czerwca 11, 2005 - czerwca 20, 2005

TV-felieton Łukasza Perzyny o grupie wysokiego ryzyka, czyli czynownikach PZPR-owskich, stypendystach Fulbrighta Wysłane poniedziałek, 20, czerwca 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Sprawa zaszłości związanych z teczką Marka Belki nabrała wymiaru kryzysu, który może wpływać na życie politykierskie w Polsce aż do jesiennych wyborów. Zwłaszcza, że nie wiadomo zresztą, do jakiej partii obecny premier się przyznaje. Z jego planów zostania lokomotywą wyborczą PD w Łodzi nic nie wyszło. Wydaje się, że będzie szukał po wyborach zajęcia poza granicami Polski. Może to i lepiej, że będzie robił karierę międzynarodową?" - Łukasz Perzyna, dziennikarz "Tygodnika Solidarność", komentuje wydarzenia ze scen politykierskich minionego tygodnia.

Tow. Marek Belka - jak pamiętamy - nie poddał się weryfikacji legitymacji członkowskiej w "ezelde", choć był wtedy w Iraku, w służbie Amerykanów, to jednak w dobie internetu i szybkich łączy nie stanowiło to żadnego problemu, a więc nie było "woli politycznej"... Nawet wyjątkowo koniunkturalni działacze z PSL nie chciało się wzywać do obalania rządu tow. Belki.
Belka reprezentuje w polityce "polskiego regionu UE" tzw. grupę wysokiego ryzyka. Jest to to krąg stypendystów Fundacji Fulbrighta. W czasach rządów genseka Gierka Amerykanie przedzielali "młodym, obiecującym" aparatczykom z PZPR stypendia, mające obłaskawić młodych wilczków i doprowadzić do stopniowej erozji systemu komunistycznego. Teraz ci stypendyści mają kłopoty lustracyjne: Cimoszewicz i Belka są tego eksponowanymi przykładami.
Symbolem rządów tow. Belki był obraz sejmowej dyskusji nad oceną jego gabinetu, kiedy to pierwszy minister wysłuchał zaledwie jej połowy, po czym pospiesznie udał się do siedziby Fundacji im. Batorego, by wygłosić dla zebranych tam słuchaczy wystąpienie programowe...
A w teczce współpracownika "Belcha" brakuje 6 stron...

Nagranie trwa prawie 11 minut i jest dostępne w Sieci do 4 VII 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.





Komentarz (0)

Pogrzeb wiceprezesa UPR, posła na Sejm I kadencji Lecha Pruchno-Wróblewskiego - mowa pogrzebowa Stanisława Michalkiewicza Wysłane niedziela, 19, czerwca 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Pogrzeb wiceprezesa UPR, posła na Sejm I kadencji Lecha Pruchno-Wróblewskiego - mowa pogrzebowa Stanisława Michalkiewicza Wysłane niedziela, 19, czerwca 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Każdy z nas znał Go trochę inaczej... Lech Pruchno-Wróblewski poszukiwał Prawdy. Te poszukiwania doprowadziły Go do konserwatywnego liberalizmu, któremu pozostał wierny do końca Swoich dni i z czego był bardzo dumny..." - Stanisław Michalkiewicz przypomniał zebranym na cmentarzu ewangelicko-augsburskim w Warszawie sylwetkę Lecha Pruchno-Wróblewskiego, którego wcześniej pożegnał ksiądz z zebranymi żałobnikami podczas katolickiej mszy.

Jako poseł, wybrany w pierwszych wolnych powojennych wyborach, Lech Pruchno-Wróblewski zajmował się sprawami bardzo ważnymi i niestety po dzień dzisiejszy nie uregulowanymi. Poświęcił bardzo dużo czasu sprawie reprywatyzacji. Był członkiem nadzwyczajnej komisji badającej wykonanie uchwały lustracyjnej. To LPW jako poseł sprawozdawca referował projekt ordynacji wyborczej, w której ramach prawica chciała wprowadzić jednomandatowe okręgi wyborcze...

Za strony środowiska konserwatywnych liberałów zebrali się nad prochami Lecha Pruchno-Wróblewskiego: Prezes UPR Jacek Boroń, I Prezes UPR Janusz Korwin-Mikke, Stanisław Michalkiewicz, Włodzimierz Senicz, Wojciech Popiela, Krzysztof Pawlak, Jerzy Fijałkowski. Była również obecna p. Cybula z Oddziału Stołecznego UPR. Byli obecni również pp. Antoni Macierewicz, Jan Parys, Gabriel Janowski.

Nagranie trwa ponad 4 minuty i jest dostępne w Sieci do 3 VII 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.





Komentarz (0)

Libertas judeorum Wysłane piątek, 17, czerwca 2005 przez Krzysztof Pawlak

Tematy zastępcze wywołuje się w mediach, by odwrócić uwagę tzw. opinii publicznej od innych, realnie poważnych problemów. To truizm i podstawa socjotechniki. Tak, a nie inaczej można interpretować nagłośnioną przez głównie francuskie media (szkoda, że znowu niechlubnie popisał się nominalnie prawicowy dziennik "Le Figaro") od zeszłego tygodnia sprawę rzekomego wysokiego poziomu zjawiska antysemityzmu w Polsce. Pomieszanie faktów już nastąpiło na samym początku, co zgrabnie wychwyciła żurnalistka dziennika "Rzeczpospolita" w artykule "Tolerancja po francusku" z dn. 11.06.2005 r.:

"Wszystko jak w anegdotycznym radiu Erewan - chciałoby się powiedzieć, czytając relację francuskiego dziennika »Le Figaro« z obrad zorganizowanej przez OBWE konferencji na temat antysemityzmu, rasizmu i nietolerancji, która w minionym tygodniu odbyła się w Kordobie.
W piątkowym numerze »Figaro« (10.06.2005 - przyp. KP) twierdzi, że z przedstawionego tam raportu OBWE wynika, iż »Polska dzierży palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o przejawy rasizmu wobec społeczności żydowskiej«. Otóż: raport sporządziła nie OBWE, lecz organizacja pozarządowa Human Rights First (Prawa człowieka przede wszystkim); dotyczył on nie tylko aktów antysemickich, lecz - a może nawet przede wszystkim - aktów wymierzonych w społeczność muzułmańską; palmę pierwszeństwa zaś w obu zresztą wypadkach dzierży nie tyle Polska, ile Francja. (...)
Co HRF zarzuca Polsce? Chociaż prawo jest w porządku, sprawy o akty nietolerancji rzadko trafiają do sądu, dane statystyczne są niepełne i niemiarodajne, władze zaś często przejawów rasizmu wcale za takie nie uważają. Tymczasem we Francji, jak wynika zarówno z raportu, jak wypowiedzi uczestników obrad, aktów przemocy zrodzonych z nietolerancji z roku na rok jest więcej. (...)".
Następne uderzenie wyszło z Komisji przeciwko Rasizmowi i Nietolerancji (ECRI), która przygotowała podobnego brzmienia raport dla Rady Europy, znów opisany przez ten sam dziennik w artykule "Raport krzywdzący Polskę" z dn. 15.06.2005 r.:

"W Polsce szerzy się antysemityzm, a władze niewiele robią, by z nim walczyć to wniosek z najnowszego raportu Rady Europy o Polsce.
W naszym kraju mają mieć miejsce zarówno akty fizycznej agresji wobec Żydów, jak i akty wandalizmu. Co prawda w ostatnich latach dochodzi do nich sporadycznie, ale autorzy raportu i tak wymieniają je na pierwszym miejscu. Żydów atakują głównie skinheadzi. Niszczone są też synagogi, żydowskie szkoły i cmentarze. (...)".

Jednak reakcja tym razem i to ze strony jak najbardziej zainteresowanej była szybka i ku rozpaczy przeciwników zdecydowanej proamerykańskiej postawy Polaków - dobrze wymierzona:

"Izraelska ambasada w Warszawie jest zdumiona. Nie wiadomo nam o żadnych przypadkach profanacji cmentarzy czy szkół mówi Michał Sobelman, rzecznik ambasady. (...)
Piotr Kadlčik, przewodniczący Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w Polsce, przyznaje, że dochodzi u nas do incydentów o charakterze antysemickim i władze niewiele z tym robią. Strony w Internecie, publikacje, księgarnia Antyk, to wszystko prawda. Ale nie uważam, by Polskę można było nazwać krajem antysemickim lub takim, w którym antysemityzm występuje w znaczącym stopniu. W Polsce nie zdarza się to, co ma miejsce we Francji czy w Niemczech. Tu nie ma fizycznych ataków przeciwko członkom społeczności, nie ma ataków na synagogi mówi »Rzeczpospolitej«. Gminy żydowskie w Polsce są zaskoczone takim wnioskiem Rady Europy. Również publikacją francuskiego dziennika »Le Figaro«, który w ostatni piątek podsumował konferencję OBWE o antysemityzmie, rasizmie i nietolerancji. »Polska dzierży palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o przejawy rasizmu wobec społeczności żydowskiej« napisano. Związek Gmin Wyznaniowych Żydowskich w Polsce zamierza dziś opublikować list w tej sprawie. Tego typu oświadczenia są przesadzone i nieprecyzyjnie oddają polską rzeczywistość mówi Piotr Kadlčik. Również Michał Sobelman uważa, że w porównaniu z innymi krajami Europy sytuacja w Polsce jest lepsza. Gorzej jest we Francji, Rosji, na Węgrzech. Dlatego z wielkim zdumieniem przyjęliśmy publikację »Le Figaro«, szczególnie po ostatnich wystąpieniach antysemickich we Francji mówi. Nawet »Jerusalem Post« napisał niedawno, że słowo »żydzi« stało się powszechnie stosowaną obelgą we francuskich szkołach.
Antysemityzm to poważny problem na całym kontynencie europejskim i nie tylko. Nie ma powodów, by Polska była postrzegana jako kraj bardziej antysemicki niż jakikolwiek inny podsumował w rozmowie z »Rz« prof. Brian Porter z Uniwersytetu Michigan, historyk zajmujący się Polską. (...)".

Następnego dnia (16.06.2005 r.) znowu ta sama "Rzeczpospolita" zamieściła wzmiankowane i zapowiadane wcześniej oświadczenie Związku Gmin żydowskich w Polsce:
"- Ocena Polski jako kraju przodującego w antysemityzmie, zawarta w artykule »Le Figaro«, jest fałszywa i głęboko krzywdząca - uważa Związek Gmin Żydowskich w Polsce.
W specjalnym oświadczeniu Związek odniósł się do tekstu francuskiego dziennika z 10 czerwca, w którym podsumowano konferencję Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie na temat antysemityzmu, rasizmu i nietolerancji. (...)
Gminy żydowskie w Polsce są oburzone. »Polska społeczność żydowska stanowczo protestuje przeciwko tego rodzaju przekłamaniom. W ciągu ostatnich dwóch lat w Polsce nie zanotowano poważnych antysemickich incydentów (...).Ocena Polski zawarta w artykule zamieszczonym w >Le Figaro< jest fałszywa i głęboko krzywdząca. Trudno rozumieć ją inaczej niż tylko jako wyraz ignorancji lub próbę odwrócenia uwagi od niepokojących zjawisk we Francji. Mieści się ona w logice, która skłoniła niektórych dziennikarzy do głoszenia tez o polskich obozach zagłady czy polskich komorach gazowych podczas II wojny światowej« - pisze Piotr Kadlčik, przewodniczący Związku.
Kadlčik przyznaje, że przypadki antysemityzmu w naszym kraju się zdarzają, jednak, jak podkreśla, »palma pierwszeństwa w tym zakresie - nawet jeśli weźmiemy pod uwagę wyłącznie kraje Europy Środkowej i Wschodniej - z pewnością nie przypada Polsce«".
Sama OBWE zaprzeczyła, że posiada dane na temat wystąpień antysemickich w Polsce oraz w innych krajach. I właśnie z powodu braku tych danych niemożliwe jest porównywanie natężenia antysemityzmu w poszczególnych krajach".

Tyle o wymianie medialnych ciosów pomiędzy państwem "nowej Europy" a "starej", mającej niebywale i nieporównywalnie większe doświadczenia w real-antysemityzmie - jeśli wziąć tylko "osiągnięcia" w nim z najnowszej historii - czasu II Wojny Światowej: o Niemcach hadko już pisać, bo to sprawy na szczęście oczywiste dla większości społeczeństw na naszym globie (choć ostatnio widoczne są rzeczywiście wytężone wysiłki, bo te odium z nich zdjąć, kosztem Polaków), ale Francuzom można po raz kolejny przypomnieć ich wytężoną współpracę z wyjątkowo łagodnym dla nich okupantem niemieckim, kolaborację haniebną właśnie na polu wydawania swoich obywateli religii mojżeszowej w ręce Gestapo przy pełnej świadomości co do dalszych, tragicznych ich losów.
W tych dniach - ale juz po czasie publikacji materiałów organizacji pozarządowej Human Rights First i Komisji przeciwko Rasizmowi i Nietolerancji (ECRI) - odbywa się dyskusja nad budżetem Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, jak konserwatywni liberałowie określają Unię Europejską. Dokonywany jest rozdział zagarniętych wcześniej europejskim podatnikom pieniędzy na rzecz poszczególnych rządów "dwudziestki piątki". Wyżej wymienione medialne zarzuty mają, jak widać, swoich konkretnych adresatów - jest nim "lokalna administracja rządowa", która jakoby nie może sobie poradzić z tak medialnie nośnym problemem. Dla polskiej biurokracji w latach następnych automatem budżetowym mogłoby przypaść potężna jak na polskie warunki sum kilku miliardów paneuropejskiej waluty euro. To duże sumy. "Czy można je powierzyć tak nieodpowiedzialnym administratorom?" - sugerować zapewne mają opisane wyżej doniesienia.
Innym aspektem jest wizerunek "najważniejszego wschodniego lotniskowca na Starym Kontynencie", jakim jest dla USA obecna PRL-bis. Dla mediów pokroju "New York Timesa" (od pokoleń w rękach rodziny Sulzbergerów) i innych lewackich, a wpływowych środków masowego rażenia miałby być to wręcz jeden z koronnych argumentów o "polskim antysemityzmie", "no bo skoro sami Europejczycy tak piszą...".
Upiec dwie pieczenie przy jednym ognisku - marzenie każdego kucharza, także tego od kotłów społecznych...

Historii Rzeczypospolitej Obojga Narodów - wielusetletniej naprawdę troskliwej ojczyzny dla wypędzanych z innych państw europejskich Żydów w tym miejscu nie trzeba przypominać, dość często o niej w swych artykułach na naszych wirtualnych stronach pisze choćby Antoni Zambrowski, do artykułów którego odsyłam mniej wyedukowanych, europejskich żurnalistów znających język polski.
Jedynie z przekąsem, nawiązując do ostatnich wydarzeń w dwóch sprawach kryminalnych - w naszym "polskim regionie UE" i Rosji z nawrotem samodzierżawia w wykonaniu towarzysza KGB-isty Putina - można dokonać obrazowego porównania, zgrabnie opisującego "libertas judeorum" doby obecnej PRL-bis: aferzysta Chodorkowski został skazany na dziewięć lat obozu pracy (choć jak donoszą media - ma mieć wyjątkowo wygodne warunki odbywania kry - np. przy pracy w bibliotece więziennej, obozy "reedukacji socjalistycznej" wręcz się biją o takiego skazańca!) i karę jednak chyba w całości, a na pewno w jej dużej części, "odbębni", a aferzysta specjalny Lew Rywin, który podobnie jak jego rosyjskiego obywatelstwa pobratymiec - spadł z wyżyn kolaboracji z władzami najwyższymi - po zaledwie 43 dniach pobytu w warunkach więziennej kuracji - został zwolniony do stęsknionej rodziny...

O czym więc tu mówić?

Krzysztof Pawlak



Komentarz (0)

Okrągły Stół (komuniści - opozycja - Kościół) - prof. Ryszard Bender (część I) Wysłane czwartek, 16, czerwca 2005 przez Krzysztof Pawlak

Z inicjatywy najwyższych władz politycznych PRL, przy pełnej akceptacji kontrolującej je Moskwy, zwołany on został w Warszawie 6 II 1989. Celem była obrona "zdobyczy socjalizmu", których erozja następowała w tym czasie w PRL. To był cel strategiczny władz, zezwalających na jego zaistnienie, a obrady - rozgrywką taktyczną z nową rzeczywistością, związaną z zaistnieniem "Solidar­ności" i coraz bardziej dostrzeganą koniecznością jej relegalizacji. Bez pozornych przynajmniej rozmów z opozycją władze komunistyczne nie mogły liczyć, przy pogłębiającym się kryzysie gospodarczym, na spokój w kraju i ewentualne wsparcie ekonomiczne z Zachodu, gdyż "braterska pomoc" ze Wschodu okazywała się niewystarczająca.
Głównym architektem Okrągłego Stołu, z woli gen. Wojciecha Jaruzelskiego, był oddany mu bez reszty gen. Czesław Kiszczak. Stał on na czele Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i podległych mu tajnych służb. Poprzez nie znał on dokładnie napiętą politycznie sytuację w kraju, wiedział, że i kontrolującej PRL Moskwie zależy na spokoju w Polsce, by móc poprawić stosunki dyplomatyczne i gospodarcze z USA oraz państwami Europy Zachodniej. Związek Sowiecki przegrywał już rywalizację ekonomiczną i militarną z Zachodem, wchodził w zapaść gospodarczą, pragnął więc mieć jak najmniej kłopotów politycznych i gospodarczych z krajami satelickimi, zwłaszcza z Polską. Sygnały o tym docierały nie tylko do władz PRL. Miały one swoje reperkusje również w innych krajach podległych Moskwie. Na Węgrzech już w 1988 r. pozwolono określać wydarzenia z 1956 r. jako "powstanie ludowe", a nie jak wcześniej - nazywać je kontrrewolucją. Wywiad gen. Kiszczaka informował, że Kreml zlecił ambasadzie sowieckiej w Warszawie nawiązanie poufnych kontaktów, a nawet dialogu z opozycją, nie tylko tzw. umiarkowaną. Generałowie Jaruzelski i Kiszczak mogli się obawiać, że mogą zostać zmarginalizowani, a nawet wyłączeni z gry politycznej, o ile nie podejmą, uniemożliwiających to, samodzielnych kroków. Obaj lękać się też musieli nowych zaburzeń w kraju, nie tylko już na Wybrzeżu. Ponowienie stanu wojennego, w nowej sytuacji, nie mogło wchodzić w grę. Pozostawało dotychczasowej ekipie władzy liczyć na "miękkie lądowanie" w nowych wa­runkach poprzez rokowania z dobraną i dopuszczoną do rozmów opozycją. Tak pojmowali zaistniałą rzeczywistość generałowie Wojciech Jaruzelski, Czesław Kiszczak, Florian Siwicki, a wraz z nimi, w kręgu Biura Politycznego i KC PZPR, przede wszystkim Stanisław Ciosek, Józef Czyrek i Kazimierz Barcikowski. To samo podpowiadali im, a w szczególności gen. Jaruzelskiemu, polityczni doradcy, m.in. Wiesław Górnicki i Jerzy Urban - niezastąpiony rzecznik rządu z okresu stanu wojennego.
W obawie o stopniową utratę władzy w kraju i monopolu na trwały kontakt z Komunistyczną Partią Związku Sowieckiego, zdecydowano się na Okrągły Stół. Uznano ten mebel, obsadzony niebawem ludźmi w większości władzom PRL uległymi, a w niemałej części agenturalnie im podporządkowanymi, za ostatnią deskę ratunku. Jedynie postawa pre­miera rządu PRL Mieczysława Rakowskiego była swoista, meandryczna w odniesieniu do Okrągłego Stołu. Przez czas dłuższy uważał on, że skuteczniejsze dla zachowania socjalizmu w Polsce okażą się radykalne reformy gospodarcze niż polityczne. Oświadczał on, że Polaków bardziej interesuje stół suto zastawiony niż Okrągły Stół. To sprawiało, że zarówno w kierowniczych kręgach PZPR, jak też w KPZR w Moskwie, nie wyłączając krajów zachodnich, był on uważany wręcz za socjaldemokratę.
Określenia "Okrągły Stół" miał użyć po raz pierwszy gen. Jaruzelski w czerwcu 1988 r. podczas obrad VII Plenum KC PZPR. Informację o możliwości jego zaistnienia w Polsce, m.in. poprzez Stanisława Cioska przekazano kręgom kościelnym, ściślej - kardynałowi Franciszkowi Macharskiemu, abp. Bronisławowi Dąbrowskiemu, abp. Jerzemu Strobie i ks. Alojzemu Orszulikowi. Debatowano o tym podczas prowadzonych z nimi rozmów w czerwcu i lipcu 1988 r. Wiadomość przez obie strony miała być traktowana jako poufna. Złamał tę poufność, nadal będący blisko gen. Jaruzelskiego - Goebbels stanu wojennego - Jerzy Urban, czołowy w tamtym czasie propagandzista partyjny. Kręgi rządowe lękały się, że gadulstwo Urbana, które wywołało natychmiastową reakcję władz kościelnych, może spowodować impas we wzajemnych relacjach. Impas przełamano. Dokładnie osiem lat po podpisaniu porozumień gdańskich, które zadecydowały o zaistnieniu "Solidarności" - 31 VIII 1988 r. gen. Kiszczak i Stanisław Ciosek spotkali się z Wałęsą. Towarzyszył im ks. bp. Jerzy Dąbrowski. Wtedy po raz pierwszy ujawniono pomysł rozmów Okrągłego Stołu.
Po tym spotkaniu miały miejsce kolejne. W rozmowach Lecha Wałęsy z przedstawicielami rządu (lista Macierewicza ujawniła jego pseudonim "Bolek") brały udział osoby z tzw. opozycji konstruktywnej, z których niejedna znalazła się z czasem na wspomnianej liście tajnych współpracowników bezpieki sporządzonej przez ministra Antoniego Macierewicza. Rozmowy odbywały się periodycznie w willi MSW, w podwarszawskiej Magdalence. Uczestniczyli w nich, jako obserwatorzy, przedstawiciele Kościoła, przede wszystkim ks. Alojzy Orszulik i ks. Bronisław Dembowski, dziś biskupi. Do poufnych rozmów w Magdalence, odbywanych w różnych gremiach i w różnym czasie, dopuszczano nawet do 42 osób. Spotkanie, które miało miejsce 15 IX 1988 r., tym razem w willi MSW przy ul. Zawrat w Warszawie, kiedy gen. Kiszczak podejmował Lecha Wałęsę oraz prezesa warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, prof. Andrzeja Stelmachowskiego, a towarzyszył im ks. Alojzy Orszulik, miało szczególne znaczenie. Przygotowano wówczas, wyznaczone na następny dzień, rozszerzone spotkanie w Magdalence, określane z czasem jako zalążkowy Okrągły Stół.
Przy tym "zalążkowym" Okrągłym Stole spotkali się w Magdalence, ze strony rządowej: gen. Czesław Kiszczak, Stanisław Ciosek, Artur Bodnar, Władysław Baka, Jan Błuszkowski, Jerzy Breitkopf, Andrzej Gdula, Jan Janowski, Jan Jarliński, Mieczysław Krajewski, Bogdan Królewski, Aleksander Kwaśniewski, Harald Matuszewski, Jerzy Ozdowski, Janusz Reykowski, Ireneusz Skuła, Romuald Sosnowski, Bolesław Strużek, Jan Szczepański, Tadeusz Szamanek, Jerzy Uziębło, Stanisław Wiśniewski. Stronę opozycyjną reprezentowali: Lech Wałęsa, Andrzej Stelmachowski, Ryszard Bugaj, Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Bronisław Geremek, Mieczysław Gil, Adam Michnik, Lech Kaczyński, Jacek Kuroń, Władysław Liwak, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Merkel, Alojzy Pietrzyk, Edward Radziewicz, Henryk Sienkiewicz, Witold Trzeciakowski. Ze strony kościelnej byli księża: Alojzy Orszulik i Bronisław Dembowski oraz ks. bp Tadeusz Gocłowski. Funkcje sekretarzy pełnili: Jacek Ambroziak, Krzysztof Dubliński i Kazimierz Kłoda. Faktycznie decydowało tylko kilkanaście osób. Generał Jaruzelski, choć formalnie nie brał udziału w tych negocjacjach, często instruował członków strony rządowej.
Od 31 VIII 1988 do 5 IV 1989 r., czyli ostatniego dnia obrad Okrągłego Stołu, spotykali się wielokrotnie komunistyczni władcy Polski Ludowej z dopuszczonymi przez siebie do rozmów liderami "konstruktywnej opozycji". Ilu spośród tych ostatnich było agentami tajnych służb, dowiadujemy się z tzw. listy Macierewicza i obecnie z akt przejętych przez Instytut Pamięci Narodowej, niestety udostępnianych nie w pełni i jak dotąd bez rozwiązywania pseudonimów ubeckich, mimo że ustawa IPN do tego zobowiązuje. W Magdalence, jak zauważa Antoni Zambrowski ("Tygodnik Solidarność" nr 7/2004) w czasie trwania rozmów Okrągłego Stołu zobowiązano się do "zaniechania ścigania komunistycznych morderców". To w Magdalence gen. Kiszczak bratał się z posłuszną mu "grzeczną opozycją", jak ją określał mec. Władysław Siła-Nowicki. Wypijaną z nimi wódką ugruntowywał on wzajemne zrozumienie, a nawet przyjaźń, zwłaszcza z Wałęsą i Michnikiem. Do rozmów w Magdalence nie dopuszczono nikogo z kręgów narodowych i chadeckich.
W Magdalence pominięto sprawę dekomunizacji i zrezygnowano z lustracji tajnych agentów, co obowiązuje do dziś. Kwestie te wyłączono z obrad Okrągłego Stołu. Nie podpisano w Magdalence żadnych formalnych zobowiązań. Przyjęto natomiast zasadę: pacta servanda sunt - i paktów tych dotrzymano. W Magdalence doszło bowiem do wzajemnego zauroczenia obu układających się stron. Dla Okrągłego Stołu ustalono dyrektywę: za zbrodnie komunizmu odpowiedzialny był system, nie ludzie mu oddani. Inaugurację obrad Okrągłego Stołu ustalono początkowo na 17 X 1988 r.. Termin ten przesunięto następnie na 28 X tegoż roku. Na przeszkodzie stała sprawa relegalizacji "Solidarności". Przeciw wypowiedziała się 22 X 1988 r. Krajowa Narada Aktywu Robotniczego, obradująca w Ursusie. Przez dłuższy czas podobne stanowisko zajmował i wahał się ze zmianą poglądu gen. Jaruzelski, najwyższy zwierzchnik Okrągłego Stołu, mimo że główny akuszer tego stołu, gen. Kiszczak, parł do możliwie rychłego otwarcia obrad. Obaj generałowie mieli we własnych szeregach znaczącą opozycję, przeciwną pomysłowi Okrągłego Stołu. Musieli oni ją osłabić, jeśli nie unicestwić. To m.in. spowodowało, że inauguracja Okrągłego Stołu nie odbyła się i 28 X 1988 r. Wpływ pewien na to, że tak się stało, wywarł zapewne fakt, iż 27 X 1988 r. powołano nowy rząd, na czele którego stanął Mieczysław Rakowski. Nie jest wykluczone, że liczono, iż w niedługim czasie nowy premier zapewni Polakom stół "bardziej suto zastawiony", a wtedy Okrągły Stół mógłby zaistnieć później, o ile w ogóle byłby potrzebny. W tym czasie gen. Jaruzelski pozbył się na X Plenum KC PZPR, w końcu grudnia 1988 r., części przeciwników porozumienia z "Solidarnością" i sam uznał je za niezbędne dla zachowania swej władzy. Nowy premier Mieczysław Rakowski, uważany dotąd przez większość aparatu partyjnego za przeciwnika Okrągłego Stołu, doszedł do podobnego przekonania jak gen. Jaruzelski, że "Solidarność" trzeba zalegalizować i podzielić się władzą polityczną z opozycją, nie z całą - lecz z jej częścią uznaną przez rząd, ściślej - przez służby gen. Kiszczaka, za "konstruktywną". W tym celu gen. Kiszczak musiał mieć w jej szeregach nie tylko "Bolka", ale też innych, bliskich mu ludzi, których, jak sam z czasem oświadczał, wielu umieścił w najwyższych nawet organach "Solidarności" oraz innych ugrupowaniach opozycyjnych. Potwierdził to we wspomnieniach Witali Pawłow, rezydent sowieckiego KGB w Warszawie, jak też Wasilij Mitrochin w opublikowanym archiwum. Ich zdaniem, służby gen. Kiszczaka w pełni zadbały, aby przy Okrągłym Stole zasiedli w przytłaczającej większości ludzie władzom politycznym PRL i ich służbom specjalnym w pełni zaufani, a nawet ich agenci.
Przy montowaniu Okrągłego Stołu pewien problem stanowili tzw. ludzie Kościoła. Z akt Mitrochina wiemy, że już w 1981 r. gen. Kiszczak zapewniał sowieckiego przywódcę Jurija Andropowa, że "Kościół katolicki nie stanowi obecnie zagrożenia dla PZPR. Milewski włożył »wiele wysiłku« w agenturalną penetrację Kościoła i SB jest obecnie dobrze poinformowane o nastrojach wewnątrz i o zamiarach Kościoła''. I dodał, nie wykluczone, że przechwalając się swemu sowieckiemu zwierzchnikowi: "Na siedemdziesięciu biskupów dobre kontakty utrzymujemy z pięćdziesięcioma". Stwierdzał gen. Kiszczak następnie z emfazą: "Daje to nam możliwość wywierania wpływu na politykę Kościoła katolickiego i zapobiegania niepożądanym działaniom".
Odroczony Okrągły Stół sukcesywnie jednak montowano i przygotowywano, dobierano ludzi. Towarzyszyły temu rozmowy prowadzone ponad tzw. konstruktywną opozycją (w znacznej części aranżowaną przez służby specjalne gen. Kiszczaka) z przedstawicielami Kościoła. Zdawano sobie sprawę z jego siły i potęgi oddziaływania na osamotniony politycznie naród. Stanisław Ciosek spotkał się na początku stycznia 1989 r. z ks. Orszulikiem, a Kazimierz Barcikowski, wiceprzewodniczący Rady Państwa, już wcześniej rozmawiał z abp. Bronisławem Dąbrowskim. W rozmowach odbytych 4 I 1989 r. w Klarysewie, w dawnej willi Edwarda Gierka, wzięli udział: premier Mieczysław Rakowski, sekretarze KC PZPR: Stanisław Ciosek i Józef Czyrek oraz minister wyznań Władysław Loranc, a ze strony kościelnej: kard. Franciszek Macharski, abp Jerzy Stroba i ks. Alojzy Orszulik. Rozmowę umówili, jak stwierdza P. Raina ("Rozmowy z władzami PRL" str. 329) Stanisław Ciosek i abp Dąbrowski. Ten ostatni nie wziął w nich udziału ze względu na konieczność udania się do szpitala. W tych i późniejszych spotkaniach uznano za nadal aktualne oświadczenie abp. Dąbrowskiego z 11 XI 1988 r., złożone Kazimierzowi Barcikowskiemu. Proponował on w nim, aby Episkopat w roli obserwatora podjął się mediacji między rządem a opozycją. Powiedział abp. Dąbrowski: ,,Zapraszam panów Kiszczaka i Wałęsę, by spotkali się na gruncie neutralnym i z pomocą Kościoła uzgodnili zasady »okrągłego stołu«". (P. Raina "Rozmowy z władzami PRL" str. 291).
Uzgodnienie zasad, po stronie rządowej, zależało od ostatecznego zwycięstwa gen. Jaruzelskiego i jego zwolenników w KC PZPR od rezultatu drugiej części obrad X Plenum KC PZPR, które odbywało się w dniach 16-18 I 1989 r. Gen. Jaruzelski zażądał wówczas głosowania wotum zaufania dla siebie, generałów Kiszczaka i Siwickiego, dla Barcikowskiego, Czyrka i premiera Rakowskiego. Otrzymał je druzgocącą większością głosów. O tym wszystkim informowana była na bieżąco strona kościelna, która podjęła się mediacji w sprawie Okrągłego Stołu. Ciosek regularnie powiadamiał ks. Orszulika o przebiegu obrad drugiej części X Plenum KC PZPR, przekazywał kasety z nagraniami. Zwycięstwo Jaruzelskiego sprawiło, że po 18 I 1989 przygotowania do ustalenia zasad kontraktu, który miał się dokonać przy Okrągłym Stole, ruszyły pełną parą. Ze strony kościelnej czuwali nad tym przede wszystkim abp Dąbrowski i ks. Orszulik, w praktyce niemal codziennej - ten ostatni. Od tego momentu już żadne znaczące przeszkody, trudne do pokonania, nie stanęły obu stronom na przeszkodzie i rozmontowany wcześniej, dosłownie i w przenośni, Okrągły Stół, ponownie złożono, by mógł przyjąć uczestników obrad.
W dniu 6 II 1989 r. w Pałacu Namiestnikowskim w Warszawie, będącym we władaniu Rady Ministrów PRL, w blasku telewizyjnych i filmowych jupiterów, za stołem wyprodukowanym w specjalistycznej wytwórni w Henrykowie, zasiadło 58 osób i rozpoczęto obrady wolne, ale dyskretnie, niemal w pełni kontrolowane przez służby specjalne gen. Kiszczaka. Ze strony solidarnościowo-opozycyjnej byli to, poza jednym (Edward Szwajkiewicz), przedstawiciele Komitetu Obywatelskiego przy Przewodniczącym NSZZ "Solidarność" Lechu Wałęsie, powołanego 18 XII 1988 r. w gronie 119 osób, w Warszawie, przy kościele na ul. Żytniej. Wśród nich znaczną część stanowili dawni członkowie PZPR, którzy opuścili jej szeregi jako rewizjoniści, a także osoby o poglądach liberalnych, powiązani z lożą masońską Kopernik. W gronie tym, któremu przewodniczył Lech Wałęsa, znaleźli się: Stefan Bratkowski, Zbigniew Bujak, Władysław Findeisen, Władysław Frasyniuk, Bronisław Geremek, Mieczysław Gil, Aleksander Hall, Jacek Kuroń, Władysław Liwak, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Merkel, Adam Michnik, Alojzy Pietrzyk, Edward Radziewicz, Henryk Samsonowicz, Grażyna Staniszewska, Andrzej Stelmachowski, Stanisław Stomma, Klemens Szaniawski, Jan Józef Szczepański, Józef Ślisz, Witold Trzeciakowski, Jerzy Turowicz, Lech Wałęsa, Andrzej Wielowieyski.
Stronę tzw. koalicyjno-rządową reprezentowali: Tomasz Adamczuk - rolnik indywidualny, poseł ZSL; Norbert Aleksiewicz - rolnik indywidualny, przewodniczący Rady Głównej KZRKiOR, poseł PZPR; Stanisław Ciosek - ekonomista, członek Biura Politycznego, sekretarz KC PZPR, sekretarz generalny RK PRON; Aleksander Gieysztor - prof. historii, dyrektor Zamku Królewskiego w Warszawie, członek Rady Konsultacyjnej; Wiesław Gwiżdż - przewodniczący Oddziału Wojewódzkiego Polskiego Związku Katolicko-Społecznego w Katowicach, poseł, członek RW PRON; Marek Hołdakowski - ekonomista, I sekretarz KW PZPR w Gdańsku, zastępca członka Biura Politycznego KC PZPR; Jan Janowski - prof., rektor Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, członek prezydium CK SD, poseł; Janusz Jarlinski - przewodniczący ZZ Pracowników KWK "Krupiński", Federacja ZZ Górników, OPZZ; Czesław Kiszczak - gen. broni, minister spraw wewnętrznych, przewodniczący Komitetu Rady Ministrów ds. Przestrzegania Prawa, Porządku Publicznego i Dyscypliny Społecznej, członek Biura Politycznego KC PZPR, poseł; Zenon Komender - przewodniczący Zarządu Głównego Stowarzyszenia PAX, zastępca przewodniczącego Rady Państwa; Jan Kostrzewski - prof., od 1984 prezes PAN, członek Rady Konsultacyjnej; Mikołaj Kozakiewicz - pisarz i publicysta, pracownik Zakładu Socjologii Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN, członek prezydium NK ZSL, poseł; Bogdan Królewski - dr nauk rolniczych, sekretarz i członek prezydium NK ZSL, poseł, w latach 1981-84 wojewoda bydgoski; Aleksander Kwaśniewski - minister - członek Rady Ministrów, przewodniczący Komitetu Społeczno-Politycznego Rady Ministrów; Maciej Manicki - przewodniczący Federacji ZZ Przemysłu Stoczniowego, członek Rady i Komitetu Wykonawczego OPZZ; Harald Matuszewski - przewodniczący NSZZ Pracowników Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego (w Bydgoszczy), OPZZ; Leszek Miller - politolog, sekretarz KC PZPR, w latach 1986-1988 I sekretarz KW PZPR w Skierniewicach; Alfred Miodowicz - przewodniczący OPZZ, poseł, członek Biura Politycznego, przewodniczący Komisji Wniosków, Skarg i Sygnałów od Ludności KC PZPR; Kazimierz Morawski - dziennikarz i działacz polityczny, przewodniczący komitetu redakcyjnego "Za i Przeciw", Unia Chrześcijańsko - Społeczna; Jerzy Ozdowski - prof. Akademii Teologii Katolickiej, wicemarszałek sejmu, wiceprzewodniczący RK PRON; Anna Przecławska - prof. pedagogiki społecznej na UW, członek prezydium Komitetu Wykonawczego RK PRON i Rady Konsultacyjnej, Tadeusz Rączkiewicz - przewodniczący NSZZ Pracowników Rolnych PGR Manieczki, członek Rady Krajowej Federacji ZZ Pracowników Rolnictwa, OPZZ; Jan Rychlewski - prof. i sekretarz Komitetu Zakładowego PZPR w PAN, przewodniczący Komitetu Badań Kosmicznych PAN; Władysław Siła-Nowicki - emerytowany adwokat, obrońca w procesach politycznych, członek Rady Konsultacyjnej; Zbigniew Sobotka - zastępca członka Biura Politycznego KC PZPR, I sekretarz Komitetu Fabrycznego PZPR w Hucie "Warszawa", wiceprzewodniczący Zarządu Głównego ZSMP; Romuald Sosnowski - wiceprzewodniczący OPZZ (poprzednio Federacja ZZ Pracowników "Społem"), członek prezydium sejmowej Rady Społeczno-Gospodarczej; Stanisław Wiśniewski - rysownik litograf, przewodniczący Krajowej Rady ZZ Pracowników Przemysłu Poligraficznego, przewodniczący Rady Weteranów Pracy OPZZ; Jan Zaciura - wiceprezes ZNP oraz Krajowej Rady Postępu Pedagogicznego, członek Narodowej Rady Kultury i Komitetu Ekspertów ds. Edukacji Narodowej; Edward Zgłobicki - matematyk, nauczyciel i pracownik oświaty, członek prezydium i sekretarz CK SD.
Obserwatorzy ze strony Kościoła: ks. Bronisław Dembowski - historyk filozofii, wykładowca na Akademii Teologu Katolickiej w Warszawie, członek Komisji ds. Dialogu z Niewierzącymi, dziekan Papieskiego Studium Teoloii w Warszawie, rektor warszawskiego kościoła Św. Marcina; ks. Janusz Narzyński - biskup Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce, wiceprezes Polskiej Rady Ekumenicznej, wykładowca Chrześcijańskiej Akademii Teologii w Warszawie; ks. Alojzy Orszulik - dyrektor Biura Prasowego Episkopatu Polski, członek Komisji Mieszanej przedstawicieli Stolicy Apostolskiej ds. Publicznych Kościoła i Episkopatu Polski.
Sekretarzem Komitetu Organizacyjnego Okrągłego Stołu przy Lechu Wałęsie był Henryk Wujec. Jego zastępcą został Jan Dworak.
Jak z powyższego wynika, po stronie rządowo-koalicyjnej zasiadł antykomunista, mec. Władysław Siła-Nowicki, wieloletni więzień w PRL zagrożony karą śmierci za działalność niepodległościową w zbrojnym podziemiu antykomunistycznym. Był on w tym czasie prezesem reaktywowanego 12 II 1989 r. chrześcijańsko-demokratycznego Stronnictwa Pracy, nieuznawanego przez kręgi rządowe mimo promulgowania tego faktu przeze mnie w Sejmie 15 II 1989 r. Paradoks ten wynikał z faktu, że strona solidarnościowo-opozycyjna, mimo że Siła-Nowicki w procesach wytaczanych przez komunistów bronił wielu jej czołowych przedstawicieli, za nic nie chciała jego widzieć w swych szeregach, przy Okrągłym Stole. Zdecydowanie jego obecności, jak mi relacjonował Siła-Nowicki, przeciwstawiali się Bronisław Geremek, Adam Michnik i Jacek Kuroń, Tadeusz Mazowiecki "ciągle myślał, rozważał sprawę" i na tym poprzestawał. Siła-Nowicki, często porywczy, w tej sytuacji zwrócił się bezpośrednio do gen. Kiszczaka, właściwego konstruktora Okrągłego Stołu i ten, kto wie czy nie dla ironii względem opozycji solidarnościowej, zaprosił go do obrad, ale po stronie rządowo-koalicyjnej, bo tylko to mógł mu formalnie zagwarantować.
Z oddali, z wyżyn ,,Białego Domu", jak określano gmach KC PZPR w Warszawie patronował obradom Okrągłego Stołu, czuwał dyskretnie nad nim, najwyższy jego zwierzchnik, gen. Wojciech Jaruzelski. Dziś wiemy, że był on w pełni zadowolony z konstrukcji personalnej tego politycznego stołu. Dała ona jego partyjnej i rządowej ekipie możliwość, jedyną w tamtym czasie, "miękkiego lądowania" i przepoczwarzenia się niebawem z towarzyszy komunistów w liberałów i socjaldemokratów za pełnym przyzwoleniem na Zachodzie tych ostatnich. A przez długie lata, socjaldemokraci byli nazywani w PRL "socjalzdrajcami". To miękkie polityczne lądowanie, które zapewnił komunistom sprytnie przez nich skonstruowany Okrągły Stół sprawiło, że nie sprawdziły się przewidywania tych Polaków, którzy liczyli, że gdy zmieni się polityczna rzeczywistość, wówczas "na drzewach, zamiast liści będą wisieć komuniści". Stół Okrągły uczynił niemożliwym krwawy rewanż narodu na komunistach, za ich zbrodnie popełniane w PRL z nakazu Kremla. To było jego rzeczywiste niezaprzeczalne osiągnięcie. Najwyższy faktyczny zwierzchnik Okrągłego Stołu, gen. armii Wojciech Jaruzelski mógł niebawem uznać się za szczęśliwca. Dzięki Okrągłemu Stołowi, jego politycznym konsekwencjom, nie podzielił on, po upadku komunizmu w Europie, losu przywódców komunistycznych z innych krajów, w szczególności z NRD i Rumunii. (...)

Ryszard Bender


Komentarz (1)

Strach przed pamięcią - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane czwartek, 16, czerwca 2005 przez Krzysztof Pawlak

W tym roku Instytut Pamięci Narodowej kończy 5 lat i szykuje się do zmiany prezesa. Choć powstał na mocy ustawy z 18 grudnia 1998 r., przez półtora roku - do czerwca 2000 r. nie mógł rozpocząć działalności, gdyż ugrupowania przeciwne "teczkom" (SLD, PSL i UW) blokowały wybór prezesa. Przypomnijmy, w jakich bólach Instytut się rodził i spróbujmy podsumować jego prace pod rządami prof. Leona Kieresa, którego kadencja wygasa 30 czerwca.

Kłopoty z Instytutem rozpoczęły się jeszcze na długo przed jego powstaniem. Parlament postanowił, że w momencie wejścia w życie ustawy o IPN traci moc poprzednia ustawa o Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Komisja została zlikwidowana w styczniu 1999 r. i od tej pory nie można było prowadzić żadnych śledztw dotyczących zbrodni hitlerowskich i komunistycznych.
Potem ustawę o IPN zawetował Aleksander Kwaśniewski. To wtedy szef MSWiA Janusz Pałubicki nazwał go "prezydentem wszystkich ubeków". Weto zostało co prawda odrzucone, dzięki głosom PSL-u, ale za cenę zgody ówczesnej koalicji rządowej Akcji Wyborczej "Solidarność" i Unii Wolności na nowelizację ustawy: do powołania prezesa Instytutu potrzeba było już nie zwykłej większości parlamentarnej, lecz 3/5 głosów.

TARGI O INSTYTUT

Wojna o prezesa Instytutu rozpoczęła się od odrzucenia przez ludowców kandydatury prof. Witolda Kuleszy, szefa likwidowanej Głównej Komisji, którego wystawiła AW"S" i UW, i który miał poparcie powołanego wcześniej kolegium Instytutu. Gdy koalicjanci zaoferowali PSL-owi stanowisko prezesa Polskiego Radia dla Ryszarda Miazka, ten poparł wprawdzie nowego kandydata - prof. Andrzeja Chwalbę z Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale Chwalba zrezygnował, gdy wyszło na jaw, że nie przyznał się, iż był członkiem PZPR (mimo, iż tryb wyboru prezesa IPN nie wymaga od kandydatów podania informacji o przynależności partyjnej, zarówno dawnej, jak i obecnej). A może powodem było raczej to, że postulował m.in. lustrację dziennikarzy?
Potem UW, pospołu z SLD (a jakże) i PSL wystawiła prof. Karola Modzelewskiego, lewicowego historyka-mediewistę, który publicznie przeciwstawiał się lustracji, a AW"S" specjalistę od dziejów najnowszych, prof. Wojciecha Roszkowskiego (podziemnego Andrzeja Alberta). Obaj stwierdzili jednak, że nie chcą być szefami IPN i wolą pracę naukową. W końcu UW zaproponowała urzędującego wiceministra SWiA Bogdana Borusewicza, a AW"S" jego przełożonego - Marka Biernackiego. Do kompletu dodajmy jeszcze PSL-owskich kandydatów - prof. Aleksandra Łuczaka i Adama Dobrońskiego oraz posła Bogdana Pęka, ale żadna z tych kandydatur nie wyszła nawet z opłotków.

WYBÓR KIERESA

Do wyboru prezesa IPN trzeba było dopiero upadku koalicji AW"S" i UW. Ciekawa była przy tym postawa SLD, którego parlamentarzyści nie byli przeciw kandydaturze prof. Kieresa, ale - wbrew wcześniejszej praktyce - wstrzymali się od głosu. Nie chodziło oczywiście o to, że postkomuniści nagle przekonali się do idei rozliczania zbrodni, szczególnie komunistycznych i ujawniania teczek służb specjalnych PRL. Po prostu Leon Kieres (profesor prawa Uniwersytetu Wrocławskiego, członek "Solidarności" od początku jej istnienia, bez PZPR-owskiej przeszłości, senator AW"S" i radny sejmiku dolnośląskiego z ramienia UW), w przeciwieństwie do innych kandydatów, gwarantował wszystkim głównym partiom politycznym status quo.
Prof. Kieres mówił: "Przed głosowaniem otrzymałem dowody sympatii nie tylko ze strony AW»S« i UW, ale również PSL i SLD. Posłowie Sojuszu mówili mi, że nie są przeciwni mojej kandydaturze, tylko samej koncepcji Instytutu".
Owe "dowody sympatii" wynikały z tego, że Leon Kieres nie był zwolennikiem ani lustracji, ani ujawniania teczek. Nie miał zdania, kogo należy uznać za pokrzywdzonego przez służby specjalne PRL, kto powinien mieć dostęp do "teczek" i jakie będą skutki ich udostępniania. Przestrzegał przed "nowymi ludzkimi dramatami". Podkreślał zarazem, że IPN powinien zajmować się przede wszystkim edukacją, a nie ściganiem zbrodniarzy.
Tak więc, od początku prezesowania Leon Kieres dbał o to, aby nie spowodować "nowych ludzkich dramatów". Wielu ważnych śledztw nie udało się doprowadzić do końca - tragedii na Wybrzeżu w 1970 r., w kopalni Wujek, śmierci ks. Popiełuszki, a szerzej - działalności grupy "D", której celem była dezintegracja Kościoła w Polsce, odpowiedzialności za stan wojenny. Zamiast tego mieliśmy Jedwabne, a ostatnio, na pożarcie, rzucono mało znaczącego agenturalnie ojca Hejmo.

ZLIKWIDOWAĆ

Od początku Leon Kieres mówił również o konieczności nowelizacji ustawy o IPN, co było na rękę SLD. Postkomuniści, zarówno będąc w opozycji, a tym bardziej, gdy doszli do władzy, domagali się udostępnienia "teczek" nie tylko poszkodowanym, ale "wszystkim obywatelom", czyli również dawnym SB-ekom (to samo proponował również prezydent Kwaśniewski; to dlatego Pałubicki nazwał go tak, jak nazwał; w praktyce chodziło o zablokowanie dostępu do akt UB i SB), jak również ograniczenia kompetencji (najlepiej zlikwidowania) najbardziej znienawidzonego przez siebie pionu śledczego IPN, czyli Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu. Pomysły były takie, aby poddać ją kontroli prokuratora generalnego - czyli kontroli ściśle politycznej. Senator Maria Szyszkowska domagała się z kolei, aby dokumenty IPN przekazać archiwom państwowym, co oznaczałoby koniec nie tylko działalności śledczej, ale również edukacyjnej. Pojawiały się oczywiście żelazne argumenty, że jest to instytucja zbyt uzależniona od polityki (czytaj: opanowana przez prawicowych oszołomów), a co istotniejsze - zbyt droga. Troską o budżet państwa uzasadniał swój plan zamknięcia nie tylko pionu śledczego, ale nawet całego Instytutu premier Kołodko, mimo braku jakiejkolwiek kompetencji w tej mierze. Szczęśliwie z planów tych nic nie wyszło. Co roku postkomuna obcinała jednak budżet IPN, utrudniając i spowalniając znacznie jego działalność.

KTO "UCIERPIAŁ"?

Wtedy, w czerwcu 2000 r. najważniejsze było jednak to, że IPN wreszcie powstał. Można było wznowić zawieszone przez półtora roku śledztwa (105 w sprawach zbrodni nazistowskich i aż 560 w sprawach zbrodni stalinowskich). Ustawa o Instytucie pozwoliła badać i ścigać zbrodnie komunistyczne do 1990 r. (wcześniej do 1956 r.). Istotne było również, że prokuratorzy pionu śledczego uzyskali prawo prowadzenia śledztw od początku do końca i formułowania własnych aktów oskarżenia (Główna Komisja była w tej kwestii uzależniona od sądów powszechnych, które mogły np. po dwóch latach zwrócić materiały do uzupełnienia). Dawało to nadzieję, że chociaż część zbrodniarzy stanie przed sądem. Tak się rzeczywiście stało, choć w bardzo ograniczonym zakresie i przy niewielu wyrokach skazujących. "Ucierpieli" głównie prymitywni śledczy, gorzej z sędziami i prokuratorami. Np. w niedawnym procesie "śledzia" Informacji Wojskowej, jeden z filarów tej zbrodniczej organizacji - płk Władysław Kochan, zeznawał tylko jako świadek i ledwo udało się go doprowadzić na salę sądową.
Po długim okresie przejmowania, archiwizowania i zabezpieczania akt (archiwa państwowe, szczególnie wojskowe, często ignorowały ustawowy obowiązek ich przekazywania) rozpoczęła się jeszcze dłuższa procedura udostępniania dokumentów poszkodowanym. Jeśli ktoś złożył wniosek na początku istnienia Instytutu, musiał czekać na jego realizację nawet ponad dwa lata. Długie terminy spowodowały, że wielu pokrzywdzonych, szczególnie w czasach stalinowskich, nie doczekało swoich "teczek", choćby Wojciech Ziembiński.
Teraz, m.in. dzięki upublicznieniu tzw. listy Wildsteina, na "teczkę" czeka się kilka miesięcy. To jedna ze spraw, która powinna się znaleźć w znowelizowanej ustawie o IPN. W planach jest wprowadzenie jednostopniowej procedury - poszkodowany dostawałby akta od razu, bez zamazanych nazwisk swoich prześladowców.

POTOPU NIE BYŁO

Można się spodziewać, że nadal (szczególnie w wypadku wyboru "prawicowego" prezesa) postkomuniści, razem z reanimowaną jako Partia Demokratyczna Unią Wolności i jej prasowym ramieniem - "Gazetą Wyborczą" będą chcieli zlikwidować IPN, a przynajmniej zablokować "niepopularne" śledztwa, np. ściganie zbrodniarzy typu Michnik, Morel i Wolińska, a także ochronić kolejnych "Ketmanów" (Lesław Maleszka), "Nowaków" (Małgorzata Niezabitowska) czy "Wolskich" (Wojciech Jaruzelski, tajny współpracownik stalinowskiej Informacji Wojskowej - podporządkowanego Sowietom kontrwywiadu wojskowego, zwerbowany 23 marca 1946 r.). Wystarczy przypomnieć cykl histerycznych artykułów w "GW", zainicjowanych przez krakowskiego prof. Andrzeja Romanowskiego w tekście pod znamiennym tytułem "IPN - bezprawie i absurd". Wszystkie te działania można sprowadzić do jednej zasady: nie ruszać komunistycznych zbrodniarzy i agentów (jeśli już, to tylko płotki). Ale w końcu IPN to obcy okrągłostołowej idei twór, który ma za duże kompetencje w dokumentowaniu i ściganiu zbrodni komunizmu.
Tak samo tzw. postępowe kręgi co chwila podnoszą larum przeciwko ustawie lustracyjnej (która zresztą notorycznie, a zarazem celowo jest mylona z ustawą o IPN; słyszałem nie tak dawno, jak "postępowi" historycy z Uniwersytetu Warszawskiego pomstowali, że jest już pierwsza ofiara lustracji na uczelni, a jest nią zmarły prof. Leszek Jaśkiewicz, który znalazł siebie na tzw. liście Wildsteina). Mimo apokaliptycznych wizji nowego potopu, wojny na górze i na dole, zarówno procesy lustracyjne jak i otwieranie IPN-owskich teczek przynosi jednak oczyszczenie życia politycznego (winni są napiętnowani, a niesłusznie posądzeni mogą odeprzeć zarzuty). W obu wypadkach nie chodzi bowiem o zemstę, ale o wyjaśnienie wielu faktów z naszej najnowszej historii, wymazanie białych plam.

WYBIERZE NOWY SEJM

Do niedawna był jeden murowany kandydat na nowego prezesa IPN - dotychczasowy prezes prof. Kieres. Poparcia dla niego nie wykluczały największe ugrupowania - PO, PiS, LPR i Samoobrona, ale - co symptomatyczne - pełne poparcie zadeklarowali jedynie postkomuniści. Przewodniczący klubu SLD Krzysztof Janik mówił: "Uważam, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu: mądrość, rozwaga, spokój i odwaga osobista". Na pytanie, czy będzie do jego osoby namawiał swój klub, odpowiedział: "myślę, że nie muszę namawiać".
Równie ciepło o Kieresie wypowiadała się szefowa klubu SdPl Jolanta Banach: "trudno mieć zastrzeżenia do kultury politycznej prof. Kieresa i sposobu w jaki prowadzi IPN", gdyż wykazał się "dużą odpornością na ogromną presję, jaka była wywierana na niego samego i wokół IPN-u (chodziło o tzw. listę Wildsteina - TMP)".
Politycy nagle zmienili zdanie w kwietniu, kiedy znany z powściągliwości przeciwnik "nowych ludzkich dramatów" prof. Kieres, nie wiedzieć właściwie czemu, ni stąd, ni zowąd ujawnił agenturę w otoczeniu zmarłego papieża-Polaka. Zdania nie zmieniła tylko… lewica. Jolanta Banach przekonywała: "nie ma alternatywy dla Kieresa, który jest najlepszym ze zgłoszonych kandydatów na to stanowisko".
18 maja, w tajnym głosowaniu kolegium Instytutu Pamięci Narodowej (zgodnie z ustawą o IPN to nie politycy, ale 11-osobowe kolegium Instytutu - reprezentatywny politycznie organ doradczy i opiniodawczy, przedstawia Sejmowi jednego kandydata na prezesa, którego potem musi jeszcze zaakceptować Senat) Leon Kieres uzyskał trzy, a jego kontrkandydat Leszek Buller (przez kilka miesięcy pracował w gabinecie Kieresa; w połowie lat 90. w zespole prasowym Komendy Głównej Policji, potem rzecznik UOP) nie zdobył ani jednego.
Jaki jest dalszy ciąg procedury? W ubiegłym tygodniu przewodniczący kolegium IPN ogłosił nowy konkurs na stanowisko prezesa. Wśród kandydatów wymienia się m.in. Andrzeja Przewoźnika, sekretarza Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, który ma dobre układy zarówno na lewicy, jak i prawicy. Swojego kandydata ma też dawna Unia Wolności, która w "Gazecie Wyborczej" znów lansuje Bogdana Borusewicza.
Konkurs ma być rozstrzygnięty we wrześniu, jest już zatem pewne, że nowego prezesa IPN wybierze nowy Sejm, co postulowali politycy prawicy. Do tego czasu, zgodnie z ustawą, obowiązki szefa Instytutu będzie pełnił prof. Kieres, mimo, że jego kadencja upływa 30 czerwca.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.



Komentarz (0)

Już wiadomo, co ma być w "europejskiej" Polsce Wysłane środa, 15, czerwca 2005 przez Krzysztof Kałębasiak

Przed referendum na temat przystąpienia III RP do Unii Europejskiej zachęcano nas (rząd, prezydent, lewica sejmowa) do głosowania na "tak", mówiąc i pisząc, że na Zachodzie czeka na nas praca.
Rzeczywiście, od czasu referendum za chlebem wyjechało z III RP wiele osób, szczególnie do Wielkiej Brytanii.
Kilka tygodni temu poinformowano nas, że na Ukrainie cofnięto przyznane polskim firmom ulgi podatkowe. Z interwencją pospieszyli posłowie i urzędnicy III RP. Ulgi ulgami, ale przedsiębiorcy inwestują na Ukrainie, ponieważ podstawowe podatki dla firm są tam niższe niż w III RP.
Po przeczytaniu tej informacji zacząłem się zastanawiać, co czeka obywateli III RP na jej terytorium. Przychodziły mi do głowy słowa takie, jak bieda, głód i chłód.
Myliłem się.
PAP doniosła, a Wirtualna Polska zamieściła informację o planach dotyczących przyszłości obywateli III RP.
"Sejm debatował nad przedłużeniem o rok pilotażowego programu tworzenia lokali socjalnych i noclegowni dla bezdomnych i przeznaczeniem na ten cel dodatkowych środków. Nie sprecyzowano jednak jaka kwota na ten cel zostałaby przeznaczona, ani skąd ma pochodzić.
Uchwalona przez Sejm w roku ubiegłym ustawa o finansowym wsparciu tworzenia w latach 2004-2005 lokali socjalnych, noclegowni i domów dla bezdomnych, ustanowiła program pilotażowy z budżetem 50 mln zł".

A tu najciekawszy fragment:
"Za projektem, zgłoszonym przez SLD, opowiedziały się wszystkie kluby parlamentarne".

Odetchnąłem z ulgą. Wszystko się wyjaśniło.
1. Praca dla obywateli III RP na zachodzie.
2. Inwestycje przedsiębiorców prywatnych z III RP na wschodzie.
3. Na terytorium III RP zaś noclegownie dla bezdomnych i mieszkania socjalne.
Teraz będę się zastanawiał, którą z możliwości wybrać.

Krzysztof Kałębasiak


Komentarz (0)

Eliminować posiadanie pośrednie! - Janusz Baczyński Wysłane środa, 15, czerwca 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Życie Warszawy" doniosło, jak to politycy wykorzystują do osiągania prywatnych korzyści fakt posiadania przez państwo firm zajmujących się działalnością gospodarczą lub posiadania udziałów w takich firmach. Takie sytuacje, w których występuje podejrzenie, że te prywatne korzyści są odnoszone kosztem właścicieli, występują tym częściej, że firmy bardzo często moją strukturę piętrową.

Bezpośrednie posiadanie daje najlepszą kontrolę właścicielowi nad swoim majątkiem (co i tak czasem nie wystarcza do ochrony tego majątku). Wszelkie pośrednie posiadanie (czyli przez spółkę-matkę) zwiększa liczbę i atrakcyjność okazji do okradania i oszukiwania właściciela.

Powinna wejść w życie ustawa że wszyscy przedstawiciele państwa mający głos w sprawach spółek (ministrowie, członkowie rad nadzorczych) powinni zawsze dążyć do upraszczania sytuacji własnościowej tak, by było jak najmniej pośredniego posiadania poprzez spółki, a jak najwięcej bezpośredniego. W spółkach, w których większość głosów ma skarb państwa, powinno się niezwłocznie przystąpić do likwidacji pośredniej własności albo przez włączanie spółki córki do spółki matki, albo przez sprzedaż spółki córki i wypłacenie wpływów ze sprzedaży właścicielom, albo przez przekazanie udziałów w spółce córce wprost w ręce właścicieli.

Poza tym to ogólnie państwo powinno prywatyzować firmy, bo urzędnicy są gorszymi właścicielami niż osoby prywatne, co hamuje rozwój gospodarczy kraju, jest powodem drożyzny i bezrobocia.

Janusz Baczyński



Komentarz (0)

TV-felieton Stanisława Michalkiewicza o zaskakującym postulacie ocenzurowania "kwestii obyczajowych" przez Braci Kaczyńskich dla postulatu ujawnienia teczek polityków Wysłane wtorek, 14, czerwca 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







TV-felieton Stanisława Michalkiewicza o zaskakującym postulacie ocenzurowania "kwestii obyczajowych" przez Braci Kaczyńskich dla postulatu ujawnienia teczek polityków Wysłane wtorek, 14, czerwca 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Jak wiadomo - tylko krowy nie zmieniają poglądów, ale ludzie zmieniają - i to w sposób często zaskakujący. Jeszcze w roku 1992 poseł Jan Maria Rokita był przeciwnikiem lustracji do tego stopnia, że odegrał pewną rolę w obaleniu rządu premiera Jana Olszewskiego, który tej lustracji się podjął, a pan Jarosław Kaczyński - odwrotnie, był zdecydowanym zwolennikiem lustracji i dawał temu wyraz publicznie, i intensywnie. Doszło do tego, że w 1993 r. Urząd Ochrony Państwa zaczął inwigilować pana Kaczyńskiego, był taki płk Lesiak działający z ramienia rządu, którym formalnie kierowała "nasza Hania Kochana", ale faktycznie - Jan Maria Rokita, więc wstydziłbym się, żeby sugerować, że odbywało się to poza wiedzą posła Rokita" - Stanisław Michalkiewicz komentuje głośne wydarzenia ze sceny politykierskiej naszego "regionu UE".

Teraz poseł Rokita jest pryncypialnym zwolennikiem lustracji, a Jarosław Kaczyński ma wątpliwości czy wszystkie teczki polityków powinny być ujawnione - to od razu rezydenci Platformy Obywatelskiej ogłosili, że nie ma mowy w takim razie o możliwości zawiązania koalicji po wyborach na jesieni. Bracia Kaczyńscy po głębokim namyśle doszli do wnioski, że "niech tak będzie", z wyjątkiem ujawniania "kwestii obyczajowych" oraz "teczek duchowieństwa".
A właśnie odbyła się w Warszawie "parada dumy gejowskiej", ukryta pod nazwą Parady Równości, wprowadzająca Polaków do Europy na sposób "gejowski", czyli - od tyłu...
To jak to jest w końcu z tą "dumą gejowską" - jeśli zgłaszany jest postulat ujawniania teczek polityków i jednocześnie medialnie jest nagłaśniany wątek wyjścia pederastów "z cienia" - to może lepiej by było, by środowiska zboczeńców przemyślały swoje hasła, bo jak się okaże, że w ich towarzystwie panuje "homofobia" - to będzie po prostu śmiesznie...?
W tym samym czasie towarzysz marszałek (TW "Carex") Cimoszewicz zdecydowanie zapowiedział, że jeśli poseł Giertych zapowie utajnioną sejmową debatę nad teczkami politykierów dostarczonymi przez IPN do komisji śledczej ds. afery Orlenu, gdzie okazało się, że jedynie nieżyjący pies państwa Kwaśniewskich nie był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa – to on sam swoją władzą - odbierze mu głos...

Nagranie trwa prawie 16 minut i jest dostępne w Sieci do 27 VI 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.





Komentarz (0)

Pogrzeb posła I kadencji, wiceprezesa UPR Lecha Pruchno-Wróblewskiego Wysłane wtorek, 14, czerwca 2005 przez Krzysztof Pawlak

Odszedł Lech Pruchno-Wróblewski, wieloletni działacz UNII POLITYKI REALNEJ
W czwartek o godz. 15 na cmentarzu ewangelicko-augsburskim (luterańskim) przy ul. Młynarskiej 54/56 w Warszawie odbędzie się pogrzeb byłego wiceprezesa UNII POLITYKI REALNEJ, posła na Sejm RP I kadencji Lecha Pruchno-Wróblewskiego.


Komentarz (0)

Muszą się zapisać do gejów - prof. Jerzy Przystawa Wysłane wtorek, 14, czerwca 2005 przez Krzysztof Pawlak

Dziesięć dni temu odbył się "III Marsz na Warszawę" Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów, którego uczestnicy od lat domagają się zasadniczej reformy prawa wyborczego do Sejmu, upatrując w obecnym systemie wyborczym źródło wielu plag trapiących obywateli naszego państwa, a także - a może przede wszystkim? - łamiącym nasze, konstytucyjnie zagwarantowane, prawa, odbierającym nam samą możliwość kandydowania do Sejmu, łamiącym zasady równości, bezpośredniości, a nawet proporcjonalności wyborów.
Można mieć różny stosunek do zgłaszanej przez Ruch propozycji wprowadzenia, na wzór brytyjski, jednomandatowych okręgów wyborczych. Na świecie nie brakuje zwolenników innych rozwiązań, ostatecznie, gdyby nie było ludzi upatrujących w obecnym systemie jakichś zalet, to nie zostałby on wprowadzony. Można mieć wątpliwości, czy przeprowadzona przez nas analiza zarzutów konstytucyjnych jest prawidłowa, czy system brytyjski na pewno sprawdzi się w polskich warunkach, czy w referendum Polacy zaakceptowaliby naszą propozycję, "wątpię, więc jestem inteligentny" - można by strawestować Kartezjusza. Tylko jednak głupcy - ludzie nie rozumiejący jak funkcjonują demokracje - mogą uważać, że sprawa, która mobilizuje wielu Polaków do takiego wysiłku, sprawa, za którą w uroczystych uchwałach opowiedziały się niezliczone rady gminne, powiatowe i inne, jest sprawą mało ważną. O tym, że jest to sprawa zasadnicza, świadczy nie tylko fakt, że proponowany przez nas system wyborczy mają u siebie, już nawet od kilkuset lat, najważniejsze i najwyżej rozwinięte kraje świata, ale świadczy o tym wysiłek reformatorski podjęty w tej sprawie w innych krajach: we Francji, we Włoszech, w Japonii, w Nowej Zelandii, a w ostatnich tygodniach na Tajwanie. Wszędzie tam przeprowadzona reforma prawa wyborczego stanowi cezurę historyczną, po jej wprowadzeniu w sposób istotny zmieniło się funkcjonowanie instytucji państwa. Nie można Ruchowi na rzecz JOW zarzucić jednej rzeczy: że walczy o pietruszkę, o jakieś nic nie mówiące i drugorzędne sprawy. Nikt też nie może nam zarzucić, że dopominamy się o jakieś przywileje, jakie nie przysługują innym, że walczymy o jakieś indywidualne, grupowe czy środowiskowe beneficja. Każdy, kto choć przez chwilę nad tym pomyśli, zauważy, że upominamy się o prawa przysługujące wszystkim Polakom, że protestujemy i walczymy z dyskryminacją nie jakiejś grupy, lecz z dyskryminacją, której podlegają ogromne rzesze polskich wyborców, albowiem obecny system wyborczy oznacza nienależne przywileje dla garstki partyjnych koterii, w szczególności dla grupy partyjnych baronów wszelkich odcieni, tak z lewa jak i z prawa, a nawet ze środka.
Marsz JOW odbył się przy kompletnym, totalnym milczeniu wszystkich mediów publicznych. Nie zająknęła się w tej sprawie żadna większa gazeta, zmową milczenia objęły Marsz redakcje publicznych programów radiowych i telewizyjnych. O Marszu nie znalazła się żadna zapowiedź, nie ukazała się żadna relacja. Osobiście rozmawiałem na placu Zamkowym z przedstawicielem Polskiej Agencji Prasowej i wręczyłem mu tekst naszej petycji, którą za chwilę przekazaliśmy Prezydentowi Rzeczypospolitej. Ani słowa w informacjach PAP. Do manifestujących nie wyszedł żaden poseł ani senator (przepraszam, z wyjątkiem posła Zbigniewa Nowaka!). Zamknęli się w budynku Sejmu, udając, że nas nie widzą i nie słyszą.
Kilka dni później, w minioną sobotę podobną trasą przeszła parada homoseksualistów. O tym wydarzeniu od tygodni trąbiły wszystkie media, reklamując je na okrągło. Przemarsz kilkuset zwolenników miłości na opak stanowił pierwsze informacje we wszystkich dziennikach telewizyjnych i radiowych, wszystkie gazety poświęcają temu epokowemu zjawisku miejsce na czołówkach i sążniste artykuły w środku. Przyszli zatroszczyć się o prawa "normalnych inaczej" premierzy rządu, posłowie i senatorowie. Wszystkim udzielono głosu w mediach, na które wszyscy zmuszeni jesteśmy łożyć pieniądze. Jeśli wierzyć tym przekazom, to większość obecnych nie stanowili wcale żadni seksualni dewianci, lecz obywatele zatroskani łamaniem prawa do wolności, a przede wszystkim liczni politycy i dziennikarze. "Ja tu nie jestem, by popierać homoseksualistów, ale jeśli łamane są prawa do wolności, to mamy prawo wyjść na ulice i go bronić" - wyjaśniał reżyser i wicemarszałek Senatu Kazimierz Kutz. W podobnym duchu wypowiadał się wicemarszałek Sejmu Tomasz Nałęcz, wicepremierka Jaruga-Nowacka. Pomimo że "parada" odbyła się już kilka dni temu, nadal jest przedmiotem telewizyjnych newsów i pretekstem do "obywatelskich debat". Jak powiedział spiker we wczorajszym dzienniku telewizyjnym: "Parada równości była głośna i jeszcze długo będzie głośna".
Ustawa o radiofonii i telewizji, w art. 21. ust. 2. stwierdza jednoznacznie: "Programy publicznej radiofonii i telewizji powinny (1) rzetelnie ukazywać całą różnorodność wydarzeń w kraju i za granicą, (2) sprzyjać swobodnemu kształtowaniu się poglądów obywateli oraz formowaniu się opinii publicznej, (3) umożliwiać obywatelom i ich organizacjom uczestniczenie w życiu publicznym poprzez prezentowanie zróżnicowanych poglądów i stanowisk oraz wykonywanie prawa do kontroli i krytyki społecznej".
Nic lepiej niż to, co się stało przy okazji Marszu JOW, przez porównanie do parady gejów i lesbijek, nie ukazuje, jak głęboko i trwale łamane są prawa normalnych obywateli oraz do jakiego stopnia zawłaszczone i skorumpowane zostały media publiczne. Jak w ogóle, bez funkcjonowania urzędu cenzury, możliwe jest tak dalekie skorumpowanie środków masowego przekazu? Jak oni to robią? Gdzie i jak zwołują swoich agentów wpływu w redakcjach i dyrekcjach?
Bez względu na to, jak wyrafinowane techniki oszukiwania społeczeństwa mają tutaj zastosowanie, ich bankructwo jest oczywiste. Tak działali komuniści, w ten sposób tłumili opór społeczny. Panicznie bali się wolnego słowa, nie było mowy o żadnej debacie publicznej. Oni jednak bronili systemu, bronili idei imperialnej, stały za nimi czołgi i rakiety "niezwyciężonego Związku Sowieckiego". W Polsce dzisiaj jest inaczej. Tzw. klasa polityczna nie broni dzisiaj żadnego systemu, żadnych ogólniejszych wartości, nawet pseudo-wartości, jak pseudo-wartości komunizmu. Bronią tylko swoich diet, swoich osobistych korzyści, swoich przywilejów, za którymi nic i nikt nie stoi. Nie upomni się o nich żadna Unia Europejska, żadna Bruksela, chyba że wszyscy przejdą od jutra na homoseksualizm. Wtedy Unia skrzywdzić ich nie pozwoli, nawet jeśli ta krzywda polegać by miała na zakazie odbywania homoseksualnych stosunków na ulicy. Jeśli więc liczą na pomoc z zewnątrz, niech kupują różowe spódniczki, kolczyki i szminki, żeby europejskie oddziały szybkiego reagowania wiedziały kogo chronić.

Jerzy Przystawa

(komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 14 czerwca 2005, godz. 9.00 i 21.30)

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Obecnie jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW



    Komentarz (1)

    Kazanie radiowe o. Jacka Salija OP - 29 maja 2005 r. Wysłane poniedziałek, 13, czerwca 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Bracia i Siostry!

    Aż do października obecnego roku obchodzimy w Kościele, zarządzony jeszcze przez Jana Pawła II, rok Eucharystii. W ten sposób zmarły papież niejako w testamencie przypomina nam, jak wielkim darem Bożym jest dla nas msza święta, i komunia święta, i adoracja Najświętszego Sakramentu. W Eucharystii Pan Jezus zostawił nam dar tak wielki, że nawet On większego daru dać nam już nie mógł, chociaż jest Synem Bożym. W Eucharystii daje nam bowiem własną Osobę, w jej świętym człowieczeństwie.
    Głównym tematem obecnego roku Eucharystii jest prośba, z jaką chcemy się zwracać do Pana Jezusa na wzór uczniów idących do Emaus: "Panie, pozostań z nami w naszych rodzinach!".
    Panie, pozostań z nami w naszych rodzinach! Przychodź do naszych rodzin i obdarzaj nas pokojem i wzajemną miłością! Usuwaj spośród nas kłótnie i niezgody, chroń nasze małżeństwa przed grzechami niewierności i przed rozwodami! Jezu Chryste, spraw, żebyśmy naprawdę, a nie tylko w naszych deklaracjach otwierali przed Tobą drzwi naszych serc i naszych rodzin! Chroń nasze dzieci przed grzechem niewiary i przed porzuceniem Twoich świętych przykazań! Bądź, Panie Jezu, w naszych rodzinach, abyśmy umieli przyjmować każde dziecko jako prawdziwy dar Boży. Chroń nasze rodziny przed egoizmem i przemocą, przed pijaństwem i bezwstydem, przed narkotykami i pornografią! Jezu, ucz nas trudnej sztuki pojednania, żebyśmy umieli sobie wzajemnie przebaczać! Tylko Ty jeden możesz tak przemieniać nasze serca, abyśmy się naprawdę nawrócili! Panie, pozostań z nami! Pozostań w nas i w naszych rodzinach!
    Bracia i Siostry!
    Nie mam wątpliwości, że do tych próśb, jakie dopiero co przedstawiałem Panu Jezusowi, przyłączacie się wszyscy bez wyjątku, którzy w wierze uczestniczycie w tej mszy świętej - czy to tutaj w kościele, czy to przy odbiornikach radiowych. Co jednak powinniśmy zrobić, żeby te prośby zanosić do Boga prawdziwie? - żeby to nie było puste wołanie "Panie, Panie!", które tylko Pana Boga obraża? Przecież nawet nie wypada prosić Boga o dary, a potem tak się zachowywać, jakby nam na otrzymaniu tych darów wcale nie zależało.
    Powiem krótko: Musimy wciąż na nowo odkrywać centralne znaczenie Eucharystii nie tylko w naszym życiu ściśle religijnym, ale również w naszym życiu codziennym. Przecież podczas każdej mszy świętej uobecnia się ta jedyna ofiara, jaką z samego siebie złożył za nas ukrzyżowany nasz Pan w Wielki Piątek. Ofiara - czyli miłość do swojego Ojca Przedwiecznego i do nas, w której Pan Jezus niewzruszenie trwał, mimo potwornych cierpień i niewyobrażalnych ciemności, jakie Go ogarnęły na krzyżu. Zawsze, kiedy przychodzimy na mszę świętą, możemy się w tej niepojętej miłości zanurzyć - i do tej miłości Jezusa upodabniać naszą miłość: zarówno naszą miłość do Boga, jak miłość do współmałżonka, do dzieci i w ogóle wszelką inną miłość godną swojej nazwy.
    Zwierzył mi się ktoś niedawno, że chociaż brał ślub w kościele, jakoś w jego życiu codziennym to się nie przejawiało. Do momentu, kiedy w jego małżeństwie zaczął się kryzys. Kryzys okazał się głęboki, bardzo poważnie pojawiła się przed nimi perspektywa rozwodu. Wtedy przypomniał sobie ów człowiek, że przecież sakrament małżeństwa to jest coś realnego; że małżonkom, którzy są związani tym sakramentem, Pan Bóg na pewno chce udzielać szczególnych łask. Wystarczy, że oni będą chcieli te łaski od Boga przyjąć i ich nie marnować. Mówi ten człowiek: "Gdybyśmy nie mieli ślubu, nasze małżeństwo na pewno by się rozpadło. Na szczęście przypomnieliśmy sobie, że łączy nas sakrament. Ponieważ zaniedbaliśmy się w chodzeniu do kościoła, teraz znów zaczęliśmy chodzić na coniedzielną mszę, poszliśmy do spowiedzi, zaczęliśmy przystępować do stołu Pańskiego. Odnaleźliśmy Pana Jezusa i dzięki temu znów odnaleźliśmy siebie wzajemnie".
    Kiedy słuchałem tego zwierzenia, pomyślałem sobie: "Jakże mądre było zalecenie ostatniego soboru, ażeby sakramentu małżeństwa udzielać podczas mszy świętej! W ten sposób młoda para na samym początku wspólnego życia otrzymuje wskazówkę i prośbę ze strony Kościoła, ażeby Eucharystia stała się w ich życiu małżeńskim i rodzinnym podstawowym punktem odniesienia, i źródłem mocy Bożej. Owszem, małżonkowie z tego związku, o którym przed chwilą mówiłem, zostali uratowani. Jednak gdyby od początku mocno trzymali się Jezusa przychodzącego do nas w Eucharystii, zapewne w ogóle nie doszłoby w ich małżeństwie do tak głębokiego kryzysu.
    Zapytajmy: Co takiego jest w Eucharystii, że jest ona źródłem i gwarancją jedności małżeństwa, i rodziny, i że umacnia ona wszelką prawdziwą miłość? Zacznę od prostego spostrzeżenia: Rodzina, dla której coniedzielna msza święta jest czymś oczywistym, w której i dla rodziców, i dla dzieci opuszczenie niedzielnej mszy jest czymś niewyobrażalnym, ma mocne podstawy do zaufania, że Pan Bóg jest w ich życiu naprawdę kimś pierwszym. Otóż od wieków wiadomo, że tam, gdzie Pan Bóg jest na pierwszym miejscu, tam również wszystko inne jest na swoim miejscu - tam ma szansę zakwitnąć prawdziwa miłość małżeńska i rodzicielska, tam jest mądry stosunek do spraw materialnych i do różnych codziennych kłopotów, tam nawet jeśli przyjdzie jakieś nieszczęście, z Bożą pomocą łatwiej je znieść i nie załamać się.
    Zauważmy coś więcej: Kiedy przychodzimy na mszę świętą i przyjmujemy komunię, to nie jest tylko tak, że każdy z nas przyjmuje Chrystusa. Wtedy również Chrystus przyjmuje każdego z nas, obdarza nas swoją świętością, uwalnia naszą miłość od różnych egocentryzmów. Sam Chrystus troszczy się wtedy o to, żeby nasza miłość była podobna do Jego miłości. Doprawdy szczęśliwe są te małżeństwa, w których miłość męża do żony i żony do męża zanurzone są w miłości Chrystusa. Szczęśliwe są te dzieci, których rodzice starają się swoje trudy rodzicielskie włączać w jedyną ofiarę Chrystusa.
    Kiedy dziękujemy Panu Bogu za dar Eucharystii, za to, że jest ona sakramentem jedności i prawdziwej miłości, warto pamiętać, że celem ostatecznym tego sakramentu jest życie wieczne. Sam Pan Jezus mówił: "To jest Chleb, który z nieba zstąpił. (...) Kto spożywa ten Chleb, będzie żył na wieki" (J 6,58). A jest tak dlatego, że Jezus, który ukochał nas aż do swojej śmierci na krzyżu i którego ofiara uobecnia się na ołtarzu, że ten Jezus, który daje się nam w komunii świętej, jest naszym Panem zmartwychwstałym i z całą pewnością ma moc obdarzyć nas życiem wiecznym.
    Ale pomyślmy: Jak bardzo powinni dziękować Bogu ci wszyscy spośród nas, którzy mają to szczęście, że w ich rodzinie wszyscy przystępują do komunii świętej. Z pewnością wolno im mieć nadzieję, że choćby nawet na to małżeństwo czy rodzinę przyszła kiedyś jakaś burza, dom zbudowany na tak mocnej Skale będzie ocalony i że wszyscy członkowie tej rodziny zbawienia wiecznego niewątpliwie dostąpią.
    Ktoś może na to powiedzieć: A co z rodzinami, w których mąż albo żona albo któreś z dzieci jest człowiekiem niewierzącym? Mądrze i głęboko odpowiedział na to pytanie Jan Paweł II w swojej adhortacji apostolskiej na temat rodziny. Jeżeli któryś z członków rodziny - mówił Papież - nie wierzy lub nie praktykuje konsekwentnie, wówczas niech inni członkowie tej rodziny zobaczą w tym swoje zadanie poniekąd misyjne. Niech starają się modlić za niego, przyjmować w jego intencji komunię świętą i dawać mu żywe świadectwo swojej wiary, a jeśli Bogu się spodoba, to ześle mu łaskę wiary. Już apostoł Paweł napisał: Uświęca się mąż niewierzący dzięki swej wierzącej żonie, podobnie jak świętość osiągnie niewierząca żona przez wierzącego męża.
    Bracia i Siostry!
    Wielu naszym rodzinom daleko jest do ideału rodziny prawdziwie chrześcijańskiej. Wiele naszych rodzin już uległo rozbiciu. Wiele jest takich rodzin, w których swoje złe żniwo zbiera alkoholizm ojca lub matki. Wiele małżeństw nie może się duchowo pozbierać po dokonanych aborcjach. Otóż niech również wszystkie te rodziny ogarnie nasza modlitwa: "Panie, pozostań z nami w naszych rodzinach!".
    Pan Jezus okazywał swoje miłosierdzie również największym grzesznikom i nie odwracał się od tych, którymi tzw. porządni ludzie gardzili. W ogólnym kazaniu brak czasu na udzielanie szczegółowych rad. Ale tego jednego bądźmy pewni: że nie ma takiej rodziny i nie ma takiego mieszkania, do którego Pan Jezus nie chciałby być zaproszony. On sam przecież mówił, że większa jest radość w niebie z jednego grzesznika czyniącego pokutę, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy pokuty nie potrzebują.
    Toteż módlmy się, Bracia i Siostry, módlmy się serdecznie o to, ażeby w tym roku Eucharystii jak najwięcej naszych rodzin zaprosiło Chrystusa do swoich domów. Niech wszyscy, wszyscy bez wyjątku poczują się uprawnieni do tego, by Chrystusa Pana zaprosić do siebie. "Panie, pozostań z nami w naszych rodzinach!". Amen.

    Jacek Salij OP

    Prowincja o. Dominikanów


    Komentarz (0)

    Oferta dla szabesgojów - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 13, czerwca 2005 przez Krzysztof Pawlak

    W koszmarnych czasach sanacji, a również i wcześniej, jeszcze za panowania cesarza Mikołaja II, Najjaśniejszego Pana, czyli cesarza Franciszka Józefa i imperatora Wilhelma II, istniała na naszych ziemiach instytucja tzw. szabesgoja. Zrodziły ją życiowe potrzeby, a w szczególności surowe wymagania religii mojżeszowej, dotyczące świętowania szabatu, w szczególności zaś - powstrzymania się od wszelkiej pracy. Wiadomo jednak, że bywają prace, które trzeba wykonywać codziennie, np. zimą palić w piecach itp. Ponieważ religijnym Żydom w szabat w zasadzie nie było wolno wykonywać nawet takich prac, chrześcijańscy sąsiedzi spieszyli im z pomocą, wykonując te prace w ich zastępstwie. Ze względu na to nazywani byli oni szabesgojami.
    9 czerwca papież Benedykt XVI ma przyjąć na audiencji w Watykanie prezesa Światowego Kongresu Żydów Edgara Bronfmana i dyrektora generalnego tej organizacji Izraela Singera. Celem tej audiencji ma być "pogłębienie dialogu". O co konkretnie w tym "dialogu" chodzi - dokładnie nie wiadomo. Wiadomo tylko, że na pewno nie chodzi o nawrócenie Żydów na chrześcijaństwo. Po pierwsze dlatego, że Żydzi ani myślą nawracać się na cokolwiek, a już na chrześcijaństwo w szczególności, a po drugie - że nie tylko nie ma takiej potrzeby, ale nawet takie nawracanie zostało zakazane przez Sobór Watykański II. Tak przynajmniej twierdzi ks. Romuald Jakub Weksler-Waszkinel, przywołując w "Rzeczpospolitej" stosowne fragmenty. W takim razie może trochę szkoda, że przed 15 laty została zniesiona cenzura, bo na Mysiej od jednego zamachu "poprawiono by" Ewangelię, a w szczególności zapisany tam nakaz: "idźcie i nauczajcie WSZYSTKIE narody", zastępując go nakazem: "idźcie i nauczajcie niektóre narody". Ale mniejsza z "dialogiem", cokolwiek by on nie znaczył. Z naszego punktu widzenia istotne jest to, że obydwaj dygnitarze dali się w przeszłości poznać jako wrogowie Polski. Dotyczy to zwłaszcza Izraela Singera, który w roku 1996 wypowiedział naszemu krajowi i narodowi wojnę psychologiczną, oświadczając, że dopóki Polska nie zadośćuczyni żydowskim roszczeniom majątkowym, dopóty "będzie upokarzana" na arenie międzynarodowej. Ponieważ Edgar Bronfman zawdzięcza swój wybór na stanowisko prezesa ŚKŻ obietnicy, że dla organizacji pościąga pieniądze z całego świata, nietrudno się domyślić, że to wypowiedzenie wojny Polsce musiało znaleźć i jego aprobatę. W tej sytuacji nie można wykluczyć, że będą próbowali w jakiś sposób pozyskać dla swoich planów również Ojca św. Czy sprawa ojca Hejmo jest w to pozyskiwanie wkalkulowana? Tego również z góry wykluczyć nie można.
    A nie można tym bardziej, że oto jednocześnie malutkie ziomkostwo z Izraela, konkretnie Izraelski Związek Żydów z Bochni i Okolic, wystąpiło z inicjatywą, stanowiącą swego rodzaju ofertę pod adresem polskich szabesgojów. "Rzeczpospolita" z 6 czerwca, kiedy piszę ten felieton, informuje, że chodzi o to, by polskie samorządy terytorialne wystąpiły do rządu niemieckiego z roszczeniami o zwrot pieniędzy, pobranych w okresie okupacji przez niemieckie władze od gmin żydowskich tytułem kontrybucji. Takie kontrybucje rzeczywiście były na miny żydowskie przez Niemców bardzo często i pod różnymi pretekstami nakładane. Dlaczego jednak nie podnosi tych roszczeń Światowy Kongres Żydów? Ano dlatego, że rząd Izraela i organizacje żydowskie poza Polską uroczyście zrezygnowały z wysuwania jakichkolwiek roszczeń pod adresem Niemiec. Słowo się rzekło, kobyłka u płotu, ale od czegóż są szabesgoje?
    Chodzi zatem o to, by szabesgoje z polskich samorządów terytorialnych wystąpiły z roszczeniami pod adresem rządu niemieckiego, oczywiście nie w imieniu Światowego Kongresu Żydów, niech nas od tego Pan Bóg broni, tylko w imieniu własnym. Dla Niemiec będzie to oznaczało pretekst do wycofania się nawet od deklaracji, złożonej 1 sierpnia 2004 r. w Warszawie przez kanclerza Schrödera, że "ani rząd federalny, ani liczące się siły polityczne w Niemczech nie popierają indywidualnych roszczeń w wypadkach, gdy są one mimo wszystko wysuwane. Takie stanowisko rząd federalny będzie także reprezentował przed międzynarodowymi trybunałami". Niedawno parlamentarna grupa robocza w Bundestagu przedstawiła ekspertyzę autorstwa prof. Eckarda Kleina, dyrektora Centrum Praw Człowieka w Poczdamie, która podważa ustalenia ekspertyzy sporządzonej przez prof. Jana Barcza i prof. Jochena Froweina na obstalunek rządów polskiego i niemieckiego, i stwierdzającej, że zwłaszcza w świetle deklaracji kanclerza Schrödera, roszczenia niemieckie nie mają szans.
    Ale o to mniejsza. Ewentualne molestowanie rządu niemieckiego przez polskie samorządy o zwrot żydowskich kontrybucji z pewnością pogorszy stosunki niemiecko-polskie i być może decydująco wpłynie na przekonanie Niemców, że Putin ma rację i że w stosunku do Polski jedyną słuszną polityką jest polityka katarzyńsko-fryderycjańska. Jest niemal niepodobieństwem, by Niemcy zadośćuczynili żądaniom polskich samorządów, ale gdyby tak się stało, to jest rzeczą oczywistą, iż na rewindykowanych sumach natychmiast położyłby łapę Kongres Edgara Bronfmana. A jeśli efektem podniesienia tych roszczeń wobec Niemiec będzie nasilenie polityki katarzyńsko-fryderycjańskiej wobec Polski, to na tak osłabionym kraju łatwiej będzie wymusić zadośćuczynienie roszczeniom żydowskim, o co od lat zabiega Światowy Kongres Żydów i żydowskie lobby w Polsce, decydujące aktualnie o polityce zagranicznej naszego państwa. W najlepszym zatem razie szabesgoje otrzymaliby figę. W najgorszym - musieliby zapłacić frycowe.

    Stanisław Michalkiewicz

    Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME



    Komentarz (2)

    Relacja z III MARSZU JOW NA WARSZAWĘ - 03.06.2005 Wysłane poniedziałek, 13, czerwca 2005 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Relacja z III MARSZU JOW NA WARSZAWĘ - 03.06.2005 Wysłane poniedziałek, 13, czerwca 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Drodzy Przyjaciele! WoJOWnicy!
    Nasza manifestacja w Warszawie w dniu 3 czerwca była sukcesem, ale także ukazała nam przepaść, jaka dzieli nas od parlamentarzystów. Polityczna elita nie jest zainteresowana JOW, ba - jest wrogo do tego postulatu ustosunkowana, nawet jeśli oficjalnie głosi takie hasła.
    Dlatego stoimy wobec zagadnienia w jaki sposób zmienić tę sytuacje. (...)

    Janusz Sanocki
    Obywatelski Ruch n/rz. JOW

    Szanowni WoJOWnicy

    Nasza największa w historii Ruchu JOW manifestacja z 3 czerwca została całkowicie pominięta przez publiczne media. Dla telewizji publicznej większe znaczenie mają demonstracje mniejszości seksualnych niż ogólnopolska manifestacja zwolenników demokracji. Telewizja publiczna lekceważy w swoich programach nasz najważniejszy postulat jakim jest zmiana ordynacji wyborczej na większościową z jednomandatowymi okręgami wyborczymi, ponieważ jej mocodawcy którymi są głównie scentralizowane partie polityczne nie są tym postulatem zainteresowani. Pomimo naszych starań i monitów w interesie ordynacji większościowej w mediach publicznych wypowiadają się głownie jej przeciwnicy albo tzw. eksperci dla których dyskredytowanie Jednomandatowych Okręgów Wyborczych jest jak można podejrzewać tajnym zadaniem, wykonywanym na zlecenie destabilizujących Polskę mocodawców. W interesie wielu grup krajowych hochsztaplerów jak i wrogich nam sił zewnętrznych jest aby Polska dalej pogrążona była w chaosie i anarchii. Temu właśnie sprzyja dziś telewizja publiczna posłuszna krajowej nomenklaturze partyjnej, inwigilowana przez obce służby, obrośnięta patologicznymi układami drenującymi publiczną kasę. (...)

    Jan Jagielski
    Grupa Kielecka JOW


    Przeprowadzony 3 czerwca III Marsz JOW na Warszawę zgromadził ok. 1000 osób z całego kraju. Na trasie pl. Zamkowy - Al. Ujazdowskie - Sejm RP, czyli w centralnej części stolicy naszego państwa przez ponad 2 godziny warszawiacy mogli zapoznawać się z głoszonymi za pomocą nagłośnienia hasłami Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Były obecne ekipy reporterskie kilku mainstreamowych stacji telewizji, lecz poza odbiorcami TV ASME oraz TV TRWAM Polacy w całym kraju oraz poza jego granicami nie mogli niestety dowiedzieć się z tej demonstracji niczego, gdyż przekazy telewizyjne w innych stacjach nie zostały wyemitowane.
    Jakże inaczej było zaledwie tydzień później, kiedy szeroko wcześniej medialnie rozreklamowana "Parada Równości" była niemal na żywo transmitowana w wielu stacjach, z tzw. telewizją publiczną włącznie. Jak widać, problemy mniejszości seksualnej, a mówiąc wprost - dewiantów, ale przydatnych tak naturalnie dla lewicowych ugrupowań, jak i "prawicawych" organizacji politycznych RP w ogniu kampanii przedwyborczej, są daleko ciekawsze dla decydentów środków masowego rażenia niż podobnej wielkości, lecz nieporównywalnie poważniejszej natury, bo ustrojowej, wydarzenie społeczne w życiu politycznym stolicy i całej Rzeczypospolitej.
    Prezentowany 4-minutowy fragment nagrania TV ASME dokumentuje tę rażącą dysproporcję w przekazach medialnych, pozostawiając Państwu ocenę polityki informacyjnej większości mediów polskojęzycznych dostępnych na terytorium Polski...

    Nagranie trwa prawie 16 minut i jest dostępne w Sieci do 27 VI 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.





    Komentarz (0)

    Medialne smaczki - To i Owo Wojciecha Godlewskiego Wysłane niedziela, 12, czerwca 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Nadchodzą trudne czasy, w kraju zanosi się na rządy socjalistów z PIS (ćwiczyliśmy podobne przez prawie całe ostatnie półwiecze ubiegłego wieku), a na świecie?

    Na świecie też nie lepiej. Kto by pomyślał… Niemcy wypominają Żydom zbrodnie, jakie Ci popełnili około 1200 roku p.n.e.! ("Die Weltwoche", artykuł W. Schneidera). Cytuję za tygodnikiem "Forum":
    „(…) Wystarczy przeczytać, z jaką nienawiścią koczownicze plemię Izraelitów około roku 1200 p.n.e. zaatakowało mury Jerycha, broniące wstępu na ziemie Kanaan, do ziemi obiecanej, jaką Bóg obiecał Mojżeszowi: gdy mury runęły (czy to od dęcia w trąby, czy wskutek trzęsienia ziemi) – zdobywcy zgładzili „ostrzem miecza wszystko, co było w mieście: mężczyzn i kobiety, młodzieńców i starców, woły, owce i osły. Następnie miasto i wszystko, co w nim było, spalili, tylko srebro i złoto, jak i sprzęty z brązu i żelaza oddali do skarbca domu Pańskiego” (Księga Jozuego 6, 21-26).
    Puszczono więc znienawidzone miasto z dymem, a na jego mieszkańcach dopuszczono się masowego mordu – nawet Dżyngis-chan nie dokonywał większych okrucieństw. (…)”. Koniec cytatu.

    (Zaczerwienienie moje).

    Wojciech Godlewski


    Komentarz (0)

    Jeden zasiłek na Słowacji! - Janusz Baczyński Wysłane niedziela, 12, czerwca 2005 przez Krzysztof Pawlak

    Ryszard Sulik wypowiedział wojnę biurokracji w słowackim systemie pomocy socjalnej. Czy nastąpi radykalne uproszczenie tego systemu?

    Menedżer słowacki, współautor reformy podatkowej na Słowacji, przedstawił projekt radykalnej reformy systemu pomocy socjalnej. 13 dotychczasowych rodzajów składek ma zastąpić jedna wynosząca 20% zarobków brutto zwana odpisem redystrybucyjnym. Zamiast 56 dotychczasowych zasiłków będzie już tylko jeden, nazwany bonusem odpisowym.
    Generalna zasada działania tego systemu będzie następująca. Jeśli obywatel nie ma żadnego dochodu - dostaje cały zasiłek, który będzie równy absolutnemu minimum potrzebnemu do przeżycia. Jeśli jednak obywatel będzie miał dochód, to zasiłek będzie zmniejszany o jedną dziesiątą tego dochodu. Jak z tego wynika, osoby zarabiające dziesięciokrotność bonusu lub więcej zasiłku już nie dostaną.

    Więcej szczegółów tego projektu można znaleźć w "GW" z 08.06.2005 r.

    Moja opinia.

    Każde upraszczanie systemu pomocy socjalnej należy pochwalić. System staje się tańszy, bardziej sprawny, podopieczni sami będą decydować, jak wykorzystają wsparcie, co generalnie prowadzi do lepszego wykorzystania środków. Jednak wydaje mi się, że ten centralny system pomocy socjalnej "z automatu" powinien być uzupełniony przez zdecentralizowany do poziomu gmin system pomocy zindywidualizowanej, gdyż właśnie w grupie biednych występuje duża grupa ludzi niesamodzielnych, nieodpowiedzialnych, którym samo danie zasiłku nie wystarcza. Druga moja uwaga dotyczy tego, że pomoc obejmuje osoby o przychodach kilkakrotnie większych od minimalnych - tu według mnie zasiłek powinien się kończyć, jak ktoś zarabia cztery razy minimum, przy czym niekoniecznie ta pomoc powinna maleć liniowo. Przykładowo można zależność między dochodami liczonymi w jednostkowym zasiłku M a zmniejszeniem zasiłku wyznaczyć tak, jak w tabeli:

    Dochód D
    Zmniejszenie
    zasiłku M w %
    do 1 M
    10% D
    od 1 M do 2 M

    10% + 20%(D-1M)
    od 2 M do 3 M
    30% + 30%(D-2M)
    od 3 M do 4 M
    60% + 40%(D-3M)
    4 M i więcej
    100%












    Janusz Baczyński


    Komentarz (0)

    TV-felieton Łukasza Perzyny o wcale nie zadziwiającej nikogo, kto żył w PRL-u właściwym, sprawie agenta Informacji Wojskowej, tow. I sekretarza PZPR, gen. "elwupe" Wojciecha Jaruzelskiego Wysłane sobota, 11, czerwca 2005 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    TV-felieton Łukasza Perzyny o wcale nie zadziwiającej nikogo, kto żył w PRL-u właściwym, sprawie agenta Informacji Wojskowej, tow. I sekretarza PZPR, gen. "elwupe" Wojciecha Jaruzelskiego Wysłane sobota, 11, czerwca 2005 przez Krzysztof Pawlak

    "Projekt pozbawienia wyjątkowo wysokich uprawnień emerytalnych generała Jaruzelskiego za to co wygadywał w Moskwie podczas obchodów 60. rocznicy zakończenia działań wojennych w Europie w czasie II wojny światowej - właściwie nie zyskał posłuchu wśród tzw. opozycji parlamentarnej. Jaruzelski pozostał ze swoimi apanażami. Nadal toczy się przeciw niemu proces o sprawstwo kierownicze w tzw. wydarzeniach na Wybrzeżu roku 1970. Jaruzelski cieszy się nadal bezkarnością. Ma jednak teraz poważny problem" - Łukasz Perzyna, dziennikarz "Tygodnika Solidarność", komentuje jedną z ważnych informacji, podanych przez mainstreamowe media z mijającego tygodnia.

    Sprawy z bardzo dawnej przeszłości wydają się gwoździem do trumny generała Jaruzelskiego. Nie jest to właściwie nic nowego - bo przecież od dziesięcioleci wiedzieliśmy, że ZAWSZE reprezentował opcję promoskiewską. Teraz jedynie wyszły na jaw dokumenty, z których można uzyskać potwierdzenie dotychczasowych domysłów dotyczących zadziwiającej kariery w "LWP" najmłodszego swego czasu generała w tym wojsku. Okazało się, że był informatorem Informacji Wojskowej - już od 1946 roku. Był nie tylko Tajnym Współpracownikiem, ale był także "dobrym współpracownikiem", typowanym przez swoich opiekunów z opanowanej przez "doradców sowieckich" IW na - agenta zdolnego do stworzenia własnej siatki wywiadowczej.
    Informacja Wojskowa była od 1949 roku - kiedy mianowanym do stopnia "marszałka Polski" został Konstanty Rokossowski - przez siedem lat bezprecedensowym narzędziem eksterminacji polskich elit wojskowych, po części wywodzącymi się z czasów przedwrześniowych. Główną rolę w niej odgrywali sowieccy pułkownicy: Skulbaszewski i Woznieskij. Wszędzie widać było macki Smiersza (Smiert' szpionam) - sowieckiego elitarnego kontrwywiadu, zajmującego się eliminacją fizyczną "wrogów państwa sowieckiego", bardzo często w oparciu o całkowicie fikcyjne dowody, także w państwach podbitych przez Armię Czerwoną.

    Teraz rodzi się podstawowe pytanie - przy znanych i popełnionych przez najpoważniejszych historyków polskich wyliczeniach, że w Informacji Wojskowej 50%, przy tym najważniejszych, stanowisk opanowane było przez "oficerów" Smiersza - na ile zaangażowany we "współpracę" z tą bandycką, morderczą i totalitarną organizacją był towarzysz Jaruzelski?

    Dzisiaj mamy pełne prawo pytać o ofiary generała Jaruzelskiego...

    Nagranie trwa ponad 13 minut i jest dostępne w Sieci do 25 VI 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.





    Komentarz (0)