listopada 29, 2005 - grudnia 7, 2005

Kto sieje wiatr... czyli dylematy blondynki - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 7, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

Coraz częściej spotykam się z pewnym towarzysko-politycznym zjawiskiem, a mianowicie kiedy w środowisku tzw. prawicowców poddaje się krytyce jakieś zamierzenia rządu Marcinkiewicza lub działania nieformalnej koalicji parlamentarnej, praktycznie zawsze reakcją na to jest podejrzenie o sprzyjanie zamierzeniom Platformy Obywatelskiej lub jakimś konkretnym politykom tej partii. Usłyszeć wtedy zazwyczaj można: "No przyznaj się, tak naprawdę popierasz Tuska?", "Lubisz tych liberałów z Platformy, prawda...?" itp. W najlepszym wypadku na jakiś trudny to obalenia zarzut przeciwko rządzącym rozpoczyna się hamletyzowanie w stylu: "To co - wolałbyś, żeby rządzili ci aferałowie z PO?...". Być albo nie być..., tzn. być z PiS-em albo nie być z PiS-em - tak wygląda obecna polaryzacja sceny politycznej według środowiska tzw. partii protestu.

Trudno jednoznacznie wskazać na przyczyny, dla których część osób tak przywiązała się do krytyki PO, że nawet w dwa miesiące po spektakularnej porażce wyborczej tej partii i jej dość skutecznym zneutralizowaniu, a właściwie samowykluczeniu, dalej za różne bolączki naszego życia politycznego skłonni są oni obwiniać partię Tuska i Rokity. W sumie daje to często dość zabawne rezultaty, podobne do sytuacji opisywanej przez dowcip z lat 80., w którym spotyka się dwóch radykałów jeden ze Związku Radzieckiego i drugi ze Stanów Zjednoczonych. Przedstawiciel Ameryki chwali się, że mimo wszystko w USA panuje wolność słowa, gdyż każdy, kiedy tego chce może wyjść, zwołać wiec i skrytykować Reagana, na co delegat ZSRR skontrował, że w Sowietach panuje jeszcze większa wolność słowa, gdyż podobnie każdy może wyjść, zwołać wiec i skrytykować Reagana, a rząd go jeszcze za to pochwali. Wraz ze zwycięstwem PiS-u i porzuceniem koncepcji koalicji z PO zapanowała - na razie niezbyt racjonalnie uzasadniona - nadzieja na zmianę sposobu uprawiania polityki, niektórzy oczekują rzeczywistej zmiany ustroju i zbudowania nowej, lepszej Rzeczpospolitej i w dużej mierze oczekiwania takie są zrozumiałe, w końcu spora część rodaków ma już zapewne szczerze dosyć efektów rządzenia, które zafundowali politycy SLD, PSL-u, AW"S" i UW. Z drugiej strony również w polityce obowiązuje zasada szczególnej ostrożności, wzmacniana doświadczeniem minionych lat i właśnie polityczny realizm każe zauważyć, że w Polsce nie było jeszcze przypadku, aby rząd przeprowadził jakieś pożądane zmiany - w przypadku gdy takie zmiany obiecywał, a tym bardziej - aby zmienił coś na lepsze w sytuacji, gdy czegoś takiego nawet nie planował.
Z różnych stron padają apele, aby dać rządowi czas, podobne do tych, które swego czasu wygłaszał Jaruzelski, apelując o "sto spokojnych dni", z tą różnicą, że obecnie nikt nie podaje, ile czasu potrzeba, by rząd zaczął rządzić i mógł być z tego rządzenia rozliczany. Wszystko dobrze, tylko wyborców mało powinno obchodzić, że formowanie rządu przedłużało się ze względu na kampanię prezydencką i rozmowy koalicyjne, że podobne koalicyjne problemy mieli Niemcy, a we Francji spłonęło kilka tysięcy samochodów... W końcu od wyborów parlamentarnych minęło ponad dwa miesiące, rząd mniejszościowy funkcjonuje od ponad miesiąca, a dotychczas (przynajmniej kiedy to piszę, na przednówku grudnia) nie zdołano nawet powołać nowych wojewodów, co wydawałoby się rzeczą najłatwiejszą w porównaniu z innymi czekającymi zadaniami. Od problemów z krótką kadrową kołdrą gorsze jest jednakże co innego: okazuje się bowiem, że ministrowie nowego rządu nie dość, że nie mają chociażby uogólnionej wizji co do kierunku, w którym mają iść zapowiadane przemiany, to na dodatek po raz kolejny istnieje realne zagrożenie, że wspomniani wybrańcy będą dopiero uczyć się swojego fachu. Tego polska gospodarka i podatnicy mogą już nie znieść tak dobrze jak poprzednich tego typu studiów przypadku.
Pierwszy z brzegu przykład to słynna 1000-złotowa ulga dla przedsiębiorców tworzących nowe miejsca pracy, której projekt mający stanowić alternatywę obniżania parapodatków podwyższających koszty pracy został już odłożony do archiwum pomysłów skreślonych. Pani Teresa Lubińska w wywiadzie dla "Gazety prawnej" przyznała, że o nieskuteczności tego typu rozwiązania dowiedziała się od pracodawców, którzy zapytani, co zrobiliby z taką zachętą finansową, zgodnie odparli, że i owszem pieniądze wzięliby - ale w zamian raczej nie zaryzykowaliby tworzenia nowych miejsc pracy, gdyż ekonomiczny sens zwiększania zatrudnienia jest zawarty w nieco innym zagadnieniu. Bardzo to pięknie, że ministerka finansów, w dodatku profesorka uniwersytecka zwykła liczyć się z głosem wyborców, powstaje jednakże pewna wątpliwość co do kwalifikacji fachowców z zespołu doktora Cezarego Mecha, którzy takie m.in. rozwiązania uczynili programowym credo zwycięskiej partii, a obecnie szykują się zapewne do objęcia ważnych posad w licznych fabrykach "kłamstwa, żelaza i papieru". Przyznam nieskromnie, że proponując jakiekolwiek rozwiązania do przedstawienia w formie felietonowej na niniejszych łamach, dość sporo czasu poświęcam na wszechstronną analizę ich skutków tylko i aż z jednego powodu - z poczucia odpowiedzialności przez Czytelnikami za propozycję, z której przyszłoby się wkrótce wycofywać lub tłumaczyć z jej niefrasobliwych założeń. A przecież felietonowa forma jest praktycznie mniej wiążąca niż program partii aspirującej do rządzenia, czy deklaracje ministrów rządu oficjalnie zatwierdzonego przez parlament?
Niedawno red. Piotr Zaremba główną osią polemiki z krytykami rządu Marcinkiewicza uczynił stwierdzenie, że rząd ten "...nie zrobił na razie niczego gorszącego ani karygodnego". Być może do niedawna faktycznie tak było, chociaż strategia obrona rządu polegająca na wymienianiu rzeczy, których ten rząd nie uczynił, jest dość wątpliwym pomysłem. Ale minęło kilka następnych dni i okazało się, że jednak rząd zaczyna coś robić także w sferze "bazy", potwierdził to także premier w swoim telewizyjnym orędziu do narodu, akcentując głównie zwiększone wydatki socjalne (becikowe, górnicze emerytury, dożywianie) i inne, w tym na takie szczytne cele jak przygotowanie Polski do organizacji mistrzostw świata w piłce nożnej oraz przygotowanie polskich sportowców na olimpiadę w Pekinie. Zwiększone wydatki rząd zamierza pokryć zwiększeniem wpływów budżetowych tak by nie dewastować jedynego wynalazku nowego rządu czyli tzw. kotwicy 30-miliardowego deficytu - swoją drogą ciekawe, że mafiosi taki rodzaj kotwicy nazywali betonowymi skarpetkami. Oczywiście zwiększanie dochodów podatkowych wymusza rezygnację z innych programowych założeń - tak też pani minister finansów oznajmiła, że zanim przystąpi do reformy systemu podatkowego, to "...muszę mieć pieniądze. Jak się okaże, że ich nie ma ...to trudno proponować nierealną reformę". Pani ministerka jak każda kobieta zresztą jest tak młoda, jak sięga jej pamięć, ale przecież nawet znacznie bardziej doświadczeni wiekowo od pani minister nie pamiętają, aby w Polsce były kiedykolwiek jakieś nadwyżkowe pieniądze, a nawet wprost przeciwnie: zawsze ich jakby - delikatnie ujmując - nieco brakowało. Stąd też podchodząc literalnie do wypowiedzi pani Lubińskiej można bez większego ryzyka przyjąć, że i reforma podatków została póki co odłożona ad acta, podobnie jak systemu ZUS i KRUS, a także ubezpieczeń zdrowotnych, czyli tych obszarów, przez które przechodzi najwięcej środków publicznych.
Strategia gospodarcza nowego rządu polega na przesuwaniu lub dokładaniu nowych wydatków, które mają dużą siłę propagandową, ale pogarszają relacje budżetowe i utrwalają w społeczeństwie i tak ogromne postawy roszczeniowe. I właśnie ten ostatni skutek wspomnianej polityki najbardziej dezawuuje kompetencje rządzących do prowadzenia tych rodzajów polityki, co wcale nie musi przekreślać słuszności niektórych decyzji związanych z obsadą i decyzjami np. tzw. resortów siłowych. Ale wyłączywszy nawet kwestie polityki społeczno-gospodarczej, na innych polach trudno również nie zauważyć istotnej niekonsekwencji rządzącego ugrupowania. Jego politycy popierali polską akcesję do UE, przebierali się w pomarańczowe kokardy podczas ubiegłorocznych wydarzeń na Ukrainie, dość gładko połykali argumenty dotyczące wojny w Iraku i wyekspediowania tam polskich oddziałów oraz publicznie deklarowali (Kaczyńśki) poparcie dla Kwaśniewskiego na wypadek jego starań o posadę sekretarza generalnego ONZ, tak jakby ustępujący prezydent nie miał odpowiednich kwalifikacji merytorycznych i moralnych do sprawowania urzędów kraju - ale starając się o ważny urząd w organizacji międzynarodowej nagle tych kwalifikacji nabywał i z tej racji mógł dobrze służyć wizerunkowi naszej ojczyzny.
To, że ewentualna wygrana PO nie będzie sprzyjała przyśpieszeniu rozliczeń z przeszłością, było oczywiste już wiele miesięcy przed wyborami, pewności można było nabrać także w wyniku reklamy, jakie ośrodki badań sondażowych oraz media dostarczały temu ugrupowaniu w trakcie kampanii wyborczej, ale to nie powinno w niczym rozmywać ostrości spojrzenia na poczynania nowej władzy. Prawda jest taka, że jest to władza, której większość poczynań nasuwa na myśl powiedzenie o dziecku błądzącym we mgle.
Uczestniczyłem niedawno w dość kameralnym spotkaniu z nowo wybranym przedstawicielem narodu do izby poselskiej reprezentującym Prawo i Sprawiedliwość i muszę stwierdzić, iż pomimo że nie spodziewałem się szczególnie wiele, to i tak trudno opisać precyzyjnie stan psychiczny, w którym trwałem podczas owej pseudodebaty, do czasu wyjścia przed zakończeniem spotkania, gdyż obawiałem się, że nie wytrzymam i w końcu niegrzecznie przerwę ten bełkot - a nie chciałem wyrządzić przykrości organizatorowi owego spiczu. Jak może czuć się człowiek, który wiele lat z pewną pasją i zaangażowaniem poświęcił spory kawałek swojego życia na studiowanie określonych zagadnień, ma dość wszechstronne pojęcie o różnych zapatrywaniach na dany problem i swoje stanowisko w tym temacie, poparte doświadczeniem zawodowym, który przychodzi i słyszy, że osoba demokratycznie wybrana na posła i mająca stanowić prawo także w obszarze poruszonego problemu, swoje programowe przesłanie opiera na najbardziej naiwnych koncepcjach, wielokrotnie od momentu ich postawienia negatywnie zweryfikowanych i nie podejmuje najmniejszego wysiłku w celu wysłuchania najdelikatniejszych sugestii świadczących, iż może być w błędzie. Ta selektywna głuchota polityków PiS-u stanowiąca już rodzaj pewnej ugruntowanej strategii postępowania budzi największy niesmak, w przypadku niektórych polityków PiS-u widać gołym okiem, że pewnych uwag lub pytań wolą nie słyszeć, już to z powodu ogólnoludzkiej niechęci do burzenia dobrego samopoczucia lub z normalnego cynizmu i koniunkturalizmu, sprzeciwiającego się nadrzędnej wartości, którą jest dążenie do prawdy. Wprawdzie władza legitymizuje samą siebie, ale doprawdy - nie wiem skąd właściwie w partii rządzącej urodziło się przekonanie, że narzędzia władzy same z siebie dadzą odpowiedź na problemy gospodarki, finansów, demografii i relacji międzynarodowych. Jest w tym jakaś kontynuacja tzw. magicznego myślenia i istnieje realna podstawa, że rząd Marcinkiewicza, jak i każda następna ekipa zbudowana w tym parlamencie, strawi kolejne cztery lata na uczeniu się i dochodzeniu do doświadczeń będących udziałem każdego poprzedniego rządu. Przypomina to dylemat blondynki, która wsiadłszy do autobusu słyszy jak jeden z pasażerów pyta czy dojedzie tą linią do śródmieścia. Kiedy kierowca odpowiada, że niestety nie, blondynka, przekrzykując innych pasażerów, pyta: "A ja dojadę...?". Na rozdawnictwie publicznego grosza nie dojechali daleko ani braci Grakchowie ani współczesne rządy państw zachodnich, becikowe cesarza Augusta nie uratowało cesarstwa przed upadkiem demograficznym, a statystyki demograficzne Francji opierają się na wielodzietnych imigrantach, premier Thatcher też miała pewne problemy negocjacyjne z górnikami, ale dzisiaj jakoś nikt poważny nie twierdzi, że nie miała racji - a co do Unii i dobrodziejstw wspólnego budżetu, to najlepiej spojrzeć na statystyki gospodarcze, z których wynika, że najwolniejszy wzrost notują państwa UE a szczególnie te ze strefy euro.
Tymczasem "solidarny" i "tani" rząd, niezrażony minionymi doświadczeniami i zwykłą logiką postępowania nadal pyta "A ja dojadę?" i nie czekając na odpowiedź, rozpoczyna urzędowanie od rozdawania przywilejów i zwiększania obciążeń fiskalnych. Gdyby towarzysz Edward Gierek startował w demokratycznych wyborach, to prawdopodobnie w 1974 r. uzyskałby przedłużenie swojej kadencji, wielu polityków PiS-u nie ukrywa, że nadrzędnym celem partii jest w perspektywie krótkoterminowej wygranie wyborów samorządowych, ale przede wszystkim - przedłużenie swojego mandatu w kolejnych wyborach parlamentarnych. Sukces PiS-u w wyborach samorządowych będzie możliwy pod warunkiem ich wcześniejszego rozpisania, jednak taki zamiar partii rządzącej niekoniecznie musi spotkać zrozumienie u polityków LPR i PSL-u, którzy może i lepszego pomysłu na Polskę nie mają, ale nie są aż tak głupi, by nie widzieć swojego interesu. Tak się składa, że za rok, kiedy przypadnie ustawowy termin wyborów samorządowych, parlament będzie uchwalał również nową, już własnego autorstwa, ustawę budżetową na 2007 r. Zapewne będzie to ustawa doskonała, skoro w swoim orędziu do narodu premier stwierdził, że obecny sejm uchwalił poprawki do już uchwalonej na 2006 r. i jeszcze "niedoskonałej ustawy" autorstwa rządu Belki.
Oj, będzie się działo - jak głosi slogan jednej z telewizyjnych reklam napoju wyskokowego.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Komentarz (0)

CZECZENIA: NOWY CUD NAD URNĄ - Antoni Zambrowski Wysłane wtorek, 6, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

W Czeczenii, okupowanej przez wojsko rosyjskie, odbyły się - mimo trwających wciąż działań pacyfikacyjnych - wybory do miejscowego parlamentu. Zgodnie z rosyjskim ustawodawstwem udział w nich wzięły jedynie stronnictwa ogólnorosyjskie, z których trzy według urzędowych danych zdobyły miejsca w republikańskim parlamencie. Zwycięstwo przyznano proputinowskiej partii "Jedinaja Rossija", która uzyskała większość w parlamencie. Po 10-15% przydzielono lewicowej oraz prawicowej opozycji, czyli komunistom oraz Sojuszowi Sił Prawicowych. (Nazwa partii rządowej "Jedinaja Rossija" oznacza jednolitą, względnie zjednoczoną Rosję i nawiązuje do haseł antybolszewickich carskich generałów o jedinoj i niedielimoj Rossiji, czyli całej i niepodzielnej Rosji. Oznaczało to brak zgody na samostanowienie krajów przez Rosję okupowanych, jak Polska lub Finlandia. W imię tych haseł admirał Kołczak odrzucił pomoc prezydenta Finlandii, barona Mannerheima, zaś gen. Dienikin sprowokował swą antypolską postawą wstrzymanie ofensywy na bolszewików przez marszałka Piłsudskiego podczas marszu "białej armii" na Moskwę. Po rozpadzie Związku Rad podstawową troską imperialnych elit rosyjskich jest utrzymanie kosztem dobrobytu ludności nienaruszalności terytorium Federacji Rosyjskiej. Oznacza to w sposób oczywisty odmowę prawa narodów nierosyjskich do samostanowienia).
Frekwencję wyborczą określono na 60%, co kontrastuje z doniesieniami niezależnych korespondentów opisujących puste lokale wyborcze i mały tego dnia ruch uliczny. Ludność czeczeńska najwyraźniej zbojkotowała wybory, ale komisje wyborcze w sposób, który pamiętamy z PRL, i tak wpisały zgodne z odgórnymi wytycznymi "dane" odnośnie frekwencji i rozkładu głosów na poszczególne partie rosyjskie. Pamiętamy podobne cuda w pierwszych latach Polski Ludowej, gdy działało antykomunistyczne podziemie zbrojne spod znaku WiN oraz NSZ, zaś teoretycznie legalna opozycja w postaci Polskiego Stronnictwa Ludowego pod wodzą Stanisława Mikołajczyka usiłowała w oparciu o wolę większości wyborców przy pomocy kartki wyborczej odebrać władzę. Wtedy żartowano z goryczą: "urna wyborcza - cudowna szkatułka: wrzucasz Mikołajczyka, wychodzi Gomułka". A i za czasów tow. Edwarda Gierka, jak opowiadali mi koledzy pracujący w komisji wyborczej, przewodniczący komisji prawdziwe wyniki meldował przez telefon wyższej instancji w PZPR czy SB, zaś wpisywał do urzędowej dokumentacji wyniki podyktowane mu przez telefon. Wypisz-wymaluj, jak dziś w Czeczenii. Jest to zresztą stała praktyka na całym obszarze posowieckim. Prezydent Putin, który dziś gratuluje wyników wyborczych gen. Alu Alchanowowi - w ten sam sposób "wybranemu" prezydentowi Czeczenii, w czasie rewolucji pomarańczowej na Ukrainie również gratulował "zwycięstwa" swemu kandydatowi Wiktorowi Janukowyczowi. Powszechny zryw Ukraińców uniemożliwił ten przekręt wyborczy, podobnie jak rok wcześniej podczas "rewolucji róż" w Gruzji. W Czeczenii krwawy terror FSB, GRU i innych służb rosyjskich uniemożliwia ludziom takie protesty.
I tym razem nie obeszło się od polskiego akcentu. Na ekranie telewizora w programach moskiewskiej RTR raz po raz migała twarz eksministra z czasów Leszka Millera - dziś deputowanego SLD Tadeusza Iwińskiego. Jak donosi prasa, uznał on czeczeńskie "wybory" za "ważny krok ku dalszej demokratyzacji". Widzimy więc, jak Sojusz Lewicy Demokratycznej wciąż rozumie demokrację. Niby tyle w nim zmian w obliczu, a mimo to wciąż z nich tkwi PZPR - czyli Płatni Zdrajcy, Pachołki Rosji. Tymczasem Tadeusz Iwiński powinien wiedzieć, że stan prawny w Rosji Putina jest krokiem wstecz nie tylko wobec standardów europejskich, ale nawet w porównaniu do Rosji carskiej po rewolucji 1905 roku. W rosyjskim zaborze Polacy mogli głosować na polskie stronnictwa polityczne. W Federacji Rosyjskiej narody nierosyjskie, w tym i Czeczeni nie mogą głosować na swe własne partie narodowe, ponieważ Prezydent Putin zakazał im udziału w jakichkolwiek wyborach, nawet lokalnych. Urzędowe wyniki wyborów w Czeczenii w równym stopniu odzwierciedlają preferencje jej mieszkańców, co wyrażałyby wolę Polaków, gdyby oznajmiono, że Polacy głosowali jak jeden mąż na partię "Jedinaja Rossija". Wyobrażacie, państwo, coś takiego, bo ja nie?! I tym się różnię od Tadeusza Iwińskiego.

Antoni Zambrowski

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Komentarz (0)

Morderczy finansista Vogel vel Filipowski post(?)komunistów polskich spogląda smutno na... Hannę Gronkiewicz-Waltz - Stanisław Michalkiewicz o sprawie funduszów "pezetperii" oraz nowiutkiej fundacji tow. "Disko Polo" Prezydenta Wysłane wtorek, 6, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |






Morderczy finansista Vogel vel Filipowski post(?)komunistów polskich spogląda smutno na... Hannę Gronkiewicz-Waltz - Stanisław Michalkiewicz o sprawie funduszów "pezetperii" oraz nowiutkiej fundacji tow. "Disko Polo" Prezydenta Wysłane wtorek, 6, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Tow. prezydent w końcówce swojej prezydentury trysnął taką fontanną łaskawości, że aż się zainteresowała nią prokuratura i ponownie odżył konflikt pomiędzy różnymi odłamami służb specjalnych PRL-bis. Prokuratura - inspirowana przez »dziennikarzy śledczych«, bo to oczywiście »dziennikarze śledczy« wyciągają takie rzeczy u nas na światło dzienne - zainteresowała się sprawą niejakiego Piotra Filipowskiego, który w 1971 roku zamordował starą kobietę, ale wyszedł na przepustkę w 1979 roku, co się rzadko zdarza takim szubienicznikom skazanym prawie na dożywocie. Przepustka zakończyła się wyjazdem delikwenta w czasie obowiązywania surowych praw stanu wojennego za granicę, a wtedy nawet myszka nie prześliznęła się na Zachód. Od razu zaczął też karierę w charakterze finansisty w Szwajcarii, gdzie zajmował się oczywiście finansami" - Stanisław Michalkiewicz przygląda się doniosłym wydarzeniom na politykierskiej scenie "polskiego regionu UE".

Czyimi finansami zajął się morderca? Trzeba przypomnieć, że w czasie 1995 roku w tygodniku "Wprost" pojawił się artykuł - na przełomie sprawy "Olina" - o transferze pieniędzy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej na Zachód od roku 1972 do 1990. Ten tygodnik dysponował bardzo dokładnymi informacjami z lat 1989 - 1990, kiedy dyrektorem PP "Pewex" został wydobyty z amerykańskiego więzienia w wyniku wymiany agentów pomiędzy Polską a USA gen. SS PRL Marian Zacharski - był on najprawdopodobniej tym informatorem żurnalistycznym. PZPR w tym okresie dwóch lat dostała 800 zezwoleń dewizowych - realizowała więcej niż 1 dziennie! - jedno z nich (31.08.1989) opiewało na sumę 750 tys. $ i 22 mln franków szwajcarskich. No, suma to nie była ani mała, ani duża. Ale działo się tak od roku 1972!
Kto pilnuje tych pieniędzy do dziś, kto z nich korzysta? - na te pytania na razie nie ma odpowiedzi. Tow. prezydent Kwaśniewski w dzień po publikacji tego artykułu z roku 1995 oświadczył, że jeśli jeszcze jedno słowo padnie, to on zarządzi "lustrację totalną". Następnego kolejnego dnia zostało opublikowane oświadczenie tow.tow. Kuronia i Modzelewskiego, pojednawcze w tonie, że "już się nie kłóćmy", niech tylko Oleksy poda się do dymisji... Tow. Oleksy podał się do dymisji, a od tamtego czasu poza Stanisławem Michalkiewiczem NIKT publicznie się nie zająknął o całej sprawie pieniędzy komunistycznych.
W 1999 roku morderca Filipowski został ułaskawiony przez tow. "Disko Polo" prezydenta K., z poręki byłego prokuratora generalnego, p. Śnieżki, który zaopiniował pozytywnie kandydaturę "Vogla" do ułaskawienia. Krążą teraz takie fałszywe pogłoski, że wśród zainteresowanych uwolnieniem szwajcarskiego finansisty p. Vogla vel Filipowskiego była także "nasza Hania kochana", czyli... Hanna Gronkiewicz-Waltz!
Właśnie została powołana i 13 grudnia zainauguruje działalność Fundacja Amicus Europae tow. Kwaśniewskiego - wespół-zespół z innym prezydentem - Wałęsą, która ma za zadanie "obronę dorobku prezydentury Kwaśniewskiego", a najwyraźniej p. "Vogel" niezbyt dobrze chroni ten dorobek tow. prezydenta przedstawianego swego czasu w "Polskim Zoo" w TVP jako Wieprz, skoro zaistniała potrzeba założenia tej fundacji...

Nagranie trwa 9 minut i jest dostępne w Sieci do 20 XII 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (2)

IMPERIALNE CHAMSTWO - Antoni Zambrowski Wysłane wtorek, 6, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

Jak doniósł ostatnio korespondent moskiewski TVN Wiktor Bater, w Moskwie nakręcono film fabularno-pornograficzny o wyssanym z palca przez scenarzystów romansie prezydenta Gruzji Micheila Saakaświlego z premier Ukrainy Julią Tymoszenko. Była to inicjatywa formalnie prywatna, ale w Rosji takie sprawy nie odbywają się bez urzędowego przyzwolenia z Kremla. Wszak bicie polskich dyplomatów za karę za chuligański napad na dzieci rosyjskich dyplomatów w Warszawie również odbywało się na zlecenie z najwyższego szczebla. Zdawał sobie sprawę z tego prezydent Saakaświli i wystosował ostry protest do władz moskiewskich. Redaktor W. Bater w swej korespondencji przytacza wypowiedź telewizyjną pana Mitrofanowa - posła do Dumy Państwowej z ramienia nacjonalistycznej Partii Liberalno-Demokratycznej Rosji Władimira Żyrinowskiego. Bronił on prawa autorów do nakręcenia takiego filmu. Powiedział, że pani Julia Tymoszenko, która ukończyła już 45 lat, może czuć się zaszczycona, że w jej wieku kręci się o niej pornusy. Pan Mitrofanow jest prawą ręką wicemarszałka Dumy W. Żyrinowskiego w jego klubie poselskim i słynie z wypowiedzi, na które nie może sobie pozwolić żaden szanujący się polityk partii władzy. Po śmierci Jana Pawła II protestował on przeciwko zbytniemu nagłaśnianiu tej sprawy w mediach rosyjskich i - przy sposobności - przeciwko wysłaniu premiera rządu Federacji Rosyjskiej Michaiła Fradkowa na jego pogrzeb. Partia Liberalno-Demokratyczna Rosji została powołana przez KGB za czasów rządów Michaiła Gorbaczowa, kiedy stało się jasne, że nie da się utrzymać w ZSRR ustroju jednopartyjnego, jako strukturę pozorującą opozycje antykomunistyczną. I do tej pory pełni tę funkcję na usługach FSB i Kremla.
Na gniew Moskwy naraził się prezydent Micheil Saakaświli za swe poparcie dla rewolucji pomarańczowej na Ukrainie. Jest on absolwentem uczelni kijowskiej, mówi po ukraińsku i szuka dla małej Gruzji oparcia w dużej Ukrainie przeciwko rosyjskiemu hegemonizmowi. Julia Tymoszenko ma swoje własne porachunki z Moskwą. Pokazywanie wyssanego z palca romansu pomiędzy żonatym Micheilem Saakaświlim a zamężną i dzieciatą Julią Tymoszenko jest oczywiście szczytem imperialnego chamstwa. Wyobraźmy coś takiego na temat pani Angeli Merkel lub naszego Jarosława Kaczyńskiego, by odczuć głębię tego chamstwa. Aby uprzytomnić to stronie rosyjskiej - deputowanemu Mitrofanowowi i stojącym za nim czynnikom na Kremlu, proponuję nakręcić spot reklamowy, pokazujący tegoż pana Mitrofanowa dającego - przepraszam za użytą tu grypserę - styi swemu szefowi Żyrinowskiemu i ciągnącego "druta" prezydentowi Putinowi. Wówczas dopiero udający prawosławnego poseł Mitrofanow doceni być może przykazanie Boże o miłości bliźniego, zwłaszcza VIII przykazanie odnośnie nie dawania fałszywego świadectwa przeciwko temuż bliźniemu. Nic tak bowiem nie rozzuchwala bandyty, jak poczucie bezkarności.

Antoni Zambrowski

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Komentarz (2)

15-lecie UNII POLITYKI REALNEJ - spotkanie okolicznościowe (Warszawa) Wysłane wtorek, 6, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

Szanowni Państwo

Piętnaście lat temu zarejestrowana została partia Unia Polityki Realnej.
Z tej okazji, po zakończeniu posiedzenia Rady Głównej UPR, odbędzie się 10 grudnia 2005 r. - początek godz. 18.00 - w lokalu przy ul. Chmielnej 9 w Warszawie (sala posiedzenia ostatniego konwentu UPR) wspomnieniowe spotkanie przy lampce wina.

Unia Polityki Realnej zaprasza na ww. spotkanie wszystkich członków i sympatyków naszej partii.

Z up. Prezydium UPR
Stanisław Żółtek - Wiceprezes UPR


Komentarz (0)

"Pierwszy z okręgu" Ogólnopolski Zjazd Samorządowców w sprawie zmiany ordynacji wyborczej do samorządów na większościową z jednomandatowymi okręgami wyborczymi, Kielce 17 grudzień 2005 r. Wysłane wtorek, 6, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

Kontynuując działania krakowskich społeczników, którzy w 2001 r. zwrócili się do parlamentarzystów z projektem zmiany ordynacji wyborczej do rad gmin, powiatów i województw na większościową w jednomandatowych okręgach wyborczych, oraz realizując postulat konferencji krakowskiej z 19 listopada br. o potrzebie organizacyjnej konsolidacji obywateli wokół postulatu zmiany ordynacji samorządowej, organizujemy w dniu 17 grudnia 2005 r. Ogólnopolski Zjazd Samorządowców.
Zmniejszająca się frekwencja w wyborach do organów przedstawicielskich i inne symptomy wycofywania się obywateli z życia publicznego, czynią aktualnym postulat zmiany ordynacji wyborczej do samorządów terytorialnych na taki, który sprzyja upodmiotowieniu obywatelskiej aktywności w strukturach władzy demokratycznego państwa. Dlatego też ponownie podjęliśmy działania zmierzające do zainicjowania publicznej debaty nad zmianą ordynacji samorządowej.
Temu celowi służyć ma organizowany w Kielcach w dniu 17 grudnia 2005 r. Ogólnopolski Zjazd Samorządowców.

Miejsce Zjazdu: Wojewódzki Dom Kultury im Marszałka Józefa Piłsudskiego
Kielce ul. Ściegiennego 2

Program zjazdu
9.00 - 10.00 Rejestracja uczestników
10.00. - Otwarcie konferencji - Prezydent Kielc, Wojciech Lubawski, Przewodniczący Komitetu Organizacyjnego Zjazdu, Jan Jagielski

Część pierwsza (10.15-11.45)
Ustrój Samorządowy a Społeczeństwo - debata o potrzebie zmiany ordynacji wyborczej do samorządów terytorialnych


10.15 - Początki formowania ustroju samorządowego w III Rzeczpospolitej - Jerzy Stępień,
Sędzia Trybunału Konstytucyjnego
10.30 - Preferencje społeczeństwa wobec ordynacji wyborczej na podstawie badań opinii publicznej - Michał Drozdek - Prezes Instytutu Paderewskiego
10.45 - Reforma ordynacji wyborczej do samorządów w perspektywie decentralizacji państwa i systemu partyjnego - prof. dr hab. Kazimierz Kik, Instytut Nauk Politycznych,
Akademia Świętokrzyska.
11.00 - Społeczeństwo obywatelskie na poziomie lokalnym - Maciej Płażyński, Wicemarszałek Senatu
11.15 - Ordynacja wyborcza a reforma państwa - prof. dr hab. Antoni Kamiński, PAN.
11.30 - Zbieranie podpisów i opinii - doświadczenia z obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej - Andrzej Madej
11.45 - 12.15 - przerwa (w przerwie konsultacja tekstu memorandum)

Część druga. (12.15 - 14.00)
Narada Samorządowców - w sprawie skutecznego podjęcia inicjatywy ustawodawczej


12.15 - Wprowadzenie - Jan Jagielski, Przewodniczący Komitetu Organizacyjnego Zjazdu
12.25 - Omówienie proponowanych zmian ustawy o ordynacji wyborczej do rad gmin, powiatów i sejmików wojewódzkich - Bartłomiej Michałowski - Ruch Normalne Państwo
12.40 - Dyskusja.
14.00 - Przyjęcie stanowiska (memorandum), zakończenie zjazdu.

14.20 - Konferencja prasowa


Komitet Organizacyjny Zjazdu:
Wojciech Lubawski - Prezydent Kielc - Samorząd 2002
Zdzisław Skowron - samorządowiec- Prezes TBS
Jan Jagielski - Przewodniczący Komitetu Organizacyjnego - Ruch na Rzecz JOW

Biuro Organizacyjne Zjazdu: - kielce@ordynacja.pl
Katarzyna Jagielska - Dyrektor Biura - tel/ fax 0(41) 344 45 81; kom.500 076 653
Marta Wójcik - Sekretarz Biura - tel/fax 0(41) 368 23 30; kom.503 041 270

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Komentarz (0)

Zanim przemówią Pasterze - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 5, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Ani góry wysokie, ani morza szerokie nie wstrzymają Pochodu Przyjaźni" - wyśpiewywała postępowa młodzież świata w czasach, gdy obozowi Postępu przewodził jeszcze Nauczyciel Całej Ludzkości. Dzisiaj, kiedy Nauczyciel Całej Ludzkości jest już dość starym nieboszczykiem, a raczej - piekłoszczykiem, Pochodów przyjaźni na razie nikt nie organizuje, ale ponieważ natura nie znosi próżni - organizowane są Parady Równości. Jak można się z tej nazwy domyślić, organizatorami i uczestnikami Parad są równiachy płci obojga. Równiachom chodzi o zmuszenie tych, którzy równiachami nie są, żeby podziwiali ich za "naturalność". Dzisiaj bowiem u partyjnych w modzie jest naturalność, czyli postępowanie zgodne z głosem instynktu. To ciekawe, bo dotychczas powszechnie uważano, że cywilizacja polega m.in. na wykształceniu umiejętności panowania nad instynktami. Na przykład naturalną czynnością jest załatwianie fizjologicznej potrzeby, ale ludziom cywilizowanym nie przyjdzie do głowy, by zadośćuczyniać takim potrzebom, dajmy na to, na środku sali balowej podczas balu u prezydenta. Cywilizacja polega m.in. na tym, że tego rodzaju czynności otacza się pewną dyskrecją, a nie forsuje się ich, jako przedmiotu dumy. Tymczasem organizatorzy Parad Równości demonstrują "dumę" z powodu sposobu zaspokajania popędu seksualnego i próbują uczynić z tego probierz dla demokracji. Nieprawdopodobne, a jednak. Od strony intelektualnej wspiera ich Komitet Helsiński, tzn. grupka filutów, z łaski "filantropa", czyli międzynarodowego finansowego grandziarza Jerzego Sörösa, dysponująca sporym budżetem; z Budapesztu dostają 600 tys. dolarów rocznie, z Fundacji Forda - milion dolarów, z Fundacji Batorego - 1.200 tys. zł, nie licząc pomniejszych dotacji. Rzuca to pewne światło na przyczyny, dla których Komitet cieszy się autorytetem moralnym, zaś Parady Równości - życzliwym zainteresowaniem "niezależnych" merdiów.
Ze względu na forsowanie pewnego ideału, Parady Równości wzbudzają wiele wątpliwości natury moralnej, ale w tych gorących dniach szczytowego napięcia między "demokracją" a "faszyzmem", zabrakło głosu naszych duchowych przewodników. Ani JE bp Tadeusz Pieronek, ani JE abp Józef Życiński nie zabrali głosu, chociaż przy innych okazjach wypowiadali się bardzo skwapliwie, oczywiście zawsze po jedynie słusznej stronie, nie szczędząc "potępień" dla tych, którzy mieli nieszczęście opowiedzieć się po stronie niesłusznej. Co prawda nasi przewodnicy duchowi wyjechali akurat z wizytą ad limina, co poniekąd usprawiedliwia ich milczenie, ale nie do końca, bo przecież wykorzystali tę podróż do złożenia Jego Świątobliwości donosu. O tym donosie wspominał już wcześniej JE abp Gocłowski, wskazując, że "angażowanie się niektórych mediów w Polsce po stronie określonego nurtu politycznego jest zjawiskiem niepokojącym i problem ten należy omówić w Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej". Ten "określony" nurt polityczny, to nurt przeciwny popieranemu przez razwiedkę, "Gazetę Wyborczą" i Jasnogród. Gdyby "niektóre media" angażowały się po stronie razwiedki, "Gazety Wyborczej" i Jasnogrodu, żadnego powodu do "niepokoju", rzecz prosta, by nie było. Np. w telewizji Puls, która uchodzi za "katolicką", zauważyłem red. Pawła Wrońskiego z "Gazety Wyborczej" w charakterze prowadzącego. Domyślam się, że musiało dojść do jakichś przepływów kapitałowych, wskutek których "Agora" przejmuje kuratelę nad tym "katolickim" merdium, podobnie jak nad "Tygodnikiem Powszechnym" kuratelę przejęli chłopcy z "Krytyki Politycznej", będącej organem starych, poczciwych trockistów. Czy to jakiś uboczny rezultat bankructwa Stelli Maris, czy też dyskretna interwencja "filantropa", który nie tylko z "otwartym społeczeństwem", ale i z "Kościołem otwartym" wiąże pewnie jakieś swoje nadzieje - na razie trudno zgadnąć.
Tak czy owak, znaleźliśmy się w tych dniach niczym owce bez pasterzy, toteż musimy poradzić sobie z Paradami Równości od strony teologicznej po amatorsku, żeby nie powiedzieć - po ciwuńsku. Cóż tedy na temat homosiów powiada Pan Bóg Wszechmogący? W Księdze Kapłańskiej Starego Testamentu czytamy, że "ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia obrzydliwość" (Kpł.20.13.) Tak "Pan powiedział do Mojżesza" (Kpł.20.1.). A to ci dopiero historia! "Popełnia obrzydliwość"... Czy można odczuwać dumę z "obrzydliwości"? Czy godzi się naciągać mechanizmy demokratyczne do zmuszania ludzi, by tolerowali "obrzydliwość" na terenie publicznym? Pan Bóg Wszechmogący nie pozostawia najmniejszych wątpliwości, że nie, ba - idzie znacznie dalej, postulując ukaranie obydwu "śmiercią". Oczywiście dzisiaj o żadnej "śmierci" nie może być mowy; Unia Europejska surowo jej zakazuje, więc w takiej sytuacji musimy przejść do porządku nad opinią Pana Boga, bo w przeciwnym razie nie dostaniemy oczekiwanych srebrników w ramach subwencji. Ale Unia Europejska daje też do zrozumienia, by zmienić zapatrywania i nie uważać homoseksualizmu za "obrzydliwość", tylko za szlachetną "orientację". Ponieważ nasi przewodnicy duchowi po wizycie w Brukseli w listopadzie 1997 roku opowiedzieli się za przyłączeniem Polski do UE, to chyba nie ma innej rady - będziemy musieli nie tylko oswoić się z manifestacjami "obrzydliwości" na terenie publicznym, ale chyba też i instruktażem w tym zakresie w publicznych szkołach, bo jużci - jak długo można ukrywać przed dziećmi powaby "orientacji"? Jak się powiedziało: "a", to trzeba powiedzieć "b", nawet jeśli natrafia się przy tym na sprzeczności z opiniami samego Pana Boga Wszechmogącego. Na szczęście może się okazać, że jest to sprzeczność pozorna, bo tak naprawdę, to Pan Bóg Wszechmogący chciał powiedzieć coś zupełnie innego. Do umiejętnego wyjaśniania prawdziwego sensu takich wypowiedzi służy teologia, więc jeśli uzbroimy się w cierpliwość, na pewno zostaniemy wynagrodzeni efektowną opinią, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Bo tak, jak "ani góry wysokie, ani morza szerokie" nie były ongiś w stanie powstrzymać Pochodu Przyjaźni, tak i teraz nic nie powstrzyma nieubłaganego Marszu Równości, który wyrównuje wszystko.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Komentarz (0)

Przy całym moim szacunku do cech, dokonań Michnika, dostrzegam wiele czarnych wręcz jego strony: człowiek, których chce być sumieniem narodu, cytuje Papieża, krzyczy o "motłochu" - stracił demokratyczny punkt widzenia. On grozi - Józef Dajczgewand, "komandos" roku 1968 o ponurym końcu politykiera, byłego (?) trockisty, "wielebnego redaktora" Adama Michnika Wysłane poniedziałek, 5, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |






Przy całym moim szacunku do cech, dokonań Michnika, dostrzegam wiele czarnych wręcz jego stron: człowiek, których chce być sumieniem narodu, cytuje Papieża, krzyczy o "motłochu" - stracił demokratyczny punkt widzenia. On grozi - Józef Dajczgewand, "komandos" roku 1968 o ponurym końcu politykiera, byłego (?) trockisty, "wielebnego redaktora" Adama Michnika Wysłane poniedziałek, 5, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

Przedstawiam Państwu Józefa Dajczgewanda, jednego z historycznych liderów niegdysiejszego Ruchu 8 Marca z 1968 roku, który wystąpił w obronie imponderabiliów narodowych w postaci inscenizacji »Dziadów« Mickiewicza, zdjętych w tamtym czasie decyzją tow. Wiesława, czyli PZPR-owca Gomułki. Wtedy przedstawiano ich jako »komandosów«, gdyż tak ich określił I sekretarz partyjny POP na Uniwersytecie Warszawskim, dr Andrzej Jezierski, gdyż powiedział, że »są to komandosi Kuronia i Modzelewskiego siedzących w więzieniu, a oni dokonują desantu na zebrania partyjne i ZMS-u, żeby zadawać podchwytliwe pytania partyjnych prelegentom«" - tak zapowiada gościa TV ASME w cyklu "Świadkowie Historii Prawdziwej", Antoni Zambrowski, także znamienity uczestnik wydarzeń roku 1968.

"Wtedy wyglądało, że jest to zwarta partyjna grupa, a teraz dowiadujemy się, że były dwa przeciwstawne nurty w gronie »komandosów«. Prawda o Marcu 1968 jeszcze się nie ukazała, nasi byli przyjaciele, a teraz - wrogowie, stworzyli pewien mit, mit, który funkcjonuje do dzisiaj, którego sprawdzenie nastąpiło dopiero w ostatnim roku. Ja się dowiedziałem z własnej teczki UB-eckiej, że bezpieka doskonale wiedziała, co się dzieje w naszym środowisku (wytł. ASME)" - ujawnia Józef Dajczgewand. "Są to dla mnie rzeczy zupełnie nowe" - dziwi się Antoni Zambrowski - "nigdy o tym nie słyszałem! Zawsze wyglądało na to, że w Ruchu 8 Marca przewodziło trzech wodzów".
"W 1967 roku, kiedy nasza grupa - nie-michnikowcy - spotkała się w Kampinosie. Reprezentantem grupy Michnika miał być Seweryn Blumsztajn. My byliśmy bardziej otwarci na grupy pozawarszawskie - to nas od nich różniło. To był m.in. akademik na grochowskiej ulicy Kickiego" - opowiada Józef Dajczgewand.
"Padł niedawno kolejny ponury mit - dotyczący Henryka Szlajfera - że tylko jedna grupa miała nie tylko monopol na rację, ale także monopol na karanie ludzi o przeciwnych poglądach, na represje - nie tylko komuniści to stosowali, także »michnikowcy«! On był jedną z osób, które były najostrzej przesłuchiwane przez 3 miesiące, bez przerwy, miał przecież doskonałe kontakty w środowisku żydowskim, jego kolegą był Adam Michnik. Jako syn cenzora czytał książki będące na indeksie komunistycznym, co czyniło go atrakcyjnym dla innych. Jak go złamano? Pokazano mu dokumenty uzyskane od »wodzów rewolucji«, od Kuronia i Modzelewskiego i ich zachowanie »w sprawie«. Nikomu innemu ich nie pokazano - Heniek doszedł do wniosku, że nie będzie zaprzeczał faktom, ale będzie bronił swoich pozycji. Ale to »Gazeta Wyborcza« przyczyniła się do przypięcia mu łatki »zdrajcy«. Ale dla Heleny Łuczywo gen. MO Kiszczak nie jest zdrajcą, tow. Jaruzelski - nie jest zdrajcą. To odwrócenie mechanizmów tego, kto jest »koszerny«, a kto nie jest »koszerny« - jest obłędne, to jest wessanie metod działania służb PRL i ich przetworzenie na bardziej nowoczesny sposób. To do dziś funkcjonuje w tym obozie" - zauważa Józef Dajczgewand.
"Przy całym moim szacunku do cech, dokonań Michnika, dostrzegam wiele czarnych wręcz jego strony: człowiek, których chce być sumieniem narodu, cytuje Papieża, krzyczy o »motłochu« - stracił demokratyczny punkt widzenia. On grozi. Choćby ostatnio - przy sprawie Cimoszewicza. Formacja, która jest dzisiaj w stanie zakneblować innym usta, pozbawić dostępu do informacji jest dla mnie głęboko antydemokratyczna" - mówi Dajczgewand.
Te działania byłyby jeszcze do zrozumienia, ale najgorsze jest to, że Michnik kłamie swoim przyjaciołom" - stwierdza Zambrowski. "Ze mną w ogóle nie chce rozmawiać" - zauważa Dajczgewand. "A ja ciekaw jest publicznej konfrontacji z Adamem. Domyślam się, że się mnie boi. Boi się tego, że trzeba by wyciągnąć rzeczy z dawnych lat, z Rakowieckiej, z przesłuchania, grypsy..."...

Nagranie I części trwa 21 minut i jest dostępne w Sieci do 19 XII 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Tow. prezydent "Disko polo" Kwaśniewski broni skryminalizowane środowisko "ezelde" za wszelką cenę, nawet za cenę życia ludzi w mundurach - Łukasz Perzyna o sprawie ułaskawienia tow. byłego ministerialnego Zbigniewa Sobotki Wysłane sobota, 3, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |






Tow. prezydent "Disko polo" Kwaśniewski broni skryminalizowane środowisko "ezelde" za wszelką cenę, nawet za cenę życia ludzi w mundurach - Łukasz Perzyna o sprawie ułaskawienia tow. byłego ministerialnego Zbigniewa Sobotki Wysłane sobota, 3, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

O tow. Sobotce Zbigniewie:

Reguła i wyjątek - artykuł Stanisława Michalkiewicza

Poczytaj Mamie o SLD My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem! ...bo jesteśmy niewinni jako te lelyje - byliśmy "nieświadomi" zdrady stanu!

Wymiana ciosów maczugami - stały element pozorowanej walki wśród błotka SS PRL-bis, czyli znowu tow. Sobotka, Stasi, BND, CIA i nasze wiejsko-chuopskie klimaty

Pozorowana "wojna na górze" między "Chamami" a "Żydami" - uderzenie fellachów... czyli artykuł o wiceministrze SW bez matury Zbigniewie Sobotce w dzienniku "Rzeczpospolita"

My z "ezelde", my z "ezelde" - reakcji (prawnej) nie boim siem! (bo nie ma winnych z "ezelde", są tylko - prywatni obywatele)

My, z "ezelde", my z "ezelde" - reakcji (prawnej) nie boim siem! (tow. Jagiełło ma głos - "via komórka") Pokłosie "starachowickiej sprawy SLD"

"Przed paroma tygodniami recenzowałem dla »Tygodnika Solidarność« książkę - thriller prawniczy Johna Grishama »Wielki gracz«. Intryga wygląda tam w ten sposób, że ostatniego dnia swojej kadencji prezydent USA ułaskawia wielkiego aferzystę. Od razu zaznaczyłem, że nie jest to historia o Aleksandrze Kwaśniewskim i Marku Dochnalu. Też natychmiast okazuje się, że polska rzeczywistość publiczna przerasta kabaret, bo odchodzący ze stanowiska tow. »Olo« Kwaśniewski zdecydował się na wszczęcie procedury ułaskawienia Zbigniewa Sobotki. Nie ma sensu zestawianie tego z drugą sprawą, której kanceliści »Prezydenta Disko Polo« Kwaśniewskiego nadali bieg - ze sprawą tow. Ryszarda Kalisza, tam wchodziła w grę obraza radnego z Białegostoku, nawiązka 8 tysięcy złotych, jakieś zaszłości z kampanii 2001 roku - sprawa tow. ministerialnego Sobotki jest jakościowo inna. Urzędujący wiceminister Spraw Wewnętrznych, zwierzchnik, szef policjantów, ten, na którego ludzie w mundurach powinni liczyć, gdy na przykład przyszłaby sprawa przekroczenia uprawnień w trakcie ścigania bandytów, po prostu zdradził ich, »wsypał« swoich podwładnych, dał przeciek o akcji elitarnego Centralnego Biura Śledczego - skryminalizowanym samorządowcom, oczywiście z SLD, powiązanym z lokalną grupą przestępczą, jedną z tych grup, które stanowiły o fatalnym obrazie Polski z ostatnich lat. Wszędzie na świecie, w każdym praworządnym kraju jest to jedno z najgorszych przestępstw urzędniczych, jest to po prostu »przejście na drugą stronę«. W Stanach Zjednoczonych wchodziłyby w takiej sprawie kary sięgające kilkudziesięciu lat więzienia" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje zaprzątające tzw. opinie publiczną doniosłe wydarzenie z mijającego tygodnia.

Zbigniew Sobotka nie był reprezentantem tej frakcji, która zwykliśmy identyfikować z tow. prezydentem "Disko Polo" Kwaśniewskim. Był urzędnikiem odpowiedzialnym za zabezpieczenie ostatniej wizyty Ojca Świętego Jana Pawła II w Kraju. Aż strach myśleć, jakie miał już wtedy powiązania i jakie to mogło to mieć konsekwencje dla największego autorytetu współczesnych Polaków. Dzisiaj kadencja tow. Olka "Wieprza z Polskiego Zoo" Kwaśniewskiego już się kończy - nie kończy się, jak widać, głębokie powiązanie z tradycją post(?)komunistyczną i obozem szerokiej destrukcji państwowej. "Olo" Kwaśniewski był kabaretowym kandydatem do wysokich, międzynarodowych stanowisk, wysuwanym przez środowisko byłych PZPR-owców.
Gdyby ta procedura ułaskawienia, mimo obstrukcji czynionej przez nowego ministra Sprawiedliwości z PiS - Zbigniewa Ziobro, doszła do skutku - to każdy człowiek w mundurze w Polsce powinien się zastanowić, czy chciałby z takim byłym swoim reprezentantem zostać uwieczniony na jakimkolwiek zdjęciu...

Nagranie trwa ponad 9 minut i jest dostępne w Sieci do 16 XII 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (0)

TOLERANCYJNA LEWICA WYGRYWA PRZEZ KNOCK-OUT - Antoni Zambrowski Wysłane piątek, 2, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

W Święto Niepodległości 11 listopada grupa narodowców ze Stowarzyszenia NIKLOT składała na Cmentarzu Powązkowskim (dawnym Wojskowym) znicze na grobie Jana Stachniuka - ideologa prawicy laickiej, krytykującego chrześcijaństwo i przeciwstawiającego mu dawne pogańskie tradycje słowiańskie. Zostali oni zaatakowani przez kilkakrotnie liczniejszą grupę młodzieży lewicowej, wznoszącej okrzyki "Antifa!", co zapewne oznacza antyfaszystów. Lewicowcy sprawili ciężki łomot narodowcom, przy czym największe cięgi otrzymał pewien dwudziestoletni niepełnosprawny, mówiąc wprost: inwalida. Opowiedział mi o tym przez telefon mój przyjaciel Tomasz Szczepański, w latach 80. organizator stowarzyszenia "Pomost" na Uniwersytecie Warszawskim, skupiającego obok studentów polskich również studiujących na UW polskich Białorusinów i Ukraińców. Później na łamach sobotniego "Życia Warszawy" zobaczyłem jego zdjęcie z zabandażowaną głową i plastrem na nosie. Lewicowi bojówkarze zaatakowali ich w chwili zapalania zniczy nad grobem, rzucali w nich przyniesionymi ze sobą kamieniami i butelkami oraz zabieranymi z okolicznych grobów zniczami. Dodam, że Jan Stachniuk został po wojnie pochowany w kwaterze żołnierzy AK, obok swych poległych w czasie wojny kolegów. Z ich grobów pochodziły użyte do walki znicze. Miejmy nadzieję, że policja szybko ustali skład osobowy tej lewicowej bojówki i bandyci profanujący cmentarz w tak uroczystej chwili poniosą zasłużoną karę.
Lewicowe i liberalne środki przekazu straszą nas nietolerancyjnym prawicowym i klerykalnym Ciemnogrodem, stawiając za przykład lewicową tolerancję dla wszelakich mniejszości, ale ten incydent wskazuje wyraźnie, że to lewica raz po raz sięga po wzory hitlerowskich SA-manów. Po raz pierwszy widzieliśmy to, gdy lewicowa bojówka zaatakowała na lotnisku prawicowych polityków udających się z wizytą do gen. Augusta Pinocheta. Michałowi Kamińskiemu jeden z lewicowych bojówkarzy oblał jesionkę jakimś płynem żrącym. Najwyraźniej lewica, wątpiąc w siłę swych argumentów, woli uciekać się do argumentu siły fizycznej, do przemocy. Po upadku PRL młodzi "antyfaszyści" nie mogą już służyć w ZOMO i SB, więc zamiast przemocy służbowej muszą uciekać się dla zwalczania swych ideowych adwersarzy do ordynarnych czynów chuligańskich. Nasuwa się jednak pytanie, czym owi "antyfaszyści" różnią się od swych przedwojennych poprzedników w czarnych lub brunatnych koszulach? Chrześcijańska "Solidarność" wyrzekała się ideowo przemocy nawet w obliczu komunistycznego terroru. Postkomunistów na to nie stać.

Antoni Zambrowski

Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Komentarz (2)

Jak funkcjonował do niedawna "salonik" michnikowski, jak przebiegał naprawdę Rok 1968 dla środowisk późniejszych emigrantów - zwiastun wywiadu z Józefem Dajczgewandem, jednym z zasłużonych "komandosów" tamtego czasu i znawcą oraz osobistością emigracji pochodzenia żydowskiego z Polski Wysłane piątek, 2, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Jak funkcjonował do niedawna "salonik" michnikowski, jak przebiegał naprawdę Rok 1968 dla środowisk późniejszych emigrantów - zwiastun wywiadu z Józefem Dajczgewandem, jednym z zasłużonych "komandosów" tamtego czasu i znawcą oraz osobistością emigracji pochodzenia żydowskiego z Polski Wysłane piątek, 2, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

"Przedstawiam Państwu Józefa Dajczgewanda, jednego z historycznych liderów niegdysiejszego Ruchu 8 Marca z 1968 roku, który wystąpił w obronie imponderabiliów narodowych w postaci inscenizacji »Dziadów« Mickiewicza, zdjętych w tamtym czasie decyzją tow. Wiesława, czyli PZPR-owca Gomułki. Wtedy przedstawiano ich jako »komandosów«, gdyż tak ich określił I sekretarz partyjny POP na Uniwersytecie Warszawskim, dr Andrzej Jezierski, gdyż powiedział, że "»są to komandosi Kuronia i Modzelewskiego siedzących w więzieniu, a oni dokonują desantu na zebrania partyjne i ZMS-u, żeby zadawać podchwytliwe pytania partyjnych prelegentom«" - tak zapowiada gościa TV ASME w cyklu "Świadkowie Historii Prawdziwej", Antoni Zambrowski, także znamienity uczestnik wydarzeń roku 1968.

Wtedy wyglądało, że jest to zwarta partyjna grupa, a teraz dowiadujemy się, że były dwa przeciwstawne nurty w gronie "komandosów". Prawda o Marcu 1968 jeszcze się nie ukazała, nasi byli przyjaciele, a teraz - wrogowie, stworzyli pewien mit, mit, który funkcjonuje do dzisiaj, którego sprawdzenie nastąpiło dopiero w ostatnim roku. Ja się dowiedziałem z własnej teczki UB-eckiej, że bezpieka doskonale wiedziała, co się dzieje w naszym środowisku (wytł. ASME). Od samego początku stworzenia ruchu demokratycznego w Polsce istniał konflikt pomiędzy tymi, którzy chcieli scentralizować cały ten ruch, a tymi, którzy chcieli go otworzyć na rozmaite inne układy, np. społeczne, na dyskusję o ruchach narodowych, religijnych, etycznych - na dyskusję o tym czym jest marksizm... Krytyka marksizmu zaczęła się całkiem wcześnie. W momencie kiedy Jacek Kuroń i Karol Modzelewski napisali swój list, poprzez dyskusję o tym, czym jest marksizm, doszliśmy w krótkim czasie do wniosku, że używanie tej ideologii do tego wyjaśnienia, czym jest ten system (komunistyczny - ASME), jest absolutnie bezskuteczne. Pojawiły się dwie grupy - "michnikowcy" i "dajczgewandowcy"... W naszej grupie panowała zasada, że jeśli człowiek powtarza coś, co mówią inni - to jest podejrzane... - mówi w zwiastunie zapisu TV ASME Józef Dajczgewand, emigrant "marcowy" z roku 1968, którego obszerny wywiad o sposobie funkcjonowania "saloniku" michnikowskiego i samego Adama Michnika, "prałata naczelnego" przeminełej sławy dziennika bulwarowego "Gazeta Wyborcza", stanowiącego w latach 90. ub. wieku opiekuńczą kryszę dla środowiska post(?)komunistów z "pezetperii", nadamy w najbliższy weekend. TV ASME sięga do prawdziwego podłoża wielu zjawisk społecznych do dziś stymulujących scenę polityczną "polskiego regionu UE".

Sprawia mi niełamaną przyjemność umożliwienie środowiskom marcowej emigracji oraz wąskiego kręgu tzw. ynteligencji polskiej ostatecznego wyzwolenia się spod dominującego (dla nich) wpływu wyznawcy trockistowskich idei i współodpowiedzialnego za ukształtowanie się tzw. PRL-bis, zwaną też III Rzeczpospolitą, kooperanta kolaborantów sowieckich okupantów Polski - Krzysztof Pawlak - redaktor naczelny ASME

Nagranie trwa ponad 6 minut i jest dostępne w Sieci do 15 XII 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Komentarz (1)

AGENCI OKRĄGŁEGO STOŁU - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane piątek, 2, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

Lech Wałęsa dostał od Instytutu Pamięci Narodowej status pokrzywdzonego. Sprawa ciągnęła się od marca br., kiedy były prezydent złożył w gdańskim oddziale IPN wniosek o udostępnienie mu jego teczki. Pozytywny dla Wałęsy werdykt był możliwy jednak dopiero teraz, dzięki październikowemu orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego. TK stwierdził m.in., że prawomocne orzeczenia Sądu Lustracyjnego mają być wiążące dla wszystkich organów państwa, w tym także IPN. SN zaprzeczył agenturalności Wałęsy w sierpniu 2000 r., kiedy ten ponownie kandydował na urząd prezydenta RP. Coraz więcej wskazuje również na to, że przy "okrągłym stole" siedział inny agent, a wkrótce pierwszy prezydent "odrodzonej" RP - gen. Jaruzelski.

Obecny na fecie w Gdańsku p.o. prezesa IPN, prof. Leon Kieres wyjaśnił, że Wałęsa dostał status pokrzywdzonego przez służby specjalne PRL przede wszystkim "na podstawie zgromadzonych materiałów oraz ustawy o IPN, z uwzględnieniem oczywiście wyroku Trybunału Konstytucyjnego".
Kieres mówił również, że w przypadku byłego prezydenta nie miał znaczenia proces niszczenia dokumentów SB na początku lat 90. (w gdańskiej SB zniszczono wówczas ok. 80 proc. akt: "Mieliśmy to szczęście, że materiały dotyczące Lecha Wałęsy w takim właśnie stopniu nie zostały zniszczone"). Teczka Wałęsy obejmuje kilkadziesiąt tomów akt.
IPN wydał Wałęsie status pokrzywdzonego, mimo iż nie dostał jeszcze materiałów z Komitetu Noblowskiego w Oslo. Chodzi o dokumentację dotyczącą współpracy Wałęsy z SB, która miała nie dopuścić do przyznania przywódcy "Solidarności" pokojowej Nagrody Nobla w 1982 r. Kieres stwierdził jednak, że odpowiedź ze Szwecji… "nie będzie miała wpływu na status pokrzywdzonego".

TRYBUNAŁ DLA UBEKÓW

Przypomnijmy, o co chodziło w wydanym miesiąc temu orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego. Otóż TK uznał, że nie ma sprzeczności między obowiązującą konstytucją RP a ustawą lustracyjną, obwieszczając jednocześnie nadrzędny charakter tej ostatniej wobec ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. A zatem kontrowersyjne często wyroki nierychliwego Sądu Lustracyjnego mają mieć większą moc prawną niż glejty IPN zaprzeczające czyjejś agenturalności!
To niepokojąca wykładnia TK. Jeszcze groźniejsze jest stwierdzenie, że byli ubecy i ich agenci mogą bez ograniczeń zaglądać do swoich teczek. Jak napisał Bronisław Wildstein w tygodniku "Wprost": "Te informacje potrzebne są im, by wiedzieli, na jakie kłamstwa mogą sobie pozwolić, jakie fakty przemilczeć, a czego się sfałszować już nie da".
Na tym nie koniec. TK pozwolił ubekom na ingerowanie w akta, poprzez dodawanie do nich wyjaśnień. Wildstein napisał dalej: "Czy nie prościej byłoby pozwolić im usuwać to, co im się nie podoba? Być może trybunał kierował się bardzo szeroko rozumianym prawem własności. Ponieważ akta sporządzane były przez funkcjonariuszy i ich agentów, uznał, że są ich własnością. W ten tylko sposób można uzasadnić utajnienie archiwów przed zwykłymi obywatelami, bo taki charakter ma zamknięcie ich przed dziennikarzami. W ten sposób szczególna rola byłych komunistycznych funkcjonariuszy i agentów uzyskała konstytucyjną wykładnię. Skoro winni się stać obiektem szczególnej troski, powinni także mieć szczególne prawa. Ten szczególny status prawdopodobnie wynika z chrześcijańskiego miłosierdzia. W ten sposób III RP chce wynagrodzić ubekom moralny dyskomfort, na jaki byli skazani, wykonując swoje podłe zajęcia".
A zatem skrajnie łagodna wobec byłych ubeków i agentów ustawa lustracyjna (karane jest wyłącznie kłamstwo lustracyjne) uzupełniona została o dodatkowe prawa dla prześladowców.
Zwycięskie Prawo i Sprawiedliwość chciałoby zmienić orzecznictwo w sprawach agentury. Proponuje, aby zwiększyć uprawnienia IPN kosztem Sądu Lustracyjnego. To właśnie Instytut, jako powołana do tego instytucja, powinna orzekać o współpracy, a nie sąd. Od werdyktu IPN można by, oczywiście, odwołać się do sądu, który nie wchodziłby w kwestie merytoryczne, ale sprawdzał prawidłowość procedur. Taki system obowiązuje w Niemczech, gdzie od lat działa, podkreślić trzeba, że sprawnie, profesjonalnie i w niekwestionowany przez nikogo sposób, instytut Gaucka.
Wątpliwe jednak, aby w Polsce taką zasadę udało się wprowadzić, gdyż na drodze stoi, już nie pierwszy raz... Platforma Obywatelska, popierana przez stary, okrągłostołowy układ agenturalno-polityczno-biznesowy.

"BOLEK" ZE STATUSEM

Po uzyskaniu przy blasku fleszy statusu pokrzywdzonego, Lech Wałęsa zapowiedział, że będzie pozywał do sądu osoby, które nadal będą twierdzić, że był agentem. O kogo chodzi? Przede wszystkim o cztery osoby, szczególnie zasłużone dla polskiej walki o niepodległość, którym w III RP - niestety skutecznie - przypięto łatkę oszołomów - Joannę i Andrzeja Gwiazdów, Annę Walentynowicz i Krzysztofa Wyszkowskiego.
Wyszkowski (jeden z przywódców Sierpnia 1980; podobnie, jak pozostali), pytany, czy nadal uważa Wałęsę za agenta, stwierdził, że zna wystarczająco wiele dokumentów znajdujących się w posiadaniu IPN, które uniemożliwiły Instytutowi przyznania Wałęsie statusu pokrzywdzonego w normalnym trybie, czyli na podstawie ustawy o IPN, ale jedynie w skutek omawianego wyżej wyroku Trybunału Konstytucyjnego.
Jego zdaniem, status dla Wałęsy wcale nie oznacza, że nie był on agentem: "Taki status należy się również osobom, które były agentami, szpiclami, kapusiami, brały za to pieniądze, ale następnie stały się działaczami na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego. Status jest jedynie świadectwem, że ktoś był represjonowany. Najważniejsze jest, że Wałęsa najpierw był agentem, a później był represjonowany, a nie odwrotnie, bo wtedy status by mu nie przysługiwał".
Krzysztof Wyszkowski powołuje się dokumenty, z których wynika, że Lech Wałęsa został zwerbowany jako agent SB 29 grudnia 1970 r. przez starszego inspektora Wydziału II KWMO w Olsztynie, kpt. E. Graczyka. Otrzymał pseudonim "Bolek" i numer rejestracyjny GD 12535. Osiem lat później inspektor SB M. Aftyka potwierdził w notatce służbowej fakt "pozyskania agenta "Bolka" - na zasadzie dobrowolności", a ów agent dał się poznać "jako osobnik zdyscyplinowany i chętny do współpracy".
Według Wyszkowskiego, "Bolek" miał donosić na swoich kolegów-stoczniowców, działających w czasie wydarzeń grudniowych 1970 r. na Wybrzeżu (a dokładnie w Stoczni Gdańskiej) i po ich krwawym stłumieniu, oraz brał za to pieniądze ("owo wynagrodzenie pobierał bardzo chętnie.."). W raporcie Aftyki wymieniona jest kwota: 13.100 złotych.
O agenturalności Lecha Wałęsy pisano już wiele - pisała prasa krajowa, jak również polonijna w Stanach Zjednoczonych. O "Bolku" wiedzieli sojusznicy PRL z NRD (STASI) i ZSRS (KGB). Na początku lat 90. naczelny archiwista KGB Wasilij Mitrochin opublikował na Zachodzie wykradzione przez siebie tajne wyciągi z dokumentów sowieckich. W notatce z 1981 r. pisze, że po internowaniu Wałęsy SB próbowała go szantażować, "przypominając mu, iż dostarczał informacji i pobierał za to pieniądze".

GENERAŁ JARUZELSKI: AGENT WOLSKI

Niedawno w Instytucie Pamięci Narodowej odnaleziono księgę ewidencyjną Informacji Wojskowej, która potwierdza, że późniejszy okrągłostołowy partner Lecha Wałęsy - Wojciech Jaruzelski został zarejestrowany w czasach stalinowskich jako agent o pseudonimie "Wolski" (zapis jest skreślony i zaczerniony, ale czytelny; widać, że ktoś chciał pomóc generałowi).
Znalezisko to wynik prac specjalnego zespołu archiwistów, powołanego do zbadania przeszłości Jaruzelskiego, w czerwcu br. Na stronie internetowej IPN opublikowano wówczas dwa dokumenty: list szefa oddziału II Sztabu Generalnego z maja 1949 r., gen. Wacława Komara do szefa Głównego Zarządu Informacji Wojskowej, płk. Stefana Kuhla. Komar pytał Kuhla, czy grupa wymienionych oficerów - wśród nich "ppłk Jeruzelski Wojciech (tu też ktoś majstrował w papierach)" - może służyć w zwiadzie wojskowym II oddziału Sztabu Generalnego. Informacja WP odpowiedziała, że nie wnosi sprzeciwu.
Drugi dokument z 1949 r. to pisana odręcznie przez oficera Informacji notatka o tych oficerach. Napisał on, że Jaruzelski jest tajnym informatorem o pseudonimie "Wolski", zwerbowanym 23 marca 1946 r. "na uczuciach patriotycznych". W notatce znalazł się też krótki biogram Jaruzelskiego i informacja, że to "dobry tajny współpracownik, nadający się na rezydenta".
Jeszcze w czerwcu br. autor stanu wojennego, a później pierwszy prezydent RP i mąż stanu Wojciech Jaruzelski twierdził, że informacje o jego związkach z Informacją to kłamstwo i polityczny atak za jego najnowszą książkę. Teraz zamilkł.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Komentarz (1)

Na "zdrowy rozum" - prof. Jerzy Przystawa Wysłane piątek, 2, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

Laureat Nagrody Nobla i doktor honorowy niezliczonych uniwersytetów, nieśmiertelny Lech Wałęsa, wypowiedział kiedyś złotą myśl: "W polityce logika nie zawsze funkcjonuje, a nawet bardzo rzadko". "Logika", to słowo obce, a nasz wielki rodak, jak wiemy, do nauki nigdy specjalnie się nie przykładał, nie wiadomo więc co, dokładnie, pod nim rozumiał. Zaryzykuję opinię, że chodziło mu o ulubiony instrument analityczny Polaków, czyli tzw. zdrowy rozum. Rzeczywiście, polityka, a już na pewno polityka polska, oglądana z pozycji "zdrowego rozumu", może wywołać tylko ból głowy, bo nic się tu kupy nie trzyma i wydaje się, że zjawiska tu zachodzące mieszczą się wyłącznie w kategorii cudów. Oczywiście, cudem sam w sobie jest Lech Wałęsa i jego światowa, i uniwersytecka kariera, ale czyż za cud porównywalny z jego doktoratami i nagrodami nie można uważać, że on sam, nieomal jednoosobowo, obalił komunizm i cały sajuz nieruszimyj? Czyż nieustającym ciągiem cudów nie jest cała nasza transformacja gospodarcza, nieugięcie twarda złotówka - nieustannie rosnąca w siłę (podczas gdy na przykład taki dolar amerykański słabnie w oczach), zatkane wspaniałymi samochodami miasta i drogi, nowoczesne hotele i restauracje na każdym rogu ulicy itd., itd., itp.?
Wszystko to "na zdrowy rozum" trudne jest do pojęcia, dlatego Polacy, w coraz większej masie, odsuwają się od polityki, od zainteresowania sprawami państwowymi i społecznymi, uciekają w prywatność i we własnym kraju zachowują się tak, jakby byli gdzieś "na saksach" i guzik ich wszystko obchodzi. Wymownie świadczy o tym spadająca, z wyborów na wybory, frekwencja wyborcza i malejące uczestnictwo w życiu publicznym. Zjawisko to najgroźniejsze rozmiary przyjmuje wśród młodzieży, przede wszystkim młodzieży akademickiej. Skoro "logika" nie funkcjonuje, skoro "na zdrowy rozum" nie można tego pojąć, to po co sobie tym zawracać głowę?
Ponieważ za najważniejszą reformę, jakiej nasz kraj potrzebuje, uważam reformę prawa wyborczego i wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu, zilustruję te uwagi przykładem, jak "zdrowy rozum" podchodzi do tej sprawy.
Jestem przekonany, że większość Polaków uważa, że kraje "prawdziwie demokratyczne", to przede wszystkim USA, Kanada, Wielka Brytania... Są to nasi najwięksi sojusznicy, którzy nieba by nam przychylili i chcieliby, aby Polska była krajem tak samo demokratycznym, jak ich. Dlaczego więc politycy tych krajów nie próbują nas zachęcić do wprowadzenia w Polsce systemu wyborczego, takiego jaki mają u siebie? Dlaczego tak "bezinteresownie" zgadzają się na zupełnie odmienne procedury wyborcze (i nie tylko)? "Zdrowy rozum" podpowie zapewne w tym miejscu, że to dlatego, że w żadnym wypadku nie chcą nam niczego narzucać, że to jest nasza i tylko nasza sprawa! Niestety, okazuje się, że tam, gdzie właśnie jak najbardziej narzucają, to narzucają z reguły coś zupełnie innego. Najnowszym przykładem jest, oczywiście, Irak, ale tak samo było po wojnie z Niemcami, Japonią, Włochami... "Zdrowy rozum" jest bezsilny wobec takiej sytuacji.
Ale co z Polakami w Ameryce, Kanadzie, Wielkiej Brytanii? Wielkie miliony naszych rodaków od pokoleń żyją tam i korzystają z dobrodziejstw rozwiniętej demokracji. Dlaczego, poza jednostkami, do których policzenia wystarczą palce jednej ręki (no, może dwóch), nie starają się oni przybliżyć rodakom w Kraju sposobu, w jaki TAM wyłaniane są elity polityczne? Czy też może i tam, posługując się zasadą "na zdrowy rozum" nie rozumieją działania tamtego systemu wyborczego i jego skutków państwowych, politycznych i społecznych?
No, bo jak "na zdrowy rozum" pojąć taki dziwny fakt: wybory odbywają się w okręgach jednomandatowych, kandydować może każdy, komu się to spodoba, wygrywa ten, kto zdobywa najwięcej głosów. Dlaczego, w takim razie, w wyniku takich wyborów, parlamenty tych krajów nie stają się zbieraniną skłóconych ze sobą partyjek i grup - tylko przeciwnie: powstaje dwubiegunowa scena polityczna, na której Z REGUŁY pojawia się zawsze jedna partia, która zdobywa większość miejsc w parlamencie i sama sprawuje rządy? Piszę "z reguły", ponieważ nie jest to żaden przepis prawny, nie jest to żadna konstytucyjna reguła, tak się po prostu NA OGÓŁ dzieje, a nieliczne odstępstwa jedynie tę regułę potwierdzają! "Na zdrowy rozum" jest to nie do pojęcia. Nawet "na zdrowy rozum" polityka największej klasy.
Mam przed sobą książkę "Odwrotna strona medalu - mówi Jarosław Kaczyński" (Verba, Warszawa 1991). Oto co mówi o ordynacji większościowej w wydaniu anglosaskim (str. 112. i 113.): "Wszystkie mandaty bierze wtedy ten, kto dostał więcej głosów; a nie musi mieć połowy wszystkich głosów, jak to jest na przykład we Francji, gdzie są jeszcze dwie tury. Propozycja angielska jest taka: jeden ma te 40%, drugi 30%, i wszystkie mandaty dostaje ten, kto ma te 40%. Może wygrać nawet taki, kto dostał dwa głosy, pod warunkiem, że jego przeciwnik dostał jeden głos, a tylko trzy osoby poszły na głosowanie".
Jarosław Kaczyński dokonuje "zdroworozsądkowej" analizy zastosowania takiego systemu w Polsce: "Załóżmy, że jest 10 kandydatów i 100 wyborców. Ośmiu uzyskało - czego można się spodziewać w sytuacji polskiej - po 10 głosów, jeden 9 głosów, a jeden 11. Wszystkie mandaty z tego okręgu i tak dostałby ten ostatni, chociaż 90% wyborców głosowało na inne osoby czy partie. W istniejącym wówczas układzie, z mitologią »Solidarności«, Komitetami Obywatelskimi itp., takie rozwiązanie dałoby zwycięskiej grupie cały parlament, 100 procent głosów"...
W roku 2000, na konferencję Ruchu JOW w Tarnowie przybył ówczesny sekretarz generalny SLD Krzysztof Janik. Zapewnił on zebranych, że gdyby wprowadzono JOW w wyborach do Sejmu, to - "na zdrowy rozum" - SLD zdobyłby minimum 420 mandatów! Myślałem wtedy, że może to Janik sam wpadł na taki "argument", dopiero kiedy zajrzałem do wywiadu z Jarosławem Kaczyńskim, zdałem sobie sprawę, że ten: "zdrowy rozum" to szablon myślowy naszej elity politycznej, niekoniecznie komunistycznej proweniencji.
"Na zdrowy rozum, na logikę" - tak powinno być w Polsce! Ale na świecie tak nie jest, aczkolwiek nie wykluczam, że nasi czołowi politycy - kierując się "zdrowym rozumem", a nie znajomością faktów - wydają się o tym nie wiedzieć. Wkrótce po tym wystąpieniu Janika, "Kwach" przedstawił publicznie opinię, że społeczeństwo polskie "jeszcze nie dojrzało do JOW w wyborach do Sejmu". Nie wiem czy z tą opinią zgadzają się Lech i Jarosław Kaczyńscy, ale wiem, że pod tą opinią podpisują się legiony polskich polityków, naukowców i dziennikarzy, a w szczególności prawie wszyscy dyżurni telewizyjnie "eksperci" i komentatorzy. Gdzie tam porównywać się nam do Anglików czy Amerykanów! Tam demokracja funkcjonuje od ponad 200 lat, a my dopiero zaczynamy. Czy - nawet "na zdrowy rozum" - 200 lat temu, gdy wprowadzono w Ameryce JOW, tamto społeczeństwo było wyżej rozwinięte od społeczeństwa polskiego AD 2005?
Sekretarz generała Kiszczaka, Krzysztof Dubiński, w swojej książce "Magdalenka - transakcja epoki", opisuje spór pomiędzy naszymi dzisiejszymi prezydentami, Aleksandrem Kwaśniewskim i Lechem Kaczyńskim, o ordynację do Senatu: "Kwach" chciał wyborów większościowych, "Kaczor" domagał się proporcjonalnych (tak, tak, to nie pomyłka!). Wolno przyjąć założenie, że każdy z nich działał zgodnie "ze zdrowym rozsądkiem" w interesie strony, którą reprezentował. "Kwach" wygrał, "komuchy" narzuciły swoją propozycję "solidaruchom"! A jaki był wynik wyborów? Dla tych, którzy nie pamiętają, przypomnę, że "solidaruchy" zdobyły 99 mandatów na 100 możliwych! Przez walec "Solidarności" przedarł się tylko jeden kandydat "komuchów" - Henryk Stokłosa, który od tej pory, na "zdrowy rozum", uważany jest za koronny "dowód", że gdyby w Polsce wprowadzono JOW - wygrałyby "same stokłosy"!
Fakty dowodzą genialności bonmotu Lecha Wałęsy: taka "logika" rzeczywiście w polityce rzadko funkcjonuje, a "zdrowy rozum", nie poparty wiedzą i doświadczeniem, nie prowadzi do pozytywnych rozwiązań. Polacy, przede wszystkim inteligenci polscy, muszą poważniej i głębiej przyjrzeć się, jak funkcjonują demokracje na świecie, aby zrozumieć, dlaczego nigdzie się jeszcze nie zdarzyło, żeby mechanizm wyborczy jaki nam zaaplikowano, wyłonił solidną, stabilną scenę polityczną, z politykami i partiami politycznymi rozumiejącymi pojęcie odpowiedzialności przed swoim narodem i swoimi wyborcami. Jest to conditio sine qua non, aby Polska zdobyła w świecie miejsce, jakie odpowiada potencjałowi i aspiracjom Polaków.

Jerzy Przystawa

Jest to przedruk artykułu prof. Jerzego Przystawy, napisanego dla "Nowego Kuriera" (Toronto, Kanada).

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Komentarz (0)

    Druga liga - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 30, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    W związku z tym, że budowa stadionów i organizacja piłkarskich mistrzostw Europy znalazła się w exposé premiera, który w honorowaniu sportowców zaczął nawet konkurować z niedościgłym dotychczas w tej materii prezydentem Kwaśniewskim, zacząłem więcej niż dotychczas uwagi poświęcać informacjom z wymienionego obszaru zainteresowań i muszę przyznać, że natknąłem się na bardzo interesujący felieton red. Szczepłka pt. "Pokój przy windzie". Redaktor "Rz" opisuje w nim przypadek piłkarza Piechny, który mimo dużego talentu umiejscowionego w nogach miał tego pecha, że talent ten mógł rozwijać jedynie w Polsce gminnej, a po reformach Jerzego Buzka - nawet w powiatowej. Pewnej sławy dostąpił dopiero w wieku, który w wykonywanym przezeń fachu uchodzi za uprawniający do wcześniejszej emerytury. "Robi się wszystko, żeby pozostawić Piechnę w Polsce powiatowej, jako ciekawostkę. Zagrał w kadrze, w nagrodę za gole w lidze, a teraz niech wraca do siebie" - podsumowuje swoje rozważania redaktor Szczepłek i mimo woli ten komentarz zaczyna nabierać powoli uniwersalnej treści. Z równym powodzeniem komentarz ten dałby się zastosować w polityce, telewizji, prasie, życiu artystycznym, ministerialnych kancelariach i biurach urzędów, organach nadzorowanych przez państwo i samorządy spółek itp.
    Sprawa nie jest nowa, gdyż już biblijny mędrzec wspominał, że "Jest zło - widziałem je pod słońcem, to błąd ze strony władcy: wynosi się głupotę na stanowiska wysokie, podczas gdy zdolni siedzą nisko. Widziałem sługi na koniach, a książąt kroczących, jak słudzy, pieszo". O ile jednakże mędrzec ów zauważał tylko, że nie zawsze najlepszy wygrywa, o tyle obecna sytuacja dotyczy przypadku, gdy zwykle najlepszy przegrywa, a jak twierdził Pareto - skutkiem zatrzymania procesu krążenia elit ma być nadejście nowoczesnych "barbarzyńców": "Jeżeli w społeczeństwach europejskich zmuszonych do kształtowania się zgodnie z pożądanym ideałem etycznym doszło do zahamowania selekcji, systematycznego faworyzowania słabych, zdeprawowanych leniwych, źle się adaptujących, "małych i pokornych", jak ich zwą nasi filantropi kosztem ludzi silnych, energicznych, którzy tworzą elitę, to nowy podbój dokonany przez nowoczesnych "barbarzyńców" nie będzie tak całkowicie niemożliwy". Jeden z takich rodzimych "barbarzyńców", chociaż trudno powiedzieć że nowoczesny, poseł Maksymiuk z Samoobrony przedstawił niedawno pomysł tej partii na przegonienie Chin pod względem tempa wzrostu gospodarczego. Idea tego pomysłu została osadzona na podstawowych warunkach perpetuum mobile, tzn. wywołujemy pierwotny impuls, co następnie samo z siebie wzbudza kolejne ruchy bez dostarczania procesowi innej energii z zewnątrz. Ten, kto myślałby, że owym pierwotnym impulsem byłoby uwolnienie ludzkiej energii, byłby w dużym błędzie: pierwotnym impulsem nowej polskiej gospodarki pod rządami Samoobrony byłoby minimum socjalne w kwocie 800 zł powodujące na początek konieczność dodrukowania dwudziestu kilku miliardów złotych. Ekspert Maksymiuk przewiduje, że skutkiem tego byłby wzrost inflacji do 7-8 procent rocznie, co oznacza, że wzrosłyby ceny i nominalny obrót, a wtedy Samoobrona dołożyłaby podatek obrotowy, który na skutek zwiększonego obrotu dostarczyłby budżetowi ok. 40 miliardów zł. Poseł Maksymiuk z I ligi sejmowej nie wspomniał, czy owe 40 miliardów posłużyłoby do podwyższenia minimum socjalnego, ale chyba tak, trudno wszak zrozumieć, jakim cudem wzrost cen o 7-8 procent zwiększyłby obrót w takim stopniu, by wpływy z 2-procentowego podatku obrotowego były dwukrotnie wyższe niż wydatki inicjujące wspomniany poziom inflacji?
    Sytuacja jest o tyle komfortowa, że póki co poseł Maksymiuk dopiero aspiruje do rządzenia, ale do partii rządzącej należy m.in. poseł Cymański, który, jak się okazuje, wyspecjalizował się w tematyce becikowej i jest nawet w pewnym sensie ekspertem klubu od poczęć i rozwiązań. Jeżeli poseł Cymański jest najlepszym ekspertem PiS-u w tych sprawach, to jestem jak najgorszej myśli o naszej przyszłej kondycji demograficznej, bo co do kondycji intelektualnej, to można być pewnym już dzisiaj: wszak trzeba być wyjątkowo pokrzywdzonym na rozumie, by nie sprostać argumentacji pani poseł Jarugi-Nowackiej. Pomysł becikowego zgodnie poparły kluby LPR Samoobrony i PiS-u, i nie było dyskusji, by ktoś nie wskazywał na trudną sytuację młodych matek i socjalny charakter tego wydatku, a opozycja co najwyżej wskazywała na nieskuteczność tego rozdawnictwa w zwiększaniu prokreacji lub podnoszeniu poziomu życia młodych rodziców. Nikt natomiast nie zająknął się nawet słowem o źródle pochodzenia tych pieniędzy, które posłowie chcieliby przeznaczyć na zwiększenie zasiłku porodowego, a przecież - co sam niedawno na tych łamach podnosiłem - w tym transferowym mechanizmie jest zawarta odpowiedź na podstawowe pytanie o celowość takich wydatków. Podobnie wygląda dyskusja nad kształtem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, i obliczem telewizji publicznej. Padają opinie, że telewizja powinna być reżimowa, reżimowo-opozycyjna, sejmowo-senacka itp., zaś trzyosobowa KRRiTV wyłoni samotrzeć sejm, senat i prezydent, czyli będzie jak na początku lat 80., kiedy dekrety podpisywał premier Wojciech Jaruzelski, przy aprobacie Wojciecha Jaruzelskiego - I sekretarza PZPR i akceptacji ministra obrony narodowej - Wojciecha Jaruzelskiego. Oczywiście nikt podczas tych gorących debat nawet małym słowem nie wspomniał czy telewizja publiczna jest w ogóle potrzebna, nie mówiąc już o kilku kanałach tej telewizji.
    Trudno się dziwić, że takie wydawałoby się podstawowe pytania nie padają na temat telewizji publicznej i w telewizji publicznej, wspomniana niemoc intelektualna na innych kanałach przestaje dziwić także, gdy zauważyć, że od kilkunastu lat w rodzimej polityczno-medialnej ekstraklasie występują zamiennie te same twarze, tak jak przez poselską izbę przewijają się zamiennie te same persony, także polityczną rzeczywistość ciągle komentują te same persony i ich naśladowcy. Co do niektórych to można nabrać przekonania, że mieszkają w budynkach telewizji i radia. Czasami zdarza się, że powołanie na jeden występ u Pospieszalskiego czy w jakimś autorskim programie emitowanym ok. godz. 1 w nocy dostaje publicysta lub polityk z ligi powiatowej, ale wszystko to na zasadzie, że powiedział, co chciał, udowodniliśmy, jacy jesteśmy tolerancyjni i otwarci, a teraz niech wraca do siebie...
    Na tej samej zasadzie działa również premier Marcinkiewicz, który oznajmia, że podziwia premier Thacher, ale chciałby być polskim Tony Blairem, który zrozumiał "Tyranię status quo" Friedmana, ale robi wszystko, by wiele się zmieniło, aby wszystko zostało po staremu i który pozuje na liberała w otoczeniu doradców z CAS, ale teki rozdaje m.in. pani "minister financial times", której doktrynę ekonomiczną można streścić jako "szwarc, mydło i powidło", oraz specjalistom od dożywiania i becikowego.
    "Rząd Marcinkiewicza nie zrobił na razie niczego gorszącego ani karygodnego" - takimi słowami za obronę premiera i jego urzędników zabrał się pierwszoligowy komentator Piotr Zaremba i słusznie uczynił, gdyż łatwiej bronić obecny rząd za to, czego nie zrobił niż za to, co zrobił, zwłaszcza, że do oceny wystarczyłaby pierwsza część cytowanej wypowiedzi, a mianowicie, że "Rząd Marcinkiewicza nie zrobił na razie niczego...". Problem tylko w tym, że niektórzy uczestnicy rozgrywek ligi powiatowej pamiętają jeszcze dowcip o Leninie, który malca tylko kopnął w d.... za to, że potrącił wodza rewolucji przy goleniu. A przecież miał brzytwę...

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Komentarz (0)

    Kto ma dojścia do "brukselskiego KC", ten żyje"! - Stanisław Michalkiewicz o systemie rozdziału konfiskowanych przez Związek Socjalistycznych Republik Europejskich (UE) pieniędzy w postaci "składek" Wysłane wtorek, 29, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Kto ma dojścia do "brukselskiego KC", ten żyje"! - Stanisław Michalkiewicz o systemie rozdziału konfiskowanych przez Związek Socjalistycznych Republik Europejskich (UE) pieniędzy w postaci "składek" Wysłane wtorek, 29, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak

    "Wygląda na to, proszę Państwa, że demokracja została uratowana, i to ciekawa rzecz - przy pomocy homosiów, lesbijek i oczywiście - »pokolenia Jana Pawła II«, które zawsze jest chętne do obrony demokracji, zwłaszcza, kiedy impreza jest wesoła. Więc wszystko jest na dobrej drodze, »merdia« natychmiast zwróciły swoje zainteresowania ku stronie finansowej »naszego« udziału w Unii Europejskiej. Nad tym trochę dłużej się zatrzymam, gdyż Unia E. funkcjonuje zupełnie podobnie jak za czasów socjalistycznych, PRL czasu Hilarego Minca, kiedy żył »wielki nauczyciel postępowej ludzkości Józef Stalin«. Władza komunistyczna wtedy przejmowała, konfiskowała wszystkie dochody, później je po uważaniu rozdzielając, także do tych samych miejsc, z których wcześniej je skonfiskowała. Wtedy mało kto był dlatego zainteresowany w pomnażaniu swoich dochodów, natomiast oczywiście był zainteresowany w dostępie do »KC«, czyli Komitetu Centralnego. Jakiś sekretarz był tym więcej szanowany, im szersze miał "dojścia" do KC. Tak tych czynowników wtedy wybierano - pod kątem »dojścia« do KC. Skutki tego odczuwamy do dziś. Tak samo funkcjonuje właśnie Unia Europejska: każde państwo członkowskie wpłaca jakąś składkę, a później otrzymuje jakąś subwencję. No i każde z państw jest zainteresowane, by wpłacić jak najmniejszą składkę - a później - by otrzymać jak największą subwencję. I dlatego liczy się znowu »dojście do brukselskiego KC«. Odmiana jest taka, że wtedy komuniści konfiskowali wszystkie dochody - a UE »zarządza« zaledwie 2% PKB państw członkowskich" - Stanisław Michalkiewicz komentuje szerszy aspekt stosunków z kołchozie Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, jak konserwatywni liberałowie określają obecne Wspólnoty Europejskie (Unia Europejska formalnie nie istnieje!).

    W tym kontekście należy rozpatrywać wysiłki, skądinąd szlachetne, premiera Marcinkiewicza, który kręci się teraz po "brukselskim KC", by uzyskać jak największe subwencje w latach 2007 - 2013. Oto rząd "polskiego opublikował oficjalne dane, że Polska umiała wykorzystać 2,3% z dotychczasowych preliminowanych kwot subwencji na lata 2004 - 2005. Dlaczego tak się dzieje? Można oczywiście zwalać winę na nieudolność polskiej administracji, co jest wysoce prawdopodobne, ale przed 3 laty padła odpowiedź komisarza Guntrama Verheugena na pytanie brytyjskiego ministra finansów, czy nie ma obawy, że w związku z przyjęciem nowych członków do UE zwiększy się składka płacona przez "stare" państwa członkowskie płacona do budżetu UE - tow. komisarz Verheugen odpowiedział, że nie takiej obawy, bo "subwencje dla nowych państw członkowskich zostaną obstawione takimi warunkami, że owe nowe państwa UE nie będą mogły ich wypełnić"...

    Nagranie trwa ponad 9 minut i jest dostępne w Sieci do 13 XII 2005 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Komentarz (0)