Na takie pytanie oczywiście nie ma dobrej odpowiedzi... Na miejsce tragedii niczym sępy zjawiły się watahy psychologów, bo wiadomo, że bez nich żadna tragedia obejść się nie może. Czekać tylko, jak pojawią się socjologowie. Prokuratorzy szaleją, adwokaci zgłaszają darmowe porady prawne. Jednego tylko w natłoku informacji teraz nie ma: zabezpieczenia na poczet przyszłych odszkodowań majątku tej spółki, bo akurat to z pewnością okaże się potrzebne" - Stanisław Michalkiewicz komentuje najnowsze wydarzenia w "polskim regionie UE".

Niewątpliwie po zakończeniu żałoby jazgot polityczny zostanie wznowiony, gdyż pan Donald Tusk wystąpił przed tym wydarzeniem z niesamowitym apelem o okazanie nieposłuszeństwa obywatelskiego w razie rozwiązania przez pana prezydenta Kaczyńskiego Sejmu. Deklaracja pana Tuska wskazuje, że razwiedka czuje się naprawdę zagrożona, że jest to sprawa poważna, a Jego oficer prowadzący, którym jest - co tu dalej już wstydliwie ukrywać - DOKTOR Andrzej Olechowski, nigdy nie ukrywający swoich znanych powiązań z SS-manami PRL-owskimi, zadał zadanie rozpętania "psychologicznej wojny domowej". Na prawdziwą wojnę nie ma armat, ale będzie bardzo interesujące obserwować, kto za kim stanie, bo podziały mogą iść w poprzek różnych instytucji, także tych, które deklarują się jako programowo polityczne, do których oczywiście należy zaliczyć Episkopat polski. W nim to bowiem nastąpił podział na tych, którzy mają problemy z razwiedką i tyhc problemów pozbawionych... A tu jeszcze nastąpiła zadziwiająca nominacja "zasłużonego opozycjonisty", pana Bartoszewskiego do rady nadzorczej państwowego przedsiębirstwa PLL "LOT"...

Nagranie trwa ponad 9 minut i jest dostępne w Sieci do 13 II 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Na drodze do ludożerstwa - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 31, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Media zawsze goniły za sensacją (jak pies ugryzie człowieka, to nie jest wiadomość, ale jak człowiek ugryzie psa - aaa, to co innego!), a poza tym pełno w nich teraz młodzieży, której każde wydarzenie wydaje się bez precedensu. Weźmy choćby obecną falę mrozu od wschodu. Za Stalina, za Gomułki, za Gierka, a nawet za Jaruzelskiego to była rzecz zwyczajna, z tym, że za Gomułki było więcej śniegu niż za Gierka. Tak w każdym razie twierdził red. Marek Antoni Wasilewski i z tego powodu miał jakieś kłopoty z cenzurą i w ogóle. Teraz spadek temperatury do 20 stopni poniżej zera traktowany jest jako klęska żywiołowa. Dlaczego? Składa się na to szereg zagadkowych przyczyn; pierwsza - bo jest rozkaz, że zagraża nam globalne ocieplenie, więc "powinno" być ciepło. Druga - że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Wszczęcie alarmu z powodu "fali mrozu" może doprowadzić do utworzenia całorocznego "zimowego sztabu kryzysowego", w którym pomysłodawcy znajdą ciepłe posady nie tylko dla siebie, ale dla dzieci i wnuków, zaś partie polityczne mogą współzawodniczyć między sobą o wysokość "zasiłku mrozowego", którym obdarzyłyby obywateli, oczywiście na ich koszt. Wreszcie przyczyna trzecia - że młodzież zwyczajnie nie pamięta ani Stalina, ani Gomułki, ani Gierka, ani nawet Jaruzelskiego, zaś obecną falę mrozów widzi pierwszy raz w życiu, ponadto wierzy w "globalne ocieplenie" i liczy na posady w zimowym sztabie kryzysowym, a przynajmniej na jakiś mrozowy zasiłek.

Fala mrozów nie wpłynęła ani na temperaturę polskiego życia politycznego, ani na jego charakter. Problemem bowiem nie jest temperatura, tylko bezsenność. W ostatnim miesiącu coraz więcej polityków budzi się w środku nocy zlanych zimnym potem i później długo leży obok śpiącej żony lub jakiejś innej pani, z gonitwą myśli w głowie. Chodzi o to, że jest zasadnicza różnica, czy będzie służył Polsce przez czteroletnią kadencję za ponad pół miliona, czy tylko przez pięć miesięcy za 10 procent tej sumy. Taka tortura bezsenności sprawia, że z każdym tygodniem psychiczna odporność polityków coraz bardziej kruszeje i zaczynają jeść Jarosławowi Kaczyńskiemu z ręki. Oczywiście jeszcze nie wszyscy; np. Donald Tusk na razie zaczyna jeść z ręki prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu. Mówi się wszelako, że nawet konklawe można doprowadzić do ludożerstwa, byle tylko postępować cierpliwie, metodycznie i konsekwentnie. Tak właśnie Jarosław Kaczyński postępuje z przedstawicielami naszych elit politycznych i sądzę, że jeśli prace nad ustawą budżetową przeciągną się jeszcze przez półtora czy dwa miesiące, zaś objawy dekompozycji Platformy Obywatelskiej zaczną się nasilać, to może zrealizować swój plan polityczny; tzw. prawą stronę politycznej sceny zdominuje PiS z satelitami, zaś pozostałości po PO zostaną wepchnięte w objęcia reaktywującej się właśnie PZPR i oskarżone o kryptokomunizm. Co z tego będzie miała Polska, tego na razie nikt nie wie, a z różnych stron słychać lamenty, wśród których najgłośniejsze podnosi senator Stefan Niesiołowski, któremu red. Michnik powierzył obowiązki Stefana Burczymuchy polskiej polityki.
Tymczasem w Europie umacnia się socjalizm, a w rezultacie - zaostrza się walka klasowa, zgodnie ze spiżowymi przewidywaniami Józefa Stalina. Właśnie Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy na wniosek partii komunistycznych odrzuciło możliwość potępienia zbrodni nazistowskich i komunistycznych na jednym posiedzeniu, odmawiając tym samym postawienia między nimi znaku równości. Widocznie większość europejskich elit politycznych uważa zbrodnie komunistyczne za lepsze od nazistowskich, a może nawet za całkowicie uzasadnione? Wśród europejsów utrzymuje się bowiem niegasnący sentyment do "rewolucji", a poza tym wchodzą w grę względy rasistowskie. Komuniści bowiem mordowali przede wszystkim ziemian, przemysłowców, kupców, chłopów i księży, a więc - raczej aryjczyków, podczas gdy nazistom wybitny przywódca socjalistyczny zaszczepił swego bzika antyżydowskiego. W rezultacie nazizm jest przez kompradorskie elity europejskie potępiany bezwarunkowo, podczas gdy do komunizmu nadal żywią one niegasnący sentyment. Wygląda na to, że zapowiadana tak energicznie przez JE abpa Józefa Życińskiego ofensywa ewangelizacyjna utknęła w martwym punkcie, a kto wie, czy nie trzeba będzie rozpaczliwie odpierać jakiejś kontrofensywy?
Oto 18 stycznia Parlament Europejski przyjął rezolucję przeciwko "homofobii" i zalecił Komisji Europejskiej "wszczynanie postępowań" wobec krajów, które będą homosiów w jakikolwiek sposób "dyskryminować", tzn. np. nie rejestrować im "małżeństw", czy nie zezwalać na adopcję dzieci. Jakie będą następstwa takiego "postępowania" i czy aby nie pociągnie ono za sobą konieczności ocenzurowania Pisma Św., w którym Pan Bóg nie szczędzi homosiom słów krytyki? Na razie mrozy zniechęcają do organizowania "marszów równości", ale niech no tylko nastanie odwilż, to zaraz awangarda zacznie zachodzić nas od tyłu.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Komentarz (0)

Ślizgamy się na budżecie - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 31, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Chociażbyś miał zginąć,/ Musisz z prądem płynąć" - radził współczesnym Aleksander hr. Fredro, co obecnie przybrało formułę "paktu stabilizacyjnego", w którym również chodzi, mniej więcej, by płynąć z prądem tylko już z dwóch względów: a mianowicie tak ze względu, że "chociażbyś miał zginąć", jak i ze względu "jeżeli nie chcesz zginąć".

Obecny kryzys parlamentarny obnażył całkowicie słabość obowiązujących od kilkunastu lat rozwiązań ustrojowych, pokazał zarazem, że pomimo wyraźnych przesłanek co do konieczności przeformułowania zadań naczelnych organów władzy państwowej, jak i sposobów wyłaniania reprezentacji parlamentarnej, nic w ostatnich latach nie zmieniono w celu zażegnania takim patowym sytuacjom jak te, które występują w obecnym sejmie V kadencji. Okazuje się także, że w obecnym parlamencie nie ma większości zdolnej do przeprowadzenia ustaw zmieniających ten stan rzeczy, tzn. głównie zmiany konstytucji, ale i również szeregu najważniejszych ustaw, np. ordynacji wyborczej, o finansach publicznych, ordynacji podatkowej. Nowe wybory jawią się jako potrzebne głównie dlatego, aby większość w sejmie zdobyły siły polityczne optujące za takimi ustrojowymi zmianami. Tymczasem wszystkie partie, łącznie z PiS-em oskarżanym przez opozycję o dążenie do rozwiązania parlamentu, oficjalnie uważają wcześniejsze wybory za złe rozwiązanie, różniąc się jedynie co do wskazywania tych, którzy są zainteresowani w sianiu zamętu.

Ile kosztują wybory

Niejako w komentarzu do tych sporów jak i w odniesieniu do "groźby" wcześniejszych wyborów ukazało się kilka artykułów wyliczających, ile to nowe wybory mogą kosztować społeczeństwo, co w domyśle miało stanowić rodzaj apelu o sejmowe pojednanie, mające uchronić nas przed 88-milionowym kosztem ponownego udania się do urn wyborczych. W związku z powyższym dowiedzieliśmy się, że zamiast ponownych wyborów rząd mógłby wybudować całe 5 (słownie: pięć) kilometrów autostrad lub wypłacić becikowe dla 88 tys. matek, a i pewnie uszczęśliwić nas jeszcze na wiele innych sposobów, zamiast zmuszać do kolejnego zarywania niedzielnego wypoczynku w supermarkecie. Przy okazji przypomniały się czasy propagandy sukcesu, kiedy to stawiano cegła na cegle, sznurek za sznurkiem tak, by pokazać, ile to razy taką produkcją opasalibyśmy kulę ziemską lub dotarli do Księżyca, a pewnie nawet na Marsa. Jak z tego wynika, nikt nie chce wcześniejszych wyborów, parlamentarzyści chcą oczywiście nam oszczędzić bólu ponownego głosowania - broń Panie Boże, aby bali się o swoje ciepłe sejmowe fotele, oni myślą głównie o nas - my z kolei zamiast głosować chcemy budować autostrady i mieszkania, tzn. nie my chcemy budować, tylko chcemy, żeby rząd budował - a Maciej Łętowski pisze nawet w "Rz", że przyszłe wybory z pewnością "ktoś wygra, przegramy je wszyscy". Oczywiście gdyby red. Łętowski przewidywał, że wygra PO, to ręką zadrżałaby mu przy tak kategorycznym stwierdzeniu, że "przegramy wszyscy", ale widocznie skoro mu nie zadrżała, to przewiduje, że jednak wygra Nie-PO. Od czasu ukonstytuowania się nowego parlamentu coraz częściej skłaniam się do określania PIS mianem Nie-PO, a PO mianem Nie-PiS, oczywiście Samoobrona już od dawna jest Nie-PSL-em, a LPR przez sam fakt negowania samej siebie Nie-LPR. Taki praktyczny podział znacznie ułatwia obserwacje tzw. debat publicznych, których schemat wygląda zwykle tak, że jak powie coś prezes Kaczyński, to za 15 minut prezes Tusk zaprzeczy temu, co powiedział Kaczyński, tłumacząc, że jest zupełnie na odwrót. Oczywiście gdyby przypadkiem najpierw coś oświadczył prezes Tusk - to za 15 minut zaprzeczy temu prezes Kaczyński żałujący, że na rozmowę z Tuskiem nie przyniósł magnetofonu itd. (nb. Michnik nie zapomniał włączyć magnetofonu i jedyne co mu teraz pozostało, to analizy literatury...).

Ile kosztuje zły ustrój

Ale wracając do kosztów wyborów i utraty za ich sprawą pięciu kilometrów autostrady lub kilku zasiłków zwanych teraz "senioralnym", warto zauważyć, że tym co nas kosztuje najwięcej - to złe prawo, niekompetentni posłowie i nieudolny rząd. Władza rządowa i samorządowa wydaje w Polsce dziennie średnio 1,013 mln zł i jest to realny koszt trwania obecnego układu. Jeżeli układ ten mógłby zostać obalony za cenę 88 mln zł, tj. za niespełna 9 proc. jego dziennego haraczu, to powyższa cena warta byłaby obecnego zamieszania, zwłaszcza że wszyscy doskonale wiedzą, iż żadnemu z polityków nie zależy naprawdę na zaoszczędzeniu nam kolejnych wydatków, a jedynie na jak najdłuższym trwaniu na poselskiej posadzie. Zresztą 99,9 proc obecnych parlamentarzystów ich doradców i klakierów są świadomymi lub nieświadomymi wyznawcami ekonomicznej doktryny Keynesa, która sprowadza się do twierdzenia, że nawet zakopywanie butelek z forsą, a następnie ich odkopywanie i uwłaszczanie się odkopujących, napędza koniunkturę. Jeżeli tak, to przecież te 88 mln złotych zostanie wypłacone potrzebującym członkom komisji wyborczych, drukarniom i powielarniom produkującym setki tysięcy podobizn osób gotowych poświęcić się dla ojczyzny, kapelom przygrywającym komitetom wyborczym, no i wreszcie telewizji, która przez to może wyemituje mniej reklamówek zachęcających do opłacania podatku od telewizora. Dlaczego niby "becikowe" czy "senioralne" są dobre, a "wyborcze" czy "referendalne" ma być złe? W końcu w komisjach wyborczych "dorabiają" głownie młodzi ludzie bez stałych dochodów lub bezrobotni, którzy nie łapią się często ani na "becikowe" ani na "senioralne". Oczywiście nie ma żadnej fiskalnej różnicy między "becikowym" a "wyborczym", poza drobną różnicą praktyczną polegającą na tym, że "becikowe" może przysporzyć kilkunastu dodatkowych głosów - a nowe wybory mogą uszczuplić comiesięczne dochody nawet o kilkanaście tysięcy złotych. A że bliższa koszula ciału, dlatego też posłowie zamiast odważnie zastanowić się, jak wykorzystać obecny parlamentarny kryzys dla przeprowadzenia koniecznych zmian ustrojowych, oddają się gierkom gabinetowym, których kluczowym rekwizytem jak się okazało jest ustawa budżetowa.

Budżet fundamentem ustroju

Przy okazji niektórym rozjaśniło się, jak dużą rolę państwowotwórczą pełni ustawa budżetowa, która poza samorozwiązaniem sejmu jest praktycznie jedynym pretekstem pozwalającym skrócić żywot tego ciała ustawodawczego przez inny organ władzy niż sam parlament - a konkretnie przez prezydenta. Wprawdzie niby było to wiadomo od dawna, ale tak się jakoś dotychczas udawało owe ustawy budżetowe przepychać. Problem powstał paradoksalnie dopiero teraz, gdy zarówno prezydent, jak i rząd pochodzą z tej samej opcji politycznej, a żeby było śmieszniej: na uchwaleniu budżetu przedłożonego przez rząd najbardziej zależy opozycji. Świadczy to oczywiście, że ustawa budżetowa stała się narzędziem ustawienia polityki wewnętrznej na okres nieco dłuższy niż okres roku budżetowego i być może byłoby to nawet niezłe wyjście, gdyby faktycznie wśród obecnych decydentów istniała wola zmiany ustroju.
Rzeczywiście istnieje duże prawdopodobieństwo, że nowe wybory nie zmieniłyby składu parlamentu na tyle, by jedna partia w tym wypadku PiS mogła uzyskać większość potrzebną do przeprowadzenia najistotniejszych zmian ustrojowych, a przede wszystkim do zmiany konstytucji i zaprowadzenia prezydenckiego modelu sprawowania władzy wykonawczej. Właściwie istnieją dwa możliwe wyniki tzw. nowego rozdania, pierwszy, najmniej prawdopodobny, to ten dający zdecydowaną większość jednemu ugrupowaniu lub koalicji ugrupowań oraz drugi, w dużym stopniu kopiujący obecną sytuację z pewnymi, nawet czasami dużymi korektami dla konkretnych partii, ale korektami, które wcale nie ułatwią zwycięzcy budowania stabilnej większości - w tym z pewnością większości mogącej zmienić konstytucję. Skoro zaś ani w jednym, ani w drugim wariancie uzyskanie większości mogącej zmienić konstytucję - a tym samy kompetencje poszczególnych organów władzy - jest bardzo mało prawdopodobne, zaś z drugiej strony wszystko wskazuje, że taka zmiana byłaby bardzo potrzebna, jedynym demokratycznym wyjściem z impasu jest odwołanie się do instrumentu referendum, instrumentu rzadko wykorzystywanego, a czyż charakter ustroju wewnętrznego nie jest mniej ważną sprawą od akcesji do UE? Obecnie jest to nawet sprawa najważniejsza, gdyż skoro już w tej Unii jesteśmy, to nasz głos i nasze zdanie będzie wprost proporcjonalne do siły naszego kraju, tak więc czy wchodząc do UE, czy mając w planie z niej wychodzić - na wszelki wypadek lepiej być silniejszym.
Powiązanie wyborów z referendum, które dotyczyłoby zmiany konstytucji w zakresie wprowadzenia modelu prezydenckiego, zmiany sposobu wyłaniania reprezentacji parlamentarnej oraz zrównoważonego budżetu z konstytucyjnym zakazem deficytu budżetowego, wiązałoby - w wypadku pozytywnego wyniku głosowania - nawet rozproszony parlament do przeprowadzenia takich zmian. Wynika to wprost z art. 125.3. konstytucji, który mówi, że po spełnieniu formalnej przesłanki udziału ponad połowy uprawnionych, wynik referendum jest wiążący. Przy okazji powiązanie wyborów z takimi konkretnymi referendalnymi tematami sprowadziłoby przedwyborczą dyskusję na konkretne problemy ustrojowe, a nie na chwytliwe, ale nic znaczące obiecanki, kto, komu i ile kilometrów drogi wybuduje czy "becikowego", "uczniowskiego", "menopauzowego" lub "senioralnego" rozda.
Czas najwyższy, aby połowa roku parlamentarnego nie upływała na wałkowaniu tematu 1001 poprawki do ustawy budżetowej, ministrowie nie zmieniali się co kilka tygodni, a co miesiąc sejm debatował nad wotum zaufania do premiera. Niech rządzi gabinet prezydencki i niech ten gabinet na drodze własnego rozporządzenia ogłasza plan dochodów i wydatków budżetowych, który byłby aktem wykonawczym do ustawy o finansach publicznych. W końcu przecież przy konstytucyjnym zakazie deficytu, wszystkie wydatki budżetowe musiałby mieć pokrycie w dochodach, a o dochodach i tak decyduje parlament poprzez ustawy podatkowe.
Ale czy pomysłodawcom "paktu stabilizacyjnego" rzeczywiście chodzi o zmianę ustrojową, czy tylko o "zatopienie Platformy", a raczej kierownika tej Platformy, który heroicznie zapewnia z kolei, że "nie chce pchać narodu do kolejnych wyborów"? Nie chce pchać również prezydent Kaczyński, który z niespotykaną dla siebie werwą przystąpił do godzenia niedoszłych koalicjantów i pewnie o to chodziło, aby pokazać, że PiS chciał, ale opozycja bruździła, PiS chciał do koalicji wszystkich, ale przecież nie można ludzi z wyrokami brać do rządu itd. W końcu i tak prezydent Kaczyński wszystkich pogodzi, więc będzie, co być miało, a że prezydent jest podobny do swojego brata, to i część splendoru na takiego drugiego też przejdzie. A w razie wyborów może się to przydać.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Komentarz (0)

Czy scenarzysta polskiej polityki Jarosław Kaczyński ma skuteczny plan i długofalową wizję uporządkowania bagna, które z coraz większą odrazą patrzą wyborcy - Łukasz Perzyna o paradoksach najnowszych wyborów na stanowiska urzędnicze Wysłane sobota, 28, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Czy scenarzysta polskiej polityki Jarosław Kaczyński ma skuteczny plan i długofalową wizję uporządkowania bagna, które z coraz większą odrazą patrzą wyborcy - Łukasz Perzyna o paradoksach najnowszych wyborów na stanowiska urzędnicze Wysłane sobota, 28, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Jarosław Kaczyński znów potwierdził opinię o nim jako najsprawniejszym scenarzyście polskiej polityki. Po długiej sejmowej nocy z czwartku na piątek odwołano spotkanie, które miało doprowadzić do podpisania »paktu stabilizacyjnego«. Wcześniej JK skorzystał z głosów »drobnicy sejmowej« przy głosowaniu za kandydaturą Janusza Kochanowskiego na RPO. Pojęcie »paktu stabilizacyjnego« narodziło się - podobnie jak Blok Naprawy Państwa, który miał być drugim po Paktu etapem - w głowie prezesa ugrupowania PiS. Jednak to nie na Samoobronie, nie na LPR, nie na takiej stabilizacji zależało Kaczyńskiemu. Widziałby on z chęcią jakiś układ z Platformą, dlatego zostały jej zaproponowane dwa miejsca w KRRiTV. PO jednak z nadzieją spogląda na wyniki badań sondażowych" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje wydarzenia upływającego tygodnia.

Umieszczenie w KRRiTV Tomasza Borysiuka (z Samoobrony) wydawcy dawnego programu "Gość Jedynki" TVP1, w którym osławiony pałkarz telewizyjny z cenzusem dziennikarskim ze stajni "młocieszowego" i "ordynarckiego" prezesika Kwiatkowskiego, czyli Piotr Gembarowski, przeprowadził lincz nad skądinąd mało dobrze zasłużonym dla Polski byłym przewodniczącym ZZ "Solidarność" Marianem Krzaklewskim - jest posunięciem wyjątkowo mało fortunnym i tak jest powszechnie już odbierane. Handel wymienny ma swoje prawa - w zamian za Janusza Kochanowskiego na stanowisku RPO mamy w KRRiTV Tomasza Borysiuka. Pytanie - na jak długo takie manewry starczą Jarosławowi Kaczyńskiemu?
W polskiej "klasie politycznej wytwarza sie już pewna "równowaga strachu". Próg 5-procentowy jest skutecznym batem na krnąbrność "koalicjantów", o czym doskonale wie prezes Jarosław, pamiętając o przerwie w swoim posłowaniu w latach 90. ub. wieku. Trzeba wierzyć, że ma i skuteczny plan polityczny, który przetrwa równie długo jak jego krytyka b. prezydenta Wałęsy, jak krytyka zjawiska TKM, również jego wymysłu definicja kapitalizmu politycznego. Nie ma jednak takiej pewności...

Nagranie trwa prawie 13 minut i jest dostępne w Sieci do 11 II 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

Szansa dla przywrócenia kary śmierci w Polsce - I prezes UPR Janusz Korwin-Mikke wystosował list do kandydata na RPO, dr. Janusza Kochanowskiego Wysłane piątek, 27, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Kolejnym polskim ombudsmanem, czyli Rzecznikiem Praw Obywateli, ma zostać dr Janusz Kochanowski, prezes Fundacji Ius et Lex, jak donoszą dzisiejsze serwisy, m.in. WP:
"Prezes fundacji Ius et Lex Kochanowski był jedynym kandydatem na stanowisko RPO, zgłosił go klub Prawa i Sprawiedliwości. W czerwcu 2005 r. zakończyła się kadencja prof. Andrzeja Zolla. Będzie on pełnił tę funkcję do czasu zaprzysiężenia nowego Rzecznika".
Dr Kochanowski dał się poznać szerokiej opinii publicznej jako zwolennik przywrócenia kary głównej do polskiego kodeksu karnego, a wystawiające Go ugrupowanie - PiS, wielokrotnie werbalnie popierało oryginalny pomysł Unii Polityki Realnej powrotu do systemu sprawiedliwości efektywnej kary eliminującej osobników stwarzających najwyższe zagrożenie dla życia ludzkiego - wszak tak należy traktować zdegradowanych byłych ludzi, nastawających na dobro uważane przez "postempowców" za najbardziej znaczący atrybut życia ludzkiego - jego życie doczesne.
Z pewnością - po zatwierdzeniu Kandydata przez Senat RP i Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego - bardzo ważna będzie rozpoczynająca się w najbliższej przyszłości dyskusja nad powrotem przez III władzę RP do cywilizacyjnej metody talonu oraz ekstrakcji z naszego społeczeństwa bandytów uległych tak daleko posuniętej degeneracji, iż jedyną metodą ochrony Praw Obywatelskich potencjalnych ich ofiar - musi ponownie stać się wykonywanie wyroków kary śmierci w imieniu Rzeczypospolitej - bez oglądanie się na coraz bardziej również ulegające degeneracji ustawodawstwo karne tzw. Unii Europejskiej, której wpływowi acz zakamuflowani przedstawiciele doprowadzili do wprowadzenia moratorium na wykonywanie KS już w roku 1988, a później - do całkowitej eliminacji tej jedynie sensownej w takich przypadkach kary z polskiego kodeksu karnego.

W dniu dzisiejszym Janusz Korwin-Mikke wystosował do Kandydata do urzędu RPO, dr Janusza Kochanowskiego niniejsze pismo:

"Janusz Korwin-Mikke
05-420 Józefów
ul. 3.go Maja 100

Do
WP
dra Janusza Kochanowskiego
Rzecznika Praw Obywatelskich
w miejscu

WNIOSEK


Wnoszę niniejszym o przedłożenie Trybunałowi Konstytucyjnemu wniosku o uznanie zniesienia kary śmierci (dokonanego poprzez nowelizację Kodeksu Karnego) za sprzeczne z Konstytucją. W wykonaniu tego wnoszę o dodanie do Art.148 kk §2 w brzmieniu:
»Kto zabija człowieka podstępnie i z premedytacją, tj. planując i organizując dokonanie zabójstwa, podlega karze śmierci. W szczególnych okolicznościach może ona być przez sąd złagodzona«
- z odpowiednim przenumerowaniem dalszych paragrafów tego Artykułu.

U z a s a d n i e n i e


Art. 32. Konstytucji stanowi w p.1, że »Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne«. Tymczasem zniesienie kary śmierci powoduje, że jakaś kara musi być kodeksowo najwyższa. Jeśli jest nią np. (jak w Polsce) dożywocie, to osoba skazana na dożywocie jest - w odróżnieniu od innych obywateli - bezkarna: może zabić współwięźnia lub strażnika - może, po ew. ucieczce, zabić kogo chce - i państwo nie jest w stanie jej ukarać. Co narusza stan postulowany w ww. Artykule.
Zwracam się z tym do Pana, gdyż brak kary śmierci w kodeksie narusza moje poczucie bezpieczeństwa, do którego prawo mam na podstawie Art. 5 Konstytucji.
Zwracam przy tym uwagę, że kara śmierci akceptowana jest przez wszystkie wyznania uznające Dekalog, tj. żydów, chrześcijan i muzułmanów, stanowiących łącznie ok. 90% obywateli. W szczególności Katechizm Kościoła Rzymsko-katolickiego (kan.2266 - w nowej wersji 2267) upoważnia władzę cywilną do stosowania kary śmierci »w przypadkach najwyższej wagi« - co Pismo Święte definiuje jako »zabójstwo z premedytacją«: »A gdyby ktoś bliźniego swego umyślnie zasadziwszy się podstępem zabił - i od ołtarza Mego weźmiesz go i zabijesz!«). W sondażach zwolennicy kary śmierci mają nad jej przeciwnikami przewagę 5 : 1, co w kraju demokratycznym też powinno się liczyć.
W Sejmie leży złożony przez Komitet Obywatelski pod moim przewodnictwem i poparty 140 tysiącami podpisów wniosek o przywrócenie kary śmierci. Dla społecznego poczucia Sprawiedliwości i stabilności byłoby jednak lepiej, by odbyło się to w oparciu o Prawo i Konstytucję, niż o chwiejną i zmienną wolę Legislatury.
Z poważaniem

Warszawa, 27 - I - AD MMVI

Janusz Korwin-Mikke".

Prawem obywateli Rzeczypospolitej jest bezpieczeństwo zapewnione przez system legalnej przemocy państwowej w przypadkach uznanych przez wymiar Jej sprawiedliwości za uzasadnionych do zastosowania kary najwyższej. Te prawo winno być nadzorowane także i przez Rzecznika Praw Obywatelskich.

Witryna Kary śmierci

Komentarz (0)

Zjazd Samorządowców w Stalowej Woli - 4 lutego 2006 r.: Akcja Samorządowa "Pierwszy z Okręgu" Wysłane piątek, 27, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Szanowny Państwo!

Akcja Samorządowa mająca na celu zmianę ordynacji wyborczej do samorządów na większościową z jednomandatowymi okręgami wyborczymi nabiera coraz większego rozmachu.
Właśnie organizujemy kolejny Zjazd Samorządowców w tej sprawie, który tym razem odbędzie się w dniu 4 lutego 2006 r. Stalowej Woli.
W celu prawidłowego przygotowania Zjazdu wdzięczni będziemy za wcześniejsze potwierdzenie obecności.
Wdzięczni będziemy też za rozpropagowanie informacji o Zjeździe i zaproszenie w naszym imieniu wszystkich zainteresowanych.

Z poważaniem

Jan Jagielski




Szanowni Państwo!

W dniu 4 lutego 2006 w Stalowej Woli odbędzie się kolejny Zjazd Samorządowców w sprawie zmiany ordynacji wyborczej do samorządów na większościową z jednomandatowymi okręgami wyborczymi.
Hasło Akcji Samorządowej "Pierwszy z Okręgu", pod którym odbędzie się Zjazd w Stalowej Woli oddaje wiernie przesłanie naszej inicjatywy, którym jest wprowadzenie w wyborach do rad gmin, powiatów i sejmików wojewódzkich wyborów większościowych z jednomandatowymi okręgami wyborczymi.
W systemie tym wyboru kandydatów na radnych dokonuje się w jednostce terytorialnej, utworzonej stosownie do opracowanej normy przedstawicielstwa. Mandat uzyskuje tylko jeden spośród zarejestrowanych kandydatów, czyli ten, który otrzymał największą liczbę ważnie oddanych głosów w jednej turze głosowania.
Ogólnopolski Zjazd Samorządowców, który odbył się w Kielcach 17 grudnia 2005 r., określił w przyjętym Memorandum cele i zakres działania Akcji Samorządowej "Pierwszy z Okręgu". Na zjeździe tym powstała też Grupa Inicjatywna zadaniem, której jest koordynowanie prac przygotowawczych do zawiązania Krajowego Komitetu Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej. W ramach tych działań odbywają się lokalne i regionalne debaty o znaczeniu ordynacji wyborczej dla jakości polskiej demokracji, upowszechnianie i komentowanie opinii reprezentantów lokalnej społeczności, oraz zawiązywanie lokalnych i regionalnych Komitetów Inicjatywy Obywatelskiej.
Jesteśmy przekonani, że zaangażowanie w obrady Zjazdu jak najszerszych gremiów naszego społeczeństwa przyniesie określone efekty w przemianach politycznych naszego kraju, wpłynie także w sposób znaczący na dalszy przebieg działań prowadzonych przez obywateli w ramach Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej.

W imieniu Grupy Inicjatywnej i organizatora, którym jest Prezydent Miasta Stalowej Woli, Pan Andrzej Szlęzak, zapraszamy serdecznie do uczestnictwa i aktywnego włączenia się w prace Zjazdu.

Jan Jagielski
Andrzej Madej
Pełnomocnicy Grupy Inicjatywnej





Szanowni Państwo

W celu powstrzymania procesu degradacji mechanizmów demokratycznych w naszym kraju na zjeździe samorządowców w Kielcach, w dniu 17 grudnia 2005r, zainicjowano Akcję Samorządową "Pierwszy z Okręgu" oraz powołano Grupę Inicjatywną Akcji do koordynowania prac przygotowawczych, zmierzających do zawiązania Krajowego Komitetu Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej.
Zdaniem uczestników Zjazdu zmniejszająca się frekwencja w wyborach do organów przedstawicielskich i inne symptomy wycofywania się obywateli z życia publicznego, czynią aktualnym postulat zmiany ordynacji wyborczej do samorządów terytorialnych na taki, który sprzyja upodmiotowieniu obywatelskiej aktywności w strukturach władzy demokratycznego państwa. Dlatego też kontynuujemy działania zmierzające do zainicjowania publicznej debaty nad zmianą ordynacji samorządowej.
Inicjatywa ta, nawiązując do inicjatywy grupy społeczników z całej Polski zawiązanej w Krakowie w 2001 roku, jest kolejną próbą naprawy systemu demokracji przedstawicielskiej opartej na wartościach cywilizacji łacińskiej, gdzie siła jedności politycznej wspólnoty wsparta jest na różnorodności społeczeństwa.
Temu też celowi służyć ma organizowany w Stalowej Woli w dniu 4 lutego 2006r. Zjazd Samorządowców.

Prezydent Miasta Stalowa Wola
Andrzej Szlęzak


Stalowa Wola, 15 stycznia 2006 r.




Miejsce Zjazdu: Aula Państwowej Szkoły Muzycznej
Stalowa Wola ul. Narutowicza 11


Program zjazdu
9.15 - 10.00
Rejestracja uczestników
10.00. - Otwarcie konferencji - Andrzej Szlęzak - Prezydent Miasta Stalowa Wola

Część pierwsza (10.15 - 11.45)
Ustrój Samorządowy a Społeczeństwo - debata o potrzebie zmiany ordynacji wyborczej do samorządów terytorialnych

10.15
- Dylematy demokracji lokalnej z perspektywy badań nad pozycją organu wykonawczego - Dr Janina Kowalik - Wyższa Szkoła Administracji Publicznej w Kielcach
13.30 - Rozważania o potrzebie zmiany systemu wyborczego do samorządów - Franciszek Wołodźko - Marszałek Województwa Świętokrzyskiego
10.45 - Jednomandatowa samorządność w Krakowie - Dr Jerzy Grela - Radny Miasta Krakowa, wieloletni Przewodniczący Rady Dzielnicy Dębniki,
11.00 - Doświadczenia Obywatelskiego Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej "Pierwszy z okręgu" z lat 2001/2002 - Dr Kazimierz Głowacki.
11.15 - System wyborczy - poprawiać czy zmieniać? - Kuba Boratyński - Fundacja Batorego,
11.30 - Ile tur wyborczych w wyborach większościowych, - czego dotyczy wybór? - Jan Jagielski, Pełnomocnik Grupy Inicjatywnej.
11.45 - 12.15 - przerwa

Część druga (12.15 - 14.00)
Narada Samorządowców - w sprawie działań podejmowanych w ramach inicjatywy ustawodawczej

12.15
- Obywatelska Inicjatywa dla zbierania opinii i podpisów - Andrzej Madej, Pełnomocnik Grupy Inicjatywnej Pierwszy z Okręgu,
12.25 - Omówienie proponowanych zmian ustawy w ordynacji wyborczej do rad gmin, powiatów i sejmików wojewódzkich - Bartłomiej Michałowski - Ruch Normalne Państwo
12.40 - Dyskusja.
14.00 - Przyjęcie stanowiska Zjazdu, zakończenie Zjazdu.
14.20 - Konferencja prasowa

Komitet Organizacyjny Zjazdu:
Andrzej Szlęzak
- Prezydent Miasta Stalowej Woli,
Stanisław Szymonik - Przewodniczący Rady Powiatu Stalowowolskiego
Mirosław Pluta - Burmistrz Miasta i Gminy Baranów Sandomierski
Zbigniew Walczak - Wójt Gminy Jarocin

Biuro Organizacyjne Zjazdu:
Robert Fila
- Szef Kancelarii Prezydenta Miasta Stalowej Woli,
Tel. (015) 643 35 55, fax. (015) 643 34 12, kom. 0 602 426 505,
e-mail
Anna Ciba, Diana Dyjak - tel. (015) 643 35 66, fax. (015) 643 34 12
e-mail

Prosimy o potwierdzenie przybycia na adres um@stalowawola.pl w terminie do 02 lutego 2006 r.

Komentarz (0)

Liberałowie przechodzą na etaty(zm) - Krzysztof Mazur Wysłane piątek, 27, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Jak wszystkim wiadomo, p. prof. Lubińska, która była "dobrym" ministrem finansów, została zdymisjonowana do kancelarii premiera, aby ustąpić miejsca "najlepszej" kandydatce na to stanowisko, czyli p. prof. Gilowskiej. W związku z tym, że parytety płci, stanowisk i tytułów naukowych zostały zachowane, nie byłoby o czym pisać, gdyby nie fakt, że p. prof. Gilowska jest podobno "liberałką", a rząd premiera Marcinkiewicza powstał jako opozycja do "rozwiązania liberalnego". Wprawdzie p. Janusz Korwin-Mikke pisząc: "oczywiście ortodoksi Wolnego Rynku zaraz będą narzekali, że nie wprowadzi Ona podatku ryczałtowego osobistego, a nawet i liniowego, ani nie zniesie obowiązku płacenia na ZUS...", uprzedził ewentualną krytykę ostatnich politycznych mezaliansów, ale nie zmienia to faktu, że ministerialna nominacja p. Gilowskiej w dodatku przypisywana prawie oficjalnie Jarosławowi Kaczyńskiemu, osłabiła z jednej strony pozycję premiera, a z drugiej - wprowadziła nieco zamieszania i zarazem zmieszania w środowisku nie tylko liberałów skupionych w klubie PO, ale i prawdziwych zwolenników przemian wolnorynkowych.

Bez fałszywej skromności (wystarczy mi prawdziwa) chciałbym zauważyć, że należałem do tych, którzy dużo wcześniej zanim - wtedy jeszcze pani poseł - zerwała z PO, podważali liberalizm obecnej minister ds. finansów, wskazując z jednej strony na przywiązanie do konstrukcji deficytu budżetowego (słynne sformułowanie o "sprawiedliwości międzypokoleniowej") oraz dość infantylną interpretację przemian będących skutkiem kontraktu "okrągłego stołu".
W wydanej niedawno staraniem wydawnictwa Arwil "Przyszłości konserwatyzmu" Russel Kirk wymienia sześć głównych "celów egzystencji" i "celów życia, które poprowadziłyby je ku prawości". Powody te zostały zapewne nieprzypadkowo uszeregowane, przy czym o ile jako pierwszy z tych celów wymieniona została "wiara religijna", tak na wysokiej - bo drugiej - pozycji autor umieścił: "współzawodnictwo o aprobatę ze strony ludzi, którzy nadają ton społeczeństwu".
Tak rozumiana samorealizacja nakierowana na uzyskanie "aprobaty ze strony ludzi, którzy nadają ton społeczeństwu" nie musi być z oczywistych powodów sprzeczna z interesem państwa, ba!, wpływowa część liberałów uważa nawet, że tym co przyczynia się do dobra wspólnego, jest właśnie ten rodzaj egoizmu, który składa się na konstrukcję homo oeconomicus. Jednakże pani minister Gilowska wkrótce po zaprzysiężeniu na ministerialną funkcję swoje poglądy określiła mianem liberalizmu chrześcijańskiego, który idąc tropem krytyków sprawiedliwości społecznej, należałoby również rozumieć jako coś innego niż liberalizm bezprzymiotnikowy albo raczej - bezwyznaniowy.

Solidarni konwertyci na rzecz konwergencji

Obecna minister finansów nie tylko zmieniła sposób artykułowania swoich poglądów, ale błyskawicznie przyswoiła sobie sposób argumentacji dość charakterystyczny dla większości liderów PiS-u, który można określić rodzajem polish political corectness. Tak więc wydatki socjalne są wprawdzie nadal za duże, ale becikowe to nie wydatek socjalny, lecz element polityki demograficznej, podatek liniowy jest dobry... ale obecnie nie ma możliwości jego wprowadzenia, system finansowy jest zły i niewydolny..., ale współtwórca tego systemu, czyli Leszek Balcerowicz jest najbardziej zasłużoną postacią przełomu III i IV RP, itp. Najbardziej zagadkową wypowiedzią było jednakże stwierdzenie, że "gra się tak, jak przeciwnik pozwala", które padło w kontekście zapytania o sposób pogodzenia własnych liberalnych przekonań z doktryną obecnego rządu - po którym osobiście dłuższą chwilę próbowałem zrozumieć, kto w rozumieniu pani minister ma być owym przeciwnikiem: społeczeństwo, które nie chce liberalizmu, opozycja, której większa część z PO chce liberalizmu czy PiS, który tworzy rząd i nie chce liberalizmu? Kontekst wypowiedzi i jej rozbiór logiczny wskazuje, że chodziło najpewniej o trzecią wymienioną możliwość, ale w takim razie mamy cokolwiek groteskową sytuację, gdy pani minister finansów i wicepremier odpowiedzialna za najważniejsze resorty gospodarcze traktuje swój własny rząd i ugrupowanie, które ten rząd popiera jako "przeciwnika".
Oczywiście wspomniana powyżej wypowiedź była swoistym bon motem, który niekoniecznie precyzyjnie mógł oddawać sposób myślenia autorki, jednakże przywołanie przez minister Gilowską analizy p. prof. Staniszkis, traktującej o postępującej konwergencji partii politycznych, jako uzasadnienia przejścia na rządową posadę - z pewnością nie było jedynie przypadkowym impulsem, ale przemyślanym i zobowiązującym wyartykułowaniem prawdziwych poglądów nie tylko minister Gilowskiej, ale zapewne dużej części "postępowych liberałów", skupionych tak w opozycji parlamentarnej, jak i spotykanych poza ulicą Wiejską. Takie też jest uzasadnienie analizy zachowania do niedawna "ryczącej liberałki", obecnie "liberałki chrześcijańskiej" - a jak wynika z oficjalnych wypowiedzi - to naprawdę kolejnego "państwowca", tylko w spódnicy.
Rzeczona analiza, która miała skłonić p. Zytę Gilowską do przejścia na stronę ludzi, "którzy (obecnie) nadają ton społeczeństwu", była jedną z wielu opinii, które w ostatnim okresie wskazywały, iż ugrupowania oficjalnie deklarujące się jako konkurencyjne - zaczynają nie tylko praktycznie, ale także formalnie tworzyć koalicje, tłumacząc to dobrem państwa i koniecznością prowadzenia perspektywicznej polityki. Asumptem do takich rozważań stała się wielka koalicja w Niemczech, gdzie różnica wyborczych rezultatów pomiędzy pierwszym a drugim ugrupowaniem była jeszcze mniejsza niż pomiędzy PiS i PO. O tym, że tak w Europie Zachodniej, jak i w Polsce różnice pomiędzy partiami określającymi się jako prawicowe i lewicowe są bardziej deklaratywne niż rzeczywiste, np. tygodnik "Najwyższy CZAS!" pisał już od dawna, obecna zmiana jakościowa polega na tym, że uznani politolodzy jak p. Staniszkis, a za nimi inni wpływowi cmokierzy sceny politycznej i publicystycznej, zaczynają to upodabnianie się traktować jako publiczną wartość. Oczywiście możliwym byłoby sprowadzenie powyższego postulatu do absurdu, pokazując, że idealnym systemem byłby taki, w którym kandydat republikanów miałby nie tylko prawo, ale nawet obowiązek mianować wiceprezydentem kandydata demokratów i na odwrót, ba!, jaka to byłaby oszczędność czasu i intelektualnego wysiłku wyborców, gdyby obaj kandydaci wspólnie objeżdżali Amerykę tłumacząc wyborcom, że jeśli na prezydenta wybiorą pannę Rice, to wice zostanie pani Clintonowa i vice versa! W Polsce poniekąd już tak uczyniono, gdyż ile to w ostatnim okresie mogliśmy poczytać i wysłuchać opinii, że naród czuje się zawiedziony, gdyż głosując na PiS, myślał, że partia ta będzie rządzić z PO - a głosując na PO, wierzył święcie, że resorty siłowe weźmie PiS. Już widzę te bilbordy wyborczej przyszłości, na których obok prezydenta Kaczyńskiego zostanie umieszczony wielki napis "nasz prezydent IV RP, wasz premier z Krakowa" albo "prezydent z zasadami, premier z radami" (nadzorczymi oczywiście).

Prowizorium liberalne

Niestety, powyższe hasła wsparte naukowymi analizami i filozoficznymi przemyśleniami doskonale wpisują się w postępujące trendy cechujące naszą umierającą cywilizację, czyli narastającą inwigilację, standaryzację i uniformizację, fiskalizację, stagnację i dekadencję - a obecnie również konwergencję. Z jednej strony polski rząd zwiększa wydatki na wspieranie "pomarańczowych rewolucji" i tworzenie mediów zwalczających białoruską monopartię, z drugiej zaś marzy o powrocie do takiej monopartyjności w swoim kraju, tak jakbyśmy systemu "trzy w jednym" już nie przerabiali.
W ostatnich dniach wystąpiło szereg zastanawiających zbiegów okoliczności - jeżeli takowe w ogóle istnieją - najpierw nominacja Zyty Gilowskiej, wskazująca, że finanse publiczne będą trzymane mocno w ryzach, następnie sondaże pokazujące, że w przyspieszonych wyborach PiS bierze większość ław poselskich, następnie sejmowa dyktatura marszałka Marka Jurka, później negocjacje zakończone przełożeniem debaty budżetowej. Konstytucyjny zapis umożliwiający prezydentowi skrócenie kadencji sejmu na wypadek braku poparcia dla ustawy budżetowej stanowi dość wyraźną zachętę dla obecnej mniejszościowej koalicji do wykorzystania tego instrumentu w celu "zmiękczania" swoich chimerycznych parlamentarnych sprzymierzeńców, dlatego też trudno dziwić się, że rządzące ugrupowanie nie chciałoby tanio pozbywać się wspomnianego atutu. Rząd mniejszościowy może z kolei rządzić zarówno w oparciu o ustawę budżetową, jak i na podstawie prowizorium budżetowego, które jest niczym innym niż planem wydatków i tak już przygotowanym pod projekt wspomnianej ustawy. Taki rząd mniejszościowy z silnym ministrem finansów, wspomagany korzystnymi sondażami i działający pod ochronnym parasolem prezydenta uzbrojonego w straszak wcześniejszych wyborów, może być znacznie sprawniejszy i bardziej niezależny niż rząd mniejszościowy, uzależniony od humorów liderów LPR czy Samoobrony. Inną sprawą jest natomiast, czy takie rozwiązanie będzie służyło naszej steranej gospodarce i tym samym pomyślności obywateli, gdyż taka polityka zasadza się na nieustannym stosowaniu socjotechnicznych metod w celu utrzymania sondażowej przewagi, co jak wiadomo - wyklucza jakiekolwiek konieczne, acz niepopularne działania. Z tego też względu gdyby za pomocą obecnego dumpingu politycznego nie udało się szybko przeprowadzić silnej grupy parlamentarzystów z klubu Podo PiS-u, to prawdopodobnie ujrzymy jeszcze utęsknione oblicze POPiS-u, zwłaszcza, że przedsięwzięciu ma sprzyjać hierarchia "kościoła łagiewnickiego".

Nadmiar socjalliberałów

Pomimo buńczucznych prognoz Jana Rokity, iż to nowo mianowana minister finansów zdominuje rząd i PiS, a nie odwrotnie, już wstępne wywiady z prof. Gilowską wskazują, że zwolennicy państwa solidarnego nie mają dużych powodów do obaw, a jeśli minister powiada, że resort "pluł krwią" w poszukiwaniu dodatkowych pieniędzy na zwiększone wydatki, to trzeba pamiętać, że resort pluł na papier, a krwią to rzeczywiście będą pluć podatnicy, mający sfinansować owe wydatki. Minister Zyta Gilowska nie tylko nie wprowadzi podatku osobistego lub liniowego, nie tylko nie zniesie przymusu ubezpieczeń, ale także nie zmieni sytemu finansowania ochrony zdrowia, polityki pieniężnej, polityki fiskalnej, polityki majątkowej w tym prywatyzacyjnej i szeregu innych pomniejszych spraw istotnych dla pomyślnego prowadzenia spraw naszego kraju. Jeśli już, to prędzej będziemy świadkiem narodzin socjalliberalizmu chrześcijańskiego w przeciwieństwie do świeckiego nurtu tego wyznania, reprezentowanego przez posła Andrzeja Lepepra. Nieszczęśliwym paradoksem może być natomiast to, że po raz kolejny osoby kojarzone z liberalizmem będą prowadzić etatystyczną politykę nowej ekipy, która zamiast likwidować przyczyny politycznych i ekonomicznych patologii, tworzy superurzędy mające zwalczać skutki. Jarosław Kaczyński miał rację, że Polaków należy bardziej rozruszać, niestety, liderowi PiS-u wydaje się, że to rozruszanie powinno polegać na zabraniu ludziom ich pieniędzy, by rząd za te pieniądze miał tychże obywateli aktywizować. Państwo może rozruszać swoich obywateli, zostawiając ich samym sobie w dziedzinie zarabiania, wydawania, kształcenia i wychowywania dzieci - zapewniając im jedynie bezpieczeństwo życia i obrotu materialnego. Ale żeby tak się stało, to schemat rządzenia nie może opierać się na fakcie, że jedna pani profesor coś napisze w gazecie, druga to przeczyta i zechce zostać ministrem finansów, a trzecia - dla dobra Polski - ustąpi jej miejsca w tym fotelu, by przejść na z góry upatrzone pozycje do kancelarii premiera. I jeszcze jedno: ojczyźnie dobrze zrobiłoby, gdyby premier i jego ministrowie pracowali jak inni od 8 do 16, osiem godzin dziennie - to wystarczająca ilość czasu, aby załatwić dzienną normę papierkowej roboty. Osobiście mam już dość nieustannego epatowanie mnie informacjami, jak to taki czy inny prominent poświęcał się dla mojego dobra do 10, 11 12 w nocy lub 4, 5 czy 6 rano, "pluł krwią", omdlewał, głosił orędzia lub je odwoływał, zamykał czy okupował mównicę itp. Nam wystarczy liberalno-etatystyczny rząd na prowizorium budżetowym i solidarna gospodarka rynkowa.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Komentarz (0)

Między władzą a zakrystią - prof. Michał Wojciechowski Wysłane piątek, 27, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Widzenie społecznej roli Kościoła popada w skrajności. Jedni widzą zagrożenie w zbytnim udziale Kościoła we władzy, inni przeciwnie, w eliminowaniu go z życia społecznego. Nie musimy jednak wybierać między tymi skrajnościami. Lepiej spytać, skąd się bierze napięcie między społecznością polityczną a religijną i na jakich zasadach mogłaby się opierać poprawna relacja między nimi.

Za dużo państwa


Zacznijmy od obserwacji, że porównując zasadnicze funkcje państwa oraz religii czy Kościoła, nie dostrzegamy szerszego pola do konfliktu. Kościół nie musi się zajmować bezpieczeństwem zewnętrznym i wewnętrznym kraju, a państwo nie ma powodu, by wkraczać w stosunek człowieka do Boga i stanowić zasady moralne. Model ten jest trudny, ale nie utopijny, gdyż do niedawna był w dużym stopniu realizowany w USA.
Konflikt zaczyna się wtedy, gdy te społeczności wychodzą poza swój teren. Może się to przytrafić obydwóm. Obecnie mamy do czynienia z bardzo rozrośniętym państwem, wkraczającym w praktycznie wszystkie sfery życia. Problem ten towarzyszy całym czasom nowożytnym, a w sferze religii przejawił się między innymi w przekształcaniu Kościoła w organ państwa, jak w carskiej Rosji, Szwecji czy Anglii, oraz w forsowaniu odgórnej laicyzacji, jak we Francji.
Skrajne przykłady to państwo narodowo-socjalistyczne i komunistyczne. Współczesne państwa europejskie nie stosują takich brutalnych metod, ale są to scentralizowane, laickie biurokracje, które usiłują uregulować całość życia społecznego, spychając religię na margines. Polsce zarzucają, że jeszcze nie wprowadziła tego modelu...
W szczególności państwa te upowszechniają postawy niemoralne, ostatnio przez ułatwienia dla zabijania nienarodzonych istot ludzkich, rozwodów oraz praktyk dotąd uważanych za zboczenia. Państwo wtrąca się też do rodziny i przejmuje część jej funkcji.
Znamienna jest prawie pełna kontrola nad edukacją, a więc i poglądami przyszłych wyborców. Budżetowa pomoc socjalna oznacza z kolei upaństwowienie dobroczynności. (Jedno i drugie ma u początków, co mało kto pamięta, konfiskatę dóbr kościelnych służących utrzymaniu szkół i instytucji opiekuńczych.) Społeczny wymiar religii obejmuje z natury rzeczy wszystkie wymienione sfery i póki państwo się nimi zajmuje, trzeba szukać sposobów porozumienia.
Oprócz tych kwestii zasadniczych państwo zajmuje się też milionami spraw drobnych, aż po płot, którym obywatel chciałby ogrodzić działkę. To z kolei powoduje, że religia codziennie spotyka się z władzą w wymiarze lokalnym.
W takiej sytuacji propozycje, by biskupi ograniczali się do sakramentów i duszpasterstwa (Szymon Hołownia, "Rzeczpospolita" z 12 I), są chybione i nie różnią się od postulatu zapędzenia księży do zakrystii. Świątynia nie może być samotną wyspą. Póki polityka wciska się wszędzie, Kościół (to znaczy i ogół katolików, i duchowni), musi się zajmować polityką. Nie wiadomo, kiedy będzie inaczej.

Przykre skutki

Trudno się zatem dziwić, że ludzie Kościoła interesują się wyborami i dbają o kontakty z politykami różnych szczebli. Propozycje, by ich unikali, są księżycowe. Nie musieliby tego czynić tylko w państwie-minimum.
Dlaczego z kolei politycy kręcą się przy biskupach? Znowu wynika to z logiki obecnego państwa. W demokracji wolno i trzeba walczyć o głosy. Jeśli ją pochwalamy, nie powinniśmy widzieć niczego niestosownego w tym, że katolik kandydujący do senatu napisze do proboszczów w swoim okręgu czy wystąpi w katolickim radio. Następnie, politycy w takim jak dziś "państwie maksimum" potrzebują kontaktu z przedstawicielami Kościoła, gdyż mają zamiar rządzić całą szeroką sferą spraw dla niego istotnych.
Te skutki mają charakter strukturalny i bez zmiany ustroju nic się tu nie zmieni. Obok nich występują też jawne wypaczenia, gdy polityka sięga daleko dalej niż powinna, nawet biorąc pod uwagę powyższe realia. Trudno nie odczuć irytacji wobec publicznych rekolekcji posłów PO, skoro Pan Jezus nakazał modlić się w skrytości. Biskup czy proboszcz ogłaszający w kościele, że mądrzy katolicy zagłosują na daną partię, wykracza poza swoje kompetencje. Nie są to jednak incydenty tak częste. Media skłonne są kontakty z politykami od razu interpretować jako dowód poparcia dla nich.
Nie gorszy mnie natomiast sam fakt, że duchowni mają opinie polityczne oraz personalne i że mówią o nich znajomym albo, że katolicy są politycznie podzieleni. W tej dziedzinie nie ma dogmatów. Wystarczy, by nie posuwać się do nienawiści lub postaw sekciarskich. Jeśli Kościół jest katolicki, czyli powszechny, to musi też być wewnętrznie zróżnicowany. Dopuścić, choć to brzmi paradoksalnie, pewien partykularyzm, jaki reprezentuje czy to Radio Maryja, czy tygodnik nietrafnie nazywający się powszechnym. Apele o ich zdyscyplinowanie, jeśli nie płyną po prostu od przeciwników, zdradzają zamiłowanie do fasadowej jednolitości, która nie jest ani słuszna, ani potrzebna w praktyce. Takie działania mają prawo do autonomii. To samo dotyczy rzecz jasna różnych form życia religijnego. Istniały one, istnieją i istnieć mogą.

Co mógłby Kościół

Kościół i katoliccy wyborcy są więc uwikłani w stosunki polityczne w rozrośniętym państwie biurokratycznym. Dlatego doraźnie patrząc, w takim państwie katolik przywiązujący wagę swojej wiary najlepiej zrobi - głosując na katolika. Jest to prosty odruch samoobrony. Nie rozwiązuje on jednak istoty problemu: nadmiaru państwa. Molocha nie da się bowiem opanować i schrystianizować. Jedyną szansą godnego i wolnego życia (także religijnego) jest jego zasadnicza przebudowa. Tymczasem także główne partie odwołujące się chrześcijaństwa uważają przerośnięte państwo za konieczność, czy to narodową, czy europejską.
Wielu duchownych ma natomiast wobec państwa spory dystans, choćby z tej przyczyny, że reprezentują instytucję od niego niezależną. Niestety, za mało o tym mówią, może dlatego, że obawiają się powiększać zniechęcenie ludzi do polityki. W związku z tym głos zabierają częściej ci, którzy uwierzyli w jakąś aktualną koncepcję polityczną.
W rezultacie z dwóch naczelnych zasad katolickiej nauki społecznej, pomocniczości i solidarności, pierwsza pozostaje prawie nieznana - a mówi ona, że państwo nie powinno się zajmować tym, co potrafi zrobić obywatel lub mniejsza społeczność, nie powinno przejmować ich funkcji, lecz im pomagać. Jest to w istocie zasada antybiurokratyczna. Druga zasada jest w związku z tym zniekształcana, gdyż realizację solidarności między ludźmi składa się na instytucje państwowe. Chadecja zabarwia się socjalizmem.
Nieuniknionym terenem konfliktu obecnego państwa z chrześcijaństwem są zasady moralne leżące u podstaw prawa. Ponieważ etyka chrześcijańska nie uczy minimum moralnego, lecz maksimum, nie ma też (wbrew pozorom) struktury kodeksu, lecz raczej drogowskazu na szczyt góry, do Boga i świętości. Nie może więc zostać w całości przełożona na prawo państwowe. Trudno jednak oczekiwać, by Kościół godził się na dopuszczanie zabójstwa nie narodzonych jeszcze istot ludzkich, na rozwody itd. Ma też prawo wskazywać palcem rzeczników tych niemoralności, a mianowicie lewicę.
Mógłbym tu tylko zaproponować, by zwracać większą uwagę na etykę w sferze pieniądza. Krytyka powinna obejmować nie tylko takie występki, jak oszukiwanie pracowników czy zmuszanie do pracy w niedzielę, lecz również wyzysk podatkowy oraz krępowanie i krzywdzenie obywateli przez instytucje państwowe - czyli złe cechy systemowe obecnego państwa europejskiego.

Michał Wojciechowski

Źródło: Rzeczpospolita z 23 I 2006 r., publikacja za zgodą autora.


Komentarz (0)

Belka w oku - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 24, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Pojawienie się możliwości powstania koalicji rządowej bez Platformy Obywatelskiej wprawiło ścisłe kierownictwo "twardej opozycji" w nastrój bliski paniki. Świadczy o tym nie tylko pomysł pójścia do prezydenta Lecha Kaczyńskiego na skargę na Jarosława Kaczyńskiego, że Platformę "zdradził", nie tylko mobilizacja razwiedki, która przy pomocy swoich kreatur i stacji telewizyjnych stwarza apokaliptyczną atmosferę, nie tylko objawy rozpadu terenowych struktur tej partii, ale również niebywałe natężenie ataków na Radio Maryja. Akurat miałem okazję uczestniczyć w telewizyjnej debacie poświęconej tej sprawie, w towarzystwie m.in. pana senatora PO Jarosława Gowina. Zarzuciłem mu, że swoje pretensje do toruńskiej rozgłośni drapuje w ewangeliczny kostium, bo tak mu jest wygodniej ze względów politycznych. Z obfitości serca usta jednak mówią i pan senator Gowin wreszcie zarzucił Radiu Maryja, że bywają tam dygnitarze rządowi, jakby dygnitarzom wolno było pojawiać się tylko w rozgłośniach i stacjach założonych przy udziale funduszy wywiadu wojskowego i zatrudniających tajnych współpracowników służb specjalnych. Na koniec powiedział, że wszystko byłoby w porządku, gdyby tylko w Radiu Maryja zmienił się dyrektor. Wprawdzie nie zdążył powiedzieć, kto byłby najlepszy na miejsce ojca Rydzyka, ale tego rodzaju zarzuty i postulaty potwierdzają podejrzenia, iż jedyną zbrodnią toruńskiej rozgłośni jest złamanie monopolu beneficjantów "okrągłego stołu" na informacje i opinie. Gdyby tak dyrektorem Radia Maryja został red. Michnik, albo chociaż jakiś reprezentant michnikowszyzny, to czyż wszystko nie byłoby w jak najlepszym porządku?
Podstawowym zarzutem, formułowanym przez niektórych przedstawicieli hierarchii kościelnej wobec Radia Maryja, jest polityczne zaangażowanie, stwarzające wrażenie angażowania w politykę "Kościoła instytucjonalnego". Czy jednak jest to krytyka szczera? Kiedy okazało się, że w rozmowach koalicyjnych z PiS-em uczestniczy również Samoobrona, a pan Andrzej dopuścił sobie do głowy, by zostać "pierwszym wicepremierem", JE abp Józef Życiński na spotkaniu opłatkowym radia ER bardzo pryncypialnie ten pomysł skrytykował, wypowiadając się expressis verbis przeciwko uczestnictwu Andrzeja Leppera w rządzie w charakterze wicepremiera. Niezależnie od tego, czy merytorycznie ma rację, czy nie, tego rodzaju wypowiedź jest niewątpliwie "wtrąceniem się" w politykę w jak najbardziej dosłownym jej rozumieniu. Okazuje się, że arcybiskup metropolita lubelski jest przeciwny udziałowi Samoobrony w koalicji rządowej. Być może wypowiada w tym momencie osobistą opinię obywatela Józefa Życińskiego, ale problem polega na tym, że obywatela Józefa Życińskiego nie da się oddzielić od JE abpa Józefa Życińskiego, ordynariusza archidiecezji lubelskiej, uczestniczącego w Konferencji Episkopatu Polski, a więc - wybitnego reprezentanta "Kościoła instytucjonalnego". Jest to jedna i ta sama osoba, więc i opinie przez nią wypowiadane mogą być uważane za opinie Kościoła.
A przecież Konferencja Episkopatu Polski, o ile mi wiadomo, nie zajęła stanowiska w sprawie koalicji rządowej - jakie ugrupowania parlamentarne mogłyby ewentualnie w niej uczestniczyć, a jakie - już nie i prawdopodobnie nie ma zamiaru takiego stanowiska zajmować. W tej sytuacji wygląda na to, jakby Ekscelencja wtrącał się do polityki na własną rękę, wykorzystując osobistą pozycję w strukturze "Kościoła instytucjonalnego" i stwarzając przez to wrażenie, jakby ta osobista opinia była podzielana przez Kościół czy wręcz była "opinią Kościoła". Zwracam na to uwagę również i z tego powodu, że JE abp Józef Życiński należy - obok JE bpa Tadeusza Pieronka, który w wywiadzie dla "GW" wyraził radość, iż audytorium Radia Maryja się kurczy i nadzieję - że stopniowo zaniknie - oraz JE abpa Tadeusza Gocłowskiego - do najsurowszych krytyków Radia Maryja i jego dyrektora o. Tadeusza Rydzyka właśnie za "angażowanie autorytetu Kościoła" do polityki. Najwyraźniej Ekscelencja nie dostrzega belki we własnym oku.
Dlaczego nie dostrzega belki we własnym oku i demonstruje hipokryzję, na widok której sam Pan Bóg Wszechmogący musi chyba dostawać mdłości - mniejsza o to. Odnoszę w dodatku wrażenie, że postępowanie Ekscelencji jest trochę niekonsekwentne. Nie tyle chodzi mi o wybieganie przed orkiestrę i "angażowanie autorytetu Kościoła" w spekulacje, kto ma być wicepremierem, chociaż i to, zwłaszcza w świetle niedawnego Komunikatu Nuncjatury Apostolskiej, wygląda wyjątkowo niefortunnie, co o pewną nielogiczność. Ekscelencja bowiem przy wielu okazjach dawał do zrozumienia, że jest szczerym demokratą, a w takim razie nie bardzo rozumiem, skąd ta nagła awersja do pana Andrzeja, który, cokolwiek by o nim nie powiedzieć, jest przedstawicielem "ludu", a w każdym razie sprawia takie wrażenie. Inna rzecz, że w lubelskim okręgu wyborczym na Samoobronę głosowało zaledwie 57 881 obywateli, co w proporcji do 1.347.355 głosów oddanych na tę partię w skali kraju, stanowi zaledwie niewiele ponad 4 procent, a to pozwala zrozumieć, dlaczego Ekscelencja odnosi się do tej partii z pewną rezerwą. Jest to oczywiście podejście raczej demokratyczne niż ewangeliczne, ale do tego, w przypadku Ekscelencji, zdążyliśmy się już chyba przyzwyczaić?

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Komentarz (0)

WOLIŃSKA Z MORELEM DO ZUS-U! - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane poniedziałek, 23, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Nawet pod rządami PiS mało prawdopodobna wydaje się ekstradycja ściganych bezskutecznie od lat zbrodniarzy komunistycznych - prokurator-inkwizytorki Heleny Wolińskiej-Brus z Wielkiej Brytanii i krwawego naczelnika obozów UB - Salomona Morela z Izraela. Na podstawie polskiego prawa można im jedynie odebrać wysokie, resortowe emerytury. Praktyka pokazuje jednak, że nie jest to takie proste. A szykują się, nie wiedzieć w takim razie po co, nowe sprawy. IPN chce ściągnąć do Polski cudem odnalezionego w Szwecji, byłego "śledzia" MBP Józefa Bika vel Bukara, odpowiedzialnego m.in. za zamordowanie Danuty Siedzikówny "Inki", 17-letniej sanitariuszki z oddziału legendarnego "Łupaszki".

Przypomnijmy, że Helena Wolińska, ps. Lena (wcześniej Fajga Midla Danielak), była stalinowska prokuratorka wojskowa (odpowiedzialna za bezprawne aresztowanie 16 oficerów polskiego podziemia, w tym Augusta Fieldorfa "Nila", zastępcy dowódcy Armii Krajowej), a obecnie nobliwa żona oksfordzkiego profesora Włodzimierza Brusa (dawniej - Beniamina Zylberberga, w czasie wojny politruka LWP, później marksistowskiego ekonomisty, a następnie rewizjonisty), dostaje od państwa polskiego miesięcznie 1,5 tys. zł (płaci biuro emerytalne MON; w tym dodatek pielęgnacyjny). Wobec Szlomo Morela, byłego naczelnika "polskich" obozów śmierci - w Świętochłowicach (dla Niemców, volksdeutschów, a w praktyce wrogów "ludu") i Jaworznie ("reedukacja" młodych antykomunistów wedle Makarenki - patrz: podstrona Tadeusza Pawlaka), a obecnie dziadka swoich izraelskich wnuków, III (IV?) RP jest jeszcze bardziej hojna - co miesiąc wypłaca mu 5 tys. zł (płaci podległy Ministerstwu Sprawiedliwości Centralny Zarząd Służby Więziennej; w tym dodatek zdrowotny). Płacić od lat z naszych kieszeni jest łatwo, gorzej te pieniądze odebrać, o czym niżej.

OBYWATELSTWO NIEWAŻNE

Jeśli chodzi o ekstradycję, Polska ma co prawda podpisane odpowiednie umowy z Wielką Brytanią i Izraelem, ale państwa te niechętnie wydają swoich obywateli (prawo stanowi, że może to zrobić, ale nie musi). Helena Wolińska, uciekinierka z warszawskiego getta, potem opryskliwa AL-ówka, konkubina twórcy MO Franciszka Jóźwiaka, a w końcu budząca grozę prokurator w spódnicy i morderczyni zza biurka - od początku lat 70., kiedy wraz z mężem Brusem wyjechała z PRL-u i znalazła spokojną przystań w Oksfordzie, jest obywatelką brytyjską.
Mimo ponawianych polskich wniosków o ekstradycję i stanowiska powołanego przez międzynarodową społeczność Stałego Trybunału Karnego w Hadze: obywatelstwo nie może chronić przed wydaniem osoby oskarżonej o zbrodnie, takie jak ludobójstwo, zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości (przypadek Wolińskiej) - Wielka Brytania w sprawie byłej prokuratorki od lat milczy.

IZRAEL NIE WYDA MORELA POLAKOM-ANTYSEMITOM

Drugi ścigany przez polskie władze (także przez niemiecką prokuraturę i Interpol) Szlomo Morel, żydowskie dziecko uratowane przez polską rodzinę z Holokaustu (Zofia i Józef Tkaczykowie dostali za to medal "Sprawiedliwego wśród Narodów Świata"), potem członek komunistycznej bandy rabunkowej, a w końcu - funkcjonariusz bezpieki, uciekł z Polski (mieszkał w Katowicach) na początku lat 90. W odpowiednim momencie, bo właśnie wtedy jego powojennym krwawym żniwem zaczęła się interesować prokuratura. W kierowanym przez Morela po wojnie obozie w Świętochłowicach zmarło 1695 więźniów (kwalifikacja, jak w przypadku Wolińskiej - zbrodnie przeciwko ludzkości). Morel osiadł w Izraelu u swojej córki (niedawno okazało się, że prócz polskiego, dostał także izraelskie obywatelstwo).
Odpowiadając na polski wniosek ekstradycyjny, Ministerstwo Sprawiedliwości Izraela stwierdziło, że zbrodnie Morela, jeśli w ogóle miały miejsce, w świetle izraelskiego prawa nie są żadnym ludobójstwem, a ponadto uległy już przedawnieniu. Najciekawszy był komentarz: "(...) Wniosek podniósł wiele kwestii odnośnie okresu bezpośrednio po Drugiej Wojnie Światowej, podczas którego w Polsce około tysiąca Żydów zostało zamordowanych przez obywateli polskich. Wiele zeznań świadków, dowodzących tych morderstw znajduje się w aktach Yad Vashem w Jerozolimie w Izraelu i w różnych instytucjach na całym świecie. Wspomniane powojenne morderstwa Żydów były badane przez władze polskie, ale wiele osób spośród odpowiedzialnych za te zbrodnie nie stanęło w obliczu sprawiedliwości. Stąd, chociaż potępiamy wszelkie akty przemocy, łącznie z tymi, o które jest oskarżany Morel, fakt kontynuacji ścigania Morela w zestawieniu ze wspomnianym tłem historycznym jest zarówno niepokojący, jak i smutny...". Podobne "argumenty" chronią Helenę Wolińską.

UZUPEŁNIAMY PESEL I NIP

Na ekstradycję stalinowców nie ma więc szans. Aby jakoś wyjść z twarzą z tej kompromitującej sytuacji, która niewątpliwie podważa skuteczność polskiego wymiaru sprawiedliwości, nasi urzędnicy postanowili pójść na skróty i rzucić opinii publicznej ochłap. Obwieścili: dobierzemy się do emerytur zbrodniarzy! Wpadli mianowicie na pomysł, że wypłatę świadczeń Wolińskiej i Morela można zawiesić. Na jakiej podstawie? Biuro prawne nowego ministra Obrony Narodowej Radka Sikorskiego wykombinowało, że skoro Morel i Wolińska od lat nie przyjeżdżali do Polski, prawdopodobnie nie mają nadanych numerów PESEL i NIP! Dowcip? Broń Boże! O tym genialnym odkryciu można było przeczytać na pierwszych stronach dzienników. Idąc tym tropem, dzielni pracownicy MON zastanawiali się, czy nie zaprosić wspomnianych emerytów do Polski w celu... uzupełnienia braków w dokumentach. "Do czasu usunięcia tych niedociągnięć wypłacanie świadczenia powinno być zawieszone" - oznajmił w "Rzeczpospolitej" wojskowy prawnik, najwyraźniej zachwycony swoim misternym planem.

NIEZNANE ADRESY

Gdyby jednak okazało się, że Wolińska i Morel mają zarówno PESEL, jak i NIP, istniała jeszcze jedna szansa na skuteczne przeprowadzenie akcji: może nie być znany ich aktualny adres zamieszkania. Te kwestie staruszkowie też musieliby wyjaśnić polskiemu urzędnikowi podczas rozmowy w cztery oczy w jakimś oddziale ZUS-u: warszawskim (Wolińska) i katowickim (Morel). Założono zapewne, że skoro owych osiemdziesięciosześciolatków (oboje urodzili się w 1919 roku) nie można ściągnąć na przesłuchanie przed polski sąd, muszą ukrywać się gdzieś po świecie, ciągle zmieniając miejsce zamieszkania, a może i wygląd?
Reasumując, Wolińska i Morel do polskiego, a co za tym idzie - "antysemickiego" sądu na pewno nie przyjadą (wiedząc, że to pewny wyrok), ale do ZUS-u - czemu nie? W końcu emerytom zależy na każdym groszu. Przyjadą i dodatkowo ujawnią swoje adresy, które są znane. Wystarczy przejść się z MON do Ministerstwa Sprawiedliwości, czy MSZ-u i zajrzeć do ich wniosków ekstradycyjnych (daleko szukać nie trzeba, adresy są na pierwszej stronie).
Nie trzeba być zresztą urzędnikiem MON, aby domyśleć się, gdzie dwójka stojących nad grobem zbrodniarzy może przebywać. Oboje od lat mieszkają, tam gdzie mieszkali, bez problemu (nawet bez zaglądania we wnioski ekstradycyjne) można ustalić ich adresy i telefony (z dodzwonieniem się też nie ma kłopotu). Wolińska i Morel przed nikim się nie ukrywają, bo i po co? Przecież włos z głowy im nie spadnie. A pieniądze? Tych im nie brakuje. Wolińska dożywa swoich dni w bogatej i spokojnej dzielnicy Oksfordu, Morel z córką i wnukami też z pewnością nie wegetuje w jakichś żydowskich slumsach. Oboje drwią sobie z jakichś tam ekstradycji i ZUS-ów.

FIASKO ŚLEDZTWA "RZEPY"

Prowadzone równolegle z dochodzeniem MON-u dziennikarskie śledztwo "Rzeczpospolitej" zakończyło się fiaskiem. Dziennikarz z bólem stwierdził: "Nie ma już sposobu, aby wstrzymać wypłatę emerytury Salomonowi Morelowi, komendantowi obozu pracy UB na Śląsku" i podał powód porażki: "Morel będzie dostawał emeryturę (5000 zł) do końca życia. Był przewidujący. Mimo, że od ponad dziesięciu lat żyje w Izraelu, w jego dokumentacji niczego nie brakuje".
Jeśli chodzi o Helenę Wolińską od 1 stycznia polski podatnik ma grubszy portfel. Nie musimy już łożyć na utrzymanie stalinowskiej prokurator. MON cofnęło jej emeryturę, bo nagle okazało się, że przez lata pobierała ją bezprawnie. Była prokuratorka wojskowa musi teraz wykradać kieszonkowe od ekspolitruka LWP i marksisty Włodzimierza Brusa. Do wysługi 15 lat służby zabrakło jej 10 miesięcy. O tyle za krótko znęcała się nad żołnierzami Armii Krajowej. Gdyby popełniła jeszcze kilka zbrodni komunistycznych - nadal dostawałaby 1500 złotych. Wystarczyło bezprawnie aresztować jeszcze kilka osób. Szef Kedywu AK, generał August Emil Fieldorf i 15 innych członków Polskiego Państwa Podziemnego to za mało. Wolińska może się oczywiście odwołać od tej administracyjnej decyzji.

TYLKO ZMIANY USTAWOWE

Kwestia utrzymywania przez państwo stalinowskich zbrodniarzy pojawiła się już (?) w poprzedniej kadencji Sejmu. Pretensje o wypłacenie pieniędzy Wolińskiej i Morelowi były kierowane do Instytutu Pamięci Narodowej. "To nie jest kwestia IPN, tylko ustawodawców, posłów, którzy mogliby coś w tym zakresie zmienić w obowiązujących przepisach" - denerwował się prokurator Andrzej Majcher z katowickiego oddziału IPN.
Niektórzy posłowie-prawicy składali w tej sprawie interpelacje, ale z wiadomych przyczyn (brak tzw. woli politycznej w zdominowanym przez postkomunę parlamencie) nic to nie dało.
Tak więc - co powinno być oczywiste - jedynym skutecznym sposobem na odebranie gorszących świadczeń stalinowcom - są zmiany w ustawie o rentach i emeryturach. Odpowiedni projekt, autorstwa PiS i ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry trafia właśnie do Sejmu. Wtedy komunistyczni zbrodniarze nie będą już się mogli odwoływać.

LIST DO IPN

Za ciężką pracę dla Ojczyzny dużą kasę dostają też byli stalinowscy śledczy. Jeden z nich cudownie się ostatnio odnalazł... za Bałtykiem. Do niedawna w ogóle nie było wiadomo, czy Józef Bik (zmienił potem nazwisko na Bukar) żyje. Zatarł za sobą ślady na ponad 35 lat. I tak by pewnie zostało, gdyby sam się nie ujawnił (to kolejny dowód na skuteczność polskich organów ścigania). Bik-Bukar przysłał do IPN list, w którym prosił o wydanie zaświadczenia, że po wojnie pracował w... organach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Byłemu "śledziowi" papier był potrzebny, aby dostać wyższą emeryturę, tyle tylko, że nie w Polsce, o której socjalistyczny kształt walczył przez lata - ale w socjalistycznej Szwecji, która go przygarnęła. Najwyraźniej rozbudowany ponad miarę szwedzki socjał przestał mu nagle wystarczać.
Po rozcięciu listu naszych nieustraszonych Holmesów olśniło i zaczęli szukać czegoś na Bika w IPN-owskich archiwach. Udało się! Jego nazwisko figurowało w m.in. w sprawie zabójstwa Danuty Siedzikówny, 17-letniej sanitariuszki z niepodległościowego oddziału Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki".
Uradowany prokurator Piotr Piątek z katowickiego IPN mógł oznajmić triumfalnie: "Józefowi B. zarzucamy popełnienie zbrodni komunistycznej [casus Wolińskiej i Morela - red ASME], której dopuścił się w czasie przesłuchań członków organizacji Polskie Siły Demokratyczne i Polska Tajna Armia Wyzwoleńczo-Demokratyczna. Bił ich, znęcał się i zmuszał w ten sposób do składania zeznań".
Okazało się również, że w latach 1948 - 1949 Józef Bik był zastępcą naczelnika wydziału śledczego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Katowicach. Z Polski do gościnnej dla komunistycznych zbrodniarzy Szwecji wyjechał na fali pomarcowej emigracji 1968 roku. Zamieszkał tam jako Józef Bukar.

POPIERALI "SOLIDARNOŚĆ"

Jakże przypomina to przypadek Stefana Michnika, przyrodniego brata naczelnego "Gazety Wyborczej"... Ten stalinowski sędzia w randze kapitana, który ma na swoim koncie co najmniej dziewięć wyroków śmierci na niewinnych ludzi (część została wykonana) osiadł w Szwecji w 1969 r. Od tego czasu pędził spokojne życie bibliotekarza na uniwersytecie w Uppsali, by w połowie lat 90. przejść na emeryturę. W latach 70. na łamach paryskiej "Kultury" publikował teksty o Czechosłowacji, używając pseudonimu Karol Szwedowicz. Tak jak Helena Wolińska-Brus - popierał "Solidarność".
Ostatnio Józef Bik-Bukar został przesłuchany przez prokuratora IPN w Szwecji (czy nie można tak było zrobić z Wolińską i Morelem?) i rozpatrywane są możliwości jego ekstradycji do Polski. Stefanem Michnikiem-Szwedowiczem, mimo szumnych deklaracji sprzed lat o konieczności jego ścigania, polski wymiar sprawiedliwości przestał się interesować. Może tak i lepiej, niż płacić za kolejne wnioski ekstradycyjne, skoro i tak nic z nich nie może wyniknąć?

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Komentarz (0)

UPRzejmy punkt widzenia (5) - Wojciech Popiela Wysłane poniedziałek, 23, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Ci, którzy pracują, nie mogą otrzymać uczciwej zapłaty za swój wysiłek, gdyż są nękani niesprawiedliwością naszego systemu podatkowego. Systemu, który wymierza jednostkom kary za sukces ekonomiczny i nie pozwala osiągnąć gospodarce pełnej produktywności. Mimo, że obciążenie podatkami jest tak ogromne, to i tak środki nam zabrane nie wystarczają na sfinansowanie wydatków publicznych. Przez dziesięciolecia stale zwiększaliśmy deficyt, który obecnie sięgnął już niewyobrażalnych rozmiarów. W ten sposób wzięliśmy kredyt pod zastaw przyszłości naszej oraz naszych dzieci. Ryzykujemy przyszłość kolejnego pokolenia, dla własnej wygody i z powodu własnej nieudolności nie chcemy zatrzymać tego niebezpiecznego procederu. Jednakże kontynuacja aktualnego trendu przybliża nas do niespotykanych wcześniej w naszym kraju wstrząsów społecznych, politycznych, kulturowych i ekonomicznych.

Dzięki pożyczkom każdy z nas może żyć ponad stan, ale funkcjonować tak może tylko przez krótki okres. Dlaczego więc myślimy, że jako naród jesteśmy wolni od podobnych ograniczeń? Musimy podjąć działania dzisiaj, aby spokojnie oczekiwać jutra. Niech nie będzie żadnych nieporozumień: zaczynamy działać, zaczynamy to robić już dziś.
Choroba naszej gospodarki trwa od kilku dziesięcioleci. Nie zniknie ona w ciągu dni, tygodni czy miesięcy, ale w końcu zniknie. Odejdzie w niebyt, ponieważ my, Polacy, podobnie jak kiedyś, mamy dziś możliwości, aby uratować nasz polski bastion wolności w Europie.
Rząd nie jest lekarstwem na bolączki związane z obecnym kryzysem z tej prostej przyczyny, że to on stanowi problem. Od czasu do czasu byliśmy kuszeni wiarą, że społeczeństwo stało się zbyt skomplikowane, by mogło samo się rządzić. Mówiono nam, że rząd złożony z elity tego narodu jest lepszy od rządu złożonego ze zwykłych obywateli. No cóż, jeśli nikt z nas nie jest w stanie rządzić własną osobą to, kto z nas, ma możliwość zarządzać całym państwem? Wszyscy, zarówno rząd, jak i ludzie spoza niego, muszą dźwigać to brzemię. Rozwiązania, których szukamy, muszą być sprawiedliwe, dlatego żadna grupa nie może być obciążana wyższymi podatkami niż inna.
Słyszymy dziś tak wiele o grupach wymagających specjalnej opieki. No cóż, musimy zwrócić szczególną uwagę na pewną grupę wymagającą opieki, którą dyskryminowano zdecydowanie za długo. Grupa ta nie zna żadnych podziałów etnicznych czy rasowych oraz przekracza granice przynależności partyjnej. Składa się z ludzi, którzy produkują naszą żywność, patrolują nasze ulice, pracują w naszych kopalniach i fabrykach, uczą nasze dzieci, utrzymują nasze domy lub leczą, gdy jesteśmy chorzy - pracownicy, przemysłowcy, sprzedawcy, taksówkarze, urzędnicy i kierowcy ciężarówek; mówiąc w skrócie my, obywatele, czyli cały naród polski.
Celem tej administracji jest stworzenie podstaw do rozwoju zdrowej, silnej gospodarki, która wszystkim Polakom zapewni równe możliwości, bez barier bigoterii i dyskryminacji. Ponowne »zaprzęgnięcie do pracy« Polski oznacza ponowne danie możliwości pracy wszystkim Polakom. Oznacza uwolnienie polskich rodzin od ciągłego zagrożenia lawinowym wzrostem kosztów życia. Wszyscy muszą wziąć udział w pracy na rzecz tego nowego porządku, ale również wszyscy otrzymają owoce z odrodzenia naszej gospodarki. Dzięki podstawom naszego systemu, dzięki cechom stanowiącym naszą siłę, oraz idealizmowi i uczciwości, możemy zbudować Polskę silną i prosperującą, żyjącą w pokoju z samą sobą i ze światem.
Jeśli mamy zacząć odbudowę, to policzmy, co już mamy. Jesteśmy narodem, który ma rząd - nie odwrotnie. Nasz rząd nie ma władzy innej niż ta, którą zyskał z woli obywateli. Czas jednak zatrzymać jakże zgubny proces ciągłego rozrostu rządu. Proces ten postępuje mimo oznak, że rząd rozwija się wbrew woli rządzonych. Mam zamiar zmniejszyć zarówno liczbę, jak i zakres władzy personelu rządowego. Będę się również domagał uznania różnic między władzą przyznaną rządowi, a władzą zarezerwowaną dla władz samorządowych lub obywateli. Należy wszystkim przypomnieć, że rząd ustanowiliśmy poprzez wybory po to, by działał i pracował dla nas, a nie ponad nami. By rząd stał u naszego boku, a nie siedział nam na plecach. Rząd może i powinien zapewnić warunki do rozwoju gospodarczego, a nie ograniczać ich, powinien sprzyjać wzrostowi produktywności, a nie go tłumić.
Jeżeli poszukamy odpowiedzi na pytanie, czemu niektóre narody osiągnęły tak wiele, dlaczego żyją na poziomie, na jakim nie żył żaden naród, to brzmi ona: właśnie dlatego, że uwolniły energię indywidualnego geniuszu ludzkiego do niespotykanego stopnia. Wolność i godność jednostki zostały zagwarantowane w tych państwach o wiele lepiej niż gdziekolwiek indziej na świecie. Koszt, jaki czasami byli zmuszeni płacić za tę wolność, był wysoki, ale nigdy nie uchylali się od jego zapłacenia.
Nie jest zbiegiem okoliczności, że nasze aktualne problemy są proporcjonalne do poziomu interwencji i ingerencji w nasze życie, są rezultatem nieuzasadnionego i nadmiernego rozrostu rządu. Nadszedł czas, byśmy zdali sobie sprawę, że jesteśmy zbyt wielkim narodem, by ograniczać się do małych marzeń. Nie jesteśmy skazani na nieuniknione wyginięcie, tak jak próbują nas przekonać niektórzy.
Nie wierzę, że spadnie na nas wyrok losu bez względu na to, co uczynimy. Wierzę jednak w taki wyrok, jeśli niczego nie zrobimy. Dysponując całą naszą energią i kreatywnością, rozpocznijmy erę narodowego odrodzenia. Odnówmy naszą determinację, odwagę i siłę. Odnówmy naszą wiarę i nadzieję.
Mamy prawo do heroicznych marzeń. Ci, którzy mówią, że żyjemy w czasie, w którym bohaterowie nie istnieją, po prostu nie wiedzą, gdzie ich szukać. Bohaterów widzimy każdego dnia przechodzących przez bramy fabryk. Stanowią tę niewielką grupę ludzi produkującą wystarczająco dużo jedzenia, by wyżywić cały nasz naród i wysyłać je do innych krajów. Spotykacie ich również po obydwu stronach lady sklepowej.
Bohaterami są przedsiębiorcy, którzy wierzą we własne siły i pomysły, tworzą nowe miejsca pracy i powiększają bogactwo. Są to jednostki i rodziny, których podatki wspierają rząd, a dobrowolne datki wspomagają Kościoły oraz organizacje dobroczynne, kulturalne i naukowe. Ich patriotyzm jest cichy, lecz głęboki. To ich wartości podtrzymują istnienie narodu".

Powyższe słowa, w których Amerykę zastąpiłem Polską, nieco zmieniając brzmienie paru zdań, pochodzą z inauguracyjnego przemówienia pana prezydenta Ronalda Reagana, które w całości można przeczytać w książce "Moja wizja Ameryki. Najważniejsze przemówienia 40. prezydenta Stanów Zjednoczonych". Szczegóły: TUTAJ.
Każdy bez trudu dostrzeże różnice pomiędzy tym, co 25 lat temu powiedział prezydent USA, a tym, co dobiega nas z ust zatrwożonych wcześniejszymi wyborami polskich polityków, nie wiedzących już, jakie złote góry obiecać ludziom, by dali się nabrać powtórnie i znów wybrali ich, aby mogli żyć na nasz koszt przez parę kolejnych lat. Stąd podwójne becikowe, senioralne, licealne, akademickie, siłowiekowe, itd., itp. Z uwagi na uprzejmość tego punktu widzenia, można przyjąć, że jest to forma obniżki podatków poprzez oddanie obywatelom zrabowanych przez parlament w akcyzach, VAT-ach, PIT-ach i CIT-ach pieniędzy. Czy jednak nie ma lepszego na to sposobu, niż dopuszczanie się kolejnego rabunku? Czy nie uczciwiej i moralniej po prostu obniżyć wszystkim podatki i zmniejszyć żerowisko dla biurokracji?
"Rząd nie jest lekarstwem na bolączki związane z obecnym kryzysem z tej prostej przyczyny, że to on stanowi problem". Podobny problem stanowią Sejm i Senat, pełne ludzi chcących wygodnie żyć na nasz koszt i nie mających albo odrobiny wyobraźni, albo żadnych zahamowań w bieżącym rabowaniu współobywateli lub w zwiększaniu deficytu, który obecnie sięgnął już niewyobrażalnych rozmiarów, stając się kredytem pod zastaw przyszłości naszej oraz naszych dzieci.
"Ryzykują przyszłość kolejnego pokolenia, dla własnej wygody i z powodu własnej nieudolności". I być może kolejne wybory pozbawią cześć z nich ciepłych, parlamentarnych posad, ale by nie zastąpili ich im podobni, potrzebne jest wielkie narodowe otrzeźwienie i odrzucenie kosztowych miraży opartych na pożądaniu dóbr bliźniego swego przy paserskiej pomocy wyłanianej w wyborach władzy.

Wojciech Popiela


Komentarz (0)

"Pakt stabilizacyjny" dla wyjątkowo dokładnego stukania poselskim palcem w klawiaturę - Łukasz Perzyna o kolejnym udanym pomyśle szefa PiS Jarosława Kaczyńskiego Wysłane sobota, 21, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







"Pakt stabilizacyjny" dla wyjątkowo dokładnego stukania poselskim palcem w klawiaturę - Łukasz Perzyna o kolejnym udanym pomyśle szefa PiS Jarosława Kaczyńskiego Wysłane sobota, 21, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"W polskiej polityce robi karierę kolejne określenie: pakt stabilizacyjny. Co to jest? To po prostu politologiczna, dworna nazwa maszynki do głosowania, którą zmontował Jarosław Kaczyński, kiedy była mu potrzebna do uzyskania poparcia dla rządu Kazimierza Marcinkiewcza, bez koalicji z PO, która wtedy, przed wyborami wydawała się być nieuchronna. Rząd potrzebował wtedy wsparcia, by zafunkcjonować, i to poparcie wtedy otrzymał. Podobnie było przy okazji uchwalania ustawy medialnej. Aż przyszły ostatnie dni ubiegłego roku, kiedy w dwóch sprawach strategicznych zawiązano niespodziewaną, »tęczową koalicję«: SLD-PO-Samoobrona-LPR-PSL. Wtedy okazało się, że w kwestii terminu wyborów w Warszawie, a także w przypadku »podwójnego becikowego« - premii dla każdej matki z okazji urodzenia dziecka, a nie tylko pomocy socjalnej - zawiązały się niewyobrażalne niegdyś sojusze. Bracia Kaczyńscy wtedy przegrali - Jarosław nie chciał dezawuować swojego image'u polityka prospołecznego" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje powody "ustabilizowania" sceny politycznej w naszym, "polskim regionie UE".

Widmo przedterminowych wyborów stanęło przed oczami przerażonych polityków. Do kolejnej kadencji mogliby się przedostać przedstawiciele PiS, PO, Samoobrony, może "ezelde"... A reszta? Wybrali więc trwałość tego parlamentu - mamy dlatego pojęcie-wytrych "pakt stabilizacyjny", które ma wymiar tylko publicystyczny. Pomysłodawcą jest oczywiście Jarosław Kaczyński. Tyle że w zasięgu tego liczmana jest tylko relacja "patron" - klient... Żaden z obecnych posłów nie ma gwarancji, że to właśnie on byłby następnym wybrańcem elektoratu, który tym razem mógłby "zagłosować nogami", dlatego w ramach "paktu stabilizacyjnego" każdy z nich będzie starał się dokładnie trafiać palcami w klawiaturę...

Nagranie trwa ponad 8 minut i jest dostępne w Sieci do 3 II 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

O świadomość praw politycznej hydrauliki - prof. Jerzy Przystawa Wysłane środa, 18, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

O, praw hydrauliki nieświadom człowiecze!
Szukasz utopionego ciała w złym kierunku.
Ono z góry w dół płynie wedle praw przyrody,
A ty za żoną biegniesz przeciw wody?

Adam Mickiewicz: "Żona uparta"

Coraz mniej Polaków skłonnych jest przyjmować na serio rozgrywający się na naszych oczach polski teatr polityczny i coraz powszechniejsza staje się świadomość jego farsowego charakteru. Jednakże jego główni aktorzy wydają się traktować odgrywaną sztukę ze śmiertelną powagą, w przekonaniu, że nie jest to kiepsko napisana farsa, lecz monumentalne przedsięwzięcie historyczne. Chyba tylko jedna pani Teresa Lubińska (dla niewtajemniczonych dodaję: profesor ekonomii i parodniowy minister finansów RP, a w dodatku - milionerka), którą wszystko cieszyło, sprawiała wrażenie, jakby nie była to kwestia rządzenia wielkim państwem, ale pyszna zabawa. Rozbawienie na twarzy jej uczonej następczyni, prof. Zyty Gilowskiej, która, zdaje się, znaczącego majątku nie posiada, mogłoby świadczyć o tym, że i ona nie może uwierzyć, iż to wszystko naprawdę, że ona naprawdę, nie wiadomo jak i kiedy, ni stąd, ni zowąd, stała się "Number One" polskich finansów i polskiej gospodarki.
W dniach 12-13 stycznia powiało grozą, że sztuka zostanie nagle przerwana, a wielu aktorów może znaleźć się w potrzebie poszukiwania innego zajęcia. Ze sceny nieustannie padają słowa o konieczności wyłonienia "większościowego rządu", o "dwupartyjnej scenie politycznej", o przedterminowych wyborach, które mają taki efekt zapewnić, a od kilku dni mamy już nawet uroczyście powołany "gabinet cieni". Pomimo "negocjacji" i "konsultacji", pomimo całego tego niebywałego rejwachu scenicznego nikt jakoś nie zauważa, że są to wszystko rekwizyty z innego teatru i innej sztuki, a przeprowadzenie w tych warunkach nowych wyborów jest jak szukanie topielca "przeciw wody". Komiczne jest, gdy propagandziści Prawa i Sprawiedliwości powołują się na wyniki jakiegoś sondażu, który wykrył 36% poparcie dla ich partii, a usłużni "rachmistrze" natychmiast wyliczyli, że przy takim poparciu wyborczym PiS uzyskałby bezwzględną większość mandatów w Sejmie! Jest to zabawne chociażby z tego tylko powodu, że żyją jeszcze ludzie, którzy pamiętają, iż w wyborach AD 2001 SLD uzyskał o ponad 12% głosów więcej niż PiS w roku 2005 (41,04% wobec 28,99%), ale z tego "wyszło" zaledwie 216 mandatów. Czy politycy PiS cierpią na amnezję, czy też uważają, że przy pomocy nachalnej propagandy można polskim wyborcom wszystko wmówić, a przeliczniki matematyczne podobne są do używanych przez nich słów: dzisiaj znaczą jedno, a jutro coś zupełnie odmiennego? Czy też pomyliły im się sztuki, niczym "Hamlet" z "Wesołymi kumoszkami z Windsoru"? Albowiem, faktycznie, w ostatnich wyborach na Wyspach Brytyjskich Partia Pracy uzyskała 36% głosów poparcia, co dało im 356 mandatów w Parlamencie, a więc prawie 55%! Warto więc zwrócić uwagę, że tam nie tylko grali inni aktorzy, w innym miejscu, lecz było to zupełnie inne przedsięwzięcie, że - z pewną przesadą - można powiedzieć, iż wybory w Wielkiej Brytanii różnią się od wyborów w Polsce niemal tak jak dzisiejsze inscenizacje bitwy pod Grunwaldem różnią się od ich pierwowzoru z roku 1410. Dzień po dniu i godzina po godzinie, dzięki naszym bezstronnym środkom masowego przekazu, jesteśmy świadkami niebywałego ujadania polityków na siebie, wysłuchujemy bezpardonowych oskarżeń, zarzuty kłamstwa i oszustwa padają na okrągło. Przypomina to ujadanie psów przez płot - gdy płot się kończy i przeciwnicy stają pysk w pysk - nagle milkną i wracają do dalszej walki, ale już z bezpiecznej odległości.
Wypada przypomnieć kilka podstawowych reguł politycznej hydrauliki:
1. Partia, której się marzy parlamentarna większość, powinna wpierw zmienić ordynację wyborczą, bo tylko w brytyjskim systemie jednomandatowych okręgów wyborczych można 36% poparcia zamienić na ponad 50% mandatów w Sejmie. W warunkach ordynacji partyjnej, niesłusznie nazywanej "proporcjonalną", jest to marzenie ściętej głowy i taka sztuka jeszcze się nikomu nie udała. Nawet gdyby partia Kaczyńskich w przedterminowych wyborach uzyskała 10% głosów więcej niż minionej jesieni, to 180 czy 190 mandatów będzie niemal tak daleko od niezbędnej większości jak i obecne 155.
2. "Gabinet cieni" ma sens wtedy, gdy partia, która go wystawia, ma realną szansę przejęcia władzy w kolejnych wyborach. Taka możliwość powstaje w systemie "dwupartyjnym", a więc tam gdzie są jednomandatowe okręgi wyborcze i wybory w jednej turze - jak w W. Brytanii, USA czy Kanadzie. Młodzi prześmiewcy od razu zresztą przezwali ten "gabinet cieni" - "gabinetem cieniasów". Gdyby - przypuśćmy - Platforma chciała wyjść naprzeciw parlamentarnym kłopotom i utworzyć koalicję rządzącą z innymi partiami, to ma do dyspozycji szereg możliwości: od koalicji PO z Samoobroną i SLD, po PO z Samoobroną, LPR i PSL, a i na tym nie koniec. W każdej z tych koalicji z "gabinetu cieni" pozostałby najwyżej cień gabinetu. Jeśli ktoś myśli, że nie jest możliwa miłosna wymiana uścisków pomiędzy Andrzejem Lepperem i Janem (Marią) Rokitą, to powiem, że niewiele jeszcze w polityce widział.

Prawa "politycznej hydrauliki" mówią nam jeszcze coś innego: tzw. system wyborów proporcjonalnych, z jednej strony, otwiera drogę watażkom i dyktatorom, a z drugiej prowadzi do rachitycznych, drugorzędnych tworów państwowych, nieustannie targanych potępieńczymi waśniami "koalicyjnymi" jak w Polsce. Korzystając z pomieszania pojęć i chaosu po I Wojnie Światowej, wprowadzili go w Europie w użycie socjalistyczni pogrobowcy Marksa i Engelsa. W ten sposób system ten, z jednej strony, wygenerował dyktatury Hitlera i Mussoliniego, a z drugiej doprowadził do marginalizacji i upadku państwa takiego jak Francja. To dopiero Generał de Gaulle, domagając się stanowczo wprowadzenia JOW, pozwolił Francji nad odzyskanie jej właściwego znaczenia w Europie.
W Polsce, po roku 1989, "racja stanu" wprowadzenia systemu proporcjonalnego polegała na tym, że w przypadku wyborów w jednomandatowych okręgach wyborczych po komunistach, już po pierwszych wyborach, pozostałoby jedynie złe wspomnienie. Dzięki systemowi list partyjnych formacja nazywana dzisiaj "postkomunistyczną" przetrwała, przejęła na własność prywatną znaczną część majątku narodowego, a SLD i PSL są jedynymi partiami politycznymi posiadającymi trwałe miejsce we wszystkich kolejnych sejmach. Dzisiaj jednak utrzymywanie tego systemu nie ma żadnej sensownej racji i jest czystym anachronizmem. Jarosław Kaczyńskim, jeśli chce odegrać historyczną rolę zbawcy Ojczyzny, nie potrzebuje iść w ślady Marszałka Piłsudskiego i dokonywać zamachu stanu. Może pójść drogą Generała de Gaulle, drogą bardziej racjonalną, bardziej bezpieczną, która zapewni mu nie tylko wdzięczność Polaków, ale i uznanie europejskie.
Poszukiwanie rozwiązania polskich problemów na drodze ponownych wyborów w tym samym kluczu będzie jak szukanie utopionego ciała w złym kierunku. Ich rezultatem będzie jedynie stracony czas, pogłębiona frustracja, dalsza erozja demokracji i marnowanie kapitału społecznego.

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Komentarz (0)

    Kłopoty tratwy ratunkowej dla środowiska ROAD/UD/UW/PD-aly.pl - Platformy Obywatelskiej, czyli horror podwójnej osoby w Pałacu Prezydenckim - Stanisław Michalkiewicz o coraz bardziej wyraźnej przyszłej koalicji PO-PiS Wysłane wtorek, 17, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Kłopoty tratwy ratunkowej dla środowiska ROAD/UD/UW/PD-aly.pl - Platformy Obywatelskiej, czyli horror podwójnej osoby w Pałacu Prezydenckim - Stanisław Michalkiewicz o coraz bardziej wyraźnej przyszłej koalicji PO-PiS Wysłane wtorek, 17, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    "Żyjemy w bardzo ciekawych czasach, oczywiście - każde czasy są ciekawe, ale okres po Trzech Krach jest szczególny, bo żyjemy... pomiędzy kijami a marchewką. Taką sytuację wytworzył Jarosław Kaczyński mimowolnym współdziałaniem z Platformą Obywatelską. Jak Państwo pamiętacie, koalicja parlamentarna, która wcześniej wspierała rząd pana Kazimierza Marcinkiewicza, zaczęła się rozłazić, bo J. Kaczyński nie wyrażał chęci płacenia rachunków za udzielone Mu poparcie. PO wykorzystała tę sytuację, przyłączając się do takich inicjatyw jak »becikowe«, choć wcześniej była je nominalnie potępiała, nawiasem mówiąc: pan senator Niesiołowski na dzień wcześniej oświadczył, że »na pewno PO nie poprze«, jak widać - jest bardzo źle poinformowany, najwidoczniej nie dopuszczają Go do konfidencji... A JK najwyraźniej chciał zagrać na instynkcie samozachowawczym posłów, wiec na mieście pojawiły sie »niesprawdzone pogłoski«, że PiS będzie chciał ponownych wyborów. W Sejmie zapanowało niesamowite zdenerwowanie, bo to przecież 5 milionów nie jest tym samym, co 50 tysięcy..." - Stanisław Michalkiewicz komentuje wydarzenia wyjątkowo ostatnio obrotowo-wirującej sceny politycznej "polskiego regionu UE".

    Jarosław Kaczyński postraszył Platformę, głównie widmem koalicji - BEZ Platformy. Oczywiście "wszystkie ugrupowania są przygotowane do ponownych wyborów", ale lepiej byłoby, gdyby "priorytet polityczny" skupił się na uchwaleniu budżetu... Jednym z kandydatów do koalicji z PiS jest PSL. Prezes Kaczyński rzucił koło ratunkowe do prezesa Pawlaka, bo może to zneutralizować wpływy Samoobrony, co jest rozumnym posunięciem. Udział w koalicji dla Samoobrony jest podwójnie korzystnym posunięciem, co natychmiast zauważył JE Życiński, arcy-biskup lubelski zresztą - nie wtrącając się oczywiście do polityki, o co to to nie, nie! - bo tow. "Andrzejowi" inaczej Jego Pięć Minut przeszłoby koło nosa: awansowałby do "Klubu Żentelmienów", a jeszcze mógłby załapać się na "sukcesy rządu", co w innym przypadku wykorzysta PSL.
    Najtrudniejszy jest przypadek Ligi Polskich Rodzin. Jarosław Kaczyński stosuje w polityce taktykę wywodzącą się z jednej z technik sztuk walk wschodnich - sumo. Wypycha przeciwników poza arenę, albo - rozwijając twórczo te sztuki - ich pochłania. LPR na tym właściwie tylko traci.
    PO jest już wyjątkowo bliska podjęcia decyzji o wstąpieniu do koalicji z PiS, gdyż mnożą się oznaki postępującego kryzysu w łonie Platformy: secesja w oddziałach toruńskim (pomorskim) i zachodniopomorskim PO, gdzie działacze PO wstępują gremialnie do PiS, krążące po ulicach Warszawy "oczywiście fałszywe" pogłoski o tym, że minister specjalny Wassermann szykuje pewne dokumenty "szalenie interesujące", które wzbudzają pewien niepokój wśród działaczy PO, a dodatkowo - dzisiaj niezawisły Sąd Okręgowy w Krakowie uchylił wyrok uniewinniający w sprawie b. ministra Janusza Lewandowskiego, obecnie terminującego w zawodzie uniodeputowanego, wydany onegdaj przy okazji "prywatyzacji" spółek skarbu państwa KrakChemia i Techma...
    Działacze PO antyszambrują więc gwałtownie do Pałacu Prezydenckiego, ale tam może spotkać ich straszliwa niespodzianka: w przebraniu Lecha Kaczyńskiego może wystąpić Jarosław, w końcu - nie do ponoć odróżnienia są Bracia K. ...

    Nagranie trwa ponad 10 minut i jest dostępne w Sieci do 31 I 2006 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)

    Terminarz postępowca - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 17, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

    Na początku roku normalnym biegiem rzeczy więcej zainteresowania skupia się na problemie czasu, bo to i każdy o rok starszy i kalendarz nowy należałoby kupić, jakieś plany na nadchodzący rok powziąć, budżet uchwalić i inne takie tam drobiazgi rozważyć. Premier Marcinkiewicz nowy rok rozpoczął od skrócenia roku, ale roku szkolnego, co podobno ucieszyło uczniów i firmy zarabiające na wczasowiczach, ale nie wiadomo, dlaczego zmartwiło nauczycieli, którzy niby będą mieć jakieś problemy z realizacją materiału.

    A co to za problem skrócić materiał, w końcu, żeby zaliczyć takie modne i przyszłościowe kierunki studiów jak np.: pisanie wniosków o dotację rolniczą (to dla Akademii Rolniczych) lub skuteczne pozyskiwanie funduszy europejskich, wystarczy program jak w słynnym dowcipie o szkole juhasów, gdzie uczono tylko trzech przedmiotów takich jak: wyganianie owiec, zaganianie owiec i język rosyjski, tzn. tfu... obecnie wiadomo, że nie rosyjski, tylko "amerykański".
    Niedawno kościelna hierarchia także skróciła m.in. Święta Bożego Narodzenia, gdyż według nowych przepisów dzień św. Szczepana nie jest już dniem obowiązkowego uczestnictwa we Mszy św., chociaż - paradoksem - jest to nadal dzień święta państwowego. Piszę te zdania w dniu święta Objawienia Pańskiego, zwanego potocznie świętem Trzech Króli, które z kolei nie jest świętem państwowym, ale jest obligatoryjnym świętem kościelnym.
    Właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, aby solidarna i deklarująca przywiązanie do religii i tradycji władza dostosowała w tym okresie święta państwowe do świąt kościelnych, choć być może dzień Objawienia Pańskiego unaoczniający, jak to Herod i cała Jerozolima wzdrygnęły się na wieść o nowo narodzonym Królu, w przeciwieństwie do pogańskich władców, którzy nawet złota Dziecięciu nie poskąpili - stałby w kolizji do obchodów Dnia Judaizmu i innych ekumenicznych jasełek wypadających - jak wynika z kalendarza postępowca - właśnie w styczniu. Widocznie hierarchii lepiej z władzą nie zadzierać, dlatego woli chrystianizować święta państwowe, np. 1 maja i 11 listopada (daje się zauważyć, że kościelne obchody 11 listopada zaczynają już ceremoniałem przewyższać procesje Bożego Ciała), skutkiem czego mamy już co najmniej cztery oficjalne święta kościelno-państwowe, czyli 1 i 3 maja, 15 sierpnia i 11 listopada. Wniosek z tego, że im państwo bardziej traci na znaczeniu - tym więcej szuka okazji do postrzelania na wiwat.
    W związku z tym, że naród wybrał sobie na prezydenta specjalistę z zakresu prawa pracy, warto zapoznać się z pewnym ciekawym paradoksem dotyczącym czasu pracy, a związanym z art. 130. par. 2. tego prawa, który stanowi, że: "Każde święto występujące w okresie rozliczeniowym i przypadające w innym dniu niż niedziela obniża wymiar czasu pracy o 8 godzin. Jeżeli jednak w tygodniu obejmującym siedem dni od poniedziałku do niedzieli, wystąpią dwa święta w inne dni niż niedziela, obniżenie wymiaru czasu pracy o 8 godzin następuje tylko z tytułu jednego z tych świąt". W tym roku dwukrotnie, bo 1 i 3 maja oraz 25 i 26 grudnia wystąpi przypadek, że "wystąpią dwa święta w inne dni niż niedziela" co oznacza, że jeden dzień uznany jako święto państwowe będzie musiał być "odrobiony" lub przepracowany. Z kolei w minionym 2005 r. 1 stycznia, uznany według nowożytnej tradycji państwowej i kościelnej jako święto, wypadł w sobotę, co skutkowało tym, że pomimo, iż sobota w wielu instytucjach i zakładach pracy i tak jest dniem wolnym, to dodatkowo z tego tytułu, że "każde święto występujące w okresie rozliczeniowym i przypadające w innym dniu niż niedziela obniża wymiar czasu pracy o 8 godzin" - można było sobie za ten wolny dzień wziąć jeszcze jeden dzień wolny z puli dni roboczych. Tak jakby nie można było ustalić, że każde święto państwowe jest dniem wolnym od pracy, a za pracę w tego dnia przysługuje inny dzień wolny, pomijając oczywiście fakt, że takie sprawy powinny być ustalane na drodze umowy pomiędzy pracodawcą a pracobiorcą i państwa nie powinno obchodzić, jak strony dobrowolnie sobie te relacje ułożą.
    Dwa lata temu weszła w życie ustawa o obowiązkowych ubezpieczeniach, której art. 26. stanowi, iż "umowę ubezpieczenia OC posiadaczy pojazdów mechanicznych zawiera się na okres 12 miesięcy", a art. 29. mówi z kolei, że "Jeżeli posiadacz pojazdu mechanicznego, nie później niż na jeden dzień przed upływem okresu 12 miesięcy, na który umowa ubezpieczenia OC posiadaczy pojazdów mechanicznych została zawarta, nie powiadomi na piśmie zakładu ubezpieczeń o jej wypowiedzeniu, uważa się, że została zawarta następna umowa na kolejne 12 miesięcy". W Polsce obowiązkowemu ubezpieczeniu podlega kilkanaście milionów pojazdów i pewnie tylko lobby ubezpieczeniowe wie, dlaczego nie tylko sam zawierający umowę, ale często inna osoba nabywająca pojazd ma z mocy prawa wchodzić w kontrakt, którego nigdy nie zawierała, nie negocjowała i nie ma zamiaru honorować. W dodatku na tej osobie ciąży obowiązek zaznajomienia się ze skomplikowanymi przepisami prawa (tylko ta jedna ustawa liczy 163 artykuły) i wypowiedzenia umowy, podczas gdy na ubezpieczycielu nie ciąży nawet obowiązek powiadomienia takiego delikwenta o ww. zmianach.
    Oczywiście czas biegnie coraz szybciej także obecnym parlamentarzystom, bo to i konstytucyjne terminy uchwalenia budżetu, a i termin wyborów prezydenta stolicy i termin wyborów samorządowych, może i wyborów parlamentarnych, niektórzy przewidują publicznie koniec Marcinkiewicza na przełomie kwietnia i maja - a wszystko tak ze sobą powiązane i poskręcane jak grupa Laokona.
    Biorąc powyższe pod uwagę, takie wynalazki, jak ustawowy dualizm czasowy polegający na tym, że "czasem urzędowym na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej jest czas środkowoeuropejski albo czas letni środkowoeuropejski" - wydają się już całkiem niegroźnymi kretynizmami. Na wszelki wypadek patrzymy jednak uważnie w kalendarz i obserwujmy owe zjawiska polityczno-astronomiczne, bo a nuż zignorujemy jakieś nadzwyczajne znaki i przegapimy dzień narodzin IV RP. A chyba nikt nie chciałby wobec IV RP robić za Heroda?

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Komentarz (0)